Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Uczcijmy Dzień Książki, bo warto !


MBP w Głuszycy, miejsce gdzie dominuje książka



Dobrze o tym pamiętać, że mamy co roku taki dzień 23 kwietnia, ogłoszony Międzynarodowym Dniem Książki. To okazja by pomyśleć o tym jak wiele książce zawdzięczamy, w jakiej mierze może ona pozytywnie wpłynąć na nasze życie.

Jest to zarazem okazja, by pomyśleć z szacunkiem i uznaniem o tych wszystkich, którzy piszą i ilustrują książki, a także o tych, którzy je wydają.

Dzień Książki jest także świętem bibliotek i księgarń, a myślę że także tych wszystkich, których nazywamy miłośnikami książki.

Nie trudno się zorientować, że do świętowania w tym dniu uzbierać by się mogła znaczna część społeczności w każdym kraju, gdyby to święto było tak popularne jak Dzień Kobiet albo Święto Pracy, nie mówiąc już o świętach  państwowych lub kościelnych.

Być może tak się kiedyś stanie, bo święto jest bardzo młode, uznane przez ONZ dopiero w 1995 roku i musi dużo wody upłynąć zanim ludzie zrozumieją, że jest to rzeczywiście ważny powód by czcić książkę i jej twórców jako jedną z bezcennych zdobyczy ludzkości.

A nasza głuszycka biblioteka przypomniała na stronie facebooku moje najprawdziwsze wyznanie miłosne, które przy tej okazji z satysfakcją dołączam wraz z najlepszymi życzeniami wszystkim Czytelnikom książek:


Prawdziwa miłość


Kocham ją od dzieciństwa
i nie potrafię pojąć dlaczego.
Dawniej pobudzała do cna moje zmysły,
potrafiła czarować wdziękiem i urodą,
odsłaniała ukryte w jej wnętrzu tajemnice i fantazje
nieznane młodemu adeptowi życia.
Dziś kiedy stała się mi bliska
wiem, że mnie nigdy nie zawiedzie,
nie zdradzi i nie oszuka,
jest zawsze pod ręką.
Uśmiecha się do mnie, gdy mam doby humor,
a kiedy jestem smutny, to płacze,
nie kłoci się ze mną i nie poucza,
choć zawsze jest gotowa podzielić się swoją mądrością.
Nie gniewa się na mnie, a powinna,
gdy długo pozostaje nietknięta,
czuję jak drży ze wzruszenia,
więc biorę ją do ręki i głaszczę z czułością po głowie.
Czasami wydaje mi się zużyta,
zbędna i obojętna,
przecież wiem o niej wszystko,
czy nie wysłać jej do lamusa?
Nie, wiem, że tego nie zrobię,
przyjdzie czas i do niej powrócę jak marnotrawny syn biblijny,
bo miedzy nami jest coś więcej
niż to, co się zowie miłością.
To jest więź niepojęta, bezinteresowna
dlatego niezniszczalna i trwała.
Zapytacie - jak ona ma na imię?
To najpiękniejsze imię na świecie
- K s i ą ż k a !

Wszystkim piszącym, wydającym i czytającym książki - radości z obcowania z nimi! Książkom - jak największego grona odbiorców!






niedziela, 22 kwietnia 2018

Kolej na kolej



Dziś nie będzie żadnych głębszych refleksji filozoficznych, ani zachwytów nad bogactwem atrakcji turystycznych i pięknem przyrody regionu wałbrzyskiego, ani odniesień do jego przeszłości. Nie zamierzam epatować Słuchaczy niczym innym jak tylko jedną refleksją. Ma ona wyraźnie subiektywny wymiar i pachnie sentymentalną nutą za tym co minęło.

Dawno już nie jechałem pociągiem. Moja młodość jest związana z tym środkiem komunikacji jak z żadnym innym. Mogę powiedzieć, że z okien pociągu poznałem świat i zrozumiałem czym jest miara odległości. Z podróżowaniem koleją, z oczekiwaniem na stacjach kolejowych, z perypetiami w pociągach i kasach biletowych, wiążą się liczne przygody z czasów minionych.

Przejeżdżający pociąg budzi we mnie do dziś uczucie nostalgii i żalu. To tak  jak wszystko to co było bliskie sercu i duszy, niestety, z biegiem lat przeminęło.

Na szczęście pozostał mi jeszcze jeden atut. W niedalekiej odległości od domu ciągnie się widoczny z okien nasyp kolejowy. Tedy przebiega słynna linia kolejowa Wałbrzych-Kłodzko. Słynna, bo jest jedną z najatrakcyjniejszych  w Polsce. To właśnie tędy pociąg przemierza aż trzy tunele, z których ten pierwszy tuż za stacją Wałbrzych Główny, jest najdłuższym tunelem w Polsce i liczy sobie ponad półtora kilometra. Trasa pociągu prowadzi przez wysokie wiadukty ponad drogami i dachami budynków, zboczami gór, pośród lasów, łąk i pól. Oczom podróżnych ukazują się coraz to inne krajobrazy, utopione w nich miasteczka i wsie, z których górnicza ongiś Nowa Ruda, może zachwycić niezwykłością położenia budynków i rozmaitością architektury.

Linia kolejowa Wałbrzych-Kłodzko wciąż jeszcze żyje. Od czasu do czasu przetaczają się po niej pociągi towarowe wypełnione kamieniem lub innymi ładunkami. Od kilku lat przywrócony został ruch pasażerski specjalnym szynobusem. Kursuje on od rana do wieczora tam i z powrotem kilka razy dziennie.

Gdy tylko słyszę skrzyp kół wagonów po szynach, to zaraz podświadomość przypomina mi frazę z „Lokomotywy” Tuwima: „to para gorąca wprawiła to w ruch, to para co z kotła rurami do tłoków, a tłoki kołami ruszają z dwóch boków, i gnają, i pchają, i pociąg się toczy…”. Czuję wtedy sentymentalne wzruszenie i radość w sercu, że jeszcze wszystko nie zginęło.

Oczywiście Julian Tuwim żył w dawnych czasach. Po torach kolejowych kursowały wtedy prawdziwe lokomotywy, którym „żar z brzucha buchał”. Szynobus to już nie to, co sapiący parowóz napędzany węglem ciągnący za sobą harmonię wagonów. Ówczesne lokomotywy mają swój niepowtarzalny urok. Dopiero teraz, gdy ich już nie ma na torach, doceniamy wizualne zalety tych maszyn. Dobrze więc, że znaleźli się pasjonaci, którzy podjęli się trudu utrwalenia w sposób materialny zabytków naszego kolejnictwa. 

Mam tu na uwadze wyjątkowe na Dolnym Śląsku, jedne z najciekawszych w kraju Muzeum Przemysłu i Kolejnictwa w Jaworzynie Śląskiej. Mieści się na terenie historycznej parowozowni przy stacji kolejowej, ongiś jednego z większych i ważnych węzłów kolejowych z Wałbrzycha do Wrocławia. Budynek parowozowni wachlarzowej pochodzi z 1907 roku, rozbudowywany w latach 1914, 1943 oraz 1970.

Muzeum Przemysłu i Kolejnictwa na Śląsku rozpoczęło swoją działalność w 2004 roku po ponad rocznych staraniach zmierzających do ratowania kolekcji parowozów i lokomotyw zgromadzonych w Jaworzynie Śląskiej. Od 2005 roku Muzeum jest już działającą pod nadzorem Ministerstwa Kultury organizacją pożytku publicznego zajmującą się ochroną dziedzictwa kultury technicznej Śląska.

Podstawę kolekcji Muzeum stanowi zabytkowy tabor kolejowy normalnotorowy z lat 1890 do 1972. Zbiór tworzy 50 lokomotyw trakcji parowej, spalinowej i elektrycznej, a także 100 wagonów oraz kolejowych pojazdów specjalistycznych. Zabytkowy tabor kolejowy prezentowany jest na terenie bocznicy kolejowej, a także na wachlarzu parowozowni.
Wiosną 2014 roku, w ramach współfinansowanego przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego projektu, uruchomiono na terenie bocznicy kolejowej Muzeum tzw. Trasę Parowozową, unikalną ścieżkę edukacyjną, której zwiedzanie odbywa się w trakcie przejazdu zabytkowym taborem.
Nie mówię więcej o Muzeum, można o nim dowiedzieć się wszystkiego na stronie internetowej, a najlepiej przyjechać i zobaczyć samemu. Muzeum jest szczególnie atrakcyjne dla dzieci i młodzieży, a przejażdżka zabytkowym pociągiem stanowi niebywałą atrakcję, równą chyba podróży nowoczesnym „Pendolino”.
Mamy wiosnę, najlepszy czas dla wycieczek szkolnych, nie tylko w góry. To tylko dwie z atrakcyjnych  i łatwych do osiągnięcia propozycji.

sobota, 21 kwietnia 2018

Polsko - czeska Ścinawka

krajobrazy Unisławia Śląskiego


Przypomnę, co w małym, sympatycznym wierszyku  „Nasze kwiaty” napisała Maria Konopnicka:


Jeszcze śnieżek prószy,
Jeszcze chłodny ranek,
A już w cichym lesie
Zakwita sasanek.

A za nim przylaszczka
Wychyla się z pączka
I mleczem się żółtym
Złoci cała łączka.


 Przytaczam ten wiersz, bo czuję oddech Wiosny. To czas na wycieczki. Z Wałbrzycha jak się ma samochód żaden problem by w weekend podjechać do „Andrzejówki”, a stąd udać się na przechadzkę w góry. Ale to znane miejsce i często odwiedzane przez Wałbrzyszan. A ja zaproponuję dziś mniej popularną, ale równie atrakcyjną podróż w najbliższą okolicę.


Zacznę jednak od zachęty do bliższego poznania frapującej książki  -  „Narrenturm” Andrzeja Sapkowskiego. To pierwsza część trylogii mocno związanej z historią Dolnego Śląska w burzliwych latach wojen husyckich. Żaden podręcznik historii nie potrafi tak przybliżyć odległych czasów z końca średniowiecza jak z pozoru beletrystyczna fabuła, osadzona jednak gruntownie w realiach historycznych, znajomością których emanuje i imponuje autor powieści. Pierwszy raz połknąłem „Narrenturm’ i „Bożych wojowników” jednym tchem. Dopiero po pewnym czasie udało mi się dotrzeć do trzeciej części trylogii -  „Lux perpetua”.

Przez jakiś czas byłem oszołomiony i zadawałem sobie pytanie, skąd się biorą tacy znakomici pisarze ? Byłem wtedy na gorąco pod wrażeniem dzieł historycznych Normana Daviesa i Pawła Jasienicy. Teraz doszlusował do nich historyk-powieściopisarz, Andrzej Sapkowski. Zdecydowałem wówczas, że do jego trylogii muszę powrócić na spokojnie, bo jest w tych książkach niezmierna ilość interesujących szczegółów, są fragmenty tak znakomite, że warto je utrwalić w pamięci. A ponadto rzecz rozgrywa się w najbliższym obszarze mojego Śląska.

Sam bohater książki wywodzi się z Bielawy, a tytułowy „Narrenturm”, to właśnie nazwa położonej we Frankenstein, czyli Ząbkowicach Śląskich ówczesnej Wieży Błaznów, czy też szpitala obłąkanych, a w gruncie rzeczy zwykłej turmy dla innowierców. Czytam więc sobie  powtórnie pierwszą część trylogii, powoli, z przerwami i co rusz znajduję coś, co rozpala wyobraźnię.

No dobrze, ale co ma wspólnego z książką wymieniona w tytule Ścinawka, skąd moje  zainteresowanie, jak się okazuje dość niezwykłą rzeką, bo łączącą w sposób szczególny, sąsiadujących ze sobą Polaków i Czechów.

Otóż nad Ścinawkę  z Ząbkowic przez Przełęcz Srebrną dotarł główny bohater „Narrenturm”, Reynevan wraz ze swoimi kompanami. Zmierzali do czeskiego Broumova, a dalej do Hradca Kralove, by tam schronić się pod skrzydłami husytów przed fałszywymi oskarżeniami chrześcijańskich prześladowców spod skrzydeł biskupa wrocławskiego. Ale po drodze uciekinierzy zboczyli w kierunku Gór Stołowych i stali się mimowolnymi obserwatorami płonącego miasteczka Radkowa. Podpalili je husyci, bo tak czynili z kolejno napotykanymi śląskimi miastami i wsiami. Była to wyprawa odwetowa jako zemsta za jesienną rejzę na Nachod i Trutnow, za rzezie jakich wojska wrocławskiego biskupa Konrada i Puty z Czastlovic dopuściły się pod Vizmbrukiem i we wsiach nad rzeką Metują.

Niestety, były to czasy najokrutniejszych, jakie można sobie wyobrazić, wojen religijnych, a rzeka Ścinawka nie łączyła, jak to ma miejsce obecnie, ale dzieliła Polaków i Czechów, zresztą podzielonych też pomiędzy sobą w zależności od przyjętej religii.

Pozostawię jednak groźne czasy wojen husyckich do oddzielnego, samodzielnego roztrząsania przez miłośników historii, by skupić uwagę na rzece - Ścinawce Jest ona co do wielkości drugą po Bystrzycy rzeką w Górach Kamiennych. Podkreślam słowo rzeka, bo leży nad nią także rozległa wieś o tej samej nazwie – Ścinawka.

Ścinawka, licząca sobie 62 km. długości, to lewy dopływ Nysy Kłodzkiej. Jest jedyną rzeką w Sudetach, której górny i dolny bieg znajduje się w Polsce, a środkowy w Czechach. Wypływa spod Borowej w Górach Wałbrzyskich na wysokości 720 m. npm. Dalej biegnie przez Unisław Śląski rozdzielając Pasmo Lesistej od Gór Suchych, a dalej pod Mieroszowem przekracza granicę państwową pomiędzy Golińskiem, a Starostinem. Omija Broumov, aby pomiędzy Otovicami, a Tłumaczowem ponownie znaleźć się w Polsce. Za Ścinawką Średnią rzeka dociera do Kotliny Kłodzkiej, by poniżej Ścinawicy na północ od Kłodzka połączyć się z Nysą Kłodzką.

Ścinawka jest typową rzeką górską, w części górnej przyjmuje wody szeregu potoków, odwadniając znaczny obszar Sudetów. Nic więc dziwnego, że okresowe, gwałtowne wezbrania wód są przyczyną katastrofalnych powodzi.

Dolina Ścinawki od dawien dawna stanowiła trasę szlaku handlowego, łączącego Kłodzko z Kamienną i Jelenią Górą., z odgałęzieniem do Czech. W środkowym i dolnym biegu już w czasach średniowiecza ukształtowały się liczne wsie łańcuchowe i mniej liczne miasteczka, z których polski Mieroszów i czeski Bruomov należą do największych.

Wzdłuż Ścinawki prowadzi piękna krajobrazowo droga z Wałbrzycha przez Unisław Śląski, Kowalową do Mieroszowa i przejścia granicznego w Golińsku. Rzeka jest miejscem, które przecinają liczne szlaki turystyczne zarówno w Polsce jak i Czechach.  Dodam  jeszcze, że płynie ona przepięknym przełomem przez Góry Kamienne - "krainę pstrąga i lipienia". Rzeka w dolnym biegu nadaje się do spływów kajakowych, ma charakter nizinny. Na odcinku od Ścinawki Średniej do ujścia do Nysy Kłodzkiej (ok.25km) możemy podziwiać wszystko co oferuje Ziemia Kłodzka, od rozległych, zielonych łąk, przez urocze zakola w lasach, aż po skaliste zbocza. Na wysokości Bierkowic jest wiele żeremi, zachowując się cicho można liczyć na spotkanie z bobrem. Rzeka jest spławna od wiosny, ale przy małych opadach deszczu może być problem. Kajakiem można popłynąć Nysą Kłodzką, Białą Lądecką i Ścinawką, docierając do  Dzikiej Orlicy. Polecam choćby przejazd autem tą wspaniałą doliną, między G. Bystrzyckimi i G. Orlickimi.  Polecam także spływ pontonowy najpiękniejszym przełomem w Polsce - Przełomem Bardzkim - Cudem Sudetów. Trasa spływu ma 15km,trwa do 3,5godz .Cały sprzęt, instruktora i przejazd na miejsce startu w Bardzie zapewnia organizator. Wiek nie gra roli.

Myślę , że nic nie stoi na przeszkodzie, by wybrać się samochodem na weekendową wycieczkę wzdłuż Ścinawki, zatrzymać się  po drodze w pięknym Broumowie, a dalej z Tłumaczowa powrócić przez Radków, Ścinawkę, Włodowice, Nową Rudę, Głuszycę do Wałbrzycha. Przy dobrej pogodzie będzie to wycieczka zagraniczna pełna wrażeń. Warto przy tym pamiętać o łączących Polaków i Czechów wspólnych więzach sąsiedzkiej zażyłości, a w wielu momentach dziejowych, podobnie jak dzisiaj nić przyjaźni i sympatii. Rzeka Ścinawka jest tego dowodem, że przyroda nie zna granic, potrafi łączyć nie dzielić..


piątek, 20 kwietnia 2018

O wycieczkach krajoznawczych tak od serca


lato czeka


Oczekujemy z najlepszymi nadziejami na słoneczną wiosnę i lato. Jest rzeczą oczywistą, że będę się starał moich Czytelników zachęcić do lepszego poznania otaczających nas okolic, bliskich i dalszych. Wiadomo, że wszelkiego rodzaju podróże, zwłaszcza o charakterze turystycznym są najpożyteczniejszą formą spędzenia wolnego czasu. Dostarczają mnóstwo wrażeń, wzbogacają naszą wiedzę o człowieku i  świecie, dają wiele satysfakcji i zadowolenia. Pozwalają też często dostrzec walory naszego miejsca zamieszkania, których nie potrafiliśmy dotąd docenić.

Posłużę się doświadczeniem z jednej, niezapomnianej przeze mnie wycieczki krajoznawczej.

To była jednodniowa, autokarowa, super udana wycieczka. Jej celem była  -   złota Praga, uczestnikami  -  studenci pierwszego roku głuszyckiego Uniwersytetu  plus parę innych seniorów na dokładkę, a aranżerem   Zarząd Stowarzyszenia Uniwersytetu Trzeciego Wieku. W eleganckim autokarze znanej na wałbrzyskim rynku turystycznym firmy „Górnicki” z Jedliny-Zdroju znalazło się ponad 40 osób. Jak się okazało była to grupa nader liczna, tak więc sprawujący nad nią pieczę, przewodnik turystyczny z Kłodzka, p. Leszek, miał okazję dobrze sobie pomachać  kolorową kokardką na patyku, dzięki której udało się nikogo nie zgubić w tłumie przelicznych grup turystycznych na  praskich Hradczanach, przy murach Zamku Praskiego, w Ogrodach Królewskich, na Moście Karola nad Wełtawą, na Rynku Staromiejskim i uliczkach Malej Strany.

Czeska Praga jako miejsce docelowe wycieczki nie wymaga uzasadnienia i promocji. Przez wielu turystów na świecie uznawana jest za najpiękniejsze miasto Europy. Większość uczestników wycieczki była już tu nie jeden raz. Podejrzewam, że przyjechali tu ponownie, podobnie jak ja, by oczy nacieszyć niepowtarzalnym urokiem panoramy starej Pragi widzianej z wysokości zamkowych murów na Hradczanach.

Ale ten eksperymentalny wojaż do skąpanej w promieniach wiosennego słońca złotej Pragi utkwi nam na długo w pamięć z jeszcze innego powodu. To zasługa znakomitego przewodnika, pana Leszka.
To co robił przez cały ciąg wycieczki poczynając od powitalnego „A hoj” w Kłodzku wczesnym rankiem, do wieczornego  „Żegnamy Cię” wyśpiewanego chórem na pożegnanie przez cały autokar, to był prawdziwy solowy koncert przewodnika -  artysty. Obok głębokiej wiedzy ogólnej z zakresu turystki i historii  p. Leszek potrafił oczarować nas sypanymi jak z obfitego rękawa dowcipnymi anegdotami, dykteryjkami, kawałami, tudzież śpiewanymi tekstami piosenek i znajomością języka czeskiego.

Okazuje się, że p. Leszek zna Czechów od wielu lat, było mu dane pomieszkać w Pradze, pozyskać wielu przyjaciół i jak sam mówił zdobyć ich zaufanie, co nie jest łatwe, a następnie z pełnego przekonania stać się ambasadorem idei przyjaźni polsko-czeskiej, podobnie jak to robi od lat znany nam w Głuszycy z racji pełnienia tutaj funkcji burmistrza komisarycznego, a bliski także p. Leszkowi, Julian Golak z Nowej Rudy.

Przez całą drogę z Kłodzka do Pragi słuchaliśmy z otwartymi ustami monologu p. Leszka o tym wszystkim co było ciekawego do zobaczenia z okien autokaru. Dla mnie było to dość specyficzne oglądanie, bo okazuje się, że świat widziany z wysokości piętrowego autokaru jest zupełnie inny niż widziany zza kierownicy mojego fiata. Nie musiałem zwracać uwagi na drogę, bo robili to za mnie dwaj kierowcy firmy „Górnicki” na zmianę, natomiast z okien autokaru u góry widać znacznie więcej i lepiej. Zwróciłem więc uwagę na ład i porządek u naszych pobratymców Czechów, a można było odnieść wrażenie, że u nich jest co dzień niedziela do południa, tak jak u nas, kiedy to lud skupia się w domach lub kościołach, a na mieście jest cicho sza. Czesi skupiają się w dniach powszednich w miejscach pracy, stąd wrażenie świata wymarłych. Oczywiście nie dotyczy to Pragi. To ponad milionowe miasto kipi spontaniczną pełnią życia, a dzieje się tak skutkiem nawału turystów. Wypełniają oni wszystkie ulice starego miasta po brzegi, tak samo jak kompleksu zabytkowego na Hradczanach, czeskiego Wawelu, a skoro są turyści, to dla nich otwarte jest wszystko, co świadczy o gościnności i otwartości, jednym słowem Praga żyje dla przyjezdnych.

Jest takie stare powiedzenie, ze podróże kształcą, pozwalają uczyć się od innych i przenosić to co dobre do siebie. Myślę, że od Czechów możemy się uczyć jak robić dobre interesy na turystyce i wypoczynku W drodze powrotnej, gdy już znaleźliśmy się na nasze ziemi , z Kłodzka przez Słupiec, Ludwikowice Kłodzkie do Głuszycy w promieniach zachodzącego zwróciłem uwagę na piękno naszych krajobrazów. Cała trasa z Nachodu do Pragi jest monotonna, Malo atrakcyjna. A u nas, wprost nie można się nadziwić. Tylko Nachod dorównuje urodzie naszych gór, bo jest położony u stóp Gór Stołowych.

Warto od czasu do czasu wybrać się poza nasze opłotki, by po powrocie lepiej dostrzec i docenić walory tego co mamy u siebie. Dopiero wtedy okaże się, że Ziemia Kłodzka i Wałbrzyska to najpiękniejszy skrawek Polski. To magiczne stworzone dla turystów miejsce na Ziemi - ciągle jeszcze nie dostatecznie odkryte.

Ziemia Kłodzka to nieomal drugie Zakopane – to takie samo piękno przyrodnicze i krajobrazowe, a dochodzą do tego walory uzdrowiskowe Polanicy-Zdroju, Dusznik, Kudowy, Długopola i Lądka-Zdroju, atrakcje pięknie położonych miast – Kłodzka, Bystrzycy Kłodzkiej i Nowej Rudy.  Czesi potrafiliby  to lepiej docenić i nie dziwmy się, że do 1958 r. walczyli o ten unikalny skrawek raju w Sudetach.

Proponuję każdemu wybrać się w każdą wolną chwilę na Ziemię Kłodzką.
Zimą - kiedy kotlina i otaczające ją góry są pokryte białym puchem i w każdej innej porze roku, gdy ta kraina stroi się w poranną i wieczorną biżuterię.

Bowiem to jest bajeczna kraina, każde miasto, wieś, góra, rzeka ma swoją niezwykłą  historię. Smutne jest to, że sami mieszkańcy Hrabstwa Kłodzkiego nie zasze doceniają miejsca w którym żyją.

 Warto też bliżej poznać i docenić Ziemię Wałbrzyską. To może nawet jest na plus, że nie jest tak okrzyczana, choć nie mniej atrakcyjnych miejsc mamy tu na kopę. Sam Wałbrzych wyrasta na prawdziwą stolicę „Zagłębia Turystycznego”, a przecież obok mamy urocze uzdrowiska w Szczawnie i Jedlinie, mamy tajemnicze podziemia w Górach Sowich, historyczną twierdzę w Srebrnej Górze, mamy ruiny zamków piastowskich i znakomite szlaki turystyczne w Górach Wałbrzyskich, Kamiennych i Sowich. Można by tak wymieniać jeszcze długo, ale właśnie temu tematowi poświęciłem obszerna książkę licząca ponad 400 stron „Wałbrzyskie powaby”. Warto do niej zajrzeć, w bibliotekach Wałbrzycha i powiatu wałbrzyskiego jest ona wciąż osiągalna.

Zachęcam do bliższego kontaktu z książką, a w ślad za tym – do wykorzystania wakacji na lepsze poznanie i pokochanie mojej „małej ojczyzny” .