Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

niedziela, 4 grudnia 2016

Grudzień - da się lubić !


jarmark świąteczny

Nic nie wskazuje na to, aby grudzień w Polsce uznać za piękny miesiąc. To przecież początek zimy, ale nie tej śnieżnej, słonecznej, olśniewającej. To jest czas dominacji nocy nad dniem, pochmurnego nieba, ponurych, smutnych drzew i krzewów ogołoconych z różnobarwnej szaty,  oczekujących na śnieżystą otulinę jak wiosenny kwiat na krople dżdżu. To jest miesiąc deszczowej chlapy, kolein błota, grud na polach, smętnej szarości, a zarazem niecierpliwego pędzenia do przodu, byle bliżej do końca miesiąca, bo przed nami rozpościera swe anielskie skrzydła uśmiechnięty Nowy Rok. A z nowym rokiem – nowe nadzieje.


Ale mimo wszystko czekamy z utęsknieniem na grudzień. Sama myśl, że już się zbliża, już jest, grudzień, ostatni miesiąc kalendarzowy, wywołuje żywsze bicie serca. Nie trudno zgadnąć skąd się to bierze? Każdy jest w stanie bezbłędnie wskazać walory grudnia. Przecież to miesiąc najważniejszych świąt w roku  -  Bożego Narodzenia, wcześniej jeszcze Świętego Mikołaja, a na koniec  -  Sylwestrowej Nocy, otwierającej drogę do nowego, szczęśliwszego roku. Wszyscy w to święcie wierzymy, że  nowy rok będzie lepszy od starego, wszyscy tego sobie szczerze, serdecznie życzymy, wszyscy jesteśmy tej nocy aniołami, coś w nas wstąpiło niezwykłego, promieniejącego dobrocią, czułością,  miłością. Co się z nami stało takiego, że jesteśmy inni, niż przez wszystkie pozostałe miesiące roku, że jesteśmy lepsi? Co w ogóle z nami się dzieje w grudniu, posępnym, chłodnym, deszczowym miesiącu ?


Odpowiedź jest prosta  -  to nasza, polska, jedyna, najcudowniejsza, nieprzemijająca tradycja świąteczna. Nigdzie na świecie nie ma tak pięknej, wartościowej i bogatej tradycji Świąt Bożego Narodzenia.
Mało jest krajów, w których tradycja bożonarodzeniowa miałaby tak mocne korzenie religijne i patriotyczne. Nasze święta budzą zachwyt i uznanie u wszystkich przybyszów z innych stron.


Rzecz dziwna, nie błyszczymy tak wyraziście jak w wielu krajach Zachodu refleksami lampionów, girlandami światełek i świecidełek,  rzucającą się w oczy feerią migających neonów, strojnych choinek, kolorowych Mikołajów, masową, merkantylną, przemysłową produkcją świąteczną, którą wypełnione są po brzegi już od połowy listopada handlowe markety. Nasze święta mają fundament duchowy, wiążą się nierozerwalnie z wiarą i ceremonią religijną. Najważniejsze w nich miejsce zajmuje to, co się dzieje w kościele –   Szopka Betlejemska, Pasterka, Msze Święte w pierwszy i drugi dzień świąt, no i wreszcie to, co ma miejsce w domu  -  Wieczerza Wigilijna w gronie rodzinnym z opłatkiem w ręce, skibką sianka na nieskazitelnym białym obrusie, barszczykiem i karpiem.


Choinka z lasu strojna w wytwory rękodzieła własnego pomysłu - gwiazdki, aniołki, łańcuchy z bibuły, wycinanki, wydmuszki, cukierki, owoce, no i świeczki woskowe, koniecznie świeczki, nie elektryczne lampki, zwłaszcza migające  -  to jest nasza swoistość, specyfika naszych świąt. W tej scenerii śpiewamy chętnie kolędy  -  „Wśród nocnej ciszy”, „Lulajże Jezuniu”, „Przybieżeli do Betlejem pasterze” i cały, bogaty repertuar kolęd, których w takiej ilości  i melodyjności nie znają inne narody.


 A śpiewanie kolęd przeplatamy wydostaniem spod choinki paczek z gwiazdkowymi podarunkami dla wszystkich domowników i naszych wigilijnych gości. Zdarza się czasem, że przy stole zajmie miejsce niespodziewany gość, na którego w każdym domu czeka miejsce i zastawa. Bo tak każe nasza staropolska, chrześcijańska tradycja. Bywa że do drzwi zapukają wieczorem kolędnicy. Kiedyś chodzili z gwiazdą betlejemską, albo grupa przebierańców z Matką Boską, Świętym Józefem, Dzieciątkiem Jezus, Herodem, Diabłem i Śmiercią. Odgrywali oni po wejściu do domu miniaturowe jasełka ku uciesze i zachwyceniu najmłodszych. Dziś najczęściej zaczyna się i kończy na zaśpiewaniu kolędy i złożeniu życzeń, ale dobre i to, byle tradycji stało się zadość.


Naszą piękną tradycją świąteczną są życzenia „wesołych świąt”. Spotykamy się z nimi na każdym kroku, przed i w czasie, a czasem tuż po świętach. Składamy je sobie w pracy, na ulicy, w domu, wysyłamy pocztą, a obecnie w dobie niebywałego rozwoju techniki za pomocą łączy telekomunikacyjnych. Atmosferę świąteczną wzmacnia telewizja, radio, kasety z nagraniami kolęd i pastorałek. A po Bożym Narodzeniu zaczyna się gorączkowa krzątanina związana z Sylwestrem. Bo Sylwester i Nowy Rok, to nadzwyczajne ukoronowanie miesiąca grudnia, to zarazem zamknięcie jak złotą klamrą corocznego grudniowego świętowania. I znów mamy przed sobą cały, pełen dobrych nadziei, składający się z 12 miesięcy  -  nowy rok!

Jak dobrze, że to wszystko jest jeszcze przed nami.

sobota, 3 grudnia 2016

Usprawiedliwienie



Otrzymałem od bliskich mi Czytelników mojego bloga tak uroczą i miłą zachętę, by im sprawić niespodziankę z okazji Św. Mikołaja, że od razu ruszyłem do dzieła. Niestety, mój trud poszedł na marne. To nie te czasy, kiedy wystarczył telefon lub e-mail do Św. Mikołaja i zawsze można było liczyć na pozytywne załatwienie sprawy. Nie udało mi się skontaktować ze Świętym. Proszę więc pokornie o przyjecie mojego usprawiedliwienia.


Niestety -  stało się,
dostałem po nosie,
biuro Mikołaja nie czynne od maja,
próbuję od nowa – przerwa reklamowa.

Nic dla moich bliskich u nich nie dostanę
w biurze Mikołaja robią „dobrą zmianę”,
paczki z piernikami są już wyliczone,
dostanie je Polak co ma dzietną żonę.

Mikołaj to nie jest jakieś widzimisię,
on rozdaje paczki dla wszystkich, co w PiS-ie,
każdemu wyborcy perfumy i mydło,
 ale tylko takim których wskaże Szydło.

Ona akceptację musi mieć Jarusia,
paczka od Świętego to nie usia siusia,
nie może jej dostać KOD-owski niecnota,
lecz tylko katolik, Polak – patriota.

Wprawdzie mówią wokół, przecież chodzi o to,
 by być patriotą, lecz nie idiotą,
ale nasz Mikołaj rozdaje prezenty,
 według  wskazań PiS-u, bo przecież jest święty.

W świetle dnia PiS-owcy ze wstydu się pocą,
więc wszelkie decyzje podejmują nocą.
A Mikołaj dla nich, to jest teraz szycha,
korzysta z ochrony ministra Błaszczyka.


Myślałem, że Mikołaj spełni me  życzenia,
że bliskie mi osoby zaskoczę prezentem.
Proszę przyjąć  słowa usprawiedliwienia,
 a to wszystko dlatego, że nie jestem świętym !


I bardzo proszę docenić to, że moje usprawiedliwienie napisałem jak mogłem najlepiej, w pocie czoła, nocą i do tego mową wiązaną !

piątek, 2 grudnia 2016

Kochamy Św. Mikołaja od Pucka do Kłaja


Marek Juszczak z wizytą u prawdziwego Mikołaja pod Biegunem Północnym

 
Tradycja Św. Mikołaja jest bardzo stara. Aleksander Brückner w Encyklopedii Staropolskiej określił ją jako zwyczaj późny, miejski, niemiecki. W rzeczywistości jednak zwyczaj obdarowywania się prezentami jest znacznie starszy, archaiczny. Choć jego bezpośrednich korzeni najczęściej doszukujemy się w rzymskich Saturnaliach, to w przypadku Słowian postać świętego Mikołaja wyraźnie wywodzona jest z kultu Welesa, bóstwa związanego z ziemią, zaświatami i magią, a u Germanów analogicznie z kultu Odyna.

To są jednak głębokie korzenie, które mogły mieć wpływ w średniowieczu na dostosowanie starosłowiańskiej lub starogermańskiej tradycji do religijnego nurtu płynącego z południa Europy. Skąd więc wywodzi się  bliższe nam źródło tradycji Św. Mikołaja?

Otóż działo się to w Mirze Licyjskiej, prężnym miasteczku w Azji Mniejszej w połowie IV wieku naszej ery. To właśnie tam pochowano wtedy zmarłego biskupa, a jego ciało poczęło wydzielać leczniczą mirrę, stało się więc miejscem odwiedzin pątników z różnych stron świata, a zarazem miejscem kultu  biskupa Mikołaja, nazwanego Cudotwórcą.

Znane są też legendy związane z tradycją Św. Mikołaja. Jedna z nich głosi, że pewien człowiek, który popadł w nędzę, postanowił sprzedać swoje trzy córki do domu publicznego. Gdy biskup dowiedział się o tym, nocą wrzucił przez komin trzy sakiewki z pieniędzmi. Wpadły one do pończoch i trzewiczków, które owe córki umieściły przy kominku dla wysuszenia. Jakież było zdziwienie i radość w całej rodzinie, gdy okazało się, że córki stały się na tyle posażne, by bez trudu znaleźć męża i zapewnić sobie przyszłość.
Od tej pory w krajach, gdzie w powszechnym użyciu były kominki, powstał zwyczaj wystawiania przy nich bucików lub skarpet na prezenty. 

Obydwa Kościoły, rzymskokatolicki i prawosławny uznały świętym biskupa z Miry, który zasłynął też, ratując od śmierci niesłusznie skazanych urzędników cesarskich, co mogło spowodować głód i ruinę miasta. Przypisuje mu się jeszcze inne godne podziwu i uznania uczynki, m.in., że cały majątek rozdał biednym. W ten sposób Św. Mikołaj został pierwowzorem postaci rozdającej prezenty dzieciom. Przedstawiany jest jako starzec z okazałą brodą, często w infule i z pastorałem, no i z workiem prezentów, ale także pękiem rózg w ręce. Co roku 6 grudnia (w rocznicę śmierci świętego) grzecznym dzieciom przynosi prezenty (zwykle słodycze), a niegrzecznym (na ostrzeżenie) rózgę.

W 1087 roku relikwie Świętego przeniesiono z Turcji do włoskiego miasta Bari, gdzie znajdują się do dnia dzisiejszego w specjalnie zbudowanym ku jego czci soborze. Pomimo niewielu wiadomości na temat życia świętego, jego postać jest jedną z najbardziej barwnych w hagiografii sakralnej. 

W średniowiecznym Amsterdamie Św. Mikołaj przypływał żaglowcem z dalekich ciepłych mórz, a wór z prezentami niósł ciemnoskóry sługa zwany Zwarte Piet. Człowiek z ciepłych krajów nie bardzo pasował do zaśnieżonego zimowego pejzażu. Toteż gdy w roku 1822 Clemens Clarke Moore napisał poemat, w którym św. Mikołaj przybywa saniami zaprzężonymi w renifery z bieguna północnego, wkrótce przyjęło się to w krajach północnych..

Obecnie coraz popularniejsza forma tej postaci wywodzi się z kultury brytyjskiej i amerykańskiej, gdzie jest jedną z atrakcji bożonarodzeniowych. Nadal jednak w większej części Europy, w tym w Polsce, dzień Świętego Mikołaja obchodzony jest tradycyjnie 6 grudnia jako wspomnienie świętego Mikołaja, biskupa Miry.

Na skutek przenikania do europejskiej tradycji elementów kultury anglosaskiej (w szczególności amerykańskiej) także w Europie święty Mikołaj utożsamiany jest z Bożym Narodzeniem i świątecznymi prezentami pod choinkę. Dzięki niezwykle sprawnej promocji marketingowej praktycznie zastąpił on w powszechnej świadomości tradycyjny wizerunek świętego Mikołaja biskupa. Teraz jego miejscem adresowym jest skandynawskie miasteczko Drobak w Norwegii. W okresie świąt Bożego Narodzenia rozwozi dzieciom prezenty saniami ciągniętymi przez zaprzęg reniferów, a zamieszkuje wraz z grupą elfów Laponię lub biegun północny.

W Rosji św. Mikołaj był również otoczony kultem jako patron uciśnionych i skrzywdzonych, ale przejętą z zachodu postać rozdającą dzieciom prezenty nazwano Dziadkiem Mrozem, ze względu na podobieństwo do bajkowej postaci nazywanej Moroz Krasnyj Nos. Zgodnie z tradycją, rozdaje on prezenty w święta wraz ze Śnieżynką 
.
W tradycji bizantyjskiej jego odpowiednikiem jest Święty Bazyli, który obdarowuje prezentami dzieci w dniu 1 stycznia.

U nas w Polsce mamy również lokalne odmienności wynikające z tradycji regionalnych. W Wielkopolsce, na Kujawach, na Kaszubach i na Pomorzu Zachodnim prezenty na Boże Narodzenie tradycyjnie przynosi Gwiazdor, w Małopolsce  -  Aniołek, na Górnym Śląsku – Dzieciątko utożsamiane z postacią Jezusa Chrystusa, Św. Mikołaj jest zaś wszędzie związany z dniem – 6 grudnia.

A jak to jest w naszym regionie wałbrzyskim. Myślę, że ze względu na wyraźne pomieszanie kultur i tradycji powojennych mieszkańców miasta Wałbrzycha i okolic  ukształtował się uniwersalny i najbardziej korzystny dla dzieci i dorosłych zwyczaj obdarowywania się prezentami i 6 grudnia na Św. Mikołaja, i w wieczór wigilijny pod choinkę. W ten oto sposób Św. Mikołaj gości u nas co najmniej dwa, a bywa, że trzy razy w grudniu, bo zdarza się to także w Noc Sylwestrową. Dzieciaki kochają Św. Mikołaja, bo przynosi im w nocy coś pod poduszkę, a w przedszkolu pojawia się sam osobiście w czerwonej szacie, z długą brodą, z workiem prezentów i wszystko jest wspaniale, byle nie miał na nogach butów pana woźnego. W ogóle akceptujemy w całej rozciągłości tradycję Św. Mikołaja skoro dotyczy ona coraz powszechniej nie tylko dzieci, ale i dorosłych. Taki Św. Mikołaj wszystkim nam bardzo odpowiada. Godzimy się z tym, że przyjeżdża saniami spod koła podbiegunowego, ale nie mamy nic przeciwko temu, jeśli dotarł do nas wprost z francuskiego marketu Auchan, brytyjskiego Tesco, niemieckiego Lidla, bądź też portugalskiej „Biedronki”. Mnie osobiście Św. Mikołaj kojarzy się z zapachem dezodorantu, wody kwiatowej i kremu do golenia, ale dzięki temu nie muszę mitrężyć czasu na penetrację sklepów kosmetycznych. Św. Mikołaj jest dobry na wszystko.

środa, 30 listopada 2016

Kurort, który był i jest romantyczny


Słynny deptak w Parku Zdrojowym

Zanim opowiem cos niecoś o „perle naszych uzdrowisk” - Szczawnie-Zdroju, spróbuję stworzyć odpowiedni nastrój, bo o szczawieńskim kurorcie nie da się pisać językiem podręcznika historii. Przypomnę więc romantyczne zdarzenie z przeszłości, które jak sądzę zachęci jeszcze mocniej do zainteresowania się jego historią.

Rozpocznę od fragmentu wiersza:

„Niechaj mnie Zośka o wiersze nie prosi,
Bo kiedy Zośka do ojczyzny wróci,
To każdy kwiatek powie wiersze Zosi
Każda jej gwiazdka piosenkę zanuci,
Nim kwiat przekwitnie, nim gwiazdeczka zleci,
Słuchaj  -  bo to są najlepsi poeci…”

Wytrawni znawcy naszej literatury odkryli od razu, że jest to początek wiersza  znakomitego wieszcza z epoki Romantyzmu, Juliusza Słowackiego i nosi tytuł „W pamiętniku Zofii Bobrówny”.

Wiersz pisany wczesną wiosną 13 marca 1844 roku do albumu Zosi, córki Joanny Bobrowej, z którą poeta przyjaźnił się w ostatnich latach swego życia był w dalszej swej części wyrazem przejmującej tęsknoty do ojczyzny, do której sam Słowacki nie mógł powrócić, tak jak zamierzała to uczynić jego znajoma z całą rodziną.

Dlaczego przypominam ten wiersz Słowackiego i wymieniam z imienia jego adresatkę, Zofię, a także jej matkę Joannę Bobrową. Czy mają one coś wspólnego z nasza ziemią wałbrzyską, której z reguły poświęcam moje opowieści? Okazuje się , że sam Juliusz Słowacki nie, ani też bezpośrednia właścicielka sztambucha, Zosia.. Natomiast jej mama, Joanna Bobrowa -  tak. Jest ona bowiem bohaterką niezwykle pięknego i wzruszającego romansu, którego miejscem było nasze podwałbrzyskie uzdrowisko – Szczawno Zdrój.

Gdyby tu chodziło tylko i wyłącznie o panią hrabinę Bóbr- Piotrowicką z Wołynia, zarejestrowaną wraz z córkami w maju 1838 roku w księgach pensjonatu „Pod Topolą” w Salzbrunn i jakiegoś jej przypadkowego amanta, można byłoby darować sobie ten incydent. Ale jej adoratorem był człowiek niezwykłej miary, trzeci z plejady naszych największych romantyków w literaturze polskiej, obok Mickiewicza i Słowackiego  - 26-letni wówczas autor „Nieboskiej komedii”  Zygmunt Krasiński.

Nie ma żadnej wątpliwości, że tutaj w szczawieńskim kurorcie miało miejsce utajnione spotkanie dwojga osób znających się już wcześniej i bardzo zakochanych w sobie. Problemem było to, że hrabina Joanna Bobrowa była już osobą zamężną, a jej adorator, młodszy od niej o kilka lat poeta miał pełną świadomość tego, że nie jest to miłość do zaakceptowania i ze względów moralnych i prestiżowych przez jego rodzinę.

Przyjrzyjmy się na moment temu, kim był Zygmunt Krasiński i kobieta która podbiła jego serce.

Zygmunt pochodził z jednego z najstarszych rodów magnackich w Polsce. Ojciec jego, Wincenty Krasiński był generałem początkowo w służbie napoleońskiej, a potem w wojsku Królestwa Kongresowego. Wówczas to przeszedł na służbę cara. Przed wybuchem powstania listopadowego w 1830 roku 18-letni Zygmunt wyjechał za granicę na dalsze studia. Nie mógł pogodzić się z tym, że ojciec jego stanął po stronie wojsk Wielkiego Księcia Konstantego. Efektem głębokich przeżyć poety, rozdarcia wewnętrznego i krytycznej oceny współczesnej rzeczywistości był jego dramat „Nieboska komedia” napisany w 1833 roku. Utwór ten należy do najwyższych arcydzieł dramaturgii polskiego romantyzmu, porównywany do III części „Dziadów” Adama Mickiewicza.

Młody 21-letni Zygmunt Krasiński zyskał więc dużą sławę w środowiskach polskiej emigracji popowstaniowej, zwłaszcza że nie zamierzał wracać do zniewolonej ojczyzny. W dwa lata później napisał kolejny dramat romantyczny p.t. „Irydion”. Wówczas to zaprzyjaźnił się z Juliuszem Słowackim, doceniając w pełni jego geniusz poetycki.

Zygmunt Krasiński wiele podróżował po Europie, mieszkał na zmianę w Genewie, potem w Rzymie. Zaglądał też od czasu do czasu do rodzinnej Opinogóry pod Ciechanowem.  Dla podreperowania zdrowia bywał częstym gościem głośnych w Europie kurortów.. Pozwalała mu na to pomoc materialna zamożnej rodziny magnackiej, zwłaszcza że ojciec i po powstaniu cieszył się wielkimi względami cara. Bywał też w słynnych Zahajcach w powiecie krzemienieckim na Wołyniu w dworku marszałka wołyńskiego Teodora Bóbr-Piotrowickiego, gdzie mógł w skrytości ducha podziwiać i adorować uroczą jego żonę  i matkę dwóch. córek, Zofii i Ludwiki.

Joannę Bobrową poznał  za granicą w Rzymie w 1834 roku i od razu zapłonął romantyczną miłością. Subtelna, egzaltowana, rozkochana w poezji dama wprawiała poetę w niezwykłą ekstazę, to jej dedykował pierwodruki „Nieboskiej komedii” i „Irydiona”. W miarę upływu czasu neurasteniczna, gotowa na rozwód z mężem Joanna stała się dla Zygmunta Krasińskiego ciężarem, bowiem miał on pełną świadomość, że takiego związku nie zaakceptuje jego ojciec, którego cenił i kochał i z którym musiał się liczyć.
Zanim spotkał się ze swoją wybranką w Szczawnie, dwa lata wcześniej w1836 roku w wierszu „Chciałbym anioła widzieć” pisał:

„Chciałbym anioła widzieć na tym grobie,
kędy sny nasze leżą pogrzebane,
co by mi czasem zaśpiewał o tobie,
jak śpiewa tułacz pamiątki kochane;

Ach, głos twój gdyby ponad moim czołem
Ozwał się, lecąc od dalekiej strony,
Choć raz się ozwał, wiatrami niesiony,
Ten głos twój byłby mi takim aniołem !”

Przyjrzyjmy się przez chwilę jak wyglądało tajemne spotkanie stęsknionych kochanków w  szczawieńskim zdroju.

Sanatorium "Gigant" w Szczawnie-Zdroju


Zygmunt Kraiński wraz z przyjacielem Konstantym Danielewiczem, z zawodu lekarzem, zamieszkał w hotelu „Korona” (dzisiejsza „Korona Piastowska”), miał więc do swej ukochanej parę kroków. Spotykali się kilka razy dziennie, starając się wykorzystać maksymalnie ten krótki, zaledwie dziesięciodniowy czas na spełnienie miłosnych uniesień. O takiej chwili marzył młody poeta przez cztery lata od momentu poznania, czemu dawał wyraz w wierszach lirycznych, podobnie jak ongiś Francesco Petrarka w sonetach „Do Laury”. A ponieważ „Laura” Zygmunta Krasińskiego była kobietą czułą i wrażliwą na piękno poezji, wydawało się że ta miłość przezwycięży wszystkie przeszkody.

Niestety, to właśnie tu w Szczawnie młodzieńcza miłość Krasińskiego znalazła swoje apogeum. Świadczy o tym  fragment listu pisanego ze Szczawna do przyjaciela:

„Nie kochać jej nie jest w mocy mojej. Im słabsza, im smutniejsza, im coraz bardziej tracąca piękność dawną, tym mocniej lgnie moje serce do niej. Dzień cały minął mi z nią, jak sen pełen tęsknoty… Wczoraj zeszło mi z nią, przy niej zejdzie mi dzisiaj podobnie…Nieszczęsny ten, kto z naiwnością dziecka, z marzeniem o szlachetności, targnął się na cudze prawa, żonę od męża oderwał, matkę od dzieci… Jam to uczynił, myśląc szalony, że na tej drodze poezja i wiosna.”

Pomimo miłosnego zauroczenia pojawiają się u Zygmunta wyrzuty sumienia, świadomość że ten związek nie ma przed sobą przyszłości.

Jakoż i tak się stało wkrótce potem, przy czym odbyło się to na skutek zdecydowanej ingerencji  jego ojca. Poeta wzbraniał się pokąd mógł, aż w końcu uległ. Ale jeszcze przez jakiś czas będzie żył ułudą, że uda mu się wrócić do swej bogini młodzieńczych natchnień.

Jak to często w życiu bywa ostateczną tamę tej egzaltacji postawiła inna kobieta. A była nią, sławetna „rusałka podleskich jarów”, rozwiedziona z synem znanego targowiczanina piękność, słynąca z talentów malarskich, wokalnych i muzycznych, wytworności, majątku i umiejętności łamania męskich serc – znana w literaturze i historii – niejaka Delfina z Potockich.

To nasza rodzima, polska femme fatale.

Kochał się w niej Juliusz Słowacki, a także Fryderyk Chopin, który zadedykował jej słynny koncert f-moll. Teraz dobił do tej plejady adoratorów także Zygmunt Krasiński. Romans Zygmunta i Delfiny ciągnął się  właściwie do lat pięćdziesiątych, kiedy to coraz bardziej Krasiński zapadał na zdrowiu. Uważał swoją wybrankę za typ „najpoetyczniejszej”, a zarazem najrozumniejszej kobiety i prowadził z nią obfitą artystyczno - intelektualną korespondencję, stanowiącą do dziś przykład polskiej romantycznej epistolografii.

Do niej adresował w 1844 roku wzruszający wiersz:

„Módl się ty za mnie, gdy przedwcześnie zginę
za winy ojców i za własną winę!
Módl się ty za mnie, by mnie i w mym grobie
nie opiekielnił żal wieczny po tobie!
Módl się ty za mnie, bym u Boga w niebie
po wiekach wieków kiedyś spotkał ciebie
i tam przynajmniej odetchnął wraz z tobą,
bo mi tu wszystko trudem i żałobą…
Módl się ty za mnie!  -  Jam cię kochał wiernie
I tak jak bezmiar bezmierny – bezmiernie…”


Ale wróćmy jeszcze na moment do tej pierwszej miłości Krasińskiego, Joanny Bobrowej. Musiała być równie niepospolitej urody, skoro mimo dostrzeżonej przez Zygmunta w cytowanym liście „traconej piękności”, potrafiła także zawrócić w głowie podobnie jak Delfina, samemu Juliuszowi Słowackiemu. Przez wiele lat była jego natchnieniem i uosobieniem kobiecości, stąd piękne liryki, jak ten do córki Zosi cytowany na wstępie mojej opowieści. Samej Joannie poświęcił Słowacki wiersz „Do pani Joanny Bobrowej” i w ten sposób wprowadził ją na trwałe do literatury polskiej

fasada wschodnia zamku Książ


Szczawieński exodus Zygmunta Krasińskiego znalazł swoje ucieleśnienie w relacji z wycieczki do zamku Książ, pierwszym w języku polskim opisie tej malowniczej warowni, cytuję:
„Wczoraj wieczorem poszliśmy z Konstantym do Książa, zamku starego, o milę stąd. Przystęp doń, okolony gęstym borem, przypominającym okolice, które zwykle opisuje Jean Paul. Nagle stajesz nad głębokim przepaścistym jarem, w dole strumień huczy, boki spadziste, nastrzępione jodłami. Pośrodku jaru wznosi się opoka równie odległa od brzegów. Na niej gniazdo arystokratyczne grafów Hochbergów, zachowane w całości zewnątrz i wewnątrz”.

Opis jest znacznie obszerniejszy, dotyczy nie tylko widoku zewnętrznego zamku, ale i wewnętrznych sal i komnat, włącznie z Aulą Maksymiliana. Można o tym dowiedzieć się więcej z książki naszego znakomitego wałbrzyskiego historyka i pisarza, Alfonsa Szyperskiego „Polacy w dawnym Szczawnie i Starym Zdroju”. Zdaję sobie sprawę z tego, że niełatwo dotrzeć dziś do tej książeczki, a ponieważ stanowi ona dla mnie inspirację do lepszego poznania przeszłości naszego regionu, mam nadzieję, że tą opowieścią zachęcę Państwa do bliższego kontaktu z tego rodzaju literaturą.

Zaś o przeszłości Szczawna-Zdroju coś niecoś w kolejnym poście.