Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Medialny, bajkowy świat



Póki co wiem jedno, że od paru lat w naszych mediach bezsprzecznie i bezdyskusyjnie Polacy żyją „Royal Baby”. Nie ma dla nas nic ważniejszego. Gotowi bylibyśmy wszyscy jak stoimy ruszyć do Londynu, by zobaczyć na własne oczy kolejne maleństwa księżnej Kate Middelton, od 2011 roku żony brytyjskiego księcia Williama. Bo przecież tym żyje cały świat.  Wszyscy interesują się "operą mydlaną" w sercu brytyjskiej polityki. Zamiast systemu prezydenckiego Brytyjczycy mają monarchię, a jej częścią jest koloryt i historie, które dzieją się w rodzinie królewskiej i to jest dla nas, w oczach mediów - najważniejsze.

Cały niemal świat, jak czytam lub słyszę we wszystkich dostępnych mediach,  raduje się i interesuje narodzinami maleństw książęcej pary, a co za tym idzie ruszyła machina marketingowa, książęce dzieci spowodowały ukazanie się na rynku lawiny pamiątek z tym faktem związanych.

Kiedy przyszło na świat pierwsze dziecko i to męski protoplasta królewskiego rodu, książę George, światowe media wprost oszalały. Nie było ważniejszego tematu. W ślad za tym poszła cała machina biznesowa.

 Australijska Pandora wypuściła na rynek specjalny charms, nazwany Royal Baby Carriage,  lansowanie go było bardzo oczekiwane przez kolekcjonerów Pandory bowiem należy do tzw. limitek.
Royal Baby Carriage jest charmsem - wózeczkiem, ma specjalny grawer 2013, złoconą koronę i ozdobiony został cyrkonią. Cena 55 GBP.

Boleję nad tym, że nie stałem się nigdy szczęśliwcem, nie mam królewskiego charmsu  z zaślubin 31-letniej księżnej Kate z księciem Williamem, a Royal Baby Carriage jest dla mnie w sferze marzeń tak samo jak kwota 55 GBP, a w dodatku musiałbym udać się w celu jej nabycia do Australii.

Martwi mnie, że w momencie ogólnoświatowej medialnej euforii i zafascynowania widokiem książęcej pary z maleńkim „baby royal” w zawiniątku po wyjściu z kliniki położniczej, znalazł się jakiś tam pojedynczy mizantrop, który ośmielił się w komentarzu pod tą rewelacyjną informacją napisać:

"Narodziny kolejnego celebryty - "Royal Baby" przyjąłem ze spokojem, bo mają one znikomą wartość w naszym życiu".

Jak to znikomą wartość, chyba bezduszny „Angol” żyje na innej planecie. Gdyby znał nasz język i otworzył w tych wielkich dniach okienka TVN24, tam od rana do wieczora, a także godzinach nocnych można było śledzić non stop brzemienne wydarzenia (to słowo „brzemienne” jest tu szczególnie celne) związane z aktem narodzin prawdopodobnego przyszłego monarchy na Wyspach Brytyjskich, a więc dla nas z krwi i kości Londyńczyków to rzecz szczególnej wagi, wobec której cała reszta dotycząca  groteskowego kraju nad Wisłą jest milczeniem.

A przecież to co opisałem było zaledwie preludium tego wszystkiego, co nas podnieca do białości w związku z tym, że serial narodzin książątek, jak można się spodziewać, wcale się nie skończył. Jak dobrze pójdzie, to jego emisje pobiją rekord amerykańskiej szmiry pod nazwą „Moda na sukces”. Piszę to pod wrażeniem euforii przy urodzinach zarówno drugiej z kolei Royal Baby, księżnej Charlotty, a także trzeciego potomka, Louisa Artthura Charlesa, urodzonego dwa miesiące temu. Setki, a może już tysiące fotosów przesympatycznej rodzinki Katy i Williama ze swoimi latoroślami potrafią zmiękczyć serca twarde jak melafiry w głuszyckich kamieniołomach i wzruszyć do łez.

Ale newsy medialne związane z rozrostem rodziny królewskiej nie są jedynymi rozpalającymi do granic wytrzymałości umysły i serca odbiorców. Co rusz dowiadujemy się o coraz to nowych sensacjach.

Księżna Kate w grudniu 2015 roku została mianowana honorowym dowódcą brytyjskich sił lotniczych. Właśnie była gościem obchodów 75. rocznicy powstania RAF. Na tę okazję wybrała niezwykle efektowny komplet w najmodniejszym w tym sezonie odcieniu niebieskim. Co dokładnie miała na sobie? 

Księżna miała na sobie płaszczyk Alexander McQueen (założony po raz trzeci) w modnym niebieskim odcieniu. Do tego dobrała toczek marki Lock&Co, szpilki Gianvito Rossi i ulubione kolczyki Diamond Drop. Zapamiętajcie Panie nazwy tych firm, by wiedzieć w co się ubrać, by być na topie.
 
Ale piszę o tym wszystkim z zawiścią, bo czuję się jako Polak niedowartościowany. Gdyby tak u nas na zamku królewskim zamieszkała rodzina królewska Dudów. Jest to możliwe, bo prezydent pisze już nową konstytucję. Prezes J.K. stałby się Naczelnikiem Państwa, a obok tego utworzylibyśmy ponownie monarchię, nawiązując do czasów Stanisława Augusta Poniatowskiego. Postępując rozsądnie udałoby się nam stosując krymski manewr Putina połączyć się unią personalną z Litwą i Białorusią, wskrzeszając tym sposobem tradycje Jagiellonów. Andrzejowi dodalibyśmy drugie imię August, a rodzina królewska Dudów osiadłaby na tronie. Insygnia królewskie na Wawelu już na to czekają. Najważniejsze, że miałby wtedy kto stać na straży prawa i sprawiedliwości zamiast skompromitowanego Trybunału Konstytucyjnego. Jeszcze trochę i mielibyśmy czym świat zauroczyć, bo Agata Duda, choć małomówna jest bardzo powabna, wcale nie gorsza od Kate, a córeczka Kinga może mieć nie byle jakie wzięcie, tak więc przyszłość rodu jest zapewniona. Wyobraźmy sobie uroczystość koronacji pary królewskiej w katedrze na Wawelu. Złocistą koronę wysadzoną brylantami założyliby wspólnie Naczelnik Państwa z Ojcem Rydzykiem. A w ślad za tym nastąpiłyby z czasem spektakularne seanse narodzin potomstwa rodu królewskiego, poślubionej przez arabskiego szeika powabnej Kingi. Brytyjskie misteria urodzinowe  byłyby przy tym jak małe piwo, a jaka gratka dla naszych krajowych mediów, zwłaszcza TVP Kurskiego!
Oj, łza się w oku kręci, co by to było za wydarzenie. Pomyślmy tak poważnie nad tym wszystkim. Przecież nas stać na stworzenie równego brytyjskiemu świata bajkowego. 

 Od dziś staję się monarchistą i  w miejsce KOD powołuję Komitet Obrony Monarchii. 

Rodacy chodźcie ze mną !

P.S.
Jak się dowiaduję Polski Ruch Monarchistyczny, którego celem jest reaktywowanie królestwa już istnieje. W 1991 r. niejaki Leszek Wierzchowski założył  partię polityczną, której celem jest ustanowienie monarchii konstytucyjnej w Rzeczypospolitej.
Tytuły Leszka Wierzchowskiego brzmią co najmniej imponująco: Regent Polski, Wielki Kniaź Ukrainy-Rusi, Kniaź Imperium Rosji, Emir Tatarów. Polski Ruch Monarchistyczny u zarania swoich dziejów, po rozmowach z wysoko urodzonymi i za zgodą przedstawiciela starej arystokracji noszącego historyczne nazwisko, wyłonił swojego kandydata jako pretendenta do tronu. Kandydat do polskiej korony póki co  jest tajemnicą. Jak opowiada regent, do jego organizacji należy już ponad tysiąc osób.

Ale to wszystko nie ma już znaczenia. Przecież znamy imię właściwego pretendenta partii rządzącej PiS. Jest nim Jezus Chrystus Król. I sprawa monarchii w Rzeczpospolitej się zamyka. Problem tylko w tym, kto będzie Jego wybranką, czy urodzą się dzieci i  kim będą potomkowie? Jedno tylko jest pewne. Mielibyśmy się czym interesować i zachwycać w medialnym, bajkowym świecie, a brytyjska rodzina królewska zeszłaby niewątpliwie na  dalszy plan.

niedziela, 17 czerwca 2018

Było, minęło



Na początek przypomnę tylko, co Adam Mickiewicz pisał w „Odzie do młodości”. A pisał m.in.:

Młodości! dodaj mi skrzydła!
Niech nad martwym wzlecę światem
W rajską dziedzinę ułudy:
Kędy zapał tworzy cudy,
Nowości potrząsa kwiatem
I obleka w nadziei złote malowidła.

Młodości, ty nad poziomy wylatuj;
 a okiem słońca, ludzkości całe ogromy
ogarnij z końca do końca !

Jestem na tym pułapie dojrzałości, kiedy z nutką żalu i czułości mogę pomyśleć o tym  co -  było, minęło!

Niegasnący entuzjazm młodych lat mam już za sobą, rajska dziedzina ułudy z dawna uleciała, a widziane oczyma młodzieńca „złote malowidła” okazały się  zwykłą podróbką, tak jak pierścionek kupiony przeze mnie we Lwowie od sprytnego Ukraińca, który okazał się po powrocie do domu zwykłym tombakiem.

Ale nie upadam na duchu, mimo zawodów i rozczarowań. Rzeczą niezmiernie pozytywną jest to, że w skarbcu pamięci zachowały się głównie prawdziwe kosztowności, a nie fałszywki, tak więc odżywają wspomnienia przede wszystkim tego, co było optymistyczne, co nastrajało pozytywnie do życia.

Dlatego dziś do moich Czytelników kieruję następującą rymowankę:

Ciesz się reminiscencją z dawnych lat młodości
i wiedz, że czas ucieka, lecz w sercu zostaje,
to co było spełnieniem prawdziwej miłości,
to zawsze będzie pachnieć lipcem, czerwcem, majem .

To co było uśmiechem w gąszczu zaplątanym
otaczało balsamem skołotane serce,
i szeptało ci w ucho – nie jesteś tytanem
rób co możesz, a plony otaczaj kobiercem.


Wiedz, że życia nam zawsze za mało, za mało,
więc ceń wszystko co było i co pozostało !


Już niedługo będziemy o wiośnie mogli powiedzieć: była, minęła. Ale wiosna w tym roku nie zawiodła. Przyszła wcześniej niż dotąd, otulała nas ciepłymi skrzydłami iskrzącymi słońcem. Maj okazał się miesiącem, którego długo nie zapomną tegoroczni maturzyści, bo będzie on im się kojarzyć z porannymi spacerami do szkoły w blasku złocistych alei parkowych i długimi wieczorami na łonie natury. No a czerwiec?  Nie, nie można inaczej. Tegoroczny czerwiec może opisać tylko poeta. Oto przecudna miniaturka Danuty Capliez-Delcroix Bylińskiej:


posłuchaj


deszcze czerwcowe szepczą pacierze
wilgotnym świtem głos niesie w drzewach
wystarczy chwilę wsłuchać się uwierz
oddechem głębszym dzień zaraz śpiewa


zieleń wiosenna w pełnym rozkwicie
napawa wnętrze darem spokoju
wnet radość wbiega w szary dzień życia
świerszcze na koncert skrzypeczki stroją


białe sukienki płatków ozdobnych
na łąkach w kwiatach aromatycznie
wiatr wplótł w jaśminy wątek podobny
w muzycznym splocie polot rytmiczny


na kartce szlaczkiem w szeregu słowa
myśl tworzy strofki w świeżym zapachu
w nutach modlitwy dźwięk polskiej mowy
śpiewało serce w deszczu do taktu



To prawdziwa, czysta poezja. Pozwala spojrzeć na uroki czerwca innymi oczami, oczami duszy. Kto z nas pomyślał, że deszcze czerwcowe niosą w sobie słowa modlitwy, że zieleń wiosenna napawa nas darem spokoju, a świerszcze stroją skrzypeczki na koncert, którego słuchaczami będą  ozdobne płatki kwiatów na łąkach, zaś myśl nasza utworzy strofki dźwięczące słowami polskiej mowy. Nic tylko układać to wszystko w wierszowane strofy. Okazuje się że poetka potrafi wykryć w czerwcowym deszczu zalety  nieodczuwalne nam, zwykłym zjadaczom chleba. Ale na tym polega urok poezji.


Przed nami wymarzone słoneczne lato. Jak już wspomniałem jego złociste promienie gościły u nas w tym roku przez nieomal całą wiosnę. Możemy powiedzieć, że preludium lata już mamy za sobą, czas wakacyjny tuż, tuż. Lada dzień wyruszymy na plażę lub będziemy się chronić w gąszczu drzew albo w zacisznych kącikach domów, by przetrwać największe upały. Nie bójmy się lata. To bardzo ważna dla nas, żyjących w strefie umiarkowanej, pora roku. Jeśli tylko zbyt mocno przygrzeje słońce możemy zawsze znaleźć dogodne miejsce na chwilę relaksu

 I będzie wtedy tak jak w wierszu „Zmęczenie” z tomiku „Rzecz czarnoleska” – Juliana Tuwima:

 Zapomnisz o tej chwili, gdy do domu wrócisz
i przymkniesz okiennice w sosnowym pokoju,
zmęczony, jakbyś orał, na łóżko się rzucisz
i będziesz w cieniu drzemał po blasku i znoju.

Przez serce w okiennicy wpadnie promyk wąski,
na ciemnej fotografii rozszczepi się w tęczę,
spostrzeżesz przytrzaśnięte przez okno gałązki
włochaty bąk natrętnie do snu ci zabrzęczy.

I poddasz się ciężkiemu uśpieniu w niewolę
pod tumanem dzieciństwa, co w oczy napłynie,
a tam łubinem wonnym szaleć będzie pole
i niebo obłokami pluskać się w głębinie.”


I tak to już jest z tym naszym ziemskim bytowaniem. Co roku rozgrywa się na scenie życiowej powtarzalny spektakl czterech pór roku, ale za każdym razem niepowtarzalny, jeśli potrafimy z niego wydobyć utajnione czary. A pomóc nam w tym może poezja. Chodzi o to byśmy za każdym razem wspominając to co minęło z satysfakcją, a nie goryczą mogli sobie powiedzieć: było, minęło. Jedziemy dalej!


sobota, 16 czerwca 2018

Zadziwiająca cisza wokół Pronobisa


Witold Pronobis w naszych górach

Od czasu do czasu zadaję sobie pytanie: Czy warto było? Czy to ma sens by stawiać na szalę wszystko co najcenniejsze włącznie z życiem, jak to się zwykło eufemistycznie nazywać - dla ojczyzny, dla celów wyższych, w tym często w gruncie rzeczy celów politycznych.?

Pytanie to pojawiło się z całą mocą, kiedy miałem przyjemność i zaszczyt spotkać się z owianym legendą historykiem i dziennikarzem, a jak się okazuje także autorem znakomitych książek popularno-naukowych z niedalekiej naszej przeszłości. Była to wyjątkowa gratka, myślę że nie tylko dla mnie, osoby interesującej się historią, ale także dla wielu starszych ludzi pamiętających go ze słuchanych potajemnie tuż po wojnie audycji radiowych Wolna Europa. W uszach ich dźwięczy jeszcze pełen werwy i ekspresji  głos lektora odsłaniającego zakonspirowane kulisy zbrodni katyńskiej lub prawdę o historii ruchu oporu w okupowanej Polsce. Natomiast dzisiejsza młodzież żyje już w kraju wolnym i nie zawsze interesuje ją jak do tego doszło. Brakuje właśnie takich spotkań i bezpośrednich rozmów z bohaterami tych czasów jakie miało miejsce cztery lata temu w Centrum Kultury i Bibliotece Miejskiej w Głuszycy. A gościem naszym był najbliższy współpracownik legendarnego Jana Nowaka-Jeziorańskiego, dyrektora polskiej rozgłośni radia „Wolna Europa” - Witold Pronobis.

Urodzony w 1947 roku, doktor nauk historycznych, wykładowca na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Od 1982 roku na emigracji w USA (Instytut Józefa Piłsudskiego w Nowym Jorku). Następnie kierownik Archiwum Prasy i Wydawnictw Niezależnych Radia Wolna Europa i redaktor programów Rozgłośni Polskiej RWE. Stworzył tam największy zbiór polskich wydawnictw podziemnych poza granicami kraju. Autor skryptów akademickich publikowanych w polskich czasopismach emigracyjnych, a także w prasie niemieckiej i anglojęzycznej. Autor licznych udokumentowanych audycji historycznych, m. in. o zbrodni katyńskiej i wymianie listów pomiędzy episkopatami polskiego i niemieckiego Kościoła Katolickiego w 1965. Współpracownik paryskiej Kultury, Zeszytów Historycznych i innych polskich wydawnictw emigracyjnych (Widnokrąg, Libertas, Puls) oraz podziemnych w kraju. Autor podręcznika najnowszej historii Polski i świata, z którego powszechnie uczono się dziejów XX w. w pierwszych latach po upadku komunizmu.
Od 1999 r. prowadził w Marwicach k. Gorzowa Wielkopolskiego ośrodek pod nazwą Miejsce Spotkań i Dialogu Ponadgranicznego, który z różnych powodów zmuszony był zamknąć i powrócić do Berlina.

Mam przed sobą omszałą książkę z własnoręcznym autografem autora. Jest ona dla mnie cennym nabytkiem. Są dwa wystarczające powody, by traktować ją jako amulet o  magicznej mocy przynoszącej katharsis dotychczasowej wiedzy historycznej. Po pierwsze – był to pierwszy podręcznikowy zarys współczesnej historii Polski napisany po przemianach 1989 roku, a więc bez komunistycznej  manipulacji faktami, kłamstw i cenzury. Nie pamiętam jak zdobyłem tę książkę wydaną w  1991 roku, pamiętam tylko, że czytałem ją z wypiekami na twarzy i z szacunkiem wspominałem wielu moich profesorów na studiach uniwersyteckich we Wrocławiu, którzy różnymi sposobami przemycali prawdę historyczną pozostającą często w rażącej sprzeczności z oficjalną historiografią. Chodzi oczywiście o książkę „Polska i świat w XX wieku”, której autorem jest właśnie Witold Pronobis, polski historyk publicysta, dziennikarz, autor podręcznika najnowszej historii Polski i świata, z którego powszechnie uczono się dziejów XX w. w pierwszych latach po upadku komunizmu.

Jak to się stało, że tak znakomitego dziennikarza i pisarza jakim jest Witold Pronobis mogliśmy gościć w Głuszycy? To po prostu przypadek, bądź też szczęśliwe zrządzenie losu. W czasie pobytu na ziemi gorzowskiej Witold poznał i zaprzyjaźnił się z Andrzejem Torbackim, bratem Marka, zamieszkałego w Głuszycy. U państwa Violetty i Marka Torbackich zagościł na parę dni w 2008 roku, mieliśmy więc okazję zwiedzić razem Osówkę i pobiesiadować w ich gościnnym domu. Wtedy to udało mi się przeprowadzić interesujący wywiad, zamieszczony w „Głosie Głuszycy” i także w mojej książce „Głuszyckie kontemplacje” cz. I. Witold odwiedził państwa Torbackich jeszcze po paru latach i wtedy obiecał, że przyjedzie do nas ze swoją nową książką. Opowiadał o niej mrożące krew w żyłach historie i pomyślałem sobie, że spotkanie z Witoldem Pronobisem i jego książką to może być zdarzenie wyjątkowe dla osób, które będą chciały z tej okazji skorzystać.

Do Głuszycy przyjchał więc Witold Pronobis jako autor najświeższej, niedawno wydanej książki „Generał „Grot”. Kulisy zdrady i śmierci”. Książka ta była głównym tematem spotkania. To pasjonujący, osobisty reportaż z podtekstem sensacyjno - wywiadowczym, którego celem jest odsłonięcie prawdy o unicestwieniu przywódcy  Armii Krajowej. Generał Stefan Rowecki „Grot”, od 30 czerwca 1940 r. jako Komendant Główny Związku Walki Zbrojnej (ZWZ), przemianowanego później na Armię Krajową (AK), był faktycznym dowódcą Sił Zbrojnych w Kraju. Jego kompetencje i autorytet w znacznym stopniu decydowały o wartości bojowej dowodzonej przezeń organizacji, co utwierdzało Niemców w przekonaniu, że jego pojmanie pomoże w neutralizacji poważnego zagrożenia. Wzrosło ono zwłaszcza od lata 1941 r., po rozpoczęciu wojny z ZSRR. Ostatecznie udało się Niemcom zdekonspirować tajne mieszkanie generała i wziąć go do niewoli. A doszło do tego 30 czerwca 1943 r., dokładnie w trzy lata po objęciu przez „Grota” dowództwa zbrojnego podziemia. 1 sierpnia 1944, Heinrich Himmler na wieść o wybuchu powstania warszawskiego nakazał niezwłoczne zgładzenie Stefana Roweckiego. Według ustaleń historyków, został zamordowany w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen, kilka minut po godz. 3.00 w nocy z 1 na 2 sierpnia 1940 r. Natomiast IPN w toku śledztwa zakończonego w 2007 ustalił datę śmierci na dni 2–7 sierpnia 1944 r.

Oto co dowiadujemy się z krótkiej recenzji tej książki:

.Książka stanowi zapis swoistego „śledztwa”, jakiego podjął się Witold Pronobis, historyk, dziennikarz, pracownik Radia Wolna Europa, a prywatnie bliski krewny Stefana Roweckiego. Śledztwo to, obfitujące w szereg niezwykłych przypadków, pozwoliło Autorowi ujawnić wiele nieznanych dotąd szczegółów dotyczących wydania w ręce Gestapo, uwięzienia i śmierci komendanta głównego Armii Krajowej, naczelnego dowódcy Sił Zbrojnych w Kraju - generała Roweckiego. Niewątpliwym walorem publikacji są obszerne biogramy występujących w niej osób, szczegółowe kalendarium życia Kalksteinów, aneksy źródłowe i wreszcie bogata część albumowa, prezentująca fotografie zgromadzone w Instytucie im. gen. Stefana Grota Roweckiego w Lesznie, jak i udostępnione ze zbiorów rodzinnych.
Niewątpliwym smaczkiem książki jest fakt, że autorowi udało się Ludwika Kalksteina poznać osobiście i z dużym prawdopodobieństwem rozszyfrować jako agenta peerelowskiej Służby Bezpieczeństwa, donoszącego z Monachium na tutejszą Polonię i polskich pracowników RWE.

A oto dodatkowe szczegóły akcji fabularnej książki, którymi chciałbym zachęcić Czytelników mojego blogu do bliższego jej poznania:

Jest początek stycznia 1990 roku. Witold Pronobis, historyk, dziennikarz Radia Wolna Europa udaje się z magnetofonem do mieszkania Edwarda Ciesielskiego, bibliotekarza Polskiej Misji Katolickiej w Monachium. Ma informacje, że Ciesielski działał w Wywiadzie Armii Krajowej i zajmował się ochroną żołnierzy AK przed komunistycznym podziemiem, przez co musiał uciekać z PRL. Liczy na zdobycie ciekawego wywiadu dla Radia. Tymczasem kilka dni wcześniej miał możliwość obejrzenia fotografii jednego ze zdrajców – Ludwika Kalksteina. I teraz, już po kilku chwilach rozmowy z rzekomym Edwardem Ciesielskim, nie ma żadnych wątpliwości… Wywiadu nie udało się Pronobisowi przeprowadzić, ale udało się wynieść teczkę, zawierającą dokumenty potwierdzające nie tylko tożsamość Kalksteina-Ciesielskiego, ale i dowody jego współpracy z bezpieką PRL.
W 1984 roku środowiska polskiej emigracji obiegła szokująca wiadomość: pensjonariuszką w Domu Polskim w Lailly-en-Val we Francji, przeznaczonym dla Polaków zasłużonych w walce o niepodległość, jest Blanka Kaczorowska, agentka Gestapo, winna denuncjacji i śmierci wielu żołnierzy Armii Krajowej, zamordowanych najczęściej po brutalnych torturach. Po interwencji Tadeusza Żenczykowskiego usunięto ją stamtąd. Trafiła wówczas do domu opieki w Beaugency, a następnie do podparyskiej miejscowości Villiers-sur-Marne. Tam „piękną Blankę” spotkał Witold Pronobis, będący na tropach zdrajców generała „Grota” – był wstrząśnięty jej wyglądem…


To oczywiście tylko dwa interesujące tropy, którymi podąża autor książki w celu odkrycia i ujawnienia prawdy o zdradzie i śmierci gen. Stefana Roweckiego. W znakomicie wydanej książce znajdziemy wiele innych nieznanych dotąd faktów związanych z burzliwą przeszłością przywódcy Armii Krajowej.

Spotkanie promocyjne książki "Generał "Grot". Kulisy zdrady i śmierci." miało miejsce w Sali pod Liberatorem Muzeum Powstania Warszawskiego w dniu 18 marca br. Poprowadził je prof. Jan Żaryn. Gościem specjalnym była bratanica generała „Grota” – profesor Krystyna Rowecka–Trzebicka.

CK Miejska Biblioteka Publiczna w Głuszycy była jednym z nielicznych miejsc, które zgodził się zaszczycić  wyjątkowy dla nas gość  -  Witold Pronobis.

Zapadła mi głęboko w sercu ciekawostka, którą nam nieco wcześniej  przekazał w poufnej rozmowie.  To że dzisiaj jest z nami, to tylko skutek „szczęśliwego pecha”. Witold Pronobis jako dziennikarz radia „Wolna Europa” szczególnie zasłużony za ukazanie kłamstwa o zbrodni katyńskiej otrzymał  za pośrednictwem Prezesa IPN Zbigniewa Kurtyki miejsce w samolocie prezydenckim do Smoleńska na  obchody jubileuszowe 10 kwietnia 2010 roku. Dwa dni przed odlotem okazało się, że jego paszport utracił ważność, nie dało się już tego odkręcić, musiał więc z tej okazji zrezygnować. Co się stało z samolotem i jego pasażerami wszyscy wiemy. Ale w życiu Witolda nie był to pierwszy i jedyny przypadek, kiedy nieomal ocierał się o śmierć. Miecz Damoklesa wisiał nad nim przez wszystkie lata służby w monachijskiej  rozgłośni radiowej, a i dziś jako wytrawny detektyw agentów Gestapo i  Bezpieki w szeregach polskiego patriotycznego ruchu oporu nie jest nigdy pewny, co go jeszcze czeka.
Ale nam obiecał, że nie zapomni o Głuszycy. Na pewno znajdzie się okazja by do nas przyjechać na kolejne spotkanie z historią.

Witold Pronobis nie znalazł zrozumienia lokalnej społeczności i pomocy ze strony władz wojewódzkich i krajowych w prowadzonym ośrodku w Martwicach, który mógł spełnić ważną rolę w zbliżeniu środowisk inteligenckich Polski, Niemiec i innych krajów Europy. Dlatego zostawił ten dom i powrócił na „emigrację” do Berlina, gdzie łatwiej mu prowadzić działalność naukową. To co mnie najbardziej zdumiewa, to zupełna obojętność i marginalizacja człowieka tak bardzo zasługującego na szacunek i uznanie. Był czas, kiedy wynoszono na ołtarze jego szefa Jana Nowaka Jeziorańskiego, ale już wtedy rzadko można było usłyszeć o Witoldzie Pronobisie. Dziś obydwaj traktowani są jako postaci historyczne. Ale Witold Pronobis jest w „kwiecie wieku” i mógłby jeszcze wiele uczynić dla Polski. Niestety, lukratywne miejsca na szczytach władzy są u nas zajęte, m.in. przez takie wybitne osobowości jak były prokurator w PRL-u, członek PZPR, dziś PiS-owski wicemarszałek Sejmu, Stanisław Piotrowicz.

Czy wobec tego, po doświadczeniach, które mają miejsce w posierpniowej Rzeczpospolitej, pytanie: Czy warto było?  -  nie nabiera szczególnej mocy?




piątek, 15 czerwca 2018

O poranku - swoista refleksja




Dzisiejszy post dedykuję mojemu serdecznemu przyjacielowi, Bronkowi z Piławy Górnej, który zachęcił mnie do promowania cenionych przeze mnie książek.


Piszę to wczesnym rankiem, bo ta pora dnia w moim przypadku jest najlepsza do pisania. Czuję jasność umysłu nawet wtedy, gdy za oknem na niebie kłębią się chmury, a nocne mary jeszcze całkiem nie opuściły mego Ego. Pozwala mi to żywić nadzieję, że to co dziś napiszę spotka się z zainteresowaniem moich znakomitych Czytelników.

Motto:

Płomień rozgryzie malowane dzieje
Skarby mieczowi spustoszą złodzieje,
Pieśń ujdzie cało…

(Adam Mickiewicz, Konrad Wallenrod)

Niewielu z nas zdaje sobie sprawę z prawidłowości, którą odkrywam coraz częściej i która zaczyna nabierać w mojej jaźni jakiegoś symbolicznego znaczenia. Próbuję odkryć co się kryje w jej konturach i czemu ma służyć. Wybitni znawcy, uczeni krytycy i historycy literatury zapewnie uknuliby przy tej okazji podnoszącą na duchu, patriotyczną teorię, że właśnie w Polsce, na naszych ziemiach,  niezależnie  od politycznego ich ukształtowania, rodziły się kariery najwybitniejszych luminarzy literatury polskiej i światowej. Cechą specyficzną tych karier było to, że twórcy ci emigrowali w pewnym momencie swego życia za granicę i tam dopiero otwierała się przed nimi szansa podboju świata. Wielu z nich było pochodzenia żydowskiego, ale byli też rdzenni Polacy. Niektórzy osiągnęli szczyty już jako pisarze francuscy, amerykańscy lub angielscy, ale są wśród nich pisarze i poeci posługujący się tylko językiem polskim. Dotyczy to też uczonych, czego najokazalszym przykładem jest Maria Curie - Skłodowska.

Co było powodem, że karierę robili poza granicami swego miejsca urodzenia, czy tylko sytuacja polityczna kraju pod zaborami, a po II wojnie światowej – pod wpływami sowieckimi? A może były też inne uwarunkowania wynikające z sytuacji materialnej lub rodzinnej, dla każdego z nich inne. To jest temat - rzeka, a wiele ciekawych wniosków znajdujemy w znakomitej książce „Zniewolony umysł” - Czesława Miłosza

Z polskich klasyków literatury moglibyśmy posłużyć się przykładami chociażby najwybitniejszych romantyków  -  Adama Mickiewicza, Juliusza Słowackiego, Zygmunta Krasińskiego, a także Cypriana Norwida, zaś w muzyce  -  Fryderyka Szopena. Podbił świat swoją twórczością przebywający przez większość swego życia w Wielkiej Brytanii, powieściopisarz Joseph Conrad, właściwie Józef Teodor Konrad Korzeniowski herbu Nałęcz – pisarz i publicysta angielski pochodzenia polskiego. Syn pisarza i działacza niepodległościowego Apollona Korzeniowskiego i Ewy z Bobrowskich w 1894 osiadł  w Anglii i poświęcił się pracy pisarskiej. Jest autorem kilkunastu wybitnych powieści marynistycznych, takich jak „Szaleństwo Almayera”, „Nostromo”,  „Ocalenie” , „Lord Jim”, „Korsarz”.

Mamy jeszcze wielu innych wybitnych pisarzy, takich chociażby jak Noblista, Czesław Miłosz, tworzący głównie poza granicami kraju, albo też Sławomir Mrożek, który wyemigrował aż do Meksyku,  albo też literaci i publicyści skupieni wokół paryskiej „Kultury” Jerzego Giedrojcia.

To jest temat, któremu należałoby poświęcić zdecydowanie więcej miejsca, ale nie w  blogu. Parę dni temu opowiedziałem w moim poście o żydowskim pisarzu I. B.  Singerze, również Nobliście, którego korzenie wywodzą się z ziem polskich.

Dziś zaś chcę zainteresować moich Czytelników jeszcze jednym z wybitnych, ale jak sądzę niezbyt znanych w Polsce pisarzy. We wstępie do jednej ze swoich znakomitych powieści napisał on, co następuje:

Niełatwo mi już pisać po polsku. A przecież kiedyś  -  nawet nie tak dawno: trzydzieści pięć lat temu – pisałem po polsku wiersze, kochałem się w polskiej poezji, chodziłem do szkoły Kreczmara na Wilczej… kto wie, może nawet po polsku myślałem. Ale w życiu bywa rozmaicie. Jak się to w moim życiu obróciło, czemu stało się tak, a nie inaczej, starałem się właśnie opowiedzieć w tej książce: może koleje mojego życia usprawiedliwią mnie przed polskim czytelnikiem, że nie stałem się Polakiem…
Jakże się to wszystko zdarzyło, jak doszło do tego, że mały chłopiec z pracowni kapeluszy i uczeń, który deklamował kiedyś w szkole „Konrada Wallenroda”, taką drogą wraca do Polski?”

Tą drogą dla Romaina Gary była nowo wydana w 1960 roku książka pt.„Obietnica poranka”. Trzymam ją właśnie w ręku i zadaję sobie pytanie, dlaczego dopiero teraz przykuła moją uwagę, jak to się stało, że nie wcześniej. Jak to możliwe, że tak mało wiemy o autorze książki?

Romain Gary, a właściwie Roman Kacev, urodzony w Wilnie w 1914 roku, wychowany przez samotną matkę z pochodzenia żydowskiego, z którą przeniósł się do Warszawy, gdzie spędził lata dzieciństwa i młodości. W wieku 14 lat znalazł się we Francji, bo tam właśnie widziała matka możliwość spełnienia jej marzeń, by syn ukończył studia i zrobił karierę artystyczną. I tak właśnie się stało. Romain Gary zdobył sławę jako pisarz ( jest autorem 30 powieści), a ponadto scenarzysta, reżyser filmowy, dyplomata. Kiedy cała Francja czekała na jego nowe książki po samobójczej śmierci jego byłej żony popadł w depresję i rok później w wieku 66 lat w 1980 roku strzelając z pistoletu w usta, poszedł w jej ślady.

Życiorysem Romana Gary można by obdzielić kilka postaci i żadna z nich nie mogłaby narzekać na banalną biografię. Po osiedleniu się we Francji studiował i podjął pierwsze próby literackie. W czasie II wojny światowej służył w lotnictwie francuskim, bombardował niemieckie łodzie podwodne, patrolował niebo nad Afryką. Po wojnie został dyplomatą (był konsulem generalnym we Francji) i pisał nieustannie. Jego pierwsze książki miały znakomite recenzje. Za „Korzenie Nieba” otrzymał Nagrodę Goncourtów. Ożenił się ze znaną amerykańską aktorką Jean Seberg, brylował w salonach i pisał pod pseudonimami, by oszukać wrogo nastawionych do niego krytyków. Opublikował w ten sposób  powieść „Życie przed sobą” (1975 r.), która odniosła oszałamiający sukces i ponownie zdobyła nagrodę literacką Goncourtów, co zdarzyło się we Francji tylko jeden raz.
(W Polsce taką pisarką, dwukrotną laureatką nagrody literackiej Nike jest Olga Tokarczuk).

Swoją biografię utrwalił  w „Obietnicy poranka”, książce, którą traktuję teraz jak talizman.

Pierwsze moje wzruszenie wywołał zacytowany na początku wstęp Romaina Gary, a w nim prośba o wybaczenie, że nie został Polakiem. Pisarz przypomniał mi zdarzenie z moich szkolnych lat. W liceum pedagogicznym w Brzegu nad Odrą  polonistka obdarzyła mnie zaufaniem w szkolnym teatrzyku. Grałem główną rolę – w inscenizacji „Konrada Wallenroda”. Niektóre fragmenty z  powieści poetyckiej Adama Mickiewicza pamiętam na pamięć do dziś. Mam jeszcze w oczach koleżankę z klasy, która partnerowała mi jako Aldona. I myślę sobie, to były dobre, niezapomniane czasy.

Przypomnę teraz zapamiętany przeze mnie króciutki fragment „Konrada Wallenroda” wciąż jeszcze aktualny, mimo upływu lat:

Gdybym był zdolny własne ognie przelać
W piersi słuchaczów i wskrzesić postaci
Zmarłej przeszłości;  gdybym umiał strzelać
Brzmiącymi słowy do serca spółbraci,
Może by jeszcze w tej jedynej chwili,
Kiedy ich piosnka ojczysta poruszy,
Uczuli w sobie dawne serca bicie,
Uczuli w sobie dawną wielkość duszy
I chwilę jedną tak górnie przeżyli,
Jak ich przodkowie — niegdyś całe życie.

W ten sposób kształtowały się w mojej szkole patriotyczne postawy niekoniecznie poprzez nakazy: musisz być patriotą, kochać swoją ojczyznę i Boga, składać hołd żołnierzom wyklętym, jak nie to cię „prawdziwi-patrioci” spod skrzydeł Ojca Rydzyka wyklną z kościoła, a w swej parafii nazwą parszywym Żydem, albo muzułmanem.

Wróćmy jednak do „Obietnicy poranka” Romaina Gary. To książka nie tylko autobiograficzna. Gary wyświetlił w niej w sposób sugestywny i błyskotliwy obraz swoich czasów. A mógł to zrobić dobrze z uwagi na karierę oficerską jako lotnik uczestniczący we francuskim ruchu oporu przeciw Hitlerowi, a po wojnie  wysoki w hierarchii dyplomata francuski. Dzięki temu poznał z autopsji czasy i ludzi. Jest to też książka będąca formą wdzięczności i hołdu dla matki, niespełnionej artystki, która całą swą tęsknotę za sztuką i sławą przelała na syna jedynaka.

W powieści Romain Gary spisał swoje reminiscencje z lat dzieciństwa, młodości i czasów wojny, zwracając szczególną uwagę na opiekuńczą rolę jego matki. Można odnieść wrażenie, że była ona jedyną, prawdziwą miłością jego życia. Powieść kończy się wkrótce po jej śmierci. Był to poważny wstrząs w życiu pisarza. W zakończeniu książki tak próbuje podsumować tę część swojego życia:

Służyłem Francji całym sercem, to tylko bowiem pozostało mi po matce, jeśli nie liczyć małej fotografii paszportowej. Piszę również książki, zrobiłem karierę i ubieram się – zgodnie z przyrzeczeniem – w Londynie, chociaż nie znoszę angielskiego kroju. Oddałem nawet ludzkości poważne usługi. Raz na przykład, kiedy byłem francuskim konsulem generalnym w Los Angeles, co przecież nakłada na człowieka pewne obowiązki, wszedłszy któregoś ranka do salonu, dostrzegłem tam kolibra, który przyfrunął z całkowitym zaufaniem, że to jest mój dom. Siedział na poduszce, drobny i zdumiony, zrezygnowany zapewne i struchlały i płakał najsmutniejszym głosem. Otworzyłem okno i koliber wyfrunął; rzadko mi się zdarzało przeżyć tak szczęśliwą chwilę – dało mi to pewność, że nie żyłem na próżno…
Chorowałem dość ciężko po wojnie, bo nie potrafiłem znieść myśli, że mógłbym nadepnąć mrówkę, nie potrafiłem znieść widoku chrząszcza, który wpadł do wody. I wreszcie napisałem książkę domagając się, by człowiek wziął pod opiekę przyrodę…

To wszystko. Trzeba będzie niebawem opuścić wybrzeże, na którym spoczywam od dawna słuchając morza. Będzie dziś wieczorem trochę mgieł nad Big Sur, zrobi się chłodniej, a ja nigdy nie umiałem rozpalić ognia i ogrzewać się samemu. Spróbuję zostać jeszcze chwilę i słuchać, wciąż bowiem mi się wydaje, że za chwilę zacznę rozumieć mowę Oceanu.

Im bardziej pusto jest na wybrzeżu, tym bardziej wydaje mi się zaludnione. Foki umilkły na skałach, a ja leżę z zamkniętymi oczami, uśmiecham się i wyobrażam sobie, że jedna z nich zbliży się zaraz do mnie cichutko i nagle poczuję tuż na policzku serdeczne dotknięcie pyszczka… Przeżyłem życie…

Przypomnę tylko, ta książka ukazała się w 1960 roku. Jej autor przeżył zaledwie część życia. Jeśli prześledzimy napisaną z niebywałą wnikliwością i pamięcią o drobnych szczegółach autobiografię Romaina Gary, to dopiero zrozumiemy jak obfita w rozmaitość wydarzeń, doświadczeń i doznań było ta droga życiowa, a przecież los pozwolił mu przedłużyć je o 20 lat. Pisarz zmarł śmiercią samobójczą w stanie głębokiej depresji. Jest to choroba, którą trudno sobie wyobrazić i jak się okazuje często nieuleczalna.

Nie piszę już więcej, bo tej książki nie da się streścić. Myślę, że warto ją przeczytać by się przekonać, że dążenie do wielkich sukcesów i sławy nie zawsze kończy się tak jak sobie to wyobrażamy i jakbyśmy sobie tego życzyli. A jest to prawda znajdująca potwierdzenie w życiorysach wielu wybitnych jednostek.

I oto konkluzja przemyśleń z dzisiejszego poranka. Przyjmijcie ją jako obietnicę, że nie jest ostatnią w moim blogu.