Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

sobota, 25 lutego 2017

O Wałbrzychu i kolejnej wałbrzyskiej Nike



„Trzy razy wracałam do tego miasta w trzech kolejnych powieściach i wróciłam po raz ostatni. Czuję to głęboko, wyczerpałam tę ziemię. Pisałam "Ciemno, prawo noc" w Japonii, i zdałam sobie sprawę, że nie mam się już co oszukiwać. Że wrócę do Polski, a Polska jest dla mnie Wałbrzychem. Ja nie wracam do realnego miasta, ale do miasta z mojej pamięci, spędziłam tam jedynie 18 lat. Przez lata o tym nie myślałam, to było coś w rodzaju spiżarni. Te zalążki trwały we mnie, by odezwać się teraz”.

Tak właśnie skomentowała nagrodzoną książkę Joanna Bator podczas finałowej  gali w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego , kiedy to stała się laureatką konkursu „Nike”.

Oto króciutki rys biograficzny Joanny Bator, pisarki, publicystki, podróżniczki, eseistki, specjalistki od antropologii kultury i gender studies, nauczycielki akademickiej: 

Urodziła się 2 lutego 1968 r. w Wałbrzychu. Jako stypendystka programu Tempus, Fundacji Kościuszkowskiej i rządu japońskiego pracowała kolejno na uniwersytetach w Londynie (1998-1999), Nowym Jorku (1999-2000) i Tokio (2001-2002). Obecnie wykłada na Wydziale Kultury Japonii w Polsko-Japońskiej Wyższej Szkole Technik Komputerowych w Warszawie. Znana także z artykułów zamieszczanych w "National Geographic" i "Voyage". Jest laureatką nagrody im. Beaty Pawlak, przyznawanej za książki z dziedziny antropologii, za "Japoński wachlarz" (2004). Ta sama książka otrzymała również poznańską Nagrodę Wydawców. Pisarka została też nominowana do Nagrody Literackiej Nike za książki "Piaskowa góra" (2009), za którą otrzymała nominację także Nagrody Literackiej Gdynia oraz za jej kontynuację "Chmurdalia" (2011).

Wiadomość o przyznaniu najważniejszej w Polsce nagrody literackiej „Nike” w roku 2013 dla powieściopisarki Joanny Bator,  autorki książki „Ciemno, prawie noc” była miłym zaskoczeniem. Z pochodzenia Wałbrzyszanka i co dla nas najcenniejsze, czyniąca miasto lat dzieciństwa i młodości, miejscem akcji swoich powieści, stała się nagle sławna w całej Polsce. Nic więc dziwnego, że to  wstrząsnęło lokalnym światem medialnym. Wszędzie, gdzie się tylko dało, można było przeczytać, usłyszeć i zobaczyć ceremonię wręczania nagrody i dowiedzieć się coraz więcej o pisarce i jej książkach. Jednym słowem zawrzało nagle jak w  kipiącym garncu, podczas gdy dotąd o Joannie Bator było cicho jak makiem siał. No może za wyjątkiem Biblioteki pod Atlantami w Wałbrzychu, która nieśmiało lansowała pisarkę i jej twórczość. Oczywiście, co jest zrozumiałe, trudno było przewidzieć, że jej specyficzna i dość zagadkowa powieść znajdzie uznanie szacownego jury konkursowego.

Było się z czego cieszyć, bo Joanna Bator jest drugą Wałbrzyszanką obok Olgi Tokarczuk, która dostąpiła tego zaszczytu. Okazuje się, że Wałbrzych jest miastem szczególnym w Polsce, wbrew temu co się o  nim krytycznie mówi i pisze. Mam satysfakcję, bo w mojej książce „Wałbrzyskie powaby” starałem się wszelkimi sposobami odczarować fałszywy obraz Wałbrzycha jako miasta budzącego grozę, miasta bezrobocia, biedy, zastoju. Wałbrzych stał się postrachem w mediach i jako taki był chętnie wykorzystywany w sztuce filmowej i literaturze (Przykład: „Panna Nikt”). Pisał o tym bardzo trafnie Mateusz Mykytyszyn w felietonie p.t.  „Miasto schizofreniczne”:

„To Wałbrzych - "Polskie Detroit", "Mordor", miasto upadłe, pogardliwie pomijane, kojarzone z biedą i brzydotą chociaż ten wizerunek nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością. Z jednej strony jest uznawane za kulturalną pustynię, z drugiej jego największe atrakcje zdobią wszystkie foldery reklamowe Polski obok Krakowa, Warszawy i Gdańska. Gdy zabytki przemysłowe Górnego Śląska są modne i odwiedzane przez tysiące turystów, wałbrzyskie obiekty są kompletnie zapomniane i zdewastowane. Chociaż tutejsze zaułki uwielbiane są przez filmowców, niewielu widzów kojarzy je z konkretnym miejscem na ziemi. Tysiące turystów zachwyconych zamkiem Książ nie wie że za górskim grzbietem widzianym z jego murów rozciągają się wałbrzyskie osiedla. W wyobraźni idylliczne górskie krajobrazy ustępują miejsca obrazkom z piekła rodem. Schizofrenia jaka opanowała ludzkie umysły jest nieuleczalna i bezrefleksyjnie przypisała sprzeczne ze sobą uczucia do tego samego miejsca. Taki jest właśnie Wałbrzych - piękny i odrażający jednocześnie -  mieszanka wybuchowa, wobec której nie da się przejść obojętnie”.

Coś z tej schizofrenii utkwiło także w laureatce konkursu, bo jej Wałbrzych też jest miastem owładniętym przez ciemne moce, miastem upiorów i mistyfikacji. Oto co można było przeczytać o jej książce w „Gazecie Wyborczej”:

„Joanna Bator, która jak mało kto w Polsce potrafi snuć opowieści, po raz trzeci powraca do rodzinnego Wałbrzycha. Tym razem jej bohaterką jest dziennikarka, która w rodzinnych stronach rozwiązuje kryminalną zagadkę zaginięć kilkuletnich dzieci. Równie ponure tajemnice skrywa przeszłość jej rodziny. Realny Wałbrzych zostaje przemieniony w miasto nocne, labiryntowe, w dużej mierze podziemne. Wyparta przeszłość niemal dosłownie dąży do wydostania się na powierzchnię. A jednocześnie w mieście trwa mesjanistyczno-narodowe szaleństwo. W roli niemego świadka - górujący nad Wałbrzychem zamek Książ, w którym zgodnie z legendą ukryty został skarb Hitlera. Przyjemność, jaką autorka czerpie z układania puzzli tej wielowątkowej historii, natychmiast udziela się czytelnikowi”.

Ale w książkach Joanny Bator trzeba umieć dostrzec ukrytą zręcznie ideę. W mrocznych, zastygłych budynkach dawnego Wałbrzycha działy się rzeczy ze świata ułudy, horroru i fantasmagorii, bo tak został zapamiętany przez dorastającą dziewczynkę. Nic w tym dziwnego, bo Wałbrzych od pierwszych lat po wyzwoleniu zdawał się być miastem magicznym. Był to specyficzny tygiel ludzi różnych narodowości, języków, kultur. Napływowi mieszkańcy miasta odnajdowali w nim wciąż nowe, tajemnicze miejsca i budzące grozę zakamarki. Frapującą zagadką był i pozostaje do dziś świat podziemny Wałbrzycha. Trwały ślad tej magicznej przeszłości Wałbrzycha znajdujemy w książce Jerzego Rostkowskiego „Podziemia III Rzeszy”. Ale ten świat odszedł, należy do przeszłości. Powoli wyłania się z odmętu coś nowego, twórczego. I w tym znajduje autorka nutę optymizmu, z którą chce się podzielić z czytelnikami.
Zaś otrzymaną nagrodę skomentowała Joanna Bator żartobliwie słowami:

„Jestem zaszczycona i szczęśliwa. Od dzisiaj Nike będzie mi się kojarzyła głównie z tą nagrodą, a nie butami do biegania”.

A odbierając wcześniej złote pióro dla finalistów Nagrody Nike, zaapelowała: - Polacy, czytajcie książki!

I tym apelem kończę mój drobny wkład do promieniejącego od pewnego czasu coraz mocniej w mediach  wałbrzyskiego entuzjazmu. Bo dzieje się to wszystko w tak ważnym momencie, nie tylko ze względu na sensację związaną z „cudownym pociągiem” ale właśnie dlatego, że Wałbrzych ruszył z miejsca, przybyło wiele nowych dróg, nowych inwestycji, dużo remontuje się budynków, powstają nowe kamienice, obiekty sportowe, obiekty kulturalne typu Stara Kopalnia czy Górniczy Dom Kultury, reformuje się wałbrzyską oświatę. Wałbrzych jest uważany za brzydkie miasto ale w rzeczywistości jest to jedno z najpiękniej położonych miast w Europie i znajdują się w nim  miejsca urzekające urodą. Mamy w Wałbrzychu mnóstwo zabytków i atrakcji turystycznych, z czego nie zdajemy sobie sprawy, a także mądrych i wartościowych ludzi.

Wałbrzych był od prawieków i jest nadal magicznym miejscem na ziemi, pełnym tajemnic i fascynacji. Wiem, że dla wąskiej grupy malkontentów Wałbrzych jest  miastem, w którym dominuje „ciemno, prawie noc”, ale właśnie Joanna Bator jest osobą, dla której już od dawna zabłysło nad Wałbrzychem promieniejące światło.  Czas najwyższy by dostrzec jak wiele dobrego dzieje się w Wałbrzychu, pokazać także  osiągnięcia kultury wałbrzyskiej i należycie je docenić.



piątek, 24 lutego 2017

Gdy naród do boju - po nowemu !




Gdy naród do boju  to pieśń, rodzaj hymnu, znana również jako „Szlachta w roku 1831”, popularna w środowisku ludowców i socjalistów od połowy XIX wieku.
Wiersz powstał w 1835 roku, jego autorem był Gustaw Ehrenberg. Do tekstu podłożono fragment Wariacji B-dur op. 2 Fryderyka Chopina na temat arii z opery Don Giovanni Wolfganga Amadeusa Mozarta. Po raz pierwszy utwór został opublikowany w zbiorze Dźwięki minionych lat w 1848 roku w Paryżu. W tym samym czasie ukazało się w Krakowie konspiracyjne wydanie.
W pieśni napiętnowani są magnaci,szlachta i duchowieństwo – ukazani jako sprawcy utraty niepodległości przez Polskę. Tekst nawiązuje też do wydarzeń powstania listopadowego, bitwy pod Stoczkiem, problemu oczynszowania chłopów oraz zniesienia pańszczyzny.

Proponuję współczesną parafrazę pieśni z nadzieją, że stanie się nowym hymnem IV Rzeczpospolitej PiS-owskiej.

Czy naród do boju wystąpi z orężem
 Panowie PiS-owcy radzili,
 jak chamom dać w skórę, by czas nie mitrężyć,
nie tracić na wojnę ni chwili…

Refren:
O cześć Wam Panowie Magnaci
za Wasze dążenie do zmiany,
za cud oczyszczenia ojczystej połaci,
gdzie krajem rządziły  pogany!


A  wieść  o Smoleńsku podbijała masy
z rękami czarnymi od pługa,
kłamstwo  z katastrofą to nie na te czasy,
to zbrodnia Putina zza Buga !

Ref.
O cześć Wam prawdziwi Polacy,
co kraj swój bronicie stargany,
bo wróg nasz odwieczny tylko na to patrzy,
by znowu nas zakuć w kajdany !

Dziś Polska powraca do swoich korzeni,
gdzie strawą ojczyzna i wiara,
słowo z Jasnej Góry po kraju się pleni:
 ratunkiem - modlitwa, ofiara

Ref.
O cześć Wam panowie Prałaci,
bo Jaruś z Antonim Wam sprzyja
możecie dziś z szykiem swój dom ubogacić,
i czuć się jak  polski Mesyjasz!


A gdyby wybiła godzina powstania
to wiemy, że to się nie uda,
bo stłamsi tę gawiedź  jak ścierkę do prania
panisko natchniony -  nasz Duda!

Ref.
O cześć Wam Panowie PiS-owcy,
 Niech zadrżą ze strachu te hieny,
co robią zadymy, KOD-owcy, Ludowcy,
miast kłaniać się czapką do ziemi !




czwartek, 23 lutego 2017

Co by było, gdyby nie było Filipa Springera?



urok miasteczeka w górach


To pytanie może się okazać intrygujące, choć być może nie dla każdego, bo nie wszyscy pasjonują się naszym dziennikarstwem O Filipie Springerze już wspomniałem wcześniej, kiedy to pomyślnym zrządzeniem losu miałem okazje się z nim spotkać szukając  śladów Olgi Tokarczuk w zagubionej w górach wiosce, o znamiennej nazwie Krajanów.
Okazuje się, że wtedy, w 2007 roku, Filip Springer był dopiero na początku swej kariery. Wystarczyło parę lat, by stać się gwiazdą na firmamencie dziennikarskiej profesji. A że tak się stało przytoczę drobny fragment jego biografii:

Filip Springer (ur. 1982) —reporter i fotograf współpracujący z największymi polskimi tytułami prasowymi. Regularnie publikuje w tygodniku „Polityka”.  Swoje prace prezentował na wystawach w Poznaniu, Warszawie, Łodzi, Gdyni, Lublinie i Jeleniej Górze. Jego reporterski debiut – książka Miedzianka. Historia znikania – znalazł się w finale Nagrody im. R. Kapuścińskiego za Reportaż Literacki 2011 i był nominowany do Nagrody Literackiej Gdynia 2012. Jest także finalistą Nagrody Literackiej Nike 2012 i laureatem trzeciej edycji konkursu stypendialnego dla młodych dziennikarzy im. Ryszarda Kapuścińskiego. Kolejny reportaż Springera – Źle urodzone – wybrano do Plebiscytu 2012 w Radiowym Domu Kultury w Programie 3 Polskiego Radia w kategorii „Książka roku”. W 2013 został nagrodzony Medalem Młodej Sztuki. W 2016 otrzymał Śląski Wawrzyn Literacki za książkę "13 pięter".
Springer jest także autorem fotoreportaży: Miało być ładnie; Płacz nad rozlanym miastem (2009); Nie ma jeziora (2010).Mieszka i pracuje w Warszawie. Współpracuje z Instytutem Reportażu.

Skoro już wiemy o Filipie Springerze co nieco powracam do tytułowego pytania: co by się stało, gdyby go nie było?
Dla nas Dolnoślązaków Filip Springer okazał się odkrywcą fascynującej historii z miasteczkiem, które na oczach wielu jego mieszkańców i okolicznych świadków po prostu zniknęło z pola widzenia, tak jakby zapadło się pod ziemię.

Okazuje się, że nasz region jest naszpikowany tajemniczymi miejscami jak rodzynki w cieście. Chłonnym ciekawostek i paradoksów Czytelnikom proponuję głośny ostatnio temat, który zdumiewa i intryguje nie mniej niż Tajemnicze Podziemne Miasto „Osówka” w Głuszycy. Mowa o miasteczku widmie - Miedziance, miejscowości znanej przed wojną jako najmniejsze i najwyżej położone miasteczko Rzeszy, Kupferberg. 

Jadąc pociągiem z Jeleniej Góry do Wałbrzycha można dostrzec w pobliżu Marciszowa w gęstwinie leśnej wieżę kościoła z nieczynnym zegarem. To właśnie tu na Miedzianej Górze (420 m. npm.), w obecnej gminie Janowice Wielkie kwitło sobie spokojnym rytmem miasteczko przed i po wojnie, po którym dzisiaj nie ma śladu. Z cudem ocalałej w dokumentach po kopalnianych starej mapki można się dowiedzieć, że pod Miedzianką jest więcej korytarzy, tuneli i sztolni, niż wydaje się wszystkim poszukiwaczom skarbów i przygód razem wziętych na całym Dolnym Śląsku. Skąd się wzięły te podziemne labirynty, co się stało, że na miejscu dawnego miasteczka rosną dzisiaj jedynie bujne trawy, drzewa i krzewy?

W 1945 roku małe, pulsujące życiem poniemieckie miasteczko otrzymało nazwę Miedzianka.. Od 1949 roku było to miast górników. Nocą i dniem pracowali oni pod ziemią, ale nikt im nie mówił co kopią. Plotka głosiła, że wydobywają rudy miedzi, srebra i złota. To było prześliczne miasto, najpiękniejsze na Śląsku. Najstarsi ludzie, ci co pamiętają Kupferberg mówią, że najpiękniejsze na świecie. Niewielki rynek otaczały kamieniczki z podcieniami, na środku tryskała wodą rzeźbiona w kamieniu fontanna. Nocą odbijały się w niej światła gazowych latarni. Były w tym miasteczku dwa kina, dwa kościoły, dom kultury, apteka, sklepy kolonialne, restauracja, dwa bary, jadłodajnia górnicza, kawiarenki, hotele, punkty usługowe, słowem wszystko co potrzebne do życia. W 1967 roku żołnierze Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego wysadzili w powietrze zabudowania kościoła ewangelickiego. Świadkowie tego zdarzenia mówią, że widzieli jak kościół poleciał do nieba. Pod koniec lat sześćdziesiątych kontynuowano ewakuację i wyburzanie Miedzianki. Na początku siedemdziesiątych miejscowość opustoszała do reszty, pozostało po niej kilka bezładnie rozrzuconych domów, a w gąszczu krzaków wspomniany już kościół katolicki. Co spowodowało śmierć miasta? Jak to możliwe, że coś takiego mogło się wydarzyć w cywilizowanym państwie, nieopodal turystycznej Mekki Dolnego Śląska, Jeleniej Góry, w atrakcyjnej krajobrazowo okolicy Rudaw Janowickich.

Okazuje się, że przekleństwem miasteczka stało się to, co odkryli zwycięzcy sołdaci w głębi ziemi, w sztolniach nieczynnej poniemieckiej kopalni. A był to uran, rzecz bezcenna dla Radzieckiej Armii. Zaraz po wojnie ruszyła kopalnia uranu. Z różnych stron Polski, głównie ze wschodu, napływali ochotnicy do pracy. Rygor wojskowy nie przeszkadzał, bo radzieccy włodarze zapewniali niezłą płacę i rozrywkę. Nikt nie straszył skutkami bliskiego kontaktu z rudą uranu. One dały o sobie znać po kilku latach. Gdy możliwości eksploatacyjne stały się mniej korzystne, a trudne warunki pracy kończyły się nieuchronnie dla górników rakiem płuc, gruźlicą, pylicą, trzeba było jak najszybciej zakończyć wydobycie. Proces stopniowej likwidacji rozpoczął się już w roku 1953. Należało pozacierać wszelkie ślady. Najlepiej wyeksmitować ludność, zrównać miasto z ziemią.

Kto ostatecznie wydał wyrok na miasto, można się tylko domyślić. Wiadomo że UB i NKWD w czasach stalinowskich to był faktyczny, współpracujący ze sobą aparat władzy w Polsce. Ale miasto umarło dopiero na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Czy chodziło tylko i wyłącznie o ochronę ludzi przed skażeniem popromiennym? A może właśnie ukrycie prawdy o nieludzkiej eksploatacji złóż uranowych przez wschodniego sojusznika, zatarcie faktycznych skutków tej mistyfikacji. Mówił o tym na spotkaniu pod Osówką profesor Wilczur, wskazując na liczne dowody utajnionej ingerencji osób zainteresowanych zacieraniem śladów przestępczej działalności wojskowej. To symptomatyczne jak obydwie historie – podziemi Włodarza i Miedzianej Góry ze sobą się splatają.

„Gułag – Miedzianka”, tak zatytułował swój reportaż Michał Bońko na stronie internetowej „Forum Karpackich”. Cytuję znamienny fragment tego reportażu:

„To było miasto jak ze snu – mówi z zachwytem Irena Kamińska, przewodnicząca Gminnej Rady Narodowej w latach 1966 – 72, wice wojewodzina jeleniogórska w latach 1975-81, mieszkanka Janowic Wielkich. Niejedno miasto widziałam, ale każde z nich było gorsze, brzydsze, mniej rodzinne od Miedzianki. Tu o każdej porze dnia i o każdej porze roku było lepiej niż gdzie indziej.

Miasto jak ze snu było dla wielu osób miastem dzieciństwa. Tu chodziłem do szkoły, do kościoła, do sklepów, do fryzjera i do kawiarni, mówi Aleksander Królikowski, mieszkaniec Miedzianki. Na własne oczy widziałem sztolnie i górników uranowych. Widziałem jak po drabinach schodzili w dół i osrebrzeni powracali na powierzchnię. Potem widziałem jak to miasto wysadzali dynamitem w powietrze. To nie byli Rosjanie, to już byli na sowieckich służbach Polacy.”

Do dziś zachował się duży kościół, do którego zjeżdżają co niedziela ludzie z najbliższej okolicy, kilka domów „z odzysku”, których nie udało się do reszty unicestwić i pokaźna ilość zarośniętych włazów podziemnych. To jest raj dla poszukiwaczy skarbów, odkrywców tajemnic, ale być może także dla zwykłych ciekawskich, pobudzonych coraz to liczniejszymi publikacjami o miasteczku na którym tak sromotnie zaciążyło „uranowe przekleństwo”.

O zdumiewających losach Miedzianki można było przeczytać w przejmującym artykule „Polityki” dziennikarza Filipa Springera. Znajdziemy w nim więcej szczegółów, a także wzruszające refleksje byłych mieszkańców niemieckiego Kupferberga i radziecko-polskiej Miedzianki. Zarówno artykuł z „Polityki” jak i inne  merytoryczne informacje o pobliskim „mieście – widmie” odszukamy z łatwością w Internecie.
Filip Springer  nie poprzestał na tym . Wkrótce potem napisał osobna książkę - „Miedzianka. Historia znikania”.

To książka przejmująca, tak samo jak cały ten czas PRL-u, czas zakłamania i oszustwa sięgającego granic absurdu. Losy „Miedzianki”, o której dopiero dziś możemy się dowiedzieć prawdy, są niezwykle wymownym przykładem do czego może doprowadzić polityczne ubezwłasnowolnienie społeczeństwa w ramach komunistycznego systemu stworzonego tuż za miedzą u naszych wschodnich sąsiadów.
Nie wiem, czy moich słuchaczy temat ten zafascynował tak samo mocno jak mnie. Pamiętam, gdy się o tym wszystkim dowiedziałem wybrałem się natychmiast do Marciszowa, a tam odszukałem miejsce, gdzie nie tak dawno kwitło normalne małomiasteczkowe życie. Dziś mamy tu tylko uroczysko przyrodnicze ,trudno w gąszczu traw, krzewów i wszelakiej roślinności odszukać ślady ludzkiego bytowania. Ale naprawdę, znając już historię znikania dawnego miasta warto tu przyjechać i pomedytować nad nieobliczalnością naszego świata.

Serdecznie zachęcam do odszukania wiele mówiącej, zarośniętej Miedzianki!


wtorek, 21 lutego 2017

Turystyka duża i mała



jeden z salonów księżnej Daisy na zamku Książ

  
Turystyka ma różne przesłanki. Wybieramy się w podróż, bo chcemy rozkoszować się pięknem krajobrazów, albo też odkrywać cuda natury. Naszym celem mogą być szczyty górskie, zwłaszcza jeśli lubimy piesze wycieczki. Ruszamy chętnie w miejsca nieznane, frapujące niezwykłością i zagadkowością. Mogą one być związane z historią lub zjawiskami przyrodniczymi. Lubimy poznawać nowe miejscowości, a także ich mieszkańców. W ogóle chcemy na własne oczy zobaczyć świat, jego niepojętą rozległość i rozmaitość. Jego fenomenalność.

Wśród motywów skłaniających nas do turystyki od dawien dawna poczesne miejsce zajmuje tzw. turystyka kulturowa. Bliski, bezpośredni kontakt z zabytkami architektury, zamkami, pałacami, muzeami, budowlami sakralnymi, skansenami, wszystkim tym, co uchodzi za wytwory kultury, jest nierozłącznym celem wszelkich wypraw turystycznych.

Wraz ze wzrostem ilości czasu wolnego oraz zasobności naszych portfeli, zmieniają się preferencje wyjazdowe turystów i wycieczkowiczów. Jest to związane z przemianami w stylu życia, z postępem i oddziaływaniem medialnym agend promocyjnych. To skutek przeobrażeń naszej świadomości.

Powyższe refleksje nasunęły mi się przy okazji niedzielnej wycieczki do Książa. Książ przyciąga niedzielnych turystów zapierającą dech, zawieszoną nad przepaścią rezydencją sławetnej rodziny Hochbergów, a także nieprzemijającym urokiem wspaniałego parku ze starodrzewem. Na dodatek tuż obok zamku można się zachwycić architekturą zabudowań słynnej w kraju stadniny koni. W Książu miałem okazję być niezliczoną ilość razy. Pamiętam pierwsze wycieczki w głębokich czasach PRL-u, odbywane w spokoju i ciszy w otoczeniu nielicznych turystów. Doświadczyłem podobnie jak tysiące Wałbrzyszan i przyjezdnych z całego Dolnego Śląska „komfortu” goszczenia w zamku z okazji dorocznej wystawy kwiatów lub innych masowych imprez. Wiadomo, wtedy trudno uniknąć problemów z zaparkowaniem auta i trzeba liczyć się z  prawdziwym oblężeniem zamku przez zwiedzających, z przepełnionymi tarasami zamkowymi i alejkami parkowymi. Natomiast to, co ujrzałem tym razem w zwykłą niedzielę, bez żadnego festynu, mityngu, pokazu, wywołało moje zdumienie.  Zjechało tu setki osób, by pospacerować po parku, pooglądać gmaszysko zamkowe, obejrzeć tarasy, ale ponadto obejrzeć fascynującą wystawę fotografii nadwornego kucharza zamkowego z czasów, gdy panią na zamku była księżna Daisy.


Na stronie internetowej”gazety pl” czytam co następuje:

Fotografie wykonał Louis Hardouin, nadworny kucharz rodzinny Hochbergów. - Zdjęcia pochodzą z lat 1909 – 1926. Prezentują życie codzienne w rezydencji. To zdjęcia niezwykłe, pokazują zamek, jakiego już nie ma, uświadamiają, jaki był piękny i co straciliśmy – mówi Magdalena Woch, kuratorka wystawy „Książ od kuchni”. – Na zdjęciach widzimy nie tylko rodzinę książęcą, którą identyfikujemy z tym miejscem, ale cały sztab innych ludzi, którzy tu żyli i pracowali – kucharzy, służbę, ogrodników. Widzimy prawdziwe życie, jakie się tutaj toczyło. Dzięki nim uświadamiamy sobie, że zamek to nie tylko von Hochbergowie, ale setki zwykłych ludzi – dodaje Woch. Wystawa podzielona została na trzy części: sala I – „Zamek, Ziemia, Zieleń, Zwierzęta” (Książ i otaczająca go przyroda), sala II (dawna sypialnia Daisy) – „Hochbergowie i ich dwór” (życie codzienne książęcej rodziny i pracowników zamku), sala III – „Album Rodzinny Hardouinów” (losy głównego bohatera i jego najbliższych).

To duży sukces Fundacji imieniem księżnej działającej od paru lat przy zamku Książ, że udało się odnaleźć krewnych właściciela fotografii aż w Kanadzie i uzyskać zgodę na sporządzenie ekspozycji, która pozwala poznać bliżej czasy świetności pałacu Hohchbergów.

Niezwykłe tempo rozwoju człowieka zmieniło nasz stosunek do modelu spędzania czasu wolnego. Turystyka Anno Domini 2017 jest zjawiskiem na tyle uniwersalnym, że stało się prawie niemożliwym stosowanie dotychczasowych kryteriów i podziałów. Dawna turystyka kwalifikowana stanowi niewielki procent ogółu ruchu turystycznego. Pozostała część to najczęściej mariaż turystyki i wypoczynku, to najbardziej popularne, a tym samym masowe nurty spędzania wolnego czasu. Turystyka kulturowa pozostaje właściwie na usługach tych nurtów, zazwyczaj pełni rolę służebną, zapewniając intelektualne tło dla potrzeb indywidualnych.

To że Książ spełnia dzisiaj rolę o jakiej jeszcze niedawno można było tylko pomarzyć, jest zwiastunem nie tylko nowych trendów rekreacyjnych. To zasługa włodarzy miasta i zamku, którym udało się nie tylko wyrwać go z rąk angielskiej uzurpatorki, ale wykonać szereg niezbędnych prac remontowych, rozbudować bazę hotelową, zadbać o lepsza promocję. Mamy dziś na zamku siedzibę Fundacji Księżnej Daisy, która z powodzeniem zajęła się nowoczesną promocją kulturalną i  turystyczną zamku Książ.

Z wysokiego pułapu wałbrzyskiego monumentu trudno zejść do siermiężnej rzeczywistości małej Głuszycy. I nie chodzi tu o masowy ruch turystyczny na miarę Książa. Walorów zamku nad Pełcznicą nie jest w stanie zrównoważyć żaden zabytek w regionie. Warto się jednak zastanowić, czy napływającym na Osówkę wartkim strumieniem turystom  może zaproponować coś z obszaru turystyki kulturowej takie miasteczko jak Głuszyca? Czy zwiedzaniu podziemnych sztolni z czasów II wojny światowej nie powinien towarzyszyć szerszy, uzupełniający, komplementarny pakiet. Czy Głuszyca ma do zaoferowania coś podobnego ?

W centrum Głuszycy są zabytki godne zainteresowania ze względów architektonicznych. Zachowało się kilka okazałych pałacyków i willi fabrykanckich z II połowy XIX w., takich chociażby jak pałacyk w Parku Jordanowskim lub późnobarokowy pałac z końca XVIII wieku przy ul. Grunwaldzkiej 41. Tuż obok znajduje się zabytkowy gmach obecnego gimnazjum z salą gimnastyczną, a vis a vis willa słynnej rodziny niemieckich fabrykantów - Webskich. Nieopodal zaś najciekawszy budynek dawnego zajazdu „Pod Jeleniem” z 1784 roku. Warto też wymienić okazały gmach dawnego sądu przy ul. Grunwaldzkiej 55, dziś siedziba Urzędu Miasta i Gminy, a nieco dalej kościół parafialny MB Królowej Polski z 1741 roku. Podobnych zabytków jest więcej i powinny się one znaleźć w pakiecie turystycznym dla grup turystycznych zainteresowanych poznaniem miasta i jego historii. Niestety, większość z nich znajduje się w stanie opłakanym. Przez liczne lata powojenne niewiele zrobiono by uratować je przed zniszczeniem Cóż z tego, że są one objęte opieką konserwatora zabytków, skoro nie ma sił i środków by przywrócić im dawną świetność. Niektóre z nich znalazły się w rękach prywatnych, tak więc miasto nie ma już w tej sprawie wiele do powiedzenia. Ale o swoją siedzibę powinno zadbać. Zabytkowe gmaszysko przy ul. Grunwaldzkiej 55 też nie zaznało dotknięcia kielni i pędzla od czasów wojennych. Patrzymy więc z nadzieją na plan rewitalizacyjny miasta przewidziany do realizacji w oparciu o środki unijne. To jest szansa niepowtarzalna mając na uwadze  rozwój turystyczny miasta nad Bystrzycą.