Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

piątek, 26 sierpnia 2016

O polskośći naszego Śląska



po drodze do centrum śląskiej Głuszycy


Na zbliżający się weekend w chwili relaksu po udanym spacerze w góry proponuję coś dla ducha. Od czasu do czasu warto się podbudować psychicznie niezbędną wiedzą o naszej przeszłości, bo jak mawiali starozytni Rzymianie -  “historia jest nauczycielką życia”.


Na temat polskości naszego Śląka wydaje nam się, że wszystko już wiemy. Historia gości w naszych domach nader często jeśli czytamy prasę, słuchamy radia, oglądamy telewizję, no i czytamy książki historyczne. Warto jednak skupić się nad wnioskami wypływającymi z badań naukowych, a nie na potocznych, najczęściej propagandowych hipotezach.

W moich książkach “Głuszyckie kontemplacje” pisałem o niemieckiej przeszłości Głuszycy, zwracając uwagę na potrzebę dostrzeżenia osiągnięć i  pozytywnych dokonań ówczesnych gospodarzy tej ziemi, z których winniśmy czerpać wzory. Odniosłem się też do kwestii przyznania Polsce Ziem Zachodnich i Północnych na Konferencji Poczdamskiej jako skutku II wojny światowej w następującym zdaniu:

„Tak zwane Ziemie Odzyskane „wróciły” do Polski nie dlatego, że kiedyś były zamieszkałe przez Słowian, a następnie znalazły się w granicach państwa Polan, ale dlatego, że po II wojnie światowej, w Poczdamie, Józef Stalin i jego koalicjanci, Henry Truman i Clement Attlee (w miejsce Winstona Churchilla) mieli w tym swoje interesy. Z jednej strony – ograniczenie obszaru Niemiec, z drugiej – rekompensata dla Polaków za utracone ziemie wschodnie. Na tę właśnie kolejność motywów warto zwrócić uwagę. Konferencja Poczdamska wprowadziła nowy ład w Europie, m. in. ustalając zachodnią granicę Polski na Odrze i Nysie Łużyckiej”.

Powodem irytacji jednego z Czytelników, który wysłał do mnie maila, był użyty przeze mnie zwrot „tak zwane Ziemie Odzyskane”. Jak to tak zwane? Jak można poddawać w wątpliwość sztandarowe hasło propagandzistów ludowej władzy – „Myśmy tu nie przyszli, myśmy tu wrócili”, albo też jeszcze piękniej brzmiące o powrocie do Macierzy?

Komuniści  zaraz po wojnie czynili wszystko, by zatrzeć złe wrażenie po tym co zrobił najważniejszy sojusznik aliantów zachodnich, Rosja Stalinowska, zagarniając duże obszary Polski Wschodniej. Koncentrowano się więc na  uzasadnieniu słuszności nowych regulacji granicznych Polski jako spełnieniu się aktu sprawiedliwości dziejowej.

Ile w tym prawdy historycznej, a ile zwykłej propagandy , można się przekonać biorąc do ręki obojętnie jaki dobry, współczesny podręcznik historii powszechnej lub historii Polski. Ja posłużę się ogromnie popularną i cenioną w Polsce i na Zachodzie książką Normana Daviesa i Rogera Moorhouse’a, „Mikrokosmos. Portret miasta środkowoeuropejskiego. Vratislavia, Breslau, Wrocław”.

O przeszłości ziem w dorzeczu Odry,  a więc Śląska i Wrocławia, który to ze względu na brak pierwotnej nazwy zdecydował się autor nazwać Wyspowy Gród, możemy przeczytać w I rozdziale książki. Wynika z niej, że w czasach prehistorycznych, poczynając od końca epoki kamienia przez wiele tysiącleci do początków nowej ery przewinęło się przez ten region mnóstwo ludów, docierających tu głównie z tzw. Bohemii (środkowy bieg Renu i Dunaju).

W epoce brązu rozwinęły się tu dwie kultury: unietycka (1800-1400 p.n.e.) i łużycka (1300-400 p.n.e.). To właśnie z okresu łużyckiego wywodzi się Biskupin, jedno z najstarszych wykopalisk archeologicznych w pobliżu Gniezna, pierwszej stolicy Polski.

W epoce żelaza, ok. 400 do 200 p.n.e. pojawili się na Śląsku Celtowie, pozostawiając liczne ślady w wykopaliskach archeologicznych (monety, biżuteria, ceramika, a nawet nazewnictwo, m. in. rzeki Odry). Od 200 p.n.e. do 600 n.e. dorzecze Odry zasiedlili Wenedowie. W tym okresie ok. 400 r. p.n.e. wtargnęli tu Scytowie, koczowniczy lud znad Morza Czarnego, a następnie Sarmaci, lud kaukaski. Od IV w. p.n.e. miały miejsce najazdy ludów germańskich, Gotów, Burgundów, Markomanów, następnie Wandalów z północnej Jutlandii. W V w. n.e., w czasie wielkiej wędrówki ludów, podążyli oni dalej w głąb Europy w kierunku Moguncji, a następnie splądrowali Rzym, podobnie jak i  postrach Europy, Hunowie, wojowniczy lud pochodzenia mongolskiego, przemieszczający się po świecie na rączych koniach i siejący wszędzie  grozę i zniszczenie. To właśnie oni doprowadzili do wyludnienia terenów nad Wisłą i Odrą.

W połowie pierwszego tysiąclecia miała tu miejsce olbrzymia mieszanina ludów i kultur. Niemieccy uczeni przeceniają rolę i znaczenie ludów germańskich Gotów i Wandalów, polscy uczeni starają się utożsamić kulturę łużycką jako dzieło Protosłowian – jedynych tubylców w tym regionie. Zacytuję teraz samego Normana Daviesa:

„W połowie I tysiąclecia p.n.e. lista grup kulturowych, plemion i ludów, które – o ile nam wiadomo – zamieszkiwały Wyspowy Gród bądź okolicę, dochodziła do dwudziestu… Trudno uwierzyć, że poważni badacze naukowi mogą udzielać poparcia próbom zawłaszczenia praw do tego regionu przez jeden tylko naród…”

Trzeba zdać sobie sprawę z tego, że w takiej grze mogą brać udział wszystkie zainteresowane strony. Polscy „autochtoniści” wyobrażają sobie pewnie, że ich przekonanie o protosłowiańskości prehistorycznych osad śląskich jakoś uzasadnia powrót polskiej władzy na te tereny w połowie XX wieku. Jeśli jednak tak sądzą, to nie powinni protestować, gdyby obrońcy czeskości dowodzili, iż władza Czech nad Śląskiem przed rokiem 990 uzasadnia powrót tych ziem do Czech po roku 1335; albo gdyby obrońcy niemieckości uzasadniali średniowieczny Drang nach Osten wcześniejszą działalnością Gotów i Wandalów. Współcześni celtofile z pewności byliby w stanie wydumać roszczenia w imieniu Walijczyków czy Irlandczyków. O wiele lepiej pogodzić się z faktem, iż idea „praw historycznych” jest podejrzaną fikcją.”

Jeśli mówimy o Słowianach w dorzeczu Wisły i Odry przed powstaniem państwa polskiego, to nasuwa się pytanie: skąd się oni wzięli? Wydaje się, że pierwsi koczownicy słowiańscy przybyli na ziemie późniejszej Polski w V i VI wieku n.e. i byli to Chorwaci. Są świadectwa istnienia w VI w. n.e. „Białej Chorwacji” na terenach północno-zachodnich Karpat, Małopolski, Śląska i wschodnich Czech. Odeszli oni w 635 roku do Bizancjum, by wypędzić znad Adriatyku Awarów na prośbę cesarza Herakliusza. Ale na ich miejsce przybyło z południa siedem czy osiem innych plemion słowiańskich.

Obszar centralny obejmujący dzisiejszy Wrocław i górę Ślężę został zamieszkały przez Ślężan, a ziemie nad Wartą z Gnieznem przez Polan. Ale nie dane im było zaznać spokoju. Pod koniec IX wieku znalazły się w orbicie wpływów Państwa Wielkomorawskiego, głównej potęgi w Europie Środkowej. Wprawdzie nie przetrwała ona zbyt długo, podbita z kolei przez Madziarów, ale pozostały tu nadal plemiona słowiańskie. Część z nich uległa wpływom bizantyjskiej misji chrześcijańskiej Cyryla i Metodego, którzy od roku 863 penetrowali tereny państwa morawskiego od stolicy Nitry poczynając, wprowadzając obrządek Wschodni.

Na początku X wieku pojawia się nowa potęga – czeska dynastia Przemyślidów, którzy pod rządami księcia Bolesława Okrutnego (929-972) stali się spadkobiercami Państwa Wielkomorawskiego. Po zwycięstwie króla Niemiec Ottona I nad Madziarami na Lechowym Polu w 955 roku przy pomocy księcia Bolesława Okrutnego, Czechy objęły we władanie także Śląsk. Mogło to stać się nawet wcześniej za panowania Wratysława I (915-921), stąd  współczesna nazwa Wrocławia. Pod wpływami niemieckimi Czechy przyjęły chrzest z Rzymu, a nie z Bizancjum.

Dzieje się to wszystko w ważnym dla przyszłej Polski momencie dziejowym, a mianowicie – pojawieniu się na scenie historycznej księcia Polan, Mieszka I. To właśnie ten władca z dynastii piastowskiej stawił opór margrabiemu marchii wschodniej Wichmanowi, uniezależniając się od cesarza, a następnie dla pełnego bezpieczeństwa przyjął chrzest za pośrednictwem Bolesława czeskiego, poślubiając w 966 r. jego córkę Dobrawę. Mieszko I przy pomocy oręża zbrojnego zjednoczył wokół siebie plemiona słowiańskie, w roku 979 zakończył podbój Pomorza, a w roku 990 – Śląska i Małopolski. Brzemiennym w skutki okazało się zdobycie Krakowa, ważnego grodu nad górnym biegiem Wisły, znajdującym się wówczas pod wpływami czeskimi, celtyckimi i germańskimi. Poznań w Wielkopolsce i Kraków w Małopolsce stały się później głównymi ośrodkami państwowości młodego państwa polskiego.

Około roku 991 kancelaria Mieszka I przygotowała dokument, znany jako Dagome iudex, oddający pod opiekę Papieża rozległe włości księcia w dorzeczu Wisły i Odry. Jak się okazało rozwój państwa Polan zagroził bezpośrednio dominacji Czech. Następca Mieszka I, jego syn Bolesław Chrobry (992-1025), zręcznie wykorzystał fakt zabójstwa misjonarza czeskiego Wojciecha przez zamieszkałe nad Bałtykiem pogańskie plemię Prusów, sprowadzając zwłoki późniejszego świętego do Gniezna.

W pamiętnym roku 1000, w którym oczekiwano Drugiego Przyjścia Chrystusa, a nawet przepowiadano koniec świata, Bolesław Chrobry uzyskał od papieża kanonizację Wojciecha, a następnie zaprosił do Gniezna cesarza Ottona III z pielgrzymką do grobu świętego. Otton III jako najwyższa władza świecka zachodniego chrześcijaństwa swoją wizytą potwierdził uznanie nowego państwa, wyniósł Gniezno do rangi metropolii, ponadto obwieścił utworzenie trzech podległych biskupstw w Krakowie, Kołobrzegu i Wrocławiu. Umieścił też w przypływie szczerości diadem cesarski na głowie Bolesława, dając tym sposobem znak do podniesienia go do godności królewskiej. Stało się to ostatecznie i formalnie w dokumencie papieskim, ale dopiero w 1025 roku, zarazem roku śmierci Bolesława Chrobrego, jednego z największych władców piastowskich.

Pozwoliłem sobie na skondensowany wywód z historii, bo tylko w ten sposób można pokazać skomplikowaną przeszłość ziem nad Wisłą i Odrą, w tym obecnie znów naszego Śląska. Widać stąd, że wysnuwanie praw etnicznych do Ziem Zachodnich i Północnych nie jest tak łatwe i proste, jak to wynikało z propagandowych haseł władzy ludowej w powojennej Polsce. Źle jest jeśli historię chce się nagiąć na siłę do zapotrzebowań politycznych, obojętnie czego by ona miała dotyczyć. Niestety, mamy z tym do czynienia nagminnie i to nie tylko w naszym kraju. Jeżeli kwestionujemy bezpodstawność roszczeń niemieckich do Ziem Zachodnich i Północnych, to znaczy że godzimy się na taką samą bezpodstawność naszych roszczeń do ziem utraconych na Wschodzie w wyniku agresji Rosji Sowieckiej we wrześniu 1939 roku, czyli kwestionujemy układy w Jałcie i Poczdamie, a tym samym cały powojenny ład. Czy nie lepiej dać sobie spokój z wynajdywaniem praw historycznych do takich, czy innych ziem, a po prostu przyjąć stan obecny za jedyny, realny i racjonalny, jako skutek tragicznej wojny, zwłaszcza że jesteśmy we wspólnej Europie i granice państwowe tracą coraz bardziej na znaczeniu? Wszelkie roszczenia graniczne nie mają we współczesnym świecie racji bytu, co nie wyklucza możliwości rozmawiania o nich na gruncie merytorycznym, a co za tym idzie – na gruncie lepszego poznawania historii.

Niewątpliwie bardzo ważnym jest, że Śląsk był polski w początkach państwa polskiego, w okresie piastowskim, że jeszcze wcześniej, przed wiekami, mieszkali tu słowiańscy Ślężanie, że zostali wyrugowani z tych ziem w efekcie takich czy innych splotów wydarzeń, bądź też zostali zasymilowani przez żywioł napływowy z Zachodu (choć nie wszędzie, czego przykładem jest Górny Śląsk), to zdanie nie powinno budzić kontrowersji. Tak samo jak to, że Polska w obecnym kształcie jest bardzo bliska granicom państwa Mieszka I i Bolesława Chrobrego, w którym znalazły się plemiona słowiańskie zamieszkałe nad Wisłą i Odrą. Są to więc w jakimś sensie „ziemie odzyskane”, ale nie można  tego  uznawać, za spełnienie się  sprawiedliwości dziejowej  bo jest to pojęcie bardzo umowne.

Okazuje się, że wiedza o przeszłości ziemi, na której przyszło nam żyć i pracować jest potrzebna. Jeszcze do niedawna byliśmy przekonani, że mamy już na mur ustabilizowaną sytuację polityczną w Europie, a wejście do NATO i Unii Europejskiej gwarantuje nam nienaruszalność naszych granic, tak samo jak garnic naszych sąsiadów. To co się stało wcześniej w Gruzji i Czeczenii, a obecnie  na wschodzie Ukrainy dowodzi, że ustalony po II wojnie światowej ład zewnętrzny, ani też przyjęte układy międzynarodowe, wcale nie gwarantują tej stabilizacji. Wprawdzie dziś jeszcze nasze gwarancje do Ziem Zachodnich nie są podważane, ale historia I I II wojny światowej pokazuje, że wszystko może się zmienić, wystarczy tylko iskra, która wywoła wielki pożar. Żyjmy nadzieją, że tak się nie stanie, ale zachowajmy umiar i rozsądek w ocenie naszej sytuacji.


czwartek, 25 sierpnia 2016

By nadać życiu sens...



Gdzięś tam w górach - jest miasteczko...



Jest sens w seansie życia
widziany sensu stricto
w tym, co się robi za młodu
by z życia coś wynikło

Nauka, praca, kariera,
dostatnie życie, swoboda,
pragnienie sławy jak miodu
nic ująć i nic dodać

 „Młodości, ty nad poziomy wylatuj”
wołał poeta natchniony,
 cóż,  nad poziomy rozwiera skrzydła
 takich fantastów miliony

Z  góry widoczna jest rzeczywistość
wytarta z wszelkich marzeń,
młodzieńcze  cele, ideały
ulotne jak miraże

 „Daremne żale, próżny trud,
bezsilne złorzeczenia”,
gdzieś nam uleciał jak kamfora
sensowny sens istnienia…

Ułożyły mi się strofy wiersza zupełnie machinalnie i bezwiednie, gdy poznałem blog Emili, z 17  sierpnia 2016 r.  (Kategoria: Historia Laury), zachęcony do tego przez komentatora mojego blogu, nieocenionego Henryka z Jugowa.

Zacytuję fragment tego postu, bo tego nie da się streścić lub napisać po swojemu:

Wobec 13,7 miliarda lat istnienia całego Wszechświata, wobec setek miliardów istniejących w nim galaktyk, nasza młoda i mała ziemia jest nic nieznaczącym ziarenkiem prochu, który tak samo, jak powstał, tak samo kiedyś zniknie. Cała nasza ludzka cywilizacja, wszystkie osiągnięcia, wszelkie rozpętane przez nas wojny, wszystkie istniejące religie, rozmaite spory światopoglądowe, cała historia, wszystkie posty na fejsie oraz fotki na Instagramie – to tylko mikroskopijny promil niewyobrażalnie wielkiej całości.
Niestety, z powyższych danych można wysnuć raczej smutne wnioski, że my, ludzie, nie jesteśmy żadnym pępkiem Wszechświata, a co najwyżej jego zakałą. Jesteśmy młodym, ewolucyjnie mało rozwiniętym gatunkiem, który oprócz wzajemnego naparzania się, szczerze mówiąc niewiele potrafi. Mimo naszej manii wielkości, przekonania o wyższości nad innymi gatunkami, tak naprawdę od zwierząt różnimy się jedynie stopniem rozwoju. Z biologicznego czy fizycznego punktu widzenia nasze istnienie nie ma ważnego celu – naukowcy są co do tego raczej zgodni.
Ale jest jedna naprawdę ważna rzecz, która nas wyróżnia – to zdolność do miłości, więc w niej cała nadzieja. Dlatego możemy żyć tak, aby jednak nadać człowieczeństwu sens. Tak na wszelki wypadek, gdyby to jednak w ostatecznym rozrachunku miało jakieś znaczenie. Możemy na przykład kochać, zamiast się wzajemnie nienawidzić; wspierać w rozwoju, zamiast zazdrościć osiągnięć; budować i doskonalić nasz mikroskopijny (jedyny!!!) świat, zamiast go regularnie niszczyć. Możemy przestać wciąż skakać sobie do gardeł i zacząć obdarzać się szacunkiem. Może dzięki temu za jakiś czas, ktoś będzie mógł napisać, że różnimy się od zwierząt czymś więcej, niż tylko stopniem rozwoju”.

Tak się składa, że głęboko filozoficzne refleksje Emili nasunęły mi się zupełnie przypadkowo w trakcie czytania oddanej już do druku nowej książki Jolanty Marii Kalety „Riese” Tam gdzie śmierć ma sowie oczy”.

Jestem pod wrażeniem niezwykle skomplikowanych losów rodziny Laury Szeligi, bohaterki książki, przytłoczony bezmiarem okrucieństw wojennych i powojennych w maleńkim wydawałoby się obszarze Gór Sowich. To właśnie tu  wojenny sztab Adolfa Hitlera zdecydował się na realizację szaleńczego pomysłu zbudowania w podziemiach masywu Włodarza „podziemnego skalnego miasta”. Pobudzony tym wszystkim co się dzieje w książce pod koniec wojny i w pierwszych latach powojennych, podobnie jak Emilia w swoim blogu, zadaję sobie istotne pytanie o sens życia człowieka na tym padole ziemskim.

Autorka blogu, Emilia, szuka odpowiedzi na to pytanie w kontekście niewyobrażalności czasu i przestrzeni  ludzkiego życia we wszechświecie. Ale ma też świadomość, że gdyby przyjąć tylko miarę samego globu ziemskiego, to natura ludzka nie różni się wiele od zwierzęcej, wydaje nam się, że jesteśmy pępkiem świata, gdy tymczasem różnimy się od jego fauny i flory jedynie stopniem rozwoju. Co więc nam pozostaje? Tylko to, by odnaleźć sens życia w tym co zwykliśmy określać mianem człowieczeństwa.

Podobna, jak mi się wydaje jest idea książki Jolanty Kalety. To jeden wielki krzyk przerażenia i rozpaczy wobec tego, co potrafi uczynić człowiek człowiekowi, to niezwykle drastyczny i wstrząsający dokument zbrodniczej natury ludzkiej.

Muszę przyznać, że czytam z przejęciem i wypiekami na twarzy tę książkę, bo jej akcja rozgrywa się w moim miasteczku – Głuszycy i  jest związana z jego współczesną historią, która jako historykowi jest mi szczególnie bliska.

O tej powieści nie mogę powiedzieć, że jest to tylko  beletrystyka. Są momenty, kiedy odnosiłem wrażenie, że jej autorkę poniosła fantazja. I wtedy byłoby mi znacznie lżej na sercu, ale to tylko złudzenie. Obraz powojennej rzeczywistości takich małych, utopionych w górach miejscowości, jak Głuszyca, Jedlina-Zdrój, Walim robi wrażenie szczególnie ponure, a wyczyny zwyrodnialców z niemieckiego Wehrwolfu, sowieckiego NKWD i polskiego UB wywołują palpitację serca. I byłoby lepiej, gdybyśmy mogli to wszystko, o czym czytamy w książce potraktować jako wytwór artystycznej wyobraźni autorki po to, by trzymać czytelnika w napięciu i rozwijać z powodzeniem dramatyczne wątki, podobnie jak w dobrych kryminałach. Tylko, że powieściopisarka potrafi zręcznie i przekonywująco wpleść w tok akcji oryginalne fragmenty dokumentów sądowych, a dzieje jej bohaterów są oparte na autentycznych życiorysach i wspomnieniach osób, których nazwiska poznajemy w posłowiu. Niestety, to się działo naprawdę. Dziś pojawiają się coraz częściej nie tylko naukowe, ale też literackie potwierdzenia. Najświeższy przykład – książka Łukasza Kazka „Faszystowska Mać”. Warto do niej zajrzeć przy okazji lektury powieści Jolanty Kalety. 

Jej książka, to majstersztyk literacki, a zarazem nieporównywalnie wyrazisty obraz wrzącego, powojennego tygla autochtonów i zbiorowiska ludzi z różnych stron, którzy z najrozmaitszych powodów znaleźli się na ziemi wałbrzyskiej swoje miejsce bytowania.

Nie rozpisuję się więcej o sensacyjnej książce, która mimo że ma ponad 300 stron maszynopisu  potrafi trzymać w napięciu do samego końca. Nie da się jej przeczytać „po łebkach” bo łatwo się pogubić w meandrach i  koligacjach rodzinnych jej bohaterów, z których część znamy z wcześniejszej powieści Jolanty Kalety „W cieniu Olbrzyma”.

Przypomnę tylko, że z autorką i książką będziemy mieli okazję poznać się bliżej w niedzielę 9 października tego roku o godz. 17.00 w sali głównej Centrum Kultury w Głuszycy, a będzie to premierowe spotkanie literackie z okazji ukazania się tej książki, otwarte dla wszystkich chętnych. 

Oj, co to będzie za hit! Oprócz cieszącej się coraz większą sławą wrocławskiej pisarki Joanny Marii Kalety przyjadą do nas wyjątkowi goście ( a jacy – będzie jeszcze okazja o tym napisać) i mam taką nadzieję, sala zapełni się po brzegi przede wszystkim mieszkańcami Głuszycy, Jedliny-Zdroju i Walimia.

Czy ktoś jeszcze parę lat temu mógł pomyśleć, że znajdą się tacy „odkrywcy”, którzy o Głuszycy, tym urzekającym krajobrazowo i jak się okazuje niesamowicie tajemniczym i wciąż jeszcze zagadkowym miasteczku, będą pisać książki?

O książce i spotkaniu w moim blogu jeszcze nie raz napiszę.

wtorek, 23 sierpnia 2016

Wciąż żywy, niegasnący polski sarmatyzm



„Święty Jan Ewangelista mawiał: „Dziateczki, kochajcie jedni drugich”” - a ja wam to mówię, a raczej wymówię, że tak nie robicie. „Kochamy Ojczyznę” - mówicie, a między sobą w ciągłych swarach! Piękna to miłość, ojczyzny ziemię kochać, a z jej mieszkańcami się wadzić?

(Z kazania księdza Marka 4 listopada 1769 roku  w kościele Ojców Bernardynów w Kalwarii z udziałem całej świty ówczesnych możnowładców wspierających konfederację barską )

To tylko jeden z interesujących wątków w historycznej książce „Pamiątki Soplicy”. Znajdziemy w niej 25 opowiadań znakomitego gawędziarza Seweryna Soplicy, cześnika parnawskiego, które zebrał i opracował do druku nieco później żyjący cioteczny wnuk po mieczu Radziwiłła Panie Kochanku, po kądzieli Tadeusza Rejtana  -  Henryk Rzewuski.

Podobnie jak w słynnych „Pamiętnikach” Jana Chryzostoma Paska mamy w tej książce z życia wzięty, realistyczny i wymowny obraz ówczesnej szlachty polskiej, przenikniętej do szpiku kości sarmackim duchem sobiepaństwa i prywaty. Do czego to doprowadziło wiemy z lekcji historii. Ale o upadek olbrzymiej Rzeczpospolitej od morza Czarnego do Bałtyckiego skłonni jesteśmy winić  wszystkich innych, najczęściej naszych zaborców – Rosję, Prusy i Austrię, byle tylko nie siebie samych. Dokładne prześledzenie losów Polski od konfederacji barskiej do targowickiej może przyprawić o ból głowy i żołądka. Aż dziw bierze, że nikt temu co się działo na skutek wewnętrznej, ustawicznej, destrukcyjnej wojny o władzę i osobiste interesy nie potrafił postawić tamy.

Bo to był świat w każdym calu stanowy. Rządził nim egoizm warstw posiadających, które na swój użytek wykształciły prawa i obyczaje, normy moralne i reguły życia codziennego im właśnie służące. Liczyli się tylko „ dobrze urodzeni”, osoby herbowej kasty, „błękitnej krwi”, reszta to masa poddanych, wprawdzie już nie niewolnicy, ale wasale całkowicie zależni od swych mocodawców.

Skąd my to dzisiaj znamy? Czy w obserwacji współczesnej sceny politycznej nie widzimy z tamtym światem wyraźnych paranteli?

Rzetelny dziedzic nie obciążał nadmiernie poddanych. Ktoś musiał przecież mieć siły i motywację by pracować na dobrobyt powiatowych urzędników i bajeczne fortuny senatorów.

W ograniczonym do „urodzonych” świecie panowała równość. Mówi się o niej nieustannie, powtarza do znudzenia, zachłystuje się nią szlachecka „gołota”. Nobilitacja tej równości (dziś byśmy dodali do tego  - wiarę w Boga, patriotyzm i demokrację  ) przynosiła namacalne korzyści, pozwalała sterować masami wyborców pod dyktando własnych interesów.

Złudność ówczesnej równości szlacheckiej razi każdego myślącego obserwatora tak samo jak złudność naszego dzisiejszego katolicyzmu, miłości do ojczyzny i upartyjnionej demokracji. Dawniej pozwalała ona wyższemu stanowi czerpać korzyści i apanaże, dziś służy wąskiej grupie „arystokracji politycznej” rozgrywającej między sobą swe polityczne boje o władzę, a więc o płynące stąd zaszczyty i pieniądze.

Kariera Soplicy, który wspina się od zaścianka do zasobnej egzystencji na kilku tłustych folwarkach, jako najpierw pokojowiec Ogińskich, potem pełnomocnik sądowy i klient Radziwiłłów, zawsze uległy i posłuszny, padający do nóg, ściskający za kolana swoich dobrodziejów i protektorów, przypomina kariery wielu naszych polityków, zależnych od liderów partyjnych.

Seweryn Soplica, typowy sarmacki warchoł i gawędziarz jest klasycznym przedstawicielem mas szlacheckich ówczesnej Nowogródczyzny. Wszystko co o nim wiemy da się odnieść do środowiska, w którym żyje, które go ukształtowało i któremu pozostaje wierny. W przeciwieństwie do współczesnych młodych romantyków, takich jak Zan, Mickiewicz, uważa on swój zastany i dobrze rozpoznany świat za wspaniały, nie widzi potrzeby „by ruszyć z posad bryłę świata”. Pomaga mu w tym ugruntowany światopogląd Polaka – katolika. Nic więc dziwnego, że był najgorętszym propagatorem  konfederacji barskiej, a jego bohaterami stali się dwaj jej uczestnicy, chłop Pawlik, eks-rozbójnik, ustylizowany na Wołyńskiego Janosika oraz niczym legendarny Bogdan Chmielnicki, Kozak Sawka,  pod komendą którego przyszło mu służyć.

Nieskomplikowana mądrość życiowa zawarta w maksymie: „czyj się chleb je, tego bronić trzeba”, stanowiła  główną wskazówkę postępowania Sopliców wobec Radziwiłłów. I nie było to efektem cynizmu, czy wyrachowania. Gmin szlachecki, choć w teorii i we własnym mniemaniu na zagrodzie równy wojewodzie, w praktyce uważał magnata za istotę nieporównywalnie wyższą, szczerze go uwielbiał i równie szczerze ubierał w wyimaginowane cnoty.

Czy trzeba szukać ze świeczką  przykładów w naszym współczesnym świecie politycznym takiego płaskiego wazeliniarstwa. Tylko że dziś nie da się powiedzieć, że nie ma w tym cynizmu i wyrachowania.

Ale współczesny ogół wyborców niewiele się różni od sarmackiego. Tak samo jest bezkrytyczny i łatwowierny, ulega zbyt łatwo propagandowym sztuczkom bilbordów, pospolitym trikom i sloganom prawicowych mediów, bądź też PiS-owskiej telewizji, kłamliwej do cna i kierującej się bezkrytycznie głośną maksymą polityka, który dziś awansował na Prezesa TVP – „ciemny lud to kupi”.  Niestety, w obecnie funkcjonującym, partyjnym systemie wyborczym ten lud jest zdeterminowany w najlepszym przypadku - na wybór mniejszego zła, a w gorszym -  na wybór pomiędzy dżumą i cholerą.

Nie będę się rozwodził o ordynacji wyborczej, dokumencie perfidnie ułożonym przez naszych wybrańców, którzy okazali się na tyle inteligentni, by zbudować fundamenty do swojej nieusuwalności (aż do śmierci).

Przykro mi, ale wszystkie słowa krytyki, apele i postulaty pod adresem posłów i senatorów są przysłowiowym uderzeniem grochem o ścianę. Tuż przed wyborami samorządowymi, a następnie parlamentarnymi być może pojawią się głosy rozsądku, obiecanki zmian w ordynacji wyborczej, ale wiadomo, znajdą się one w pakiecie deklaracji wyborczych, o których zapomina się w parę dni po wyborach. "Wielki reformator" ordynacji wyborczej, Paweł Kukiz, już dawno zapomniał o tym, dlaczego obdarzyło go zaufaniem tylu wyborców.

O absurdach w obecnie obowiązującej ordynacji wyborczej pisałem już nieraz w moim blogu. Jest to temat dyżurny w setkach tysięcy komentarzy na stronach internetowych. Pokąd nie będzie zmian, które przekonają  wyborców, że ich głos się liczy, że nie trzeba oszczędzać na zelówkach, tylko trzeba wziąć udział w wyborach, potąd zapewnienia o naszej wolności, równości i demokracji nie przestaną być absurdalną spuścizną sarmackiej przeszłości.

Nie próbuję rozwijać dalej tego wątku, blog internetowy nie jest najlepszym miejscem na  tego rodzaju dywagacje. Na temat Rzeczpospolitej szlacheckiej mamy obecnie mnóstwo interesujących książek. Zdumiewające jest to, że wciąż nie potrafimy z naszej historii wyciągać sensownych wniosków.

W tym poście skorzystałem z książki wydanej w 1978 roku w Warszawie przez Bibliotekę Klasyki Polskiej i Obcej z  „Posłowiem” opracowanym przez Zofię Lwinównę.


niedziela, 21 sierpnia 2016

Lekarz nie tylko od serca




To jest częstym tematem dziennikarskich rozważań, jak wiele zależy od człowieka, jak ważnym jest by na kierowniczym stanowisku znalazł się szef, o którym  można powiedzieć właściwy człowiek na właściwym miejscu.

Tak właśnie myślę sobie o obecnym prezydencie Wałbrzycha, Romanie Szełemeju, a utwierdza mnie w tym przekonaniu to wszystko, co mogę zaobserwować w mieście, z którym jestem związany uczuciowo, choć nie jestem jego mieszkańcem. Tak jak Warszawa jest stolicą mojego kraju, tak Wałbrzych jest stolicą regionu, który stał się moją „małą ojczyzną”. O tym że Wałbrzych jest mi bliski nie muszę chyba przekonywać Czytelników mojego blogu.

Parę lat temu ukazał się w prasie obszerny panegiryk na cześć prezydenta Wałbrzycha, autorstwa Sławomira Bukowskiego p.t. „ Kardiolog ratuje Wałbrzych”. Nie znam autora tego artykułu, nie wiem kim  jest, do wszelkiego rodzaju  tekstów pochwalnych odnoszę się z rezerwą, ale w tym przypadku podpisuję się obiema rękami pod tym, co zostało o Romanie Szełemeju napisane. To rzeczywiście  szczęśliwe zrządzenie losu, że ten znakomity lekarz kardiolog, a także reformator wałbrzyskich szpitali, zgodził się zostać komisarzem rządowym w Wałbrzychu, a następnie kandydować na prezydenta. W wyborach samorządowych 2010 roku obdarzyła go zaufaniem zdecydowana większość Wałbrzyszan.

O motywach podjęcia takiej decyzji pisze z polotem literackim S. Bukowski:

„To normalne, że w tygodniu doktor robi porządek w mieście, a w weekendy leczy serca, tak jak robił to przez ponad 20 lat. Przyjmuje pacjentów, ustala proces leczenia. Na jedną czwartą etatu kieruje też oddziałem kardiologii jako ordynator. Opiekuje się młodymi lekarzami. Bo jego nazwisko to dla szpitala marka. Szełemej to nie tylko dobry lekarz, ale sprawny menedżer. Po co więc został prezydentem? I to nie Krakowa czy Wrocławia, gdzie funkcja niesie wielki ładunek prestiżu, pozwala uczestniczyć w licznych rautach i otwierać prestiżowe konferencje. Tylko w pogrążonym w totalnym kryzysie Wałbrzychu. Mieście zrujnowanych kamienic, poprzetykanym gęstą nicią korupcyjnych układów. Gdzie polityka kojarzyła się z kupowaniem głosów. W polskim Palermo.
– Bo kocham to miasto, bo jestem wałbrzyszaninem od urodzenia, bo chcę tu wszystko zmienić. Wie pan, mógłbym używać wielu patetycznych słów, ale odpowiem inaczej. Ja wiedziałem, że mając ogromny kapitał zaufania i rozpoznawalność z tego powodu, że jestem lekarzem, uzyskam silny mandat do rządzenia. Że będę mógł jednoosobowo podejmować decyzje. Bardzo trudne decyzje – mówi Szełemej.

S. Bukowski relacjonuje pokrótce trudną sytuację z chwilą przejęcia steru władzy przez prezydenta Szełemeja (najpierw jako komisarza, potem prezydenta), wymienia też kolejno pierwsze osiągnięcia. Złożyła się na to reorganizacja urzędu (powołanie jednego wiceprezydenta w miejsce trzech, ograniczenie liczby etatów urzędniczych), a dalej wymiana rad nadzorczych w miejskich spółkach, które powołały nowe zarządy złożone z osób kompetentnych, a nie z klucza partyjnego. Nastąpiły też gruntowne zmiany w organizacji prac związanych z porządkiem i czystością w mieście.

O tym jak wiele zmieniło się już w Wałbrzychu nie muszę pisać, bo są to rzeczy widoczne gołym okiem na każdym kroku. Wałbrzych jest placem budowy, ale jest ona prowadzona w sposób zorganizowany i jak najmniej uciążliwy dla ludzi, a efekty nastrajają optymistycznie. Cieszy zwłaszcza budowa dróg, remonty szkół, gmachów publicznych i budynków komunalnych.  Spektakularnym sukcesem jest oddanie do użytku nowoczesnej inwestycji sportowo-rekreacyjnej Aqa Park na Białym Kamieniu, a następnie Parku Kultury „Stara Kopalnia” i przebudowanego Placu Magistrackiego.

Prezydent Szełemej osiągnął swój cel, którym było odzyskanie grodzkości dla miasta Wałbrzycha. Daje to szanse łatwiejszego pozyskiwania środków unijnych na realizację szeroko zakrojonych zadań inwestycyjnych, pozwala też lepiej zarządzać miastem, w którym nie ma już dwuwładzy. Ale prezydent wielkiego Wałbrzycha nie zapominał o mniejszych sąsiadach z powiatu ziemskiego i czyni wszystko co możliwe dla rozwoju całego regionu. To dobrze, że władze samorządowe w mieście i w powiecie nie toczą ze sobą bojów politycznych, skutkiem czego udało się ze spokojem dokonać trudnej sztuki rozdzielenia obowiązków i majątku, w związku z powrotem do pierwotnego podziału administracyjnego z dwoma powiatami w Wałbrzychu, ziemskim i grodzkim.
Niezmiernie ważnym i jak się wnet okaże umożliwiającym pozyskanie dużych środków finansowych dla Wałbrzycha i całego regionu jest zawarte porozumienie gmin, zwane Aglomeracją Wałbrzyską. Jest ona „dzieckiem” prezydenta Szełemeja, który potrafił dostrzec unijne źródła rozwoju regionalnego na lata 2014 - 2020 i przekonać do tego pomysłu okoliczne gminy. Aglomeracja może bez przeszkód korzystać z programu ZIT (Zintegrowanych Inwestycji Terytorialnych), a ponieważ skupia już teraz 23 gminy stała się liderem nowej formuły współpracy samorządów w skali krajowej. 

Jak pisze S. Bukowski:

Szełemej o projekcie Aglomeracji mógłby opowiadać godzinami. – Wymyśliliśmy ją dwa lata temu z burmistrzem Jedliny Leszkiem Orpelem, burmistrzem Boguszowa-Gorców Waldemarem Kujawą i wójtem gminy Walim Adamem Hausmanem. Ten projekt jest wyrazem aspiracji gmin. Powstał jeszcze zanim zdefiniowano pojęcie ZIT-ów, ale teraz skorzystaliśmy z okazji i złożyliśmy wniosek o uznanie nas za ZIT subregionalny. Przedstawiliśmy nawet miniprogram operacyjny dla tego obszaru – mówi prezydent Wałbrzycha Roman Szełemej.”

Zarówno przed Wałbrzychem jak i wszystkimi zrzeszonymi w Aglomeracji gminami i stowarzyszeniami rysuje się teraz szansa na nowe inwestycje i realizację najśmielszych planów.  Osobiście jestem pewien, że wiele z nich będzie dotyczyło rozwoju turystyki i wypoczynku. Być może spełnią się nadzieje wielu Wałbrzyszan na pojawienie się na mapach Sudetów Środkowych nowego, prężnego regionu turystycznego, którego centrum stanie się Wałbrzych.

Najbardziej podbudowały mnie w artykule S. Bukowskiego perspektywy rozwojowe Wałbrzycha w niedalekiej przyszłości. Wynikają one zarówno z przyjętej niedawno przez Radę Miejska strategii rozwojowej miasta jak i  społecznego programu „Zielony Wałbrzych 2020”, kolejnego autorskiego pomysłu prezydenta. O tym programie jest głośno w lokalnych mediach, mówi o nim więcej autor artykułu:

„Wałbrzych za siedem lat ma być miastem przyjaznym dla mieszkańców, modelowym przykładem przekształcenia środowiska poprzemysłowego we wzorcowe miasto XXI wieku. Urzędnicy przyjrzą się problemowi palenia węglem i wdrożą plan wymiany pieców na kotły gazowe. Samorządowcy snują nawet marzenia o doprowadzeniu do energetycznej samowystarczalności miasta w oparciu o źródła energii odnawialnej, m.in. energię słoneczną i biopaliwa ...
Miasto chce budować 5–10 km dróg rowerowych rocznie. Największą inwestycją będzie obwodnica rowerowa Wałbrzycha. W przyszłości ma nawet powstać sieć wypożyczalni rowerów elektrycznych, którymi łatwo jeździ się po terenach górskich. Takimi pojazdami powinni przemieszczać się też urzędnicy – na początek strażnicy miejscy. Całe śródmieście Wałbrzycha ma być wolne od samochodów spalinowych, dając priorytet dla ruchu pieszego, rowerów i pojazdów przyjaznych środowisku”.

Ten siedmioletni czasookres na realizację powyższych zadań jest trochę na wyrost. Musimy jeszcze trochę poczekać na rowerową obwodnicę wokół Wałbrzycha lub całe Śródmieście wolne od samochodów spalinowych, a także strażników miejskich na rowerach. Ale wszystko jest na dobrej drodze. Najważniejsze jest właśnie to, że Wałbrzych staje się coraz bardziej zielony, że jest miastem, do którego przyjeżdżają turyści z całego świata zwabieni nie tylko zagadką „złotego pociągu”, ale i urokiem i tajemnicami zamku Książ, którego dobrym duchem stała się urodziwa „Stokrotka”, ostatnia gospodyni pałacu, dla sławienia której powstała niezwykle prężna Fundacja Księżnej Daisy.

Dzieje się dużo dobrego w pokopalnianym Wałbrzychu, przedsięwzięcia i inwestycje o których jeszcze nie tak dawno można było jedynie pomarzyć. Widać w tym zasługi prezydenta Wałbrzycha jak się okazuje lekarza nie tylko od serca. Napisałem o tym dość sporo w obszernej książce „Wałbrzyskie powaby”, szkoda że jej nie ma w księgarniach, nie ma też na powiatowym portalu internetowym w formule e-booku. Ale to już jest osobny temat.