Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

niedziela, 17 grudnia 2017

Pizza po Bożemu !



Śpieszę z dzisiejszym postem, bo jak się okazuje pasuje w sam raz na niedzielę.  Na stronie mojego  Facebooku znajduję informację, skutkiem której poczułem olśnienie. Otóż czytam co następuje:

„W łódzkim lokalu ma być serwowana m.in. pizza "Magnificat" czy "Osiem Błogosławieństw". Pomysłodawcą nazw potraw, jak również nazwy samego lokalu, jest arcybiskup Grzegorz Ryś - informuje "Dziennik Łódzki". Wojciech Amaro będzie odpowiedzialny za dobór sprzętu oraz znalezienie odpowiedniego kucharza. Otwarcie lokalu planowane jest na marzec.

Projekt chrześcijańskiej kawiarni "non-profit" autorstwa Magdy Cyganek przybiera coraz wyraźniejsze kształty. Przy Piotrkowskiej 80 ma powstać klimatyczny lokal wystrojem nawiązujący do Jerozolimy i terenów, na których nauczał Jezus. Całemu przedsięwzięciu patronować ma Matka Boża.

Na miejscu będzie można spróbować "biblijnych" specjałów: daktyli, fig, ciasta z rodzynkami. W zamierzeniu będzie to także miejsce, w którym mają odbywać się różne kulturalne wydarzenia: koncerty, wykłady, wernisaże. Pojawiać się będą duchowni, ale nie zabraknie również świeckich artystów, jak choćby znanego łódzkiego rapera O.S.T.R.

Do przedsięwzięcia Magdy i jej przyjaciół powiązanych z łódzkim kościołem ojców jezuitów dołączył niedawno charyzmatyczny ewangelizator, ks. Michał Misiak. To właśnie on wpadł na pomysł, żeby o pomoc poprosić swojego znajomego, który jest najbardziej znanym polskim restauratorem”.

Wiadomość ta, jak wspomniałem na wstępie, spowodowała moje olśnienie. Przecież ta innowacja daje  niewyobrażalne możliwości dla duchownych chcących iść z postępem.

A gdyby tak przy każdym kościele otworzyć taką właśnie pizzerię chrześcijańską. Ludzie często gonią do kościoła o „suchym pysku”, a ceremonie obrzędowe trwają godzinami. Gdyby tak można było przed nabożeństwem lub po, a w wyjątkowych sytuacjach w trakcie modłów posilić się zbożnym „Magnificat”, nie mówiąc już o „Ośmiu Błogosławieństwach” i popić to złotym napojem chmielowym, konsumowanie słów duszpasterza byłoby w takiej sytuacji znacznie owocniejsze.  Człek powracałby po takim diktum podniesiony na duchu -  wzbogacony słowem Bożym, a na ciele – wypełniony sytością żołądka. Można się więc spodziewać, że pobożność wiernych dzięki takim zbiegom znacznie by wzrosła.

Ale przecież to dopiero wstęp do religijnej, pisowskiej „dobrej zmiany”, która może całkowicie przeobrazić i uwspółcześnić nasz pisowski Kościół.

W przykościelnych pizzeriach można przecież organizować non stop życie religijne chrześcijan. Tam mogą się swobodnie, bez ołtarzowej celebry spotykać z wiernymi pisowscy duszpasterze i politycy ( podobnie jak u Ojca Rydzyka w Toruniu) i za dowolną opłatą „co łaska” uczestniczyć w misterium modlitwy, pokrzepionej wiktuałami restauracyjnej kuchni. W miejsce komunijnego opłatka można by wprowadzić osławioną wadowicką kremówkę. Przyciągnęłaby ona najwierniejsze rzesze z  Kółka Różańcowego i innych stowarzyszeń katolickich.

Pomysłów na modernizację obrzędowości religijnej wśród pisowskiej gromady wiernych może być tysiące. Łódzcy pomysłodawcy już sypią jak z rękawa takimi innowacjami.

Zastrzegam sobie jednak, ze to ja jestem pierwszy w  pomyśle wykorzystania łódzkiej „pizzy po Bożemu” do znacznie szerszych i powszechniejszych celów, które mogą całkowicie zrewolucjonizować polski Kościół.

sobota, 16 grudnia 2017

Jaśniej w Wałbrzychu – dzięki filmowej adaptacji książki Joanny Bator



Wiadomość o  rozpoczęciu zdjęć do filmu "Ciemno, prawie noc" – według powieści  pochodzącej z Wałbrzycha pisarki, Joanny Bator, zelektryzowała  intelektualne środowisko Wałbrzycha. Akcja mrocznej powieści utrzymanej w konwencji thrillera i horroru dzieje się w naszym mieście. Tu też powstanie większość zdjęć do filmu... a nawet zagrają w nim mieszkańcy Wałbrzycha. Filmowa adaptacja bestsellerowej powieści nagrodzonej Nagrodą Nike w 2013 roku otrzymała dofinansowanie w ramach XI edycji Dolnośląskiego Konkursu Filmowego. Scenariusz napisali Borys i Magdalena Lankoszowie, a produkcją zajmuje się firma Aurum Film z Lublina,  specjalizująca się w produkcji filmowej i telewizyjnej. Aurum Film współpracuje z ogólnopolskimi telewizjami: publiczną i prywatnymi, realizuje projekty w kraju i za granicą, pracuje ze specjalistami na wszystkich etapach produkcji filmu.

W realizację filmu zaangażowało się Stowarzyszenie Księżnej Daisy z Książa z prezesem Mateuszem Mykytyszynem na czele, jako że fabuła filmu rozgrywać się będzie m. in. w zamku Książ i jest związana z księżną Daisy. Niektóre sceny filmowe nagrywane są w podziemiach Osówki w Głuszycy, co gwarantuje atrakcyjność filmu, którego akcja rozgrywa się w mrocznej przeszłości Wałbrzycha.

Przyznanie nagrody Nike dla powieściopisarki Joanny Bator,  autorki książki „Ciemno, prawie noc”, z pochodzenia wałbrzyszanki i co dla nas najcenniejsze, czyniącej miasto lat dzieciństwa i młodości, miejscem akcji swoich powieści było szczególnie ważnym wydarzeniem w życiu kulturalnym miasta. Można było o tym przeczytać w krajowej i  lokalnej prasie, a także zobaczyć w telewizji ceremonię wręczania nagrody i dowiedzieć się coraz więcej o pisarce i jej książce. Jednym słowem zawrzało nagle jak w  kipiącym garncu, podczas gdy dotąd o Joannie Bator było cicho jak makiem siał. No może za wyjątkiem Biblioteki pod Atlantami, która nieśmiało lansowała pisarkę i jej twórczość. Oczywiście, co jest zrozumiałe, trudno było przewidzieć, że jej specyficzna i dość zagadkowa powieść znajdzie uznanie szacownego jury konkursowego.

Jest się z czego cieszyć, bo Joanna Bator jest drugą Wałbrzyszanką obok Olgi Tokarczuk, która dostąpiła tego zaszczytu. Okazuje się, że Wałbrzych jest szczególnym miastem w Polsce, a to co się stało jest tego dobitnym potwierdzeniem. Obydwie pisarki zostały docenione przez władze miasta, które przyznało im honorowy tytuł „ Zasłużony dla Miasta Wałbrzycha”.

O Wałbrzychu napisał  bardzo trafnie na facebooku Mateusz Mykytyszyn w felietonie p.t.  „Miasto schizofreniczne”:

„To Wałbrzych - "Polskie Detroit", "Mordor", miasto upadłe, pogardliwie pomijane, kojarzone z biedą i brzydotą chociaż ten wizerunek nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością. Z jednej strony jest uznawane za kulturalną pustynię, z drugiej jego największe atrakcje zdobią wszystkie foldery reklamowe Polski obok Krakowa, Warszawy i Gdańska. Gdy zabytki przemysłowe Górnego Śląska są modne i odwiedzane przez tysiące turystów, wałbrzyskie obiekty są kompletnie zapomniane i zdewastowane. Chociaż tutejsze zaułki uwielbiane są przez filmowców, niewielu widzów kojarzy je z konkretnym miejscem na ziemi. Tysiące turystów zachwyconych zamkiem Książ nie wie że za górskim grzbietem widzianym z jego murów rozciągają się wałbrzyskie osiedla. W wyobraźni idylliczne górskie krajobrazy ustępują miejsca obrazkom z piekła rodem. Schizofrenia jaka opanowała ludzkie umysły jest nieuleczalna i bezrefleksyjnie przypisała sprzeczne ze sobą uczucia do tego samego miejsca. Taki jest właśnie Wałbrzych - piękny i odrażający jednocześnie -  mieszanka wybuchowa, wobec której nie da się przejść obojętnie”.

Coś z tej schizofrenii utkwiło także w laureatce konkursu, bo jej Wałbrzych też jest miastem owładniętym przez ciemne moce, miastem upiorów i mistyfikacji.

Reporterka Alicja Tabor wraca do Wałbrzycha, miasta swojego dzieciństwa. Osiada w pustym poniemieckim domu, z którego przed laty wyruszyła w świat. Dowiaduje się, że od kilku miesięcy w Wałbrzychu znikają dzieci, a mieszkańcy zachowują się dziwnie.

Rośnie niezadowolenie, częstsze są akty przemocy wobec zwierząt, w końcu pojawia się prorok, Jan Kołek, do którego w biedaszybie przemówiła wałbrzyska Matka Boska Bolesna. Po jego śmierci grupa zbuntowanych obywateli gromadzi się wokół samozwańczego „syna", Jerzego Łabędzia.

Alicja ma zrobić reportaż o zaginionej trójce dzieci, ale jej powrót do Wałbrzycha jest także powrotem do dramatów własnej rodziny: śmierci rodziców, samobójstwa pięknej starszej siostry, zafascynowanej wałbrzyską legendą księżnej Daisy i zamku Książ. Wyjaśnianiu tajemnicy Andżeliki, Patryka i Kalinki towarzyszy więc odkrywanie tajemnic z przeszłości Alicji.

Realny Wałbrzych zostaje przemieniony w miasto nocne, labiryntowe, w dużej mierze podziemne. Wyparta przeszłość niemal dosłownie dąży do wydostania się na powierzchnię. A jednocześnie w mieście trwa mesjanistyczno-narodowe szaleństwo. W roli niemego świadka - górujący nad Wałbrzychem zamek Książ, w którym zgodnie z legendą ukryty został skarb Hitlera. Przyjemność, jaką autorka czerpie z układania puzzli tej wielowątkowej historii, natychmiast udziela się czytelnikowi.

Mamy nadzieję, że to samo dotyczyć będzie realizowanego w tym i przyszłym roku filmu. Będziemy czekać niecierpliwie na ten film i jestem pewien, ze stanie się to wielkim wydarzeniem nie tylko w naszym mieście i na Dolnym Śląsku, ale znacznie szerzej.

Fot. Zbigniew Dawidowicz





środa, 13 grudnia 2017

Jaskółczy niepokój



Pisze te słowa 13 grudnia Anno Domini 2017 pełen niepokoju. Wciąż mam w pamięci tamten  13 grudnia pamiętnego 1981 roku, kiedy to za granicą w szwedzkim Geteborgu dowiedziałem się, że w Polsce ogłoszono stan wojenny. Telewizja szwedzka pokazała mapę Polski otoczoną drutem kolczastym. Okazało się, że granice państwa są zamknięte, wszelka łączność z krajem przerwana, mają miejsce masowe aresztowania, na ulicach Warszawy i dużych miast dzieją się dantejskie sceny. Nie wiedziałem wtedy co mam z sobą robić dalej. Wydawało mi się, że mój plan powrotu przed świętami do domu spalił na panewce. A chciałem wracać jak najszybciej, bo miałem przywieź na święta kawę, herbatę, cukier, pomarańcze i słodycze, przecież w kraju w sklepach nie było już nic. To był szczytowy okres kryzysu, jaki dziś trudno sobie wyobrazić. Pamiętam, że straciłem apetyt i chęć do zwiedzania miasta. Mój znajomy z Polski, zadomowiony już w Geteborgu od dziesięciu lat, u którego gościłem, mówił pół żartem, pół serio, że jak zechcę  - idziemy na policję i z mety dostanę umeblowane mieszkanie i zasiłek na pół roku jako emigrant polityczny. Oczywiście, nie przeszło mi to przez głowę. W domu czekała na mnie żona z dwojgiem dzieci, a ponadto praca.

Cała moja uwaga była skoncentrowana na poszukiwaniu łączności radiowej z krajem i śledzeniu informacji o Polsce w szwedzkiej telewizji. Oczywiście, korzystałem z pomocy moich znajomych. Bałem się o rodzinę i o Polskę, czy w niej nie dojdzie do wojny domowej lub nie wkroczą Rosjanie, tak jak to miało miejsce na Węgrzech i w Czechosłowacji. Dopiero po trzech dniach okazało się, że powrót do kraju jest możliwy. Prom z Ystad do Szczecina kursuje nadal i obywatele polscy mogą wracać bez przeszkód.  I tak się też stało. W kilka dni po ogłoszeniu stanu wojennego znalazłem się na ojczystej ziemi, podobnie jak w tamtą stronę, wróciłem promem, a następnie pociągiem, kontrolowany na przejściu granicznym i na stacjach kolejowych w Poznaniu, Wrocławiu i Wałbrzychu. W domu byłem witany ze łzami w oczach, ale były to łzy radości, bo wróciłem cały i zdrowy, no i udało mi się przywieź na święta rzeczy, które u nas były dostępne jedynie w Peweksie.

No dobrze, ale to wszystko działo się 36 lat temu. Tamten niepokój był uzasadniony,  bo kraj znalazł się nad przepaścią. Sytuacja była napięta, brakowało pieniędzy i żywności, cały kraj strajkował. Rosło zagrożenie ze strony naszych sąsiadów podporządkowanych Moskwie.

Ale dziś kiedy zbliżają się święta w wolnej i demokratycznej Polsce, z marketami wypełnionymi przepychem, w kraju należącym do Unii Europejskiej, czego się bać, co wzbudza ponownie niepokój?   Dlaczego gdzieś tam w głębi duszy odzywa się znów alarmowy dzwon na trwogę?

Otóż to, byłoby cicho i bezstresowo, gdyby wyłączyć nasze media, nie ruszać się z domu i korzystać w spokoju w gronie rodzinnym z atmosfery zbliżających się świąt. A tymczasem ze wszystkich możliwych stron, gdzie się tylko nie odwrócić wieje niepokojem.

Czy w oczach młodych ludzi, dla których grudzień 1981 roku jest równie odległy jak wojny punickie, rocznica stanu wojennego zasługuje na chwilę zadumy. Czy nie jest to najwłaściwsza okazja, aby zadać sobie pytanie: po co była "Solidarność", po co ofiara górników z Wujka, po co Jan Paweł II chciał "odmienić oblicze tej ziemi"?

Jeden z przywódców dawnej "Solidarności" Władysław Frasyniuk powiedział, że Kaczyński bardziej skłócił Polaków niż Jaruzelski. Jest gorzej, swoimi działaniami wprowadza zupełny zamęt pojęciowy. Za kilka lat nikt już nie będzie wiedział, kto stał tu, gdzie stał, a gdzie stało ZOMO. Generale Jaruzelski, ty słyszysz chichot historii?

Robienie ludziom wody z mózgu i posługiwanie się fałszywymi historycznymi analogiami ma swoje konsekwencje. Ktoś złośliwy mógłby zadać pytanie, czy przypadkiem po latach idee Jarosława Kaczyńskiego i PiS niepokojąco nie zbliżyły się do pomysłów schyłkowego komunizmu, którego Jaruzelski bronił?...Jak inaczej wytłumaczyć sobie zamach na Konstytucję, na Trybunał Konstytucyjny, na Sąd Najwyższy, na całą prokuraturę i wymiar sprawiedliwości, a jak się teraz okazuje na wolną telewizję TVN.

Wszystkie  nadzieje związane z „Solidarnością”, marzenia o tym, że tak jak wtedy, gdy zrodził się ten ruch, będziemy razem wspólnie, w zgodzie i harmonii budować nowy dom, prysły jak „bańka mydlana”. Czy my Polacy rzeczywiście nie potrafimy się rządzić ? Czy  nie jesteśmy w stanie przewidzieć, że to co czynimy może nas doprowadzić znów do katastrofy?

To przykre, że w taki dzień jak 13 grudnia Polacy „ostrzą kosy” jedni przeciwko drugim, a dziennikarze piszą z przekąsem o nowym stanie wojennym 2017 roku.  Tylko że teraz nie ma  odważnego polityka, który by to oficjalnie ogłosił w telewizji, a wszystko odbywa się zakulisowo, przy  pomocy kłamliwej propagandy rządowej i  wprowadzaniu na siłę rzekomych reform, które mają być odpowiednikiem tzw. „dobrej zmiany”.

To jest coraz bardziej wyraźne i niepokojące nie tylko dla polityków opozycji i dla szerokich kręgów inteligencji, ale wydaje się, że dla coraz to większej masy zwykłych, prostych, myślących ludzi w Polsce?

Czy rzeczywiście musimy w ten sposób potwierdzać maksymę, która mówi o tym, że historia kołem się toczy?


wtorek, 12 grudnia 2017

Ciepło Świąt Bożego Narodzenia



Czas najwyższy pomyśleć o świętach. W tym roku jest pięknie, bo Wigilię mamy w niedzielę a po niej dwa dni świętowania. Jeśli udałoby się uzyskać wolne po świętach do Nowego Roku, mielibyśmy nieomal ferie zimowe, a gdyby popadało śniegiem to można ten czas spędzić na nartach, lub na spacerach korzystając z uroków zimy. A przecież parę dni po świętach przed nami Noc Sylwestrowa i Nowy Rok.

Co zrobić, by osiągnąć dobry nastrój świąteczny, wyrzucić z pamięci to wszystko co nas martwi i rodzi zwątpienie w świat i ludzi?  Przede wszystkim nie myśleć o polityce. Ona nie ma nic wspólnego ze świętami Bożego Narodzenia. Przecież to święta rodzinne i religijne, bo czcimy cud narodzenia się Dzieciątka Jezus w stajence betlejemskiej. A są to święta, które mają głębokie korzenie, bo wywodzą się z czasów starożytności, o czym parę słów za chwilę.

 Warto skupić się w te święta na rodzinie i zadbać o to, byśmy wszyscy byli w te dni otoczeni miłością i troską. Lepiej więc odstawić politykę do lamusa na całe święta aż do Nowego Roku. Jest tyle ciekawszych i milszych tematów do przemyślenia niż nasza polska wojna na górze. A poza tym jest wiele do zrobienia, aby święta były świętami. I od razu otwiera się cała litania przedświątecznych obowiązków  - porządki w domu, choinka, prezenty pod choinkę, zakupy, gotowanie, pieczenie, życzenia świąteczne, zaproszenia na wspólną wigilię. Ale obok tej materialnej strony tradycji jeszcze ważniejszą jest strona duchowa, to wszystko co pozwoli godnie uczcić Boże Narodzenie, jedno z największych świąt kościelnych.

Jak wspomniałem grudniowe święta to bardzo stara tradycja, wywodząca się z dawnych czasów . Starożytni Rzymianie pierwszy dzień każdego miesiąca nazywali  -  calendae,  tak się też nazywał  początek roku, czyli Nowy Rok, ale było to szczególne święto  -   festun Calendarium, obchodzone nadzwyczaj hucznie i wesoło. Wówczas to Nowy Rok zaczynał się 24 grudnia, a tradycje starorzymskie, na których wychowały się narody europejskie zostały przeniesione i w formie zwyczajów,  i nazwy  do obchodów chrześcijańskiego święta  - Bożego Narodzenia.

Na ziemiach polskich uroczystość pożegnania starego i powitania nowego roku zwana była Godami i sięga ona czasów pogańskich. God po słowiańsku oznacza rok. Z chwilą przyjęcia chrztu przez Mieszka I obchodzono Gody tak jak w całej chrześcijańskiej Europie 24 grudnia. 

I podobnie jak na Zachodzie tak i w Polsce z okazji godów nie było końca najrozmaitszym zabawom, powinszowaniom, podarkom. Od Bożego Narodzenia do Trzech Króli świętowano wieczory w gronie bliskich i znajomych, gromadzono się na uroczystościach religijnych. Z czasem rozwinął się zwyczaj chodzenia z szopką, jasełkami, gwiazdą. Pojawiły się  jeszcze inne obrzędy świąteczne z choinką na czele, a także przy tej okazji śpiewane, melodyjne, nastrojowe pieśni, zwane kolędami.

O kolędach piękną rozprawę napisał Stanisław Tarnowski, zwracając uwagę na to, że wprawdzie były one pieśniami religijnymi, ale nie rodzajem modlitwy, bo teksty kolęd są proste i łatwo wpadające w ucho, albo opowiadają, co „Anioł pasterzom mówił”, albo pytają „któż pobieżny kolędować małemu?” Jeśli przyjrzymy się uważnie kolędzie, to łatwo dostrzec, że ich wdzięk bierze się z poufałości i swojskości, z jaką mówi się o narodzeniu Dzieciątka Jezus. Nasze kolędy nadają temu niezwykłemu wydarzeniu z dalekiego Betlejem koloryt lokalny, polski, a pasterze zbudzeni przez aniołów i śpieszący do stajenki, to są polskie parobki.  Stajenka zaś jest taka sama jak szopa przy wiejskiej naszej zagrodzie i kto by dzieje Nowego Testamentu znał tylko z kolęd, ten mógłby myśleć, ze Pan Jezus urodził się gdziekolwiek w Polsce.

Przytoczę tu dla ilustracji mniej chyba znany fragment znanej kolędy Bóg się rodzi:

„W nędznej szopie urodzony,
Żłób mu za kolebkę dano,
Cóż jest, czem był otoczony:
Bydło, pasterze i siano.
Ubodzy was to spotkało,
Witać go przed bogaczami,
A słowo ciałem się stało
I mieszkało miedzy nami.

Od najstarszych czasów istniał zwyczaj dawania podarków w wigilię Bożego Narodzenia lub na Nowy Rok. Dawni królowie i magnaci bywali hojni i rozdawali dworzanom swym „na kolędę” konie, rzędy, pasy, bobrowe kołpaki, szable. W ich ślady podążała szlachta. Franciszek Zabłocki w jednej ze swych komedii z czasów Stanisława Augusta Poniatowskiego pisał:

„Mamy tyle czeladzi, każdy chce kolędę,
trzeba wszystkim coś wetknąć, taki zwyczaj wszędy,
rok też na to czekali, raz w Gody ta łaska”.

Dziś prezenty przynosi nam Św. Mikołaj na początku grudnia, a na gwiazdkę Aniołek, albo Gwiazdor, albo osobiście Dzieciątko Jezus. Może dlatego tak lubimy grudzień, choć smutny i ponury, to jednak nadzwyczaj szczodry.

Jak pisze Tarnowski: „jest dawny zwyczaj, związany z Godami, że proboszcz lub wikary od Nowego Roku do Wielkiego Postu odwiedza „po kolędzie” domy wszystkich parafian. Towarzyszy mu organista z dzwonkiem i chłopiec z kobiałką. Pleban winszuje w każdej chacie Nowego Roku, wgląda w pożycie rodzony, w porządek domowy, odmawia pacierze. Po wsiach dawano księdzu do kobiałki sery, jaja, grzyby suszone, orzechy, len, kokosze, owoce, co kto miał pod ręką. Gdy ksiądz wychodził z czyjego domu, dziewczęta ubiegały się do stołka, na którym siedział, w przekonaniu, że ta co pierwsza usiądzie, tego roku za mąż wyjdzie.” 

Dzisiaj młode dziewczyny nie muszą już podsiadać księdzu krzesełko, bo na zdobycie męża jest tysiąc innych sposobów, ale zwyczaj domowej kolędy ma się dobrze, tylko kobiałka poszła w zapomnienie, wyparta przez białą kopertę.

Mamy swoje bardzo polskie obyczaje bożonarodzeniowe, jak ten, że Wigilię zaczynamy, gdy na niebie pojawia się  pierwsza gwiazda, a na stole pod obrusem umieszczamy sianko, dodajemy przynajmniej jedno dodatkowe nakrycie na wypadek, gdyby do naszych drzwi zapukał niespodziewany gość, a potraw podanych na stół winno być dwanaście i koniecznie postnych. Dobrej swojskiej kiełbasy lub szynki możemy pokosztować dopiero po Pasterce lub w święto Bożego Narodzenia.

Bardzo współczesny obyczaj rozpowszechnił się w wielu miastach, w których urządzane są jarmarki świąteczne. Warto w tych dniach być na rynku w  Wałbrzychu lub Świebodzicach, jeśli nawet nic nie kupimy, to przynajmniej odczujemy klimat zbliżających się Godów.

A Gody tuż, tuż. Czas leci szybko. Aby święta były udane jeszcze wiele do zrobienia. A choinek mamy w bród na targach i w marketach. Grzybów też w tym roku było w lasach sporo, więc na pewno czekają ususzone, by tradycji stało się zadość. A więc do roboty.  Postarajmy się święta Bożego Narodzenia spędzić w serdecznej, ciepłej, rodzinnej atmosferze.