Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

niedziela, 15 lipca 2018

Po co dzierzbom czarne maski ?


Wyjeżdżajcie na łono natury. Bierzcie ze sobą aparaty fotograficzne lub komórki, Zaszyjcie się w gęstwinie leśnej i po jakimś czasie niezbędnej akomodacji oka, ucha i nosa zaczniecie widzieć, słyszeć i czuć to, czego dotąd nigdy nie udało się doświadczyć normalnemu mieszczuchowi. Objawi się Wam w całej swej tajemniczości nieznany, niepojęty, niewytłumaczalny świat przyrody.

Pamiętajcie, wymaga to spokoju i czasu, potrzeba wiary jak na charyzmatycznych rekolekcjach Ojca Bashobory z Ugandy. Ale tam ma miejsce dobrze wyreżyserowane, oszałamiające misterium w scenerii olbrzymich placów lub stadionów, w świetle jupiterów i głośnych megafonów, we wszechogarniającym tłumie uczestników.

Tutaj odbywa się to wszystko sam na sam z otoczeniem przyrodniczym, w ciszy, spokoju i samoistnym skupieniu. I tutaj możecie skorzystać z możliwości utrwalenia na kliszy rzeczy i zjawisk równie mistycznych i niepojętych, choć pozbawionych oprawy ideologicznej. Rozsądny katolik w tym właśnie może dostrzegać najdoskonalsze dzieło Boga.

A co można odkryć ? Po prostu w głowie się nie mieści. Napisał o tym całą sążnistą książkę Adam Wajrak, przyrodnik z Białowieży.

Na ponad trzystu stronach opowiada fascynujące historie o zwierzętach. Dowiadujemy się, kiedy ślimak bursztynek pokazuje rogi?, po co dzięciołkom tyle mężów?, który dzięcioł jęczy, zamiast stukać?, dlaczego niedźwiedź to też człowiek?, dlaczego zięby pukają w okna? co stresuje świstaka?
Książka nosi tytuł "To zwierzę mnie bierze" – i jest to zbiór opowieści podzielonych na dwanaście miesięcy. Każdy z tych tekstów kojarzy się z przygodą albo zjawiskiem, które dzieje się w określonym czasie. Niebieskie żaby można zaobserwować w kwietniu, małe liski, kiedy wychodzą przed nory w czerwcu, kozice najbardziej stresują się w środku lata. Pogrupował więc autor swoje felietony według miesięcy.
Adam Wajrak, o czym czytam w „Gazecie Wyborczej”, podglądaniem zwierząt zajmuje się od dziecka. Od ponad 20 lat zawodowo, czego wielu mu zazdrości, sądząc, że jego praca to nieustanne wakacje. Ale wystarczy przeczytać któryś z tekstów Wajraka, by wiedzieć, że to zajęcie wymagające pasji poznawczej, uporu i wytrwałości.
Tylko w ten sposób można odgadnąć dlaczego dzierzba czarnoczelna ma na głowie szeroką, czarną maskę. U samca jest ona większa niż u samicy i sięgająca czoła. A dzierzba to gatunek niewielkiego ptaka wędrownego, odbywającego podobnie jak bociany przeloty na dalekie dystanse, bo zimuje w Afryce, przeważnie na południe od równika. W Polsce jest to ginący ptak lęgowy bardzo rzadko spotykany, stąd budzący szczególne zainteresowanie. Gniazduje nie tylko w Puszczy Białowieskiej, ale dość regularnie na terenie gminy Michałkowo w województwie podlaskim. W latach 90. XX wieku pojedyncze lęgi stwierdzano również pod Wizną, nad dolnym Bugiem poniżej Wyszkowa, w Kotlinie Sandomierskiej (szczególnie w dolinie Wisłoki), na zachodniej Lubelszczyźnie, pod Oświęcimiem i koło Piotrkowa Trybunalskiego. Dawniej był to ptak dość rozpowszechniony, choć przez ostatnie 20 lat populacja gwałtownie się zmniejszyła.
Dzierzba jest łatwo mylona ze srokoszem. Można ją odróżnić bo jest trochę mniejszych rozmiarów, ma dłuższe skrzydła i nieco krótszy ogon oraz zwykle bardziej wyprostowaną postawę. Wielkością ustawić można pomiędzy wróblem a kosem. No i ma czarną maskę na głowie. Śpiew jej jest wiązanką różnych melodii, naśladownictw, gwizdów i skrzeków. To ostre "tcze tcze" śpiewa głośniej niż srokosz, wzlatując nad terenem gniazdowym. Wabi różnymi skrzeczącymi dźwiękami.Od srokosza różni się również tym, że ma silny, gruby dziób - jego górna część na końcu jest zakrzywiona i zaopatrzona w ostry "ząb", który ułatwia dzierzbie miażdżenie chitynowych pancerzyków owadów.
 A po co jej czarna maska?
Nie odpowiem na to pytanie. Tej odpowiedzi trzeba poszukać w książce Wajraka. Można też pokombinować, dlaczego dzierzba ma na głowie czarną maskę, chociaż nie oglądała serialu z Bruce Wayne jako Batmanem, albo głośnego "Zorro". Ale to nie jest przypadek - dostosowanie się istot żyjących do warunków środowiska i nie dotyczy tylko zwierząt.
Widzimy to na co dzień jak często i chętnie ludzie przywdziewają maski, a przecież nie tylko z powodu balów maskowych.

Adam Wajrak pisał swą książkę  pełną miłości do świata przyrody i zwierząt, kiedy jeszcze nikomu się nie śniło, że może się stać to, co się  stało z Puszczą Białowieską pod opiekuńczymi skrzydłami PiS-owskiego ministra ochrony środowiska. Nie wymienię jego nazwiska choć wiem, że dla milionów Polaków nie kojarzy się ono z nasieniem rozłożystej sosny. Z czym się kojarzy nie będę już dociekał. Od siebie zadedykuję jemu i podobnym do niego istotom człekokształtnym znakomitą sentencję wybitnego kanadyjskiego astrofizyka, Huberta Reevesa:


"Ludzie to najbardziej szalony gatunek. Człowiek wyznaje niewidzialnego Boga i zabija widzialną naturę. Nie zdaje sobie sprawy, że natura którą zabija, jest niewidzialnym Bogiem, którego najczęściej wyznaje".

Nie mam złudzeń , że powyższa sentencja dotrze do świadomości takich jak on dyletantów, ale myślę że moim Czytelnikom da dużo do myślenia. A mówią, że myślenie ma kolosalną przyszłość.

Lubimy księżną


Okazuje się, że jest nas więcej, osób oczarowanych walijską panią na Książu, „dobrym duchem” pałacu nad przełomem Pełcznicy. Dowodzi tego znakomity komentarz Pani Małgorzaty do mojego postu „Potrzeba autorytetów - Księżna Daisy”. To miało miejsce pięć lat temu, ale wywarło na mnie duże wrażenie. Wykorzystałem to w moim blogu, a dziś zdecydowałem się to co napisała Małgorzata przytoczyć w całości, bo pamięć jest ulotna, a są wartości nieprzemijające, o których nie wolno zapomnieć.

Oto pełna treść Jej komentarza:

„Witam Pana serdecznie. Jakże miło jest zawitać na Pana blogu, tym bardziej, że pięknie i bardzo potrzebnie wspomina Pan Daisy...Księżną Daisy! Tak, rok 2013 ogłoszono rokiem Daisy von Pless. Miałam to szczęście, miałam ten zaszczyt być na premierze monodramu "Daisy błękitna tożsamość" Jest tam wszystko o czym Pan pisze. I tu mój krzyk...Dlaczego monodram był wystawiany tylko raz! Proszę mi wierzyć powinno obejrzeć go wielu! Miły panie Stanisławie pozwolę sobie podzielić się z Panem za pośrednictwem tego bloga moimi wrażeniami.

Odliczanie do tego dnia rozpoczęło się dość dawno. Miesiące, tygodnie, później dni i godziny.
11 października o godzinie 19.00 odbyła się premiera monodramu autorstwa Aldony Struzik i Zbyszka Niedźwieckiego "Daisy-błękitna tożsamość".

Ciepły, słoneczny dzień, park, kolory jesieni, Teatr Zdrojowy...wyjątkowe miejsce. Ileż to lat? Może sto, kiedy Księżna von Pless stała w tym samym punkcie co ja teraz, przed wejściem do okazałego, przykuwającego uwagę, starego budynku. Miejsce premiery monodramu wcale nie jest przypadkowe. Ileż to razy przed wejściem do teatru słyszany był szelest jej sukni...

To co Księżno wchodzimy?

Lubię siedzieć blisko sceny. Odbiór sztuki wtedy jest dla mnie pełniejszy. Obok dociera do mnie szept lekkiego zaskoczenia ilością widzów. Spojrzałam za siebie. Sala wypełniona po brzegi. Uśmiecham się...dlaczego mnie to wcale nie dziwi?

Aldona Struzik...nasza, tak nasza, bo od wielu lat aktorka wrocławskiego Teatru Polskiego. Urzekające, oddające blask oczy, łagodne rysy twarzy, czarujący uśmiech. Ładnie brzmiący głos, bardzo staranna wymowa. Wypada, aby kobieta tak komplementowała kobietę? Tak wypada! Monodram to niełatwy do wykonania utwór dramatyczny. Tylko jeden bohater, tylko jeden aktor. Monolog trzeba tak prowadzić, by zainteresowanie widza nie słabło przez cały czas jego trwania.

Gdy aktorka lekko stremowana, z pewną dozą niepewności wchodzi na scenę mocno zaciskam kciuki i przesyłam myśli...Granice są w nas zatem możesz wszystko!

Na podeście lustro, a w nim wizerunek starej księżnej. Młoda Daisy jeszcze naiwna, romantyczna, ale już bardzo przyjazna, uczuciowa prowadzi rozmowę ze swoim lustrzanym odbiciem, wiekową, schorowaną, samotną Księżną Marią Teresą Oliwią Hochberg von Pless zwaną księżną Daisy. Ona już wie, przeżyła to z czym będzie się zmagać jej młodziutka rozmówczyni czyli ona sama sprzed kilkudziesięciu lat. Dyskusja jest często bardzo ożywiona, nawet przeradza się w ostrą wymianę zdań. Widz subtelnie wprowadzany jest w rozwój osobowy Daisy. Niedoświadczona, często rozbrykana, promienna Stokrotka z ubiegającym czasem zmienia się w dojrzałą z bagażem nierzadko bardzo smutnych i bolesnych doświadczeń kobietę. Arystokratka o ogromnym sercu, nieobojętna na los ubogiego człowieka. Piękna i mądra.

Ostatnia scena, jakże wymowna. Przejście do współczesności. Aktorka zrzuca suknię księżnej i wchodzi w postać współczesnej kobiety w t-shercie i dżinsach. Zupełnie inny strój, ależ czy wiele z nas nie ma podobnych myśli, starań? Czy nie mamy na koncie czynów, gestów pomocy? Czyż nie angażujemy się w działania dobra? Czyż nie chciałabym zobaczyć swojego odbicia w oczach Daisy?

Oklaski...przyłożyłam dłonie do twarzy. Nie jestem krytykiem teatralnym, nie jestem krytykiem literackim, nie jestem "tą z mediów", nie jestem feministką z problemem kobiecości, nie rewolucjonistką. Jestem w całości tą kim postanowił, że będę...kobietą bardzo empatyczną, kiedy zawsze piękno i wzruszenie dotyka mojego serca. Ja odbiorca sztuki, ja odbiorca poezji, literatury,ja widz.
Ogrom wzruszenia... za tą niecałą godziną dla publiczności ile skrywa się pracy, przeciwności, problemów...

Aldona Struzik, Zbigniew Niedźwiecki-Ravicz, Tomasz Struzik...Dziękuję!

Ciemno, ten sam Park Zdrojowy teraz rozświetlony latarniami. Deszcz... deszczu, deszczu nie uda ci się zmyć wrażeń!

Pozdrawiam serdecznie Małgorzata Bulska”


Pani Małgorzata ma wrażliwą duszę i gorące serce. Potrafi to wyrazić jak Joanna Bator. Przeczytałem ten komentarz z podziwem i wzruszeniem. Gdyby udało się spełnić Jej sugestię i powtórzyć monodram w olśniewającej scenerii zamkowej, tym razem nie przepuściłbym takiej okazji. I byłaby to zasługa Pani Małgorzaty. A księżniczka Daisy zasługuje na to, by ją poznać lepiej i podziwiać, bo tak bardzo potrzeba nam ideałów. I potrzeba nam ludzi czyniących dobro.

Mam nadzieję, że trzeba było przypomnieć to wydarzenie właściwie z niedalekiej przeszłości, choć wydaje się że było to tak dawno. Dla mnie, egzemplarza z pierwszej połowy  XX wieku każdy rok jest drobiazgiem. Dlatego wydaje mi się jakby to było dziś.

sobota, 14 lipca 2018

Mauzoleum – ponury relikt przeszłości Wałbrzycha


O tym, że Wałbrzych jest miastem pełnym tajemnic pisałem już wielokrotnie w moim blogu. Znalazło to odbicie na kartach mojej książki „Wałbrzyskie powaby”. Od jakiegoś czasu wyłania się jak feniks z popiołów frapujący  temat – zagadka. A dotyczy on wciąż jeszcze nienaruszonej mimo upływu lat, poniemieckiej budowli zwanej najkrócej -  Mauzoleum.

Znany dziennikarz, Artur Szałkowski, autor urzekającej książki o naszym mieście pt. „Sekrety Wałbrzycha”, uznał ukryty w gąszczu leśnym monument za jedno z dwudziestu miejsc wartych zwiedzenia przez turystów przybywających do Wałbrzycha. Myślę, że tysiące Wałbrzyszan mieszkających w tym mieście od lat też tam jeszcze nie było.

O tym, że na obrzeżach Nowego Miasta w Wałbrzychu, na leśnej polanie, zachował się w stanie nieomal niezniszczalnym, monumentalny obiekt budowlany z czasów przedwojennych było wiadomo od dawna, zwłaszcza dla mieszkańców pobliskiego osiedla. Wielu z nich zadawało sobie pytanie, co to właściwie jest, po co zostało wzniesione tu właśnie, w miejscu odosobnionym i czemu służyło? By jednak pojąć skalę zainteresowania przechodniów trzeba wyobrazić sobie ogrom budowli i niezwykłość jej architektury, a najlepiej zobaczyć to na własne oczy.

Mroczna historia i tajemnice obiektu na Nowym Mieście, tak zatytułowany został wykład Arlety Wojciechowskiej połączony z prezentacją multimedialną poświęconą Mauzoleum w Wałbrzychu. Prelekcja  zorganizowana parę lat temu przez Bibliotekę pod Atlantami w Wałbrzychu  w jej filii na Piaskowej Górze wzbudziła ogromne zainteresowanie. Nic dziwnego, bo temat stał się medialny.
Nieco wcześniej o Mauzoleum pisały  „Tygodnik Wałbrzyski” i „Nowe Wiadomości” a w ślad za tym pojawiały się informacje w telewizji i internecie.

Pod koniec września 2014 roku na poczytnej stronie internetowej wirtualnej Polski pojawił się obszerny tekst byłego wałbrzyskiego dziennikarza piszącego pod pseudonimem Hannibal Smok, okraszony znakomitymi fotografiami, a zatytułowany „Totenburg  -  ostatnia świątynia Hitlera”.
Czytamy w nim, że jest to jedyne miejsce w Polsce, a być może w Europie, związane z kultem zmarłych niemieckich bohaterów z czasów hitlerowskich, któremu udało się przetrwać dziesiątki lat w stanie pierwotnym, prawie nienaruszalnym. Ten monumentalny sarkofag pełen tajemnic, to zarazem jeden z najbardziej mistycznych zakątków Wałbrzycha.


Powracam do pytania, czym jest ten gigantyczny, owiany tajemniczością obiekt?


Mauzoleum zostało wzniesione tuż przed wybuchem II  wojny światowej, w latach 1936- 38, według projektu Roberta Tischlera, autora nieistniejącego już pomnika na Górze Św. Anny na Opolszczyźnie. Przypomina warownie starożytnej Mezopotamii, a upamiętnia Ślązaków poległych w I wojnie światowej oraz w katastrofach kopalnianych, a także zabitych członków NSDAP.


Jest to żelbetonowy prostokątny  monument o wymiarach 24 x 27 m. i wysokości 6 m., z wejściową bramą, ozdobnym portykiem i arkadowym dziedzińcem. Po bokach mansardy-grobowce zwieńczone rzeźbami orłów ze swastykami. W środku dziedzińca wysoka kolumna ze zniczem (wieczny ogień), podtrzymywanym przez trzech nagich młodzieńców projektu Ernsta Geigera, wokół niej cztery lwy z otwartymi paszczami.

Przed wejściem do mauzoleum utwardzono plac defiladowy z masztami na flagi. Wewnętrzne ściany i sklepienia zdobione są mistyczną, pełną symboli mozaiką. Budowla wzniesiona została i ozdobiona rękami wałbrzyskich kamieniarzy i budowlańców. Cześć elementów zdobniczych rozkradziono lub zniszczono po wojnie jako że obiekt stoi sobie bezpański w lesie, oddalony kilkaset metrów od budynków mieszkalnych.

Przed wybuchem wojny w czasie wizyty Adolfa Hitlera w Wałbrzychu po uroczystościach na stadionie sportowym „Górnika” miała miejsce patriotyczna manifestacja właśnie w obiekcie wałbrzyskiego Mauzoleum. Ale poza tym z samym Hitlerem najprawdopodobniej ta budowla zwana po niemiecku Schlesisches Ehrenmal nie miała nic wspólnego.

Pojawia się więc zasadnicze pytanie, czy warto podjąć trud ratowania tego zabytku, uczynienia go atrakcją turystyczną ze względu na osobliwość i wyjątkowość budowli, czy też pozostawić go jak dotąd bezpańskim, albo też jak chcą niektórzy mieszkańcy Wałbrzycha po prostu wysadzić w powietrze.

Przyznam się, ze nie potrafię na to pytanie dać jednoznacznej odpowiedzi. Nie tak dawno udało mi się zobaczyć Mauzoleum, choć dopiero za trzecim razem. Robiłem to przy pomocy jedynej mapy, na której to miejsce jest zaznaczone, bez pomocy jakiegoś przewodnika. Okazało się, że nie jest tak łatwo tam trafić. Nie zapomnę ponurego wrażenia jakie na mnie wywarła wzniesiona z takim rozmachem budowla, zwłaszcza że było to przy pochmurnej pogodzie. Pomyślałem wtedy, że to miejsce powinno się znaleźć w programach wycieczek szkolnych z przewodnikiem, który byłby w stanie opowiedzieć jego historię i wskazać na specyfikę architektoniczną. Jest to jedyny pomnik germańskiej pychy, któremu udało się przezwyciężyć czas i nasze naturalne skłonności do niszczenia pamiątek hitlerowskiej przeszłości tej ziemi.

Pomyślałem sobie, że mogłoby to być otwarte muzeum, podobnie jak w Krzyżowej pod Świdnicą, gdzie w dawnym majątku Helmuta von Moltke, zamordowanego przez Hitlera jako organizatora nieudanego zamachu, znajduje się obecnie Międzynarodowy Dom Młodzieży, a tuż obok otwarte muzeum pod nazwą „Odwaga i pojednanie”.

Warto byłoby powołać do życia nową Fundację, podobnie jak Fundacja Księżnej Daisy w Książu i przystosować ten wałbrzyski obiekt do celów turystycznych. Jestem pewien, że spotkało by się to z dużym zainteresowaniem nie tylko polskich turystów.



piątek, 13 lipca 2018

Potrzeba autorytetów




Mój dzisiejszy post dedykuję warszawskiej Stokrotce, Jadwidze Śmigiera, autorce książek, m. in. o Warszawie, a także internetowego blogu, by była dumna z tak dostojnej imienniczki.


Przypomnę tylko  -    rok 2013  na Dolnym Śląsku został  uznany przez Sejmik Wojewódzki Rokiem Księżnej Daisy, zwanej przez najbliższych Stokrotką. Było to dla nas, Wałbrzyszan, bardzo nobilitujące, bo przecież księżniczka Daisy, to ostatnia władczyni wałbrzyskiego zamku Książ, a Książ to nasza najlepsza wizytówka na krajowym rynku turystycznym.


Dobrze więc się, że o księżnej Daisy stało się głośno nie tylko na Dolnym Śląsku, a w pałacowych wnętrzach Książa, a także w Wałbrzychu co rusz miały miejsce przeróżne imprezy kulturalne, wystawy i sympozja, których nicią przewodnią była promocja księżniczki Daisy. Specjalnie do tego celu utworzona Fundacja Księżnej Daisy okazała się spiritus movens tej aktywności. To jej zasługą są liczne inicjatywy i pomysły organizacyjne przynoszące coraz to większą popularność sławnej księżniczki.

Nasuwa się więc pytanie. Co nam to daje? Po co jest nam potrzebne odgrzebywanie z przedwojennej przeszłości Książa poślubionej przez niemieckiego właściciela zamku, Hansa Heinricha Hochberga, angielskiej księżniczki Daisy? Czy słusznym jest wynoszenie jej na ołtarze chwały i wskazywanie jako autorytet, wzór godny do naśladowania przez Wałbrzyszan?

Pytanie jest zupełnie zrozumiałe. Dlaczego mamy budować legendę jakiejś tam obcej nam, przedwojennej arystokratki, w dodatku żony znanego z wrogości do Polaków niemieckiego możnowładcy, właściciela i zarządcy nie tylko Książa, ale znacznych obszarów wokół Wałbrzycha, a także na Górnym Śląsku ?

Spróbuję odpowiedzieć jak najkrócej. Jesteśmy wszyscy na tzw. Ziemiach Odzyskanych, a szczególnie tutaj na Dolnym Śląsku w sytuacji wyjątkowej. Historia tych ziem jest nadzwyczajna. Od zarania naszych dziejów były to ziemie zamieszkałe przez Słowian, a Śląsk był integralną częścią utworzonego przez Mieszka I w X wieku państwa polskiego. Niedostatecznie zaludniony, imponujący pięknymi krajobrazami i obfitością złóż mineralnych Sudetów, znajdujący się na rubieżach młodego państwa Śląsk, stał się atrakcyjny dla osadników z lepiej rozwiniętego zachodu. Z biegiem czasu wpływom zachodnim ulegli też książęta śląscy z dynastii piastowskiej. A jeszcze później Śląsk został utracony na ponad połowę tysiąclecia na rzecz austriackich Habsburgów, a następnie niemieckich Hohenzollernów.

Część Śląska powróciła do Polski po I wojnie światowej, ale dotyczy to Górnego Śląska. Dolny Śląsk pozostał w Rzeszy Niemieckiej. Dopiero po II wojnie światowej okazało się, że odzyskaliśmy dawne ziemie piastowskie, a granicą państwa jest Nysa Łużycka i Odra.

Dlaczego o tym mówię? Otóż dlatego, by uzmysłowić sobie, że na ziemi wałbrzyskiej jak i na całym Dolnym Śląsku jesteśmy ludnością napływową, podobnie jak to miało miejsce w średniowieczu, tylko że wtedy był to w przeważającej mierze żywioł germański. To oni stali się tutejszymi gospodarzami i ich dziełem był rozwój gospodarczy, kulturalny i cywilizacyjny. Jeśli chcemy mówić o historii tych ziem, to musimy zdać sobie sprawę z tego, że będzie to przede wszystkim historia niemiecka, zwłaszcza że największy rozkwit ziemi wałbrzyskiej miał miejsce po wcieleniu Śląska do Prus w wyniku zwycięskich wojen z Austrią w II połowie XVIII wieku.
Nie trzeba się tej historii bać, ani jej unikać, wręcz odwrotnie, warto jej się przyjrzeć dokładniej, by móc docenić to wszystko co było pozytywne i służyło rozwojowi. Tak było np. z rozwojem górnictwa węglowego w regionie wałbrzyskim. W tej dziedzinie niemałą rolę odegrała rodzina Hochbergów. Byli oni głównymi założycielami kopalń wałbrzyskich.


Dla każdego zainteresowanego historią Książa jest jasne, że w czasach I i II wojny światowej jedną z najciekawszych osobowości w tej rezydencji jest właśnie księżniczka Daisy. I nie jest to tylko i wyłącznie skutkiem jej niepospolitej urody i wdzięku. Okazuje się, że położyła ona ogromne zasługi dla rozbudowy i unowocześnienia pałacu i jego otoczenia. To z jej inicjatywy powstała palmiarnia w Lubiechowie, a teren wokół zamku zamienił się w ogrody pełne krzewów kwitnących i kwiatów. Ona też wspierała jak tylko mogła uzdrowisko w Szczawnie-Zdroju. Można mówić o całej gamie jej osiągnięć i przymiotów. Warto odsłaniać najciekawsze wątki z biografii księżniczki Daisy, by w pełni to sobie uzmysłowić.

Tak się dobrze stało, że trafiła w moje ręce książka Daisy Hochberg von Pless „Taniec na wulkanie 1873-1918, Pamiętniki, Wspomnienia, Biografie” w tłumaczeniu Marioli Palcewicz. (Wydawnictwo ARCANA w Krakowie, 2005 r.).

Książka jest swego rodzaju pamiętnikiem, pisanym jak się okazuje przez kobietę wykształconą, niezwykle mądrą, inteligentną, i doskonale orientującą się w meandrach politycznych i rodzinnych ówczesnego świata arystokracji i polityki.



Nazywa się Maria Teresa Oliwia Hochberg von Pless, urodzona 28 czerwca 1873 roku, zwana pieszczotliwie Daisy, czyli Stokrotka – arystokratka angielska związana z pałacem w Pszczynie i zamkiem Książ. Szczęśliwe dzieciństwo spędziła w zamku Ruthin w północnej Walii i w dworku Newlands. Była blisko związana z dworem króla Edwarda VII i Jerzego V, spokrewniona z największymi domami arystokratycznymi Wielkiej Brytanii. Jej brat Jerzy był ojczymem Winstona Churchilla. Uważana była i wcale się temu nie dziwię, za jedną z najpiękniejszych kobiet w świecie arystokratycznym tych czasów.

Jej losy splotły się z domem Hochbergów podczas balu maskowego w Domu Holenderskim w Londynie, kiedy to poznała swojego przyszłego męża Hansa Heinricha XV, księcia von Pless. Owa znajomość zaowocowała dość szybko jak na wagę tego przedsięwzięcia i konieczność pokonania wielu obowiązujących w tak wysokich rodach konwenansów. 8 grudnia 1891 r. (po roku czasu od nawiązania znajomości) dziewiętnastoletnia donna poślubiła majętnego księcia pszczyńskiego Hansa Heinricha XV Hochberga, Ślub odbył się w londyńskim Opactwie Westminsterskim, a świadkiem był Edward, ks. Walii.

I od tego momentu życie angielskiej księżniczki splotło się nierozerwalnie z rezydencją pałacową w Książu pod Wałbrzychem, choć także z pałacem w Pszczynie (ale w mniejszej skali), od którego nosiła tytuł von Pless. A było to życie tak barwne i ciekawe, obfitujące w niekończące się podróżowanie po świecie, gościny na najlepszych dworach, rezydencjach i pałacach władców, arystokratów, polityków, że w głowie się mąci po pierwszym czytaniu książki. I trzeba co rusz powracać do wcześniejszych wątków, żeby się w tym wszystkim nie pogubić i dobrze zrozumieć mądrość spostrzeżeń i opinii autorki. Najważniejszą w tej książce jest wojna, nazwana później pierwszą światową i jej wpływ na dalsze życie księżniczki, jej rodziny, krewnych i bliskich. Księżniczka Daisy znalazła się w tej wojnie w szczególnej sytuacji, bo przecież wywodziła się z Anglii, która teraz stała się wrogiem Niemiec. A jej mąż był prawą ręką cesarza Wilhelma II. Z obydwoma, i mężem, i cesarzem, łączyły ją więzy uczuciowe, ale jako patriotka swej byłej ojczyzny nie mogła się godzić z pogardliwym odnoszeniem się do Anglików. Ta wojna uczyniła z Daisy głęboką pacyfistkę, a nawet skłoniła ją do dobrowolnej służby w pociągach-lazaretach i szpitalach wojskowych jako pielęgniarka, wolontariuszka.

Dla mnie szczególnie interesujące było stanowisko księżnej w sprawie polskiej. Daisy okazała się osobą przyjaźnie nastawioną zarówno do Polaków, jak i sprawy niepodległości Polski. Daje temu wyraz w wielu miejscach swej książki: „Polska zawsze była i będzie cierniem w tej części Europy – pisze księżna w swej książce - Przed wojną Niemcy były odpowiedzialne za wysoce represyjne prawodawstwo w stosunku do polskich poddanych na Śląsku. W sierpniu 1914 roku car szybko obiecał, że uczyni Polskę niezależnym królestwem. Ale oczywiście nic konkretnego nie zrobiono.” Podobnie komentuje księżna wiadomość o proklamowaniu w tzw. akcie 5 listopada 1916 roku przez cesarza niemieckiego Polski jako królestwa na ziemiach zaboru rosyjskiego. Sprawa stała się ważna, bowiem rozważano kandydaturę jej męża Hansa Heinricha XV lub ich najstarszego syna Hansa Heinricha XVII na polskim tronie. Jednym z powodów miało być rzekome pochodzenie Hochbergów od śląskich książąt piastowskich. Niestety, negatywnie nastawiony do Polaków mąż Daisy nie chciał o tym słyszeć. Być może zdawał sobie sprawę z tego, że było to przysłowiowe dzielenie skóry na niedźwiedziu. Z dalszych losów księżnej (bo książka kończy się z chwila zakończenia wojny w 1918 roku) wiemy, że ten przyjazny stosunek do Polski znalazł dobitne potwierdzenie w późniejszych losach jej synów. Synowie Daisy podczas II wojny światowej walczyli przeciw Hitlerowi – Hansel (Jan Henryk XVII) w armii brytyjskiej, Aleksander (Lexel} w polskim wojsku.

Znamy wiele faktów świadczących o negatywnej postawie księżnej Daisy wobec Hitlera i nazizmu po wybuchu II wojny światowej. Stać ją było, mimo ciężkiej sytuacji finansowej z powodu zadłużenia zamku, na organizowanie tajnych paczek żywnościowych dla jeńców wojennych. Sztab Hitlera znalazł powody, by ją przesiedlić do Wałbrzycha i w ten sposób „oczyścić zamek”, wobec którego były już przygotowane tajne plany o zupełnie innym, militarnym przeznaczeniu tej rezydencji. Ale o tym wszystkim, co było po roku 1918 dowiadujemy się już z innych źródeł.

Okazuje się, że księżna pozostawiła po sobie nieoceniony skarb w postaci świetnie napisanej, niezwykle mądrej i ciekawej książki, bogatej w informacje o całej plejadzie możnych świata politycznego tych czasów, w których przyszło jej żyć. Skarb ten okazał się bardziej trwały, niż jej legendarny naszyjnik z pereł, który najprawdopodobniej został wyszabrowany przez sowieckich czerwonoarmistów, którzy nie omieszkali splądrować mauzoleum rodzinne w parku obok zamku Książ.

Szczególna wartość książki wynika stąd, że całą wiedzę zaczerpnęła autorka nie tylko z autopsji i notatek sporządzanych skrzętnie przez długie lata w pamiętniku, ale też licznie przytaczanych listów, rodzinnych zdjęć i dokumentów. Nadaje to książce walor historyczny. Dla czytelnika wrażliwego na przymioty literackie, książka budzi podziw bogatym słownictwem, pięknem języka i stylu, ale też ogromną znajomością koligacji rodzinnych osób z wysokiego kręgu arystokratycznego i szczerością wypowiedzi.

Dla nas ta książka jest szczególnie ważna, bowiem jak żadna inna dotyczy największego skarbu  ziemi wałbrzyskiej, wspaniałego zamku-pałacu Książ. Księżna Daisy w miarę upływu czasu związała się z tym pałacem i całą okolicą, traktując je jak swoją małą ojczyznę (Heimat}, czyniła więc dużo dobrego dla ich rozwoju, zaś w książce poświęca im dużo miejsca.

W „zamiast zakończenia” książki, autorstwa Bogny Wernichowskiej, znajduję zdanie, które szczególnie mnie urzekło; krótka i piękna refleksja o niezwykłej postaci jaką jest autorka książki „Taniec na wulkanie”:

„Los obdarzył ją szczodrze - była urodziwa, pełna wdzięku, utalentowana i miła. Nie brakowało jej inteligencji, daru interesującej konwersacji i dowcipu. Blondynka o błękitnych oczach i zgrabnej figurze, ubrana w najmodniejsze toalety ze słynnych w tamtych czasach domów mody - Poireta, Paquina, Wortha, swobodnie czuła się na europejskich dworach, w dyplomatycznych salonach, uzdrowiskach, odwiedzanych przez międzynarodową socjetę. Wszędzie tam, gdzie spotykali się dobrze urodzeni, bogaci i sławni… Tak było przez wiele dziesiątków lat.”

Aby o sobie nie dać zapomnieć napisała Daisy znakomitą książkę, niepodważalny corpus delicti jej wiedzy, inteligencji, mądrości, niezniszczalne zwierciadło życia sfer wyższych tamtych czasów. Tej książki nie jest w stanie zastąpić żaden podręcznik historii, napisało ją życie osoby wyjątkowej , godnej szacunku i uznania. Najwyższy czas by księżna Daisy stała się „dobrym duchem” nie tylko zamku Książ, ale i całego Wałbrzycha.



 Pamięć o księżnej Daisy przetrwała w opowieściach mieszkańców i nielicznych publikacjach na jej temat. Jej imieniem nazwane zostało urokliwe jeziorko położone w lasach koło Lubiechowa. Na dziedzińcu pałacu Czettritzów przy ul. Zamkowej w Wałbrzychu postawiono w 2007 roku  postument upamiętniający księżną, która zmarła obok w sąsiedniej willi. Dopiero teraz, po upadku systemu komunistycznego zaczęto z pewną nieśmiałością podkreślać jej zasługi dla Wałbrzycha. Ogromnym wydarzeniem była przeniesiona z pałacu w Pszczynie i umieszczona na jakiś czas w Książu wystawa 42 fotografii portretowych Daisy, w studiu Lafayette‘a w Anglii w 1901 roku.

Przetrwała legenda o księżnej Daisy jako „dobrym duchu” Książa i miejmy nadzieję, że tak pozostanie.
Wracam jeszcze na koniec do postawionego na wstępie pytania: Po co nam to jest potrzebne? 

Otóż my Polacy jesteśmy arcymistrzami w druzgotaniu wszelkich autorytetów. Przed zawistnymi szponami nie ostoi się nic, co mogłoby nam posłużyć za drogowskaz. Historyczni bohaterowie czasów odległych, Tadeusz Kościuszko, Piotr Wysocki, Romuald Traugutt są niedzisiejsi. W czasach współczesnych z trudem broni się jeszcze Jan Paweł II, zdeptany został i Józef Piłsudski, i Lech Wałęsa. A przecież czujemy taką potrzebę, by mieć w życiu autorytet budzący nasz podziw i uznanie, by móc czerpać z niego wzory, by z przeżyć i doświadczeń takiej osoby wyciągać wnioski dla siebie. Księżna Daisy jest takim lokalnym autorytetem. To nie jest ważne kim była z pochodzenia, ważne jest co zrobiła dla podniesienia rangi i znaczenia naszej ziemi wałbrzyskiej, co czyniła dobrego dla mieszkańców tej ziemi. Warto więc poświęcić więcej czasu, by poznać ją bliżej i o niej pamiętać.

czwartek, 12 lipca 2018

Mój autorytet - gegoraf trzech epok


 

 Z wiejskiej szkoły powszechnej w gęsto zabudowanej, murowanej poniemieckiej wsi na Ziemiach Odzyskanych zapamiętałem niewiele, ale w oczach mam obraz niedużej kolorowej mapy Polski na lekcjach geografii. Okrągła, wyraźnie zarysowana granicami, nieregularna bryła Polski, wydawała się całkiem naturalna, oczywista. Na północy Morze Bałtyckie, do którego wpadają dwie największe rzeki Wisła i Odra. Dalej na południe obszar pojezierzy, upstrzony licznymi jeziorami, jeszcze dalej równiny i wyżyny środkowej Polski, no i wreszcie przedgórza i wysokie góry Sudetów i Karpat. „Piękna nasza Polska cała, hojna, żyzna i niemała”, gdzieś mi się plącze fragmencik patriotycznego wiersza.

Ale z tej pierwszej mapy zawieszanej na tablicy szkolnej zapamiętałem do dziś rzucające się w jej legendzie trochę jakby obco brzmiące nazwisko  -  Eugeniusz Romer. „Mapa Polski Eugeniusza Romera” – ten wyodrębniony tłustym drukiem napis głęboko wrył się w mojej pamięci. Nie wiedziałem wtedy co to znaczy, nie miałem pojęcia o kartografii, dlaczego zamieszczono na mapie to nazwisko.

W szkole średniej dowiedziałem się coś niecoś o trudnej sztuce kartografii, była też mowa o Eugeniuszu Romerze, wielkim polskim uczonym, któremu zawdzięczamy mapy dzisiejszej Polski.

Minęło sporo czasu i nie pamiętam już jakim sposobem stałem się posiadaczem książki z 1985 roku, wydanej przez „Czytelnika” w Warszawie, „Geograf trzech epok” Edmunda Romera. Autorem książki, jak się okazało jest syn Eugeniusza Romera, a jest to książka biograficzna poświęcona jego ojcu, wybitnemu polskiemu geografowi, na którego atlasie kształciło się kilka pokoleń Polaków, ale który sam pozostał postacią stosunkowo mało znaną, choć mógłby się stać modelowym wzorem najwyższego autorytetu uczonego i patrioty o wielkich zasługach dla odzyskania niepodległości Polski.

Z książki poznajemy sylwetkę sławnego uczonego i wielkiego Polaka, ale bardzo prywatnie, domowo, z rodzinnym ciepłem. Ta barwna kronika rodzinna, napisana z werwą i humorem, z gawędziarską zaciętością, utrwala ślady dawno minionej epoki, przywraca pamięć o szczegółach życia  człowieka, którego tytaniczna praca i osiągnięcia naukowe, a zarazem zasługi dla odzyskania niepodległości i budowania zrębów niepodległego bytu ojczyzny zasługują na najwyższy podziw i uznanie.

Pierwsze zetknięcie się z książką, to był wstrząs. Fascynacja, entuzjazm i wzruszenie. Pojawiły się nieznane mi dotąd sentymenty do tak emocjonalnie namalowanego miasta rodzinnego Romerów  -  Lwowa, w obronie którego w listopadzie1918 wybuchło powstanie ludności polskiej (w tym „Orląt Polskich”) zakończone sukcesem – włączeniem Lwowa do rodzącego się państwa polskiego. Ale potem wybuchła kolejna wojna światowa w 1939 roku, a po jej zakończeniu nie udało się już uratować Lwowa. Eugeniusz Romer, który jako wybitny geograf i twórca map Polski osobiście uczestniczył w Konferencji Pokojowej w Paryżu w 1918 roku, to co się stało z jego rodzinnym miastem Lwowem w 1945 roku po II wojnie traktował jako stalinowską represję wobec narodu polskiego. Nie mógł się z tym pogodzić jako najlepszy znawca problemów etniczno-narodowościowych, które leżały u podstaw tworzenia map i atlasów Polski międzywojennej.

Do książki o Eugeniuszu Romerze wracam często. Zamieszczony w niej na końcu książki osobiście napisany przez uczonego życiorys budzi moje zdumienie. Jak można było w jednym życiu zmieścić tak wiele osiągnięć. Tego się nie da streścić. Podróże naukowe niemal po całym świecie, tytuły i honory, złote medale największych uczelni światowych, niezliczona ilość dzieł naukowych, map, atlasów. Działalność społeczna, konferencje, odczyty, przemówienia. Spuścizna literacka, m. in. pamiętniki duchowe „Felix culpa”, jak to sam nazwał. I to co budzi najwyższy szacunek  -  wierność swojej ojczyźnie, bezwzględna, nieprzemijająca, stała.

Zastanawiałem się nad tym często, co się dzieje z Polską? Dlaczego tak wspaniali ludzie, o tak ogromnym dorobku naukowym i takich postawach etycznych pozostają w cieniu. Eugeniusz Romer nie jest tutaj wyjątkiem.

Dlaczego nie wskrzeszamy ich pamięci, dlaczego nie uczymy o nich w szkole, nie stawiamy im pomników. Dlaczego milczą o nich media, natomiast od rana do wieczora najważniejszym przedmiotem ich zainteresowania jest jak się ubierają i jak mieszkają Małgorzata  i Radosław Majdanowie, albo co odsłoniła Joanna Krupa.

A może to i lepiej. Co się dzieje z autorytetami w naszym kraju obserwujemy na przykładzie cynicznej gry politycznej z teczką „Bolka”. A potem się dziwimy, że brakuje nam autorytetów.