Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

niedziela, 26 marca 2017

W tył zwrot !


Batiuszka Antoni - symbol "dobrej zmiany"


O polskim sarmatyzmie napisano już wiele. Trzeba wracać do tego tematu, bo jest taka potrzeba, zwłaszcza w takim momencie, kiedy sejm zdominowany przez „przewodnią siłę narodu” o złudnej nazwie Prawo i Sprawiedliwość podejmuje kroki, które stanowią lustrzane odbicie czasów sarmackiej Rzeczpospolitej.

„Święty Jan Ewangelista mawiał: „Dziateczki, kochajcie jedni drugich”” - a ja wam to mówię, a raczej wymówię, że tak nie robicie. „Kochamy Ojczyznę” - mówicie, a między sobą w ciągłych swarach! Piękna to miłość, ojczyzny ziemię kochać, a z jej mieszkańcami się wadzić?

(Z kazania księdza Marka 4 listopada 1769 roku  w kościele Ojców Bernardynów w Kalwarii z udziałem całej świty ówczesnych możnowładców wspierających konfederację barską ).

To tylko jeden z interesujących wątków z historycznej książki „Pamiątki Soplicy”. Znajdziemy w niej 25 opowiadań znakomitego gawędziarza Seweryna Soplicy, cześnika parnawskiego, które zebrał i opracował do druku nieco później żyjący cioteczny wnuk po mieczu Radziwiłła Panie Kochanku, po kądzieli Tadeusza Rejtana  -  Henryk Rzewuski.

Podobnie jak w słynnych „Pamiętnikach” Jana Chryzostoma Paska mamy w tej książce z życia wzięty, realistyczny i wymowny obraz ówczesnej szlachty polskiej, przenikniętej do szpiku kości sarmackim duchem sobiepaństwa i prywaty. Do czego to doprowadziło wszyscy wiemy z lekcji historii. Ale o upadek olbrzymiej Rzeczpospolitej od morza Czarnego do Bałtyckiego skłonni jesteśmy winić  wszystkich innych, najczęściej naszych zaborców – Rosję, Prusy i Austrię, byle tylko nie siebie samych. Dokładne prześledzenie losów Polski od konfederacji barskiej do targowickiej może przyprawić o ból głowy i żołądka. Aż dziw bierze, że nikt temu co się działo na skutek wewnętrznej, ustawicznej, destrukcyjnej wojny o władzę nie potrafił postawić tamy.

A był to świat w każdym calu stanowy. Rządził nim egoizm warstw posiadających, które na swój użytek wykształciły prawa i obyczaje, normy moralne i reguły życia codziennego im właśnie służące. Liczyli się tylko „ dobrze urodzeni”, osoby herbowej kasty, „błękitnej krwi”, reszta to masa poddanych, wprawdzie już nie niewolnicy, ale wasale całkowicie zależni od swych mocodawców.

Skąd my to dzisiaj znamy? Czy w obserwacji współczesnej sceny politycznej nie widzimy z tamtym światem wyraźnych paranteli?

Rzetelny dziedzic nie obciążał nadmiernie poddanych. Ktoś musiał przecież mieć siły i motywację by pracować na dobrobyt powiatowych urzędników i bajeczne fortuny posłów i senatorów.
W ograniczonym do „urodzonych” świecie panowała pozorna równość. Mówi się o niej nieustannie, powtarza do znudzenia, zachłystuje się nią szlachecka „gołota”.  „Szlachcić na zagrodzie równy wojewodzie”. Nobilitacja tej równości (dziś byśmy dodali do tego  - wolności i  demokracji” ) przynosiła namacalne korzyści, pozwalała sterować masami wyborców pod dyktando własnych interesów.

Złudność ówczesnej równości szlacheckiej razi każdego myślącego obserwatora tak samo jak złudność naszej upartyjnionej demokracji. Dawniej pozwalała ona wyższemu stanowi czerpać korzyści i apanaże, dziś służy wąskiej grupie „arystokracji politycznej” rozgrywającej między sobą swe polityczne boje o władzę, a więc o płynące stąd zaszczyty i pieniądze.

Kariera Soplicy, który wspina się od zaścianka do zasobnej egzystencji na kilku tłustych folwarkach, jako żywo odzwierciedla kariery wielu naszych współczesnych polityków, usłużnych wobec liderów partyjnych. Rozpoczął Soplica od pokojowca Ogińskich, potem jako pełnomocnik sądowy i klient Radziwiłłów, był zawsze uległy i posłuszny, padający do nóg, ściskający za kolana swoich dobrodziejów i protektorów.

Seweryn Soplica, typowy sarmacki warchoł i gawędziarz jest klasycznym przedstawicielem mas szlacheckich ówczesnej Nowogródczyzny. Wszystko co o nim wiemy da się odnieść do środowiska, w którym żyje, które go ukształtowało i któremu pozostaje wierny. W przeciwieństwie do ówczesnych młodych romantyków, takich jak Zan, Mickiewicz, uważa on swój zastany i dobrze rozpoznany świat za wspaniały, nie widzi potrzeby „by ruszyć z posad bryłę świata”. Pomaga mu w tym ugruntowany światopogląd Polaka – katolika. Nic więc dziwnego, że był najgorętszym propagatorem  konfederacji barskiej. Nieskomplikowana mądrość życiowa zawarta w maksymie: „czyj się chleb je, tego bronić trzeba”, stanowiła  główną wskazówkę postępowania Sopliców wobec Radziwiłłów. I nie było to efektem cynizmu, czy wyrachowania. Gmin szlachecki, choć w teorii i we własnym mniemaniu  równy wojewodzie, w praktyce uważał magnata za istotę nieporównywalnie wyższą, szczerze go uwielbiał i równie szczerze ubierał w wyimaginowane cnoty.


Czy trzeba szukać ze świeczką  przykładów w naszym współczesnym świecie politycznym takiego płaskiego wazeliniarstwa. Tylko że dziś nie da się powiedzieć, że nie ma w tym cynizmu i wyrachowania.

Nasz współczesny ogół wyborców niewiele się różni od sarmackiego. Tak samo jest bezkrytyczny i naiwny, ulega zbyt łatwo propagandowym sztuczkom bilbordów, medialnym trikom i sloganom. Jako dobry Polak - katolik jest też ślepo posłuszny wskazaniom przewodników duchowych kościoła katolickiego.

Nie będę się rozwodził o ordynacji wyborczej, dokumencie perfidnie ułożonym przez naszych wybrańców, którzy okazali się na tyle inteligentni, by zbudować fundamenty do swojej nieusuwalności (aż do śmierci).

Najważniejszy obecnie w kraju poseł, Prezes partii rządzącej PiS, który od lat w sondażach opinii publicznej zajmuje czołowe miejsca polityka „cieszącego” się najmniejszym zaufaniem społecznym, ośmiela się publicznie nazwać „ludzkim panem”, a ci, którzy go nie popierają, to po prostu zdrajcy, albo też komuniści i złodzieje, słowem motłoch „drugiego sortu”. On panisko „pierwszego sortu” może mówić co mu się podoba i robić to co chce, bo jest „szarą eminencją” utożsamianą z I Sekretarzem PZPR, partii komunistycznej, którą potępia od lat, od której się odżegnuje. To jest w jego mniemaniu prawo i sprawiedliwość, to jest wolność i demokracja.

Z inicjatywy posłów PiS-u Sejm podjął pracę nad uchwałą zobowiązującą cały kraj do uczczenia rocznicy objawień fatimskich. Po co nam Polakom potrzebny cud fatimski skoro mamy u siebie święte miejsca kultu religijnego? A ponadto jest to domena Kościoła , a nie Sejmu, który konstytucyjnie winien być organem świeckim.

Dominikanin, Ojciec Paweł Gużyński, nie waha się określić tę  inicjatywę jako dewocyjny idiotyzm.
„Zaściankowość, przaśność, buraczaność jest naszą wadą w Kościele, społeczeństwie i polityce. Z braku ogłady próbujemy robić cnotę. Dlatego właśnie ktoś zaraz, mówiącemu te słowa, przyklei łatkę wroga Kościoła i zdrajcy ojczyzny. Trudno Polakom krytycznie spojrzeć na siebie - mówi ojciec Paweł Gużyński.  

Siedzę sobie przed telewizorem i jak kania dżdżu wyczekuję dobrej zmiany, przeglądam gazety, czytam komentarze, chłonę powiew nowego. I czuję jakbym znalazł się w PRL. Ten sam  styl wypowiedzi, pogardliwy sposób odnoszenia się do ludzi, traktowania poprzedników jak zdrajców, pozbawianie ludzi stanowisk, wyrzucanie na bruk, bezzasadne oskarżenia, deptanie ludzkiej godności. Ale równocześnie odżywają we mnie znane z historii obrazki dwudziestolecia międzywojennego. Najwyżsi przedstawiciele władzy z rękami złożonymi do Boga, na klęczkach przed hierarchami Kościoła, całujący ich po rękach i jak się okazuje nie szczędzących kasy państwowej na dalszy rozwój potężnej instytucji kościelnej.
Tak, to jest księżowski świat. Państwo PiS to państwo kościelne. Wypisz wymaluj. Osobliwy, ukryty przed obliczem wścibskich oczu świat stosunków wewnątrzkościelnych polskiego kleru. To oni tak się traktują, to u nich owa osobliwa hierarchia awansu, bezwzględna podległość przełożonym, zależność od ich łaskawości.
Tak więc lizusostwo z jednej strony, a z drugiej umiejętność korzystania z okazji, by milczeć, by się nie wychylić, stanowią fundament funkcjonowania obecnej władzy.
Świat karierowiczostwa a la PiS jest też imitacją pierwowzoru wziętego z życia sarmackiej Polski.
Okazuje się, że nic nowego, wszystko to, co było,  wszystko proste jak wojskowy rozkaz: W tył zwrot!
I to jest ta  PiS-owska „dobra zmiana”.
Nie próbuję rozwijać dalej tego tematu, blog internetowy nie jest najlepszym miejscem na  tego rodzaju dywagacje. Na temat Rzeczpospolitej szlacheckiej a także tej międzywojennej mamy obecnie mnóstwo interesujących książek. Zdumiewające jest to, że wciąż nie potrafimy z naszej historii wyciągać sensownych wniosków.

 P.S. W tym poście skorzystałem z książki wydanej w 1978 roku w Warszawie przez Bibliotekę Klasyki Polskiej i Obcej z  „Posłowiem” opracowanym przez Zofię Lwinównę.

piątek, 24 marca 2017

W Bolszoj Jeleni - kult Putina ! A u nas ?





- Co by pani chciała powiedzieć Putinowi ? -  pytam na koniec.
- Żeby był cierpliwy  -  podkreśla Marija. - Dzisiaj bardzo go krytykują, ale to dobrze. Bo jak atakują ciało, to oczyszcza się dusza. Pan Bóg przygotowuje Putina do wielkiego czynu.

Marija patrzy na mnie uważnie, jakby chciała sprawdzić, czy jej słowa robią na mnie wrażenie. Robią. Zwłaszcza jak pomyślę, że mówi to osoba wykształcona, przedsiębiorcza i błyskotliwa.

- Ja bardzo kocham Putina!  -  dodaje Marija.  -  I chciałabym, żeby go kochali nie tylko wszyscy Rosjanie, ale też wszyscy mieszkańcy naszej planety. I całego wszechświata”.


Zacytowałem drobny urywek z książki Barbary Włodarczyk, znanej dziennikarki TVP, realizatorki cyklu reportaży telewizyjnych „Szerokie tory”, poświęconych życiu mieszkańców byłego ZSRR. Książka nosi tytuł „Nie ma jednej Rosji”, chociaż nazwę „Jedna Rosja” nosi putinowska partia polityczna w Rosji, posiadająca zdecydowaną większość w Dumie Państwowej.
Reportaże Barbary Włodarczyk to efekt wieloletnich podróży po rosyjskiej ziemi, od Kaliningradu po Syberię, których celem było bliższe poznanie Rosjan w całej ich rozmaitości i złożoności, a zarazem odsłonięcie cząstki „rosyjskiej duszy”.

Oto co sama pisze we wstępie swej książki:

„Rosja to różnorodny i barwny świat. To nowobogacka Moskwa i siermiężna prowincja, czyli „głubinka”. To Europa i Azja. To marzenia o integracji z Zachodem i nostalgia za ZSRR. Spędziłam w Rosji wiele lat. Spotykałam się z milionerami i z bezdomnymi. Widziałam salony w iście carskim stylu i mroczne więzienia. Brałam udział w obrzędach odprawianych przez szamana nad Bajkałem i w treningu dziewięcioletnich kadetek, które w kilka sekund składają kałasznikowa. Obserwowałam z bliska sektę, która czci Putina jako nowe wcielenie apostoła Pawła i treningi neofaszystów. Razem z maszynistką moskiewskiego metra poznawałam tajemnice najsłynniejszej kolei podziemnej, a z czarnoskórym radnym zamiatałam ulice. Za każdym razem przekonywałam się, że NIE MA JEDNEJ ROSJI. Wbrew nazwie kremlowskiej partii...”

No dobrze. Zgadzamy się z tym, że nie ma jednolitej Rosji, bo przecież jest to kraj wielonarodowościowy, wielokulturowy, wieloreligijny. Wprawdzie już nie w takiej skali jak za czasów ZSRR, ale nadal jest państwem związkowym, imperialnym.  Ale Rosja wciąż wielbi imperatora Putina. Udało mu się jak dotąd zachować pozory demokratycznych wyborów do władz państwowych i samorządowych, co pozwoliło utrzymywać przyjazne stosunki z USA i Unią Europejską. Niestety,  to się urwało po aneksji Krymu i militarnym wsparciu ukraińskich separatystów w Donbasie. O problemach agresywnej polityki Putina wobec Ukrainy, a także pozorach wolności i demokracji w tym Imperium mówi się i pisze non stop, ale Rosja jest zbyt wielka i groźna, a także dość bogata, co pozwala jej prowadzić politykę niezależną od innych.

Pozostawiam jednak sprawy polityczne do roztrząsania politykom, wracam natomiast do wspomnianej na początku misjonarki Mariji, zakochanej w Putinie bez reszty, bo „jak można nie kochać kogoś, kto stoi wyżej od nas, w kim jest duch święty”.

Otóż okazuje się, że dawna Swietłana Frałowa z Niźnego Nowogrodu, każąca do siebie mówić „matuszka Marija” jest właśnie założycielką sekty religijnej, która wielbi Władimira Putina, jako nowe wcielenie świętego Pawła i zbawiciela Rosji. Siedziba sekty znajduje się w wiosce Bolszaja Jelnia, czterysta kilometrów od Moskwy. Jest to solidny dwupiętrowy dom z jasnej cegły, ze złotymi kopułami i krzyżami. Sekta gromadzi kilka kobiet  na wzór zakonu wykonujących wszystkie prace domowe i ogrodowe, ale na nabożeństwa ściągają „wierni” z różnych okolic. Mieszkańcy wsi odnoszą się do tego wszystkiego z rezerwą, władze nie reagują, bo rzecz ma miejsce na prywatnej posesji, a w dodatku jest miejscem kultu prezydenta Putina.

Swietłana nawróciła się w więzieniu, gdzie odbywała dwuletnią karę za przekręty finansowe, wtedy  przyjęła imię Marija i założyła sektę. Dziennikarce z Polski  udało się wkręcić na poranne nabożeństwo, tym sposobem zobaczyła matuszkę w akcji. Są ludzie posiadający szczególny dar oddziaływania na innych, mówi się wtedy o charyźmie. Taką osobą jest Marija. Potrafi w zręczny sposób łączyć zapisy ewangelii z osobistymi pomysłami. Dla niej Putin był tak samo jak św. Paweł, Szawłem, kiedy pracował w KGB, ale zmienił się, bo na niego wpłynęła łaska Ducha Świętego. Teraz Putin jest zbawicielem Rosji, a o jego boskości słychać wszędzie. Wprawdzie nie udało się Putina zaprosić do Bolszoj Jeleni, ale i tak w jego imieniu mogą siostrzyczki zakonne zbierać ofiary w całej okolicy, a uczestnicy nabożeństw też nie przychodzą z pustymi rękami. Są przekonani, że w tym domu świętym pojawia się duch Putina. Czują jego oddziaływanie i wpadają w trans na czele z matuszką Mariją, klękają na kolanach i dotykają głowami podłogi.

„Dobry dzień, moje dziatki ukochane, mówi na koniec wzruszona matuszka, niech będzie z wami światło, miłość, radość, pokój, a jeszcze do tego mądrość i harmonia”. Nabożeństwo kończy się po trzech godzinach. Na pożegnanie wszyscy śpiewają „Zawsze niech będzie słońce” Ałły Pugaczowej i składają ręce na sercu ku czci Wladimira Putina.


Czytam o tym wszystkim w książce „Nie ma jednej Rosji” i myślę sobie, że u nas też nie ma jednej Polski. Jeśli była w czasach triumfu „Solidarności”, to przecież szybciutko się skończyła. Jeszcze nie doszliśmy do samorodnego tworzenia się sekt kultywujących naszych znakomitych polityków,  ale „co się odwlecze, to nie uciecze”. Wprawdzie nie mamy tak silnych i wyrazistych postaci w świecie polityki, kultury, w mediach jak rosyjski Putin, bo wszyscy wcześniej predysponowani poszli w "odstawkę”, ale wkrótce nasza przemożna tuba propagandowa TVPiS je ukształtuje . A do tego mamy fenomenalne media – radio „Maryja”, telewizję „Trwam”, „Gazetę Polską” , „W sieci” i inne periodyki i tabloidy. A Mariji mamy na pęczki ( np. totumfackie „ucho prezesa”, profesor doktor Krysia Pawłowicz) i „gieroi” też (n.p. – spec od wojska generał Antoś Macierewicz) gotowych do wielkiego czynu. Jak dobrze pójdzie wystawimy setki pomników Wielkiemu Lechowi, a w kolejce już się ustawia i Jarosław, i Andrzej, i Beata. Na Wawelu miejsca nie zabraknie.

 A Bolszoj Jelenię z powodzeniem zastąpć może mało znana miejscowość o stosownej nazwie Zaniemyśl. Choć mamy Jasną Górę, lecz wciąż nam brakuje skromniutkiego miejsca kultu, gdzie zawsze świeci słońce.  Wystarczy jedna krucjata Ojca Rydzyka ze swoimi absztyfikantami, bo jak sama nazwa wskazuje jest to wieś niepokalana grzechem myślenia. Więc w tri miga zbuduje się tam klasztor z cudownym obrazem Namiestnika, a w tym miejscu świętym zapanuje wkrótce światło, miłość, radość, pokój, a jeszcze do tego mądrość i harmonia”, zaś wyniesione na ołtarz „dobre panisko”, które trzeba kochać, bo stoi wyżej od nas i w dodatku jest w nim duch święty” obdarzy nas swoją łaską . Wszyscy znamy już to z TV Trwam, przecież sam Bóg wyznaczył je do wielkiego czynu. Nie godzi mi się człowiekowi „drugiego sortu” wymieniać jego  nazwiska.

Będzie miała Barbara Włodarczyk sporo do roboty, ale lepszej, bo u siebie, a nie na obczyźnie. A tytuł jej książki rysuje się sam  -„Nie ma jednej Polski”.

P.S. -  Zaniemyśl – wieś w Polsce położona w województwie wielkopolskim, w powiecie średzkim, w gminie Zaniemyśl przy drodze wojewódzkiej nr 432.

czwartek, 23 marca 2017

Wiara w cuda


Statys - w gąszczu

W maju 2005 roku znalazłem na facebooku dwa wierszyki satyryczne. Co jeden, to lepszy i rzekomo obydwa autorstwa Wojciecha Młynarskiego. Okazało się jednak, że tylko ten pierwszy p.t. „Liczę na cud” jest faktycznie jego autorstwa, zaś w drugim, jak to bywa w internecie,  ktoś podszył się pod nazwisko znakomitego Wojciecha. Zrobił to jednak z dużym talentem i chyba rozwinął przestrogi Wojciecha Młynarskiego, gdyby spełnił się cud nad urną, tak jak ongiś nad Wisłą, bo ojczyzna jest w takiej potrzebie.

Liczę na cud

Nienormalni i normalni,
skołowany polski ludu,
Rodacy nieobliczalni,
żyjący w krainie cudów.

Nowa czeka nas atrakcja,
którą tak bym zdefiniował,
szykuje się demokracja
policyjno-wyznaniowa.

Na nowego
Prezydenta,
co podkreślam w tym wierszyku,
będzie wpływać Trójca Święta
ustami swych urzędników.

I nareszcie, piękna sprawa
w skali makro, w skali mikro,
można będzie z mocy prawa
zapuszkować za in vitro,

A kto spyta - Co jest grane?
Nie pasuje do winietki,
się odwiedzi go nad ranem
i założy bransoletki.

Więc rozsądek zdrowy wyzwól,
byś nie musiał się przekonać,
jak z pomocą populizmu
robi z ciebie się balona.

By uniknąć tego losu
i by nie mieć gigant kaca,
wyjdź więc z domu i zagłosuj,
to jest niezbyt ciężka praca.

Frekwencję uaktualnij,
zmień jej procent i oblicze.
Jesteśmy nieobliczalni
i ogromnie na to liczę.
 15 maja 2015,  Warszawa


Nie jestem juz żaden smarkacz,
Łeb mam pokryty siwizną.
Nie zagłosuję na Dudę
Bo zbyt cię kocham Ojczyzno!
Skąd wiem, że wybór niedobry?
Nie wierzę w zmianę oblicza
Nie chce powrotu Ziobry,
I teczek Macierewicza.
Na Dudę nie oddam głosu!
Pamiętam, Jarka premierem,
I kpiny z demokracji
I koalicję z Lepperem.
Nie chcę mieć znów premiera
Co straszy Ruskiem i Żydem
Co ciągle dzieli Polaków
I może zaszczuć jak Blidę.
Za kłamstwa i pomówienia,
Prawdę, mgłą sztuczną okrytą
Za skłócanie rodaków
Za IV Rzeczpospolitą.
Za "Tusk ma krew na rękach",
A memu Bratu Chwała!
Za wrzaski nad trumnami
I nogę generała!
Za propagandę, która nie łączy, ale dzieli.
Za żądania pomników z kieszeni obywateli!
Za marsze z pochodniami,
Jazdę "po trupach do celu",
Za negowanie wyborów
I PROFANACJĘ WAWELU!!!!
Dziś w duszy mej zakamarkach
Odkrywam decyzji sedno:
Nie chcę powrotu PiS-u,
Bo nie jest mi wszystko jedno!

O powszechnej wśród Polaków indolencji umysłowej pisałem nie raz w moim blogu. Jeśli nie możemy liczyć na rozsądek, to cóż nam innego pozostało – wiara w cuda. Jesteśmy przecież narodem wierzących i to jak się okazuje w zdecydowanej większości w tę samą religię. Dlatego wielu z wyborców uwierzyło, że spełni się cud i wygra Andrzej Duda, a wtedy będzie lepiej.

Dla wierzących cud się spełnił. Niestety, spełniły się też przewidywane przez poetów konsekwencje tego cudu.

Fot. Zbigniew Dawidowicz

środa, 22 marca 2017

Po co dzierzbom czarne maski ?




Wyjeżdżajcie na łono natury. Bierzcie ze sobą aparaty fotograficzne lub komórki, Zaszyjcie się w gęstwinie leśnej i po jakimś czasie niezbędnej akomodacji oka, ucha i nosa zaczniecie widzieć, słyszeć i czuć to, czego dotąd nigdy nie udało się doświadczyć normalnemu mieszczuchowi. Objawi się Wam w całej swej tajemniczości nieznany, niepojęty, niewytłumaczalny świat przyrody.

Pamiętajcie, wymaga to spokoju i czasu, potrzeba wiary jak na charyzmatycznych rekolekcjach  Ojca Bashobory z Ugandy. Ale tam ma miejsce dobrze wyreżyserowane, oszałamiające misterium  w scenerii olbrzymich placów lub stadionów, w świetle jupiterów i głośnych megafonów, we wszechogarniającym tłumie uczestników.

Tutaj odbywa się to wszystko sam na sam z otoczeniem przyrodniczym, w ciszy, spokoju i samoistnym skupieniu. I tutaj możecie skorzystać z możliwości utrwalenia na kliszy rzeczy i zjawisk równie mistycznych i niepojętych, choć pozbawionych oprawy ideologicznej. Rozsądny katolik w tym właśnie może dostrzegać najdoskonalsze dzieło Boga.

A co można odkryć ? Po prostu w głowie się nie mieści. Napisał o tym całą sążnistą książkę Adam Wajrak, przyrodnik z Białowieży.

Na ponad trzystu stronach opowiada fascynujące historie o zwierzętach. Dowiadujemy się, kiedy ślimak bursztynek pokazuje rogi?, po co dzięciołkom tyle mężów?, który dzięcioł jęczy, zamiast stukać?, dlaczego niedźwiedź to też człowiek?, dlaczego zięby pukają w okna? co stresuje świstaka?
Książka nosi tytuł "To zwierzę mnie bierze" – i jest to zbiór opowieści podzielonych na dwanaście miesięcy. Każdy z tych tekstów kojarzy się z przygodą albo zjawiskiem, które dzieje się w określonym czasie. Niebieskie żaby można zaobserwować w kwietniu, małe liski, kiedy wychodzą przed nory w czerwcu, kozice najbardziej stresują się w środku lata. Pogrupował więc autor swoje felietony według miesięcy.
Adam Wajrak, o czym czytam w „Gazecie Wyborczej”, podglądaniem zwierząt zajmuje się od dziecka. Od ponad 20 lat zawodowo, czego wielu mu zazdrości, sądząc, że jego praca to nieustanne wakacje. Ale wystarczy przeczytać któryś z tekstów Wajraka, by wiedzieć, że to zajęcie wymagające pasji poznawczej, wiedzy, uporu i cierpliwości.
Tylko w ten sposób można odgadnąć dlaczego dzierzba czarnoczelna ma na głowie szeroką, czarną maskę. U samca jest ona większa niż u samicy i sięgająca czoła. A dzierzba to gatunek niewielkiego ptaka wędrownego, odbywającego podobnie jak bociany przeloty na dalekie dystanse, bo zimuje w Afryce, przeważnie na południe od równika. W Polsce jest to ginący ptak lęgowy bardzo rzadko spotykany, stąd budzący szczególne zainteresowanie. Gniazduje nie tylko w Puszczy Białowieskiej, ale dość regularnie na terenie gminy Michałkowo w województwie podlaskim. W latach 90. XX wieku pojedyncze lęgi stwierdzano również pod Wizną, nad dolnym Bugiem poniżej Wyszkowa, w Kotlinie Sandomierskiej (szczególnie w dolinie Wisłoki), na zachodniej Lubelszczyźnie, pod Oświęcimiem i koło Piotrkowa Trybunalskiego. Dawniej był to ptak dość rozpowszechniony, choć przez ostatnie 20 lat populacja gwałtownie się zmniejszyła.
Dzierzba jest łatwo mylona ze srokoszem. Można ją odróżnić bo jest trochę mniejszych rozmiarów,  ma dłuższe skrzydła i nieco krótszy ogon oraz zwykle bardziej wyprostowaną postawę. Wielkością ustawić ją można pomiędzy wróblem a kosem. No i ma czarną maskę na głowie. Śpiew jej jest melodyjną wiązanką różnych gwizdów i skrzeków. To ostre "tcze tcze" śpiewa dzierzba głośniej niż srokosz, wzlatując nad terenem gniazdowym. Wabi różnymi skrzeczącymi dźwiękami
Od srokosza różni się również tym, że ma silny, gruby dziób - jego górna część na końcu jest zakrzywiona i zaopatrzona w ostry "ząb", który ułatwia dzierzbie miażdżenie chitynowych pancerzyków owadów. A po co jej czarna maska?
Nie odpowiem na to pytanie. Tej odpowiedzi trzeba poszukać w książce Wajraka. Można też pokombinować, dlaczego dzierzba ma na głowie czarną maskę, chociaż nie oglądała serialu z Bruce Wayne jako Batmanem. Ale to nie jest jedyny przypadek dostosowania się istot żyjących do warunków środowiska i nie dotyczy tylko zwierząt.
Widzimy to na co dzień jak często i chętnie ludzie przywdziewają maski, a przecież nie tylko z powodu balów maskowych.
Ale co do ludzi, to już jest osobny temat, niestety wciąż na czasie. Najlepiej zaobserwować go można u polityków, a coraz częściej sesje naszego sejmu zamieniają się w maskaradę. Sądzę że Adam Wajrak książki na ten temat nie zatytułowałby „To zwierzę mnie bierze”! Wręcz odwrotnie. Zwłaszcza teraz, gdy pod skrzydłami ministra ochrony środowiska obserwujemy na co dzień masakrę drzew, nie oszczędzając nawet Puszczy Białowieskiej.

poniedziałek, 20 marca 2017

Kto jest prawdziwym patriotą ?


Olga Tokarczuk z Romaną Więczaszek


Od dawien dawna marzyłem o świecie w którym nie ma wojen, ludzie są dla siebie braćmi, starają się wzajemnie wspierać, udzielać  pomocy gdy trzeba i jako istoty, które różnią się tym od zwierząt, że posiadają rozum, starają się spełniać bez wyjątku uniwersalne przykazania boskie:  miłuj drugiego jak siebie samego, nie czyń drugiemu co tobie nie miłe. Codziennie ludzie pobożni szepcą w najważniejszej modlitwie „Ojcze nasz” słowa:  i odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy . Powiem tak, gdybyśmy spełnili te najważniejsze przykazania wymienione  powyżej, nie byłoby win i potrzeby ich odpuszczania.

W naszym na wskroś katolickim kraju wydawałoby się, że te fundamentalne zasady wiary są dla nas jak chleb powszedni, to my właśnie powinniśmy promieniować ich przestrzeganiem, dawać przykład dla innych narodów. 

Mogę powiedzieć, że jestem w czepku urodzony. Nie miałem nigdy karabinu w ręce, nawet na lekcjach przysposobienia obronnego w liceum pedagogicznym. Tłumaczyłem się, że ja chcę być nauczycielem i uczyć dzieci, że człowiek nie ma prawa strzelać do drugiego człowieka, a wojna to wymysł szatański, by zniszczyć godność człowieka. Służby wojskowej udało mi się uniknąć z powodu gruźlicy płuc, dzięki temu nie miałem na sobie nigdy w życiu munduru, co uważam za dobre zrządzenie losu.

Później dowiedziałem się, że są tacy jak ja odmieńcy i nazywają się pacyfiści. To tacy sami idealiści jak ci co wierzą, że świat można zmienić, a człowieka ucywilizować.

Dziś u schyłku żywota już nie jestem pacyfistą, bo wiem ze świat  jaki sobie wtedy wymarzyłem to utopia. Nigdy nie było, nie ma i nie będzie świata idealnego, bo nie ma ludzi idealnych. Żyjemy w świecie realnym, a w nim jak się okazuje jest wciąż miejsce dla takich indywiduów jak  Hitler, Stalin, Putin, jak terroryści islamscy i wielu innych autokratów, o których dowiadujemy się z historii.

W „Księdze Jakubowej” Olga Tokarczuk wyłoniła na światło dzienne magiczny świat wielonarodowościowej, wieloetnicznej, wielokulturowej Rzeczpospolitej w przededniu rozbiorów. O świecie tym niewiele wiemy, a o wielu zjawiskach i osobach w ogóle nie słyszeliśmy. To wtedy właśnie ksiądz Benedykt Chmielowski próbuje opisać cały świat w swojej ogromnej księdze, a w domu Eliszy Szora pobożni Żydzi czekają na nadejście Mesjasza. I pojawia się na Podolu młody, przystojny, charyzmatyczny Żyd – Jakub Lejbowicz Frank, dla jednych heretyk, dla innych wybawca, a rebelia którą wywołał mogła odmienić bieg historii i zmienić kształt tej części świata.

Przywołuję wybitną postać naszej laureatki literackiej nagrody „Nike”, honorowej obywatelki miasta Wałbrzycha,  a jest to skutek mojego głębokiego poruszenia znakomitym wywiadem z Olgą Tokarczuk we wrocławskim tygodniku GW. Nosi on tytuł: „Tokarczuk – to ja jestem patriotką”.

Już od dawna powieści Olgi Tokarczuk robiły na mnie duże wrażenie. Podziwiałem jej talent pisarski, mądrość życiową i niepospolitą erudycję. Jej ostatnie dzieło „Księgi Jakubowe”, tworzone przez siedem lat traktowane jest przeze mnie nieomal jak Biblia. Nie oznacza to, że przyjmuję je jak drogowskaz wiary, ale dlatego, że czytam tę księgę już parę tygodni, z przerwami i powrotami do wcześniejszych fragmentów, bo tej księgi jak Biblii nie da się przeczytać od razu. A poza tym jest to wolumen dość pokaźny, bo liczy sobie  906 stron, aż 7 ksiąg, 31 części, a  każda po kilkanaście rozdziałów. To książka bardzo trudna w odbiorze nawet dla historyka, ale zarazem uderzająca bogactwem szczegółów, których nie odnajdziemy w dotychczasowej historiografii. 

Ale dziś chcę przytoczyć dwa fragmenty wywiadu, które wydają mi się szczególnie ważne, świadczące o celności spostrzeżeń i wniosków wybitnej pisarki, która w dodatku w ostatnich latach przemierzyła kawał świata i potrafi spojrzeć na to, co się dzieje w kraju z szerszej perspektywy.
Na pytanie prowadzącej wywiad dziennikarki Magdy Piekarskiej, a czym jest dla pani europejskość? Olga Tokarczyk odpowiada:

- To idee demokracji, praw człowieka, emancypacji kobiet, laickiego państwa, opieki nad słabszymi, dużej roli kultury, tolerancji i otwartości wobec innych. Może to idealistyczna wizja, ale te wartości mocno tkwią w naszym życiu, choć czasem ich nie zauważamy, tak oczywiste się wydają.

Także idea państwa praworządnego, które chroni swoich obywateli. Wystarczy na chwilę opuścić granice Europy, żeby przekonać się, że żyjemy w wyjątkowym miejscu, którego warto bronić.

A dalej Olga Tokarczuk dzieli się osobistymi refleksjami:

- Ostatnio wracam z takich długich podróży z dobrym nastawieniem. I już na lotnisku cieszę się, że jestem w domu. Widzę, jaki fajny jest nasz kraj. Przy Guadalajarze Warszawa wydaje się najpiękniejszym miastem na świecie. Polska bardzo się zmieniła, żyje się tutaj coraz lepiej i naprawdę warto czasem wyjechać tak daleko, żeby się o tym przekonać. Potencjał, żeby się tu wspaniale żyło, mieszkało i tworzyło, jest ogromny. Ja w każdym razie nie zamierzam tego odpuścić i nie dam sobie nic odebrać.

- Chcę dla swojego kraju wszystkiego, co najlepsze, i to ja jestem patriotką. A także ludzie, którzy protestują przeciwko paleniu kukły Żyda. Bo przecież to, co się stało na wrocławskim Rynku, jest zaprzeczeniem patriotyzmu, ośmieszaniem naszego kraju, działaniem na szkodę państwa i jego obywateli, szczuciem przeciwko sobie i kompletną głupotą. Patriotyzm trzeba odzyskać, bo został nam ukradziony.

Ale jak ?
 pyta dziennikarka

- Może na początek trzeba jasno powiedzieć, kim jest patriota.

No właśnie, kim ?

- To ktoś, kto chce, żeby jego kraj był bezpieczny, co według mnie znaczy - w Unii Europejskiej. Kto ma szacunek dla współobywateli, jest z nimi solidarny i odpowiedzialny, leży mu na sercu dobro wspólne. Kto szanuje swoją kulturę, chce, żeby się rozwijała, żeby była otwarta i wolna. Jest przeciwko cenzurze. Chce państwa, którego współobywatele nie będą piętnowani i wykluczani. Nie ma kompleksów, ma poczucie silnej kultury, której nie jest w stanie zagrozić uchodźca. Czuje się bezpieczny, więc jest w stanie przyjąć z otwartymi rękami kogoś, kto jest od niego słabszy.

Jest pani w bojowym nastroju?

- Jestem człowiekiem łagodnym i nastawionym pacyfistycznie. To, co się ostatnio w Polsce wydarzyło, traktuję jako rodzaj dreszczy, jak nazwała to Agnieszka Holland. Jako symptom niebezpiecznej choroby, z której jeszcze możemy się wyleczyć.

Ma pani na nią lekarstwo?

- Mam wrażenie, że w momentach zagrożenia kultura nagle odzyskuje istotną rolę. Bo w spokojnych czasach staje się rozrywką, przyjemnością. Teraz stawia się wobec niej inne oczekiwania. Trochę jak w czasach komuny. I zastanawiam się, co mogę zrobić. Chyba przede wszystkim pisać.


Pozwoliłem sobie przytoczyć te fragmenty wywiadu, bo wiem, że nie wszyscy mogli do niego dotrzeć, a jak się okazuje słowa Olgi Tokarczuk powinny być ewangelią głoszoną  w kościołach, w mediach, w szkołach i na każdym kroku, bo czas jest ku temu, a zjawisko takie jak Jarosław Kaczyński budzi nie mniejszy niepokój niż Jakub Frank w osiemnastowiecznej Rzeczpospolitej.