Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

sobota, 30 czerwca 2012


Internet i nie tylko  -  ad acta


warsztat twórczy, Stasys Eidrigevicius

Wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że bulwersująca internautów całego świata próba ograniczenia „swobody twórczej”  w Internecie znana jako „Acta” została odłożona ad acta.. Póki co możemy pisać do woli co ślina na język przyniesie, nie trzymać się faktów, korzystać z dorobku innych autorów, dodawać własne komentarze i interpretacje. Może się to podobać lub nie, ale taka jest twarda rzeczywistość. Jej zwolenników i obrońców jest o niebo więcej niż niedoszłych reformatorów.
„Internet dla internautów jest najbardziej wiarygodny, bo podoba im się tylko to, co sami napiszą” - stwierdza w swoim cotygodniowym felietonie „Gazety Telewizyjnej” Michał Ogórek. Przyznaję  się do tego. Mnie się też najbardziej podoba to, co sam napiszę. Ale często korzystam z myśli i spostrzeżeń innych autorów. Staram się o tym informować, by nie umknęło to naszej uwadze, a tym samym chronić prawa autorskie.
Przytoczę jeszcze jedną przekorną  sugestię Ogórka z kolejnego felietonu w „GW”, w którym staje on w obronie głośnej piosenkarki Dody Elektrody, skazanej przez sąd za naruszenie uczuć religijnych, insynuacją, że prorocy biblijni pisali Pismo Święte „narajani i napruci”. A przecież w środowisku show-biznesu muzyczno-piosenkarskiego taki sposób tworzenia jest przejawem normalności i może budzić tylko podziw i uznanie – pointuje M. Ogórek
Osobiście uważam jakiekolwiek prawne zakazy ograniczające wolność słowa za nieskuteczne, co nie znaczy że należy się godzić z przekraczaniem powszechnie przyjętych norm moralnych. Na ogół mamy taką samą możliwość, aby bronić swojej godności i  przeciwstawiać niesłusznym  pomówieniom, jak ci którzy się tego dopuszczają.
Myślę że to nie jest takie złe, co robię w moim blogu, choć nie jest efektem upojnego transu. Na tym właśnie polega istota blogowania, by do otaczającego nas świata mieć i móc wyrazić własny stosunek.
Pokąd będę czytany i nie zabraknie mi tematów, które mogą być interesujące, nie zgaszę ikonki z napisem – nowy post.
Dzięki Internetowi mam niebywałą okazję do pochwalenia się swoją inwencją twórczą. Otóż to, gdyby nie Internet promocja każdej nowo napisanej książki lub artykułu do gazety byłaby znacznie trudniejsza.

Dziś wracam właśnie do wcześniej już sygnalizowanej sprawy. Dotyczy ona mojej nowej książki – albumu „U źródeł Charlotty. Ciekawostki z historii i współczesności Jedliny-Zdroju”. Określenie mojej, to trochę za dużo powiedziane. Mój jest tekst, nad którym pracowałem solidnie, wnosząc liczne poprawki i korekty, korzystając z opinii różnych osób. Ale książka została wydana w formie albumu i wzbogacona w śliczne fotografie, w twardą okładkę,  papier kredowy, miłą dla oka czcionkę. A to jest zasługa kolegów ze Stowarzyszenia i drukarni. Nie spodziewałem się takiego luksusu. Mogę śmiało powiedzieć, to jest najlepszy powojenny album o Jedlinie-Zdroju. To jest też najlepszy prezent – niespodzianka jaką mogło mi zgotować Stowarzyszenie Miłośników Jedliny-Zdroju, którego jestem  członkiem.

A teraz wyjaśnię skąd się wziął przemyślnie wydumany tytuł postu  – „Internet i nie tylko – ad acta” Co oznacza epitet „i nie tylko”?
Moi wspaniali, drodzy Czytelnicy. Żeby to pojąć, trzeba poznać strategię promocyjną włodarzy Jedliny-Zdroju. Najważniejsi ludzie ze Stowarzyszenia i pałacu w Jedlince uznali, że wieczór promocyjny książki nie może się odbyć ad hoc. Musi być do tego szczególna okazja i trzeba by był dobrze zaplanowany i zorganizowany. Taka okazja to dopiero 15 września, kiedy w kalendarzu imprez miejskich jest przewidziana nowa miejska impreza: Dzień Charlotty. Odbędzie się ona w posiadłościach pałacowych w Jedlince, a głównym organizatorem jest Stowarzyszenie i właściciele pałacu. Już wiadomo, że najważniejszym punktem programu uroczystości będzie promocja nowego albumu „U źródeł Charlotty”, ale przewiduje się także wybór miss foto kandydatek do imienia Charlotta, a także konkurs na najsmaczniejszą szarlotkę. W tym ostatnim punkcie programu chodzi o to, żeby uzdrowisko Jedlina-Zdrój nie było kojarzone w aspekcie kulinarnym tylko i wyłącznie z zupą. Zresztą festiwal zupy jest w sierpniu, a na wrzesień trzeba wykombinować coś nowego. Jedlina – zawsze atrakcyjna, głosi hasło przewodnie wszystkich materiałów promocyjnych miasta. W tym roku jesień popłynie smakiem najlepszej pod słońcem jedlińskiej szarotki. Rozpędziłem się trochę. Przepraszam! Przede wszystkim  -  najlepszej, najsmakowitszej, wyjątkowej książki – albumu „U źródeł Charlotty”

.

Niestety, narobiłem już apetytu. Tymczasem tak jak na smakowitą szarlotkę, tak samo na książkę musimy poczekać  -  do 15 września. Do tej pory została ona odłożona ad acta, czyli zamknięta w sejfie wiceburmistrza. Nie wolno jej nikomu pokazać na oczy. Mnie się udało zdobyć jeden egzemplarz, ale z moimi Czytelnikami mogę się podzielić póki co  -  tylko fotką okładki.
To jest plan działania zaiste sza(r)mancki. Poznałem go w nowoczesnych supermarketach. Tam pozwala się konsumentowi liznąć produkt i po zapoznaniu organoleptycznym podjąć decyzję o zakupie. Dla Państwa mam na dziś li tylko okładkę. Trzeba przyznać, że piękną. Prawdziwa uczta czeka nas 15 września w pałacu w Jedlince o czym postaram się jeszcze powiadomić w odpowiednim czasie, jeśli doczekam tej chwili. Amen !
Ten „Amen” to z okazji nadchodzącej niedzieli.

piątek, 29 czerwca 2012


Niebiański spokój  -  zachęta do medytacji



„Gdybym był ptakiem,
śpiewałbym aż do utraty tchu:
o potokach gniewnie huczących,
o ostrym wietrze wiejącym bezustannie,
o łagodnych świtach wśród gęstwiny leśnej…

A później skonałbym od pieśni
I pióra me zgniłyby pod ziemią.

A czemuż me oczy zalane łzami?
Bo ziemie tę kocham głęboko.”

To fragment wiersza „Kocham tę ziemię” chińskiego poety Aj Cing w przekładzie Ireny Kałużyńskiej. Miłość do ziemi ojczystej, jak się okazuje, to uczucie bliskie ludziom na całym świecie bez względu na język, kolor skóry, religię. Tę refleksję nasunęła mi lektura książki Zbigniewa Domino „Brama Niebiańskiego Spokoju”, którą połykam w przerwach pomiędzy meczami Euro 2012. Z tej właśnie książki pochodzi cytowany powyżej wiersz.
Mistrzostwa w piłce nożnej jak również w innych dyscyplinach sportowych, Olimpiady, a nawet mecze międzypaństwowe pokazują jak ważną i wciąż żywą jest wieź narodowościowa, państwowa, jak ogromne znaczenie ma godność reprezentowania swojego kraju w rywalizacji sportowej.
„Brama Niebiańskiego Spokoju” to interesujący dziennik z literackiej podróży do Chin w 1985 roku. Autor skorzystał z zaproszenia chińskiego związku literatów i z kilkuosobową grupą pisarzy przez miesiąc czasu miał sposobność podróżować po tej nieogarnionej przestrzeni. Wprawdzie po powrocie uświadomił sobie, że na poznanie przeogromnych Chin, nie starczyłoby życia, ale przynajmniej ma jakieś wyobrażenie o tym  przeludnionym hegemonicznym mocarstwie.
W Pekinie miał okazję zobaczyć „Letni Pałac”, podmiejską rezydencję mandżurskiej dynastii Tsing z XVIII wieku, a obok niego fantastyczny Letni Park, szczytowe osiągnięcie sztuki ogrodowej. Czego tam nie ma; rozliczne kanały, stawy, stawiki, mosty, pagody rozsiane na pagórkach, rośliny ozdobne, fantazyjne malowidła, rzeźby, posągi. Do tego jaskrawość kolorów – złoty, błękitny, bordowy. Pomieszanie stylów z dominacją barokowej przesadności. A ponadto teatr cesarski pełen zdobień i malowideł i jeszcze słynna „Łódź Marmurowa” – cesarska zachcianka.
Czytam o dziwach pałacu i parku ”Ihojuan” w Pekinie i myślę sobie, że mieszkając na wałbrzyskiej ziemi nie musimy tak bardzo zazdrościć Chińczykom. Mamy przecież „pod ręką” pałac w Książu i rozległy park, wprawdzie nie wypełnione tak bogato dziełami sztuki i rzemiosła artystycznego, ale za to w jak malowniczym, urzekającym miejscu. Mamy też powody by być dumnymi i cieszyć się z tego, że pałac jest w odnowie, staje się coraz piękniejszy i ciekawszy, że odbywają się w nim atrakcyjne imprezy kulturalne, że coraz mocniej promieniuje kulturą i historią w całym regionie wałbrzyskim. Piszę to pod wrażeniem sympatycznej imprezy w Wałbrzychu na Placu Magistrackim (czwartek, 28 czerwca), gdzie mieliśmy okazję oglądać inscenizację przybyłej w strojnej karocy konnej księżniczki Daisy von Pless, żony Hrabiego Rzeszy, Hansa Heinricha Hochberga XVI z Książa, a następnie obejrzeć ekspozycję fotograficzną z czasów minionych, w której naczelną postacią jest właśnie księżna Daisy. Nadszedł wreszcie czas odsłonięcia jej biografii i ukazania zasług dla pałacu i parku, ale także dla Polaków, których darzyła sympatią. Na Plac ściągnęło niezbyt wielu Wałbrzyszan, ale była to dopiero pierwsza okazja do promocji księżniczki Daisy. Wieść o wyśmienitym torcie, którym można się było poczęstować jak za dawnych dobrych czasów, gdy Książem władali Hochbergowie spowoduje,  że następnym razem zainteresowanych i widzów będzie znacznie więcej.
Pałac i Park w Pekinie wypełnione są zwiedzającymi do granic wytrzymałości. I tak jest przez cały boży rok. Niestety, Bóg tam jest inny, nie ten z naszego Kościoła. Mało tego. Objawił się znacznie wcześniej wraz z Buddą, który żył w latach 560-480 p.n.e. Narodził się w Indiach i stamtąd przez Bakterię dotarł do Chin. Trzydziestoletni Budda zostawiał żonę, dziecko, oddał się ścisłej ascezie i zbawieniu ludzkości. Głosił ideę braterstwa i miłości bliźniego. Doznawszy objawienia pod drzewem figowym w Benares ogłosił wszem i wobec „Cztery szlachetne prawdy”:

1. Na początku życia jest cierpienie.
2. Kto pragnie, ten cierpi (np. pragnienie miłości, bogactwa, władzy),
3.Usuń pożądanie, usuniesz cierpienie,
4.Drogą do tego jest „ośmioraka ścieżka” ( wiara, postanowienie, mowa, czyn, należyte życie, dążenie, pamiętanie, medytacja).

Buddyzm to wiara w reinkarnację, to odrzucenie pośredników w rozmowie z Niebem. Ta religia, choć nie jedyna, odgrywa istotna rolę w życiu Chin. W centrum drugiego co do wielkości miasta Chin, Szanghaju, znajduje się świątynia „Nefrytowego Buddy”. Być w Szanghaju, a nie widzieć klasztoru z posagiem Buddy, to tak jak być w Rzymie, a nie zwiedzić Forum Romanum.
Głuchy odgłos bębnów, tajemny nastrój kadzidła. Krzątający się mnisi w pomarańczowych szatach i z wygolonymi głowami. Ogromny ołtarz Bogini Miłosierdzia, która jako żywo przypomina naszą „Czarną Madonnę” z Częstochowy. Posąg siedzącego Buddy z podwiniętymi nogami wyrzeźbiony z jednego olbrzymiego kamienia nefrytu, przywieziony ongiś z Birmy, znajduje się w osobnej pagodzie ukrytej w głębi klasztoru. Wchodząc tam trzeba zdjąć obuwie, dopiero wtedy można stanąć przed jego tajemniczym obliczem. W jednej z kadzielnic co gorliwsi turyści palą banknoty, składając w ten sposób symboliczną ofiarę, żeby przodkom w zaświatach pieniędzy nie brakowało. Mnisi jednak wyraźnie wolą, by pieniądze trafiały do rozstawionych gęsto skarbonek.
Czytam o tym wszystkim i czuję ulgę, ogarnia mnie „niebiański spokój”. Nie boleję nad tym, że nasi piłkarze nie będą grać w Kijowie, że nie zagrają tam nasi najbliżsi sąsiedzi, Czesi, Ukraińcy, Rosjanie, a nawet największy faworyt – Niemcy. Uciekam na jakiś czas od codzienności, ale nie do końca, bo miłe zdarzenia powracają jak bumerang.
To dobrze, że Wałbrzych sięga do swych korzeni, ze znalazł kandydatkę na swoją patronkę w osobie prześlicznej Walijki, Daisy. Walia może okazać się nam tak samo bliska jak Irlandia, czego dowodów dostarczyli kibice z tej odległej, choć bliskiej naszemu sercu wyspy. Mamy tak wiele wspólnego w historii.
 Mamy też wiele wspólnego z krajami azjatyckimi w religii i formach jej uprawiania. Coraz wyraźniej dociera do nas idea ekumenizmu w szerokim znaczeniu tego słowa, a więc zbliżeniu nie tylko chrześcijan. Ale to jest osobny temat wymagający spełnienia ostatniej z „ośmiorakiej ścieżki”  - ścieżki  medytacji, do czego gorąco namawiam .

Fot. Stasys Eidrigevicius

środa, 27 czerwca 2012


Współczesne rozterki


Święto Niepodległości w CK Głuszyca

Zupełnie przypadkowo trafił mi w ręce wiersz, który napisałem swego czasu, a łatwo się domyślić, że było to w okresie przemian „posierpniowych” po sukcesie ruchu solidarnościowego w wyborach 1991 roku. Wiersz był nawet drukowany w gazecie:


„Patriotyzm od słowa patria się wywodzi,
Kraków powstał od Kraka, miasto Łódź od łodzi,
Społeczność jest istotą słowa socjalizm,
jaki sens w sobie mieści „znak czasów”  -  pluralizm?

To słowo jak talizman, jak nowe zaklęcie,
brzmi obco, ale swojsko, raz świecko, raz święcie.
To słowo, to nadzieja, to wiary spełnienie,
to czcicieli wolności  -  samouwielbienie.

Plural w języku martwym znaczy liczba mnoga,
Pluralizm w polskiej glebie po prostu  -   swoboda,
swoboda zaś dla Polski, czym dla oka rzęsa,
Pluralizm w polskim sercu oznacza  -  Wałęsa.

Dlaczego tok skojarzeń taki się rysuje?
Skąd ten mariaż łacińsko-polski się kreuje?
By tworzyć nowe  -  słów ojczystych często brak jest modnych,
sięgamy więc do skarbca sąsiadów zza Odry.

Źródeł słów jest bez liku, są wciąż pulsujące,
z nich jak żuraw czerpiemy treści gorejące,
lecz z tego rzecz tajemna dla wszystkich wynika,
że Człowiek synonimem stał się dla słownika.

Mówimy dziś Wałęsa, a w domyśle słowa:
wolność, prawda, ojczyzna  -  piękna polska mowa.
Gdy do tego dodamy pluralizmu treści:
Wałęsa Polskę z marzeń całą w sobie mieści !”


To było nie tak dawno, zaledwie dwadzieścia parę lat temu. Ten wiersz brzmi jak wyznanie wiary. Lech Wałęsa był wtedy naszym najwyższym autorytetem. Cieszył się uznaniem całego świata. Wkrótce potem został prezydentem.
W Polsce zmienił się ustrój, mamy demokrację w całej swej istocie  -  doskonałości i ułomności. Mamy dawną Rzeczpospolitą szlachecką  -  żadną władzy, widzącą tylko własne interesy, podzieloną, skłóconą. Autorytet tego, który stał na czele patriotycznego ruchu Polaków został zdeptany. Jedno się tylko nie zmieniło. Wciąż czekamy na spełnienie nadziei o Polsce marzeń, Polsce zgody narodowej, tak jak to było w czasach „Solidarności”. Czy Polacy mogą się jednoczyć tylko wtedy, kiedy stajemy do walki? Przykład najświeższy  -  Euro 2012 ?

wtorek, 26 czerwca 2012


Palmiarnia w Lubichowie – egzotyka i piękno przyrody





 Jak przystało na liczący się w świecie arystokratyczny zamek koniecznym stało się dla Hochbergów z Książa urządzenie nowoczesnego zaplecza gospodarczego w postaci ogrodu i sadu jak również modnej od dawien dawna przy bogatych dworach pomarańczarni. Zabiegała o to księżniczka Daisy, mając doświadczenia z rodzinnej Walii, a zarazem ambitne plany uczynienia wokół pałacu w Książu ustronnych alei  spacerowych wśród bogatej roślinności, klombów kwiatowych i ozdobnych figur. Chodziło też o zapewnienie świeżych owoców i warzyw orientalnych i krajowych na pałacowe stoły.  Nie było takiej możliwości w bezpośredniej bliskości zamku, zawieszonego na wysokiej skarpie nad przełomem Pełcznicy, otoczonego z drugiej strony  parkiem ze starodrzewem. Najlepszym miejscem okazały się rozległe pola pobliskiej wsi Lubiechów, położonej po drugiej stronie traktu prowadzącego z Wałbrzycha do Świebodzic.. Tam też mąż młodej i pięknej „Stokrotki”, hrabia Rzeszy Hans Heinrich von Hochberg XVI z początkiem XX wieku zdecydował się założyć ogród z sadem oraz pobudować szklarnie. Prawdopodobnie oranżerię postawiono już  w latch1898 – 1902, według innych źródeł dopiero w latach 1911-1914, w każdym razie jak się okazuje nie jest to budowla stara, choć mija właśnie 100 lat od jej postawienia. Składa się z głównego obiektu o konstrukcji stalowej i wysokości ok. 15 metrów, zwieńczonego beczkowym dachem, a zakończonego niewielką galerią widokową. Wokół ciągną się szklarnie w postaci hal dwuspadowych, dalej jeszcze niższe szklarnie gospodarcze. Łącznie kompleks palmiarni zajmuje ok. 2000  m2. Część ścian wyłożono tufem wulkanicznym przywiezionym ze zboczy Etny, tworząc skałki, kaskady i groty. Wewnątrz można oglądać około 80 gatunków drzew, krzewów, roślin i kwiatów z całego świata, w tym różne gatunki palm, kaktusów i cytrusów. Robi to ogromne wrażenie i może zadziwić osoby zwiedzające, a dla miłośników przyrody jest to gratka wyjątkowa. Jedyny podobnego rodzaju obiekt z okazami roślin egzotycznych na Dolnym Śląsku, to Ogród Botaniczny we Wrocławiu.
Na teren ogrodu prowadzą ozdobne bramy, a najbardziej okazała z nich kamienna brama wejściowa od strony ulicy Wrocławskiej nawiązuje do bram parkowych w Książu. Obok stoją budynki administracyjne zarządu ogrodu i mieszkalne.
Wokół szklarni urządzono ogród w stylu japońskim i rosarium, a dalej sady rozmaitych drzew owocowych.
Atrakcją Palmiarni jest też urządzona wewnątrz oszklonego pawilonu kawiarenka wśród roślin i kwitnących krzewów.



 Palmiarnia w Lubichowie cieszyła się i cieszy nadal dużym zainteresowaniem miłośników przyrody i turystów, choć jej losy wisiały na włosku w związku z tym, że nie da się jej utrzymać tylko i wyłącznie ze sprzedaży biletów osobom zwiedzającym. Władze Wałbrzycha czynią wszystko co mogą, by ratować ten bezcenny zabytek i przyciągać zwiedzających, oferując możliwość zobaczenia tej oryginalnej i wyjątkowej ekspozycji posiadłości zamkowych Książa. 


Fot. z galerii internetowej Palmiarni w Lubiechowie.



niedziela, 24 czerwca 2012


Paul i dalie



 
"Szukałem tego w Paryżu, szukałem w Berlinie i Rzymie,
A to za oknem było i miało polskie imię.

Myślałem, że to potęga, świat nowy, nowe dzieje,
A to ogródek wiejski, co się kwiatami śmieje.

A to groszek pachnący, georginie i malwy,
Wymalowane słońcem w proste, włościańskie barwy.

Teraz kołysz się, kołysz, nierozumna głowo,
Że w ogródku niebiesko i płowo, i różowo.

Szukałem tego pogonią  -  niecierpliwie, proroczo,
A to mi z paru grządek ukazało się oczom…

(Julian Tuwim, Cel, z tomiku „Biblia cygańska”)

To jest rzecz niepojęta, zresztą jak wiele innych zupełnie niezrozumiałych zjawisk w człowieku, w przyrodzie, w otaczającym nas świecie. Skąd się bierze ustawiczna potrzeba poszukiwania czegoś nowego, nieznanego, niewyobrażalnego. Nie wystarcza nam to, co mamy blisko, wokół siebie, w zasięgu oczu. Chcemy widzieć i wiedzieć więcej. Chętnie poznawalibyśmy cały świat, przenosili się z miejsca na miejsce, by odnaleźć swój cel – najlepsze, najpiękniejsze miejsce na ziemi. Ale po jakimś czasie pragnienie czegoś nowego każe nam szukać dalej i dalej. A jeśli już nie szukać, to marzyć.
W obecnej dobie te marzenia sięgają daleko poza ziemię Nie wystarcza nam Księżyc, czy Mars. Przecież dalej jest Wenus, i Uran, i Neptun, i Pluton, i jeszcze inne układy planetarne. A jeszcze wyżej jest Słońce.
Nie wystarcza nam wiara w Boga-Stworzyciela nieba i ziemi. My chcemy dowodów na istnienie Boga. Robimy wszystko co możliwe, by odgadnąć zagadkę istnienia, by rozwikłać tajemnicę „ rajskiego drzewa mądrości”. Wciąż nurtuje nas pytanie o sens życia, skoro i tak musimy umrzeć. I co dalej, czy to już koniec. Nie, nie koniec, nasza dusza może dostać się do raju.
Otóż właśnie. Ten raj, to najwyższy cel człowieka, to spełnienie najskrytszych pragnień. Tylko chcemy wiedzieć, jak tam jest w tym raju. Przecież nie możemy iść tam tak na ślepo. Może ktoś by nam powiedział, jak tam jest.



Odpowiadam, tam jest tak jak w wierszu Tuwima  -  niebiesko, płowo i różowo. Jest pięknie, jak we włościańskim ogródku, gdzie groszek pachnący, georginie i malwy. Mój wspaniały Czytelnik blogu i komentator, Paul z Warszawy, dodałby zapewne jeszcze  -  i dalie, najpiękniejsze kwiaty na świecie, różnofarbne, różnokształtne dalie, których fotografie możemy znaleźć w jego przecudownym blogu. Chcemy być w raju, zaglądnijmy w malowniczy świat dalii Paula i już wiemy wszystko. Miłej niedzieli .

Fot. z albumu domowegoi i z blogu Paula.
Szukaj w goglach: Paul 305 Dalie i rośliny w ogrodzie.

sobota, 23 czerwca 2012


Lubiechów - stroikiem wielkiego Wałbrzycha


uroki wiejskie


zielone płuca przyrody
  Jest taki piękny, staropolski zwyczaj – zdobienie na Wielkanoc świątecznego stołu wiosennym stroikiem z kolorowych pisanek, świeżych gałązek bukszpanu i kwiatów. Takim stroikiem dla wielkiego Wałbrzycha jest najdalej wysunięta na północ  dzielnica miasta  -  Lubiechów. Albo jeszcze inaczej - to taki strojny kapelusz księżniczki Daisy z Książa, która upodobała sobie  przyjeżdżać konno nad ukryte w lesie tajemnicze jeziorko, bądź też rozkoszować się egzotycznymi roślinami wzniesionej tu z rozmachem i pieczołowitością oranżerii.
Lubiechów, to obraz i podobieństwo poszczególnych części składowych Wałbrzycha, który  urósł z połączenia kilkunastu wsi położonych w dużej kotlinie śródgórskiej nad bystrym strumieniem Pełcznicy wraz z jej dopływami. Zaletą Lubichowa jest to, że jak dotąd nie został do reszty zurbanizowany, uchronił się w swoistej enklawie przyrodniczej, zachowując specyfikę „wsi spokojnej, wsi wesołej”.
Jeszcze do końca I wojny światowej w  1918 roku Alt und Neu-Liebichau mit Aufhalt był wsią najpierw w powiecie świdnickim, potem zaś w powiecie wałbrzyskim. Po II wojnie światowej stał się wsią gromadzką, by w latach 70-tych zostać częścią Wałbrzycha. Ale ta przynależność do miasta niewiele zmieniła poza tym, że podobnie jak na wielu innych obszarach górskich upadło w niej rolnictwo, a mieszkańcy zmuszeni byli szukać alternatywnych form zarobkowania. Dzięki swemu malowniczemu położeniu w dolinie osłoniętej  od północy przez Straconkę i Palucha, od wschodu przez Radoń i Czepiec, a od południa przez masyw Witosza Lubiechów stał się atrakcyjną dzielnicą mieszkaniową.

Początki Lubiechowa sięgają, podobnie jak innych  dawniejszych wsi w tym regionie, XIII wieku. Przez prawie trzy stulecia zmieniali się jego właściciele głównie z pobliskich Świebodzic. W początkach XVI wieku wszedł w obręb wielkiej posiadłości Konrada von Hochberga z zamku Książ. Potem przechodził z rąk do rąk znanych w historii tych ziem rodów Schellendorfów, Zedlitzów, Czettritzów i jeszcze innych, by z początkiem XVIII wieku zostać ponownie już na stałe częścią posiadłości Hochbergów. Pod koniec XVIII wieku, jak czytamy w „Słowniku geografii turystycznej Sudetów” były tu 4 folwarki i 2 młyny wodne, a mieszkało 4 kmieci, 51 zagrodników, 52 chałupników i 21 rzemieślników. Jak z tego wynika już wówczas Lubiechów daleko odbiegał od typowych wsi utrzymujących się z gospodarki rolnej. Pomimo, że był stosunkowo dużą wsią, nigdy nie powstał tu żaden dwór, nie było też kościoła, a mieszkańcy należeli do parafii w Szczawienku.
W XIX wieku uformował się podział Lubiechowa na Stary i Nowy, co znajduje potwierdzenie w jego niemieckiej nazwie. W tej starszej, większej części wsi był m. in.  folwark, szkoła ewangelicka, młyn wodny, gorzelnia i cegielnia. W 1852 roku przez Lubiechów poprowadzono linię kolejową ze Świebodzic do Szczawienka, wieś zyskała kontakt ze światem, a skutki tego najmocniej dały się odczuć w zbudowanym na początku XX wieku przez hrabiego Rzeszy Hansa Heinricha Hochberga XV księcia von Pless rozległym kompleksie szklarni wraz z sadem i ogrodem jako części zespołu parkowo-pałacowego w Książu. Ogród wokół szklarni urządzony był w stylu japońskim, przy wejściu zbudowano pawilony i budynki pomocnicze, a z pałacem w Książu łączyła je przestronna aleja lipowa. Rzecz jasna, ze w miarę upływu czasu zaczął on przyciągać nie tylko przyrodników, ale rzesze turystów chętnych oglądać rzadkie okazy roślin, drzew i krzewów, zwłaszcza orientalnych.
O słynnej nie tylko na całym Dolnym Śląsku Lubiechowskiej Palmiarni będzie jeszcze okazja napisać coś więcej. Dziś jest ona ze względu na swe położenie przy głównej drodze z Wałbrzycha przez Świebodzice do Wrocławia administracyjną częścią dzielnicy Szczawienko, a jej związek z Lubiechowem utrzymał się w nazwie  -  Palmiarnia Lubiechowska. Jest ona podobnie jak sam Książ i stadnina ogierów obok zamku, najczęściej odwiedzaną atrakcją turystyczną Wałbrzycha.

Fot. z domowego albumu

czwartek, 21 czerwca 2012


Szczawienko  -  zapomniana dzielnica Wałbrzycha



zespół pałacowy zamku Książ
Stadnina ogierów
 To rzecz dość osobliwa. Jedna z większych (zwłaszcza pod względem obszaru) i być może najważniejsza dzielnica dużego Wałbrzycha, pozostaje w cieniu, gubi się w gronie innych dzielnic, zwłaszcza tych bliższych terytorialnie wałbrzyskiemu Śródmieściu i tych nowocześnie zbudowanych. Ze Szczawienkiem dzieje się to samo, co z tutejszym dworcem kolejowym, - obsypujące się mury, drzwi i okna zabite deskami. Dworzec już niepotrzebny, skoro kolej „robi bokami”. A ponieważ w sąsiedztwie Szczawienka urosły nowe i reprezentacyjne dzielnice, jak Piaskowa Góra i Podzamcze, znalazło się ono tak jak stara kolej na bocznym torze.
Czy zdajemy sobie w pełni sprawę z tego, że historyczne Szczawienko odgrywało w przeszłości i odgrywa nadal wiodącą rolę w rozwoju gospodarczym, społecznym i kulturalnym Wałbrzycha. Wcześniej zaś Szczawna-Zdroju, bo przecież przez całe stulecia było częścią uzdrowiska i nosiło na koniec nazwę Nieder Salzbrubb. Nawet zaraz po wojnie nazwano je Solice Dolne (samo zaś Szczawno nosiło wówczas nazwę Solice-Zdrój).
By uzmysłowić sobie współczesną rolę i znaczenie Szczawienka trzeba spojrzeć z uwagą na mapę. Leży ono w szerokiej dolinie Pełcznicy i  jej wschodniego dopływu Szczawnika. Osią komunikacyjną Szczawienka jest ulica Wrocławska, łącząca Stary-Zdrój i Śródmieście z Pisakową Górą i Podzamczem. Obie strony tej ulicy, to nie tylko mieszkalna, ale też znacząca część przemysłowa i handlowo-usługowa miasta. Jej północno-wschodnią osią komunikacyjną są ulice Uczniowska, a dalej Wieniawskiego, prowadzące do Podzamcza,
To właśnie na obszarze Szczawienka rozwinęła się Wałbrzyska Specjalna Strefa Ekonomiczna, siedziba kilkunastu nowoczesnych firm produkcyjnych, zatrudniających ponad 5 tysięcy pracowników.
Na terenie dzielnicy znajduje się też zespół pałacowy Książ z rozległym Parkiem i stadniną koni, bajeczne Przełomy pod Książem, a także Palmiarnia (nominalnie w Lubiechowie).
Jak w każdej dużej dzielnicy miasta są tu szkoły podstawowe, gimnazja, filie szkół wyższych, siedziby urzędów, takich chociażby jak Urząd Skarbowy, Urząd Pracy. Znajduje się tutaj słynna fabryka porcelany „Książ”, jest nowoczesny salon samochodowy „Toyoty”, a także zupełnie nowe skupiska domków jednorodzinnych.
Spróbujmy sobie wyobrazić Wałbrzych bez Szczawienka, to tak jak ciężarówka bez skrzyni transportowej.
Szczawienko podobnie jak Szczawno-Zdrój ma swoją bogatą historię. Pierwsze osady mogły tu się pojawić nad Szczawnikiem znacznie wcześniej przed powstaniem państwa polskiego, bo wiódł tędy szlak handlowy. Wieś znana jest w średniowieczu jako część główna Salzborn (Szczawna), które dzieliło się już wtedy na Nieder I Ober. W 1318 roku zbudowano tu kościół.

Lubiechowska Palmiarnia

Już wcześniej stała się własnością klasztoru cystersów w Krzeszowie z nadania księcia Bolka I Surowego. W 1509 roku dobra te nabył Konrad II Hochberg  i odtąd Szczawienko pozostawało przez długie wieki własnością rodu Hochbergów. Dotykały je podobne nieszczęścia jak inne wsie na Śląsku targane licznymi wojnami i zmianami społeczno-religijnymi. Pomimo rozwoju uzdrowiska w dzisiejszym Szczawnie-Zdroju, Szczawienko pozostawało centralną częścią obu miejscowości. Tu znajdowała się parafia katolicka, a w 1742 roku postawiono kościół, obok zaś szkołę ewangelicką. Na cmentarzu przy kościele chowano m. in. kuracjuszy, w tym Polaków.
W XIX wieku wieś rozwijała się pomyślnie, liczyła 84 domy, ale znacznie wzrosła liczba mieszkańców. Przebudowany kościół ewangelicki uchodził za najpiękniejszy w regionie.
Od połowy XIX wieku pojawił się przemysł i w związku z tym coraz bliższe związki z rozwijającym się obok pod względem przemysłowym Wałbrzychem. W 1853 roku ułożono tory kolejowe ze Świebodzic i zbudowano dworzec kolejowy, a w cztery lata później połączenie kolejowe z Wałbrzychem, potem do Kuźnic Świdnickich przez Szczawno-Zdrój. W ten sposób Szczawienko stało się ważnym węzłem kolejowym. Wiemy jak ważną rolę odegrał dworzec w Szczawienku w czasie II wojny światowej w związku z planami militarnymi III Rzeszy, związanymi z podziemnym kompleksem zamku Książ.
W 1882 powstała duża fabryka porcelany Hermanna Ohme z Lipska, która zasłynęła w całej Rzeszy m. in  z oryginalnego wzornictwa. Nastąpiła rozbudowa wsi wzdłuż trasy kolejowej, a następnie tramwajowej ulicą Wrocławską do centrum Wałbrzycha i Podgórza. Szczawienko przekształciło się zupełnie z podsudeckiej wsi w osiedle o charakterze miejskim.
Zaraz po wojnie w 1945 roku utrzymano związek administracyjny Szczawienka ze Szczawnem-Zdrój. Dodatkowo włączono w obszar Szczawienka zespół zamkowy Książa. Stopniowo w miarę upływu lat dokonywano licznych zmian terytorialnych. Szczawienko zmniejszyło swój obszar na rzecz Piaskowej Góry, Podzamcza, a w latach 70-tych stało się w całości częścią składową Wałbrzycha. Jako dzielnica Wałbrzycha przeżywało stagnację, zwłaszcza że nie było objęte patronatem kopalnianym, bo nie było tu kopalni. Dopiero zyskało niewspółmiernie w związku z  rozbudową Wolnej Strefy Ekonomicznej z początkiem XX wieku.
Nadszedł czas dla Szczawienka, najwyższa pora by wskrzesić chlubne tradycje tej części miasta i starać się odbudować jej renomę. Wałbrzyska Strefa Ekonomiczna wciąż się rozwija. W tej chwili uchodzi za najlepszą w kraju, cieszy się rosnącym zainteresowaniem  za granicą. Wolna Strefa dla Wałbrzycha, to ratunek i dobra nadzieja na przyszłość. Dla Szczawienka, dzielnicy wzbogaconej w nowoczesny przemysł i tak cenne zabytki jak Książ,  stadnina ogierów, palmiarnia, to szansa na rewitalizację. I na to czekamy.

Fot. galeria zdjęć Wałbrzycha w internecie

wtorek, 19 czerwca 2012


Historia kołem się toczy


eksponaty muzeum domowego J. Rudnickiego w Łomnicy
"Gdy znów do murów klajstrem świeżym
przylepiać zaczną obwieszczenia,
gdy „do ludności”, „do żołnierzy”
na alarm czarny druk uderzy
i byle drab, i byle szczeniak
w odwieczne kłamstwo ich uwierzy,
że trzeba iść i z armat walić,
mordować, grabić, truć i palić,
gdy zaczną na tysięczną modłę
ojczyznę szarpać deklinacją
i judzić kolorowym godłem
i judzić „historyczną racją”,
o piędzi, chwale i rubieży,
o ojcach, dziadach i sztandarach,
o bohaterach i ofiarach;
gdy wyjdzie biskup, pastor, rabin
pobłogosławić twój karabin,
bo mu sam Pan Bóg szepnął z nieba,
ze za ojczyznę bić się trzeba

O przyjacielu nieuczony,
mój bliźni z tej czy innej ziemi,
wiedz że na trwogę biją dzwony ! …

(Julian Tuwim, Do prostego człowieka)

Przypomniał mi się ten wiersz Juliana Tuwima,  moim zdaniem, jeden z najważniejszych i najmądrzejszych w jego twórczości, ale zarazem wiersz przygnębiający. A to dlatego, że uczymy się historii, poznajemy fakty (nie mówię o ich dowolnej interpretacji, zależnej od politycznych celów), mniej więcej zdajemy sobie sprawę z przebiegu wydarzeń i wielkości ofiar, jakie ponieśliśmy w dalszej i nie tak znów odległej przeszłości, lata mijają, świat się zmienia, a my wciąż wracamy do zgranej, abstrakcyjnej, nieadekwatnej już zupełnie do współczesnej rzeczywistości, nuty znanej z pieśni bojowej:

„Patrz Kościuszko na nas z nieba,
jak w krwi wrogów będziem brodzić,
twego miecza nam potrzeba,
by Ojczyznę oswobodzić.
Wolność droga w białej szacie
złotym skrzydłem w górę leci,
na jej czole, patrzaj bracie,
jak swobody gwiazda świeci.

Refren: Oto jest wolności śpiew, śpiew, śpiew
My za nią przelejem krew, krew, krew !

Z naszym duchem i orężem
Polak ziemię oswobodzi,
Zdrajca pierzchnie, my zwyciężym,
Bo wódz śmiały nam przewodzi.
Tylko razem, tylko w zgodzie,
a powstańców bedziem wzorem.
Wszak dyktator przy narodzie,
cały naród z dyktatorem!

Ref. Oto jest wolności…

(Słowa: Rajnold Suchodolski, tempo poloneza)

I jeszcze jeden fragment pieśni patriotycznej  z przeszłości przywołam, a jest to „Warszawianka” z roku 1831, slowa (żeby było dowcipniej) Francuza, Casimira Delavigne, w tłumaczeniu Karola Sienkiewicza:

Oto dziś dzień krwi i chwały,
Oby dniem wskrzeszenia był!
W gwiazdę Francji Orzeł Biały
Patrząc, lot swój w niebo wzbił.
A nadzieją podniecony
woła do nas z różnych stron:
Powstań Polsko, rzuć kajdany,
dziś Twój triumf, albo zgon!

Ref. Hej kto Polak na bagnety!
Żyj swobodo, Polsko żyj!
Takim hasłem cnej podniety
trąbo nasza, wrogom grzmij! (bis)…

Grzmijcie bębny, ryczcie działa,
dalej dzieci w gęsty szyk.
Wiedzie hufce wolność, chwała,
triumf błyska w ostrzu pik.
Leć nasz Orle w górnym pędzie
sławie, Polsce, światu służ.
Kto przeżyje  -  wolnym będzie.
Kto umiera  wolnym już.

Ref. Hej kto Polak …

Pieśni patriotyczne powstawały w przeszłości, w warunkach niewoli zaborczej. To są piękne pieśni, słuchamy ich i śpiewamy ze wzruszeniem. Ale to są pieśni historyczne. Pamiętamy je częściej z powodu wpadającej w ucho melodii, mniej zaś ze względu na treść. A ich treść budzi dziś refleksję. Nie wolno nam używać ich jako idei przewodniej politycznych programów, jako celów wychowawczych społeczeństwa. Co z nich wynika?
Nie ma większej wartości jak to, by za ojczyznę przelać krew. To żeby dla niej żyć i pracować się nie liczy. To żeby dbać o jej dobre imię też. To żeby pokazać innym, ze jesteśmy narodem  gościnnym, przyjaznym dla innych, nowoczesnym, że mamy za sobą sanacyjną i komunistyczną przeszłość, nie ma znaczenia.
Myślę, ze nie muszę kontynuować tego wywodu, bo jest on jasny i zrozumiały. Są takie siły polityczne i środowiska, które ideę patriotyzmu traktują instrumentalnie po to, by w ten sposób pozyskiwać poparcie w wyborach. A skutki. Mieliśmy okazję o nich słyszeć lub oglądać je jeśli nie osobiście, to w środkach przekazu. Mam tu na uwadze wydarzenia w stolicy Polski, Warszawie, w związku z meczem Euro 2012 pomiędzy Polską i Rosją.
Bandy „kiboli”, czyli naszej kochanej młodzieży i w Warszawie, i gdzie indziej w Polsce, nie spadają z nieba. One wyrastają na naszej glebie, są karmione odpowiednio dobraną strawą ideologiczną i duchową.. Agresja też nie wyrasta znikąd. Rodzi się szybko i obficie, jeśli nie spotka się z powszechną dezaprobatą i przeciwdziałaniem.
To bardzo przykre i smutne, co się stało, zwłaszcza że spotkało w dużej mierze tak samo pragnących jak my wolności i swobody Rosjan, którzy z tego powodu, aby jej zakosztować, przyjechali do Polski. Nie twierdzę, że tacy byli wszyscy rosyjscy goście Euro 2012, ale na pewno ich zdecydowana większość. Nie napiszę tego, jak zachowali się wobec Rosjan, jakie wznosili okrzyki „nasi młodociani obrońcy Polskości”. Można o tym przeczytać, usłyszeć i zobaczyć w środkach przekazu. Winnych oczywiście nie ma (poza osobami zatrzymanymi przez policję). Wszystkie siły polityczne obarczają się wzajemnie winą. A może to wina historii, która jak to stwierdzają mądrzy ludzie, niestety, kołem się toczy.

poniedziałek, 18 czerwca 2012


To się chwali


Utopione w zieleni Osiedle Mieszkaniowe w Głuszycy


Jest takie miejsce w Głuszycy, które zasługuje na szczególne potraktowanie jako prakolebka dzisiejszego miasteczka. Najstarszy dokument zamieszczony w jednej z kronik niemieckich z 1413 roku informuje, że tam, gdzie Złota Woda wpada do Bystrzycy powstał dobrze prosperujący tartak w związku z bogactwem otaczających go lasów. Można się spodziewać, że już wcześniej w XIII i XIV wieku mieszkali tu drwale karczujący lasy, ale z różnych przyczyn musieli to miejsce opuścić. Być może spadło zapotrzebowanie na ich produkty w związku z wstrzymaniem budowy pobliskiego zamku Rogowiec i zamku Grodno na górze Choiny.
Nie wiemy dokładnie, w którym miejscu znajdował się ten historyczny tartak, ale możemy się domyślić, ze było to w obniżeniu terenu gdzie łączą się obie rzeki, a więc przy dzisiejszej ulicy Częstochowskiej. Ulica ta i jej otoczenie to niewątpliwie najstarsza część miasta. Do niedawna teren nad ujściem Złotej Wody, przez którą prowadzi kładka piesza na drugi brzeg był miejscem, przy mijaniu którego najlepiej było zamknąć oczy.
Zwątpiłem w to, że kiedyś dożyję takiej chwili. Spodziewałem się, że w obfitości koniecznych do wykonania innych prac porządkowych w mieście, miejsce to pozostanie nietknięte na dalsze długie lata. Każda powódź przynosiła ze sobą spustoszenie. Usuwanie skutków powodzi kończyło się na byle jakim umocnieniu brzegów rzeki, częściowym rozplantowaniu terenu, naprawie szkód w chodniku i na tym koniec. Nie było mocnych, by teren uporządkować do końca. Wkrótce rozbebeszone miejsce zarastało krzewami i pokrzywami, zamieniało się w miejskie śmietnisko, rupieciarnię, złomowisko. Budziło wstręt i zgorszenie. Ale z Osiedla, z ulicy Warszawskiej, Kolejowej, Częstochowskiej jest najbliżej, na basen, na boisko „Orlika”, do gimnazjum. Najliczniej przechodzą tędy dzieci do szkoły i młodzież do gimnazjum. Widziały na własne oczy jak w centrum miasta  funkcjonuje „dzikie miejsce”, które nikogo nie obchodzi.
Nie sądziłem, ze ktoś się tą sprawą zainteresuje, że znajdą się siły i środki, by zrobić tutaj porządek.
No i stało się. Ku zadowoleniu, jak sądzę, wielu podobnych mnie spacerowiczów, na ten teren wjechały buldożery i ciężarówki, znaleźli się robotnicy i w ciągu paru dni teren zmienił się nie do poznania. Jest wykarczowany, wyrównany, utwardzony. Prace nie są jeszcze skończone, nie wiem co dalej jest planowane, ale za wstępną  likwidację zarośniętego  zwaliska odpadów, brudu i zanieczyszczeń, można tylko pochwalić i podziękować władzom miejskim. Bardzo cieszy, że wreszcie to miejsce dla miasta historyczne zostało należycie potraktowane. Może to być piękny teren zielony z rabatami kwiatowymi, placem zabaw dla maluchów, ławeczkami. Może nie od razu, ale w najbliższej przyszłości. Jest nadzieja, że podniesienie obmurowania rzeki zapobiegnie kolejnej powodzi. To jest urocze miejsce nad rzeką,  w środku miasta, a pobliżu kompleksu sportowego. Rozpędziłem się chyba w marzeniach, ale już teraz widać, że nie są one całkiem płonne.

Fot. Viola Torbacka

niedziela, 17 czerwca 2012


Nie ma złego …


tylko w polu biały krzyż
 No i mamy Euro 2012 z głowy. Czesi przytarli nam nosa. Gdzie nam  do Kijowa, skoro nawet Praga okazała się nieosiągalna. Zrobiliśmy wielką biało-czerwoną flagę, ale i ona nie wystarczyła by ukryć wszystkich płonących ze wstydu polskich kibiców na stadionie we Wrocławiu. Nie pomogła wiara, nadzieja, a nawet miłość do wybrańców konesera Smudy. Już nasze usta się składały by głosić jakim wielkim jest trenerem, gdy okazało się, że nic z tego. Żeby wygrać, trzeba piłką trafiać w bramkę, a nie obok. Zrobili tak Czesi, choć wydawało się to niemożliwe. Na pocieszenie pozostała nam wiadomość, że odchodzimy w doborowym towarzystwie z promieniejącą wcześniej w meczu z Czechami  -  Rosją.
Nie ma złego, co by na dobre nie wyszło. Bardziej wytrawni kibice będą nadal śledzić wydarzenia na Euro 2012, ale już znacznie spokojniej, bez nerwów i emocji wywołujących wzmożone bicie serca.
A szkoda, bo wydawało się, że piłka kopana, to nasza narodowa specyfika. A że tak jest, a nie inaczej, to jasne jak słońce. Mamy przecież w sobie to coś, co pozwala nam odnosić się z kultem do wszystkiego co okrągłe.
Już dawno, dawno temu ludzie wznosili kręgi z kamienia, żeby oddać cześć bogom. Dante opisywał w „Boskiej komedii” dziewięć kręgów piekła .Najważniejszym w układzie kostnym człowieka jest kręgosłup, który jak sama nazwa wskazuje składa się z kulistych kręgów. Idealną figurą geometryczną jest okrąg, znacznie doskonalszy od kanciastych wielokątów Osią przewodnią życia ZHP  jest harcerski krąg, w którym druhny i druhowie manifestują przy ognisku swą radość z tego, że jest wśród nich drużynowy. Popularne w niektórych kręgach są też są kręgi taneczne, a od czasu do czasu pojawiają się na wsi tajemnicze kręgi w zbożu. Bardziej przezorni gospodarze przekonani, że jest to sprawka „zielonych ludków”, wzywają innych do zorganizowanego opuszczenia terenu, wołając: róbmy krąg i idźmy stąd. W latach 80-tych rozczulał telewidzów brazylijski serial „W kamiennym kręgu”, nawiązujący niewątpliwie do kamiennych kręgów z czasów neolitu. W IV Rzeczpospolitej Kaczyńskich wszyscy obywatele znaleźli się nieopatrznie w kręgu podejrzanych, chyba że nie znajdowali się w żadnym kręgu układów..
 Upodobanie do krągłej kuli mamy w genach. Dało się to zaobserwować od początków państwa polskiego. Już nasz dzielny Mieszko I był tak mocno ujęty krągłościami czeskiej księżniczki Dobrawy, że ją pojął za żonę i przywiódł do swego rodzinnego gniazda, Gniezna.  Praga stała się dla niego wzorem, bo była okrągła, otoczona murami z kulistymi basztami. Takie grody zakładał Mieszko w państwie Polan, wiele z nich przetrwało do czasów współczesnych.
A na polach Grunwaldu Zawisza Czarny z lubością zbierał krzyżackie szyszaki jako trofeum bitewne, zwłaszcza że kształtem swym przypominały kuliste stożki
Nieco później zainteresował się krągłościami na sklepieniu niebieskim niejaki Nikolaus Kopernikus z Torunia. To właśnie on stwierdził niepodważalnie, że maleńka piłeczka jaką jest ziemia krąży wobec ogromniastej kuli jaką jest słońce, a nie odwrotnie. Późniejsi liderzy FIFA I UEFA przyjęli to odkrycie z entuzjazmem, bo skutkiem tego można było bez kontrowersji ustalić rangę poszczególnych imprez w piłce kopanej.  Mundial najważniejszy, a dopiero potem Euro, a więc nie tak, jak się dotąd wydawało wszystkim Eurocentrykom.
Otóż to. Nie powiodło się nam na Euro 2012, ale to nie znaczy, że na tym koniec. Mamy przecież kolejną szansę - Mundial 2014. Piłkarski krąg, który przeszedł „chrzest bojowy” już jest gotów do nowych wyzwań, doświadczony trener także, "gadające głowy" już otwierają usta z pełnym animuszem, a Lato czeka. Otrząśniemy się z gorącego wrocławskiego lania i dalej do roboty. Na Mundialu odrobimy straty, damy Ruskim wtedy nauczkę, że nas wpuścili w maliny nie pozwalając strzelić sobie jeszcze jednej bramki. A Czechów też nauczymy jak się piłkę kopie. Mamy przecież to w genach – miłość do okrągłości. Głowa do góry! Kółko toczy się dalej. Nie ma złego co by na dobre nie wyszło.

sobota, 16 czerwca 2012


Piłeczko, piłeczko …


Przed meczem z Czechami i dalej przed kolejnymi meczami  ćwierć i półfinału, a następnie tego ostatniego, 1 lipca w Kijowie, proponuję, znaną wszystkim Polakom lecz nieco zmodyfikowaną piosenkę:



fot. Ania Błaszczyk
 Piłeczko, piłeczko,
cóżeś ty za pani,
że za tobą pędzą,
że za tobą gonią
chłopcy malowani

Chłopcy malowani,
sami wybierani,
piłko, piłko nożna
piłeczko wszechmożna
kochają cię fani

Na boisku ładnie
stadion sięga chmurom
piłkarze strzelają
kibice śpiewają,
nasi znowu górą

Piłeczko, piłeczko,
masz moc co się zowie,
najlepsi młodzieńcy,
najmilsze dziewczyny
kochają się w tobie ...


I już nie będę więcej rozpraszał uwagi, nie będę przeszkadzał w gorączkowych przygotowaniach do tego wyjątkowego wieczoru, w którym nasi chłopcy malowani bronić będą honoru i dobrej sławy naszej rodzimej, ojczystej ziemi. Dziś wieczorem, we Wrocławiu mecz z Czechami. Nie wystarczy remis,  konieczne jest zwycięstwo „Do Czech razy sztuka” – napisano w dowcipnym plakacie zachęcającym do uczestnictwa w tym wydarzeniu. Czekamy na sukces z nadzieją i wiarą. Ja czekam w spokoju, bo wiem, że to tylko kolejny krok do ostatecznej wiktorii w Kijowie.

piątek, 15 czerwca 2012


Lato czeka ! Polska  -  Rosja  2 : 0  


Radujmy się !


Dobre, optymistyczne prognozy wskazują, że za tydzień czeka nas słoneczność, jaskrawość, gorącość prawdziwego lata. Będzie to autentyczne, nie tylko kalendarzowe lato. Jego apogeum nastąpi wszakże nieco później - 1 lipca, gdy na kijowskim mega -stadionie w finale Euro 2012 zmierzą się „armady” dwóch odwiecznych sąsiadów, Rosji i Polski. I nie ma w tym żadnego przypadku, nadzwyczajnego zrządzenia losu. To będzie ewidentny, niepodważalny przykład, że wiara czyni cuda.
Po prostu trzeba wreszcie rozstrzygnąć na neutralnym terenie, kto jest najlepszy z najlepszych w Europie. Ja wprawdzie nie mam co do tego żadnych wątpliwości, ale Europejczycy wymyślili sobie, by te sprawy rozstrzygać na boisku piłkarskim.
Proponuję więc przezornie odłożyć wakacyjne plany podróży nowymi autostradami po Polsce z 2 lipca na następny tydzień. Zakładam, że fetowanie sukcesu nie skończy się tej nocy z 1 na 2 lipca i nie ograniczy się do wytyczonych stref kibicowania. Euforia rozpali cały kraj do białości, a potem do czerwoności, rozciągnie się wyraźnie w czasie (co najmniej do tygodnia) i przestrzeni( oprócz Polski we wszystkich na świecie środowiskach polonijnych). To nie będzie li tylko entuzjazm z powodu zdobycia pucharu Euro 2012. To będzie ziszczenie się marzeń milionów Polaków, aby dać Ruskim wreszcie łupnia.
Czekamy na to całe wieki, odkąd udało się Rosjanom przepędzić Polaków z moskiewskiego Kremla w 1612 roku, a zrobił to „rosyjski Wałęsa”, Dymitr Pożarski, na czele zbuntowanych mas ludu moskiewskiego, którym nie podobało się, że intruzi z Polski chcą na siłę ich przechrzcić z prawosławnych na rzymskokatolickich. Nie pomogło to, że podrzuciliśmy im aż dwóch Dymitrów Samozwańców, rzekomych synów Iwana Groźnego, których sławna Marynia Mniszchówna, córka wojewody sandomierskiego w słusznej sprawie bycia carową rosyjską traktowała jako "jeden duch w ciałach dwóch". Nie spodobał się im Zygmunt III Waza, nasz kandydat na cara, tenże Zygmunt, którego kolumna zdobi dziś Plac Zamkowy w Warszawie. Solidarnie połączyła się szlachta, mieszczaństwo i chłopi podmoskiewscy w pospolitym ruszeniu przeciw Polaczkom. Kreml został oblężony, trzeba więc było stąd uciekać. Zdobywca Moskwy, hetman Stanisław Żółkiewski, zrobił to wcześniej niezadowolony z aspiracji Zygmunta III Wazy, któremu nie wystarczała korona polsko- litewska i parł do tego by odzyskać szwedzką, a teraz też moskiewską. Dobrze, że przynajmniej udało się podbić Smoleńsk i włączyć go w granice Rzeczypospolitej.
Oj, były to czasy, o których słodko czytać i podziwiać siłę oręża, odwagę i mądrość dowódców, Jana Karola Chodkiewicza, Stanisława Żółkiewskiego, którzy uczynili to, co udało się uczynić tylko Napoleonowi Bonaparte – zdbili Moskwę.  
I pomyśleć sobie co by to było, gdyby Władysław, syn Zygmunta III, którego akceptowała strona rosyjska, uzyskał zgodę swego ojca na objecie tronu carskiego. Ale stało się inaczej, dokonano wyboru Michała Romanowa, dającego początek nowej dynastii, która przetrwała wieki. Obecni „spadkobiercy” tradycji carskiej w Rosji uznali mniej czy bardziej słusznie, by datę wypędzenia Polaków z Kremla w 1612 roku uznać za święto państwowe  - Dzień Jedności Narodowej.
I za to właśnie, że dzisiejsi Rosjanie tak się cieszą z przepędzenia Polaków z Kremla teraz wreszcie wystawiliśmy im rachunek. Daliśmy im w kość w finale Euro 2012.
Zwróćmy uwagę na te dwie daty, 1612 i 2012, dokładnie 400-lecie. Czy można obojętnie odnieść się do takiego splotu wydarzeń. Oliwa zawsze sprawiedliwa. Wcześniej, czy później, ale jednak. Polska znów pawiem narodów !
Czy tydzień czasu jaki przewiduję na fetowanie zwycięstwa, to nie za mało. Oto jest pytanie? W nadchodzącą sobotę gdy rozprawimy się z braćmi Czechami czas będzie by zdać sobie dokumentnie z tego sprawę. Lech, Rus, Czech  -  trzej bratanki i do szabli, i do szklanki!  Ale wiadomo że nie gdzie indziej, tylko do Gniezna przybył w 1000 roku cesarz rzymski Otto III, aby swój diadem cesarski włożyć na skronie Bolesława Chrobrego, czyniąc go równym sobie. Teraz w 1012 lat później puchar Euro 2012 w rękach Smudy. Lato czekał na to i się doczekał. Oto stała się sprawiedliwość dziejów.


Fot. Viola Torbacka
 Zapytacie Państwo, moi wspaniali Czytelnicy, skąd ja to wszystko wiem. Sprawa jest prosta – to właśnie ta kaczuszka z fotografii mi to wykwakała , a kaczki w sprawach  wagi państwowej nigdy się nie mylą. Tak więc głowa do góry. Euro dla Polaków ! Hurra !
Tylko krzyczcie głośno w sobotę we Wrocławiu, aby nas Czesi nie zagłuszyli, a potem to już (pisałem o tym wcześniej) Kijów nasz !

środa, 13 czerwca 2012


Nadzwyczajny dzień, 12 czerwca



Myślenie ma kolosalną przyszłość
 Może dlatego, że nie był to13 czerwca i nie piątek, tylko wtorek, a na trasie do Wałbrzycha nie przebiegł nam drogi czarny kot, dzień ten okazał się nadzwyczajny.
Po pierwsze – skutkiem zupełnie niezrozumiałej dla mnie i zaskakującej wspaniałomyślności mojej żony stałem się posiadaczem nowego monitora komputerowego i w tej chwili piszę te słowa na tak szerokiej stronie, że odnoszę wrażenie jakbym się wzniósł w podniebne przestworza Parnasu. Wyjaśnię tylko, że mój stary monitor bawił się ze mną w taniec Świętego Wita. Po włączeniu rozpoczynał lekką strzelaninę z małej armatki, by po jakimś czasie przejść do wolniejszych uderzeń artyleryjskich dalekosiężnego kalibru - łubu du, łubu du, coraz wolniej. W pewnym nieprzewidywalnym momencie zawieszał kanonadę i na ekranie pojawiał się sygnał PC (czyli wiekopomnego Porozumienia Centrum), znak że wszystko wróciło do normy. Odbywało się to  w czasie kilkunastu minut, a dystans czasowy zależał tylko i wyłącznie od kaprysu monitora. Nie mogłem nic uczynić,  skoro ekran był zasłonięty kirem i milczał jak grób, jedynie wznosić błagalnie ręce do Najwyższego. Ponieważ jednak po jakimś czasie monitor odzyskiwał swoje właściwości, więc pocieszałem się, że mogę mimo wszystko pobawić się w blogowanie lub przejrzeć strony internetowe. Żywiłem też nadzieję, że kanonada kiedyś się skończy, albo będę musiał szukać  pomocy specjalistów.
Stało się jednak inaczej. Moja połowica trzymająca kasę dokonała stosownych kalkulacji finansowych, przejrzała odpowiednie prospekty i zarządziła – jedziemy do Wałbrzycha na Wieniawskiego, do centrum „Auchan”, a tam w nowo otwartym markecie Media - Expert (Cenowe mistrzostwo!  Nocne przeceny!) znajdziemy to, co nas interesuje. Kiedyś i tak trzeba będzie wymienić komputer. Na dziś wymienimy monitor. „Słowo się rzekło, kobyłka u płota”, głosi stare przysłowie, więc nie było nad czym deliberować.W markecie znaleźliśmy to co trzeba. Nowy monitor znalazł się w bagażniku mojego obecnego "malucha"  (Fiat Punto-Grande 2008). Stary monitor zyskuje dodatkowy walor – cennego zabytku (zważywszy, kto był jego posiadaczem) i póki co idzie do lamusa, a na stoliku pojawił się „Flatron LED Full HD, Monitor TV”.
I to jest to pierwsze, oczywiście mniej ważne, nadzwyczajne wydarzenie.



Cieszymy się z każdego sukcesu
  Po drugie  -  12 czerwca, to data która po wsze czasy zapisze się w annałach historii powszechnej, jako dzień historycznej bitwy, w której na trawiastym wygonie w centrum stolicy Polski, Warszawy,  starły się „ogniowe brygady strzelców piłkarskich” dwóch odwiecznych sąsiadów, szczególnie zaprzyjaźnionych w czasach tzw. komuny, czyli w latach 1945-1989. Wprawdzie łączą je nadal słowiańskie korzenie, ale dzielą sąsiedzkie waśnie jak w filmie „Sami swoi” rodziny Pawlaków i Kargulów, toteż stanęli na polu bitewnym w ramach Euro 2012 i wiadomo było powszechnie, że jest to walka na śmierć i życie. I nie wiadomo co by się stało, gdyby  bitwa nie zakończyła się remisem. Dla obu rywali okazało się, że nie był to ich bój ostatni, choć na peryferiach stolicy krew się polała, ale było to dzieło „bezdurnych mięśniaków” po obu stronach, którzy nie potrafią odróżnić ringu od klepiska.

Dość późnym wieczorem po meczu zdałem nagle sobie sprawę z ogromnej wagi tych dwóch wydarzeń. Z jednej strony -  „Jeszcze Polska nie zginęła”, stawiliśmy dzielny opór "sbornej”, jak Napoleon pod Beresteczkiem  (tu poczułem rzęsiste łzy w oczach, ale nie żałowałem sobie, bo akurat byłem sam w sypialni), z drugiej  -  szeroki ekran monitora „All Mighty Full HD 1080P (i znów łza się w oku kręci). Ej, miało być wesoło, pompatycznie, wzniośle, a jest jakoś tak ckliwie i żałośnie. Chyba się znów rozpłaczę. Ale nie zdążyłem, bo na wizji pojawiła się moja małżonka z stereotypowym zapytaniem; Co, jeszcze nie śpisz?

Fot. z domowego albumu

wtorek, 12 czerwca 2012


Nowe Miasto – wałbrzyski Paryż


panorama miasta

kamieniczka przy ul. Lotników
Jeżeli ktokolwiek ma  wątpliwości, że Wałbrzych to miasto wyjątkowe, to  rozwieję je w zupełności. Proszę wskazać na mapie miasto,  które zaraz po wojnie leżało w najbliższym otoczeniu Tobruka, Palestyny i do tego jeszcze Paryża. Wydaje się to niemożliwe? Otóż  jest to możliwe, a nawet bardzo proste.
Takim miastem jest właśnie Wałbrzych. I to nie jest żadna kpina.  Pisałem już o tym, że obecna dzielnica Wałbrzycha, Gaj, zaraz po wojnie, nosiła nazwę Tobruk, zaś Sobięcin był nazwany Palestyną. No dobrze, ale skąd się wziął Paryż
Paryżem stała się dzielnica Nowe Miasto i było ku temu kilka powodów. Najważniejszym był znaczący napływ i osiedlanie się w tej dzielnicy reemigrantów właśnie z Francji, a po drugie Nowe Miasto tak jak przed wojną było nadal najnowocześniejszą dzielnicą mieszkaniową Wałbrzycha.
Początki nowej, willowej części Starego Zdroju, miały miejsce pod koniec XIX wieku, ale najbardziej ożywiony ruch budowlany nastąpił z początkiem XX stulecia. Sprzyjające warunki naturalne i krajobrazowe, oddalenie od terenów przemysłowych starego Wałbrzycha, sprzyjały rozwojowi. Po I wojnie światowej położone w pobliżu Śródmieścia, ale całkowicie nowo zbudowane w korzystnym otoczeniu parków i terenów zielonych Nowe Miasto, zostało włączone w obręb Wałbrzycha i stało się jego dzielnicą reprezentacyjną. To tutaj po roku 1925 wzniesiono kompleks sportowy z basenem kąpielowym i stadionem mogącym pomieścić 30 tysięcy widzów. Służył on także jako miejsce masowych zgromadzeń i manifestacji. Ozdobą dzielnicy był i pozostał Park Sobieskiego z pięknie położonym schroniskiem turystycznym. Inną atrakcją dzielnicy o charakterze historycznym jest Mauzoleum u podnóża Niedźwiadków, które było miejscem organizowanych  w czasach hitlerowskich patriotycznych imprez.
Nowe Miasto, to stosunkowo duża dzielnica Wałbrzycha, bo licząca ok. 10 tys. mieszkańców. Rozciągająca się na wschodnich zboczach i u podnóża Góry Powstańców z Parkiem Sobieskiego odznacza się malowniczym położeniem i atrakcyjną konfiguracją terenu.
Po roku 1945 Nowe Miasto było nadal dzielnicą reprezentacyjną, chociaż nazwa Paryż nie utrzymała się długo. Już w latach 60-tych zaczęło tracić ten charakter w związku z budową Piaskowej Góry,  a następnie Podzamcza, które stały się „sypialnią miasta”.

stadion na Nowym Mieście

Nie remontowane obiekty publiczne i budynki komunalne ulegały dekapitalizacji, pojawiły się szkody górnicze, całkowicie podupadł kompleks sportowy KS „Górnik”, zamknięto stadion i basen kąpielowy, do degradacji otoczenia przyczyniła się też nielegalna eksploatacja „bieda-szybów”. Dopiero w ostatnim czasie prowadzone są na szerszą skalę roboty remontowe budynków i kompleksu sportowego, całkowicie odnowiony i unowocześniony został budynek dawnego komisariatu policji, gdzie przeniesiono biura ZUS-u, pojawiło się budownictwo jednorodzinne.
Dzielnica ma głównie charakter mieszkaniowy z dobrze rozwiniętym zapleczem handlowo-usługowym i infrastrukturą komunalną. Chlubą dzielnicy jest zabytkowy budynek I Liceum Ogólnokształcącego, ale także położony w pobliżu Szpital Położniczo-Ginekologiczny oraz pokaźna ilość zabytkowych budynków mieszkalnych.
Nowe Miasto nie stało się niestety Paryżem Wałbrzycha, ale jest nadzieja, że realizacja miejskich planów rewitalizacji budynków i infrastruktury komunalnej, kompleksu sportowego, naprawa dróg i placów, dbałość o czystość i estetykę osiedla, przyczynią się do tego, by nazwa dzielnicy Nowe Miasto pozostała adekwatna do rzeczywistości.
Dodam jeszcze, że parogodzinny pieszy spacer po dzielnicy Nowe Miasto może dostarczyć zupełnie nieoczekiwanych emocji i wzruszeń. Mam tu na uwadze zarówno architekturę i układ urbanizacyjny budynków jak i wyjątkowo urzekające krajobrazy. To w ogóle bardzo atrakcyjna i urozmaicona część Wałbrzycha. Wałbrzych był i pozostaje niezmiernie interesującym miastem. Spróbujcie się o tym przekonać.

Fot. z galerii miejskiej w internecie

poniedziałek, 11 czerwca 2012


Myśli nieuczesane


Srebrna Góra - widok na fortecę
 Każda władza traci masę czasu i pieniędzy, by wytłumaczyć ludziom, dlaczego nie jest w stanie spełnić swoich obietnic wyborczych. Zdecydowanie łatwiej jest formułować różnego rodzaju projekty na poprawę gospodarki i finansów państwa, a w dalszej kolejności warunków życiowych społeczeństwa, jeśli się jest w opozycji. Znacznie gorzej, gdy się jest u władzy i trzeba swoje wcześniejsze pomysły realizować. Wtedy jest tylko jeden sposób ratowania autorytetu, trzeba znaleźć jak najwięcej przekonywujących argumentów uzasadniających odstąpienie od reform. A powodów nie trzeba daleko szukać. Narzucają się same. Pierwszy najważniejszy – kryzys światowy, a w konsekwencji – brak pieniędzy, spadek eksportu, inflacja. Czy potrzeba więcej?
Są jeszcze inne sposoby, by odwrócić uwagę mas od spraw politycznych. To igrzyska. Zjawisko znane z czasów rzymskich. Dziś nie tylko powszechnie stosowane, ale skutkiem współczesnego rozwoju techniki, można by rzec  -  globalne.
Właśnie je mamy. Igrzyska Piłkarskie Euro 2012. Od paru dni Polska żyje tylko jednym – mistrzostwami Europy w piłce nożnej. To nie tylko miasta, gdzie pobudowano nowe stadiony by można było tam rozgrywać mecze. To cały kraj, bo piłka nożna ma we współczesnym świecie miliony kibiców w każdym kraju.
Oglądam  mecz otwarcia igrzysk Grecja-Polska w Warszawie. Płytę boiska zasłonięto przed deszczem specjalnym dachem. W miarę upływu czasu stało się to katorgą dla piłkarzy. Gorąco, duszno, brak świeżego powietrza. A tu trzeba gonić piłkę pokąd starczy tchu, bo przecież to nie jest zwykła gra sportowa, to sprawa honoru całej Polski, każdego z nas, jeśli przegramy, to wstyd na cały świat, to kompromitacja narodu i państwa..
Tak nas wszystkich wychowują od lat rodzice i nauczyciele, masowe środki przekazu, a nawet księża na ambonach. Każdy mecz to nieomal wojna, a z Ruskimi lub Niemcami, to sprawa honoru. Bóg, honor i Ojczyzna, to hasło przewodnie każdego reprezentanta Polski. Awantury o godło Polski na koszulkach, o stroje biało-czerwone, o logo mistrzostw, o to kto ma zaśpiewać hymn państwowy, odbywały się na oczach nas wszystkich.
Ale to także sprawa honoru naszych rywali, Greków. Ich także napompowano przeświadczeniem, że sukces w mistrzostwach, to ratunek dla kraju ogarniętego kryzysem. A więc trzeba „walczyć” do ostatniego tchnienia.
I chłopaki walczyli „gryząc trawę” ze zmęczenia.  Wyczerpani, słaniający się na nogach, poobijani, dotrwali do końca. Na domiar wszystkiego niczego sobie nie udowodnili, bo mecz zakończył się remisem.
No i dobrze myślę sobie, że chłopaki „biją się” na boisku, zamiast na prawdziwym polu bitwy. Nie potrzeba dziś ani Grunwaldu, ani Olszynki Grochowskiej, ani Somosierry. Dąbrowski dawno już przywędrował z ziemi włoskiej do Polski. Mało tego, do Polski przybyli też i Włosi, i Hiszpanie, i Niemcy, i Rosjanie,  i można jeszcze wymieniać pozostałe kraje, bo jest ich aż szesnaście. Powalczą ze sobą  na boiskach piłkarskich Polski i Ukrainy i będzie spokój przez następne cztery lata.
I w ten sposób dochodzę do wniosku nader optymistycznego. „Bijmy” się na boiskach, to znacznie lepiej niż na polach bitwy. I znacznie lepiej niż  "próby sił pomiędzy kibolami" na trybunach stadionów lub poza stadionem, na mieście.

Fot. z domowego albumu

niedziela, 10 czerwca 2012


Kiedy niedowiarstwo staje się wiarą 


Kościół parafialny w Głuszycy, fot. Rober Janusz
 W każdą niedzielę wydaje mi się, że jestem bliżej Boga. To skutek religijności wyniesionej z domu rodzinnego, skutek niezliczonej ilości niedzielnych mszy, modlitw, kazań. Niedziela pozwala skupiać się nad tym, co stanowi istotę nauk filozoficznych, czyli nad sensem istnienia.
W  książce Tadeusza Boya-Żeleńskiego „Obiad literacki” znajduję następującą anegdotę. Przytacza ją  Gustaw Flaubert, sławny francuski pisarz, autor powieści „Pani Bowary”, „Szkoła uczuć” „Kuszenie Świętego Antoniego”:
„Znałem pewnego ateistę. Poszedł raz z przyjacielem na ryby. Przyjaciel zarzucił wędkę i wyciągnął kamień, na którym było napisane: „Nie istnieję”. Podpisane; „Bóg”. Na to ateista mówi; A widzisz!”
Kiedy niedowiarstwo staje się wiarą, jest gorsze od religii. Tenże ateista potrzebuje materialnego dowodu, aby przekonać przyjaciela, że jego ateizm jest uzasadniony. Wyłowiony kamień staje się dla niego takim dowodem. Nie zwrócił jednak uwagi na drobny szczegół. Jeśli stwierdzenie – nie istnieję podpisał Bóg, to znaczy ze Bóg jednak istnieje.

W ten oto sposób każdy wierzący mógłby w tej anegdocie znaleźć doskonały dowód właśnie na istnienie Boga. Ale wtedy mielibyśmy do czynienia z kolejnym nonsensem. Każdy jakikolwiek materialny dowód na istnienie Boga jest zaprzeczeniem wiary, bo wiara to przyjmowanie takich prawd, które nie da się udowodnić, które trudno jest pojąć ludzkim rozumem.  Mówimy potocznie, że przyjmujemy coś na wiarę. I tak jest na ogół z wszelkimi religiami.

Niestety, odkąd istnieją religie trwa nieustanne poszukiwanie dowodów istnienia Boga. Nie wystarczają tzw. prawdy objawione.  Tej potrzebie poszukiwań poddają się także księża. Z jaką gorliwością wspierają co rusz pojawiające się wieści o tzw. cudach. To przecież w rozumieniu powszechnym najbardziej przekonywujące dowody istnienia Boga.
Przyznam się, nie potrafię tego pojąć. Czy zaiste (używam tutaj słowa biblijnego – zaiste) wszechmogący Bóg musi uciekać się do tak dziwnych sposobów na potwierdzanie swej obecności w życiu człowieka, czy nie wystarczy zwykła wiara?

Oto jedna z niedzielnych refleksji. Piszę o niej czując w sercu „jaskółczy niepokój”, bo przecież mam świadomość, że nie jest to temat zbyt ciekawy w momencie, kiedy dzieją się obok nas tak brzemienne wydarzenia jak Euro 2012.
A może warto przy niedzieli od nich na chwilkę odskoczyć ?