Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

piątek, 31 sierpnia 2012

Było,minęło !



dwa kroki do jesieni


Czekałem na to lato jak na zbawienie. Myślę o wlokących się jak pociąg z Wałbrzycha Głównego do Wrocławia miesiącach tzw. zimy. U nas zaczyna się ona pod koniec września (już wtedy by się ogrzać, zapalamy pod kominkiem} i trwa ta przygoda circa osiem miesięcy. Bywa, że wyczyszczamy kominek z początkiem majowego długiego weekendu, tymczasem  w połowie maja nocą mroźne powietrze pokrywa szronem kwitnące czereśnie, wiśnie i jabłonie,  a wszystko co w ogrodzie wypuszcza świeżutkie pąki zamienia się w martwe szypułki. Pocieszamy się wtedy, to przecież „zimna Zośka”, po niej już nic nam nie grozi. Będzie wiosna w całej swej okazałości. Niestety, z początkiem czerwca pojawia się nocą mroźny powiem arktyczny, który po raz drugi poraża wszystko co żyje w ogrodzie włącznie z iglakami. Wystarczy jedna noc… i po wiośnie. Cała poezja o odradzającym się na wiosnę życiu idzie w niwecz.
Tak miało być tego roku, już od kwietnia słoneczna, cieplutka wiosna. Niestety, w porach roku coś się pomieszało. Trudno odróżnić zimę od wiosny, a jesień od zimy, zaś lato w naszej strefie klimatycznej kojarzy coraz mocniej z gwałtownymi ulewami, burzami, huraganami, trąbami powietrznymi i ustawicznymi powodziami. O przyczynach i skutkach tych anomalii pogodowych lepiej nie mówić. U mnie symbolem jest duża czereśnia, która w ciągu wielu lat urodziła zaledwie kilka owoców, ale nie było to tego roku
Ci co czekają tak jak ja na lato w górach muszą sobie to wybić z głowy. Jedynie hurra optymiści mogą się cieszyć tym, że dopiero w drugiej połowie sierpnia było przez parę dni gorąco i wreszcie okazało się, że warto było napełnić basen kąpielowy wodą. Mogą też składać dziękczynienia Bogu, że nie spotkał nas los nie tak odległej Bośni, gdzie od maja przez trzy miesiące nie spadła kropla deszczu, a butelkowana woda w sklepach jest droższa od benzyny.

już czas gromadzić drzewo do kominka

Uzbierało mi się dość sporo gorzkich refleksji, ale to nie zgasi do reszty mojego optymizmu. Należę do tej kategorii osób, którzy na widok szklanki w połowie napełnionej woda, wołają: cieszmy się, mamy  jeszcze pół szklanki wody. Pesymista w tej sytuacji będzie bić w bębny na trwogę, bo zostało tylko pół szklanki wody.
Dlatego wołam dziś, mamy jeszcze słoneczny wrzesień, jeden z najpiękniejszych miesięcy w naszej strefie klimatycznej. Piękny jest z tysiąca powodów. Spróbuję wymienić kilka z nich.

We wrześniu powracamy do normalnego życia. Dzieci i młodzież witają z utęsknieniem nowy rok szkolny po pełnych wrażeń wakacjach w wielkomiejskich slumsach lub małomiasteczkowych  szuwarach. Niektórzy z nich, wybrańcy losu, doświadczyli tzw. aktywnego wypoczynku na koloniach letnich, obozach i małych formach wypoczynku. Co to była za frajda, trzeba ich zapytać. Ważne, że wrócili cali i zdrowi.
  
Nauczyciele pękają z radości, że wreszcie skończyła się  „uciecha” z rzekomym wakacyjnym odpoczynkiem n.p. za pośrednictwem polskich biur podróży w Egipcie, Tunezji, lub Turcji. Cieszą się, że wrócili cali i zdrowi do zasłoniętej chmurami ojczyzny i że po krótkim lecz prawdziwym odpoczynku w ostatnim tygodniu sierpnia, będą mogli ze zdwojoną energią i pasją powrócić do swej życiowej przygody  -  pracy szkolnej z dziećmi i młodzieżą.


niezły pomysł na otwarcie roku szkolnego

Władze miejskie i gminne radują się, że mają tak mądrą, pozytywnie nastawioną młodzież, i takich nauczycieli, którzy pękają  z radości, że rozpoczął się nowy rok szkolny. A ponieważ nie pozamykali jeszcze do końca wszystkich szkół i nie pozwalniali nauczycieli, cieszą  się, że mogą otwierać na apelach szkolnych nowy rok szkolny cali i zdrowi.

Mój wspaniały kolega, artysta – fotograf, Robert, cieszy się, że może tę oszałamiającą radość utrwalić na kliszy foto, a że robi to z prawdziwą perfekcją mam nadzieję podzielenia się z Państwem w moim blogu jego dziełami sztuki. Ale to może nastąpić w cudownym miesiącu wrześniu. Jestem pewien, że Państwa przekonałem, ze wszystko co najlepsze przed nami, choć pozostało jeszcze ćwierć szklanki lata, ale to najsłodszy osad i dlatego będziemy smakować go wolniej i jak najdłużej.

P.S.
Moja wielkoduszna sąsiadka, Viola, wzbogacająca mój blog fotografiami i jej mąż Marek nie mogą uczestniczyć w tym pogodnym nastroju z powodu żałoby. Proszę przyjąć wyrazy współczucia!

wtorek, 28 sierpnia 2012

Jak daleko nam do Chin?







Pisałem w poprzednim poście o smętnym obrazie „śpiącego” miasta Głuszycy w godzinach porannych. Komentator z Wałbrzycha dodał, że i w tym dużym mieście w godzinach nocnych życie zamiera. Wieczorem  w centrum Wałbrzycha na rynku taki sam spokój i pustki jak w Głuszycy. Oczywiście to nie jest powód do narzekań, to tylko symptom odnowy, która następują w Polsce. Być może przejaw przemian obyczajowych, a także rosnącego dobrobytu.
Mam w ręku książkę Zbigniewa Domino „Brama niebiańskiego spokoju”, dziennikarską relację z podróży po Chinach z 1985 roku. Pisze on m. in.  o wycieczce w głąb prowincji Kuo Feng w południowej części Chin mikrobusem marki toyota,  na jaką zaprosili polską delegację Chińczycy:
„Zagęszczenie ludzi na szosie i w polu jest jeszcze znaczniejsze niż to, jakie obserwowałem jadąc z Nankinu do Jangczou. Na polach tutejszych trwa pora zbioru ryżu (w tych okolicach zbiera się rocznie po dwa, a to i trzy urodzaje). Ludzie pracują  na roli całymi rodzinami. Poletka nie są duże. Ryż ścinają sierpem. Młócą go, a w zasadzie otrząsają w rękach do zawieszonej na szyi skrzyni.”
A dalej opowiada autor o niesamowitej pracowitości Chińczyków. Trudno dostrzec aby któryś z nich stał bezczynnie. Wokół krajobraz jednego wielkiego placu budowy. Z szarego granitu buduje się w tej okolicy wszystko: domy, drogi, nawet płoty. Przy czym, tak jak w polach, pracują wszyscy jak jeden mąż. Kobiety i dzieci też. Zaprzężeni do dwukołówki ciągną wytrwale granitowe bale.
Chińczycy nie boją się pracy. Gdzie tylko trochę wody, tam wpuszczają narybek. Masowo hodują ptactwo wodne i domowe. Wszędzie wokół gaje bananów, a obok plantacje trzciny cukrowej.
W miasteczku powiatowym Putien odbywa się targ. Na placu gęsto od ludzi. Każdy z tłumu coś sprzedaje lub kupuje. Fryzjer strzyże, domorosły dentysta na poczekaniu w asyście gapiów rwie komuś ząb. Mali chłopcy sprzedają z worka ryż na garnuszki, a dookoła sklepy, kramy, smażalnie, herbaciarnie, jadłodajnie. Wszystko na ulicy i placu targowym.
„Ale to miasteczko żyje. Swoim życiem dla nas często powiedzmy to niezrozumiałym. Ale żyje” -  komentuje Z. Domin.
Moje miasto też ożywa od czasu do czasu, głównie w piątki i soboty. Życie koncentruje się w centrum wokół marketu „Biedronki” i „Eco”, a na Osiedlu – „Dino”. Parkingi pod marketami wypełniają się po brzegi. Na chodnikach mnóstwo przechodniów. Rojno i gwarno bywa też w poniedziałki. W ogóle zakupy w marketach stały się treścią życia. W soboty ożywa też sypiący się ze starości plac targowy. Od rana do południa kwitnie tu handel warzywami, owocami, produktami rolnymi i przedmiotami codziennego użytku.


 Gdyby tu przeprowadzić Chińczyków z Putnie byliby rozczarowani, że połowę placu targowego zajmuje teraz składowisko „złomu” drogowego. Ktoś zdecydował by gruz asfaltowy i chodnikowy z remontowanej drogi zwozić właśnie tu nad rzekę. Urosła z tego spora góra. Co dalej z tą górą   -  nie wiadomo. A tymczasem szkoda placu, na którym tak spontanicznie rozrastało się targowisko.
Myślę, że Chińczycy nauczyliby nas dość szybko jak wykorzystać swoje siły witalne, zdolności i możliwości by stworzyć coś nowego i poprawić swój byt. Rozejrzyjmy się, ile wokół nas jest wolnej nie wykorzystanej przestrzeni, gdzie można uprawiać rolę, urządzać działki warzywne, sadzić drzewa owocowe. Ile możliwości do rozwoju drobnego handlu i usług, do rozwoju rzemiosła, do wykorzystania atrakcyjnego krajobrazu dla rozwoju turystyki i wypoczynku. Oczywiście musiałyby powstać warunki formalno-prawne sprzyjające takiej drobnej wytwórczości. Od wielu lat obserwujemy proces odwrotny. Państwo ustalając coraz to nowsze przepisy prawne czyni wszystko by przedsiębiorczość indywidualną i możliwości stanowienia o sobie przez lokalne organy samorządowe maksymalnie ograniczać. Nawet o tym komu i w jakiej formie udzielić pomocy społecznej decydują paragrafy ustawy sejmowej, a nie rady gminne za pośrednictwem swoich ośrodków pomocy społecznej. A to właśnie tu na dole najlepiej wiadomo, komu wystarczy kupić kozę, by mógł korzystać z mleka, a komu załatwić opiekę pielęgnacyjną lub dobre obiady w stołówce szkolnej.



Potrzebna byłaby ofensywa medialna w kierunku ratowania ludzi przed biedą i zobojętnieniem, poprzez powszechną edukację i zachętę do podejmowania prób gospodarności. Obecnie widzimy co robi telewizja. Poszczególne stacje TV, portale internetowe, magazyny prasowe prześcigają się w tym, by pokazywać sztukę kulinarną w jak najatrakcyjniejszej formie. Oglądamy kucharzy jak wyczarowywują frykasy, o których się nawet nie śniło przeciętnemu Polakowi, bo go na to po prostu nie stać. To samo z kolorowymi obrazkami smakołyków w prasie lub Internecie. Jakie uczucia towarzyszą biedniejszym klientom marketów na widok całego mnóstwa produktów na półkach, których wstydzą się nawet dotknąć spojrzawszy na cenę.
Trudno w blogowym poście rozwijać temat ożywienia gospodarczego małych gmin, który powinien stać się najważniejszym w mądrym kraju, rządzonym przez mądrych ludzi. Jeździmy już po świecie. Jest tak wiele dobrych przykładów, które warto przeszczepić na nasz grunt. Zwłaszcza te które pozwolą ludziom zdobyć pieniądze, by móc potem stosować przepisy kulinarne proponowane w naszych mediach. Od Chińczyków powinniśmy nauczyć się pracowitości. Czy daleko nam pod tym względem do Chin, myślę że nie. Brakuje nam tylko motywacji, że warto próbować.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Rano rosą


miasto budzi się, ale nie tak wcześnie rano

  Mam już od pewnego czasu zakodowany jak w budziku codzienny poranny spacer z psem. Nie potrzebny mi do tego zegar, bo mój wierny przyjaciel Tomcio ma to już w genach i o właściwej porze niecierpliwie pomrukuje, merda zachęcająco ogonem i wskazuje na drzwi, a ich otwarcie, to najszczęśliwsza dla niego chwila, pod warunkiem, że wychodzimy z domu razem. Mój jamniczek to zwierzę niezwykle towarzyskie, jego zadowolenie wzrasta podwójnie, gdy na spacer idzie jeszcze z nami moja żona. Ale Tomcio już wie, że o wczesnej porze nie jest to możliwe, bo pani domu właśnie wczesnym rankiem ma, jak to sama określiła „najlepsze spanie”.

to właśnie nasz wiejski pejzażyk

 Wychodzimy więc z Tomciem na ranny spacerek i robimy to bez względu na „stan atmosfery w danej chwili”. Zapamiętałem to precyzyjne określenie czym jest pogoda  z lekcji geografii w podstawówce. Padający deszcz nie jest przyjmowany przez mojego druha z entuzjazmem, ale godzi się z tym z pokorą. Nie zwraca na to uwagi, że ja mogę się chronić od deszczu pod parasolem, on zaś musi moknąć bez  żadnej taryfy ulgowej.


mój wierny druh Tomcio
 Poranny spacer jest rzeczą niezmiernie ważną i interesującą. To że ważną, jest jasne, zważywszy na potrzebę ruchu dla człowieka „przebitego siedmioma szpadami melancholii”. To że interesującą przekonuję się coraz częściej. Wiadomo rano jest się rześkim i  zdrowym, sprawniejszym pod względem fizycznym i umysłowym, nastawionym pozytywnie do życia. Na spacerze jest czas na skupienie się i refleksję. Taki partner jak Tomcio nie przeszkadza w niczym, zajęty tropieniem zapachów, jak się okazuje nieznanych, zupełnie niewyobrażalnych dla człowieka.
Moje poranne przemyślenia spacerowe mogłyby stanowić odrębny temat blogowy, ale nie jestem pewien, czy w krótkim czasie nie pozostałbym jedynym czytelnikiem tego blogu. Będę więc tylko wyjątkowo próbował je wykorzystać wtedy, gdy będą się mi wydawać szczególnie interesującymi.
Tak się stało właśnie wczoraj. To było tuż po „siódmej” rano i po obfitej choć  z dawna oczekiwanej burzy. Jeszcze jej  wilgotny oddech czuć było w powietrzu. Poszliśmy z Tomciem stałą trasą, najpierw Osiedle, potem w dół nad rzekę, obok basenu, boisk „Orlika”  na główną arterię miejską, ulicę Grunwaldzką i z powrotem do siebie na wieś. Tak  nazywamy naszą ulicę, która zamyka miasto, a otwiera wolną przestrzeń górskiej niezamieszkałej kotliny. Czujemy się jak na wsi, co wcale nie oceniamy pejoratywnie.
To co mnie uderzyło szczególnie, to zupełna, absolutna pustka i na Osiedlu Mieszkaniowym i w centrum miasta. Ani jednej żywej duszy. Miasto śpi. Jest w pół do ósmej rano. Oczywiście  -  niedziela. Ale wczoraj w sobotę jak sobie przypominam było podobnie. Też dominowała cisza i spokój. Sklepy pozamykane, bo w niedzielę są otwarte najwcześniej od ósmej.  Na Grunwaldzkiej minął mnie jeden samochód. Dostrzegłem też w Ogródku Jordanowskim na ławce jedynego, „zmęczonego życiem” mężczyznę, z butelką piwa w ręce.
No i czy nie jest to powód do rozmyślań. Co się dzieje z moim niegdyś przemysłowym, rojnym i gwarnym miasteczkiem, które pamiętam z lat młodości i dojrzałości jako kipiący tygiel ludzi przewalających się ulicami od rana do nocy.  To było miasto młodych, pełnych werwy i żywotności ludzi. W niedziele rano też było rojno od pracowników fabryk włókienniczych wracających z nocnej zmiany. Zaraz potem pojawiały się grupy ludzi idących na ranną Mszę Św. do kościołów.
Można wysnuwać różne wnioski. To skutek upadku przemysłu. Nie ma już „Piasta” zatrudniającego około dwóch tysięcy pracowników, nie ma „Argopolu”, „Terenówki” w Głuszycy Górnej, DMW w Grzmiącej.  Dawna „Indriana” ratuje jeszcze sytuację, zatrudniając ponad dwieście osób, zaś „Nortech” ledwie „robi bokami”. W mieście nie ma pracy, bo nie ma większych zakładów pracy, we wsi nie ma pracy, bo upadło rolnictwo.



oto w całej okazałości poranny ruch w mieście
Można też szukać przyczyn w skutkach przemian ustrojowych po upadku PRL-u w latach dziewięćdziesiątych, a także w zmianach mentalności ludzi. Mamy dziś wolne soboty i niedziele, pracujemy mniej niż dawniej, koncentrujemy się bardziej na sprawach osobistych, domowych, mniej na zawodowych. Wiadomo, że z miasta wyemigrowała młodzież i ludzie młodzi czynni zawodowo w poszukiwaniu pracy w głębi kraju lub za granicą. Głuszyca stała się miastem emerytów i rencistów oraz bezrobotnych, dla których znalezienie stałej pracy jest z różnych powodów  rzeczą nieosiągalną.
Głuszyca to nie jest to samo miasto, co kilkadziesiąt lat temu. Czy oznacza to, że powinniśmy klękać na kolana, rozdzierać szaty i wołać o pomstę do nieba?  Jestem pewien, że nie. To że wczesnym rankiem w wolne soboty i niedziele nie ma ludzi na ulicach, nie oznacza że miasto umarło. Ono po prostu śpi, korzystając z weekendu. Obudzić je może wielki cel i wskazanie dróg i sposobów  jego osiągnięcia.
Tak sobie rozmyślam na niedzielnym spacerze rankiem w cichym,  bezludnym, opuszczonym środku miasta.

Fot. Violi Torbackiej i z domowego albumu.

sobota, 25 sierpnia 2012

Pomarzyć można






 Pytałem kiedyś, parafrazując "Kwiaty polskie" Juliana Tuwima, w wałbrzyskim kąciku satyrycznym zamieszczonym w „Tygodniku Wałbrzyskim”, co następuje:

Bukiety kwiatów ciągle w modzie
służą ludowi ku wygodzie
na imieniny, na rocznice
stanowią dopełnienie życzeń.

Zamiast wymyślać niespodzianki
kupujesz róże dla wybranki,
na Walentynki,  Dzień Branżowy
bukiecik z kiosku i problem z głowy.

Ja nie o wiechciach z byle chwastu
stawianych na werandzie na stół,
nie o wiązankach z polnych kwiatów,
widzianych w wiadrze u wieśniaków,
nie o pękatych koszach goździków
składanych w hołdzie u stóp VIP-ów.

W moim zamyśle nieco przesady,
to chyba nawyk dawnej daty,
by w panteonie naszej władzy
odszukać najpiękniejsze „kwiaty”,
rośliny zdrowe i soczyste,
najokazalsze „kwiaty wałbrzyskie”.

Rwą się do władzy polne chwasty,
wnet z łąki zrobią ugór chaszczy,
łąkę zalegną mlecze, podbiały,
gdzie się prawdziwe kwiaty podziały?

Otóż właśnie, gdzie? Pytanie to zadawałem sobie i Czytelnikom dobrych dziesięć lat temu. Czy coś się od tamtego czasu zmieniło? Myślę, że niewiele, a na trafny wybór polityków, którzy mogliby zdobić nasze stoły jako najdorodniejsze kwiaty, trzeba będzie jeszcze długo poczekać.
Ostatnie wydarzenia w polityce krajowej, myślę o ujawnieniu słynnych już taśm PSL-u, pokazały Polakom prawdziwe oblicze wielu polityków, dla których władza, to przede wszystkim dobry interes, to pieniądze i profity dla siebie i swoich najbliższych. Liczy się  tylko to, aby zgarnąć jak najwięcej osobistych korzyści, korzystając z chwili, która może się już nie powtórzyć. Wydawało się, że partie, których celem jest zdobycie władzy, robią to ze względów ideowych. Wydawało się też, że politycy mają swój honor i ambicję, by tej idei służyć. Niestety, tak się nie dzieje od góry, do dołu. Coraz bardziej przekonujemy się, że polityk bezinteresowny, to tylko marzenie. No ale cóż, pomarzyć można…


mam nawet takie miejsce do wzniosłych marzeń

Fot. z mojego ogródka, córki Marzeny

czwartek, 23 sierpnia 2012

Zapach Jedliny


To już ostatni dzwon głoszący wszem i wobec, że nad Jedlinę-Zdrój nadciąga pieszczący nozdrza zapach festiwalowej zupy. Tym razem jest to festiwal jubileuszowy, bo już dziesiąty  i jak przystało na taką okazję  -  festiwal w zupełnie nowej konwencji. Smakosze zup mają szansę wyboru i jak dobrze się ułożą, mogą sobie pofolgować doświadczając walorów zup przyrządzonych przez różne kuchnie i rozdawanych w różnych częściach miasta. Tego jeszcze nie było, ale jest to wyraźny znak autentycznej chęci zejścia Festiwalu z wyżyn Parku Zdrojowego na dół do mas.
Ale po kolei, bo mam nadzieję, że już tym preludium udało mi się zatrzymać i zainteresować moich Czytelników.

X Jubileuszowy Dolnośląski Festiwal Zupy odbędzie się w niedzielę, 26 sierpnia, od godziny 15.00, oczywiście w Jedlinie-Zdroju.
O tej porze ruszają chochle aż w czterech miejscach, czyli jak to określili organizatorzy na czterech przystankach. Najważniejszy z nich u samej góry miasta zostawiam na koniec, a zaczynam od tego najniżej położonego, ale za to gościom z Wałbrzycha, którzy zdecydują się jechać przez Kamieńsk, najłatwiejszego do „zdobycia”.


Jest to Przystanek zupy wojskowej (po cichu myślę, że to nie może być nic innego jak grochówka i tym razem bez wkładki ideologicznej, tylko z porządnym kawałkiem kiełbasy i boczku), a znajdzie się on przy drodze z Wałbrzycha do Jedliny-Zdroju, w Glinicy, w tzw. Kompleksie Sportowo-Rekreacyjnym przy ulicy, żeby było ciekawiej, Kłodzkiej.
Przestrzegam, nie bójmy się tego słowa „kompleks” i w ogóle wszystkich innych dumnie brzmiących nazw atrakcyjnych miejsc w Jedlinie i tutejszych imprez kulturalnych. Jedlina-Zdrój jako miasto przyszłości od samego początku buduje fundamenty swej wielkości, tak żeby nie trzeba było później weryfikować przyjętych już przez ogół i utrwalonych w świadomości związków frazeologicznych .
Na przystanku w Glinicy warto zatrzymać się dłużej, albo postarać się tutaj jak najszybciej powrócić, po spenetrowaniu innych przystanków.  Dobrze będzie przebrać się w mundur wojskowy, albo w coś w kolorze khaki. A dlaczego?
Ano dlatego, że na terenie Kompleksu S-R  mamy możliwość poznać eksponaty Muzeum Broni w Witoszowie tudzież ekspozycję pojazdów wojskowych, a także obejrzeć, a nawet uczestniczyć w pokazach strzeleckich.

Sprawnych fizycznie smakoszów zup zachęcam do skorzystania z prowadzącej powyżej torów kolejowych ścieżki spacerowej przez las. Ani się obejrzymy i już jesteśmy na kolejnym Przystanku, tym razem zupy czarodziejskiej. Trzeba się pośpieszyć, bo tutaj również częstowanie zupą zaczyna się o 15-tej, a ponieważ ten przystanek jest na Czarodziejskiej Górze w Paku Południowym, można się spodziewać wszystkiego. Jest prawie pewne, że alpiniści i linoskoczkowie pozajmują już wcześniej wszystkie strategiczne miejsca na drzewach i konstrukcjach linowych, by we właściwym momencie przystąpić do akcji. Czarodziejska polewka może więc szybko wyparować, ale na szczęście ten przystanek oferuje też cały kompleks innych atrakcji, poczynając od poznania magii Gór Sowich i Jedliny-Zdroju (zwróćmy uwagę, że w tym miejscu obracamy się cały czas w świecie magicznym, zmysłowym), aż do zupełnie realnego konkursu „Złap Byka za rogi”. I nie chodzi tu bynajmniej o Byka z kalendarza astrologicznego (znak zodiaku), lecz o konkretną sztukę ujeżdżania bestii, słowem prawdziwy konkurs z nagrodami. Po takim konkursie zapomnimy, że jedliśmy czarodziejską zupę. Warto więc zebrać resztki sił i udać się jak najszybciej  w kolejne miejsce.

Czeka na nas bardzo właściwy jeśli chodzi o naszą nadwyrężoną kondycję, kolejny Przystanek zupy uzdrowiskowej. Łatwo się domyślić, że ten poczęstunek, to dzieło sztuki kulinarnej uzdrowiska w Jedlinie-Zdroju, stąd możemy się spodziewać tak dużego popytu na zupę ugotowaną przez specjalistyczną kuchnię sanatoryjną, że rozejdzie się ona w oka mgnieniu. Ale na Placu Zdrojowym nie zabraknie wody mineralnej, a ponadto możemy poznać techniki gotowania „dań z ciekłym azotem”, co gwarantuje nam pełną rekompensatę, nawet gdyby zabrakło zwykłej bez azotowej zupy. Wiadomo powietrze nic nie kosztuje (oczywiście poza miejscowościami uzdrowiskowymi), a w powietrzu mamy przecież najwięcej azotu. Jeśli zastosujemy nowoczesną technikę, każda zupa okaże się magiczną cenowo. A ponadto przystanek gwarantuje nam pełny relaks na „Białej Sali”, gdzie możemy przenieść się z Maciejem i Arkiem Korolikami w muzyczną podróż w czasie i przestrzeni”, bądź też delektować się muzyką fortepianową Mateusza Dobrowolskiego i występami zespołu muzycznego „Trevolta”.


Sytuacja jest bardzo korzystna, bo z „Białej Sali” mamy zaledwie parę kroków do meritum Festiwalu, czyli Amfiteatru w Parku Północnym, zwanym też Parkiem Zdrojowym (jak przystało na epicentrum - położonym przy ulicy Warszawskiej). To jest właśnie najważniejszy  -  Przystanek, zatytułowany Zupy Świata. Tak, tak, to już nie przelewki. Zupa tutaj serwowana ma aspekt międzynarodowy, bo w konkursie uczestniczą także kucharze zagraniczni. Tutaj właśnie od tej samej godziny 15-tej rozpoczyna się konkurs na najlepszą zupę festiwalową. Oczywiście jak to bywa w konkursach ocena będzie należała do prześwietnego jury. Ale nawet liczne grono jurorów nie byłoby w stanie wyczerpać zawartości zgłoszonych do konkursu kilkunastu kociołków. Możemy więc im w tym pomóc. Od dobrej orientacji lub naszej intuicji zależy jednak, w której kolejce się ustawić. Wybrańcy losu mogą trafić na zupę, która wygra w konkursie, ale ci z mniejszym szczęściem też nie będą poszkodowani, bo każda zupa konkursowa, to majstersztyk. A ponadto główny organizator Festiwalu  - Stowarzyszenie Miłośników Jedliny-Zdroju  -  zapewnia dla wszystkich gości najcenniejszy kubek zupy z dużego kotła, podawany zwykle ręką najważniejszych notabli w mieście, poczynając od Burmistrza i Przewodniczącego Rady, ich zastępców  lub radnych. Jak miło będzie się można potem wśród znajomych pochwalić, że na festiwalu w Jedlinie obsługiwał nas sam Burmistrz, albo Przewodniczący. Ta zupa podgrzewana w dużym kotle zwana zupą samorządową ma to do siebie, że wystarcza jej na dłużej. Tak więc nawet bardzo strudzeni poznawaniem walorów pozostałych przystanków goście, jeśli dotrą do Parku Zdrojowego nieco później mogą liczyć, że coś jeszcze z festiwalowych smakołyków dla nich pozostało.


Zupa zupą, ale Festiwal dostarcza również dobrą porcję przeżyć duchowych. W Parku Zdrojowym  zobaczymy spektakl „Odwiedzając Czarownice” Teatru Rapide, a następnie Zespół Pieśni i Tańca „Jubilat” ze Świdnicy, a wieczorem wystąpią zespoły artystyczne z Ukrainy, Macedonii i Grecji, no i na koniec gwóźdź  programu, o godzinie 23-ej  -  festiwalowy pokaz ogni sztucznych.
Londynu chyba nie przeskoczymy, ale jak na nasze jedlińskie niebo, może być całkiem niebotycznie..

Czy na koniec muszę dodawać, że na ten 10-ty, jubileuszowy i tak bogaty programowo festiwal trzeba obowiązkowo przyjechać. Od jutra (tak się dobrze składa, że to  piątek) wykreślamy z obiadowego menu jakiekolwiek zupy, nawet gdyby to była zupa „nic”. Nie jemy zup aż do niedzieli. Najlepiej wykreślić w ogóle przez trzy dni obiady. Wtedy dopiero nasze uczestnictwo w Festiwalu może okazać się nad wyraz przyjemne i  pożyteczne, a smak festiwalowych zup będzie nam towarzyszył niezmiennie do kolejnego Festiwalu w następnym roku.
Festiwalowa Jedlina-Zdrój otwarta dla wszystkich głodomorów gorąco zaprasza (Uff, jak gorąco !). Do zobaczenia w Jedlinie, w niedzielę 26 sierpnia. Jestem tego pewien, czujemy już wszyscy te zapachy festiwalowych zup.

A gdybym  cię kiedyś skosztować mógł, tylko w Jedlinie…

Fot. Alicja Gisterek z Jedliny-Zdroju

środa, 22 sierpnia 2012


Wszystko co najlepsze tu widzę,
Zbudowano  -  Świętej Jadwidze !



Pisząc o drewnianych zabytkach budownictwa sakralnego w naszym regionie sudeckim, nie sposób pominąć kościółka Św. Jadwigi w Rybnicy Leśnej. Wspominałem o nim swego czasu w moim blogu, pisząc o walorach pięknie położonej podwałbrzyskiej wsi na drodze do górskiego schroniska turystycznego „Andrzejówka”. Dziś nieco więcej o tym kościele, bo wspólnie z opisanymi wcześniej drewnianymi kościółkami w Grzmiącej i Sierpnicy, kościół w Rybnicy stanowi znakomite uzupełnienie walorów sztuki budowlanej XVI wieku.
Istotnie kościółek ten według najnowszych badań z 1557 lub 1577 roku,  a już na pewno funkcjonujący w 1608 roku, był remontowany potem kilka razy, zwłaszcza w XX wieku ( 1930, 1963 i 1976 r.). Podobnie jak kościółek w Sierpnicy  wznosi się na niewielkim wzniesieniu na brzegu Rybnej tuż przy drodze głównej w kierunku Przełęczy Trzech Dolin pod najwyższym szczytem Gór Kamiennych  -  Waligórą.
Jest to budowla prostokątna o konstrukcji zrębowej na kamiennej podmurówce. Nawę główną wspiera centralnie umieszczony słup i drewniane stropy wokół wnętrza, a dalej wydzielone zostało prezbiterium z małą zakrystią. Budowla pokryta jest dwuspadowym stromym dachem, zwieńczonym ostrosłupowym hełmem z krzyżykiem i chorągiewką. Dach kryty gontem, elewacje oszalowane deskami, okna w dwóch rzędach (mniejsze i większe) oświetlają wnętrze świątyni. Nawę z trzech stron obiega empora, tworząc równocześnie chór.
Wnętrze bardzo cenne i bogato zdobione, wyposażone m. in. w renesansowy ołtarz z 1611 roku, prawdopodobnie część tryptyku przedstawiająca Ukrzyżowanie i Ostatnią Wieczerzę, a także drewniane ławki i  ambona z 1610 roku z figurkami ewangelistów, zwieńczona figurą pelikana, a także zabytkowa, bogato rzeźbiona w drewnie chrzcielnica z 1630 roku. Miłośnicy architektury i sztuki sakralnej znajda tutaj jeszcze wiele innych szczegółów zdobniczych godnych podziwu i cennych jako zabytki.
Na uwagę zasługuje także umieszczona obok dzwonnica z bramą wejściową na maleńki cmentarzyk wokół kościoła, otoczony murem kamiennym. Jest ona zwieńczona wysokim ostrosłupowym, gontowym dachem, zakończonym chorągiewką z datą 1865 rok. Cmentarz otaczają stare lipy zdobiące całość budowli.
Kościółek był wzniesiony przez ewangelików i służył im do czasów wojny trzydziestoletniej. Po wojnie w 1654 roku drewniany kościółek w Rybnicy został przejęty przez katolików. W XIX wieku mimo przewagi we wsi protestantów kościół pozostawał w rękach katolików jako filia parafii w Unisławiu Śląskim. Jego patronem została kultywowana na Śląsku Św. Jadwiga, żona piastowskiego księcia, Henryka Brodatego Po II wojnie światowej w PRL-u udało się przeprowadzić remonty kościoła i wieży z zachowaniem jego pierwotnej konstrukcji i walorów zabytkowych. Był taki czas, kiedy kościółek został otoczony opieką wałbrzyskiej parafii na Podgórzu. Udało się dzięki temu zabezpieczyć budowlę pod względem technicznym i zadbać o jej promocję turystyczną.
Kościółek znajdujący się przy atrakcyjnej trasie turystycznej spotyka się z żywym zainteresowaniem turystów i wycieczkowiczów jako najcenniejszy zabytek letniskowej wsi Rybnica Leśna. W kościółku odbywają się Msze Św. niedzielne i z okazji uroczystości, a także na życzenie wiernych.

Fot. ze stron internetowych gminy Mieroszów

poniedziałek, 20 sierpnia 2012


Uff, jak gorąco !


miejsce na ochłodę i medytację

Przygnało wreszcie lato, przypomniało że w ogóle istnieje. Już któryś dzień leje się z nieba żar słońca na rozgrzane głowy. Uśmiechnięte, tryskające humorem Pogodynki z TV pocieszają, że to jeszcze nie koniec, że liznął nas tropikalny, afrykański wyż i jeszcze parę dni poflirtuje nad Bałtykiem, zanim dopadną go północne chłody. Wówczas znów możemy się spodziewać burz, huraganów, trąb powietrznych.
W mediach mowa o przepełnionych plażach nad Morzem Czarnym, w Rumunii, Bułgarii i nad Morzem Egejskim w Grecji . Rosną ceny za wejście na plażę, nie mówiąc już o innych cenach „gastronomicznych”.(dosłownie i przenośnie). Może i dobrze, że urlopy się skończyły, że siedzimy już w domu, że czujemy mimo wszystko zapach nadchodzącej jesieni.

Nasze lokalne środki przekazu zamilkły porażone słońcem i skwarem. Nic nie można się dowiedzieć, gdzie udać się nad wodę, gdzie można wypocząć w weekend korzystając z kąpieli wodnych. Wiadomo, takich miejsc w Wałbrzyskim jest jak na lekarstwo. A jedyny w tym roku gorący, słoneczny weekend już za nami, kolejne mogą się okazać już mniej atrakcyjne. Nie warto więc zapraszać gości nad jeziorka w Złotym Lesie,  w Grzędach, czy w Dobromierzu.

Zupełnie inny świat tuż „za miedzą” w Czechach. Tam co krok spotykamy zagospodarowane akweny wodne, baseny i plaże nad rzekami i jeziorkami. Czechom się to opłaca  -  urządzić kąpieliska i dobrze je wypromować. Czesi mają to we krwi: gospodarność, porządek, nowoczesność.

Ja mam dobrze, nie muszę szukać ratunku w upalne dnie gdzieś nad wodą. Nie muszę się opalać. Wyprawy nad morze, nad jeziora,  w kraju i za granicę mam już za sobą. Wystarcza mi ogród, cień pod parasolami drzew, prysznic w umywalce. Cieszę się na każdy błysk słońca na niebie. Siedzę sobie w pokoiku przy otwartym oknie, dla relaksu sięgam po tomik wierszy mojego „idola” K. I. Gałczyńskiego i czytam:

„Coraz bardziej wszystko mnie boli,
już mi szkodzi nawet i ser;
siedmioma szpadami melancholii,
przebity jestem jak Apollinaire.

Głowa od rana puchnie jak bania,
cóż za pożytek z takich bań?
Kiedyś,.. wciąż panie. A dziś się słaniam
na nogach nocą, proszę pań.

Bo spać nie mogę. Ha, ktoś stuka
kościstym palcem do mych drzwi,
już wiem. Poznaję, to Kostucha;
- W taniec -  powiada, -  pójdź, K.I.

No cóż, przyjmuję jej ofertę,
choć tak w piżamie to faux-pas.
I już mnie ciągnie przez wertepy,
Gdzie deszcz i noc, i wiatr, i mgła.

Gdzieś pod latarnią w wietrzną zamieć
Kostucha nagle w płacz i krzyk:
- Skąd ma pan siedem dziur w piżamie?
Wygląda pan jak siódemka pik.

Właśnie – powiadam- to mnie boli,
Moja kochana, czyli ma chere;
Siedmioma szpadami melancholii
Przebiłem się jak Apollinaire”.

Tak, tak Czuję się tak samo przebity siedmioma szpadami melancholii. Ale to miłe uczucie, pozwala cieszyć się każdą chwilą ciepłego, słonecznego lata. Chwilo trwaj, jak najdłużej !






Na pocieszenie zamieszczam najświeższą, idylliczną fotografię Roberta Janusza –  zachód słońca w gorącej Sierpnicy. Prawda, że piękny !

sobota, 18 sierpnia 2012


Ni to wieś ni miasto  - Rościszów pod Pieszycami



Wieża widokowa na Wielkiej Sowie



Należałoby chyba napisać  -  nad Pieszycami, bo dawna wieś, dziś formalnie dzielnica Pieszyc, wznosi się coraz to wyżej w wąskiej kotlinie górskiej pokąd tylko jest to możliwe w kierunku Wielkiej Sowy.
Różnica poziomów pomiędzy dolną, a górną częścią Rościszowa wynosi 200 m.(300-550 m. npm.), a dawna wieś liczy sobie 3,5 km. długości. Jak to zwykle bywa w górach wieś rozprzestrzeniła się nad bystrymi potokami Kłomnicy i Sowiego Potoku u stóp kilku lesistych wzgórz. Dolina, w której leży Rościszów należy do najładniejszych zakątków północno-wschodniej części Gór Sowich.
szlaki turystyczne w Górach Sowich
Zbocza wzniesień porośnięte są lasami bukowo-świerkowymi, urozmaicają je sosny, modrzewie, jarzębiny, brzozy i klony, tworząc bogatą kolorystycznie paletę leśną. Użytków rolnych jest niewiele, głównie w dolnej części Rościszowa w kierunku Pieszyc, wyżej zaś występują łąki i pastwiska, toteż wieś już od dawna zatraciła charakter rolniczy, stając się zapleczem mieszkaniowym Pieszyc i miejscem letniskowym. Wieś ma stosunkowo bogate zaplecze handlowo-usługowe i bogatą infrastrukturę. W górnej części Rościszowa ( w Szczytowie) funkcjonował pięknie położony w górach zespół sanatoriów przeciwgruźliczych, a nieco niżej duży zakładowy ośrodek wczasowy.
Rościszów jest starą miejscowością, której rozwój wiąże się prawdopodobnie z domniemanym zamkiem Piotra Włosta na Grodzisku. Pierwsza wzmianka o Rościszowie pochodzi z 1322 roku, a założycielem wsi mógł być niejaki Siffrid, poddany rycerza Ottona von Willina z Pieszyc, stąd pierwotna nazwa wsi – Syffredisdorf. Wieś rozwijała się spokojnie unikając klęsk żywiołowych i zniszczeń wojennych dzięki swemu położeniu w głębokiej kotlinie górskiej. Już w XIV wieku istniała tu parafia katolicka, w 1574 roku kościół przejęli protestanci i służył im aż do roku 1684. Większy rozwój wsi miał miejsce w XVIII wieku i wiązał się z rozkwitem tkactwa chałupniczego. We wsi były dwa kościoły, katolicki i ewangelicki i dwie szkoły, a także folwark, 5 młynów wodnych. Pod koniec XVIII wieku mieszkało w niej 55 zagrodników i 84 chałupników. Wieś stanowiła od dawna własność rodziny von Nostitzów z Luboradza. W XIX wieku w związku z rozwojem przemysłu włókienniczego w Pieszycach i Bielawie nastąpił upadek tkactwa chałupniczego, mieszkańcy Rościszowa uczestniczyli  więc w znanym z historii buncie tkaczy z 1844 roku, a następnie stali się ofiarami represji. Ratunkiem dla wsi stał się rozwój turystyki i wypoczynku w II połowie XIX wieku. Rościszów ze względu na znakomite położenie, walory klimatyczne i krajobrazowe, oscyluje coraz wyraźniej w kierunku wsi letniskowej. Sławą cieszy się szczególnie górna część wsi z licznymi skałkami i wodospadem na Kłomnicy. We wsi powstały gospody dla turystów, rozwinęły się też przysiółki położone jeszcze wyżej w górach: Podole, Potoczek, Kuźnica i Lasocin. W 1898 r. w Szczytowie zbudowano duże sanatorium „Ulbrichshőh” dla chorych psychicznie, a uporządkowane alejki zbocza Olbrachtówki  stanowiły park spacerowy do miejsca widokowego na szczycie góry. W miarę upływu czasu powstały tu następne pensjonaty i gospody, tworząc coś w rodzaju dzielnicy uzdrowiskowej. Z końcem XIX wieku znany nam dobrze załozyciel Jedliny-Zdroju, hr. Seherr-Thoss,   zbudował tu letnią rezydencję zwaną potocznie zamkiem.
W okresie międzywojennym Rościszów stał się jednym z popularniejszych letnisk w Górach Sowich. W ostatniej wojnie sanatorium było miejscem rekonwalescencji pilotów Luftwaffe.
Po wojnie dawne obiekty lecznicze i wypoczynkowe przechodziły różne koleje losu. W sanatorium urządzono początkowo dom dziecka, potem powstał większy ośrodek wczasowy FWP, obejmujący dawne sanatorium i sąsiednie pensjonaty. W latach 60-tych umieszczono tu sanatorium przeciwgruźlicze. W dużym pałacu organizowane były wczasy zakładowe i kolonie dla dzieci. Pod koniec lat 80-tych nastąpił regres i pojawiło się poważne zagrożenie dla funkcji leczniczo-letniskowych Rościszowa. Wyraźne „odrodzenie” ma miejsce obecnie. Rościszów z energią i rozmachem odzyskuje dużą rolę jako miejscowość wypoczynkowa. Pojawiły się nowe domy noclegowe i pensjonaty, a także pięknie zagospodarowane i wkomponowane w otoczenie przyrodnicze  domki jednorodzinne.
Rościszów jest obecnie miejscem, gdzie znajdziemy interesujące pod względem architektonicznym dawne obiekty budowlane, takie jak budynek sanatorium, zespół pałacowy, gotycki kościół Św. Bartłomieja, pastorówkę oraz liczne budynki mieszkalne i zabudowania gospodarcze stanowiące największe w Górach Sowich skupisko starego budownictwa sudeckiego. Jest ich w sumie 51 i znajdują się pod opieką konserwatora zabytków. Obok tego możemy pocieszyć oko nowoczesnym budownictwem mieszkalnym i usługowym, które uczyniło z Rościszowa prawdziwą perełkę turystyczną przynoszącą chlubę Pieszycom. Warto dodać, że przez Rościszów prowadzi wijąca się licznymi serpentynami asfaltowa droga w kierunku Przełęczy Walimskiej do Walimia, gdzie organizowane są górskie rajdy samochodowe. Jest to kolejna niezwykle interesująca droga przecinająca Góry Sowie ze wschodu na zachód (podobnie jak przez Przełęcz Jugowską do Pieszyc, a przez Przełęcz Woliborską do Bielawy i Dzierżoniowa).
Myślę, że warto się tu wybrać na dłużej by móc się pozachwycać urokami przyrody i krajobrazów, a także tym co zostało tu uczynione przez człowieka.

czwartek, 16 sierpnia 2012


 „Cicha woda brzegi rwie…”
   Wiejski zwierzyniec w Lasocinie



  Coraz rzadziej zdarza mi się poddawać nagłym porywom zachwytu i wzruszenia. Może to skutek wieku i związanego z nim nabytego doświadczenia, a może też potrzeba zgodnej harmonii kilku czynników naraz  -  pogodnego nastroju, słonecznej aury,  towarzystwa miłych osób. No i rzecz najważniejsza  -  zetknięcia się z czymś szczególnym, osobliwym, nadzwyczajnym. Tak to próbuję tłumaczyć, gdy uświadamiam sobie po raz któryś, że coś pięknego roztacza blask w mej podświadomości. Coś tam utkwiło i powraca, łagodnym strumieniem nieprzemijającej fascynacji. Tak, tak, to jest to. Skutek  niespodziewanego, czarującego wieczoru w gronie rodzinnym, w górskiej przystani, w promieniach zachodzącego słońca, w bezpośrednim otoczeniu natury i tych wspaniałości, które w zgodzie z nią udało się stworzyć człowiekowi.
Odkrywam wciąż dla mnie nowe miejsca w Górach Sowich, choć wydawałoby się, że w moim blogu o wszystkim już pisałem, że nic już nadzwyczajnego nie powinno mnie zaskoczyć. Teraz już wiem, że mogę się spodziewać jeszcze wielu innych niespodzianek, bo świat się zmienia w oka mgnieniu, bo pędzimy do przodu, bo wciąż rodzi się coś nowego. Potwierdzają to w całej rozciągłości nowe wrażenia z mojej  wycieczki na tamtą stronę Gór Sowich, gdzie królują Dzierżoniów, Bielawa, Pieszyce. Przede wszystkim widać tu gołym okiem, że Polska jest w budowie. Gdzie się nie obejrzeć, wszędzie rozkopy, rusztowania, materiały budowlane, ciężki sprzęt, krzątający się po drogach i w obejściach ludzie pracy, a obok tego nowe kolorowe domy, ogrody, obiekty sportowe, kościoły, pensjonaty, restauracje, słowem radujący duszę krajobraz wyrwanych z bezruchu miast i wsi.
Po drugie – zupełnie inne Góry Sowie. Okazuje się, że równie piękne i zadziwiające swą majestatycznością, jak od strony mojej Głuszycy, ale znacznie bardziej, bo z szerokiej płaszczyzny Niziny Śląskiej lepiej dostrzegalne w całości.  Urozmaicone, ciągnące się nieprzerwanie pasmo lesistych wzgórz zamyka od zachodu krajobraz i ginie gdzieś na horyzoncie.
Bielawa uderza świeżością przyrody, urozmaiceniem nowego budownictwa osiedli mieszkaniowych i domków jednorodzinnych, nowoczesną siecią handlową, czystością ulic i parków. Wcale nie widać skutków upadłości przemysłu włókienniczego. Pieszyce podobnie jak Głuszyca dźwigają się z marazmu pierwszych lat, gdy pozamykano tkalnie i przędzalnie, a byli włókniarze oblegali Urzędy Pracy i ZUS-u w poszukiwaniu środków do życia.
Pieszyce wydają się w Górach Sowich najważniejsze, bo to właśnie na ich obszarze administracyjnym znajduje się Wielka Sowa. Ale jest ona  w powiecie dzierżoniowskim, do którego należy także leżąca u stóp Gór Sowich Bielawa. Dobrze się stało, że Stowarzyszenie Turystyczne Gór Sowich jednoczy te miasta i jeszcze inne gminy po drugiej stronie Gór Sowich we wspólnych działaniach na rzecz  rozwoju  tego starożytnego pasma górskiego.
Pieszyce wtapiają się w przyrodę Gór Sowich przy pomocy swych arcypięknych wsi letniskowych. Noszą one nazwę – Kamionki i Rościszów. Warto będzie poświęcić tym wsiom nieco więcej miejsca, bo stają się coraz wyraźniej wizytówkami turystycznymi Pieszyc.
Dziś chcę napisać więcej o takim miejscu, które jak się okazuje już od dłuższego czasu stało się magnesem przyciągającym do Pieszyc turystów i wczasowiczów nie tylko z Dolnego Śląska, ale i z całego kraju, a także z bliskich Czech i Niemiec. To właśnie ono wywołało w mojej duszy tak optymistyczny niepokój, o czym piszę we wstępie.
Jak łatwo się domyślić rzecz dotyczy gospodarstwa agroturystycznego Szymona Balaka „Cicha Woda” w Lasocinie. Nie jest tak łatwo odnaleźć to miejsce na mapie, właściwie przysiółek, czy kolonię Rościszowa, choć są tacy, którzy traktują Lasocin jako dzielnicę Pieszyc. Na pewno do Lasocina trzeba jechać przez Rościszów i prowadzi tam tylko jedna droga asfaltowa. Ścieżką turystyczną przez lasy można dotrzeć tu pieszo spod kościoła Aniołów Stróżów w Kamionkach. Lasocin to obecnie niewielka enklawa w otoczeniu gór, w głęboko wciętej dolinie bystrego potoku, która oprócz tego co tu stworzyli ludzie ma jedną nie podważalną zaletę  -  fantastyczne położenie krajobrazowe. Nic dziwnego, że już pod koniec XVIII wieku dostrzeżono tę zaletę i w 1780 roku rozpoczęło się zagospodarowanie terenu na mocy edyktu króla Fryderyka II z przeznaczeniem na cele letniskowe. W 1787 roku istniało tu już 40 domów. Nieco wyżej powstała jeszcze niewielka kolonia o nazwie Serwatka, gdzie  podobnie jak w Lasocinie funkcjonowała gospoda z miejscami noclegowymi. Tędy właśnie prowadził szlak turystyczny z Rościszowa przez Starą Jodłę  na Wielką Sowę.
Po 1945 roku Lasocin stracił znaczenie wsi letniskowej, częściowo wyludnił się ze względu na trudne warunki glebowo-klimatyczne, które nie sprzyjały rolnictwu. W dawnej gospodzie organizowano wczasy zakładowe, przy czym została ona gruntownie przebudowana i dobrze wyposażona. W latach 70-tych część starych domów przebudowano na cele letniskowe, a w górnej części wsi powstało nowe osiedle, zbudowano nowy hotel „Tulipan” Obecnie jest tu jeden z ładniejszych i bodaj największy w Górach Sowich zespół domków letniskowych.

 Na czoło wszystkich posiadłości wysuwa się jedna, nie mająca równych sobie. Nosi nazwę „Cicha Woda”.  Całkiem słusznie śpiewamy w znanym przeboju : „Cicha woda brzegi rwie…” Odnosi się to w całej rozciągłości do poczynań Szymona Balaka, który zbudował swe „księstwo” poczynając nieomal od zera. Dziś gospodarstwo agroturystyczne „Cicha Woda” na obszarze 4.5 ha dysponuje m. in. chatę wiejską z salą kominkową do spożywania złowionych pstrągów, tarasem, letnim domkiem, dwoma stawami z pstrągami, ogródkiem jordanowskim dla dzieci, placem do jazdy konnej oraz zabudowaniami gospodarczymi - całość na ogrodzonym terenie.




Ale to nie wszystko. Oprócz tego, że można się tu zatrzymać o każdej porze dnia i nocy, dobrze zjeść, (bo kuchnia serwuje domowe dania z mięsa, ryb, nabiału, z obfitymi dodatkami własnych warzyw i runa leśnego, swojskimi wypiekami), że można przenocować, a nawet zatrzymać się na dłużej, to najwięcej zainteresowania i emocji wzbudza u dorosłych, nie mówiąc już o dzieciach sympatyczny „Zwierzyniec”, niczym w dobrym ogrodzie zoologicznym. Znajdujemy w nim oprócz ptactwa domowego (kury, gęsi, kaczki, indyki w różnych odmianach), także bogatą kolekcję ptaków leśnych i egzotycznych, no i oczywiście zwierzęta domowe w całej swej rozmaitości. Na konikach można pojeździć, w stawach oglądać bogactwo pstrągów i innych ryb, można pogłaskać oswojone lamy i podziwiać taką świnkę, jakiej jeszcze w życiu nie widziałem – świnkę włochatą z dwoma maleństwami. Nie będę tego opisywał,  trzeba tu przyjechać  i zobaczyć.
Oczywiście łatwo się domyślić, że wszystko to znajduje się w tak malowniczym otoczeniu górskim, że nie potrzeba wyprawiać się w Alpy, ani Apeniny, wystarczy mały Lasocin, a w nim „Cichy Dom” Szymona Balaka, (choć cichy, to on jest obecnie tylko z nazwy).
Wiem, ze piszę to jak dobry post reklamowy Radia „Z”, albo mojej rozgłośni wałbrzyskiej radia „Złote Przeboje”, ale proszę mi wierzyć, nie jest to tekst sponsorowany, nie znam osobiście właściciela, miałem okazję z nim zamienić parę słów, bo śpieszył się do swych zajęć gospodarskich. Nie dowiedziałem się zbyt wiele o jego pasji hodowlanej, co widać na każdym kroku, ani też włożonym w to wszystko wysiłku. W „Cichym Domu” byłem pierwszy raz. Może właśnie dlatego to wrażenie było tak duże. Myślę jednak, że nie pominę kolejnej okazji, jeśli się nadarzy, by tam zaglądnąć, bo to co tam można zobaczyć i przeżyć warte jest kolejnych odwiedzin. Zachęcam Państwa – idźcie w moje ślady, bo warto !

Fot. ze strony internetowej gospodarstwa "Cichy dom" w Lasocinie

wtorek, 14 sierpnia 2012


Samplujący gadżeciarz Stańko





W piątkowym programie TV „Gazety Wyborczej” czytam rozmowę nadwornego kawalarza Radia „Z”, specjalizującego się ostatnio w wywiadach, Rafała Bryndala, z trębaczem jazzowym, Tomaszem Stańko. Dotyczy ona tegorocznego -  „Solidarity of Arts”. Oczywiście nazwanie festiwalu muzyki jazzowej po polsku, jest rzeczą nie do przyjęcia. Na zachodzie pomyślano by zapewnie, że odbywa się to w „trzecim świecie”. A poza tym to wstyd przyznawać się, że jesteśmy Polakami i mamy swój język. W tym tyglu jazzowym zorientowanym od podstaw na to, co się dzieje w dalekiej Ameryce, na Zachodzie, można obracać się tylko w języku angielskim. Dopiero wtedy możemy z dumą głosić na prawo i lewo jakie to piorunujące wrażenie robi na nas hip hop. Następny krok, to zachłanne słuchanie muzyki zachodniej, pogoń za nagraniami najlepszych zachodnich muzyków, przejmowanie ich wzorów w próbach własnych kompozycji. I odnoszenie się z pogardą do wszystkiego, co miałoby jakikolwiek związek z Polską.
Nasz polski jazzman, trębacz Tomasz Stańko, nazwany przez Rafała Księżyka, autora biograficznej o nim książki, Desperado, mówi o sobie, ze jest gadżeciarzem, ale nie chodzi o bajery i wodotryski, tylko o to, że sampluje dźwięki, i dokłada je do swej muzycznej palety.
Po zeszłorocznym gościnnym udziale w koncercie, którego główną gwiazdą był  Marcus Miller, dziś nie waha się by ponownie pojawić się na scenie. Ma nadzieję, że Solidarity może się stać polską specjalizacją  -  wielki koncert z wyrafinowaną muzyką, czyli muzyką free jazzu w wykonaniu „Stańko plus”
Na Solidarity wystąpi sam Quincy Jones, będzie dyrygował big bendem. Tomasz Stańko zagra na nim coś z płyty „Wislawa”, przygotuje pulsujący groovowy zespól, który zagra z Latynosami , a zaśpiewa  Mika Urbaniak. A jeszcze Chaka Khan, Kayah, Soyka, słowem wielki show, a zarazem wyrafinowany.
Zwróćmy uwagę na tą, wydawałoby się drobnostkę. Już nie piszemy Kajach, Sojka, to przecież wyglądałoby egzotycznie,  prowincjonalnie. Trzeba iść z duchem czasów. To się dawniej nazywało małpowanie, ale dziś mamy właściwe określenie  -  samplowanie, albo jeszcze dźwięczniej  -  gadżeciarstwo.
Rafał Bryndal pisze na wstępie wywiadu, że Solidarity of Artis jest odwolaniem się do powstałej trzy dekady temu „Solidarności”, ale stawia na sztukę najwyższych lotów, tyle że kierowaną do masowego odbiorcy.
Domyślamy się, do polskiego odbiorcy, zwłaszcza że sama muzyka jazzowa nie wymaga znajomości języka angielskiego  Można się zgodzić z takim zamiarem, ale zupełnie rozsądnie wątpić w osiągnięcie celu. Zwłaszcza gdy prowadzący koncert i wykonawcy zasypią nas angielszczyzną Sam Rafał Bryndal w końcówce wywiadu pisze:
„Nie przekonamy do sztuki wysokiej wszystkich.. Dlatego nie trzeba namawiać czy popularyzować, tylko sprawiać, żeby te wyrafinowane dzieła były dostępne… Musi być miejsce dla wszystkiego, i dla Stańki, i dla Ich Troje. Wybór należy do słuchacza”.

No właśnie, wybór należy do nas, niewzruszonych spadkobierców mody cudzoziemskiej naszych dziadów i  ojców,  zapatrzonych ślepo w zachodnie wzory i traktujących je jak talizman. Nawet jeśli dotyczy to wyrosłego przecież na gruncie amerykańskim polskiego ruchu „Solidarność”.

                                                                                                            Stasys of Arts Glusykas

Fot. Stasys Eidrigevicius

niedziela, 12 sierpnia 2012


Znana japa z telewizji


tu się wszystko zaczęło - miejsce prakolebki miasta Głuszycy




kamienne pomniki przeszłosci
 Czytam od czasu do czasu zapiski blogowe Wojciecha Orlińskiego reklamowane na internetowej stronie „Gazety Wyborczej”. Przyznam się,  nie wiem o nim nic więcej poza tym, że prowadzi interesujący blog i pisze od czasu do czasu świetne felietony. W ostatnim numerze „GW” w felietonie „Iwent, to znaczy monetyzacja japy” W. Orliński przeszedł samego siebie. Rzadko się zdarza, by obok Michała Ogórka i Moniki Olejnik, czytać tak znakomite teksty.

Autor felietonu wyjawia nam po co zawodowi muzycy nagrywają płyty, skoro ich sprzedaż w najlepszych układach przynosi dochód, „który starczy „na waciki”. Po co w takim razie ta zabawa? Zdaniem Orlińskiego, najlepiej określił to jeden z bohaterów komedii „Testosteron”, który stwierdził, że celem wydania płyty jest zrobienie przy tej okazji „iwentu”. Zarabia się nie na ilości sprzedanych płyt, ale na, jak się to określa żargonowo  -  monetyzacji japy”. Domyślamy się, że chodzi przede wszystkim o to, by o wykonawcy było głośno, by mówiono o nim w radiu, pisano  w gazetach, pokazywano jak najczęściej w telewizji. Jeśli zaś ma się już tę gębę znaną, to świat szeroki (to znaczy ten nasz rodzimy, „wszechpolski”) staje przed nim otworem. Jak dalej pisze Orliński:
„W Polsce mamy 2470 gmin, w tym 2173 wiejskie i wiejsko-miejskie. Praktycznie każda taka gmina hucznie obchodzi swoje „dni gminy”, a żadne nie mogą się odbyć bez przynajmniej jednej „znanej japy z telewizji”.
W dalszej części felietonu jego autor znęca się nad niestety, często bardzo groteskową postacią wokalisty, Pawła Kukiza, posądzając go o to, że robi szum wokół swej osoby, by zyskać wzięcie w matecznikach PiS-u: Wyciskach, Mędliszewie, Grząźlach, Kaczych Dołach (istotnie tędy m. in. wiedzie droga jego tegorocznej ścieżki koncertowej).

Dla mnie osobiście Paweł Kukiz jest i pozostanie gwiazdą, bo zaśpiewał z zespołem Yugopolis piosenkę „Miasto budzi się…” („Słońce purpurą okryło czarne dachy, złoto zaraz zmieni je…”), która śni mi się po nocach i którą słyszę zawsze w podświadomości, gdy poczuję gorętsze bicie serca na myśl o moim rodzinnym mieście. Żałuję bardzo, że mój idol miesza się niepotrzebnie w politykę, wypowiada i wypisuje w swoim blogu niedorzeczności, które stają się potem powodem ustawicznej wrzawy wobec jego osoby. Właśnie w swoim felietonie Orliński wykpiwa jego ostatnią solową płytę „Siła i Honor” oraz słynne słowa z Facebooka, że to Michnik z Blumsztajnem układają plejlisty w radiu, co ma niekorzystny wpływ na sprzedaż jego płyty. Pozostawiam jednak ten zasadniczy wątek felietonu Orlińskiego na boku. Zainteresowanych kieruję do weekendowej GW, gdzie można przeczytać felieton w całości.


tyle ciekawych miejsc do zobaczenia

głuszyckie wieczory z poezją
Felieton Orlińskiego przypomniał mi, że i w mojej PiS-owskiej obecnie gminie (prawdopodobnie mieliśmy jej dni) mamy właśnie okrągły jubileusz 50-lecia uzyskania praw miejskich dla Głuszycy. Coś tam się działo na wiosnę w Parku Jordanowskim, a potem w deszczowym lipcu na miejskim stadionie przy okazji maratonu kolarstwa górskiego. Nie słyszałem, by zawitała do nas jakakolwiek „japa” z TV, by działo się cokolwiek takiego, co byłoby w stanie poruszyć „zastygłą bryłę miasta”, by obudzić uśpioną, stosunkowo bierną społeczność gminną i ożywić zainteresowanie jej  przeszłością i przyszłością.
Nie wiem nic, czy to co miało miejsce, to był początek obchodów jubileuszu pięćdziesięciolecia  miejskiego, czy zarazem początek i koniec. Trudno w moim mieście się cokolwiek dowiedzieć nawet w mojej sytuacji, kiedy interesuję się  tym, co się w nim dzieje.
Wiem, że sprowadzenie „japy z TV” drogo kosztuje, że moje miasto jest biedne, zadłużone. Ale pomysłów na uczynienie prawdziwego święta z okazji 50-lecia bez ponoszenia dużych koszów było i jest bez liku. Śpieszyłem się by wydać na początku tego roku książkę o Głuszycy, traktując ją jako wstęp do uroczystych obchodów jubileuszu. I to mi się udało bez angażowania środków finansowych Urzędu. Czekałem z nadzieją, że w dalszej kolejności coś się będzie działo, co spowoduje ożywienie kulturalne i przyczyni do promocji gminy. Niestety, chyba jest już za późno. A szkoda!
Na pocieszenie mamy już za parę dni łomnickie spotkania „Z gitarą na stoku”. Będzie jak dotąd smętnie i namiętnie, ale jak mówią grzybiarze „lepszy rydz niż nic”.


sobota, 11 sierpnia 2012


Rodzinne korzenie


panorama Jedliny-Zdroju





kościółek w Kamieńsku
 Mówi się często o rodzinnych korzeniach, o ich niepojętej mocy przyciągania, o żarliwej potrzebie powracania tam, skąd wywodzi się nasz ród. Dostrzegam tę „siłę fatalną” w duszach naszych głuszyckich piewców, Romany Więczaszek, Marka Juszczaka, którzy wracają jak bumerang do swoich stron ojczystych, by sławić ich piękno i opisywać nostalgię, podobnie jak Adam Mickiewicz w „Panu Tadeuszu”  -  „do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych szeroko na błękitnym Niemnem rozciągnionych”. Ale i Romana, i Marek tu się urodzili, tu spędzili swe dzieciństwo i młodość, stad wyfrunęli w świat szeroki już jako ukształtowani fizycznie i zawodowo dorośli emigranci „za chlebem”, z potrzeby nie tyle serca, co intelektu.
Dziś chcę napisać o wypadku szczególnym. O rzadziej spotykanym związku emocjonalnym ze stronami swych rodziców i dziadów, nawet wtedy, gdy nie wynika on z osobistych doświadczeń lat dzieciństwa. Zetknąłem się z nim czytając o nostalgii wielu Polaków do stron rodzinnych swych przodków na dalekich, utraconych przez Polskę, kresach wschodnich.


Bohater mojego dzisiejszego postu urodził się i wychował „na antypodach” regionu wałbrzyskiego, bo w Rzeszowie, na nie mniej uroczym Podkarpaciu. Z Kamieńska w Jedlinie-Zdroju wywodzi się jego matka, dziś pracownik naukowy wyższej uczelni w Rzeszowie, a także jej rodzice. To właśnie pamięć o  babci, Marii Rabizo, znanej w Jedlinie-Zdroju, inteligentnej, energicznej, przedsiębiorczej kobiety, zmarłej nagle w kwiecie wieku i jej „pieleszach” -  zabudowaniu gospodarskim na zboczach góry w Kamieńsku, a jak się okazuje  także ich malownicze otoczenie i wspaniały pies babci, stały się magnesem dla młodego, niezwykle utalentowanego artysty, który jak sam mówi, uczynił z tego skrawka ziemi przedmiot jego nieustającej inspiracji twórczej. Do Jedliny przyjeżdża przy każdej nadarzającej się okazji, tu jest jego Itaka, tu znajduje impulsy do działalności twórczej, a jest to sztuka na wskroś nowoczesna  -  film animowany, fotografia artystyczna, malarstwo, teledyski i animacje dla zespołów muzycznych.

Nazywa się  -  Mikołaj Borek, liczy sobie w tej chwili 25 lat. Ukończył Ogólnokształcącą Szkołę Sztuk Pięknych w Rzeszowie, studiował grafikę na Uniwersytecie Pedagogicznym im. KEN w Krakowie. Dyplom magistra uzyskał w pracowni fotografii multimediów prof. Haliny Cader. Jest twórcą filmów animowanych „Tory”, „Basen i dom” „Pies mojej babci”, nagradzanych w kategorii amatorskiej na różnego rodzaju festiwalach filmów animowanych. Specjalizuje się w fotografice, maluje obrazy, pracuje też jako grafik w firmie Witchcraft Studios .
Jego filmy i wystawę malarstwa i fotogramów mogliśmy już obejrzeć w pensjonacie „Zacisze Trzech Gór” w Jedlinie-Zdroju, a także w pałacu w Jedlince na imprezie zorganizowanej przez Centrum Kultury w Jedlinie-Zdroju.

Fot. Alicja Gisterek