Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

wtorek, 22 maja 2018

Zielone światło dla Parków Rozrywki


Gdzie spędzić weekend - oto jest pytanie!

 O, właśnie. Zastanawiałam się, czego nam do szczęścia brakuje w letnie wekendy, i już wiem:  narodowo-polskich parków rozrywki. Nowoczesną sieć dróg, bezpieczne i szybkie koleje, skuteczną służbę zdrowia i posażną, wielodzietną rodzinę już mamy, o czym zapewnia nas w każdym publicznym wystąpieniu nowy premier rządu Morawiecki. Ale w kraju powszechnej zamożności trzeba mieć gdzie spędzać czas wolny od pracy i od myślenia. Ultranowoczesna kruchta przykościelna nam nie wystarczy skoro jesteśmy wasalem Unii Europejskiej i chcąc nie chcąc ulegamy jej wpływom. Już w tej chwili corocznie ok. 150 tysięcy Polaków wyjeżdża do zagranicznych parków rozrywki. Najwięcej do Disneylandu pod Paryżem. Popularny jest też Europa-Park w Niemczech przy granicy z Francją, Heide Park między Hamburgiem a Hanowerem czy włoski Gardaland w okolicach Werony. A co będzie za parę lat jak staniemy się gospodarczą potęgą pod rządami PiS-u? Czy mamy nadal szukać frywolnej rozrywki tam, gdzie na każdym kroku grozi nam zło i  zgorszenie, będące jak głosi najwyższy autorytet, ksiądz Oko, szatańskim produktem ideologii gender i multikulti.

Paryski Disneyland jest z tych parków najdroższy! 1000 zł za jeden dzień dla czteroosobowej rodziny. Ludzie mimo wszystko chcą tam jeździć, bo jest najbardziej rozpoznawalny. Nasiąkli  liberalną doktryną Kongresu Liberalnego Tuska, że człowiekowi wolno wszystko co mu sprawia przyjemność.

Polacy, którzy z natury są gotowi przyjmować bezkrytycznie zachodnie wzory, szukają więc rozrywki za granicą. Część z nich połknęła zachodniego bakcyla i chce spędzać czas wolny w takich parkach, które spełnią ich specyficzne gusty. Wiele parków bazuje na bohaterach z filmów fabularnych i animowanych oraz na postaciach popkultury. Przykładowo w parkach Disneyland czy Universal Studios można znaleźć i Harry'ego Pottera, i Indianę Jonesa, Simpsonów, a także "Jurassic Park" lub  Aerosmith. Takie atrakcje robią piorunujące wrażenie, nawet na największych malkontentach.

Trudno się dziwić, że znaleźli się inicjatorzy utworzenia naszego rodzimego parku rozrywki na stu kilkudziesięciu hektarach pięknej puszczy pod Grodziskiem Mazowieckim (park krajobrazowy!). Twierdzą oni, że w ten sposób przynajmniej las ocaleje przed wyrębem, czyli morderczą egzekucją realizowaną bezpardonowo i skutecznie przez samowładną instytucję biznesową o nazwie Lasy Państwowe.

Ideą naszego parku rozrywki winno się stać ograniczenie naśladownictwa wzorów zachodnich. To że zidiociali Francuzi mają swój kretyński park Asterixa nie znaczy że mamy ich małpować i  trzeba mieć sieczkę w głowie żeby się podniecać plastikowymi krokodylami i kukłą Indiany Jonesa.

Nie wiemy dokładnie jakie pomysły wpadną do głowy inwestorom, którzy wydeptują ścieżki organów rządowych, by zdobyć koncesję na to oryginalne przedsięwzięcie. Dobrze byłoby urządzić taki park na kanwie znanej powieści dla dzieci i młodzieży, „O krasnoludkach i sierotce Marysi”, ale ostatnie odkrycia dotyczące skłonności lesbijskich jej autorki dyskwalifikują ten pomysł w zupełności. Można się spodziewać, że w tej sytuacji spróbują oni skorzystać skrzętnie z pomocy elit potencjalnej, nowej ekipy rządzącej. Wiele mądrego mogłaby podsunąć prawdziwa intelektualna  tęcza Sejmu, wybitna posłanka PiS-u, Krystyna Pawłowicz, tylko zachodzi obawa, że może się zapamiętać i rzucić przy okazji kloacznymi epitetami. W odwodzie pozostaje  na szczęście specjalista w zakresie samoobrony, doświadczony w boju, internacjonalista - europoseł Richard Henry Francis Czarnecki, który z niejednego pieca chleb jadł, zna się na wszystkim, nawet na piłce siatkowej i stanowi kwintesencję partyjnego guru. 

On to właśnie z emfazą zaproponuje, żeby był to park pod wezwaniem prezesa Jarosława Wielkiego. Będzie w nim dziesięć karuzeli z imionami najwybitniejszych Polaków, czyli polityków z zarządu PiS-u, a dodatkowo mini-karuzelka na cześć, wszakże wyklętej, ale stojącej na czele krucjaty przeciwko gehennie gender, Beatki Kępy. W całym parku zagrzmią megafony, jak na słynnych Parteitagach NSDAP, z audycjami radia Maryja, a przy karuzelach stać będą kapliczki - świątynie dumania, gdzie pobożni turyści z całymi rodzinami znajdą miejsce wytchnienia i modlitwy. To jest tylko zarzewie pomysłów na urządzenie narodowo-polskiego Parku Rozrywki jako antidotum na zło i zgniliznę moralną, którą niesie ze sobą zachodnia cywilizacja. Jest szansa, że ten projekt spotka się z aprobatą ministra kultury, bo park  byłby miejscem kultu najlepszych Polaków, można się więc spodziewać wsparcia pieniężnego na ten zbożny cel, a episkopat polski w darze przekaże cały dochód z tac kościelnych zebranych we wszystkich kościołach w niedzielę niehandlową.

Nie będę snuł dalej rozważań nad projektem, zwłaszcza że nie chciałbym ograniczać inwencji   osób kreatywnych. Myślę, że jednak trafiłem celnie w odpowiedzi na pytanie – czego nam brakuje do szczęścia? No właśnie – narodowego, czysto polskiego, patriotycznego Parku Rozrywki.

Wiem że taki park miał powstać  w Wałbrzychu na bazie dawnej kopalni węgla kamiennego Julia, ale wszystko potoczyło się w innym, laickim kierunku, ku zgorszeniu prawdziwych Polaków z PiS. 

Nie spełnia tych warunków Park Książański, zwłaszcza gdy zamek Książ został opanowany przez mafijną sitwę proniemieckich konspiratorów, którym śni się powrót do pałacu  potomków niemieckiego rodu Hochbergów, kryjącymi się pod skrzydłami walijskiej księżnej Daisy.

Ale Wałbrzych ma jeszcze inne parki i miejsca zalesione w samym centrum. Skoro mamy już Plac Solidarności na Rozdrożu, deptak imieniem Lecha, to nic nie stoi na przeszkodzie by jak najszybciej, ceremonialnie, z udziałem dostojników duchownych i świeckich położyć cegłę pod budowę Wałbrzyskiego Parku Rozrywki im. Jarosława np. w Parku Miejskim im. Sobieskiego. Mariaż Sobieskiego z Jarosławem jest całkiem na miejscu – obydwaj są symbolem tarczy chroniącej nas Polaków- katolików przed innowiercami.

A dla wszelkich takich drogocennych inicjatyw mamy przecież w IV Rzeczpospolitej zielone światło.


Fot. Zbigniew Dawidowicz


poniedziałek, 21 maja 2018

Na ramię broń !




„Gdy znów do murów klajstrem świeżym
przylepiać zaczną obwieszczenia,
gdy „do ludności”, „do żołnierzy”
na alarm czarny druk uderzy
i byle drab, i byle szczeniak
w odwieczne kłamstwo ich uwierzy,
że trzeba iść i z armat walić,
mordować, grabić, truć i palić,
gdy zaczną na tysięczną modłę
ojczyznę szarpać deklinacją
i judzić kolorowym godłem
i judzić „historyczną racją”,
o piędzi, chwale i rubieży,
o ojcach, dziadach i sztandarach,
o bohaterach i ofiarach;
gdy wyjdzie biskup, pastor, rabin
pobłogosławić twój karabin,
bo mu sam Pan Bóg szepnął z nieba,
ze za ojczyznę bić się trzeba

O przyjacielu nieuczony,
mój bliźni z tej czy innej ziemi,
wiedz że na trwogę biją dzwony ! …

(Julian Tuwim, Do prostego człowieka)

Przytoczyłem fragment wiersza Juliana Tuwima,  moim zdaniem, jednego z najważniejszych i najmądrzejszych w jego twórczości, ale zarazem wiersza przygnębiającego. A to dlatego, że te bijące na trwogę dzwony potrafią przestraszyć tylko garstkę rozsądnych i wrażliwych Polaków. Zdecydowana większość z nich pojmuje patriotyzm jako obowiązek walki z bronią w ręku o niepodległość, przy czym wroga wskazuje władza państwowa. Ucząc się historii, poznając fakty (nie mówię o ich dowolnej interpretacji, zależnej od politycznych celów), mniej więcej zdajemy sobie sprawę z przebiegu wydarzeń i wielkości ofiar, jakie ponieśliśmy w tej walce w dalszej i nie tak znów odległej przeszłości. Lata mijają, świat się zmienia, a my wciąż wracamy do zgranej, abstrakcyjnej, nieadekwatnej już zupełnie do współczesnej rzeczywistości, nuty znanej z pieśni bojowej:

„Patrz Kościuszko na nas z nieba,
jak w krwi wrogów będziem brodzić,
twego miecza nam potrzeba,
by Ojczyznę oswobodzić.
Wolność droga w białej szacie
złotym skrzydłem w górę leci,
na jej czole, patrzaj bracie,
jak swobody gwiazda świeci.

Refren: Oto jest wolności śpiew, śpiew, śpiew
My za nią przelejem krew, krew, krew !

Z naszym duchem i orężem
Polak ziemię oswobodzi,
Zdrajca pierzchnie, my zwyciężym,
Bo wódz śmiały nam przewodzi.
Tylko razem, tylko w zgodzie,
a powstańców bedziem wzorem.
Wszak dyktator przy narodzie,
cały naród z dyktatorem!

Ref. Oto jest wolności…

(Słowa: Rajnold Suchodolski, tempo poloneza)

I jeszcze jeden fragment pieśni patriotycznej  z przeszłości przywołam, a jest to „Warszawianka” z roku 1831, slowa (żeby było dowcipniej) Francuza, Casimira Delavigne, w tłumaczeniu Karola Sienkiewicza:

Oto dziś dzień krwi i chwały,
Oby dniem wskrzeszenia był!
W gwiazdę Francji Orzeł Biały
Patrząc, lot swój w niebo wzbił.
A nadzieją podniecony
woła do nas z różnych stron:
Powstań Polsko, rzuć kajdany,
dziś Twój triumf, albo zgon!

Ref. Hej kto Polak na bagnety!
Żyj swobodo, Polsko żyj!
Takim hasłem cnej podniety
trąbo nasza, wrogom grzmij! (bis)…

Grzmijcie bębny, ryczcie działa,
dalej dzieci w gęsty szyk.
Wiedzie hufce wolność, chwała,
triumf błyska w ostrzu pik.
Leć nasz Orle w górnym pędzie
sławie, Polsce, światu służ.
Kto przeżyje  -  wolnym będzie.
Kto umiera  wolnym już.

Ref. Hej kto Polak …

Pieśni patriotyczne powstawały w przeszłości, w warunkach niewoli zaborczej. To są piękne pieśni, słuchamy ich i śpiewamy ze wzruszeniem. Ale to są pieśni historyczne. Pamiętamy je częściej z powodu wpadającej w ucho melodii, mniej zaś ze względu na treść. A ich treść budzi dziś refleksję. Nie wolno nam używać ich jako idei przewodniej politycznych programów, jako celów wychowawczych społeczeństwa. Co z nich wynika?

Nie ma większej wartości jak to, by za ojczyznę przelać krew. To żeby dla niej żyć i pracować się nie liczy. To żeby dbać o jej dobre imię też. To żeby pokazać innym, ze jesteśmy narodem  gościnnym, przyjaznym dla innych, nowoczesnym, że mamy za sobą sanacyjną i komunistyczną przeszłość, która wiele nas nauczyła – to wszystko nie ma znaczenia.

Liczy się tylko to, by utrzymać zdobytą władzę, bo taki jest cel polityczny partii, o złudnej nazwie Prawo i Sprawiedliwość. Wszystko inne, w tym także ideologia, są środkiem do osiągnięcia celu.

Jak napisał Orwell "Polityka zostało wymyślona po to żeby KŁAMSTWO brzmiało jak PRAWDA". W Polsce jest to widoczne jak na dłoni.

Myślę, że nie muszę kontynuować tego wywodu, bo jest on jasny i zrozumiały. Mamy właśnie klasyczny przykład traktowania przez PiS idei patriotyzmu do tego, by pozyskiwać poparcie w wyborach.
Obłędna pazerność jest przyrodzoną cechą tzw. aparatu solidarnościowego. Czy ktoś może podać choć jeden przykład zasłużonego działacza "walki o niepodległość", który przy tej okazji nie zbił majątku, jakoś dziwnie zapominając o zwykłej przyzwoitości.
To co się stało i zostało ujawnione z premiowaniem ministrów przez byłą premier rządu, która kasę państwową traktowała jak własną – jest tego niezbitym dowodem.
Rządzący biorą chyba przykład z pazernego kleru. Starzy kawalerowie w sukienkach nie mają żadnych skrupułów w ograbianiu Polski.
To się nazywa alienacją władzy (odizolowanie, wyobcowanie od społeczeństwa). Zjawisko to nazwał i opisał Karol Marks. Warto czytać tego autora.

"Nie znam nikogo kto od czytania Marksa został komunistą, za to znam wielu, którzy stracili wiarę na skutek kontaktów z księżmi" -   to znamienne słowa przypisywane  księdzu Józefowi Tischnerowi.

Wiara w zamach smoleński stała się nową religią, a religia w Polsce jest chroniona prawem.
Kto nie wierzy w zamach w Smoleńsku, ten obraża uczucia religijne i powinien gnić w więzieniu z takimi seryjnymi przestępcami, jak Doda, Nergal, profesor Dawkins lub cyrk Monty Pythona.

Wszystko to wiemy i traktujemy jak „prawdy objawione”, ale i tak jedyną ideą przewodnią i wytyczna jest dla nas to, co napisała swego czasu w słynnej „Rocie”, dziś wyklęta przez PiS Maria Konopnicka, który to tekst przytaczam w całości:

Nie rzucim ziemi skąd nasz ród,
Nie damy pogrześć mowy,
Polski my naród, polski lud,
Królewski szczep piastowy.
Nie damy by nas gnębił wróg!

Tak nam dopomóż Bóg!
Tak nam dopomóż Bóg!


Do krwi ostatniej kropli z żył
Bronić będziemy ducha,
Aż się rozpadnie w proch i w pył
Krzyżacka zawierucha.
Twierdzą nam będzie każdy próg.

Tak nam dopomóż Bóg!
Tak nam dopomóż Bóg!


Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz,
Ni dzieci nam germanił!
Orężny wstanie hufiec nasz,
Duch będzie nam hetmanił.
Pójdziem, gdy zabrzmi złoty róg.

Tak nam dopomóż Bóg!
Tak nam dopomóż Bóg!


Nie damy miana Polski zgnieść,
Nie pójdziem żywo w trumnę
W Ojczyzny imię i w jej cześć
Podnosim czoła dumne.
Odzyska ziemię dziadów wnuk.

Tak nam dopomóż Bóg!
Tak nam dopomóż Bóg! 


To właśnie my jesteśmy wnukami dziadów z czasów Marii Konopnickiej a więc winniśmy spełnić Jej wiarę w odzyskanie ziemi, która niegdyś należała do Polaków. Nie ma więc na co czekać. Na ramię broń !

Fot. Zbigniew Dawidowicz

niedziela, 20 maja 2018

O naszym multikulti




Murzynek Bambo w Afryce mieszka,
Czarną ma skórę ten nasz koleżka.

Uczy się pilnie przez całe ranki
Ze swej murzyńskiej Pierwszej czytanki.

A gdy do domu ze szkoły wraca,
Psoci, figluje - to jego praca.

Aż mama krzyczy: "Bambo, łobuzie!"
A Bambo czarną nadyma buzię.

Mama powiada: "Napij się mleka",
A on na drzewo mamie ucieka.

Mama powiada: "Chodź do kąpieli",
A on się boi, że się wybieli.

Lecz mama kocha swojego synka,
Bo dobry chłopak z tego Murzynka.

Szkoda, że Bambo czarny, wesoły,
Nie chodzi razem z nami do szkoły.


Tak sobie myślę, że wszyscy adepci szkół podstawowych w pierwszych latach powojennych znają i pamiętają ten wiersz dla dzieci Juliana Tuwima. Przypominam sobie, że jako ośmioletni pędrak deklamowałem go w szkole na apelu z wymalowaną na czarno gębą, a myśl o tym, że taki mały czarny Murzynek mógłby być naszym szkolnym kolegą rozpierała mi z dumy wątłe piersi.

Co się stało, że taki jak ten wierszyk nie ma miejsca w dzisiejszej szkole, a w ogóle sama myśl o tym, że w niej mogliby się znaleźć czarni, skośnoocy lub czerwonoskórzy innowiercy, albo też arabskie młokosy w turbanach, woła o pomstę do nieba, a świebodzicka nauczycielka – polityk PiS, mianowana ministrem oświaty, dostałaby oczopląsu. Nasza „pisowska szkoła” musi być czysta etnicznie, a znaleźć się w niej mogą tylko dzieci z rodowitych rodzin polskojęzycznych.


Nie tak dawno obiecujący polityk, wiceprezes Ruchu Narodowego, Krzysztof Bosak zastanawiał się na Twitterze, czy rzeczywiście teoria heliocentryczna jest tak oczywista, jak się ją powszechnie uznaje,  a teraz na celownik wziął Hindusów w Uber Eats.

Były poseł (dostał się do Sejmu z list Ligi Polskich Rodzin w 2005 roku) podzielił się swoimi przemyśleniami na temat tego, kto w Warszawie rozwozi jedzenie (Uber Eats współpracuje z restauracjami i poprzez aplikację pozwala na zamawianie do domu) i jakie mogą być tego konsekwencje dla Polski.

Właśnie minął mnie kierowca Uber Eats - Hindus w turbanie pedałując na rowerze. Czy to żeby pewna grupa ludzi miała zawiezione jedzenie zamiast pójść samodzielnie do baru lub sklepu jest tak istotną potrzebą gospodarczą że chcemy iść w multikulti? Czy ta sprawa nie wymaga debaty? - napisał Krzysztof Bosak.

Wiemy o tym, że poglądy narodowca Bosaka znajdują uznanie i poparcie PiS-owskiej władzy, która szczyci się tym, że zamknęła granice m.in. dla syryjskich emigrantów, uciekających z kraju ogarniętego totalną wojną domową. Stanowisko tej władzy znajduje poparcie duchownych kościoła katolickiego i pozwala odnosić się krytyczne do multikulti, to jest do idei, modelu społecznego i doktryny politycznej, w których postuluje się równorzędność kultur w społeczeństwach zróżnicowanych etnicznie, kulturowo, religijnie. Epitet multikulti, podobnie jak złowrogi gender,  używany jest zwykle z nacechowaniem pejoratywnym. Przeciwnicy idei wielokulturowości widzą w niej rozbicie społeczeństwa na obce sobie grupy i wewnętrzną destabilizację społeczną.

Wielokulturowość (ang. multiculturalism), jak czytam na internetowej stronie Wikipedii, to  idea i model społeczny, według której społeczeństwo powinno cechować się występowaniem grup o różnym pochodzeniu i wyznających odmienne systemy normatywne. Typowymi społecznościami wielonarodowymi są społeczności amerykańska i kanadyjska, w Europie zaś można zaobserwować proces tworzenia się wielokulturowości od II połowy XX wieku w takich społeczeństwach jak brytyjska, francuska czy niemiecka. Większość krajów europejskich jak dotąd pozostawała monolityczna (z wyłączeniem kolonii), nie licząc państw federacyjnych takich jak np. Austro-Węgry. Polska obecnie na tym tle jest krajem stosunkowo jednolitym.

Otóż to. Cieszymy się niezmiernie z tej jednolitości w obronie której stoją zastępy naszej policji i wojska. Jest czego bronić, bo ta Zachodnia wielokulturowość mogłaby przynieść ze sobą zgorszenie etyczne i obyczajowe, a tak jesteśmy silni, zwarci i gotowi. Zastępy narodowców pod hasłem: Bóg, honor i Ojczyzna, podnoszą swą sprawność bojową i są w stanie bronić naszej jednokulturowości do ostatniej kropli krwi.

Nie oznacza to wcale, że jesteśmy wolni bez reszty od multikulti. W naszym jednolitym narodowościowo i religijnie społeczeństwie widoczne są istotne różnice chociażby w obrzędach i obyczajowości pomiędzy poszczególnymi regionami kraju albo pomiedzy miastem a wsią.  Nikt na wsi lub w małych miasteczkach nie korzysta np. z usług Hindusów takiej firmy jak Uber Eats, co tak mocno oburzyło ex- posła Bosaka. Dają się zauważyć dysproporcje w poziomie kulturalnym i umysłowym społeczeństwa, w stosunku mas ludowych do ludzi kultury i sztuki, do polityków i duchownych. To zróżnicowanie spędza sen z oczu naszym patriotycznie uczulonym władzom państwowym. Udzielają one pełnego poparcia inicjatywom, które eliminują tego rodzaju multikulti.
Posłużę się chociażby dwoma przykładami takich inicjatyw z naszego podwórka, które potwierdzają jak ważne jest eliminowanie multikulti pomiędzy dużymi, a małymi miastami.

19 maja o godz. 16.30 w wałbrzyskim Centrum Nauki i Sztuki „Stara Kopalnia” na deskach scenicznych wystąpiła  Głuszycka Grupa Teatralna ze spektaklem teatralnym „Znowu wojna”. Scenariusz do II części projektu „Ziemi Obiecanej Włókniarzy” napisał Robert Delegiewicz, wałbrzyski aktor zamieszkały w Głuszycy, który jednocześnie wyreżyserował przedstawienie i zagrał rolę Księdza Andrzeja.

28 maja o godz. 17.00 Centrum Kultury i Miejska Biblioteka Publiczna w Głuszycy zapraszają do siebie na spotkanie autorskie z Wiesławą Kamińską, założycielką grupy poetyckiej „Erato”, wałbrzyską poetką, zasłużoną w pracy edukacyjnej z dziećmi i młodzieżą.  Postara się Ona zabawić i skłonić do refleksji uczestników pełnymi emocji i erotyki wierszami. Na spotkaniu zapowiedział swój udział znakomity Roman Gileta, emerytowany dziennikarz wałbrzyski, pisarz i poeta, patronujący wałbrzyskiej grupie literackiej. Obydwoje zostali niedawno odznaczeni tytułem „Zasłużony dla Kultury Polskiej” nadanym przez ministra kultury i dziedzictwa narodowego. To pierwsze takie tytuły przyznane wałbrzyszanom. 

Tak więc głuszycki teatr gościł w Wałbrzychu, a wałbrzyscy poeci przyjadą do Głuszycy. Oto znamienny przykład koleżeńskiej współpracy dużego miasta Wałbrzycha z małą, ale za to bardzo aktywną na niwie kultury Głuszycą.

I o to chodzi by wspierać pozytywne przejawy aktywności w dziedzinie kultury z wykorzystaniem własnych, drzemiących w narodzie talentów. A tego rodzaju wymiana pomiędzy miastami i wsiami w zupełności wystarczy i jest w stanie wyeliminować obce nam duchowo i materialnie trendy parszywej, zachodnioeuropejskiej wielokulturowości. Mamy własne miejsko-wiejskie multikulti i to nam w zupełności wystarczy. A czarnoskórego Bambo możemy z przyjemnością pooglądać na filmikach ze słonecznej Afryki, albo w amerykańskich horrorach w kinach lub na antenie telewizyjnej Polsatu.

I to byłoby na tyle w tą majową niedzielę. Amen !





sobota, 19 maja 2018

Gramy w Makao!




Tytuł mojego dzisiejszego postu zelektryzuje  przede wszystkim tych, którzy lubią grę w karty. Makao jest jedną z popularnych gier i jest dobrą rozrywką w zimowe wieczory, zwłaszcza że nie jest to gra hazardowa.

Zupełnie inaczej ma się rzecz  z geograficzną nazwą jednego z przeuroczych miejsc na ziemi, znanego zwłaszcza amatorom ruletki, blackjacku, solty lub innych gier oferowanych w nocnych kasynach. Takim miejscem jest właśnie pozostające nieco w cieniu wielkiego Hongkongu, ale blisko niego położone, chińskie miasto – Makao.

Makao jest średniej wielkości miastem, położonym na półwyspie oraz dwóch wyspach. Jeszcze do 1999 roku było portugalską kolonią, od tego czasu jest Specjalną Strefą Administracyjną Chin.

Makao jest królestwem hazardu, liczbą kasyn dorównuje niemal Monte Carlo. To nie kasyna są jednak magnesem dla prawdziwych turystów, ani też podróżników.  Przybywają tu tłumnie dla zupełnie innych atrakcji. 

W Makao dominuje europejska (portugalska) architektura, obok buddyjskich świątyń jest tu wiele chrześcijańskich kościołów, nawet ulice mają portugalskie nazwy, chwilami można się poczuć prawie jak w Lizbonie. Sporo jest ciekawych miejsc do zobaczenia, budynki są zadbane, na ulicach jest bardzo czysto, słowem bardzo przyjemne miasto.

Stare miasto Macau, znane również jako Centrum Historyczne Macau, jest miejscem, w którym koegzystują przedstawiciele dwóch narodowości - Portugalczycy i Chińczycy. Jest zlokalizowane na terenie dawnej portugalskiej kolonii, tuż przy jej granicy z Chinami. Na architekturę i kulturę miasta  miały wpływ obie narodowości. Macau zostało wpisane na listę dziedzictwa kultury UNESCO w 2005 roku. Znajduje się w nim wiele zabytkowych ulic, domów, a także innych zabudowań religijnych i publicznych. Dużo kasyn (przychody większe niż w Las Vegas). Bogata kuchnia (azjatycka, europejska).

Jeden dobrze zaplanowany dzień wystarczy na zwiedzenie wszystkiego co najważniejsze. Warto tez "pobłądzić" wąskimi uliczkami i zobaczyć to czego przewodniki nie opisują.

No właśnie. W tej chwili moi Czytelnicy zadają sobie pytanie, czy autor blogu przypadkiem nie „pobłądził” serwując informacje o chińskim Makao, a przecież tytuł wskazuje, że chodzi o grę w makao.

Otóż nie, tytuł jest całkiem na miejscu, a zrodził się w mojej głowie w momencie, gdy na internetowym portalu znalazłem informację, że w dniach 22 – 24 maja reprezentacja polskich siatkarek grać będzie o dalsze uczestniczenie w rozgrywkach Ligi Światowej, zwanej obecnie Pucharem Narodów – w egzotycznym chińsko-portugalskim Makao. Przeciwnikami Polek będą siatkarki Chin, Tajlandii i Korei Południowej. Tak więc w trzech dniach grać będą nasze „złotka” trzy kolejne mecze. Zdobycie pierwszego miejsca w tej grupie gwarantuje udział w dalszych etapach rozgrywek.

Bardzo ciężkie zadanie stoi przed naszą odmłodzoną reprezentacją. Mam nadzieję, że da  sobie radę, a ponieważ jestem kibicem siatkówki, czekam na te mecze, jak zawsze w napięciu i niepokoju.

Ale myślę nie tylko o meczach. Jestem ciekaw, czy nasze siatkarki znajdą czas by zwiedzić atrakcyjne miasto Makao. Ta podróż na kraniec azjatyckiego kontynentu jest na pewno dla wielu z nich niezwykłym przeżyciem. Mecze rozgrywane są po południu, tak więc do południa znajdzie się czas na spacery do centrum handlowego i poznanie największych zabytków. Być może coś niecoś  pokaże nam telewizja przy okazji transmisji z meczów.

Zainteresowanie rozgrywkami sportowymi stanowi  nie tylko rozrywkę. Daje możliwość do lepszego poznania świata. Oglądanie w telewizyjnym Eurosporcie relacji z wyścigów kolarskich jest dla mnie za każdym razem ogromnym przeżyciem. Przy okazji emocji sportowych mam możliwość podziwiania widoków z trasy wyścigu nagrywanych z górnych pułapów śmigłowca. W ten sposób oglądam krajobrazy i zabudowania miast i wsi nie tylko naszych europejskich krajów, takich jak Hiszpania, Włochy, Francja, Belgia lub Holandia, ale także np. z dalekiej Kalifornii w Stanach Zjednoczonych .

Nie ukrywam, że zachęcam moich Czytelników do kibicowania. Siatkówkę lub kolarstwo, a także inne dyscyhpliny sportowe, ogląda się z przyjemnością w domowym zaciszu, nie mówiąc o emocjach, które im towarzyszą.

Proszę więc zapamiętać: we wtorek, środę i czwartek  -  Gramy w Makao !


Fot. Zbigniew Dawidowicz