Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

niedziela, 30 września 2012

Zielone światło




Zamek Książ - fundament rozwoju turystycznego ziemi wałbrzyskiej

Coś zaczyna się dziać, o czym parę lat temu trudno było pomarzyć. Rysuje się szansa na niezwykle ważne otwarcie współpracy pomiędzy wielkim Wałbrzychem, a ościennymi gminami w postaci utworzenia Aglomeracji Wałbrzyskiej. Kilkanaście lat temu taką rolę miał spełniać, Związek Miast i Gmin Książańskich w zakresie rozwoju turystyki i było tak przez parę lat do momentu, gdy stał się on narzędziem do rozgrywek politycznych pomiędzy władzami Wałbrzycha, a władzami poszczególnych gmin powiatu wałbrzyskiego. W 2004 roku  rozsypał się ostatecznie, a na współdziałanie pomiędzy nowo utworzonym w 2003 roku powiatem ziemskim z Wałbrzychem na czele, a miastem Wałbrzychem, które utraciło prawa powiatu grodzkiego, ciążyła przeniesiona z góry konfrontacja polityczna. Powiat był czerwony z domieszką bieli (SLD), a miasto odwrotnie (PO). Współpraca Wałbrzycha z ościennymi gminami miała więc charakter bilateralny ( z każdą osobno) jeśli zachodziła taka potrzeba. Nowo utworzony powiat nie stał się elementem scalającym ze względów politycznych, jego rola i znaczenie w takiej sytuacji były bardziej symboliczne niż realne. To zresztą było do przewidzenia od samego początku (również przez ustawodawców), że swego rodzaju dwuwładza w jednym mieście do niczego dobrego nie doprowadzi, stąd też możliwość utworzenia w byłych miastach wojewódzkich powiatu grodzkiego. Wałbrzych w czasie rządów Leszka Milera pod wpływem wałbrzyskiego SLD z tego przywileju zrezygnował. Ale to już historia, do której ze względów subiektywnych nie chcę powracać.


Szyb Jana  -  dziś już zabytek muzealny

Nowa inicjatywa obecnego Prezydenta Wałbrzycha, Romana Szełemeja, o utworzeniu Aglomeracji Wałbrzyskiej i już na wstępie sukces w uzyskaniu akceptacji dla tego pomysłu wszystkich gmin powiatu wałbrzyskiego, a także przylegających bezpośrednio do Wałbrzycha Świebodzic (z powiatu świdnickiego), to najlepszy prognostyk na przyszłość.
Kolejnym ważnym krokiem, jak informują środki przekazu,  jest opracowana przez naukowców Strategia rozwoju Aglomeracji Wałbrzyskiej, która stanie się podstawą do opracowania Programu Operacyjnego Aglomeracji Wałbrzyskiej.
W strategii są wymienione najważniejsze zadania do realizacji, by osiągnąć pożądany cel, którym jest intensywny, wszechstronny rozwój całego regionu. Wśród nich za priorytet uznano stworzenie kompleksowej oferty turystycznej Aglomeracji Wałbrzyskiej w taki sposób, by korzyści odniosły wszystkie gminy, nie tylko te o wybitnych walorach historyczno-rekreacyjnych.

I to jest rzecz, na którą czekamy z nadzieją i utęsknieniem. Konkretny rzeczowy program rozwojowy z określeniem co, kto, kiedy  oraz za jakie pieniądze będzie realizował, uwzględniając najpilniejsze potrzeby wszystkich gmin w regionie z Wałbrzychem na czele. To jest właśnie jedyna szansa na promocję ziemi wałbrzyskiej jako ważnego regionu turystycznego i na uczynienie z Wałbrzycha realnego centrum tego regionu.
Czekamy na ten program, wtedy okaże się jakie wartości wnosi, jakie daje szanse rozwojowe. Oczywiście wszystko będzie zależało od skuteczności w jego realizacji. Ważnym jest to, że Aglomeracja Wałbrzyska może stać się beneficjentem środków unijnych przewidzianych na takie cele. Jeszcze wiele jest do zrobienia, ale od czegoś trzeba zacząć. W każdym razie  -  mamy zielone światło.

sobota, 29 września 2012

Borowa jak królowa




panorama Jedliny-Zdroju z widokiem na Borową


Borowa widziana z Rogowca
  Pomyślałem  -  najwyższa pora, by tej górze najwyższej, królującej w Górach Wałbrzyskich poświęcić wreszcie parę słów. Najczęściej o tym nie wiemy lub zapominamy, że Borowa licząca sobie 853 m. npm. przeskoczyła o 2 metry buszujący nad Wałbrzychem Chełmiec i ma prawo czuć się najważniejszą. Predysponują ją do tego zresztą jeszcze inne zalety, o których za chwilę.
Zaliczana do Gór Czarnych nosiła niemiecką nazwę Schwarze-Berg. Wyrasta w postaci stromej kopuły, otoczonej przełęczami Kozią i Borową. Jedynie południowe zbocze Borowej  łączy się łagodnie z pasmem Rybnickiego Grzbietu. To właśnie u jej stóp mają swe źródła dwie ważne w tym regionie rzeki  Ścinawka i Pełcznica. Cały masyw Borowej porośnięty jest lasem świerkowym z domieszką buka i innych gatunków drzew, a przyrodnicy odnajdują tu rzadkie gatunki roślin, takich jak wawrzynek wilcze łyko lub buławnik mieczolistny.
Jadąc z Wałbrzycha przez Kamieńsk do Jedliny-Zdroju po wyjeździe na górę z Rusinowa, ukazują się naszym oczom trzy sąsiadujące ze sobą wierzchołki gór. Środkowy z nich to właśnie Borowa.
Przypominam sobie moje pierwsze wrażenie sprzed wielu lat, kiedy od  strony  Rybnickiego Grzbietu znalazłem się na Borowej. Zachwyciło mnie urocze położenie Kamionek, wydawało się wówczas zagubionej, ubogiej wsi u stóp rozłożystej Borowej. A na samym szczycie w przerzedzonym lesie znalazłem miejsce widokowe, które ścinało z nóg. Zobaczyłem jak na dłoni Jedlinę-Zdrój, drogę przez Jedlinkę, którą przemierzałem codziennie z Głuszycy do Jedliny, miejsce mojej pracy  -  nową szkołę pod lasem i zrobiło mi się na duszy ślicznie i lirycznie. Widok z Borowej był oszałamiający, bo można było oczy nacieszyć rozległą panoramą sięgająca po Karkonosze na zachodzie i otoczenie ziemi kłodzkiej na południowym wschodzie, a nieco bliżej jak na ekranie Góry Sowie, Kamienne, a nawet Masyw Ślęzy. No i wreszcie rzecz najważniejsza  -  majestatyczna Jedlina, wspinająca się wzwyż w gęstym poszyciu leśnym, w otoczeniu wierzchołków gór, prześwitujące tu i ówdzie kolorowe elewacje budynków willowych, wieżyczki kościołów i wijące się serpentynami miejskie asfaltówki. Pomyślałem sobie wówczas, że ta góra winna się stać dla Jedliny tym samym, czym Giewont dla Zakopanego, że powinna być zagospodarowana i wypromowana, a ścieżki prowadzące na nią  wytyczone jak ścieżki spacerowe.
Atutem Borowej jest bliskie położenie od Wałbrzycha. Przez jej wierzchołek prowadzi czerwony szlak turystyczny (pieszy i rowerowy) z Wałbrzycha Głównego przez Przełęcz Kozią , a drugi, niebieski szlak z Wałbrzycha przez Niedźwiadki i Przełęcz pod Borową na Przełęcz Trzech Dolin i schronisko „Andrzejówka. Nie potrafię opisać walorów krajobrazowych tych szlaków, przez wielu turystów i wycieczkowiczów uznawanych za najpiękniejsze.


Zacisze Trzech Gór w Jedlinie-Zdroju
Z Jedliny-Zdroju na Borową możemy iść przez Glinicę do Przełęczy pod Borową i dalej na szczyt Borowej, albo też przez Kamieńsk, gdzie skręcamy w lewo tuż przy dawnej szkole na słynną już Pokrzywiankę, rozkwitające jak bratki na wiosnę osiedle domków jednorodzinnych, położonych w prześlicznym otoczeniu górskim. To właśnie tutaj znajduje się ujmujące swym urokiem i gościnnością gospodarstwo agroturystyczne „Zacisze Trzech Gór”, gdzie warto się zatrzymać w drodze na Borową lub z powrotem.
Na Borową prowadzi też droga przez Kamionkę z wałbrzyskiego Glinika Starego lub z Rybnicy Leśnej, a dalej duktem leśnym na szczyt Borowej, czyli trasa o której wspomniałem już na początku.
Borowa jak przystało na dostojną, dobroczynną królową, przygarnia więc turystów złaknionych piękna przyrody i krajobrazów ze wszystkich stron naszego globu.

Fot. Alicji Gisterek i  z internetu

czwartek, 27 września 2012

"Sztuka jest ostro trudna"







„Młody poeto, się nie przejmuj
Odra płynie. Od skał
Nieraz będzie, że z głowy ci zdejmą,
to znów założą laur.

Wiedz, że recenzje to carska kopiejka
z tyłka gęsi, co na księżyc gęgają.
Ty się ucz konstrukcji od Van Eycka,
Pióro twe nich stroi Alkajos.

A wiedz, że pióro to muzyczne narzędzie.
Nie jak mysz, lecz jak struna drżyj.
Mowę jak ziemię spulchniaj. Sól syp wszędzie.
Jak „Largo” Haendla żyj…

A skrzypce to narzędzie. A ojczyzna szeroka
Od Wisły po Jangtsekjang,
Lecz ucz się pisać wierszy na polskich obłokach.
Na Stwosza obłokach. Tak.

Z przyrodą wejdź w konszachty. Umiej być psem i ptakiem,
lwem i wężem, i lisem rudym.
Na czarnoleskiej muzie jak na klaczy siedź okrakiem
Zakręć kran z cudem…

Sztuka jest ostro trudna. Wiele sekretów ma.
Precyzyjna jak świetny zegarek.
Trzeba czuwać i czuwać, by nie chwyciła rdza
Delikatnych naszych obrabiarek…”


Plączą mi się po głowie strofy mistrza Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, kołatają i dzwonią, gdy łopatą dotknę zagrzebanych w ziemi kamieni, by znów stać się cichymi jak pogodne baranki w chmurach, bo dzień dziś wesoły, ciepły, słoneczny. Lada moment październik, miesiąc nieprzewidywalny, ile będzie w nim „babiego lata”, a ile dżdżystych, pochmurnych dni, gdy nostalgia kłuje jak szpilki serce, a świat staje się ponury, obcy, niepokojący. Ale dziś jest złociście i srebrzyście, więc nie mogłem odpowiedzieć negatywnie żonie, która z promiennym uśmiechem z samego rana orzekła mimochodem: grządki trzeba wreszcie skopać.
Jestem więc w ogródku, przekopuję w miarę pulchną ziemię, współczuję obwisłym i usychającym pąkom jeszcze niedawno świeżo kwitnących georginii, które dotknęło którejś nocy mroźne tchnienie zimy, szkoda mi zielonych kępek trawy, która porosła grządki i teraz pod łopatą znajduje swój ziemisty grób. Świat jest zbudowany na czyimś unicestwianiu, nawet sobie z tego nie zdajemy sprawy. Na szczątkach jednych roślin spulchniających glebę rosną nowe roślinki, jedne żyjątka zjadają drugie, by stać się ofiarami trzecich. A człowiek, wielka istota myśląca, posiadająca duszę, wartości etyczne, wiedzę i doświadczenie  -  jawi się w swej istocie najbardziej okrutny. Człowiek żyje z doskonale zorganizowanego, powszechnego i wszechogarniającego unicestwiania innych istot żyjących (świata roślin i zwierząt). Postęp świata ludzkiego polega na doskonaleniu narzędzi i metod tego procederu.

Nie, dalej już nie mogę, zasypuję tę ścieżkę myślenia. Burzy ona spokój wewnętrzny. A przecież jest piękny, słoneczny dzionek. A w mej duszy zagrały strofy poezji. Tej od których rozpocząłem dzisiejsze pisanie. A poeta pisze o sztuce tworzenia, o tym by nie poddawać się łatwo niepowodzeniom, by się uparcie uczyć od wielkich mistrzów. Pisze by z przyrodą wejść w konszachty, z niej czerpać wzory do naśladowania, bo przyroda, to dzieło sztuki absolutne i niepowtarzalne.
Co to jest poezja? Do czego nam potrzebna? Czy dziś w świecie wirtualnym, w dobie techniki elektronicznej, która uczyniła świat i człowieka jeszcze mniej poznawalnym, niż dotąd, mamy czas na zabawę ze sztuką wierszowaną?
Myślę, że tak, że czas poświęcony poezji nie jest czasem straconym. Poezja to wrażliwość na ład i piękno otaczającego nas świata, to miłość do drugiego człowieka i współczucie w jego cierpieniu. To dzięki poezji stajemy się ludzcy. Poezja to zwierciadło duszy, a wiersz jest jej lustrzanym odbiciem. Dzięki poezji, a w szerszym ujęciu, dzięki sztuce, człowiek staje się lepszy.
Ale jak napisał Gałczyński, „sztuka jest ostro trudna”, więc by ja poznać, by swobodniej z nią obcować, trzeba się jej uczyć od dziecka.
Jeśli mogę się pogodzić z tym,  że trudno jest do tego przekonać młodzież, to nie godzę się, gdy nie potrafią tego pojąć jej nauczyciele. A mam smutne doświadczenia przy okazji organizowanych w naszym głuszyckim CK spotkań z poezją. W każdej szkole łatwo jest odnaleźć gromadkę dzieci zainteresowanej sztuką poezji. Potrzebny jest tylko opiekun – nauczyciel. Przykro, że są szkoły, w których takich nauczycieli już nie ma.

Fot. z domowego albumu, Marzeny M.

poniedziałek, 24 września 2012

Widziane z góry



panorama Gór Suchych


Podobnie jak Jedlina- Zdrój, Walim, także i Głuszyca ma ten sam niezaprzeczalny atut  -  urocze położenie w otoczeniu gór. Góry sprawiają wrażenie niebotycznych, zasłaniają ze wszystkich stron horyzont, są jak naturalne mury obronne miasta. Mało tego, w wielu miejscach wciskają się nieomal do domów, oplatają leśnym poszyciem ich otoczenie, czynią zabudowania gospodarskie naturalną spuścizną górskiej lokalizacji. Ich mieszkańcy traktują  jako rzecz normalną to, że nie muszą troszczyć się o otoczenie swoich domów, że mają pod nosem ogrody pełne  wysokich drzew i krzewów, a przy otwartym oknie czują zapach żywicy i  leśnego igliwia.


fragment miasta, w tle Góry Sowie
Dobrze jest mieszkać w górach. Źle, że nie wszyscy potrafią to docenić. Takie wrażenie odnoszę wtedy, gdy przy różnych okazjach znajdę się w wyżej położonych miejscach widokowych otaczających nas gór. A takich miejsc jest krocie. Myślę wtedy, jak to niedobrze, że tak mało ludzi mieszkających w dole nie może tego zobaczyć. A nie może z różnych powodów. Nie tylko dlatego, że nie chcą, że nie budzi to ich zainteresowania. Najczęściej z tego powodu, że nic o tym nie wiedzą, że nikt nie potrafi ich do tego zachęcić, że mamy takie staroświeckie przyzwyczajenia  -  zamykać się w czterech ścianach domu, a jeśli już spacer w wolnych chwilach to jak najbliżej domu, byle tylko nie piesze wędrówki w góry. Bo przecież wymaga to pewnego wysiłku fizycznego, a często też brakuje nam nawyków, które powinny być wyniesione z domu rodzinnego i szkoły.
Specjaliści od socjologii wytoczyliby w tym momencie cały arsenał uczonych tez wpływających na takie właśnie, a nie inne zjawisko społeczne, mówiliby dużo o konserwatyzmie kulturalnym Polaków, sięgaliby do czasów niewoli zaborczej, a potem skutków wojen światowych. Być może mieliby rację, bo istotnie wiele zależy od utrwalonych tradycji życia obyczajowego.
Posłużę się tutaj przykładem z czasów przedwojennych, kiedy w Głuszycy jej gospodarzami byli Niemcy. Co się działo w mieście jeśli chodzi o popularyzację uroków otoczenia górskiego ?
Wszyscy, jak sądzę, wiemy, gdzie znajduje się Skałka. No może nie wszyscy, ale większość mieszkańców Głuszycy. To wznoszący się na stromym wzgórzu wysoki obelisk skalny tuż ponad miastem w masywie Włodarza.  Z parku, gdzie znajduje się Zespół Szkół w Głuszycy, bądź też z ulic Dąbrowskiego, Niecałej, Bohaterów Getta, mamy tam bardzo blisko. Na Skałkę wytyczyli Niemcy specjalną ścieżkę, dobrze ją  utwardzili, wzbogacili ławeczkami. Na szczytowej półce skalnej zamontowano metalowe ogrodzenie, biorąc pod uwagę, że będą się tu wspinać nie tylko dorośli, ale dzieci i młodzież. Wyżłobiono też w ścianie skalnej specjalne schodki. Miejsce to było punktem docelowym sobotnich lub niedzielnych spacerów, bo ze Skałki roztacza się rozległy widok na ścielące się w dole miasto, a wyżej na przeciwległe pasmo Gór Suchych z najważniejszym Waligórą i na wznoszące się w górę wąskich przełęczy zabudowania gospodarcze wsi Grzmiącej i Łomnicy  Skałka cieszyła się dużym powodzeniem, zwłaszcza wśród mieszkańców dolnej części miasta.

z prawej Gomólnik Mały, za nim Jeleniec z Rogowcem
 Mieli oni do wyboru jeszcze inną atrakcyjną trasę spacerową, nieco niżej w kierunku Jedlinki, znad położonego na początku lasu naturalnego stawu (obecnie zwanego Wawelskim), podobnie jak na Skałkę, wijącą się drobnymi serpentynami w górę. Po drodze mijali dalsze  tarasowo wznoszące się stawiki, by na samej górze rozkoszować się widokiem położonego w głębokim jarze rozległego stawu. To wszystko w gęstwinie leśnej, przy czym nad stawem górnym wytyczono szeroką, prościutką alejkę spacerową z ławeczkami, wysadzoną wzdłuż stawu strzelistymi sosnami. Dziś możemy sobie tylko wyobrazić jak piękna była ta trasa spacerowa, ile mogła dostarczyć wrażeń i emocji, choć trudno odnaleźć po tym co było jakiekolwiek ślady. Zadaję sobie pytanie, ilu obecnych radnych samorządowych słyszało o tej ścieżce lub  się na niej znalazło? Czy kiedykolwiek stąpnęła tam nóżka wyrosłej od dziecka niedaleko stąd w Głuszycy obecnej pani Burmistrz?
Od końca wojny minęło już z sześćdziesiąt lat. Nikt w tym czasie palcem nie kiwnął, by przywrócić dawną świetność ścieżek spacerowych. W ostatnich latach udało się restaurować jedynie miejsce widokowe na Skałce.
Ale przecież to nie wszystko w maleńkiej Głuszycy. Z jej centrum parę kroków ulicą Leśną dochodzimy do pięknie położonych na skraju lasu dwóch stawów. Obydwa dobrze obwałowane i zabezpieczone, bo jeszcze niedawno stanowiły rezerwuar wodny dla wielkiej fabryki włókienniczej. Idąc dalej leśną ścieżką mijamy kolejno wznoszące się w górę jeszcze trzy stawy. Każdy z nich inny, w urozmaiconym poszyciu leśnym, w osamotnieniu, bo wszystkie trzy sprawiają wrażenie opuszczonych i zaniedbanych. Jeden z nich otoczony jest tajemnicą, bo wciąż żywe są opowieści o zrzuconych do stawu przez Niemców w ostatnich dniach wojny dużych ilościach broni i amunicji, a nawet sprzętu ciężkiego. Czynione były próby dotarcia do tego miejsca, zapuszczano sondy, ale nie przyniosło to pożądanego skutku.
Trasa spacerowa nad stawami, odpowiednio uporządkowana i zagospodarowana, z tablicami informacyjnymi i dobrze oznaczonym szlakiem turystycznym w górę do Przełęczy Marcowej, a dalej na Włodarza, to byłby strzał w dziesiątkę dla promocji turystycznej miasta. Takie plany przyświecały władzom minionej kadencji, ale spełzły na panewce. Udało się jedynie odnowić nawierzchnię ulicy Leśnej Czy władze obecnej kadencji wrócą do tych planów, trudno powiedzieć?
Powracam nadal do czasów przedwojennych. Nie jest zagadką fakt, którego potwierdzenie możemy znaleźć w materiałach źródłowych, że na Włodarzu królowała zbudowana z bali drewnianych wieża widokowa. To znakomite miejsce, by móc podziwiać z bliska fantastyczne położenie Głuszycy, Jedliny-Zdroju i Walimia, nie mówiąc o Wałbrzychu i innych miejscowościach. Dotyczy to także okalających nas gór. Podobna wieża widokowa była postawiona powyżej Grzmiącej, u stóp Rogowca i Jeleńca. Stamtąd zaś rozpościerał się widok na przeciwległą panoramą Gór Sowich. Byli gospodarze terenu zadbali o to, by swoje gniazdo rodzinne można było oglądać ze wszystkich stron i  nim się szczycić na cały kraj. Dbali też o to, by było czym przyciągnąć turystów, by im zaproponować to wszystko, co najlepsze. Głuszyca była wówczas miastem przemysłowym, można było na tym poprzestać, ale tak mogliby zrobić ludzie bez wyobraźni. Właśnie z tego powodu, ze kwitł przemysł włókienniczy, trzeba było dla pracujących tworzyć warunki do aktywnego wypoczynku. Liczył się także napływ turystów, bo turystyka, niezależnie od jej wartości samej w sobie, to nie mniej ważne niż przemysł źródło zarobkowania.


w dali pasmo Waligóry, najwyższy szczyt Gór Kamiennych


Co jeszcze można zobaczyć z góry, mając przed oczyma interesujący obraz z dróżki prowadzącej z cmentarza w Głuszycy do miasta, ale tej dróżki od strony torów kolejowych?  Otóż tam właśnie można dostrzec i docenić urok wieńczącego kotlinę  pasma Gór Suchych. W dolnej części miasta najwyższy szczyt w granicach administracyjnych miasta  -  Waligóra  – nie robi tak mocnego wrażenia. Dopiero tutaj na niewielkim wzniesieniu widać jego dostojeństwo i wyniosłość. To olbrzymia góra w kształcie dwugarbnego wielbłąda, góra pod którą znajduje się jedno z piękniejszych schronisk turystycznych „Andrzejówka”. Dawniej za Niemców tu na Waligórze również była wieża widokowa. Dziś o wieży nie ma mowy, a góra jest jakby niczyja. Głuszyca traktuje ją jak niechciane dziecko, chętniej przyznaje się do Rogowca z ruinami zamku piastowskiego, ale zarówno jedno jak i drugie tak atrakcyjne turystycznie miejsca nie są dostatecznie wypromowane. A przecież Waligórą powinniśmy się szczycić, tak jak Pieszyce Wielką Sową, a Szczawno-Zdrój Chełmcem.  Powinniśmy przejąć inicjatywę w budowie wieży widokowej na Waligórze przy współpartnerstwie gmin zainteresowanych na czele z Wałbrzychem.
Spróbujmy podsumować to, co powyżej napisałem. W latach międzywojennych, czyli niecałe sto lat temu w małej Głuszycy na szczytach gór były aż trzy wieże widokowe, a dziś na osłodę mamy tylko czeską wieżę na Spiczaku, tylko że ona „pracuje” głównie na rzecz rozwoju turystyki czeskiej.
Póki co pocieszmy się tym, że rozległe krajobrazy wokół kotliny, w której leży Głuszyca, możemy oglądać z wielu odsłoniętych miejsc widokowych na okolicznych wzniesieniach i górach. Takich miejsc mógłbym wymienić sporo. Myślę, że bardzo potrzebnym jest coś na kształt małej broszurki lub folderu lokalizującego te miejsca na mapce, wskazującego ścieżki dojścia i opisującego to, co można w tych miejscach zobaczyć. Byłby to dobry początek niezbędnych kroków zmierzających do lokalnej promocji turystycznej gminy. Inne kroki nasuną się same, trzeba tylko koniecznie spojrzeć na nie „z góry". przynajmniej z wysokości fotela burmistrza i ław miejskiego samorządu.

Fotografie Głuszycy z galerii miejskiej .

sobota, 22 września 2012

Mieszkać w górach




Głuszyca - panorama miasta z Osiedlem Mieszkaniowym

Osiedle domków jednorodzinnych
 Dla wielu ludzi to marzenie  -  mieszkać w górach. I ja im się wcale nie dziwię. Góry mają swój niezaprzeczalny urok, powodują że nasze otoczenie jest dynamiczne. Zmienia się w zależności od tego, gdzie się znajdziemy, z którego miejsca prowadzimy obserwację. Zmienia się też w zależności od pór dnia i pór roku. Nie wszyscy jesteśmy jednakowo wrażliwi na piękno krajobrazów, najczęściej nie mamy na to czasu. Jeśli już mamy weekend, to znajdujemy wiele innych rozrywek, niekoniecznie związanych z wycieczkami w góry. Myślę, że to przychodzi z wiekiem, a kiedy człowiek skończy swą aktywność zawodową, znajdzie się na rencie lub emeryturze, wówczas ma wreszcie więcej czasu, by zainteresować się tym, co go otacza.
To co napisałem powyżej pochodzi z autopsji. Dopiero teraz na stare lata dostrzegłem w całej swej wyrazistości i mocy, w jak pięknym miejscu przyszło mi żyć i pracować przez pełne półwiecze.
Chcę więc dziś napisać o urokach mojego miejsca na ziemi, o tym skrawku wielkiego świata, gdzie jest mój dom. Może uda mi się zachęcić moich Czytelników do głębszej refleksji nad wartością tego, co w darze przynosi nam natura.
Nieomal codziennie rano idę na spacer z moim pieskiem „tomciem”. Stało się to rytuałem każdego dnia. Mam ten luksus, że mam na to czas i wystarczy parę kroków, by znaleźć się na łonie natury. Dopiero niedawno uzmysłowiłem sobie, że moja najczęściej wybierana trasa spacerowa jest bardzo znamienna. Pozwala dostrzec własnymi oczami uroki położenia całego miasteczka.
Z osiedla domków jednorodzinnych w Głuszycy przy ulicy Warskiego idziemy sobie na Łomnicę. Pod wiaduktem kolejowym skręcamy w prawo i ulicą Lipową docieramy do dworca kolejowego. Ten odcinek drogi pozwala obejrzeć rozległe pasmo Gór Suchych, poczynając od Ostoi i Słodnej, a dalej na horyzoncie szczyt Spiczaka z czeską wieżą widokową, charakterystyczny wielbłądzi grzbiet Waligóry, najwyższego szczytu w Górach Kamiennych i wreszcie bliżej położone pasmo Gomólnika, nieco dalej Jeleńca i Rogowca, a jeszcze dalej Gór Wałbrzyskich z Wawrzyniakiem i Borową. To jest pasmo górskie osłaniające Głuszycę od zachodu i północy.





widok na Rogowiec
Przechodzimy z „tomciem” tory kolejowe obok dworca i z ulicy Kolejowej podążamy ścieżką przez pola na Osiedla Mieszkaniowe. Przed naszymi oczyma odsłania się kolejne pasmo górskie zamykające Głuszycę od wschodu. To oczywiście Góry Sowie, a ściślej masyw Włodarza, z Jedlińską Kopą,  Soboniem, Jawornikiem. Gdzieś tam dalej znajduje się Osówka, największa atrakcja turystyczna Głuszycy jako część kompleksu „Riese”, wojennej inwestycji Niemiec Hitlerowskich w podziemiach Gór Sowich.
Z Osiedla Mieszkaniowego roztacza się widok na pozostałą południową część gór zamykających miasto od południa. W całej swej okazałości jest widoczny Sokół powyżej Sierpnicy i pasemko Wzgórz Wyrębińskich. Gdzieś tam w oddali przedziera się w przełęczy oddzielającej Wzgórza Wyrębińskie od Gór Kamiennych droga asfaltowa z Nowej Rudy przez Głuszycę do Wałbrzycha i Świdnicy.
W ten oto sposób, co sobie niedawno uzmysłowiłem, mogę w jednym spacerze obejrzeć całe górskie otoczenie miasta, które leży w rozległej kotlinie jak enklawa szczelnie zasłonięta od świata. Zdałem sobie też sprawę z tego, że wielu mieszkańców górnych pięter bloków na Osiedlu może to wszystko oglądać nie wychodząc z domu. To jest niewątpliwie atut usytuowania Osiedla w górnej części miasta, choć mieszkańcy narzekają na wiejące wiatry, nazywając swe Osiedla  -  Wichrowym Wzgórzem.
Przedstawiłem pokrótce trasę moich spacerów i oglądane po drodze górskie otoczenie miasta, ale brakuje w tym rzeczy najważniejszej. Niestety, tego nie potrafię opisać, to trzeba zobaczyć własnymi oczami.
Te widoki są przepiękne, często wręcz oszałamiające. Wschodzące słońce ozdabia promieniami lasy, polany leśne i chmury. Bardzo często ponad lasami wznoszą się obłoki parującej ziemi. Zmienne są kolory drzew i krzewów. W słońcu to wszystko co nas otacza potrafi zachwycić. Ale i w dni pochmurne można odnaleźć uroki górskiego położenia miasta.
Mieszkać w górach, to wielki przywilej. Nie zawsze potrafimy to docenić. Spójrzmy na to z optymizmem, obiektywnie i dojrzale, a będzie to dla nas powód do afirmacji i satysfakcji.

Fot. Violi Torbackiej i z galerii miejskiej.

piątek, 21 września 2012

Pora na grzyby. Gomólnik Mały.



Gomólnik Mały od strony Łomnicy


 To nie jest rok grzybny w naszych lasach. Być może zaważyła na tym sierpniowa susza. Grzybów było jak na lekarstwo. Pojawiły się w lipcu i ci co już wtedy ruszyli do lasów, mogli wrócić z koszami kozaków, zajączków, prawdziwków. Ale u nas trzeba wiedzieć gdzie i trzeba umieć szukać grzybów, ukrytych w gęstym poszyciu leśnym Określenie „zbierać grzyby” nijak nie pasuje do tutejszej rzeczywistości. Grzybobranie, to epitet właściwy dla lasów zielonogórskich. A dla naszych, to gonitwa po lesie i liczenie na łut szczęścia.
Tak sobie konstatuję wydrapując się na kolejną skarpę Małego Gomólnika, przedzierając się w gąszczu gęstych kęp w dolnej części wzgórza, a potem już na wysokiej leśnej stromiźnie, plącząc się w porozrzucanych konarach wyciętych drzew. Bo Gomólnik już przeszedł „chrzest bojowy” urządzany w naszych lasach przez leśników. Jego skutki są widoczne z daleka- szczyt wysokiej góry zupełnie ogołocony. A z bliska  -  potężne zwały wyciętych gałęzi porozwalanych po całym lesie. Tak ma rzekomo być, zdaniem leśników, bo obcięte konary leżąc na ściółce leśnej przez lata, stanowią jej pożywkę. Ciekawe, że takiej pożywki nie pozostawiają w lasach Czesi, Austriacy, czy Niemcy. Widziałem to na własne oczy, uporządkowane pryzmy gałęzi  ułożone na skraju lasu. A w lesie ład i porządek, ani skrawka wyciętych konarów. Ale to osobny temat, a zarazem wstydliwy i przygnębiający. Staliśmy się gospodarzami olbrzymich terenów leśnych, zadbanych i uporządkowanych przez Niemców. Dziś leśnicy w zielonych mundurach kojarzą mi się z leśnym komando, dokonującym egzekucji w drzewostanie leśnym. Nie robią tego własnymi rękami, ale przy pomocy „wozaków”, którzy wyczyniają w lasach, co tylko im się podoba. Zwózka potężnych bali z góry na dół, to ruina dla runa leśnego, dla leśnych ścieżek i dróg. Nikt tego nie pilnuje, a przynajmniej nie widać skutków tego nadzoru. Dla leśników liczy się głównie ilość „produkcji drewna”, za to otrzymują wynagrodzenia i premie. Są tak samo jak prokuratorzy, czy sędziowie nietykalni. Stanowią państwo w państwie, sami siebie kontrolują i rozliczają.
Moje pesymistyczne widzenie naszej gospodarki leśnej łagodzą wyłaniające się tu i ówdzie widoki górskie. Na Gomólniku jest kilka takich miejsc. Z samego szczytu możemy podziwiać od północy wyłaniający się naprzeciwko łańcuch grzbietów górskich Małego i Dużego Jeleńca z Rogowcem, gdzie znajdują się ruiny piastowskiego zamku, a niżej w wąskiej kotlinie zabudowania uroczej wsi Grzmiąca. Przechodząc niżej w kierunku wschodnim  pomiędzy pniami rozrzedzonych drzew roztacza się widoczna jak na dłoni panorama masywu Włodarza, Wielkiej i Małej Sowy w Górach Sowich, a u dołu ukryte w gąszczu drzew i pagórków zabudowania Głuszycy.  Idąc jeszcze dalej w kierunku południowym  -  wielka kopa Ostoi, a u jej stóp głęboka przełęcz Złotej Wody i Łomnicy. Jest takie miejsce,  gdzie można się zachwycić nowymi budynkami Łomnicy otaczającymi rondo autobusowe, to obrazek najpiękniejszej części tej wsi, chociaż takich obrazków z krajobrazem  Łomnicy jest więcej i trudno powiedzieć, który najładniejszy.

Wstyd mi się do tego przyznać, ale moje akcje grzybiarza są mizerne. Raz na pół godziny udaje mi się znaleźć podgrzybka pod warunkiem, że jest duży i rośnie w widocznym miejscu. Na szczęście moja żona ma talent do odnajdywania grzybów nawet tam, gdzie wydawałoby się że ich wcale nie ma. Nazywam ją „sokole oko”. Chodzimy na grzyby razem, ja jako eskorta, a zarazem opiekun psa „tomcia”, dla którego spacery po lesie, to największa gratka, żona zaś od momentu dotknięcia stopą lasu w pełni skupiona tylko i wyłącznie na jednym, wygrzebywaniu jakby spod ziemi dorodnych okazów, które dla mnie są niewidoczne. Wykorzystuję więc okazję by się zadowolić samym chodzeniem po lesie, oddychaniem świeżym powietrzem i podziwianiem widoków. Nie widziałbym nic złego, gdybyśmy wrócili do domu z pustym koszykiem, ale to się dzięki mojej żonie na ogół nie zdarza.
Z tej grzybowej eskapady wyciągam jeden wniosek i piszę go grubymi literami. Jeśli chcecie obejrzeć cząstkę cudownego świata krajobrazów Gór Suchych i Sowich widzianego z góry, przybywajcie na Gomólnika Małego.

Gomólnik Mały (Schindel Berg), dwuwierzchołkowy masyw górski wysokości 807 m. npm. wyrasta w postaci wyraźnie wypiętrzonej kulminacji na południowy wschód od Jeleńca. Z tej stony oddziela go prawy dopływ potoku Rybnej, płynący przez Grzmiącą, a z drugiej strony potok Złotej Wody, nad którą wyrosła Łomnica. Gomólnik nie cieszy się sławą w prospektach turystycznych, bo szlaki turystyczne prowadzą niżej, może dlatego robi wrażenie góry dziewiczej. Nie jest tak do końca, bo oprócz pracowników trzebiących lasy, odwiedzają go często grzybiarze z okolicznych wsi i podmiejskiej Głuszycy. Gomólnik jest blisko i jak się okazuje obfituje w bogactwo runa leśnego. A ponieważ w ostatnim czasie leśnictwo zbudowało kawał szerokiej brukowanej drogi prowadzącej spod Grzmiącej prawie na sam szczyt Gomólnika, dotarcie w głąb lasu stało się znacznie łatwiejsze.
Nie pozostaje mi nic innego jak tylko zaprosić na pieszą wycieczkę w góry. A grzyby mają to do siebie, że można je jeszcze znaleźć nawet w październiku, jak się dobrze poszuka.





wtorek, 18 września 2012

O tym, że Jedlina była zdrojem już w XVIII wieku





Zupełnie nieoczekiwanym przeze mnie plonem jedlińskiego festynu „U źródeł Charlotty” jest bezcenne wydanie polskojęzycznej publikacji wrocławskiej drukarni Wilhelma Gottlieba Korna - uwaga, proszę nie spaść z krzesła -   z 1777 roku. Nosi ono tytuł: „Publiczne uwiadomienie zdroiów zdrowych lub wód mineralnych leczących na Śląsku w Kodowie, Reynercu, Altwaser, Szarlotenbrun, Salcbrun i Flinsbergu się znayduiących.” Nieujawnionym na karcie tytułowej autorem broszury był wrocławski lekarz i chemik Johann Gotfried Morgenbesser, tłumaczem zaś wrocławski polonista Daniel Vogel. Broszura pięknie oprawiona i wiernie skopiowana z zasobów Biblioteki Jagiellońskiej w Krakowie, Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego i Pana Ryszarda Grzelakowskiego z Dusznik Zdroju, została wydana w tym roku przez wydawnictwo „Press – Forum” w Polanicy-Zdroju, a jej fundatorem było Stowarzyszenie Unia Uzdrowisk Polskich z siedzibą w Polanicy-Zdroju.
To cacko wydawnicze otrzymałem w prezencie, a ofiarodawcą był mój nieoceniony przyjaciel ze Stowarzyszenia Miłośników Jedliny-Zdroju, Stanisław Słoniewski

.

Zanim rozpocznę przepisywanie najciekawszych fragmentów o „Szarlotskim Zdroiu” chcę przypomnieć, że  początki jedlińskiego zdroju mają miejsce w I połowie XVIII wieku. To dopiero w  1723 roku właściciel pałacu w Jedlince, Johann Christoph baron von Seherr-Thoss, wykupił parcelę ze źródłami w górnej części wsi, a jego zona Charlotta Maximiliana, zajęła się osobiście jej zagospodarowaniem dla celów leczniczych. Postęp robót inwestycyjnych związanych z budową pijalni wód, domu zdrojowego i łazienek musiał być widoczny jak również promocja właściwości zdrowotnych czerpanych tu wód, skoro jak się okazuje już w 1777 roku Charlottenbrunn było znanym na Śląsku uzdrowiskiem, a z prezentowanego za chwilę dokumentu jasno wynika, że bardzo cenionym.
No a teraz oddaję już głos autorowi broszury z tym jeszcze zastrzeżeniem, że odstępuję nieco od oryginalnej pisowni niektórych liter, nie znajdując ich na mojej klawiaturze, ale dzięki temu tekst będzie dla Państwa bardziej czytelny i zrozumiały:

Szarlotenbrun, małe miasteczko, imię swe od tego zdroju wzięło: Zdroy sam zaś wiedzie imię swoje, z imienia swojej pierwszej Posesorski Jaśnie Wielmożney I. M. Pani Charloty, urodzoney Rzeskey Hrabiny de Pikler, a Małżonki L.W.M. Pana Generała Barona de Sehertesz.
Położenie tego miasteczka jest ku południowschodowi ze 400 kroków ode wsi Tanhausen nazwanej, gdzie teraźniejszy dziedzic J.M. Pan Baron de Sehertosz rezyduje. Od Świdnicy iest to miasteczko Szarlotenbrun 2,5 mili, od Wrocławia zaś 8.5, od czeskich gor tylko milę odległe.
Przyjemny padoł z wysokimi opokami, na których świerki i insze drzewa rosnące, otoczony, służy miasteczku do gruntu. Żółty i czerwony piask z wielą rożnymi kolorowanemi krzemieniami zmieszany, iako też węgle kamienne w mnóstwie się tam znajdują.
W śrzodku tego miasteczka Zdroy ten z opocznego wytryskuje gruntu. W tym czworograniastymi kamieniami wygładzonym obcembrowaniu z siedmiu zrzedeł ten zdroy wynika…
Zaobcembrowanie Zdroiu tego, iest obszernym i dwoiską kratą zaopatrzonym budynkiem obwiedzione, w którym nie tylko izdebka i kominek o jednych wschodach dla wygody gości i czasu niepogodnego Zdroiu zażywających się znajdują, ale też wieżyczka z Kopułą wystawiona iest.
Ten Zdroy nigdy nie zamarzł, a w najtęższey zimie tylko parę silną z siebie wydawał.
Gdyż ten Zdrowy w wielkiej mnogości wytryskuje, więc za pozwoleniem Państwa gruntu tego, nie tylko tameczni Obywatele, ale też i pograniczni ten Zdrowy za zwyczajny Napoy używają. Owszem i do odległych mieysc na kuracją w dobrze zaopatrzonych rozwożony bywa Flaszach…
Przy zrzedle smakuje barzo przyiemnie, slono, ostro, przeraźliwo na ięzyku i trochę żelazno. Na czczo używając, odbija się, a w słabych ludziach mglisto koło głowy czyni. Zapach iest duchow pełny, kolor iasny, klarowny i nieco modrawy. W naczyniu bez przykrycia w krótkim czasie wiele swego zapachu i smaku utraca. I ten Zdrowy żołądek zagrzewa…”

Oszczędzę Państwu dalszej części notatki, bo zawiera ona bardzo szczegółowe opisy skutków różnego rodzaju eksperymentów  z wodą źródlaną z Charlottenbrunn przeprowadzanych. Chociażby taki jak z herbatą zalewaną wodą z tutejszych źródeł, która robi się najpierw fioletowa, po czym zaś czerwona „i to barze niż dolne Altwaserskie Zrzodlo.” Cały ten opis wskazuje na wyjątkowe, lecznicze właściwości tutejszych wód, lepszych nawet od wód wałbrzyskiego Starego Zdroju. Jest też mowa o tym, jakie choroby można leczyć jedlińskimi wodami i bardzo szczegółowe przepisy w jakich ilościach i z jakimi innymi komponentami je stosować.
Notatka kończy się konkluzją, że wielu ludzi korzystających ze źródeł Charlotty potwierdza, że do zdrowia zupełnego dochodzili, „które to zdrowie, przez wszelakie we wszystkich rzeczach tam znajdujące się wyśmienite wygody, przez przyjemność sytuacji i miejsca samego… zapewne tym prędzej następować musi.”

Faktycznie dobrych informacji dostarcza ten dokument, mocno przekonuje do leczniczych zalet wód źródlanych, tryskających ze źródeł Charlotty. Może zachęci nas i dziś do śmielszego korzystania z pijalni funkcjonującej już od pewnego czasu przy Domu Zdrojowym w Jedlinie-Zdroju.

Fot. z zasobów Urzędu Miejskiego w Jedlinie-Zdroju

poniedziałek, 17 września 2012

Na gorąco !




  „Jeszcze w uszach mam te dzwony”, chciałoby się zawołać słowami poety. Brzmią one  mocno, boć to przecież zaledwie kilka godzin temu miała miejsce impreza promocyjna pałacu w Jedlince i mojej książki. Słyszę pogłos muzyki i gwar tanecznych par, mam w oczach błyskające ponad murami rozświetlonego pałacu różnokolorowe fajerwerki. W ten sposób przy zapadającym zmroku pokazem ogni sztucznych kończył się jedliński festyn, nazwany tak samo jak książka „U źródeł Charlotty”.
Pomysł festynu na dziedzińcu pałacu w Jedlince, który był domem mieszkalnym Charlotty Maximiliany von Seher-Thoss, żony Johanna Christopha von Seher-Thossa, uznawanej za inicjatorkę i patronkę idei wykorzystania odkrytych w górnej części Tannhausen (ówczesnej Jedlinki) źródeł mineralnych do celów leczniczych, okazał się niezwykle trafny. To co miało miejsce w pierwszej połowie XVIII wieku, a więc budowa stylowej pijalni, łazienek i domu zdrojowego było początkiem rozbudowy osiedla, które stało się po pewnym czasie słynącym w Rzeszy uzdrowiskiem o nazwie Charlottenbrunn, od imienia jego założycielki.
To ze wszech miar mądra inicjatywa władz miejskich Jedliny-Zdroju by z przeszłości czerpać wzory i wydobywać to co było miastotwórcze, co warte jest naśladowania. Nie da się zamknąć oczu na fakt, że przez kilka wieków gospodarzami tych ziem byli Niemcy i oni byli spiritus movens ich rozwoju. Jedną z osób z przeszłości godnych szacunku i uznania jest właśnie Charlotta. Na jej cześć podobne jak wczorajszy festyn będą się odbywać w pałacu coroczne imprezy promocyjne. Nic więc dziwnego, że jedlińskie święto zaszczyciła swą obecnością rodzina Bőhmów, ostatnich właścicieli pałacu przed wybuchem II wojny światowej, na czele z honorowym obywatelem miasta Jedlina-Zdrój, Gűnterem Bőhmem. Byli oni jednymi z pierwszych w kolejce po autograf w mojej książce. Przyjęli ją z ogromnym zadowoleniem.

Jednym z istotnych warunków udanej imprezy plenerowej jest pogoda. Udało się organizatorom trafić w dziesiątkę. Po  południu wczorajszej niedzieli co rusz słońce odsłaniało swe promienne oblicze. Mogło się więc wszystko odbywać zgodnie z planem. Dziedziniec pałacowy wypełniły wiaty z małą gastronomią, wyrobami rzemiosła artystycznego, wydawnictwami promocyjnymi. Dzieci mogły skorzystać z dmuchanych pontonów i przejażdżek na kucyku. Przewodnicy turystyczni oprowadzali chętnych po pałacu, gdzie zgromadzono pamiątki muzealne, stare księgi, obrazy, inkunabuły. Na małej estradzie grała orkiestra, a doniosłą atmosferę potęgował prowadzący festyn z werwą i zapałem dziennikarz wałbrzyski Mateusz Mykytyszyn.
Jest rzeczą zrozumiałą, że na takiej imprezie najważniejszą okazała się nowa książka, wydana przez Stowarzyszenie Miłośników Jedliny-Zdroju będąca czymś w rodzaju albumu, bo wypełniona mnóstwem znakomitych fotografii z przeszłości i współczesności miasta. To książka „U źródeł Charlotty”, na której wydanie czekałem w napięciu, dzieło wyrosłe z potrzeby serca, bo Jedlina-Zdrój jest moim drugim domem. W tym mieście przepracowałem w szkolnictwie 19 lat, a na koniec mojej kariery zawodowej powróciłem jeszcze do Jedliny-Zdroju na ponad 2 lata jako dyrektor Centrum Kultury. Mogę więc powiedzieć, że książka wyrosła z wiedzy o mieście zaczerpniętej z książek, ale i z autopsji. Jest też wyrazem emocjonalnego stosunku do miasta, do którego powracam zawsze z zachwytem i wzruszeniem. Napisałem o tym w „posłowiu” tej książki, a materialnym potwierdzeniem jest nie tylko  jej treść, ale także zamieszczony na samym początku mój wiersz o Jedlinie. Tyle samo serca i trudu włożył w jej wydanie Prezes Stowarzyszenia, Roman Wysocki, bo zgromadzenie i dobór fotografii, to jego dzieło. Książka jest też kolejną pozytywną wizytówką wałbrzyskiej drukarni „POLDRUK” Józefa Grzywy i Marka Kawki.

Byłem więc „gwiazdą” wczorajszego popołudnia na pałacowym dziedzińcu i napracowałem się solidnie, bo książka znalazła wielu nabywców, którzy stali cierpliwie w kolejce po pamiątkowy autograf jej autora.
Mam nadzieję, że książka spełni oczekiwania Czytelników, a niewątpliwie wypełniła lukę w poznaniu historii miasta, a także jego współczesności.

Fot. z książki "U źródeł Charlotty"

piątek, 14 września 2012

Jeśli w głowach szumi las?





szkolne hale sportowe spełniają dużą rolę

Ponieważ jestem z zawodu nauczycielem moje zainteresowanie sprawami edukacji narodowej, jak to się szumnie nazywa od czasów Kołłątaja, nie zagasło. Ale prawdę powiedziawszy ostatnim ministrem oświaty, który budził moje zainteresowanie i emocje był Roman Giertych . Po nim nastąpiła próżna. Od czasu do czasu dawała o sobie znać Pani Minister Hall, ale to głównie w kręgach stricte oświatowych Zdawało mi się, że w nowym rządzie Donalda Tuska po ostatnich wyborach nie ma w ogóle ministra edukacji. Wprawdzie mówiono, ze ktoś pełni tą funkcję, ale zainteresowanie moje tak samo jak mediów tym resortem było żadne. I byłoby tak dalej, gdyby nie przypadek, który spowodował lawinowe zainteresowanie środków przekazu osobą Pani Minister. Okazuje się, że jest taka Minister i nazywa się  Krystyna Szumilas. Właśnie na portalu „interia pl” dojrzałem jej fotkę i przeczytałem o kuriozalnej wypowiedzi Pani Minister na temat Amber Gold:

Mój 26-letni dziś siostrzeniec był pierwszym rocznikiem, który uczył się w nowo powołanym gimnazjum. I on nie zainwestował w Amber Gold. Swoje oszczędności ulokowali tam ci, którzy są w większości ze starej szkoły. Gdyby byli lepiej wyedukowani ekonomicznie, nie uwierzyliby w cuda - powiedziała minister edukacji w Częstochowie.
I dalej komentarz portalu „interia”:

Wypowiedź minister spotkała się z wieloma negatywnymi komentarzami. - To jest wypowiedź, która przejdzie do kanonu polskich kuriozalnych wypowiedzi politycznych. Na takiej samej zasadzie Włodzimierz Cimoszewicz powiedział, że powodzianie stracili, bo mogli wcześniej pomyśleć, żeby się ubezpieczać - to kolejny przykład takich kuriozalnych wypowiedzi. Co to znaczy? Że gdyby Michał Tusk chodził do gimnazjum, to by nie pracował w OLT Express? - pytał w wywiadzie dla wprost.pl Adam Hofman z PiS.

Słyszałem o tym, że nasz niezmordowany były premier byłego rządu PiS, Jarosław Kaczyński, wygłosił swoje expose, tak jak gdyby był urzędującym premierem, w którym powiedział co by zrobił, gdyby wyborcy zażyczyli sobie jego powrotu do władzy. Otóż Pan Prezes uznał, że w pierwszej kolejności  zlikwidowałby gimnazja.
Poczułem ogromną sympatię do Prezesa, bo sam byłem od samego początku przeciwnikiem rozwalania byłych podstawówek, a także wszelkich innych zmian, które nosiły miano wielkiej reformy oświatowej. Osobiście uważam, że system edukacji nie da się poprawić drogą rewolucyjną, że trzeba go reformować powolnymi krokami, najlepiej koncentrując się na naprawie tego, co funkcjonuje źle, nie przynosi pożądanych efektów. Dawny system szkolny nie był wcale zły, a miał tę zaletę, że był przejrzysty, zrozumiały dla społeczności lokalnych i dostosowany do potrzeb rozwijającej się gospodarki.
Rozwalenie funkcjonującego dotąd od lat systemu szkolnego miedzy innymi poprzez tworzenie drugiego szczebla  - gimnazjum, uważałem za błąd, mając na uwadze  zwłaszcza szkolnictwo wiejskie. Koszty związane z tą reformą, to pieniądze, które można było wykorzystać na unowocześnienie szkół, ich dostosowanie do standardów europejskich.. W tej chwili odczuwalny staje się coraz wyraźniej brak szkół zawodowych, przygotowujących w szybkim trybie wykwalifikowane kadry dla przemysłu, rzemiosła,  handlu i usług. Szkoły te robiły to najszybciej i najlepiej. Pozwoliłyby one w znacznej mierze zapewnić młodzieży dorastającej miejsca pracy, a tym samym ograniczyć liczbę młodych ludzi bezrobotnych.

Ale wiadomo, co się stało, to się nie odstanie. Pomysł likwidacji gimnazjów, to rzecz tak absurdalna, że nie potrzeba kuriozalnych argumentów, wytaczanych jak działa armatnie pozbawione prochu, przez Panią Minister. Jasnym jest, że są gimnazja, które poprzez odpowiednio prowadzoną edukację ekonomiczną mogą zapobiec ryzyku związanemu z lokowaniem oszczędności w tzw. parabankach, a są też takie, które z różnych powodów tego nie osiągną. Taki sam efekt przyniosłaby edukacja ekonomiczna w dawnym systemie szkolnym pod warunkiem dokonania odpowiednich zmian programowych. Wcale do tego nie są konieczne gimnazja.

Pozostawmy więc egzotyczne pomysły Pani Minister do zabawy internautów, przyjmując za sensowną jedną przesłankę  -  nie pozwólmy po raz kolejny burzyć znowu systemu szkolnego, który powoli się przyjął i znajduje w wielu środowiskach aprobatę. Trzeba w tym systemie znaleźć furtki ułatwiające rozwijanie kształcenia w zależności od lokalnych potrzeb, czyli trzeba system ulepszać, doskonalić, reformować w samym sobie, a nie rozwalać po to, by tworzyć znów coś nowego. Mam nadzieję, że wielu doświadczonych nauczycieli podzieli mój pogląd. Ku chwale ojczyzny, jak mówiono w dawnym Wojsku Polskim.

czwartek, 13 września 2012

Będą z nami





To wyjątkowa okazja, zdarza się raz, dwa razy do roku. Ale się zdarza. Czy potrafimy ją wykorzystać.
Przyjeżdżają do nas Romana Więczaszek i Marek Juszczak. W moim blogu pisałem o nich już tyle razy, że nie zliczę. Pamiętam tylko, że za każdym razem miałem coś nowego do napisania. Dziś też mogę sobie pozwolić na to, by podzielić się z moimi Czytelnikami świeżymi informacjami.


Romana przyjeżdża do nas nieomal bezpośrednio z Wybrzeża. Swój dom w Brzegu nad Odrą odwiedziła na moment, by odrobić zaległości gospodyni domu,  nacieszyć się wnuczką, zorientować się, czy da radę jeszcze przyjechać do nas, do Głuszycy, zanim jej druga córka nie powije kolejnej wnuczki lub wnusia.
Romana spotka się z nami jako była uczestniczka Nadmorskich Spotkań Literackich i Malarskich, dziesięciodniowego pleneru w Międzywodziu, a zarazem laureatka konkursu poetyckiego „Żagiel”. Oto co pisze na ten temat na portalu Brzeskiego Klubu Literackiego ZNP:


Z różnych stron Polski zjechało się na plener ponad trzydzieści uczestników, głównie członków Stowarzyszenia Autorów Polskich, ale nie tylko.
Komisarzem  miał być Stanisław  Nyczaj (poeta, eseista, edytor, animator kultury związany z Kielcami), lecz z przyczyn zdrowotnych nie mógł przyjechać.
 
Imprezy w zastępstwie prowadziła Wanda Stańczak  z Warszawy – dziennikarka, obecnie kieruje kabaretem, śpiewa, komponuje i pisze poezję. Przygotowywała scenariusze, robiła próby. bardzo się napracowała, bo czasami trudno było okiełznać tyle indywidualności. 
Ozdabiała spotkania piosenkami, dbała o stroje i rekwizyty.
Codziennie dzieliliśmy się słowem w innym miejscu, były to lokale, domy wczasowe, sanatoryjne, biblioteki w Międzywodziu i w okolicach.
Odbył się kiermasz książek, byliśmy na rejsie po Zalewie Kamieńskim i na wycieczce statkiem ze Świnoujścia. W dobie zaniku miłości do książek, w tym poezji, każde przedsięwzięcie tego rodzaju jest bardzo cenne. I choć wersy czasem mieszały się z wonią grilla przy ognisku lub z zapachem piwka, tudzież zanikały w głośnych rozmowach, to jednak wykonawcy i odbiorcy uczestniczyli wspólnie w spotkaniu ze słowem. Przyszli posłuchać, będąc na wczasach, znaleźli czas na chwilę refleksji i to jest bardzo cenne.
W Konkursie Poetyckim pt. „Żagiel” w komisji zasiedli:
Alicja Patey – Grabowska, poetka, prozatorka, głównie dla dzieci, krytyk literacki,
Wanda Stańczak – poetka, wokalistka, prezes II o/ Warszawa Stowarzyszenia Autorów Polskich, twórca kabaretu „Pół serio”,
Marian Jedlecki – poeta, prozaik, organizator Nadmorskich Spotkań Literackich i Malarskich w Kołobrzegu, prezes Stowarzyszenia Autorów Polskich o/ Kołobrzeg.
 Nagrodzeni w konkursie:
I m. – Teresa Nietyksza, poetka i prozatorka  z  Opola, prezes opolskiego o/ Związku Literatów Polskich

II m. Romana Więczaszek, poetka, publicystka, założycielka Klubu Literackiego „Brzeg”

III m. Stanisława Jarmakowicz, poetka, malarka z Bolesławca.
To kwintesencja portalowej informacji o wojażach i sukcesie naszego piątkowego gościa.
Zainteresowanych zapraszam na internetową stronę  Romany Więczaszek, www.klubliteracki.brzeg.pl

Romana przyjeżdża do nas, by przybliżyć nam swoje osiągnięcia twórcze. Wydała już trzy tomiki wierszy, ale można się spodziewać, że to jeszcze nie koniec. Jest aktywna w życiu kulturalnym w swoim środowisku, w Brzegu nad Odrą, ale także w środowiskach twórców Opola i Wrocławia. Możemy się od niej wiele dowiedzieć i nauczyć. Skorzystajmy z tej okazji  -  w piątek, godz. 17.00 w Centrum Kultury w Głuszycy.



W tym samym miejscu i czasie spotykamy się z Markiem Juszczakiem. Wiemy już, że podobnie jak Romana jest Głuszyczaninem, pisze wzruszające wiersze o Głuszycy, skończył już sztygarowanie na kopalni i  jako emeryt korzysta z zasłużonego odpoczynku. Z tego ostatniego sformułowania, jak to mówią  -  „koń by się uśmiał”. Marek właśnie wrócił z tygodniowego pedałowania po Bornholmie i kolejny tydzień z Wybrzeża do Knurowa na rowerze, w sumie uzbierało się tego ponad 1000 kilometrów. To i tak mniej niż w ubiegłym roku, kiedy to wraz z kolegą, Damianem, przemierzyli Bałkany docierając do tureckiego Stambułu, tam i z powrotem na rowerze. Ale w tym roku dotrzymywały im kroku zupełne nowicjuszki w jeździe na rowerze , ich żony.
Ponieważ mój sympatyczny Czytelnik blogu i komentator (a może komentatorka) PzW zobowiązał mnie, by nie pisać już nic więcej na temat Bornholmu, bo jest to jedyne miejsce, gdzie nie dotarła w pełnym wymiarze europejska cywilizacja, można więc tam znaleźć chwile ciszy, spokoju i autentycznego kontaktu z naturą, nie będę więcej rozpisywał się o poruszających wrażeniach Marka. Natomiast zainteresowanych zachęcam do zadania mu  takich pytań bezpośrednio na spotkaniu. Można się też zapytać, skąd zrodził się pomysł, by w przyszłym roku na rowerze zdobyć North Camp, czyli najdalej wysunięty punkt lądu stałego w północnej Europie, a więc ponad 500 km za linią bieguna północnego. Czuję jak przeszywają mnie zimne dreszcze na samą myśl o pedałowaniu w temperaturze poniżej 30 stopni Celsjusza. Co za pomysł? Ale na to pytanie może odpowiedzieć sam pomysłodawca. Trzeba go o to osobiście zapytać.
Zapraszam na spotkanie  -  14 września, godz. 17.00, CK Głuszyca.
I to by było na tyle… w przeddzień interesującego spotkania. Do zobaczenia !

środa, 12 września 2012

Pierwsza odsłona nowej książki o Jedlinie-Zdroju





No i wreszcie nadszedł ten dzień. Powinien się zapisać w annałach miejskich złotymi zgłoskami. Żadna książka nie czekała tak długo na jej wydrukowanie i odsłonięcie. Ale za to jej promocja zapowiada się imponująco.
Jak to zwykle bywa w Jedlinie-Zdroju, aby pokazać książkę światu potrzebny jest festiwal, bo Jedlina jest miastem festiwali. Tym razem będzie to Festiwal szarlotki. To już nie tylko pyszna zupa, która w tym roku przyciągnęła do miasta tysiące gości. Jedlina pękała wtedy w szwach, a znalezienie miejsca na zaparkowanie samochodu równało się z cudem.
Pomysłowa, dobrze upieczona szarlotka może okazać się kolejnym hitem, bo kto z nas nie uwielbia pulchnego ciasteczka z jabłkami. Mało tego, będzie ono podawane na dziedzińcu świeżo odnowionego pałacu w Jedlince, a do tego specjalne, francuskie wino „Charlotta” sporządzone tylko i wyłącznie dla smakoszy. Towarzyszyć tej ceremonii będą na estradzie zespoły muzyczne, a przybyli goście będą mogli skorzystać ze smakołyków małej gastronomii, a także frykasów niedawno otwartej restauracji „Jedlinianka”.

Ale co ja tam będę wymyślał. Obejrzyjmy unikatowy, festiwalowy plakat i poczytajmy komentarz organizatorów:




Jedlina-Zdrój to miasto festiwali, głównie Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Ulicznych i Dolnośląskiego Festiwalu Zupy. W tym roku po raz pierwszy organizujemy Festiwal ciasta i wina, pn. „ U źródeł Charlotty”.
 
     Nieprzypadkowo Festiwal odbędzie się na dziedzińcu Pałacu Jedlinka, który był własnością rodu von Seher – Thoss, a Charlotta założycielką uzdrowiska, miłośniczką dobrego wina i wspaniałych ciast.

     Chcemy przypomnieć mieszkańcom, kuracjuszom i gościom naszych Festiwali tradycje panujące w Pałacu i umożliwić kupno ciasta i wina, by kosztując te smakołyki chociaż w ten sposób mogli poczuć atmosferę tamtych czasów i tradycji panujących w Pałacu.
     Jesteśmy przekonani, że Festiwal wzbudzi zainteresowanie tak samo duże jak pozostałe, które organizujemy i na które przyjeżdża kilka tysięcy osób.

     Serdecznie zapraszamy do wzięcia udziału w I Festiwalu ciasta i wina – „U źródeł Charlotty”, który odbędzie się 16 września 2012 r. w Jedlinie – Zdroju, na dziedzińcu Pałacu w Jedlince.


Jak widzimy gościnni gospodarze gorąco zapraszają na dziedziniec pałacu w Jedlince, wprawdzie nie będzie to „rekonstrukcja” mitycznej bitwy o pałac rzekomo stoczonej w ostatnim dniu wojny pomiędzy oficerami SS, a czerwonoarmistami armii wyzwoleńczej ZSRR, ale za to znajdziemy w niedzielne popołudnie okazję do odprężenia się i pełnego relaksu w otoczeniu establishmentu Jedliny-Zdroju, odnowionego pałacu i pięknej przyrody.

No i jeszcze do tego rzecz absolutnie najważniejsza. O godzinie 15-tej po oficjalnym otwarciu imprezy przez władze miasta i gospodarza pałacu, dokonam osobiście prezentacji mojej tak bardzo oczekiwanej książki „U źródeł Charlotty”, która co tu dłużej ukrywać, nie tylko jest najlepsza, bo jedyna, ale stała się także inspiracją do organizacji kolejnego jedlińskiego Festiwalu.

Książkę wydaną przez ukochane przeze mnie Stowarzyszenie Miłośników Jedliny-Zdroju będzie można oczywiście nabyć za niewielkie pieniądze, a także skorzystać z możliwości zdobycia autografu jej autora. To jest zupełnie zrozumiałe, że najwyższa wartość tej książki zamyka się w tym, kto ją napisał i potwierdził autografem. A ponieważ książka jest dziełem zupełnie młodego, rozwijającego się niebywale talentu pisarskiego, może okazać się w najbliższej przyszłości, że akcje tej książki wzrosną niebotycznie. Po doświadczeniach Amber Gold nie widzę lepszej lokaty kapitału jak zakup od razu jej kilku woluminów. Z uwagi na niebezpieczeństwo wykupu przez „koników” limit wynosi 10 sztuk na jedną osobę, warto sobie zabezpieczyć od rana dobre miejsce w Komitecie Kolejkowym. W ogóle ilość sztuk przeznaczonych do sprzedaży jest ograniczona. Nakład wynosi tylko 600 sztuk, a już ok. 40 zostało rozesłanych do Biblioteki Narodowej w Warszawie i największych Bibliotek w całej Polsce jako jedno z najlepszych tegorocznych wydawnictw regionalnych Ziemi Wałbrzyskiej. Sam burmistrz Jedliny i właściciele pałacu jako współfinansujący zagwarantują dla siebie cirka po 50 sztuk. Autorowi, który jak dotąd otrzymał w sekrecie jeden egzemplarz książki też się chyba coś należy. Nie zostanie więc zbyt wiele egzemplarzy dla indywidualnych nabywców, którzy mieliby szczere zamiary promowania za pomocą książki walorów regionu wałbrzyskiego i samej Jedliny.
Ten region to tak samo śpiew przyszłości jak jedlińskie uzdrowisko, ale dzięki takim książkom - albumom i takim imprezom, jak „U źródeł Charlotty”, Wałbrzych lada dzień stanie się centrum ruchu turystycznego, a Jedlina-Zdrój sławnym kurortem w kraju i za granicą. Zakup tej książeczki, to tak samo wartościowa inwestycja jak w złoto. Po prostu ta książka nigdy nie starci na wartości. Można będzie ją jak sztabki złota w szkatułce wywozić do Lichtensteinu lub Szwajcarii jako rzecz osobistego użytku, a tam umieścić w skarbcu bankowym jako najcenniejszy depozyt, zabytek klasy zerowej.
Na koniec jeszcze jedna sugestia. Tę książkę trzeba natychmiast po nabyciu obejrzeć i przeczytać. Mamy dzięki Bogu i PiS za sobą już te czasy, kiedy to drobni biznesmeni kupowali najnowsze wydawnictwa w PRL-u, układali je w regałach pokojów gościnnych by szczycić się bogactwem swej biblioteki, dodając że każda z tych książek jest tym cenniejsza, bo  nietknięta. Dziś trzeba książkę przeczytać, by nie powstydzić się w towarzystwie brakiem znajomości szczegółów. A przecież jest sprawą oczywistą, że „U źródeł Charlotty” stanie się niebawem tematem wiodącym w gronie bliższych i dalszych interlokutorów. Tak samo zresztą, jak cała impreza festiwalowa w pałacu braci Ledów. Wynika z tego, że na tej imprezie nie przystoi nie być. Obecność w pałacowych komnatach świadczy o wysokim poziomie inteligencji i kultury, bo jest to festiwal promujący dzieło wybitnego, rodzimego i znanego ze skromności autora.

Myślę, że po tym co napisałem, każdy apel i zachęta do udziału w popołudniowej, niedzielnej imprezie w pałacu w Jedlince, byłyby już przesadą. Zatem, pozdrawiam serdecznie i do miłego zobaczenia z moimi wspaniałymi Czytelnikami na Jedlińskim Festiwalu. Potwierdźcie, ze jesteście niezawodni ! Pomożecie…?