Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

środa, 26 kwietnia 2017

Nic dwa razy




Żyję wciąż pod wrażeniem książek Olgi Tokarczuk. Dostrzegam w każdej z nich mistrzostwo pióra, głębię wiedzy i mądrości życiowej oraz to, czego nie widać, ale czego się domyślam – kolosalną pracowitość, ślęczenie godzinami nad książkami innych autorów, dokumentami, materiałami źródłowymi, by z nich czerpać pełnymi garściami to co najcenniejsze. „Księgi Jakubowe” to apogeum takiej mozolnej dłubaniny. To przykład tytanicznej pracy umysłowej i wielkiego talentu twórczego. Trudno się dziwić, że książka spotkała się z uznaniem znawców literatury, czego dowodem jest po raz drugi przyznana Oldze Tokarczuk nagroda literacka „Nike”, wcześniej otrzymała ją za powieść „Bieguni”. Ale Olga cieszy się też olbrzymim zainteresowaniem  czytelników.

Co wobec tego można myśleć o reakcjach  polityków PiS-u, którzy zrobili wiele, by zlekceważyć rangę sukcesu autorki, zdeptać i zohydzić jej twórczość tylko dlatego, że inaczej niż oni patrzy na świat i ludzi, że potrafi mieć własne zdanie, podbudowane zresztą przez  plejadę autorytetów naukowych i literackich.

To co spotyka Olgę Tokarczuk nie jest wyjątkiem. Tak samo usiłowano sprofanować Noblistów - Czesława Miłosza i Wisławę Szymborską, nie wymieniając już innych mistrzów pióra – poetów, pisarzy, kompozytorów, reżyserów, aktorów. Dla dość osobliwej jak na dzisiejsze czasy kategorii polityków potrzebny jest wróg, bo inaczej nie potrafią funkcjonować jak tylko drogą siania nienawiści i szczucia jednych ludzi przeciw drugim.

Dziś postanowiłem poświęcić parę słów podobnie jak Olga niezwykle skromnej, sympatycznej i utalentowanej pisarce, której pamięci nikt nie zatrze i nie zdepta, bo jej twórczość doceniają i uwielbiają miliony Polaków. 

Była poetką ceniącą w życiu  miłość, wzajemne zrozumienie, tolerancję. Niestety, poezja to nie jest oręż wobec ludzi, dla których dewizą życiową jest nienawiść. Doprawdy, trudno pojąć, skąd się bierze w kraju katolickim i wśród tych, którzy mienią się tego katolicyzmu uosobieniem, tyle zła. Bo nienawiść, to zło, a najwyższym dobrem według sakramentalnej zasady chrześcijan winno być  - „miłuj bliźniego swego jak siebie samego”.

Z przerażeniem czytałem o tym, co pisały gazety prawicowe, uznające się za katolickie, o zmarłej parę lat temu, naszej znakomitej poetce, zdobywczyni nagrody Nobla, Wisławie Szymborskiej. Nawet wtedy, kiedy znalazła się w grobie, nie pozostawiły na niej suchej nitki, a to dlatego że gdy była młodą napisała parę wierszy sławiących „reżim komunistyczny”.

Zostawmy ten temat swojemu biegowi. Przysłowie mówi, że ci co sieją nienawiść, będą ją zbierać jako żniwo.

Wisława Szymborska ma za sobą ogromną rzeszę  miłośników jej poezji, zarówno w kraju, jak i za granicą. Było to między innymi powodem przyznania Jej nagrody Nobla. A ta nagroda to zarówno tytuł do chwały pisarki, jak i wzmocnienie poczucia naszej dumy narodowej. Wisława Szymborska obok Czesława Miłosza, to nasi współcześni koryfeusze twórczości literackiej, która dowodzi mądrości i talentu polskiego narodu.

Nie mam zamiaru rozpisywać się o Wisławie Szymborskiej, o tym jaką była skromną i dobroduszną istotą. Pisały o tym wszystkie ważne gazety, słyszeliśmy w radiu i telewizji.  Poprzez obraz medialny byliśmy świadkami Jej wzruszającej uroczystości pogrzebowej.
Nie przypuszczałem wtedy, że w naszej ojczyźnie może mieć miejsce taka parszywość, jaką wyrządzili poetce po jej śmierci „ludzie niskiego lotu”.

Dziś podobne próby są podejmowane wobec osoby Olgi Tokarczuk. O Oldze pisałem jak umiem najlepiej już wiele razy i myślę, że na tym nie koniec.

 Przytoczę teraz trzy fragmenty wierszy Wisławy Szymborskiej, które są moją odpowiedzią na pytanie, dlaczego lubię i cenię jej  poezję:

                      *

„Ziemio ojczysta, ziemio jasna,
nie będę powalonym  drzewem.
Codziennie mocniej w ciebie wrastam
radością, smutkiem, dumą, gniewem.
Nie będę jak zerwana nić,
odrzucam pusto brzmiące słowa.
Można nie kochać cię  -  i żyć,
ale nie można owocować…”

                       *

By na twej twarzy spokój był
i dobroć, i rozumny uśmiech,
naród mój nie żałuje sił,
walczy i tworzy, i nie uśnie …”

                      *
Nic dwa raz się nie zdarza
i nie zdarzy. Z tej przyczyny
zrodziliśmy się bez wprawy
i pomrzemy bez rutyny.

Choćbyśmy uczniami byli
najtępszymi w szkole świata
nie będziemy repetować
żadnej zimy ani lata.

Żaden dzień się nie powtórzy,
nie ma dwóch tych samych nocy,
dwóch tych samych pocałunków,
dwóch jednakich spojrzeń w oczy.

Wczoraj, kiedy twoje imię
ktoś wymówił przy mnie głośno,
tak mi było, jakby róża
przez otwarte wpadła okno.

Dziś, kiedy jesteśmy razem,
odwróciłam twarz ku ścianie.
Róża ? Jak wygląda róża?
Czy to kwiat ? A może kamień ?

Czemu ty się, zła godzino,
z niepotrzebnym mieszasz lękiem ?
Jesteś - a więc musisz minąć.
Miniesz - a więc to jest piękne.

Uśmiechnięci, wpółobjęci
spróbujemy szukać zgody,
choć różnimy się od siebie
jak dwie krople czystej wody.


Szkoda, że ostatnia strofa jej wiersza nie może trafić do świadomości  PiS-owskich graczy politycznych,
którzy mienią się prawdziwymi Polakami  i obrońcami Św. Krzyża. Mam nadziej, że słowa z wiersza
Wisławy Szymborskiej "nic dwa razy" spełnią się wkrótce i ta mściwa hałastra  drugi raz nie dorwie się
do władzy Przyszłość pokaże, że o tych miernotach politycznych nikt nie będzie pamiętał,
a imiona Czesława Miłosza, Wisławy Szymborskiej  i  Olgi Tokarczuk już się zapisały złotymi 
 zgłoskami w dziejach literatury polskiej.

Fot. Wiesław Jaranowski












poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Po wyborach 2015 roku




W dość chłodny poniedziałkowy poranek dla ocieplenia i osłody proponuję, jak widać, optymistyczny w swej treści mój limeryk powyborczy:

Po wyborach 2015 roku

Idzie zima, Tuska nie ma, za to mróz się mocno trzyma.
Przyszła wiosna, rzecz radosna, a z nią także  hossa
przez PiS wyimagowana -  dla dzieciatych „dobra zmiana” .

Nie trzeba zdzierać zelówek, za każde dziecko pięć stówek.
Biorą się chłopy do roboty, bo czują wiosnę  niecnoty,
wiedzą, że oprócz kielicha, liczy się seks i zagrycha.

Łaskawa to Pani, ta Szydło, przez nią nam życie nie zbrzydło.
Poszliśmy  hurmem do urny, na nic Platformy nokturny,
iskierka nadziei wciąż tli się w „dobrym wujaszku” PiS-ie.

Kochamy ich wodza – Jarka, mamy co wrzucić do garnka,
na flaszkę też coś zostanie. Żyj „sto lat” nam „dobry Panie”!
Od dziś już ślemy supliki, by tobie stawiać pomniki.

Niech w każdej karczmie zawiśnie twój portret – jak w Szwejka ojczyźnie,
bo przecież jest wśród nas wielu, co marzą o Peerelu,
jak  ten manewr się uda, to wtedy zagramy na dudach !

A będzie to slang  o ułudach… Chyba, że zdarzą się cuda.
O cudach spisano tomy, słyszymy o nich z ambony,
więc się Polaku nie martw. Znów spadnie nam manna z nieba.

 Dla chleba, Panie, dla chleba !


niedziela, 23 kwietnia 2017

Księżna, która może zadziwić !





Nie tak dawno zainteresowałem się bliżej najciekawszą postacią z historii zamku Książ, słynną z urody i mądrości, tajemniczą i kontrowersyjną księżniczką Daisy. W niemieckim Książu znalazła się ta młoda, urodziwa Angielka jako świeżo poślubiona żona właściciela zamku Hansa Heinricha XV Hochberga.

To dobrze, że trafiła w moje ręce książka Daisy Hochberg von Pless „Taniec na wulkanie 1873-1918, Pamiętniki, Wspomnienia, Biografie” w tłumaczeniu Marioli Palcewicz. (Wydawnictwo ARCANA w Krakowie, 2005 r.) Skutkiem tego mogę o „dobrym duchu zamku Książ” coś więcej przekazać moim Czytelnikom.

Autorka tej książki, to właśnie księżna Maria Teresa Oliwia Hochberg von Pless, urodzona 28 czerwca 1873 roku, zwana pieszczotliwie Daisy, czyli Stokrotka – arystokratka angielska związana z pałacem w Pszczynie i zamkiem Książ, najstarsza córka pułkownika Williama Cornwallis-Westa,  właściciela zamku Rutin  i posiadłości Newlands  oraz Marii Adelajdy z domu Fitz-Patrick.

Szczęśliwe dzieciństwo spędziła w zamku Ruthin w północnej Walii i w dworku Newlands. Była blisko związana z dworem króla Edwarda VII i Jerzego V, spokrewniona z największymi domami arystokratycznymi Wielkiej Brytanii. Jej brat Jerzy był ojczymem Winstona Churchilla. Uważana była i wcale się temu nie dziwię, za jedną z najpiękniejszych kobiet w świecie arystokratycznym tych czasów.

Jej losy splotły się z domem Hohbergów podczas balu maskowego w Domu Holenderskim w Londynie, kiedy to poznała swojego przyszłego męża Hansa Heinricha XV, księcia von Pless. Owa znajomość zaowocowała dość szybko jak na wagę tego przedsięwzięcia i konieczność pokonania wielu obowiązujących w tak wysokich rodach konwenansów.

8 grudnia 1891 r. (po roku czasu od nawiązania znajomości) dziewiętnastoletnia donna poślubiła majętnego księcia pszczyńskiego Hansa Heinricha XV Hochberga, Ślub odbył się w londyńskim Opactwie Westminsterskim, a świadkiem był Edward, ks. Walii.

I od tego momentu życie angielskiej księżniczki splotło się nierozerwalnie z rezydencją pałacową w Książu pod Wałbrzychem, choć także z pałacem w Pszczynie (ale w mniejszej skali), od którego nosiła tytuł von Pless. A było to życie tak barwne i ciekawe, obfitujące w niekończące się podróżowanie po świecie, gościny na najlepszych dworach, rezydencjach i pałacach władców, arystokratów, polityków, że w głowie się mąci po pierwszym czytaniu książki. I trzeba co rusz powracać do wcześniejszych wątków, żeby się w tym wszystkim nie pogubić i dobrze zrozumieć mądrość spostrzeżeń i opinii autorki. Najważniejszą w tej książce jest wojna, nazwana później pierwszą światową i jej wpływ na dalsze życie księżniczki, jej rodziny, krewnych i bliskich. Księżniczka Disy znalazła się w tej wojnie w szczególnej sytuacji, bo przecież wywodziła się z Anglii, która teraz stała się wrogiem Niemiec. A jej mąż był prawą ręką cesarza Wilhelma II. Z obydwoma, i mężem, i cesarzem, łączyły ją więzy uczuciowe, ale jako patriotka swej byłej ojczyzny nie mogła się godzić z pogardliwym odnoszeniem się do Anglików. Ta wojna uczyniła z Daisy głęboką pacyfistkę, a nawet skłoniła ją do dobrowolnej  służby w pociągach-lazaretach i szpitalach wojskowych jako pielęgniarka, wolontariuszka.

Dla mnie szczególnie interesujące było stanowisko księżnej w sprawie polskiej. Daisy okazała się osobą przyjaźnie nastawioną zarówno do Polaków, jak i sprawy niepodległości Polski. Daje temu wyraz w wielu miejscach swej książki: „Polska zawsze była i będzie cierniem w tej części Europy – pisze księżna w swej książce - Przed wojną Niemcy były odpowiedzialne za wysoce represyjne prawodawstwo w stosunku do polskich poddanych na Śląsku. W sierpniu 1914 roku car szybko obiecał, że uczyni Polskę niezależnym królestwem. Ale oczywiście nic konkretnego nie zrobiono.” Tak komentuje księżna wiadomość o proklamowaniu w tzw. akcie 5 listopada 1916 roku przez cesarza niemieckiego Polski jako królestwa na ziemiach zaboru rosyjskiego. Sprawa stała się ważna, bowiem rozważano kandydaturę jej męża Hansa Heinricha XV lub ich najstarszego syna Hansa Heinricha XVII na polskim tronie. Jednym z powodów miało być rzekome pochodzenie Hochbergów od śląskich książąt piastowskich. Niestety, negatywnie nastawiony do Polaków mąż Daisy nie chciał o tym słyszeć. Być może zdawał sobie sprawę z tego, że było to przysłowiowe dzielenie skóry na niedźwiedziu.  Z dalszych losów księżnej (bo książka kończy się z chwila zakończenia wojny w 1918 roku) wiemy, że ten przyjazny stosunek do Polski znalazł dobitne potwierdzenie w losach jej synów. Synowie Daisy podczas II wojny światowej walczyli przeciw Hitlerowi – Hansel (Jan Henryk XVII) w armii brytyjskiej, Aleksander (Lexel) w polskim wojsku.

Znamy wiele faktów świadczących o negatywnej postawie księżnej Daisy wobec Hitlera i nazizmu po wybuchu II wojny światowej. Stać ją było, mimo ciężkiej sytuacji finansowej z powodu zadłużenia zamku, na organizowanie tajnych paczek żywnościowych dla więźniów obozu koncentracyjnego Gross-Rosen. Sztab Hitlera znalazł powody, by ją przesiedlić do Wałbrzycha i w ten sposób „oczyścić zamek”,  wobec którego były już przygotowane tajne plany o zupełnie innym, militarnym przeznaczeniu tej rezydencji. Ale o tym wszystkim, co było po roku 1918 dowiadujemy się już z innych źródeł.

Okazuje się, że księżna pozostawiła po sobie nieoceniony skarb w postaci świetnie napisanej, niezwykle mądrej i ciekawej autobiografii, bogatej w informacje o całej plejadzie możnych świata politycznego tych czasów, w których przyszło jej żyć. Skarb ten okazał się bardziej trwały, niż jej legendarny naszyjnik z pereł, który najprawdopodobniej został splądrowany przez sowieckich czerwonoarmistów, którzy nie omieszkali dobrać się do trumny zmarłej w grudniu 1943 roku księżnej, pochowanej w mauzoleum rodzinnym w parku obok zamku Książ.

Szczególna wartość książki wynika stąd, że całą wiedzę zaczerpnęła autorka nie tylko z autopsji i notatek sporządzanych skrzętnie przez długie lata w pamiętniku, ale też licznie przytaczanych listów, dokumantów rodzinnych, i  zdjęć. Nadaje to książce walor historyczny. Dla czytelnika wrażliwego na przymioty literackie, książka budzi podziw bogatym słownictwem, pięknem języka i stylu, ale też ogromną znajomością koligacji rodzinnych osób z wysokiego kręgu arystokratycznego i szczerością wypowiedzi.

Dla nas ta książka jest szczególnie ważna, bowiem jak żadna inna dotyczy największego skarbu  ziemi wałbrzyskiej, wspaniałego zamku-pałacu Książ. Księżna Disy w miarę upływu czasu związała się z tym pałacem i  całą okolicą, traktując je jak swoją małą ojczyznę (das Heimat}, czyniła więc dużo dobrego dla ich rozwoju, zaś w książce poświęca im dużo miejsca.

W „zamiast zakończenia” książki, autorstwa Bogny Wernichowskiej, znajduję zdanie, które szczególnie mnie urzekło; krótka i piękna refleksja o niezwykłej postaci jaką jest autorka książki „Taniec na wulkanie”:
„Los obdarzył ją szczodrze  -  była urodziwa, pełna wdzięku, utalentowana i miła. Nie brakowało jej inteligencji, daru interesującej konwersacji i dowcipu. Blondynka o błękitnych oczach i zgrabnej figurze, ubrana w najmodniejsze toalety ze słynnych w tamtych czasach domów mody  - Poireta, Paquina, Wortha, swobodnie czuła się na europejskich dworach, w dyplomatycznych salonach, uzdrowiskach, odwiedzanych przez międzynarodową socjetę. Wszędzie tam, gdzie spotykali się dobrze urodzeni, bogaci i sławni… Tak było przez wiele dziesiątków lat.”

Aby o sobie nie dać zapomnieć napisała Daisy znakomitą książkę, niepodważalny corpus delicti jej wiedzy, inteligencji, mądrości, niezniszczalne zwierciadło życia sfer wyższych tamtych czasów. Tej książki nie jest w stanie zastąpić żaden podręcznik historii, napisało ją życie osoby wyjątkowej , godnej szacunku i uznania. To dobrze, że księżna Daisy stała się „dobrym duchem” nie tylko zamku Książ, ale i całego Wałbrzycha.