Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

sobota, 19 sierpnia 2017

Miedzianka Fest


Dramatyczne losy Miedzianki, przed i powojennego miasteczka w Rudawach Janowickich, którego już nie ma, stanowią wciąż  niegasnący temat zainteresowań Filipa Springera, znakomitego reportera i fotografa współpracującego  z "Dużym Formatem", "Polityką", "Tygodnikiem Powszechnym", autora książek reporterskich i wielu artykułów poświęconych współczesnym przemianom , które mają miejsce w przestrzeni polskich miast i wsi.

Miedzianka stała się głośna dzięki jego artykułom w „Polityce”, a następnie wydanej w 2011 roku osobnej książce, p.t. „Miedzianka”. Historia znikania”.

Filip Springer przez ponad dwa lata szukał odpowiedzi na pytanie, dlaczego miasteczko z siedmiowiekową tradycją zniknęło z powierzchni ziemi. Czy stało się tak na skutek zniszczeń spowodowanych rabunkowym wydobyciem uranu przez Rosjan prowadzonym tutaj w latach 1948 – 1952? Czy też opowieści o szkodach górniczych zostały wymyślone przez władzę jako pretekst do wyburzenia miasta i ukrycia tajemnicy z przeszłości.

O tym wydarzeniu pisałem w swoim blogu we wrześniu 2014 r. w poście p.t. „Co by było, gdyby nie było u nas Filipa Springera?”:

„Okazuje się, że nasz region jest naszpikowany tajemniczymi miejscami jak rodzynki w cieście. Chłonnym ciekawostek i paradoksów Czytelnikom proponuję głośny ostatnio temat, który zdumiewa i intryguje nie mniej niż Tajemnicze Podziemne Miasto „Osówka” w Głuszycy. Mowa o miasteczku widmie - Miedziance, miejscowości znanej przed wojną jako najmniejsze i najwyżej położone miasteczko Rzeszy, Kupferberg
 
Jadąc pociągiem z Jeleniej Góry do Wałbrzycha można dostrzec w pobliżu Marciszowa w gęstwinie leśnej wieżę kościoła z nieczynnym zegarem. To właśnie tu na Miedzianej Górze (420 m. npm.), w obecnej gminie Janowice Wielkie kwitło sobie spokojnym rytmem miasteczko przed i po wojnie, po którym dzisiaj nie ma śladu. Z cudem ocalałej w dokumentach po kopalnianych starej mapki można się dowiedzieć, że pod Miedzianką jest więcej korytarzy, tuneli i sztolni, niż wydaje się wszystkim poszukiwaczom skarbów i przygód razem wziętych na całym Dolnym Śląsku. Skąd się wzięły te podziemne labirynty, co się stało, że na miejscu dawnego miasteczka rosną dzisiaj jedynie bujne trawy, drzewa i krzewy? 

 
W 1945 roku małe, pulsujące życiem poniemieckie miasteczko otrzymało nazwę Miedzianka.. Od 1949 roku było to miast górników. Nocą i dniem pracowali oni pod ziemią, ale nikt im nie mówił co kopią. Plotka głosiła, że wydobywają rudy miedzi, srebra i złota. To było prześliczne miasto, najpiękniejsze na Śląsku. Najstarsi ludzie, ci co pamiętają Kupferberg mówią, że najpiękniejsze na świecie. Niewielki rynek otaczały kamieniczki z podcieniami, na środku tryskała wodą rzeźbiona w kamieniu fontanna. Nocą odbijały się w niej światła gazowych latarni. Były w tym miasteczku dwa kina, dwa kościoły, dom kultury, apteka, sklepy kolonialne, restauracja, dwa bary, jadłodajnia górnicza, kawiarenki, hotele, punkty usługowe, słowem wszystko co potrzebne do życia.

W 1967 roku żołnierze Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego wysadzili w powietrze zabudowania kościoła ewangelickiego. Świadkowie tego zdarzenia mówią, że widzieli jak kościół poleciał do nieba. Pod koniec lat sześćdziesiątych kontynuowano ewakuację i wyburzanie Miedzianki. Na początku siedemdziesiątych miejscowość opustoszała do reszty, pozostało po niej kilka bezładnie rozrzuconych domów, a w gąszczu krzaków wspomniany już kościół katolicki. Co spowodowało śmierć miasta? Jak to możliwe, że coś takiego mogło się wydarzyć w cywilizowanym państwie, nieopodal turystycznej Mekki Dolnego Śląska, Jeleniej Góry, w atrakcyjnej krajobrazowo okolicy Rudaw Janowickich?


Okazuje się, że przekleństwem miasteczka stało się to, co odkryli zwycięzcy sołdaci w głębi ziemi, w sztolniach nieczynnej poniemieckiej kopalni. A był tam uran, rzecz bezcenna dla Radzieckiej Armii. Zaraz po wojnie ruszyła kopalnia uranu. Z różnych stron Polski, głównie ze wschodu, napływali ochotnicy do pracy. Rygor wojskowy nie przeszkadzał, bo radzieccy włodarze zapewniali niezłą płacę i rozrywkę. Nikt nie straszył skutkami bliskiego kontaktu z rudą uranu. One dały o sobie znać po kilku latach. Gdy możliwości eksploatacyjne stały się mniej korzystne, a trudne warunki pracy kończyły się nieuchronnie dla górników rakiem płuc, gruźlicą, pylicą, trzeba było jak najszybciej zakończyć wydobycie. Proces stopniowej likwidacji rozpoczął się już w roku 1953. Należało pozacierać wszelkie ślady. Najlepiej wyeksmitować ludność, zrównać miasto z ziemią”.


I tak się właśnie stało. Miedzianka zniknęła z powierzchni ziemi, pozostało po niej tylko kilka zrujnowanych budynków i kościół, który cudem obronił się przed dewastacją.


Na temat Miedzianki mamy teraz mnóstwo interesujących materiałów. Łatwo je odnaleźć w internetowych goglach. Okazuje się, że reporter Filip Springer nie przestał interesować się tym miejscem i skutkiem tego temat Miedzianki jest wciąż żywy i atrakcyjny. Oto co dowiaduję się z internetowego portalu „wyborczej pl”, w którym Maria Leszczyńska pisze o jego nowym pomyśle, który jak sądzę może zainteresować moich Czytelników. Oto co mówi o „Miedziance Fest” sam pomysłodawca:


„Ostatni raz byłem w Miedziance w styczniu tego roku. Po raz kolejny, razem z Pawłem Nowakiem i Jarkiem Kądzielą, usiedliśmy nad kuflami piwa. Rozmawialiśmy o tym, że warto byłoby znów, choć na jeden dzień, ściągnąć do Miedzianki ludzi, tak jak wtedy, gdy swój spektakl wystawił tu jeleniogórski teatr. 
Nie planowaliśmy niczego wielkiego. Ale plan wymknął się spod kontroli. I tak zrodził się pomysł na Miedzianka Fest, święto reportażu w mieście, którego nie ma. 

W ostatni weekend sierpnia do Miedzianki przyjadą najlepsi polscy reporterzy, by w gościnnych progach tutejszego kościoła rozmawiać z miłośnikami reportażu z całej Polski o opisywaniu historii - tych wielkich i tych małych. Przyjedzie też Teatr Improwizowany Klancyk!, by na improwizowanej scenie w browarze zagrać kawałki oparte na książkach Marcina Kąckiego. Miejscowy teatr Korkontoi wystawi zaś w plenerze swoją wariację o Miedziance,  Muzeum Migracji pokaże swoją mobilną wystawę w przyczepie Niewiadów, a dziennikarze z portalu Outriders zaprezentują w podziemiach dawnego kina multimedialne materiały”.

W internetowym portalu jest jeszcze wiele ciekawych relacji z interesujących spotkań z  mieszkańcami byłego miasteczka. Jest też intrygujący wątek o browarze „Miedzianka” Jarosława Kądzieli, a także perypetiach teatralnych teatru z Jeleniej Góry.
Oddaję głoś Filipowi Springerowi:

„Oddział Hitlerjugend maszerujący przez Kupferberg opisałem w rozdziale poświęconym narodzinom nazizmu w miasteczku. W 2012 roku książkę wziął na warsztat zespół Teatru im. Norwida w Jeleniej Górze. Przy okazji premiery obudziła się lokalna prawica, która książkę jakoś przeoczyła, ale teraz postanowiła zaprotestować przeciwko "antypolskiemu spektaklowi" w jeleniogórskim, publicznym teatrze. Antypolskie w książce i bazującej na niej sztuce miało być to, że niektórzy Niemcy są tam przedstawieni również jako ofiary wojny. A Polacy nie są nieskazitelni.

W sierpniu 2014 roku teatr postanowił wystawić Miedziankę w Miedziance, a przy okazji zebrać trochę pieniędzy na remont tutejszego kościoła. To wtedy sceny z książki odegrano w przestrzeni, która tę książkę zrodziła. Na spektakl i towarzyszące mu wydarzenia przyjechały setki ludzi. Lokalne władze podstawiły miejski autobus, jego wyświetlacz rozjaśnił noc ujmującym napisem "Miedzianka". Takiego obrazka nie widziano tu od kilku dekad. Miedzianka przez ten jeden dzień tętniła życiem. Chodziłem po niej, przecierając oczy ze zdumienia. I zastanawiając się, co jeszcze może się tu wydarzyć?"


Jestem pewien, że Miedzianka znów zatętni życiem pod koniec sierpnia tego roku, gdy zaroi się w niej od reporterów i turystów, którzy znajdą okazję do relaksu w znakomitej oprawie artystycznej w przeuroczym miejscu miasteczka, którego istnienia nie udało się wymazać z pamięci.
Piszę o tym wszystkim, by zachęcić szczególnie ludzi młodych do takiej zabawy.

piątek, 18 sierpnia 2017

Wałbrzych ma też swoje jezioro




Wycieczkę do egzotycznej Palmiarni w Lubiechowie warto wzbogacić bezpośrednim kontaktem z naszą rodzimą, bujną przyrodą leśną. A magnesem przyciągającym jest Zielone Jeziorko w pobliskim lubiechowskim lesie, zwane też Jeziorem Daisy.

Mieszkać w Wałbrzychu i nie widzieć Jeziorka Daisy, to podwójny dyshonor – i wobec wyjątkowej urody ukrytego w lesie akwenu wodnego i szacunku do słynnej księżnej Daisy, od której imienia pochodzi nazwa jeziorka. To właśnie Angielka, Daisy Cornwallis-West, małżonka Hansa Heinricha von Hochberga, pana na zamku Książ, szczególnie upodobała sobie to niezwykłe jeziorko i z jej polecenia zadbano o jego naturalny wygląd, a jeden z wapienników przebudowano na romantyczną basztę widokową z salą myśliwską.

Co było powodem szczególnego zainteresowania księżnej tym właśnie zakątkiem?

Otóż ten wypełniony wodą dawny kamieniołom wapienia na zboczu Witosza na Pogórzu Wałbrzyskim jest otoczony ze wszystkich stron gęstym poszyciem leśnym, można powiedzieć zaszyty w lesie. Znajduje się na wysokości 400 m. npm. i jest zasilany jednym z potoków Milikówki. W podłożu jeziora tkwi soczewa górnodewońskich wapieni rafowych. Jest to miejsce najciekawszych i najcenniejszych wystąpień fauny kopalnej na terenie kraju.

Obiekt jest przedmiotem zainteresowania geologów oraz paleontologów badających znajdowane tam skamieniałości korali, ramienionogów i liliowców. Powstały one w płytkim i ciepłym morzu. Po raz pierwszy przebadano je naukowo w 1831 i od tego czasu były tematem licznych opracowań. Jednym z pierwszych badaczy tego kamieniołomu był polski przyrodnik i podróżnik Władysław Dybowski (1838-1910).

To dobrze, że jeziorko jest ukryte w lesie i oddalone o parę kilometrów od wielkiego Wałbrzycha. Nie jest miejscem do kąpieli i plażowania. Nie stało się także atrakcją dla wędkarzy. To dzięki temu w naturalnych warunkach bez jakiejkolwiek ingerencji człowieka toczy się tam samoistne życie archaicznej fauny i flory.

Kształt jeziorka zbliżony jest do elipsy. Jeziorko otacza las mieszany, w pobliżu występują pomniki przyrody oraz rośliny zielne chronione, takie jak konwalia leśna, wawrzynek wilcze łyko, śnieżyczka, zawilec. Woda w jeziorku ma zielonkawy odcień, stąd często nazywa się je także Jeziorem Zielonym. Jezioro Zielone, to oficjalna nazwa uroczyska nadana mu przez państwową komisję w 1954 roku. Zachwyt wywołuje leśne otoczenie jeziorka, bardzo naturalne i bogate w urozmaiconą roślinność. Wszystko razem stwarza wrażenie zakątka romantycznego i tajemniczego, tak jakby nie tkniętego stopą ludzką. Brzegi są strome, skaliste, przez co dostęp do lustra wody jest utrudniony. Jedynie w części północnej, skąd wypływa potok, dostęp do tafli jeziora jest łatwiejszy. Tam też znajdują się pozostałości wapienników, które powstały z końcem XVIII wieku. Dopiero od roku 1870, przez prawie trzydzieści lat, wyrobisko wypełniało się wodą. Dziś jeziorko ma ok. 200 m. długości i ponad 20 m. głębokości. Po II wojnie światowej jego otoczenie żyło sobie własnym życiem  i praktycznie na wiele lat zostało zapomniane.

Znaczący rozwój turystyki w regionie wałbrzyskim w latach 70-tych, wyznaczenie szlaku turystycznego z Pogorzały do Świebodzic (obecnie Szlak Zamków Piastowskich) i Szlaku Ułanów Nadwiślańskich obok jeziorka, a także jego promocja jako szczególnej atrakcji turystycznej Wałbrzycha obok Palmiarni w Lubiechowie, to wszystko pozwoliło na wzrost zainteresowania tym miejscem.

Na północnym brzegu jeziora jest zagospodarowane miejsce biwakowe i znajdują się ruiny wapienników i baszty księżnej Daisy.

Wielu Wałbrzyszan nie wie o tym, że nieomal u bram ich miasta w gęstwinie leśnej Lubiechowa jest ukryte jeziorko, które może osoby wrażliwe na piękno przyrody zachwycić i wzruszyć. Jeśli poznamy jego historię tym bardziej staje się ono intrygujące. Warto więc zainteresować się Jeziorem Daisy.

Nad jezioro najlepiej wybrać się pieszo jednym ze szlaków turystycznych (zielonym lub żółto-niebiesko-żółtym), a to dlatego, że po drodze z centrum miasta mamy kilka miejsc widokowych, gdzie widać jak na dłoni przecudowne położenie Wałbrzycha. Można też podjechać samochodem pod las w Lubiechowie i stamtąd udać się pieszo nad blisko położone w lesie jeziorko. Póki jeszcze mamy lato, a potem złotą polską jesień, gorąco zachęcam na taką wycieczkę.




środa, 16 sierpnia 2017

Lato,lato,lato ucieka ...





Dziś po świątecznym dłuższym niż zwykle weekendzie dla odprężenia i ochłody zapraszam na pogodną chwilę z poezją:

„Gdy trzcina zaczyna płowieć,
a żołądź większy w dąbrowie,
znak, że lata złote progi
już się szykują do drogi.

Lato, jakże cię ubłagać,
prośbą jaką, łkaniem jakim?
Tak ci pilno pójść i zabrać
w walizce zieleń i ptaki?

Ptaków tyle. Zieleni tyle.
Lato, zaczekaj chwilę.”

Przy uciekającym coraz bardziej słonecznym lecie odrobinka liryki może się okazać bardzo pożyteczna. Jeśli w takich dniach znajdą się frustraci, którzy mimo wakacyjnego przegrzania są jeszcze w stanie zajrzeć na stronę internetowego blogu, to chylę przed nimi czoła z najwyższym poważaniem i zachęcam do wspólnego relaksu.

Korzystając z niewyczerpanych kosztowności w skarbcu poezji  K.I. Gałczyńskiego przypominam jego wierszowane, letnie reminiscencje:

„Rano słońce, rano pogoda,
idziemy do kąpieli.
Sama radość! Sama uroda!
Jak tu się nie weselić?

Z sosny słychać dzięcioła stuk.
A tutaj ryby bryzg, spod nóg.

Ech, bracie wpław! I płynąć, pływać,
Aż tam, gdzie z drugiej strony
Wiatr, roześmiany, wiatr przygrywa
Na sitowia strunach zielonych.

         ***

A w tych borach olsztyńskich
dobrze z psami wędrować.
A w tych jarach olsztyńskich
sośnina i dąbrowa.
Tęcza mosty rozstawia,
Jak Wenus pachnie szałwia.
Ptak siada na ramieniu
Komar płacze w promieniu.
W dzień niebo się zaśmiewa,
A nocą się zagwieżdża,
Gwiazdy z nieba spadają.

Żal będzie stąd odjeżdżać!”


To tyle z „Kroniki Olsztyńskiej” Gałczyńskiego . A teraz  dla odmiany proponuję liryczną strofę  Juliana Tuwima p.t.  „Zmęczenie”, z tomiku „Rzecz czarnoleska”:


„Zapomnisz o tej chwili, gdy do domu wrócisz
i przymkniesz okiennice w sosnowym pokoju,
zmęczony, jakbyś orał, na łóżko się rzucisz
i będziesz w cieniu drzemał po blasku i znoju.

Przez serce w okiennicy wpadnie promyk wąski,
na ciemnej fotografii rozszczepi się w tęczę,
spostrzeżesz przytrzaśnięte przez okno gałązki
włochaty bąk natrętnie do snu ci zabrzęczy.

I poddasz się ciężkiemu uśpieniu w niewolę
pod tumanem dzieciństwa, co w oczy napłynie,
a tam łubinem wonnym szaleć będzie pole
i niebo obłokami pluskać się w głębinie.”


Jeśli ktoś z moich Czytelników  pomyśli sobie, co oni nie wymyślają, ci poeci, pisząc o przecież zupełnie zwykłych, normalnych sprawach jak piękno słonecznego lata, odpowiem kolejnym, dowcipnym wierszem K. I. Gałczyńskiego, który usunie wszystkie wątpliwości :


Szło ich prawie czterdziestu.
Normalnie. Przy niedzieli.
I nagle jeden westchnął
i wszyscy przystanęli.

Bo ogarnął ich zachwyt,
Że księżyc świecił niebu,
więc patrzyli nań, jakby
sroka patrzyła w rebus.

Księżyc ma ten styl pracy,
no – że wschodzi i świeci,
lecz poeci są tacy.

Ech, poeci, poeci…


A od siebie, żeby już nie przeciągać lirycznej struny poetyckiego pożegnania z latem dodam maleńki dystych:

Ciesz się reminiscencją z dawnych lat młodości
i wiedz, że czas ucieka, lecz w sercu zostaje,
to co było spełnieniem prawdziwej miłości,
to zawsze będzie pachnieć lipcem, czerwcem, majem .

Moim niezmęczonym latem Czytelnikom życzę złocistego, pełnego świeżych, letnich zapachów końca wakacji i początków barwnej jesieni.

Fot. Zbigniew Dawidowicz

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Inwokacja na cześć Pani Premier


Kwiatek dla Beaty

Złe sygnały docierają do Polaków interesujących się polityką. Okazuje się, że wakacyjny czas urlopowy nie ma tu żadnego znaczenia, życie polityczne wrze jak w garncu. Najwybitniejsi politycy nie odpoczywają w ogóle. Nawet w Jastarni lub Juracie jeśli w ogóle znajdą chwilę, by się tam zaszyć przed elektoratem, to i tak nie spuszczają z pola widzenia tego wszystkiego, co się dzieje na politycznej scenie.

No i zanosi się na to, że się będzie dziać.. Dochodzą słuchy, że pomimo klęsk żywiołowych i potężnych strat spowodowanych przez burze i huragany, tuż po wakacjach może nas czekać polityczne trzęsienie ziemi. Wielki Jarosław ma dość stabilizacji, która wiąże się z zastojem i spowolnieniem „dobrej zmiany”. Coraz bardziej dochodzi do wniosku, że musi się za to wszystko zabrać sam. Nawet najwierniejsi „popychacze” w rządzie zawodzą w momentach nie cierpiących zwłoki. Sytuacja przypomina rozdrobnienie dzielnicowe, a dla kraju demokracji ludowej jakim ma być IV RP potrzebny jest jeden pan i władca, tow. I Sekretarz, czyli nowy Edward Gierek. Wiadomo, że mamy takiego samowładcę jednoczącego naród wobec najszczytniejszych ideałów, który z niejasnych przyczyn chroni się przed odpowiedzialnością za plecami innych. A sprawa jest prosta jak drut. On to może zarządzić w każdej chwili. Którejś kolejnej nocy jego giermkowie ogłoszą go Panem i Władcą i przeniosą w lektyce z Nowogrodzkiej na Aleje Ujazdowskie.

Tylko że będzie smutno i źle. Miliony Polaków, prawdziwych patriotów i katolików związało się uczuciowo z Panią Premier. Tak zawsze jej dobrze z oczu patrzy, tyle serca i sił oddaje sprawie odbudowy Polski z ruin i zgliszcz pozostawionych przez byłą ekipę rządową PO. A ponadto tak jak do pracy była zawsze skora do modlitwy, znajdowała oparcie duchowe u Ojców Purpuratów. I teraz co? Prezesura w jakiejkolwiek spółce skarbu państwa, to nie to samo. Pieniądze może i większe, ale splendory.

Oj, łza się w oku kręci i wzruszenie ogarnia na samą myśl, że tak się może zdarzyć.

Poruszony do głębi napisałem tekst inwokacji na cześć Pani Premier z nadzieją, że potrafi on ostudzić gorączkę i skruszyć postanowienie odesłania Jej na boczne tory:



Bez Szydło - życie by nam zbrzydło !


Tobie grają wszystkie instrumenty,
Ciebie Bóg anielską wiarą natchnął,
każdy czyn Twój z natury jest święty,
boś Ty z kruszców szlachetnych -  Beato,

Twa sylwetka zaprasza do tańca,
błyszczysz w oczach jak złota monstrancja !

Widzę Cię w koronie jak królową,
zjawiasz się na jawie i w snach znikąd
i powiewasz biało-czerwoną,
wszędzie jesteś w kwiatach i świecznikach …

Ty przychodzisz śmiejąc się i kwitnąc,
boś przez okno wyrzuciła błękitną!

Nawet ślepcy widzą Cię nocami,
głusi słyszą, chorzy wznoszą głowy,
 kiedy jeździsz limuzynami,
i zachęcasz naród do odnowy.

To praktyka wręcz niespotykana,
co noc z Tobą w sejmie -  „nocna zmiana”.

Każdą ranę palec Twój zabliźni,
wszelka krzywda będzie rozwikłana,
z mocną wiarą lgną do Ciebie bliźni,
lejąc gorzkie łzy  na twych kolanach.

Bo wiadomo, że Ty jesteś wieszczka,
Raj zrobiłaś w wiejskiej gminie Brzeszczach.

Odtąd Brzeszcze z tego w Polsce słynie,
oto gmina, co nie jest w ruinie,
ale teraz Kanada nas czeka,
 w każdej gminie będzie:  Eureka !

Precz odejdzie jakakolwiek troska
Polską rządzi  - złotodajna boroszka,
Dla narodu – prawie Matka Boska.

Ktoś powiedział, że słyszał z Jej ust:
Z nowym rokiem wszystkim –  1000+


Jeśli ktokolwiek kiedykolwiek miał jakieś wątpliwości i zastrzeżenia to myślę, że ostatnim wersem tej strofy postarałem się je rozwiać. Słowo się rzekło – kobyłka u płota !

Za Szydło zgodnym sznurem – stajemy murem !

P.S. Bardzo proszę pamiętać, że ten tekst super-patriotyczny napisałem w rocznicę niezapomnianego wydarzenia - Cudu nad Wisłą - z  sierpnia 1920 r.

sobota, 12 sierpnia 2017

Jak trwoga, to do bloga !



Przed Twe ołtarze...


Wszystkie media zgodnym chórem informują, że Prezes PiS w swym sierpniowym kazaniu z okazji miesięcznicy smoleńskiej ogłosił, że 96 miesięcznica będzie ostatnią. Odtąd zamiast modlitwy tak bliskiej sercu każdego Polaka-Katolika na Krakowskim Przedmieściu zbierać się będą wierni gotowi budować pomnik Lecha. Spodziewam się, że na cokole znajdzie się jeszcze miejsce co najmniej dla dwóch bohaterów narodowych, Jarosława i Jego Magnificencji Tadeusza Rydzyka. Mielibyśmy wtedy ku pamięci wszystkich przyszłych pokoleń, naszą rodzimą Trójcę Świętą, zamiast tej wywodzącej się z dalekiego Izraela.

Nie powiem, że wieść o  zaniechaniu miesięcznic przyjmuję ze spokojem ducha, że nie ogarnia mnie trwoga. Jakże mocno nasz pejzaż świątobliwego życia politycznego tym sposobem spowszednieje. A było tak pięknie – te kordony policji i straży pożarnej dowożącej barierki, by oddzielić masy wiernych, od zdradzieckiej hołoty „drugiego sortu”. Budziły one respekt i dodawały powagi obrzędom stricte religijnym z politykami PiS na czele. W korowodzie prosto ze świątyni szli z dłońmi złożonymi do modlitwy, Jaruś z Beatką pod rękę, tuż obok nawiedzeni Antoni i  Joachim, a obok nich szara eminencja, Zbyszek, w jednej osobie najwyższy sędzia i prokurator i niezliczony tłum najwierniejszych wiernych. Ech, łza się w oku kręci. Nie ma nigdzie na świecie spektaklu teatralnego z tak znamienitą obsadą aktorską.



Jeszcze nie tak dawno człowiek zamiast do bloga uciekał się do Boga. Dziś w werbalnym świecie video tajemnicza skrzynka zwana komputerem zajmuje poczesne miejsce w pokoju, a przy niej klawiatura, wygodny fotelik, tylko siadać i dla spokoju ducha pisać bloga. A przecież można by w tym miejscu ułożyć mały ołtarzyk, fotelik zamienić na klęcznik i od czasu do czasu spędzać czas na modlitwie i kontemplacjach. Gdyby monitor emitował nam li tylko program  TV „Trwam”, a z odbiornika radiowego płynęły modlitwy „Radio Maryja” (marzenie Ojca Dyrektora Rydzyka),  moglibyśmy przetrwać najgorsze czasy rozwiązłości, wolnomyślicielstwa i płynącej ze zgniłego Zachodu gangreny, zwanej gender, nie pozwalającej spokojnie zasnąć na ambonie polskim biskupom.  I wtedy ołtarzyk w pokoju byłby ukojeniem. A tak  - mamy telewizor, a  na ekranie monitora kilkadziesiąt programów sąsiadujących ze sobą  najczęściej na zasadzie kontrastu. Przyciskam kółko pilota – roznegliżowane panienki kuszące do grzechu, a tuż obok w innym kanale – strojni purpuraci karzący surowym palcem sprawiedliwości za wszystkie występki i sprzeniewierzenia przyjętej przez naród wierze.

Mam służyć Bogu i Ojczyźnie i obydwojga w tej kolejności miłować. To jest właśnie nasz odwieczny, okupiony krwią i cierpieniem patriotyzm. Nie kochasz Boga, nie jesteś patriotą, nie kochasz Ojczyzny, to tak jakbyś był niewierzący. Jesteś wierzącym i patriotą, gdy z biało-czerwoną chorągiewką w ręku odbędziesz pieszą pielgrzymkę do Częstochowy, bo trzeba oddać hołd naszej Patronce, Matce Bożej Królowej Polski. Jesteś super-patriotą, gdy pojedziesz do Warszawy na miesięcznicę smoleńską i ręka w rękę z błogosławionym Jarosławem pomodlisz się w głębi serca, wysłuchując równocześnie z megafonów wołania o śmierć dla zdrajców ojczyzny, komunistów i złodziei, w imię najważniejszego przykazania bożego: miłuj drugiego jak siebie samego.  Takie pielgrzymki to i tak o wiele mniejsze poświęcenie, niż wędrówka wyznawców islamu z Mekki do Medyny, a przecież oni, mahometanie są dla nas chrześcijan źle wierzącymi, tak samo jak prawosławni pątnicy wspinający się na kolanach do cudownej ikony Spasa Izbawnika na Świętej Górze Grabarce, albo Żydzi Mojżeszowi, bijący głową w płaszczyznę muru herodiańskiego jerozolimskiej Ściany Płaczu. Gubię się w domysłach, którzy są  lepiej wierzący, a którzy gorzej, którzy zaś w ogóle nie.

Okazuje się, że wiara smoleńska, to jeszcze nie wszystko, co staje się według rządzących dzisiaj nośnikiem patriotyzmu. Ujął to bardzo precyzyjnie były PiS-owski Marszałek Sejmu, odsunięty potem przez J. Kaczyńskiego i wyrzucony z partii jego najwierniejszy współpracownik, Ludwik Dorn. Pisze on, że „Modelowy Polak-Patriota dla PiS-u to dygocący ze strachu osobnik, który wrzucił na grzbiet koszulkę wyklętych, zaszył się w kącie i plując na muzułmankę w hidżabie, myśli że realizuje testament Łupaszenki i Ognia. To Polaków pomniejsza, to pomysł na skarlenie Polski”.

Ale ja czuję się patriotą, więc wierzę Kościołowi i PiS-owi, bo i tak istotą wiary jest przyjmować wszystko na wiarę, a przecież muszę wierzyć by być patriotą. Tak czyni ponad 90% Polaków, podających się za wierzących. A może to lepiej, że w naszych domach miast ołtarzyka mamy skrzynkę telewizora, albo komputera, albo też kino domowe i kilka jeszcze innych odbiorników, przetwarzaczy itp. Skutkiem tego mamy mniej czasu na rozmyślania, za nas myślą ci, którzy są do tego powołani, albo mają w tym interes i podają nam z ambony lub trybuny sejmowej gotowy produkt do wyboru jak w supermarketach – wszystko pięknie opakowane, przetworzone, wysokiej marki. I fałszywe w środku, pełne kłamstwa i obłudy jak obecna telewizja, kojarzona z domem publicznym, na czele z Dziennikiem TVPiS i TVP Info.



Znalazłem usprawiedliwienie, czemu miast do Boga, uciekam się do bloga. Mogę w nim spokojnie, bez strachu sam ze sobą pokontemplować, chociaż to „bez strachu” jest na wyrost, bo wiele ryzykuję.  Niektórzy z Czytelników mogą moje wątpliwości przyjąć za herezję, odstępstwo od wiary, a wtedy jako osobnik już nie „drugiej”, ale „trzeciej kategorii”, stracę resztki zaufania. I w niwecz pójdzie mój patriotyzm, ten bogoojczyźniany przez duże B i O  i w ogóle, nawet ten lokalny, do miejsca urodzenia i  zamieszkania, a wtedy całe moje blogowanie okaże się ich zdaniem - zwykłym blagowaniem i będzie psu na budę.

Ale wierzę też w to, że znajdą się tacy odbiorcy, którzy uznają, że mam rację, znajdując w blogu odskocznię od bogobojnej PiS-owskiej rzeczywistości.

Oj, mam teraz dylemat, czy nie lepiej odpuścić sobie tego bloga. Już i tak wątpiąc w to, że jak trwoga to do  Boga, zgrzeszyłem myślą. No tak, ale teraz dochodzi do tego i mowa, i uczynek. Jestem przerażony. Wyspowiadać się mogę, ale tylko sam przed sobą, bo nie chcę traktować księdza jak agenta, który donosi Bogu ile grzechów mam na sumieniu. No, ale nasi duchowni wciąż powtarzają, że jest jeszcze nadzieja w modlitwie, a Bóg być może cię wysłucha. Więc próbuję potraktować to pisanie jak modlitwę o odpuszczenie grzechów. Pocieszam się, że Bóg ma tyle innych rzeczy na głowie, że nawet nie spojrzy na mnie, a jeśli tak, to wybaczy, a jako karę za grzechy poleci mi odejść od tematów religijnych na rzecz jak to dotąd bywało – regionalnych.  Nie jestem jednak do końca pewien czy będzie to  Bogu na chwałę, a moim Czytelnikom na pożytek, czy może odwrotnie?

Najlepiej będzie, gdy zamiast na pisanie bloga, przeznaczę czas na hot doga !

P.S.
Na pociechę pozwoliłem sobie tego bloga ozdobić kilkoma kolorowymi obrazkami. To tak by nie odbiegać od obowiązującej w marketingu normy -  nie liczy się to co jest w środku, liczy się opakowanie !