Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

sobota, 21 stycznia 2017

Lesienieckie wspomnienia, cz. I



Moi znakomici znajomi z facebooku powracają często do wspomnień z lat minionych, eksponują atrakcyjne fotografie, piszą ze wzruszeniem o swoim „kraju lat dziecięcych”. Postanowiłem i ja zainteresować Czytelników odrobiną osobistych reminiscencji. Zapraszam na nieco dłuższą niż zazwyczaj w moim blogu wirtualną retro- wycieczkę !

Jest takie miejsce pod Wałbrzychem, o którego istnieniu wie tylko garstka osób, a o którym może coś ciekawego powiedzieć jeszcze mniejsza garstka. Zresztą takich miejsc jest wszędzie sporo. Zdecydowałem się napisać o nim z bardzo osobistego powodu. Tam właśnie było moje pierwsze miejsce pracy w regionie wałbrzyskim, z którym związałem się na stałe aż do dziś, a podejrzewam, że już do końca życia. A od tego momentu minęło, bagatela, pół wieku. Na falach sentymentalnych powracam więc do tego roku szkolnego, który przeżyłem tam jako młody nauczyciel.

Drogę z Głuszycy przez Rybnicę Małą i Leśną, Unisław Śląski, Kowalową do Mieroszowa, mogę powiedzieć, znam jak własną kieszeń. Jeździłem nią wielokroć utwierdzając się w miarę upływu czasu, że jest to jedna z najpiękniejszych dróg jakie znam. Oczywiście, myślę o tym, co można zobaczyć po drodze, a nie o samym  wijącym się zakolami wąskim paśmie jezdni, które nie należy do bezpiecznych w czasie podróżowania. Tą drogą jechałem nie tak dawno temu modląc się w duchu, by nie było wielkiego ruchu. I na szczęście nie było. Mogłem więc kątem oka obserwować co się dzieje w przyrodzie, gdy nastąpi gwałtowna odwilż, jak zmieniają się przydrożne potoki w rozszalałe żywioły. W Unisławiu spojrzałem na pędzącą z zawrotną szybkością, wzburzoną wodę wiosennej Ścinawki i uzmysłowiłem sobie, że tu właśnie, nieco wyżej w kierunku Wałbrzycha, znajdują się źródła Leśnej Wody, która później zamienia się w Lesk. Ta sama rzeka płynie dalej przez Kuźnice Świdnickie, Stary Lesieniec, gdzie kiedyś moczyłem w niej nogi, bo płynęła w bezpośredniej bliskości mojego ówczesnego miejsca zakwaterowania w lesienieckiej starej szkole. Nie wiedziałem wtedy, że źródła Leska znajdują się w pobliżu Unisławia Śląskiego.

„Rzeka tak samo jak obłoki przepływa przez miejsce, gdzie kiedyś było nam dobrze” – napisał w swej książce „Śmierć pięknych saren” czeski pisarz Ota Pavel. Zapamiętałem tę sentencję tak samo, jak dowcipną dedykację jego książki: „Mamusi, która miała za męża mojego tatusia”, a także parę innych znakomitych stylistycznie i myślowo paradoksów.

Właśnie Lesk jest tą rzeką, którą wspominam dobrze. W górnym biegu rozdziela ona Pasmo Lesistej od Gór Wałbrzyskich, a dalej płynie przez Stary Lesieniec, Czarny Bór, Witków, Jaczków w  Kotlinie Kamiennogórskiej, topiąc swe wody w rzece Bóbr w Dębrzniku koło Sędzisławia. Rzeka ma 23 kilometry długości. Odwadnia znaczną część Gór Kamiennych.

Dolina Lesku jest jednym ze starszych ciągów komunikacyjnych w Sudetach, prowadził nią trakt handlowy z Czech przez Kamienną Górę, Bolków, Jawor, Legnicę do Wrocławia. Prawie na całej jej długości rozpościerają się stare wsie z licznymi zabytkami, pozostałościami młynów wodnych, tartaków i innych urządzeń wodnych.

Podróż turystyczna doliną Lesku może dostarczyć wielu wrażeń, bo każda miejscowość wzdłuż jej biegu kryje w sobie atrakcje turystyczne, znajdujemy tu jednocześnie prawdziwe  bogactwo rozmaitości krajobrazów i przyrody.

To właśnie wspomnienia z lat młodości i skłoniły mnie po latach do maleńkiej eskapady, by przypomnieć sobie maleńki przysiółek położony na peryferiach Boguszowa-Gorc. To tam właśnie płynie sobie beztrosko wzburzony w tym czasie Lesk. Okazało się, że była to moja wzruszająca podróż sentymentalna.

Stary Lesieniec, maleńkie osiedle mieszkaniowe po drugiej stronie trakcji kolejowej, u stóp Boguszowa-Gorc, odrębny przysiółek z własnym kościółkiem, szkołą, pałacem, włączony administracyjnie w 1973 roku do miasta Boguszów-Gorce. Wcześniej za Niemców i zaraz po wojnie był osobną wsią, przez jakiś czas w gromadzie Gorce. Z równym powodzeniem mógł przynależeć do Kuźnic Świdnickich, które jednak same przeżywały stan przejściowy nie mogąc odseparować się od prób wcielenia bądź do Wałbrzycha, bądź do Boguszowa.

Stary Lesieniec, ni to miasto, ni wieś, bez względu na formalne związki z tym, czy owym organizmem administracyjnym, żyje sobie własnym życiem. Położony w dolinie Lesku, pomiędzy Gorcami i Czarnym Borem na północy,  a Kuźnicami Świdnickimi na wschodzie, stanowi malowniczo położoną enklawę, otoczoną górami. Od północy góruje nad nim Mniszek w Górach Wałbrzyskich, a od południa Masyw Dzikowca w Paśmie Lesistej Gór Kamiennych. Wąskim przesmykiem u podnóża Dzikowca wzdłuż górskiego potoku prowadzi nad kolejno położonymi pięcioma stawami leśna dróżka do Grzęd. Możemy tu odszukać dawne sztolnie po kopalni srebra, a następnie ruiny zamku Konradów i dotrzeć do pięknie położonego ośrodka rekreacyjnego nad leśnym jeziorkiem w Grzędach. To jeden z najbliżej położonych od Wałbrzycha akwenów wodnych.

Stary Lesieniec to nic innego jak typowe osiedle górnicze. Pokłady węgla kamiennego w jego rejonie należą do najlepszych w zagłębiu wałbrzyskim. Zawartość węgla koksującego sięga w nich 40%, a najlepszy zalega w górnych warstwach ziemi. Eksploatowane były przez kopalnię Victoria w pobliskich Kuźnicach Świdnickich. W okresie intensywnego rozwoju kopalni węgla, na początku XIX wieku, wybudowano we wsi ciąg domków jednorodzinnych zasiedlonych przez górników. Stary Lesieniec, wbrew temu co sugeruje nazwa, nie należy do najstarszych w tym rejonie. Wieś powstała w dobrach von Czettritzów dopiero w początkach XVI wieku, co miało związek z rozwijającym się górnictwem rud srebra. Prawdopodobnie w 1586 roku St. Lesieniec stał się własnością hrabiego von Hochberga z Książa. Eksploatacja rud srebra upadła pod koniec XVI wieku, gdyż stała się nieopłacalna. Na to miejsce wkroczyło górnictwo węgla kamiennego. Ale wyraźny postęp w jego rozwoju nastąpił w II połowie XVIII wieku, gdy właścicielem tych ziem stał się baron von Seheer-Thoss, pan z pałacu w Jedlince, ogromnie zasłużony dla rozwoju kopalnictwa węgla w regionie wałbrzyskim i noworudzkim, założyciel uzdrowiska w Jedlinie-Zdroju. Połączone kopalnie „Neue Gemeindegrube” w Starym Lesieńcu i „Gemeindegrube” w Gorcach, ok. 1770 roku dawały średnio 900 ton węgla rocznie. Ale dopiero początek XIX wieku przyniósł poważny i trwały rozwój górnictwa węgla. W 1838 roku uruchomiono kopalnię „Elise”, która potem połączyła się z kopalnią „Abendröthe” w Gorcach (po wojnie szyb „Klara”).

W 1825 roku wieś liczyła już 80 domów, w tym pałac, 2 folwarki, wolne sołectwo, szkołę ewangelicką, browar, bielnik, folusz, młyn wodny, wapiennik i gorzelnię. Miała więc wszystko, co pozwala na samodzielny byt.

Rozwój kopalń spowodował, że z początkiem XX wieku wieś przekroczyła 2 tys. mieszkańców. Równocześnie w jej otoczeniu zachodziły daleko idące zmiany w krajobrazie. Pojawiły się hałdy, przełożono koryto Lesku na długości około pół kilometra, pojawiły się zapadliska terenu.
W 1827 roku wzniesiono kościółek Św. Barbary z monumentalną wieżą nad bramą wejściową. Potwierdził on znaczenie Starego Lesieńca jako odrębnej jednostki administracyjnej.

Po II wojnie światowej wieś zachowała swój charakter osiedla mieszkaniowego górników pracujących w pobliskich szybach kopalni „Victoria” w Kuźnicach Świdnickich, w Boguszowie i w Gorcach. W folwarku funkcjonowała spółdzielnia rolnicza, a w dawnym pałacu umieszczono archiwum.

Stary Lesieniec przez wszystkie lata PRL-u nie znalazł dróg rozwoju, żył własnym życiem podmiejskiej wsi, skazanej na stagnację. Nie wybudowano nowych domów, nie powstały nowe zakłady przemysłowe, rzemieślnicze lub usługowe. Ktoś napisał o nim, że jest to miejsce z lekka senne. Ożywienie nastąpiło po przemianach sierpniowych, kiedy dawna wieś jako część Boguszowa-Gorc zaczęła się liczyć w planach rozwojowych miasta, a upadek przemysłu węglowego spowodował konieczność poszukiwania przez mieszkańców osiedla nowych form zarobkowania.

Dalszy ciąg wspomnień w kolejnym odcinku.


czwartek, 19 stycznia 2017

Co wiemy o początkach miasta Wałbrzycha?


wałbrzyski rynek - dziś

Żyjemy dniem dzisiejszym, wciąga nas proza codziennych zajęć, zabiegamy o dobra doczesne i nie ma w tym nic dziwnego. Tak dzieje się od lat. Warto jednak od czasu do czasu znaleźć chwilę na historyczną refleksję.Co wiemy o Wałbrzychu i jego przeszłości? Myślę, że niewiele. Dość rzadko pisze się o tym w lokalnej prasie, a opracowania naukowe nie zachęcają do wnikliwej lektury, bo są pisane trudnym językiem  i zniechęcają gąszczem szczegółów.

Spróbuję przypomnieć kilka faktów z historii Wałbrzycha i tym sposobem zachęcić do lepszego poznania miasta, które jest naszym domem rodzinnym.

Zwiedzanie Wałbrzycha winniśmy rozpocząć  od Placu Kościelnego, tuż obok rynku, czyli od prakolebki dzisiejszego Wałbrzycha, tam gdzie pierwsi osadnicy odkryli źródełko bijące życiodajną wodą, co skłoniło ich by na leśnym wzgórzu osiedlić się na dłużej. Nie da się określić dokładnie, czy było to wcześniej, zanim Śląsk w X wieku stał się częścią państwa Mieszka I,  czy trochę później. Tak czy owak  przez długie wieki była to niewielka osada i rozwijała się wolno, bo przecież była utopiona w górach pokrytych bujnymi lasami, na peryferiach księstwa. Miastem stała się znacznie później, gdy miejsce to zostało zdominowane przez ludność napływową, germańską i tak już zostało do końca II wojny światowej.

Główna część Wałbrzycha – Śródmieście, leży na wysokości ok. 430 – 490 m. npm. i jest  najstarszą częścią miasta. Wałbrzyska Starówka nie przypomina swym układem typowego miasta średniowiecznego. Nie posiadała nigdy murów obronnych z basztami, co wiąże się zapewne z urozmaiconą konfiguracją terenu. Jednakże udało się znaleźć miejsce na wyznaczenie rynku, zabudowanie go kamienicami i postawienie ratusza. Rynek sąsiadował bezpośrednio z kościółkiem Matki Boskiej Bolesnej, gdzie już wcześniej powstało wspomniane wyżej grodzisko obok bijącego źródła, uchodzącego za cudowne. Miało to miejsce w czasach słowiańskich.  Z 1191 roku jak podają źródła niemieckie pochodzi dokument potwierdzający, że było to miejsce pielgrzymkowe. Z całą pewnością wieś istniała w 1305 roku, ponieważ została wymieniona w dokumentach biskupstwa wrocławskiego i tę datę przyjmuje się jako początek późniejszego miasta.

Około 1400 roku wieś otrzymała prawa miejskie, a wraz z Podgórzem, Sobięcinem i Białym Kamieniem stanowiła jedną parafię. Istniał już wtedy folwark położony pomiędzy miastem, a Podgórzem, należący do Ulricha von Czettritza z Cisów i Strugi, był też młyn wodny i karczma. W czasie wojen husyckich w 1428 roku zniszczony został zamek Nowy Dwór, co spowodowało zainteresowanie Czettritzów znalezieniem innej siedziby do czasu jego odbudowy.  W 1434 roku Herman von Czettritz odkupił dobra ziemskie wraz z całym miastem od von Liebenthala, dotychczasowego właściciela. Odtąd ród Czettritzów władał nim przez długie lata, ale byli to dobrzy gospodarze, dbający o swoje dobra, a zarazem o rozwój miasteczka. Wałbrzych rozwijał się słabo, nękały go klęski głodu i klęski żywiołowe (epidemie, powodzie). W rezultacie należał do najmniejszych miast w Sudetach. Dopiero w XVI wieku obok tkactwa rozwinęły się inne dziedziny rzemiosła  - piwowarstwo, piekarnictwo, szewstwo, krawiectwo, rzeźnictwo. Wówczas to powstał pełny samorząd. Pierwszym burmistrzem był Georg Kemmele (1549 r.).

Nadal było to małe miasteczko, które zasiedlało ok. 500 ludzi, głownie protestantów. Przejęli oni kościół Św. Michała, wybudowany w 1440 roku i szkołę parafialną, zbudowaną w 1534 roku. Po pożarze zamku Nowy Dwór w 1581 roku Christpoh von Czettritz przeniósł swą siedzibę do nowo zbudowanego zamku pod miastem, którego rozbudowę zakończył jego syn Dipprand w 1624 roku. To jest właśnie początek historii dzisiejszego zamku – pałacu przy ul Zamkowej 4, aktualnie siedziby Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej, obok zamku Książ najcenniejszej zabytkowej budowli z dawnych czasów.

Tak jak w większości miast na Dolnym Śląsku ogromne zniszczenia poczyniła wojna trzydziestoletnia (1618-1648). Warto zauważyć, że największe spustoszenie przynosiły ze sobą nie tyle wojska  przemieszczające się tymi drogami i związane z tym rekwizycje i rabunki w nie bronionym mieście,  ile kolejne zarazy w 1624, 1627 i 1633. Dziesiątkowały one ludność, pozbawiały majątku, a  w dodatku powodowały emigrację najbardziej wartościowych osiedleńców.

Dopiero pod koniec XVII wieku w mieście odradza się produkcja i handel płótnem lnianym, a kroniki notują nazwisko kupca Klose, który zorganizował hurtowy handel płótnem. Nie ma to nazwisko nic wspólnego z piłkarzem Miroslavem Klose, którym szczycą się zarówno Niemcy jak i Polacy. Niestety, o tamtym Klose nikt nie pamięta, o tym kopiącym piłę, zachłystywać się będą różnego rodzaju sprawozdawcy sportowi, pokąd starczy im piany w ustach.

Wracam do przeszłości. Obiecuję,  że tylko na chwilę, by nie zawrócić w głowie od nadmiaru szczegółów.
Z początkiem XVIII wieku Wałbrzych zaczął się lepiej rozwijać, ale nadal był niewielki. W 1738 roku miało miejsce zdarzenie znamienne dla przyszłości miasta. Abraham von Czettritz odsprzedał folwark i miasto hrabiemu Rzeszy Konradowi Ernestowi Maksymilianowi von Hochbergowi z Książa. Właśnie temu, od imienia którego pochodzi nazwa reprezentacyjnej na zamku Sali Maksymiliana. Odtąd Wałbrzych jest jak najściślej związany z rodem Hochbergów, tak jak dotąd był związany z Czettritzami.

W drugiej połowie XVIII wieku,  kiedy to Śląsk został wcielony do Prus, skutkiem zwycięskiej wojny austriacko-pruskiej, powstały warunki do swobodnego rozwoju górnictwa węgla kamiennego. W okolicach miasta, na Białym Kamieniu, w Sobięcinie, w Boguszowie, a potem w całym dzisiejszym regionie wałbrzyskim powstają kopalnie węgla, które w zasadniczy sposób determinują rozwój gospodarczy miasta i całego regionu.

Trzeba dodać, że jest to równocześnie znakomity czas dla rozwoju i rozbudowy wałbrzyskiego Śródmieścia i całego Wałbrzycha.  Ale o dalszych ciekawostkach z historii już bardziej współczesnej pisałem  niedawno w moim blogu (Wałbrzych Czetrittzów i Hochbergów – listopad 2016). Zainteresowanych odsyłam do bogato ilustrowanej książki „Wałbrzyskie powaby”,  którą można odszukać w formie e-booku na stronie internetowej lub w bibliotekach ziemi wałbrzyskiej.


wtorek, 17 stycznia 2017

Czytanie pożywką dla umysłu


Swego czasu z dużym zainteresowaniem przeczytałem w „Gazecie Wyborczej”o tym, że „Książki zmieniają mózg”. Jeżeli wśród gwiazdkowych prezentów dostaliście w tym roku jakieś książki - nie zawahajcie się ich przeczytać. Taka jest konkluzja artykułu opartego na naukowych badaniach amerykańskich uczonych.

Czytanie, to fantastyczna gimnastyka dla mózgu. Odświeżająca kąpiel dla szarych komórek. Nie bez powodu w bibliotece w Aleksandrii widniały słowa "Książki to lekarstwo dla umysłu", a - jak głosi legenda - słynna Szecherezada opowiadała swe baśnie, by wyleczyć sułtana z depresji.

Najlepiej gdy czytamy książki z wartką, wciągającą akcją. Jeśli czytaniu towarzyszą emocje, a w miarę rozwoju zdarzeń stajemy się coraz wyraźniej jej uczestnikami, to nasz mózg jeszcze mocniej odbiera sygnały i utrwala korzystne zmiany. Za każdym razem efekt jest ten sam: podwyższona aktywność w korze skroniowej lewej półkuli mózgu, czyli w części odpowiedzialnej za przetwarzanie i rozumienie komunikatów językowych.

Nie będę rozwijał wątku opisującego badania naukowe na łamach pisma "Brain Connectivity", jakie przeprowadzili specjaliści z Emory University w Atlancie w USA. Okazuje się, że czytanie książek pobudza mózg tak, jakby fikcyjną fabułę nasz umysł traktował jak prawdziwą. Co więcej, naukowcy wykryli, że ten stan pobudzenia mózgu utrzymuje się nawet do pięciu dni po zakończonej lekturze, a fabuła książki oddziałuje na nasz mózg przez dłuższy czas w całkiem fizyczny sposób.

Nie są to pierwsze tego typu badania. Z połączenia sił literaturoznawców i specjalistów od mózgu zaczyna powstawać całkiem nowa dyscyplina nauki, którą można by nazwać "neurobiologią literatury". Próbuje ona odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak bardzo wciągają nas historie innych osób i dlaczego lubimy czytać książki czy oglądać filmy oparte na wymyślonych przecież scenariuszach. Co jest dla nas w tym tak pociągającego? I czy warto skłaniać ludzi do czytania czegoś więcej niż tylko newsów w internecie?
Otóż to, najlepszym bodźcem dla rozwoju mózgu jest związek uczuciowy jaki tworzy się pomiędzy czytelnikiem, a bohaterami książki. Jest on nektarem dla szarych komórek, ich katalizatorem.

W innych badaniach sprawdzano, jak nasz mózg reaguje na poezję oraz jak metafory pobudzają pod naszą czaszką rejony odpowiedzialne za przetwarzanie zmysłowe: słuchowe, wzrokowe, dotykowe.

Okazuje się, że to oddziaływanie jest pozytywne, a metafory pobudzają zmysły, sprzyjają więc rozwojowi umysłowemu i  emocjonalnemu człowieka.

Wydaje się, że uczeni amerykańscy nie odkryli nic nowego. To że czytanie książek rozwija intelektualnie człowieka nie jest odkryciem czasów współczesnych. Ale eksperymenty naukowe w efekcie których uzyskujemy potwierdzenie wyższości książek nad innymi mediami okazują się ważne w sytuacji, gdy nasz świat realny został zawładnięty przez świat wirtualny, a nowoczesne media na czele z internetem zdają się eliminować książkę i uznawać ją za eksponat muzealny.

Książka broni się jak może. O tym że nadal jest ważna świadczą księgarnie i biblioteki. Jak się okazuje ich rola i znaczenie nie zmalały tak mocno, jak można się było tego spodziewać. Nie maleje też pisanie książek. Wręcz odwrotnie. Takiego urodzaju wydawniczego jak obecnie nie było  nigdy dotąd na świecie. Książka nadal jest miłym prezentem gwiazdkowym, a w naszych domach zajmuje poczesne miejsce na ozdobnych półkach i regałach. Rzecz w tym, abyśmy pamiętali, że książka nieczytana umiera, zaś czytanie książek to nektar dla naszego mózgu.

A tak już całkiem od siebie mogę dodać, że jak widać na mojej stronie facebooku, również czytanie takiego blogu jak mój okazuje się całkiem pożyteczne. Mało tego – pobudza do samorzutnej twórczości artystycznej, czego niepodważalnym dowodem są znakomite grafiki przyjaznego mi Zbigniewa Dawidowicza z Warszawy. Od dłuższego czasu korzystam z nich z przyjemnością zupełnie zresztą zrozumiałą. Nie muszę chyba wyjaśniać dlaczego. Wystarczy spojrzeć na obrazek z dzisiejszego postu.
Zachęcam więc – czytajcie mojego bloga i podziwiajcie sztukę grafiki komputerowej Zbyszka Dawidowicza.

Fot. Zbigniew Dawidowicz

niedziela, 15 stycznia 2017

Miejsca niezwykłe - Krzeszów


  
Zamek Książ i jego otoczenie to bez wątpienia jedno z niezwykłych miejsc nie tylko w regionie wałbrzyskim, ale w całym kraju. W naszym regionie trudno znaleźć miejsce równie ważne i atrakcyjne. Ale bardzo blisko, bo zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od Wałbrzycha mamy kolejny, bezcenny klejnot architektury, zabytkowy zespół klasztorny cystersów. Złożony z wielu obiektów tworzy jeden z najpiękniejszych i najcenniejszych zespołów barokowych w kraju.

To oczywiście Krzeszów, niedaleko Kamiennej Góry maleńka wioska z Sanktuarium Matki Bożej Łaskawej, kościołem  Św. Józefa i potężnymi budowlami opactwa Ojców Cystersów i Sióstr Niepokalanek.. Jest to zabytek klasy zerowej, a teraz po iście benedyktyńskiej, kilkuletniej pracy renowacyjnej konserwatorów, ratującej i odsłaniającej piękno fresków, rzeźb, obrazów, stiuków i złoceń, rzecz bezcenna.

Bywałem tu wiele razy i za każdym z nich odkrywałem nowe walory, przekonując się do tego, że jest to miejsce wyjątkowe. Ostatni mój pobyt w Krzeszowie wrył mi się mocno w pamięć, bo byłem tam z delegacją samorządową Jedliny-Zdroju na zaproszenie wywodzącego się z tego miasta, wówczas jeszcze biskupa pomocniczego w Legnicy, Stefana Regmunta. Biskup zaprosił nas do odbudowanego nieomal z ruiny obiektu gospodarczego, gdzie znajduje się teraz Dom Opata, miejsce przyjmowania gości z apartamentami, kuchnią, jadalnią , salką konferencyjną. Tam byliśmy przyjęci kolacją. Ale posiłek stanowił tylko okazję do niezwykle ciepłej, serdecznej rozmowy o Jedlinie, jej perspektywach rozwoju, jej mieszkańcach. Biskup wracał wspomnieniami do lat dzieciństwa, młodości, wymieniał po nazwisku ludzi bliskich mu, sąsiadów, nauczycieli, sypał dowcipami, błyszczał inteligencją i głęboką wiedzą.

Przyznał też, że Krzeszów stanowi w jego służbie biskupiej najważniejsze wyzwanie, przedmiot troski, wysiłków i zabiegów mających na celu ratowanie bezcennego dobra architektury i sztuki.   Krzeszów obok wartości religijnych stanowi ważny dowód polskości tych ziem, a mauzoleum Piastów Śląskich w krypcie głównej świątyni  bije na łeb i szyję  osławioną Kaplicę Zygmuntowską na Wawelu zarówno architekturą jak i wystrojem wnętrz.

Krzeszów ma niezwykle bogatą i barwną historię. Podobnie jak cały Śląsk przechodził różne koleje losu. Odcisnęły na nim swoje piętno i wojny husyckie w XV wieku, i wojna trzydziestoletnia w XVII wieku, aż do całkowitej kasacji klasztoru na początku XIX wieku. Dopiero w latach dwudziestych XX wieku, gdy klasztor przejęli benedyktyni rozpoczął się sukcesywny proces odnowy kościołów i obiektów klasztornych. W czasie II wojny światowej urządzono tu obóz dla przesiedleńców. W 1943 roku zdeponowano w klasztorze najcenniejsze zbiory Pruskiej Biblioteki Państwowej z Berlina i Biblioteki Miejskiej z Wrocławia. Los większości z nich po wojnie jest nieznany. W 1946 roku klasztor przejęły w zarząd siostry benedyktynki ze Lwowa. Przez wiele lat prowadziły tu prace konserwatorskie, wspomagane przez grupę braci cystersów, a potem także sióstr elżbietanek. Jednocześnie funkcjonowała  stacja turystyczna i noclegownia. Do zwiększenia popularności Krzeszowa przyczyniły się zakrojone na szeroką skalę obchody 750-lecia klasztoru w roku 1992 z licznym udziałem duchowieństwa i wiernych, także z Zachodu. Od tego momentu można mówić o renesansie budowlanym i konserwatorskim klasztoru.

Ta nie zawsze optymistyczna lecz interesująca historia, ale osiągnięta z wielkim trudem i poświęceniem rekonstrukcja zabytku, a także rozbudowa otaczającej go wsi spowodowały, że jest to obecnie najbardziej atrakcyjna miejscowość turystyczna w regionie podsudeckim i cieszące się rosnącą sławą miejsce kultu religijnego.

Krzeszów od paru lat sukcesywnie zmienia się w tętniącą życiem wieś letniskową. Z roku na rok wzbogaca się o nowe budowle, domki letniskowe, obiekty handlowe i gastronomiczne, jednym słowem pięknieje. Zwiedzanie obiektów sakralnych z przewodnikiem może przyprawić o ból głowy. Każda rzecz ma swoją bogatą historię, a interesujących rekwizytów jest co niemiara. Największy zachwyt wzbudzają malowidła ścienne i obrazy wielkiego artysty M.Willmanna, a także innych słynnych artystów wiedeńskich, czeskich i śląskich  w obydwu świątyniach (Matki Boskiej Łaskawej i Św. Józefa), a głęboką refleksję historyczną w Mauzoleum Piastów Śląskich wzbogacają bogato zdobione sarkofagi zasłużonego rodu ostatnich książąt świdnicko-jaworskich. O samym Willmannie można by napisać sążnistą książkę, bo był to artysta dość niezrównoważony i skłonny do bitki i wypitki. Mieli więc ojcowie cystersi z nim wiele kłopotów. Nic dziwnego, że w PRL-u jedyny w tej wsi hotel - restauracja tuż przy klasztorze, otwarty w 1970 roku nosił dowcipną nazwę  -  „Willmannowa Pokusa”.

Zespół klasztorny ma to do siebie, że jego budowle otacza rozległy park ze starodrzewem. Wyzwoleni spod opiekuńczych skrzydeł przewodnika turyści mogą więc odetchnąć świeżym powietrzem wśród niebosiężnych platanów, rozejrzeć się wokół i spokojnie oddać się kontemplacjom nad przemijającym czasem i nicością życia ludzkiego.




piątek, 13 stycznia 2017

Książ ma szczęście do duchów

jedenz salonów Książa, gdzie można się zetknąć z duchem księżnej

Mam przed sobą  duży, kolorowy album „Miejsca niezwykłe” z serii wydawniczej „Cuda Polski”. Jego autorką jest Zuzanna Śliwa, absolwentka historii i dziennikarstwa, z zamiłowania etnograf, autorka książek, opowiadań i artykułów o polskich zwyczajach i obrzędach, tajemniczych miejscach, ukrytych skarbach, a także tomiku wierszy „Błękitna łąka aniołów”. W 1998 roku wydała bogato ilustrowaną książkę „Dom polski. Zwyczaje rodzinne, a w dwa lata później „Dzieje siedzib polskich”. Album „Miejsca niezwykłe” jest kontynuacją tematyki tych książek, artystyczną kompensacją nagromadzonych legend i opowieści związanych z najcenniejszymi zabytkami architektury i kultury polskiej.

W bogato ilustrowanym albumie znajdujemy mrożące krew w żyłach historyjki o duchach i zjawach, widmach i straszydłach, tajemniczych zdarzeniach towarzyszących  naszym najsłynniejszym zamkom i pałacom, poczynając od Kórnika, poprzez Golub-Dobrzyń, Krasiczyn, Malbork Łańcut, Wilanów, Nieborów, Nidzicę, Niepołomice i wiele, wiele innych miejscowości rozsianych po całym kraju  z  Wawelem na czele.

Wśród tej plejady rezydencji arystokratycznych poczesne miejsce zajmuje nasz rodzimy Książ, a jedna z reprezentacyjnych fotografii zamku zdobi nawet okładkę albumu.

Co takiego mogła napisać i pokazać na obrazkach autorka albumu mając na uwadze sferę  niematerialną, duchową zamku Książ? Czy z naszym niezwykłym podwabrzyskim zabytkiem wiążą się jakieś nadzwyczajne opowieści, mity, legendy?

Okazuje się, że tak. Książ nie jest w tej dziedzinie odosobniony. Osobą ponadzmysłową, legendarną, nieomal mityczną okazuje się Maria Teresa Oliwia Cronwalls-West, znana jako księżniczka Disy, czyli Stokrotka.

„O księżniczce, która odważyła się być piękna i mądra” i o jej „książce tak pięknej i ciekawej jak sama autorka i jej życie” pisałem już w moim blogu.
W albumie czyni to bardzo zręcznie Zuzanna Śliwa, opisując życie księżniczki Daisy i jej zasługi dla pałacu niemieckiego rodu Hochbergów, z chwilą kiedy jako młoda i piękna Angielka stała się żoną  księcia Jana Henryka XV, czyli także współgospodarzem tej rezydencji.

Rozdział albumu nosi tytuł  -  „Zjawa pięknej Daisy” i już sam tytuł mówi za siebie. Księżna Daisy, według opowieści krążących wśród ludzi związanych z Książem, powraca po swej śmierci w 1943 roku do komnat pałacowych jako zjawa.  Tu i ówdzie, znienacka pojawia się mglista postać urodziwej księżniczki, leciutko stąpa po parkietach salki Maksymiliana lub innych miejscach, gdzie kiedyś była szczęśliwa. Nie budzi obaw, nie obwieszcza nieszczęść. Jest zjawą dobrotliwą. Wszak taką była przez całe życie.

A dalej w albumie czytamy:

„Książ ma szczęście do duchów. Oprócz Disy ukazuje się tu myśliwy z psami i dziewczyna w białej sukni. Kiedy wschodzi księżyc, wyłania się ona z zamkowych murów i wędruje po okolicy. Za życia była młodą narzeczoną, która zginęła od uderzenia pioruna w dniu swego ślubu. Wieść niesie, że jej pojawienie się zwiastuje nie tylko burze, ale i nieszczęścia dla mieszkańców zamku”.

A może zjawa tej dziewczyny w białej sukni, to po prostu duch Elizy Radziwiłłówny, córki Antoniego Henryka Radziwiłła i  jego żony, księżnej pruskiej Luizy Hohenzollern. Ta niezwykle urodziwa, siedemnastoletnia pannica, przeżyła w Książu cudowny romans z Wilhelmem Hohenzollernem, synem króla pruskiego Fryderyka Wilhelma III. „Czarująca Eliza”, „Anioł z Cieszycy”, jak ją nazywała berlińska prasa była o krok od zawarcia związku małżeńskiego z późniejszym cesarzem Niemiec, ale na przeszkodzie stanęło litewsko-polskie pochodzenie ojca Elizy, Antoniego Radziwiłła. Dziewczyna brutalnie odrzucona przez rodzinę jej przyszłego męża, zakochanego w niej zresztą po uszy, nie wytrzymała psychicznie i w parę lat po romantycznym przeżyciu umarła z tęsknoty i osamotnienia. Mówiłem o tym wyjątkowo wzruszającym wydarzeniu w gawędzie  „Cesarski romans w Książu”.

Z albumu „Miejsca niezwykłe” warto jeszcze przytoczyć krótką notatkę o samym zamku Książ, a warto ze względu na  trafny, syntetyczny opis tego zabytku:

„Osadzona na skalnym wzgórzu warownia Książ, zwana „kluczem do bram Śląska”, była najpotężniejszą w systemie twierdz północnosudeckich, wzniesionych w latach 1288- 1292, jeszcze za panowania Bolka I, księcia świdnicko-jaworskiego. Rozbudował ją znacznie wnuk Łokietka, Bolko II. Po jego śmierci Książ przejęła bratanica, córka Henryka II, żona cesarza Karola V . Piastowska warownia znalazła się tym samym w rękach dynastii Luksemburskiej. Przez blisko dwa kolejne stulecia zmieniała właścicieli, by na początku XVI wieku przejść w posiadanie Hochbergów, wywodzących się od piastowskich książąt Śląska. Zamek powiększono i umocniono - ostatnia przebudowa miała miejsce w 1908 roku. W czasach Daisy było to około czterystu komnat, sama służba zajmowała aż osiemdziesiąt pomieszczeń”.

Znawcy tematu mogą mieć poważne zastrzeżenia do tego opisu, bo autorka pomieszała w nim historię Starego Książa z Nowym, ale można jej wybaczyć z powodu troski o zwięzłość notatki. Natomiast cieszyć może to, że nasz Książ znalazł w tej publikacji poczesne miejsce. Dla rozwoju turystyki na ziemi wałbrzyskiej każda dobra promocja Książa ma duże znaczenie.

Może uda się odnaleźć jeszcze w zbiorach bibliotecznych lub księgarniach kolorowy album „Miejsca niezwykłe”, szczerze zachęcam do obejrzenia lub kupienia.

środa, 11 stycznia 2017

Parę słów o wierze w cuda


Pomnik Chrystusa Króla w Świebodzinie


Nie boję się o rok 2017. Jestem przekonany, że w roku tym spełnią się nasze najlepsze oczekiwania. Nie grożą nam żadne zawieruchy wojenne i klęski żywiołowe, wstrzymany zostanie niechlubny proces laicyzacji naszego życia społecznego, bo tak sobie zażyczył PiS-owski Sejm. Czekają nas same dobre niespodzianki, bo możemy się spodziewać płaszcza ochronnego nad naszymi głowami, skutkiem tego nie będą nas gnębiły złe moce i nieszczęścia.  Ten płaszcz roztoczy nad nami nasza Czcigodna Patronka, która czyni to zresztą już od 300 lat.

Obawiam się, że trzeba by ze świeczką szukać takich osób, które wiedzą, jaką patronkę na ten rok wymyślili PiS-owscy posłowie, a zwłaszcza takich, które potrafią coś więcej o tym powiedzieć. Otóż to!

Czy wiemy o tym,  że Sejm ustanowił rok 2017 Rokiem 300-lecia Koronacji Obrazu Matki Bożej Częstochowskiej i że było to tematem burzliwej debaty. 

Przed głosowaniem wypowiadał się poseł Nowoczesnej Jerzy Meysztowicz, który apelował, by uchwały w sprawie ustanowienia roku 2017 Rokiem 300-lecia Koronacji Obrazu Matki Bożej nie przyjmować przez aklamację. Polityk podkreślił, że rocznica koronacji obrazu Matki Bożej Częstochowskiej powinna być obchodzona wyjątkowo i uroczyście, ale przez Kościół. Pamiętajmy przecież i jesteśmy z tego dumni, że Polska przez wieki była ojczyzną ludzi o różnych wyznaniach i wzorem tolerancji. Nowoczesna zawsze opowiadała się za jasnym i przyjaznym rozdziałem Kościoła od państwa. W związku z tym uważamy, że nie powinniśmy przyjmować tej uchwały w formie aklamacji i pozostawić decyzję w głosowaniu każdemu według jego przekonań i światopoglądu. Protestowali też inni posłowie, ale to był wniosek partii rządzącej.

Za podjęciem uchwały, której inicjatorem byli posłowie PiS, głosowało 349 posłów; 30 było przeciw, 24 wstrzymało się od głosu. Część klubów, w tym PO, Nowoczesna i Kukiz‘15 podzieliły się podczas głosowania.

No i dobrze. Mamy rok, w którym stolica Kościoła przeniesie się z Torunia do Częstochowy. Ojciec Rydzyk będzie mógł w spokoju zażywać kąpieli w swoich źródłach termalnych, a my hurmem będziemy się tłoczyć na Jasnej Górze.

I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie jedno ale.

Przypomnę tylko, że 6 grudnia 2013 r. Sejm RP przyjął uchwałę w sprawie ustanowienia roku 2014 rokiem św. Jana z Dukli. W głosowaniu wzięło udział 390 posłów, 42 było przeciwnych, zaledwie 18 wstrzymało się od głosu.

Pustelnik z Dukli przez najbliższe dwanaście miesięcy miał być patronem Polaków. Jednak o jego życiu wiadomo było tak niewiele, że dla wielu decyzja Sejmu stała się paradoksem, tym razem współczesnej historii.

Okazją dla patronatu świętego w 2014 roku była sześćsetletnia rocznica jego urodzin oraz dwustu siedemdziesiąta piąta rocznica ustanowienia go patronem Polski.
"Sejm Rzeczypospolitej Polskiej, mając na uwadze zasługi świętego dla naszego kraju, oddaje mu hołd" -  czytamy w pierwszym zdaniu uchwały. 

Patronat św. Jana z Dukli nie wydawał się wcale tak oczywisty. Znamy tylko orientacyjną datę urodzin świętego, niewiele wiemy na temat jego życia.  Argumenty za pochodzą głównie z przekazów hagiograficznych i skupiają się na pośmiertnych zasługach Jana z Dukli.
Argument o ważności postaci nie spotkał się ze zrozumieniem wszystkich posłów. Najsilniej sprzeciwiał się Roman Kotliński z Twojego Ruchu. - W uzasadnieniu czytamy, że największą zasługą Jana z Dukli było to, że obronił Lwów przed najazdem Kozaków w XVII wieku, 200 lat po swojej śmierci. Mianowicie lewitował nad Lwowem, fruwał, czy latał - ironizował poseł.

Historia ta faktycznie znana jest z wielu przekazów i dotyczy oblężenia Lwowa przez Tatarów w 1648 r. W relacji XIX-wiecznego lwowskiego historyka, Ludwika Kubali, czytamy:

"Ten niespodziewany odwrót nieprzyjaciela, a z nim ocalenie miasta, przypisywano cudowi i opowiadano, że Chmielnicki i Tuchajbej ujrzeli w chmurach wieczornych nad klasztorem bernardynów postać zakonnika klęczącego z wzniesionymi rękami i widokiem tym przestraszeni dali znak do odwrotu. OO. Bernardyni uznali, że to był błogosławiony Jan z Dukli".

Zasadne wydaje się jednak pytanie o to, czy faktycznie owo objawienie powinno być głównym argumentem w sprawie patronatu św. Jana z Dukli. Dla nas w 2014 roku?

Jan urodził się około 1414 roku w Dukli, zmarł 70 lat później we Lwowie. Dukla to obecnie bardzo małe miasto w województwie podkarpackim. Jej ludność liczy niewiele ponad 2 tys. mieszkańców. To miejsce z bogatą historią, o której niewiele już jednak przypomina.

W 1435 roku  jako 21-letni młodzian rozpoczął naukę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Niestety z powodu kłopotów finansowych, szybko musiał zrezygnować ze studiów i powrócić do rodzinnego miasteczka.

Jego przyjazd do Dukli był początkiem gwałtownej przemiany. Jak pisał Koneczny: "Przejęty żarem powołania duchownego, a pełen żalu z powodu doznanych zawodów, usuwa się od ludzi. Wycofawszy się od wszelkich związków z otoczeniem, osiadł w puszczy leśnej pod wsią Cergową opodal Dukli". Jan zaszył się w grocie skalnej na wzgórzu Zaśpit w Trzciance koło Dukli. Wiódł tam życie pustelnicze, wypełnione umartwianiem się i modlitwą.

Pustelnię opuścił po około trzech latach. W zakonie franciszkanów Jan został gruntownie przygotowany do pełnienia roli kapłana. Żył ściśle według franciszkańskiej reguły. Rozdał majątek ubogim, był oddany pracy misyjnej i rekolekcyjnej. Szybko dał się poznać jako wybitny spowiednik i kaznodzieja.

Jan z Dukli zapisał się w historii zakonów franciszkańskich w Krośnie i Lwowie jako gwardian, czyli przełożony. Prawdopodobnie pomiędzy rokiem 1443-1461 pełnił urząd kustosza. W 1463 roku  mając 60 lat, przeniósł się do zakonu bernardynów.

W zakonie bernardynów Jan nie pełnił istotnych funkcji, przynajmniej nie zachowały się żadne źródła, które coś by na ten temat mówiły. Prawdopodobnie chciał wieść życie spokojne i ciche, wypełnione gorliwą modlitwą. Wsławił się tam jako wyznawca kultu Maryjnego. Pod koniec życia stracił wzrok, miał również poważne problemy z nogami. Zmarł 29 września 1484 roku we Lwowie.

Po śmierci Jana z Dukli bardzo szybko rozwinął się jego kult. Był on żywy nie tylko wśród katolików, ale również wśród prawosławnych i Ormian. "Przy grobie Duklanina działy się liczne cuda. Odzyskiwali zdrowie nie tylko katolicy, lecz również Rusini i Ormianie, wtedy jeszcze schizmatycy. A zatem modlili się do niego także prawosławni; nawracał ich jeszcze po śmierci. 

Wobec doniesień o licznych cudach, które dokonać się miały po śmierci św. Jana, jego grób stał się celem licznych pielgrzymek. Wśród pątników nie zabrakło również koronowanych głów. Do miejsca spoczynku bernardyna podróżowali m.in. Zygmunt III Waza, Władysław IV Waza, Jan Kazimierz, Michał Korybut Wiśniowiecki czy nawet Jan III Sobieski. Wizyta tego ostatniego ma znaczenie w kontekście jego wygranej walki z siłami imperium osmańskiego pod Wiedniem w 1683 r.

W 1733 roku papież Klemens XII ogłosił Jana z Dukli błogosławionym, a w 1739 roku patronem Korony i Litwy. Proces kanonizacyjny rozpoczął się w Rzymie w roku 1948. Duklanina kanonizował papież Jan Paweł II w Krośnie 10 czerwca 1997 roku. Kościół katolicki obchodzi jego wspomnienie liturgiczne 8 lipca. Relikwie świętego od 1945 roku znajdowały się w rzeszowskim kościele bernardynów, zaś od 1974 roku w rodzinnej Dukli, również w kościele bernardynów.

Św. Jan z Dukli jest patronem archidiecezji przemyskiej i Lwowa. Patronuje także rycerstwu polskiemu. Od 2007 jest też patronem "Centrum Onkologii Ziemi Lubelskiej".

Co najważniejsze św. Jan z Dukli miał być patronem wszystkich Polaków, każdego dnia 2014 roku, bo taka była wola naszego Sejmu.
Trudno powiedzieć, czy życiorys tego surowego pustelnika, oddalonego jednak od - pełnych miłosierdzia i opartych na naśladownictwie Chrystusa - zasad świętego Franciszka z Asyżu, może być dla Polaków jakąkolwiek wyraźną wskazówką. Jeśli tak, to w pierwszej kolejności dla autorów projektu uchwały sejmowej. Ale kto w to uwierzy?

O to samo moglibyśmy się zapytać autorów kolejnej uchwały sejmowej dotyczącej roku 2017 – co nam to da?
 
Koronacja Matki Boskiej Częstochowskiej była wydarzeniem religijno-mistycznym. Król Jan Kazimierz, składając śluby we Lwowie 1 kwietnia 1656 nazwał Matkę Bożą Patronką i Królową Polski. W celu podkreślenia tego faktu i znaczenia uwieńczano Ją następnie i towarzyszące jej Dzieciątko zawieszanymi na wizerunkach koronami. Ale to jest sprawa Kościoła i ludzi wierzących. Przenoszenie dziś obrzędów jakiejkolwiek wiary na szczebel najwyższych organów państwowych nie tylko, że jest niezgodne z konstytucją, uznającą rozdział Kościoła od państwa, ale też jest bezcelowe, nie przyniesie za sobą żadnych pozytywnych skutków. Będziemy o tym pamiętać tak samo jak o roku Jana z Dukli. Pytam się więc – po co ta maskarada? Nie jest ona potrzebna nawet tym wszystkim, którzy wierzą w cuda.

Cudem byłoby, gdyby nasi posłowie z okazji 300-lecia Koronacji Obrazu MBCz ogłosili rok 2017 rokiem zgody narodowej, a w ślad za tym uznali, że wszyscy jesteśmy obywatelami pierwszej kategorii, że w sprawy ważne, wywołujące kontrowersje rozstrzygamy w drodze referendum, że wszystkie organy władzy na czele z prerzydentem pełnią rolę służebną wobec społeczeństwa i nie są po to by narzucać swoją wolę, że w wyborach głosujemy na ludzi, a nie na partie, a w sejmie posłowie powinni głosować według własnego sumienia i własnej woli, a nie tak jak każe partyjny szef klubu.

Matka Boska Częstochowska na pewno przyjęłaby z radością zobowiązanie poselskie z okazji 300-lecia, że będą odtąd w swym życiu kierować się trzema uniwersalnymi zasadami:

Miłuj drugiego jak siebie samego,
Nie rób drugiemu, co tobie niemiłe,
I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom!

Czy powiedziałem coś nowego posłom, zwłaszcza tym, którzy z największą atencją noszą na piersi Krzyż Święty i  obrazek Matki Boskiej Częstochowskiej?

Jeśli w roku tak prześwietnym jak jubileusz Koronacji MBCz to wszystko się spełni, stanę się wierzącym w cuda!