Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

poniedziałek, 31 października 2011

Święto Zmarłych

Przyznam się, że nie za bardzo mogę się w tym wszystkim połapać. 1 listopada w kalendarzu nosi nazwę Wszystkich Świętych. Wynika z tego, że w tym dniu winniśmy gromadzić się  na modlitwę w intencji Świętych w kościołach, a my wylegamy hurmem na cmentarze. Tam odbywają się często msze święte lub inne ceremonie modlitewne z udziałem księży za dusze zmarłych.
Dzień Zaduszny przypada 2 listopada, ale nie jest to już święto w kalendarzu, więc gromadzenie się na cmentarzach nie jest tak huczne. Coś się tu pomieszało  -  ustalony przez Kościół harmonogram obchodów świąt  -   z praktyką i wiadomo, że nie da się już tego odkręcić. Trudno też Ojcom Kościoła zapanować nad wkraczającą na cmentarze z impetem merkantylizacją rytuału obchodów Święta Zmarłych. To co się dziś dzieje przypomina bardziej tandetny festyn dożynkowy, niż żałobną, refleksyjną, religijną uroczystość. Przede wszystkim ma miejsce rywalizacja w dekoracji grobów, im więcej wieńców,  koszów i donic z kwiatami, im więcej zniczy, im bardziej oryginalne , błyskotliwe, świecące, tym lepiej to świadczy o żałobie żyjących. Cmentarze otaczają wokół bajecznie kolorowe kramy jak na jarmarku. Kupujemy wszystko co popadnie, najlepiej sztuczne kwiaty i wieńce, i pstrokate znicze  -  wspomnienia i żale zamienione na jednorazowy wydatek Wszelkiego rodzaju parkingi, ulice i place wokół cmentarza wypełniają samochody. Członkowie rodzin pędzą z jednego końca Polski na drugi. Niektórzy nie docierają. Nad porządkiem i bezpieczeństwem czuwają stróże porządku publicznego. W atmosferze fajerwerkowej, w tumulcie osób gromadzących się nad grobami, w rozgwarze i ferworze świątecznym nie jesteśmy w stanie skupić się na modlitwie, na tym co stanowi istotę nabożeństw religijnych.
Dlatego nie lubię tak obchodzonego Święta Zmarłych. Wolę pochylić się nad grobami wtedy, gdy jest mniej ludzi na cmentarzu, a więcej ciszy i spokoju. To nie jest miejsce na ceremonialność, paradność, wystawność, żeby inni widzieli. Tu jest potrzebne  skupienie, zaduma i refleksja w głębi siebie, we własnym sumieniu.
Niestety, coś się dzieje dziwnego w naszej współczesnej rzeczywistości. Bezkrytycznie godzimy się na świętowanie na pokaz, na komendę, na podporządkowanie się rzekomej tradycji. W określonym terminie wszyscy jak jeden mąż jemy karpia na Wigilię, pączka w tłusty czwartek, śledzika na ostatki, jajko gotowane na Wielkanoc, kupujemy pluszowe serduszka Walentynkom, składamy życzenia Paniom z okazji Dnia Kobiet, robimy komuś psikusa (prima aprilis), oblewamy się wodą (śmigus dyngus), lejemy wosk na Andrzejki, uszczęśliwiamy dzieci paczkami Mikołajowymi, a siebie wzajemnie na gwiazdkę, idziemy z gwiazdą na kolędę,  pijemy szampana w noc Sylwestrową.
Dawniej inspiratorem zbiorowych uroczystości był Kościół, albo Państwo, teraz pałeczkę przejmuje handel i  super markety. Właśnie, a świąt mamy bez liku. W internetowych googlach możemy obejrzeć kalendarz obchodów różnego rodzaju Dni. Nie ma ani jednego dnia wolnego w ciągu całego roku, a parę razy jest po dwa lub trzy Dni w tym samym dniu. Czy słyszeliście o takich Dniach, jak Dzień Wzajemnej Adoracji (13. 01), Pikantnych Potraw (16. 01), Przytulania (31. 01), Liczby Pi (14. 03), Bez Mięsa (20. 03), Bez Stanika (30. 05), Agugaga (9. 06), Spódnicy (30. 10), Bez Bielizny (31. 12).
Ja zapamiętam na długo Dzień Blogów (31. 08), a dlaczego, to moi Czytelnicy zapewne się domyślają. Teraz dochodzą do tego święta poszczególnych marketów – urodziny, jubileusze, festyny przedświąteczne. Okazji jest mnóstwo, aby się pobawić. 

Czy potrzebne są do tego także cmentarze? Czy konieczne zachodnie efekciarstwo i blichtr? Najsmutniejsze jest to, że zmarli spoczywający w grobach nie mają z tym nagrobnym kiczem nic wspólnego, jeśli cokolwiek może im być potrzebne, to tylko dobra pamięć o nich i modlitwa.

A już Mickiewicz pisał:
„Czyż nie piękniejsza nasza poczciwa brzezina…?

niedziela, 30 października 2011

Ponure lata wojny



Pod koniec XIX i na początku XX wieku Głuszyca i otaczające ją atrakcyjnie położone wsie, były miejscem chętnie odwiedzanym przez turystów i wczasowiczów. Przyczyniło się do tego powstanie w 1880 roku linii kolejowej z Jedliny-Zdroju do Kłodzka, a w 1904 r. połączenie Jedliny ze Świdnicą. Głuszyca zyskuje znaczenie jako miejscowość letniskowa oraz znakomity punkt wyjściowy dla pieszych wycieczek w Góry Suche i Sowie. W okresie międzywojennym były tu 4 gospody z trzydziestoma miejscami noclegowymi, powstały też w okolicznych wsiach małe pensjonaty i punkty gastronomiczne na szlakach turystycznych. Walory krajobrazowe i turystyczne są najchętniej eksponowane na kartkach pocztowych, fotografiach i rysunkach zamieszczanych w lokalnej prasie. Ówczesne  władze municypalne czynią też wiele, aby uatrakcyjnić szlaki turystyczne, wyeksponować miejsca widokowe i wypromować Głuszycę nie tylko jako ośrodek przemysłu lekkiego, ale atrakcję turystyczną.
Te wszystkie działania promujące turystykę w Głuszycy przerywa wojna, a jej skutki zaciążą na całe dziesięciolecia powojenne, w których rozwój turystyki, rekreacji i wypoczynku zeszedł zupełnie na plan dalszy.
W okresie II wojny światowej podobnie jak w całej Rzeszy fabryki włókiennicze w Głuszycy zostały zmilitaryzowane i całkowicie ukierunkowane na produkcję związaną z potrzebami wojennymi. Podporządkowano je znanemu na całym świecie koncernowi Kruppa, który stopniowo zamienił produkcję włókienniczą na produkcję zbrojeniową. Wyeliminowano przędzarki i krosna na ich miejsce sprowadzając maszyny produkujące części i amunicję do samolotów bojowych i okrętów niemieckiej Kriegsmarine (Marynarki Wojennej). 
Wojna pociągnęła za sobą wyhamowanie rozwoju miasta, zwłaszcza że znaczna ilość mężczyzn została zmobilizowana.
Dla Głuszycy, podobnie jak i sąsiednich miejscowości – Walimia i Jedliny-Zdroju brzemienny w skutkach okazał się ostatni okres wojny, lata 1943-1945. W tym właśnie czasie prowadzona była w kompleksie Włodarza w Górach Sowich niezwykle tajemnicza i zakrojona na dużą skalę inwestycja budowlano – militarna ukryta pod kryptonimem „Riese”, czyli „Olbrzym”. Utrzymywana w całkowitej konspiracji także dla miejscowej ludności pozostała taka do chwili obecnej. Dziś wiemy, że chodziło o wydrążenie podziemnych obiektów służących jako schrony dla dużych ilości wojsk, bądź też jako fabryki broni. Są też hipotezy, że mogła to być kolejna podziemna kwatera Hitlera, choć większość badaczy uznaje, że dla wodza III Rzeszy przewidziano siedzibę w zamku Książ, w podziemiach którego wydrążono również potężne schrony. Faktyczne przeznaczenie inwestycji stanowi nadal zagadkę, być może plany związane z budową „podziemnego miasta” ulegały częstym modyfikacjom. Bezsprzecznym jest fakt, że masyw Włodarza – bezpośrednio przyległy do Głuszycy ze strony zachodniej, a do Walimia ze strony wschodniej – stał się olbrzymim terenem budowy, zaś obie te miejscowości zamieniono w wielkie obozowisko dla dziesiątków tysięcy początkowo jeńców wojennych, a następnie więźniów pobliskiego obozu koncentracyjnego Gross-Rosen w Rogoźnicy k. Strzegomia. W obszarze samej Głuszycy znajdowało się sześć takich obozów pracy mieszczących kilkanaście tysięcy więźniów. Były to naprędce zorganizowane w szczerym polu, prymitywne obozowiska, złożone z drewnianych baraków i latryn, otoczone kolczastym drutem, strzeżone w dzień i noc przez uzbrojonych strażników. Widoczne ślady takiego obozu znajdujemy w pobliżu wejścia do podziemi Osówki. Stacjonowała tam część więźniów zatrudnionych przy budowie podziemnych korytarzy. Znacznie więcej, bo w sumie ok. 2-3 tys. przebywało w Kolcach, gdzie znajdował się polowy szpital w budynku obecnych zakładów „Indriana” i w Głuszycy, m. in. nad  Złotą Wodą w pobliżu kolonii domków jednorodzinnych przy ul. Warszawskiej. Ok. 2 tysięcy więźniów zakwaterowanych w Zimnej Wodzie wykonywało prace przy budowie kolejnego kompleksu podziemnego pod górą Soboń. Na terenie przędzalni czesankowej wełny „Argopol” znajdował się obóz kobiecy dla ok. 500 więźniarek, a w parterowych pawilonach obok parku przy fabryce „Nortech” w dolnej części Głuszycy prymitywny lazaret dla zupełnie wyczerpanych i umierających więźniów. W Głuszycy Górnej w pobliżu stacji kolejowej umieszczono obóz pracy dla ok. 1400 więźniów, zatrudnionych w kamieniołomach, a także przy przeładunku materiałów budowlanych, które przewożone były kolejką linową lub specjalną linią kolejki wąskotorowej wprost do sztolni pod Osówką lub Soboniem.
Okrutny los więźniów w tych obozach pracy został opisany w książeczce, która winna się stać lekturą we wszystkich szkołach Głuszycy. Jest to książka – dokument, bo napisana bezpośrednio po wojnie przez więźnia obozu Kaltwasser (Zimna Woda), Żyda Abrama Kajzera, któremu cudem udało się uciec z obozu na kilka tygodni przed nadejściem wojsk rosyjskich i jego likwidacją. Nosi ona tytuł „Za drutami śmierci”, a powstała w niezwykłych okolicznościach, bo na podstawie poczynionych przez Abrama na skrawkach papieru zapisków, które udało mu się schować w obozowej latrynie i następnie odzyskać w parę miesięcy po wojnie, kiedy to przyjechał tu z Łodzi i odnalazł miejsce dawnego obozu, a w nim ukryty swój „skarb”. Z tej książki poznajemy szczegóły życia obozowego, o którym trudno czytać spokojnie. To była gehenna tysięcy ludzi różnych narodowości, głównie jednak Żydów z kilku europejskich krajów, pracujących tu w katorżniczych warunkach, aż do całkowitego wyczerpania i śmierci. Ofiarami absurdalnego, hitlerowskiego planu – budowy podziemnych sztolni w masywie górskim – było co najmniej kilkadziesiąt tysięcy osób. Jest wiele dokumentów, wiele książek na ten temat po wojnie napisanych i zgromadzonych przez badaczy-historyków w wałbrzyskim Muzeum Gross-Rosen. Tam też można nabyć książkę Abrama Kajzera, tak ważną dla poznania wojennej historii naszego miasta.

Fot. z internetowej galerii miejskiej Głuszycy.

sobota, 29 października 2011

Górna była wcześniej

 Podróżni przemierzający Głuszycę nie są w stanie określić, gdzie się kończy Głuszyca miasto, a zaczyna Głuszyca wieś. Obie te miejscowości stanowią dziś integralną całość. Tylko w urzędzie zwraca się uwagę na wynikający ze względów administracyjnych podział na Głuszycę (miasto) i Głuszycę Górną (wieś). Podział ten funkcjonował przed wojną i został usankcjonowany tuż po wojnie w odrębnych nazwach: Gierzcze Puste i Gierzcze Górne. 
Ale w roku 1946 w trakcie starań o status miejski udało się osiągnąć przyjęcie wspólnej nazwy dla obu miejscowości – Głuszyce. Nie trwało to jednak długo. Odrębność Głuszycy Górnej jako wsi rolniczej od uprzemysłowionej Głuszycy spowodowała, że stała się ona częścią składową gminy Głuszyca, podobnie jak pozostałe okoliczne wsie. I ten rozdział administracyjny obu Głuszyc zachował się do dziś. Gdzie jest granica pomiędzy wsią i miastem? Odpowiedź można znaleźć tylko w urzędzie (ewentualnie jeszcze na drogowych, zielonych tablicach z nazwą miejscowości – pod warunkiem, że nie są zniszczone). Dla przeciętnych mieszkańców obu miejscowości nie ma to większego znaczenia, zwłaszcza że obecnie wszystkie wsie w gminie zatraciły charakter rolniczy.
Głuszyca Górna ma jednak swoje odrębne, historyczne korzenie. Sięgają one czasów tak samo zamierzchłych jak Głuszyca miasto. W „Słowniku geografii turystycznej Sudetów” pod redakcją Marka Staffy przyjmuje się nawet, że starszą była Głuszyca Górna, skoro tu powstał pierwszy kościół. Zresztą aż do XVIII wieku była ona większa od młodszej Głuszycy, która nabrała wagi i znaczenia dopiero w XIX wieku, gdy zbudowano w niej tkalnie mechaniczne. Głuszyca Górna uległa zniszczeniu w XV wieku w czasie wojen husyckich. Po wojnie rozbudowała się szybko ze względu na rosnący popyt na produkcję tartaczną. Wieś znajdowała się w otoczeniu bogatych lasów, a w dodatku prowadził przez nią trakt handlowy do Czech przez Przełęcz pod Czarnochem. Podobno miał nawierzchnię moszczoną drewnem. Głuszyca Górna  wchodziła już  wówczas  w obręb posiadłości von Hochbergów z Książa. Szkoda, że obecny zarządca drogi, starosta wałbrzyski, nie wyciąga wniosków z przeszłości, bo droga pomiędzy Czarnochem, a Kopińcem, czyli najbliższa droga z Głuszycy do czeskich Janoviček, a stąd do Broumova przypomina trzęsawisko. Utwardzenie tej drogi i pokrycie jej asfaltem ułatwiłoby ruch turystyczny i dało nowy impuls potencjalnym inwestorom w jednym z piękniejszych obszarów górskich.
Rok 1643 okazał się tragiczny dla rozwijającej się wsi. To kolejna klęska jaka spotkała Głuszycę Górną tym razem w czasie wojny trzydziestoletniej. Wieś została spalona wraz z kościółkiem ewangelickim przez wojska cesarskie. Dopiero po zakończeniu wojny w 1648 roku, skutkiem gwałtownego rozwoju tkactwa, wieś odżywa i powraca do dawnej świetności. Odrestaurowano kościół, który w roku 1654 przejęli od ewangelików katolicy, odbudowano też domy mieszkalne i budynki publiczne.
W XVII wieku zarysował się podział pomiędzy Głuszycą Górną, która wówczas była większa, a Głuszycą, zwaną Dolną. W miarę upływu czasu właśnie do Głuszycy Dolnej przesunęło się centrum handlowo- usługowe i administracyjne. Obie Głuszyce stanowiły nadal zespół osadniczy, na ich granicy wzniesiono w 1742 roku nowy kościół ewangelicki (dzisiejszy kościół katolicki pod wezwaniem Matki Boskiej Królowej Polski ), a także szkołę parafialną. W 1748 roku w Głuszycy Górnej były dwa kościoły, a mieszkało łącznie 73 kmieci i 103 zagrodników i chałupników. Znaczna liczba kmieci świadczy o rolniczym charakterze wsi.
 
Już pod koniec XVIII wieku podział Głuszyc na dwie części stał się wyraźny. O gwałtownym rozwoju Głuszycy Dolnej w wieku XIX, zwłaszcza w drugiej połowie tego wieku wiemy już wiele. Głuszyca Górna utrzymywała się na niezmiennym poziomie. Była to wieś duża, bogata, dobrze rozwinięta. Do jej rozwoju przyczynił się ruch przez granicę do Czech, a  funkcjonowały w niej 4 młyny wodne, 2 tartaki, cegielnia, 2 kuźnie, 67 warsztatów bawełnianych i 13 lnianych. Wśród mieszkańców było 38 rzemieślników. Coraz wyraźniej spadał udział gospodarki rolnej na rzecz rzemiosła, handlu i usług. W 1880 roku uruchomiono linię kolejową Wałbrzych - Kłodzko i wzniesiono stację kolejową, a w latach następnych rozpoczęto wydobycie melafirów na wschodnim zboczu Raroga i Ostoi. Obydwa wydarzenia okazały się dla rozwoju wsi niezwykle korzystne. Kamieniołom połączono kolejką linową ze stacją kolejową w Głuszycy Górnej, w pobliżu której ulokowano zakład przeróbczy kamienia i rampę załadunkową na wagony. Zachowały się do dziś fragmenty tej budowli. Niestety, niezagospodarowana od lat popada w ruinę, podobnie jak dworce i inne zabudowania kolejowe, smutny efekt nieuporządkowanej restrukturyzacji gospodarki po przemianach ustrojowych w roku 1989.
Warto zwrócić uwagę na rozwój ruchu turystycznego w Głuszycy Górnej w okresie międzywojennym. Funkcjonowało tu kilka gospód z 30 miejscami noclegowymi, prosperował browar, którego resztki budowli przetrwały do dziś, był hotel o 15 miejscach, można było przyjeżdżać na wypoczynek przez cały rok lub wędrować pieszo w góry, korzystając z dobrze rozwiniętej bazy gastronomicznej.
Obecni mieszkańcy Głuszycy Górnej ze wstydem przeczytają ten rozdział mówiący o dawnej świetności wsi. Starsi z nich pamiętają dobre lata Głuszycy Górnej zaraz po wojnie, kiedy jeszcze nie uległy dewastacji liczne gospodarstwa rolne, warsztaty i budynki publiczne, w tym także świadczące usługi turystyczne. Ale tych co pamiętają spuściznę poniemiecką jest coraz mniej. Nieco więcej mieszkańców wspomina z  nostalgią powojenną restaurację „Smakosz”, która przez wiele lat służyła miejscowym i przyjezdnym, aż okazała się nierentowna w latach 90-tch i do dziś straszy pozabijanymi oknami i drzwiami. A przecież taka restauracja, położona przy drodze przelotowej do Kłodzka i na Osówkę, mogłaby okazać się niezwykle przydatna w gminie, która stawia na rozwój turystyki.

Obie Głuszyce stanowiły jak widać i stanowią system naczyń połączonych. Może nadejdzie czas, kiedy ten sztuczny podział zostanie zniesiony. Już od dawna więcej je łączy niż dzieli. Nie oznacza to, że geograficzne odróżnianie części dolnej i górnej Głuszycy przestanie kiedykolwiek istnieć, tak samo jak nie da się zatrzeć nieco odmiennych kolei losów historycznych.


Zdjęcia archiwalne  kolekcji Grzegorza Czepila.

piątek, 28 października 2011

Zaproszenie do blogu


W Głuszycy mieszkam już  pół wieku. Tu stawiałem swoje pierwsze kroki w karierze zawodowej. To miasto stało się moim rodzinnym domem. Przypominam sobie jak po iluś tam latach pracy w tutejszej szkole zainteresowałem się przeszłością Głuszycy. Okazało się, że to miasto jest jak nowonarodzone dziecię. Ma tylko teraźniejszość, nie ma przeszłości. Nawet ta powojenna nie została przez nikogo zapisana, rozmyła się jak plama na podłodze, pozostawiając tylko drobne ślady w pamięci starszych osób. Co się działo przed wojną, w czasie wojny, jak doszło do powstania miasta, do rozwoju przemysłowego, infrastruktury miejskiej, komunikacji? Na te i wiele innych pytań, trudno było znaleźć odpowiedź.
To nie jest rzecz wyjątkowa, bo dotyczy całego obszaru Ziem Odzyskanych. Trudno się dziwić, gdy historia tych ziem, to w głównej części historia Czech, Prus i Rzeszy Niemieckiej. To co miało miejsce wcześniej, zanim ziemie te zostały skolonizowane lub podbite przez sąsiadów zza miedzy, a więc kilka wieków Polski Piastowskiej, nie było przez nich eksponowane, tak samo jak po odzyskaniu tych ziem przez „władzę ludową” starano się usilnie, by czas panowania Habsburgów i Hohenzollernów, sięgający często ponad  5 wieków, wymazać z pamięci.
Dominował entuzjazm z powodu powrotu Ziem Zachodnich do Macierzy i przeświadczenie, że „myśmy tu nie przyszli, myśmy tu wrócili”. Ale o tym, że wróciliśmy na ziemie dobrze zagospodarowane, rozwinięte pod każdym względem, że pracowało na to kilkadziesiąt pokoleń naszych zachodnich sąsiadów, lepiej było nie mówić.
Z biegiem czasu zainteresowanie historią Głuszycy nie tylko mnie, ale i wielu moim bliskim nie dawało spokoju. Przecież nie można odciąć się od przeszłości, tak jak nie da się wymazać z pamięci jakiegoś fragmentu swojego życia.
Tu urodziliśmy się, tu chodziliśmy lub chodzimy do szkoły, tu pracujemy, tu mieszkamy od wielu, wielu lat, tu mamy swój dom. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, że chcemy o naszym „gnieździe rodzinnym” jak najwięcej wiedzieć. Dobrze byłoby, gdybyśmy w jego przeszłości i współczesności mogli odnaleźć powody do dumy. Znane przysłowie – „wszędzie dobrze, ale najlepiej w domu” – może odnieść się z powodzeniem także do Głuszycy, ale musimy znać jej atuty, widzieć dobre strony, doceniać zalety położenia geograficznego, krajobrazu, klimatu, otaczającej nas przyrody, cieszyć się tym co mamy, a czego nie posiadają inni.
Lepsze poznanie miasta, jego historii i współczesności służy zawsze budowaniu trwałych związków mentalnych i emocjonalnych będących fundamentem patriotyzmu lokalnego.
Postanowiłem odsłonić to, co się da z przeszłości miasta, przybliżyć ją współmieszkańcom. Z opracowań historycznych polskich i niemieckich udało mi się wyłowić fakty i zdarzenia, w których uczestniczyło nasze miasto.
Krótki zarys historii miasta znajduje się w książeczce napisanej przeze mnie p.t. „Historia mojego miasta”, a wydanej w 2002 roku przez Urząd Miasta i Gminy Głuszyca, zamieszczonej także na miejskiej stronie internetowej.
W kilku odcinkach mojego blogu  pisałem już coś niecoś o historii  Głuszycy, m. in. o pierwszych latach powojennych, poczynając od jutra, napiszę o ciekawszych wydarzeniach z czasów przedwojennych i wojennych. Myślę, że uda mi się zainteresować Czytelników mojego blogu, zwłaszcza że jest to historia zupełnie nieznana, o której nikt jeszcze nie pisał.
Zapraszam do kolejnych postów mojego blogu.

czwartek, 27 października 2011

Kundelek też pies


  Dwa dni temu, 25 października, dowiedziałem się z telewizji o obchodach Dnia Kundelka, a zarazem Dnia ustawy o ochronie zwierząt. To specjalne polskie święto, bo  Światowy Dzień Psa zaznaczony jest w kalendarzu 1 lipca, a bywa też obchodzony 9 maja. Mają więc nasi czworonożni przyjaciele swoje okazje, aby o nich pamiętać, aby pomyśleć, czy nie dzieje się im krzywda, czy dobrze spełniamy obowiązek troskliwej opieki i serdeczności. Jest ona szczególnie potrzebna dla kundelka, takiej zwykłej, normalnej psiny, nie zwracającej na siebie uwagi przymiotami psów rasowych, a przecież tak samo usłużnej, przymilnej, wesoło machającej ogonkiem,. kiedy widzi osoby mu bliskie.
Miłośnikom czworonogów, do których sam się zaliczam, dedykuję dzisiaj prawdziwą perełkę, wiersz napisany z talentem i subtelną dozą optymizmu, chociaż jest to rodzaj trenu, tkliwe epitafium na cześć utraconego psa, przyjaciela domu:

„To tylko pies, tak mówisz, tylko pies,
A ja ci powiem,
Że pies to czasem więcej jest jak człowiek.
On nie ma duszy, mówisz…
Popatrz jeszcze raz,
Psia dusza większa jest od psa.
My mamy duszę kieszonkową,
Maleńka dusza, wielki człowiek.
Psia dusza się nie mieści w psie
I kiedy się uśmiechasz do niej
Ona się huśta na ogonie.
A kiedy się pożegnać trzeba
I psu czas iść do psiego nieba,
To niedaleko pies wyrusza,
Przecież przy tobie jest psie niebo,
Z tobą zostaje jego dusza!”

Wiersz ten znalazłem w internetowym blogu Wirtualnej Polski pod hasłem: „Jak się żyje (nie) przeciętnej trzydziestce”. O jego autorce wiem tylko, że jest z zawodu nauczycielką angielskiego, ma męża, dwoje dzieci, mieszka w domku jednorodzinnym. Od czasu do czasu dzieli się w blogu swoimi osobistymi refleksjami. Po tym wierszu nie mam wątpliwości, że jest kobietą nieprzeciętną A piszę o niej nie tylko zachwycony wierszem, tak bliskim mojemu sercu, ale także by zachęcić zwłaszcza młodych: Zakładajcie blogi, piszcie wiersze, dzielcie się sekretami, utrwalajcie na gorąco swoje przemyślenia i refleksje. To będzie prawdziwy skarb po latach, jeszcze cenniejszy niż klisza foto. A ponadto można się nim podzielić z innymi i w ten sposób czynić życie piękniejszym i pożyteczniejszym.

Zdjęcia z albumu domowego. 
                                                                                                                                                                                                                                                        

środa, 26 października 2011

Serce mi się wciąż wyrywa …


 Przeszłość poznajemy z kart historii. O tym co się wydarzyło nie tak dawno -  z opowiadań starszych ludzi.  O minionych czasach czytamy  w gazetach, słuchamy w radiu, oglądamy w telewizji. Nie małą rolę w przybliżeniu wydarzeń z przeszłości odgrywa również literatura. Jej domeną jest wzbogacenie wiedzy historycznej w przeżycia emocjonalne. Widzimy to wyraźnie na przykładzie powieści historycznych Józefa Ignacego Kraszewskiego, Henryka Sienkiewicza, Bolesława Prusa.. Zasługą pisarzy jest utrwalenie w pamięci osób i wydarzeń, o których istnieniu dawno byśmy zapomnieli.
Powyższa refleksja nasunęła mi się w związku z postacią autora wiersza, który zwrócił moją uwagę przy okazji wertowania Kalendarza Królowej Wychodźstwa Polskiego na rok 1938. Lubię przeglądać stare, przedwojenne wydawnictwa. Bardzo często pozwalają one odnajdywać potwierdzenie lapidarnej sentencji, że historia kołem się toczy.
Wiersz nosi tytuł „Serce mi się wciąż wyrywa”, a wyszedł spod pióra niekoniecznie wielkiego poety, Lucjana Rydla. Tenże poeta być może utonąłby w zapomnieniu, gdyby nie szczególne zrządzenie losu. Otóż  na przełomie wieków XIX i XX w Krakowie miał miejsce niezwykle ciekawy ruch społeczno-obyczajowy, zwany chłopomaństwem. Polegał on na szczególnym idealizowaniu życia chłopskiego, odnoszeniu się do wsi z pietyzmem i egzaltacją, uznawaniu jej za kolebkę  staropolskich tradycji i wartości. Modzie tej uległ pięknoduch z bogatego mieszczańskiego domu, właśnie Lucjan Rydel, profesor literatury krakowskiej Jagiellonki. Dla egzemplifikacji swych upodobań poślubił dziewkę z podkrakowskiej wsi Bronowice, Jadwigę Mikołajczykównę, przeniósł się z miasta na wieś, starał się przejąć tutejsze konwenanse. Bardzo celnie i dowcipnie ujął to w „Weselu” Stanisław Wyspiański w słowach Pana Młodego; „pod spód więcej nic nie wdziewam, od razu się lepiej miewam”.
Pan Młody w „Weselu”, to właśnie Lucjan Rydel, a jego żona, Panna Młoda, kwitująca poetyckie zachwyty męża nad urokami życia wiejskiego realistycznym doznaniem: „buciki mam trochę ciasne”, to  krzepka jak łania i urodziwa córka tutejszego wójta. Wesele miało miejsce w wiejskiej chałupie, w której doszło do  zderzenia dwóch zupełnie odrębnych światów, krakowskiej inteligenckiej socjety z  siermiężną chłopską naturalnością.
Ale nie wielki dramat Wyspiańskiego „Wesele” jest istotą tego artykułu, choć przyczynił się do „nieśmiertelności” w literaturze Lucjana Rydla. Napisał on piękny wiersz, pełen miłości i tęsknoty do rodzinnych stron, rzewny, tkliwy, wzruszający, wpadający do ucha, łatwy do zapamiętania. Oto ten wiersz:

„Serce mi się wciąż wyrywa
Do dalekich moich stron,
Do tej ziemi ukochanej,
Serce mi się wciąż wyrywa …

U nas teraz na wsi żniwa,
Złotokłosy pada plon,
Śpiewką żeńców dźwięczą łany,
Głos po niebie się rozpływa,
A na kłosach wiatr przygrywa
Jak na harfie wyzłacanej.

Śpiewką żeńców dźwięczy niwa,
Na południe bije dzwon,
A przy drodze wierzba siwa
Śle gromadzie spracowanej
Cień blaskami przetykany …

Mnie tu pośród obcych stron
Śnią się ciągle takie żniwa,
I ta wierzba i te łany,
I do ziemi ukochanej
Serce mi się wciąż wyrywa …

Wiersz krakowskiego estety, Lucjana Rydla , to nie tylko efekt egzaltacji wsią i prostotą życia chłopskiego, to także wyraz rzeczywistego przywiązania do ziemi rodzinnej. Widzimy ją w twórczości wielu innych poetów, a w naszej głuszyckiej rzeczywistości – w wierszach rodzimych twórców takich jak Romana Więczaszek, Marek Juszczak, Natan Tenenbaum, o których pisałem już moim blogu . 
 Z jednym z nich, Markiem Juszczakiem, spotykamy się  jutro o godzinie 18.00 w restauracji ”Stara Piekarnia”. Wszyscy goście mile widziani.

Fot. do albumu "Głuszyca  -  moja Itaka" .


wtorek, 25 października 2011

To nie tylko koncert


Przymierzam się już do paru dni, by podzielić się z moimi wiernymi Czytelnikami niezapomnianym przeżyciem. Wciąż jeszcze mam to przed oczyma i słyszę, i przeżywam, i nie mogę się zmobilizować do pisania, bo boję się, że nie sprostam zadaniu. Tego się nie da opisać. Być może koneserzy pieśni i muzyki sakralnej, uczestnicy wielkich wydarzeń muzycznych w kościołach dużych miast, odbierają to nieco spokojniej. Dla mnie, i myślę wielu podobnych mi przeciętnych odbiorców kościelnego śpiewania przy muzyce organowej, odbywającego się zwykle w atmosferze modlitewnej powagi, namaszczenia i emfazy, koncert jakiego byłem uczestnikiem w Kościele pod wezwaniem Trójcy Przenajświętszej w Jedlinie-Zdroju był przeżyciem wyjątkowym.
Proszę sobie wyobrazić prezbiterium kościoła, a na jego stopniach przy dźwiękach głośnej muzyki  grupa młodych, uśmiechniętych, pełnych energii dziewcząt i chłopców przebranych w stroje ala liturgiczne prezentuje takie śpiewanie, jakiego jeszcze ten kościół nie słyszał. Młodzi artyści śpiewają pełnym głosem, w nieustannym rytmicznym ruchu, z podnoszonymi do góry rękami, z roześmianymi twarzami. To nie jest muzyka nam znana i bliska, ale powtarzające się wciąż frazy wpadają w ucho. Oni śpiewają wypełnieni radością i szczęściem z powodu miłości do Boga. Ta miłość przyniosła im pogodę ducha, optymizm i siłę. Za to dziękują Stwórcy jak potrafią najlepiej, całym sobą, w uniesieniu, w tanecznym rytmie radosnej muzyki. Ale nie chcą to robić sami. Próbują więc wciągnąć do tej  radosnej „modlitwy” wszystkich obecnych w kościele.
W naszej Jedlinie nie było to łatwe. Nie da się tak od razu przemienić wnętrze świątyni pełne powagi i posępnej refleksji w dyskotekę wypełnioną dźwiękami rhythm-and-bluesa lub jazzu rodem z Harlemu. Faktycznie poznański chór specjalizuje się w dynamicznej muzyce gospel stosowanej w kościele protestanckim. Pobudzona przez wykonawców i zaproszona do powstania z miejsc publiczność daje się namówić do ruchów rąk i tułowia w rytmie tanecznym, a najmłodsi robią to z wyraźnym zaangażowaniem. Śpiewamy wszyscy wielokrotnie powtarzany refren słynnej pieśni „Amen, błogosławieni są” Powoli pojawia się  refleksja, że przecież tak też można sławić Boga i dziękować za Jego łaski, to nie grzech, a jest to naturalne i ekscytujące. A młodzi artyści nie oszczędzają siebie, dla nich nie jest ważne, że to mały kościół i nieliczna widownia w porównaniu do tych, dla których koncertowali w całym prawie kraju, a także w Wielkiej Brytanii i USA.  Oni po prostu się modlą, w ten sposób oddają cześć swemu Zbawicielowi, są szczęśliwi, że mogą to czynić z razem z nami.
Mówił o tym prowadzący koncert narrator, a o swoim nawróceniu i zafascynowaniu wiarą zwierzała się prosto od serca jedna z młodych chórzystek.
 Część z moich Czytelników domyśla się o jakim koncercie piszę. Wcześniej wspominałem w którymś z postów, że się na niego wybieram. Wprawdzie minęła już pełna dekada, ale nic nie uciekło, nadal żyję tym wydarzeniem,  „jeszcze w uszach mam te dzwony”.
Piszę oczywiście o występie grupy chóralnej Gospel Joy z Poznania w ramach Koncertu Trzech Kultur, organizowanego jak co roku przez Stowarzyszenie Miłośników Jedliny- Zdroju i Centrum Kultury w Jedlinie-Zdroju za przyzwoleniem i z udziałem księdza proboszcza.
Nie będę się rozpisywał o poznańskim chórze, bo wymienienie największych tylko sukcesów zajęło by dużo miejsca. Chór istnieje już 15 lat . Występował z takimi wokalistami jak Mietek Szczęśniak, Natalia Niemen, Ewa Uryga i wielu artystów z Wielkiej Brytanii, USA. W 2004 roku występował przed 15-tysięczną publicznością na WOŚP. Nagrania koncertów Gospel Joy emitowały w swoich programach TV2 i TV3. Chór nagrał  już trzy płyty, zdobył wiele nagród i wyróżnień na różnych konkursach w kraju i za granicą.
U nas gościł w niewielkim składzie osobowym, ale trudno byłoby sobie wyobrazić, co by się działo w kościele, gdyby wystąpił w pełnym ponad 30-osobowym składzie.
Warto jeszcze dodać, że w tym roku obok Gospel Joy, w Jedlinie-Zdroju w ramach Koncertu Trzech Kultur wystąpiły jeszcze: Schola Cantorum Minorum Chosoviensis z Chorzowa, a także sławny na cały kraj chór prawosławny Oktoich przy wrocławskiej cerkwi świętych Cyryla i Metodego.
Trudno przecenić  inicjatywę organizowania takich koncertów w jedlińskim kościele dla praktycznej realizacji idei ekumenizmu, dla lepszego poznania Kościołów i kultur wywodzących się z różnych, ale zbliżonych do siebie źródeł.

Fot. Alicji Gisterek z Jedliny-Zdroju.

poniedziałek, 24 października 2011

Las państwowy, czyli niczyj

 

Wonna mięta nad wodą pachniała,
kołysały się kępki sitowia,
brzask różowiał i woda wiała,
wiew sitowie i mięte owiał.

Nie wiedziałem wtedy, że te zioła
będą w wierszach słowami po latach
i że kwiaty z daleka po imieniu przywołam
zamiast leżeć zwyczajnie nad wodą na kwiatach.

Boże dobry moich lat chłopięcych,
moich jasnych świtów Boże święty!
Czy już w życiu nie będzie więcej
pachnącej nad stawem mięty?

Czy to już tak zawsze ze wszystkiego
będę słowa wyrywał w rozpaczy,
i sitowia, sitowia zwyczajnego
nigdy już zwyczajnie nie zobaczę ?

Julian Tuwim, „Sitowie”, fragment wiersza

Nie potrafię wytłumaczyć dlaczego właśnie te strofy wiersza nasunęły mi się samorzutnie gdy po upływie paru lat znalazłem się na Graniczniku w znanych mi górnych partiach lasu państwowego w okolicach Radosnej (Ustronia). Określenie, znalazłem się w lesie, jest zupełnie nie adekwatne do sytuacji. Znalazłem się w byłym lesie, tak trzeba by to nazwać, bo w miejscu gdzie ongiś był las, teraz jest „gołoborze”, jak to dosadnie nazwano w podręcznikach geografii. Co się stało z drzewostanem, który radował serce i cieszył oczy. Znajomy z Łomnicy mówi, że część drzew zmiotła wichura, a resztę „załatwili wozacy” prowadzący wyrąb lasu na zlecenie Nadleśnictwa Państwowego. Jak się dowiedziałem Nadleśnictwo jest  instytucją państwową, której statutowym zadaniem jest ochrona lasu, ale rozliczana jest przede wszystkim z wykonania zadań gospodarczych dotyczących wyrębu drzewa na sprzedaż, by zrealizować indeks zamówień eksportowych, a w dalszej kolejności wewnętrznych, krajowych. Jest to zarazem instytucja samowładna, bo nie podlega nikomu, tylko samej sobie. Urzędnicy  tej instytucji sami dokonują oceny realizacji przez siebie zadań gospodarczych, a zarazem dotyczących ochrony lasu. Do realizacji zadań gospodarczych instytucja ta zatrudnia prywatne firmy, które sama nadzoruje. Nadzór nad ludźmi pracującymi w lesie nie jest łatwy. By go poprowadzić należycie  trzeba odpowiedniej liczby niepodatnych na korupcję gajowych. Wieść gminna głosi, ze takich gajowych nie ma. Po prostu nie ma. Nie było ich w PRL-u i nie będzie w żadnej Rzeczpospolitej, obojętnie czy to będzie III, czy IV, pokąd będą lasy państwowe, czyli niczyje.
Nie będę się dalej rozwodził nad sprawą, na której się nie znam. Czy mam rację, czy nie, mogliby rozstrzygnąć profesjonaliści, czyli specjaliści Lasów Państwowych, inaczej mówiąc reprezentanci państwa w państwie, które jest ich pracodawcą
Mogę tylko napisać o własnych, subiektywnych odczuciach. Olbrzymie połacie wyciętego w pień lasu, po którym zostały resztki konarów drzew, połamane gałęzie, fragmenty pni, niesamowite koleiny i zdruzgotane drogi, słowem jedno wielkie „gruzowisko”, to obraz który może poruszyć najbardziej odpornego na klęski natury człowieka. Nie potrafię sobie wyobrazić leśnika, który jest w stanie przechodzić koło tego obojętnie. Ale to widocznie skutek mojej chorej wyobraźni. Panowie w zielonych uniformach nie mają sobie nic do zarzucenia. Zrobili swoje, wykonali zadania produkcyjne. Przecież  premier Tusk nie przyjedzie tu swoim „Tuskobusem”,  a gdyby nawet, to i tak elokwentni urzędnicy Lasów Państwowych przekonają go, że tak musi być. Lasy trzeba wycinać w pień, bo drzewo to podstawa gospodarki leśnej, nie to drzewo, co rośnie, ale to co ścięte, a gałęzie rozsiane po całym byłym lesie, są konieczne dla powstania ściółki leśnej, na której za kilkadziesiąt lat wyrosną nowe drzewa, jeśli znajdzie się ktoś, kto je posadzi. Póki co mamy co wycinać, bo przed nami byli Niemcy, dziwny naród, zamiast wycinać sadzili drzewa.
A na Spicaku wycięto drzewa by odsłonić wieżę widokową. Teraz pełni ona funkcję promocyjną, zachęca turystów do pieszych wędrówek, o tyle przyjemniejszych, że drzewa nie przysłaniają już widoku słońca.
Wiem, popełniam bezeceństwo, bo wypowiadam się krytycznie w temacie, który jest zarezerwowany dla nieskazitelnych urzędników lasów państwowych, cieszących się szacunkiem i uznaniem władz i całego społeczeństwa 
Nie będę już dalej kontynuował tej jeremiady. Powrócę do lirycznej apostrofy z wiersza Juliana Tuwima i zapytam: czy już w życiu nie będzie więcej pachnących w lasach  sosen, świerków, buków, czystej nie zarzuconej połamanymi konarami i zrytej koleinami kół lub ściąganych pni ściółki leśnej,  tego wszystkiego, co czyniło z tych lasów naturalny świat przyrody ożywionej? Jestem pewien, że to pytanie zadaje sobie wielu zwykłych zjadaczy chleba, których dobre duchy powiodą do lasu.
A leśnikom dedykuję lapidarny dwuwiersz, ku przestrodze:
Był las, nie było nas.
Drzew ściętych przybędzie, lasu nie będzie!

Pikanterii tej sprawie nadaje fakt, ze to wszystko się dzieje w Sudeckim Parku Krajobrazowym !

Fotografie  -  Robert Janusz

niedziela, 23 października 2011

Cmentarzyk w Ustroniu


 Myślimy o rozwoju turystycznym gminy. Szukamy miejsc, które mogły by przyciągnąć turystów. Takich miejsc nie brakuje, wystarczy tylko się pochylić, leżą na wyciągnięcie ręki.
Ktoś pomyśli, że to gruba przesada. Być może. Czasy się zmieniają, świat pędzi do przodu. Ale ja sobie myślę, że gdyby w naszej gminie udało się odtworzyć tylko to, co funkcjonowało tutaj przed wojną, co zbudowali bądź urządzili przed laty tutejsi gospodarze, bylibyśmy jedną z atrakcyjniejszych gmin nie tylko w powiecie wałbrzyskim, ale na całym Dolnym Śląsku. Mógłbym po kolei podawać takie przykłady, zachowały się jeszcze ślady po gospodach, domach noclegowych, wieżach widokowych, ścieżkach spacerowych, miejscach rekreacyjnych i sportowych, zabytkowych budowlach, obiektach sakralnych. pałacach i kamienicach. Kiedyś były one dumą mieszkańców, powodem do satysfakcji z miejsca swego urodzenia i zamieszkania. Miasto szczyciło się każdą nową inwestycją i robiło wszystko by o nią dbać i chronić.
Być może to zbyt patetyczny wstęp do tego o czym chcę napisać, ale takie wnioski nasunęły mi się po obejrzeniu niewielkiego pliku zdjęć, które przesłała mi pocztą mailową nieoceniona sąsiadka, Violetta . Fotografie są tak wymowne i poruszające, że trudno nad tym przejść do porządku dziennego.
Ale zacznę od początku.
Malowniczo położona w wąskim jarze pomiędzy grzbietami zalesionych gór letniskowa wieś Łomnica, jak dobrze orientują się turyści, nie kończy się na samej górze, w miejscu pętli autobusowej. Jedna odnoga prowadzi stąd do tuż obok położonego przysiółka o nazwie Trzy Strugi, druga zaś do nieco oddalonej Radosnej, zwanej też Ustroniem. Obie nazwy pasują do tego miejsca jak ulał. To jedno z najpiękniejszych uroczysk w Górach Suchych. Przy dobrej słonecznej pogodzie w miejscu rozwidlenia dróg,  gdzie kończy się asfaltówka, oczom naszym ukazuje się widok, który powala z nóg. Wokół wzgórza pokryte lasami mieszanymi, sięgające gdzieś do nieba, poprzecinane ścieżkami, które toną w poszyciu leśnym. Czyste powietrze, zapach poszycia leśnego, cisza. Znajdujemy się w rajskiej przystani, w krainie ułudy.
Przez Trzy Strugi wiedzie szlak turystyczny na Waligórę i do „Andrzejówki”, przez Radosną na Ruprechticki Spicak, gdzie Czesi wybudowali wieżę widokową, z której rozpościera się w oddali panorama kolorowego miasteczka w rozległej kotlinie otoczonej ze wszystkich stron wierzchołkami zalesionych wzgórz. To Głuszyca, ongiś przemysłowy moloch, dziś miasteczko z trudem poszukujące swej tożsamości.
Do Radosnej jeździmy co roku na grzyby. Dotąd zostawialiśmy samochód pod leśniczówką i wyruszali pieszo w nieprzebrane lasy. Teraz nowy jej gospodarz zablokował miejsce do parkowania głazami skalnymi, jakby mu się nie podobało, że tam zjawiają się ludzie.
Dziś miejsce to pachnie pustkowiem. Zachowało się włącznie z leśniczówką pięć zabudowań, z których jedno, to nowo zbudowana rezydencja wrocławskiego lekarza. Jeszcze niedawno przy budynku myśliwskim był  duży staw pod lasem, ale zabrała go powódź 1997 roku. Tuż obok znajdują się źródła rwącego potoku Złotej Wody, który na dole Łomnicy staje się już dużą rzeką, niezwykle groźną po ulewnych deszczach.
Radosna była niegdyś odrębną wsią. Prawdopodobnie należała do dóbr właścicieli pobliskiego zamku Radosno, stąd jej nazwa. W „Słowniku geografii turystycznej Sudetów” pod redakcją Marka Staffy można się dowiedzieć o ciekawej historii tej wsi, która w okresie świetności w 1885 roku liczyła 31domów i miała własną szkołę ewangelicka, młyn wodny, młyn do mielenia kory dębowej i tartak. Brakowało terenów na uprawy rolne, więc ludzie trudnili się gospodarką leśną i tkactwem, Już w okresie międzywojennym zaznaczył się upadek wsi, wtedy stała się częścią Łomnicy. Po wojnie w PRL-u z dawnej wsi zachowały się tylko ślady rozebranych domów. Tych co się uratowały jak już wspomniałem, pozostała garstka.
Ale po co ja o tym wszystkim piszę?  Jaki to ma związek z rozwojem turystyki? Czy będę próbował zachęcać  kogokolwiek do odbudowy wsi? Otóż nie. To wszystko o czym piszę wydaje mi się dość istotne w temacie, do którego przechodzę niezwłocznie i który stanowi meritum sprawy.
Napisałem powyżej o przesłanych mi fotografiach, a ponieważ zamieszczam je obok, a i tytuł tego postu coś wyraźnie sugeruje, powoli sprawa się wyjaśnia.
Tuż przy trasie wędrówki pieszej na Spicaka, w niewielkiej odległości od zabudowań, w gęstwinie drzew i krzewów rosnących tutaj samopas, znajdujemy ślady dawnego cmentarzyka.

Widać, że był on kiedyś ogrodzony i pielęgnowany. Niezwykłość i oryginalność cmentarzyka polega na dość szczególnym wyborze miejsca na pochówek zmarłych  -  w oddaleniu od wsi, na małej polance otoczonej ze wszystkich stron lasami. Miejsce idealne dla zyskania wieczystego spokoju.
Niewiele wiemy o tym cmentarzyku. Prawdopodobnie było to miejsce stoczonej bitwy pomiędzy wojskami pruskimi i austriackimi w czasie wojen o Śląsk w połowie XVIII wieku. Trzeba było pochować tych co zginęli w bitwie, ale do cmentarza na początku Łomnicy było daleko.
Być może w dalszej kolejności chowano tu zmarłych mieszkańców Radosnej, bo mamy tu także mogiły znacznie młodsze. Cmentarzyk został ogrodzony, wyznaczono alejki, posadzono kwitnące krzewy. Był zadbany do czasu jak przybyli tu osadnicy polscy, tak mówią najstarsi mieszkańcy Łomnicy. Wspominają oni przyjeżdżających tu Niemców, którzy odwiedzają cmentarz wyglądający obecnie tak, jakby jeszcze wczoraj przeszedł tedy huragan. Były próby porządkowania cmentarza przez mieszkańców Łomnicy, przez harcerzy, ale nie przyniosły pożądanego skutku, bo podobnie jak w Kolcach cmentarz wymaga  stałej opieki i niewielkich  nakładów finansowych. Fotografie Violetty mówią same za siebie.

 Odbudowa cmentarza (uporządkowanie, ogrodzenie, odrestaurowanie kilku mogił, oznakowanie, sporządzenie tablic z krótką historią),  to ważne zadanie władz lokalnych. Chodzi zarówno o elementarne poczucie przyzwoitości w odniesieniu do dawnych miejsc pochówku zmarłych, jak również wykorzystanie oryginalnego cmentarzyka jako atrakcji turystycznej, bo jest to zabytek pierwszorzędnej wagi. Dziś można by na ten cel bez żadnych przeszkód zdobyć środki z funduszy europejskich. Trzeba tylko chcieć się tą sprawą zająć.

Zdaję sobie sprawę, że jest to marzenie hurra optymisty, realnie rzecz biorąc  -  marzenie „ściętej głowy”. Ale takich marzycieli jak ja jest w Głuszycy więcej. Może wreszcie się uda coś z tym fantem zrobić. Pożyjemy, zobaczymy ! „A czas jak rzeka, jak rzeka płynie…”



P.S. Tekst z okazji nadchodzącego Święta Zmarłych. Fotografie – Violetta Torbacka.

sobota, 22 października 2011

Zaproszenie


Jeszcze tam kiedyś wrócę,
którąś jesienią w listopadzie,
gdy buki liście gubią,
gdy mgła na stawach się kładzie.

Jeszcze tam kiedyś wrócę,
choćby ostatni raz
zobaczyć taką jesień,
jakiej nie zatarł czas.

Zobaczyć, ze nic się nie zmienia,
że wiatr świerkami kołysze,
że wciąż te same wspomnienia
przez senną się snują Głuszycę.

Zobaczyć i westchnąć tylko,
że czas, że liście, że jesień,
że życie małą chwilką,
a jednak żyć chce się.

               Marek Juszczak

Wygląda na to, że postanowienie autora wiersza znów się zmaterializuje. Piszę „znów”, bo od pewnego czasu Marek Juszczak z Knurowa powraca do swej macierzystej kolebki co najmniej dwa razy do roku. Obowiązkowo wiosną i jesienią na spotkania z poezją, które już weszły do corocznego kalendarza imprez kulturalnych Głuszycy.
Tym razem będziemy go gościć dla odmiany w rozrywkowej „Starej Piekarni”  na „czwartkowej biesiadzie” pod opiekuńczymi skrzydełkami Wioletty Olszewskiej, właścicielki restauracji a zarazem nowo narodzonej mecenas kultury.
Piszę o tym spotkaniu w czwartek 27 października o godzinie 18.00 traktując je zarazem jako zaproszenie tych Czytelników mojego blogu, którzy są w stanie tu przyjść lub przyjechać.
A warto, bo oprócz spotkania z Markiem Juszczakiem, który wystąpi w podwójnej roli, jako górnik kopalni ”Szczygłowice” w Knurowie piszący wiersze o swoim rodzinnym gnieździe – Głuszycy, ale także jako wytrawny podróżnik rowerowy, bo zaliczył już kawał Polski i południowej Europy.
Możemy się spodziewać, że zaprezentuje nam swoje stare i nowe wiersze, a zarazem podzieli się wrażeniami z ubiegłorocznego i tegorocznego pedałowania po świecie.
Ale spotkanie z Markiem, to tylko część programu artystycznego, jaki proponuje nam tego wieczoru właścicielka restauracji. Jako preludium koncertowego wieczoru wystąpi rodzima grupa teatralna Zespołu Szkół w Głuszycy ze scenką kabaretową przygotowaną z okazji tegorocznego Dnia Nauczyciela. Młodzi aktorzy będą też gośćmi pozostałej części wieczoru, a zrobią to z chęcią, bowiem Markowi Juszczakowi towarzyszyć będzie muzycznie i wokalnie Teresa Pietras z Jedliny-Zdroju, która dała się już poznać w „Starej Piekarni” jako znakomita wykonawczyni znanych piosenek Bułata Okudżawy, Marka Grechuty, Maryli Rodowicz i wieli innych piosenkarzy polskich i zagranicznych.
Zapraszam więc bardzo serdecznie w imieniu Organizatora w czwartkowy wieczór 27 października do restauracji „Stara Piekarnia” na godzinę 18.00 zapewniając że w związku ze zbliżającym się Świętem Zmarłych 1 listopada, zachowamy tego wieczoru należyty nastrój powagi i refleksji.
P.S. Tym razem nie mogła do nas przyjechać Romana Więczaszek z Brzegu  ze względów zdrowotnych, ale jest z nami sercem i duszą.

Fot. Violi Torbackiej, Roberta Janusza, Kasi Szytner.


U źródeł Bystrzycy

 Pomyślałem sobie co wiemy o rzece, nad którą leży nasze miasto Głuszyca, czy jesteśmy pewni, gdzie się znajduje jej początek, a gdzie koniec, czy orientujemy się jak ważna jest ona dla miasta i dla całego Dolnego Śląska?
Mam cichą nadzieję, że uda mi się przekazać o Bystrzycy najważniejsze informacje, rozwiać wątpliwości, a co najważniejsze zachęcić na wycieczkę krajoznawczą w góry w celu odkrycia jej źródeł  Zapewniam, że po przeczytaniu tego postu stanie się to szczególnie  intrygujące.

Rzeka Bystrzyca, lewy dopływ Odry, to jedna z najatrakcyjniejszych rzek w południowo-zachodniej części kraju. Liczy sobie 95 km. .Górna część rzeki, to obszary piękne krajobrazowo o nieźle rozwiniętej bazie turystycznej. Na rzece utworzono dwa jeziora w Zagórzu Śląskim i Mietkowie. Bystrzyca  to rzeka, nad którą leży duże, historyczne miasto Świdnica. W końcowej części swego biegu okrąża Wrocław od północy. Jej ujście do Odry ma miejsce w dzielnicy Wrocław - Pracze. Wraz z prawobrzeżnym dopływem Widawą, zasila Odrę, czyniąc z niej wielką i spławną rzekę, drugą co do wielkości w Polsce.
Bystrzyca jest główną rzeką w Głuszycy, wzdłuż jej koryta ciągnie się najstarsza zabudowa miasta. Jej niewidoczną na co dzień siłę niszczycielską mieliśmy okazję poznać szczególnie w lipcu 1997 roku, kiedy to miała miejsce największa ze znanych nam powodzi.  Na kartach historii odnotowane są  klęski powodziowe także w czasach wcześniejszych. To nieuniknione w rzekach górskich przy długotrwałych, intensywnych opadach. Zasilające rzekę dopływy potoków górskich przepełniają główne koryto, dzieje się to w krótkim czasie, z gwałtowną mocą, skutkiem czego możliwości ratunku dobytku gospodarstw i zabudowań położonych blisko rzeki są znikome.
Skąd się wzięła ta na ogół spokojna, ale bywa też bardzo groźna, płynąca dość szerokim korytem rzeka, gdzie się znajdują jej źródła?
Wydawałoby się na pierwszy rzut oka, że w Górach Sowich, gdzieś tam pod Sokołem ( 862 m. npm.). Wartkim strumieniem płynie stamtąd rzeczka przez całą górną i dolną Sierpnicę, by tuż przed Kolcami połączyć się z nurtem innej, jak się okazuje właściwej rzeki Bystrzycy. Źródła Bystrzycy znajdują się po drugiej stronie w Górach Suchych, na zachód od Bartnicy tuż pod górą Leszczyniec (736 m. npm.). Gdybyśmy chcieli tam dotrzeć bez większego wysiłku, wystarczy dojechać samochodem do przysiółka wsi Bartnica o wdzięcznej nazwie Złote Wody. To miejsce, gdzie nie tak dawno była jeszcze strażnica Wojsk Ochrony Pogranicza. Stąd trzeba się udać na wycieczkę pieszą pod górę do pasa granicznego, a dalej zielonym szlakiem turystycznym dojdziemy na Leszczyniec. 
Tu właśnie na granicy czeskiej, na póln.-zachd. od szczytu znajduje się zabytkowy Trójpański Kamień, noszący niemiecką nazwę Dreiherrenstein lub czeską Tripansky Kamen. Kamień ten pochodzący z XVIII wieku wyznaczał zbieg granic trzech wielkich posiadłości ziemskich: klasztoru benedyktynów z Broumova, barona von Stillfrieda z Nowej Rudy i barona von Seheer- Tossa z Jedlinki. Wyznaczał też zbieg granic Śląska, Czech i hrabstwa kłodzkiego Można więc powiedzieć, że miejsce początkowe rzeki Bystrzycy ma wymiar symboliczny dla Dolnego Śląska jako konglomerat różnych narodowości i różnych kultur tu się ze sobą splatających
Wypływający z póln.-wschod. zboczy Leszczyńca źródliskowy potok Bystrzycy płynie sobie wzmocniony Złotym Potokiem przez Bartnicę w kierunku Kolc nie sprawiając w niczym wrażenia, że już za parę kilometrów dalej będzie dużą rzeką. A stało się to, bo po drodze w obszarze jednej tylko gminy Głuszyca zbiera kolejne liczne dopływy: z prawej, wschodniej strony z Gór Sowich (Otłuczyna, Kłobia, Marcowy Potok), z lewej, zachodniej strony z Gór Suchych (Złota Woda, Rybny Potok). Można więc śmiało powiedzieć, że Bystrzyca jest rzeką formującą się na obszarze gminy Głuszyca, a więc naszą rzeką. Niestety, niewielu mieszkańców Głuszycy o tym wie, a w materiałach promocyjnych miasta ten fakt jest najczęściej pomijany.
 W dolnej części Głuszycy i Jedliny-Zdroju (Jedlinka) Bystrzyca płynie dość szeroką doliną wśród zabudowy i użytków rolnych. Przepływa przez ciąg starych wsi łańcuchowych, Olszyniec, Jugowice, Zagórze Śląskie, Lubachów, Bystrzyca Górna. Pomiędzy Zagórzem Śląskim, a Lubachowem rzeka tworzy ciągnące się na odległość 3,5 km, malowniczo położone, o urozmaiconej linii brzegowej,  Jezioro Bystrzyckie. Powstało ono po wzniesieniu w latach 1911-1914 olbrzymiej, kamiennej zapory wodnej na początku Lubachowa. Dodatkową atrakcją jeziora są wysoko położone na górze Choina ruiny zamku Grodno z wieżą widokową, przyciągające licznych turystów. Duże zainteresowanie wycieczkowiczów wzbudza  most linowy zawieszony nad  taflą jeziora (obecnie w remoncie), a także restauracja „Wodnik” i otaczające jezioro domki kempingowe (do wynajęcia).
Dolina Bystrzycy, szczególnie pomiędzy Głuszycą a Bystrzycą Górną należy do regionów szczególnie atrakcyjnych krajobrazowo. Dawniej cieszyła się ogromną popularnością, była celem specjalnie organizowanych wycieczek z Wrocławia, Świdnicy i innych stron. Wsie w niej leżące były znanymi letniskami. Stąd też wybudowana została w 1904 roku niezwykle atrakcyjna linia kolejowa ze Świdnicy Kraszowice przez Bystrzycę, Lubachów do Jedliny-Zdroju. Poprowadzona została zboczami gór z widowiskowymi wiaduktami i mostami nad wijącą się rzeką Bystrzycą. Niestety w latach 70-tych ograniczono przejazdy pociągów, aż w końcu całkowicie wstrzymano ruch kolejowy. Od początku lat 90-tych  toczy się walka środowisk inteligenckich Wrocławia i innych miast o przywrócenie na tej linii kolejowej ruchu pasażerskiego, przynajmniej szynobusami, aby ożywić ruch turystycznych i wycieczkowy i nie dopuścić do całkowitego zniszczenia dorobku minionych pokoleń tego zakątka Dolnego Śląska.

Ta wydawałoby się mała, przez wiele dni w roku leniwie tocząca swój bieg, w centrum miasta w miarę uregulowana i bezpieczna rzeka, okazuje się od czasu do czasu nieokiełznanym żywiołem. Jest rzeką zbierającą wody z pasm górskich otaczających miasto ze wszystkich stron. Bywa, że staje się bardzo niebezpieczna. Ale to dzięki tej rzece opady deszczu nie są tak odczuwalne, bo woda deszczowa ma którędy odpłynąć. Nasza Bystrzyca odprowadza je do Odry, a Odrą płyną do morza. I taka jest kolej rzeczy. Rzeka stanowi cenną ozdobę krajobrazów, jest dodatkową atrakcją dla turystów i wczasowiczów. Wiążąc się uczuciowo z naszym miejscem urodzenia lub zamieszkania, wiążemy się też z jej niezbywalnym wodnym wyznacznikiem. Dobrze byłoby, byśmy o tej naszej rzece -  zbawicielce wiedzieli jak najwięcej.

piątek, 21 października 2011

Okienko na świat


 Ciekawe, że to okienko zostało otwarte dopiero 1997 roku. Właśnie wtedy uruchomione zostało turystyczne przejście graniczne Głuszyca Górna  -  Janoviczki, a w ślad za tym rozpoczęła się wędrówka pieszych turystów i weekendowych spacerowiczów polskich i czeskich, by poznać najbliższych sąsiadów. Gdyby ktoś dokonał takiego bilansu najprawdopodobniej okazałoby się, że proporcje tych wędrówek pomiędzy Polakami, a Czechami byłyby jak 4 do 1, ale to głównie dlatego, że Polaków przyciągały urokliwe Janoviczki, a zwłaszcza gościnne restauracyjki tuż przy granicy, serwujące smaczne posiłki i dobre czeskie piwo. Stąd było bardzo blisko do historycznego Broumova, powiatowego miasta z zabytkowym klasztorem. Rowerem jechało się do miasta ekspresowo, bo z góry na dół w  niecałą godzinę, a tam to już można było ucztować po królewsku w tanich restauracyjkach wokół rynku. Takie to były czasy, choć przecież nie tak odległe, a u naszych sąsiadów zza miedzy było tanio, smacznie i schludnie. Wkrótce potem rozpoczął się frontalny exodus na zakupy do tego stopnia, że zaraz za czeską granicą  postawiono ciąg pawilonów spożywczych, w których Polacy zaopatrywali się w piwo, alkohol i wędliny. Ale to miało miejsce nie w Janoviczkach, ale w oddalonym nieco od Głuszycy Starostinie, przy drogowym przejściu granicznym w Mieroszowie. Tędy można było przekraczać granicę samochodem i przez Mezimesti podróżować po całych Czechach, a nawet dalej w głąb Europy. Wtedy jeszcze byliśmy skazani na kontrole graniczne, konieczność dostosowania się do zmieniających się przepisów celnych.
To wszystko działo się tak niedawno, a już dziś brzmi jak historia, a przecież minęło zaledwie kilkanaście lat. W tym czasie staliśmy się członkiem Wspólnoty Europejskiej, a przejścia graniczne mijamy dziś tak, jakby ich nie było. Jak widać we współczesnym świecie  10 - 15 lat to szmat czasu.
 Ale nie tylko o tym co się dzieje obecnie chcę napisać. Okazuje się, że miejsce, gdzie przekraczamy granicę do Czech w Janoviczkach leży o parę kroków od historycznego szlaku handlowego w średniowieczu. Biegł on przez Przełęcz pod Czarnochem (660 m npm.), wyraźne obniżenie terenu pomiędzy Czarnochem (733 m npm.), a Kopińcem (706 m npm.). To właśnie tędy prowadziła stara droga w części nawet moszczona drewnem ze Śląska do Czech, łącząca Głuszycę z Broumovem. Od północy pod przełęcz podchodziły domy Głuszycy Górnej, a od południa Janoviczek. Ostatni dom w Głuszycy Górnej pełnił rolę urzędu celnego aż do 1945 roku, bo do tej pory istniało tu oficjalne przejście drogowe.
 Trudno się dziwić, że przed wojną lokalna gazeta głuszycka „Wüstegiersdorfer Grenz-Bote” nosiła tytuł „ Głuszycki Goniec Graniczny”, choć była adresowana dla trzech sąsiadujących gmin Głuszycy, Jedliny-Zdroju i Walimia, obecnie związanych wzajemnym porozumieniem o współpracy pod nazwą „Tajemniczy Trójkąt”. Takich tajemniczych wątków jak chociażby ten o historycznych proweniencjach przejścia turystycznego Głuszyca Górna – Janoviczki można odnaleźć więcej. Warto się wybrać na pieszą wycieczkę w te strony i przemierzyć chociaż część średniowiecznego traktu handlowego uświadamiając sobie, że przynajmniej w przyrodzie i krajobrazach wszelkie zmiany mają tempo znacznie wolniejsze.  O innych ciekawostkach z naszej regionalnej łączki napiszę w kolejnych odcinkach.

Zdjęcia leśnych duktów Violi Torbackiej.