Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

czwartek, 29 listopada 2012

Komentatorce R - do sztambucha




K. I. Gałczyński  -  Elegia

Coraz bardziej wszystko mnie boli,
już mi szkodzi nawet i ser;
siedmioma szpadami melancholii
przebity jestem jak Apollinaire.

Głowa od rana puchnie jak bania,
cóż za pożytek z takich bań ?
Kiedyś wciąż… panie. A dziś się słaniam
na nogach nocą, proszę pań.

Bo spać nie mogę. Ha. Ktoś stuka
kościstym palcem do mych drzwi.
Już wiem. Poznaję: to Kostucha:
- W taniec – powiada – pójdź K.I.

No cóż, przyjmuję jej ofertę,
choć tak w piżamie to faux-pas.
I już mnie ciągnie ta dama przez wertep,
gdzie deszcz i noc, i wiatr, i mgła.

Gdzieś pod latarnią w wietrzną zamieć
kostucha nagle w płacz i krzyk:
- Skąd ma pan siedem dziur w piżamie?
Wygląda pan jak siódemka pik.

- Właśnie – powiadam – to mnie boli,
Moja kochana, czyli ma chėre:
siedmioma szpadami melancholii
przebiłem się jak Apollinaire.


P. S.  A teraz od mnie:

Śpię jak zabity, gdy koś stuka
w okna framugę, czy to bies?
Oczom nie wierzę, to Kostucha:
- W taniec powiada – pójdź M.S.

- Odłóż no proszę ostrą kosę,
właśnie w mym życiu nastał raj,
w serce i duszę właśnie wnoszę,
to co powiedział A, Einstein,

że na tym świecie wszystko cudem,
żyć nie umierać, to mój cel
Ty chcesz mnie skosić jak ułudę,
to nie w porządku jest ma chere !

Zostanie po mnie miejsce puste,
a Poświatowska mówi wręcz,
trzeba ożywić to co uschnie
i nie zostawiać pustych wnętrz.

I stał się wtedy właśnie cud -
- poszła Kostucha do innych wrót.

Żyję więc nadal w świecie kier,
a wszystko to zasługą R


No cóż, mogę tylko serdecznie podziękować. Ku chwale Kierownik Miejskiej Biblioteki w Głuszycy!

środa, 28 listopada 2012

Remedium na DNA



Świat bez DNA

Bardzo, bardzo poważną sprawą pozwoliłem sobie zaprzątnąć uwagę moich Czytelników w ostatnim poście, pytając o sens życia. Mimo woli próbowaliśmy w gąszczu słów uczonych i ważnych, w potoku mowy giętkiej i składnej  znaleźć sens naszego bytowania na tym „padole płaczu”, jakim jest ziemia nasza maleńka w makrokosmosie wszechświata. I kiedy już byliśmy blisko, odezwał się Henryk w komentarzach (patrz niżej w starszym poście) i zasiał kompletny niepokój, elektryzując naszą wyobraźnię magicznym talizmanem DNA. I wszystko, co mieliśmy już jako tako poskładane nagle się przewróciło do góry nogami. To ponowny tajfun, tsunami w naszej głowie. Daje nam do zrozumienia, że nie ma czegoś takiego, jak sens życia, bo „Ktoś” wynalazł tajemnicze DNA i by one mogły sobie swobodnie funkcjonować, stworzył świat i człowieka, który teraz z tym wszystkim musi się borykać.
Nie mam innego wyjścia, jak szukać remedium dla naszych porażonych głów. Nie wiem, czy to co proponuję, to wystarczy, ale może choć odrobinę złagodzi nasze skołotane umysły i serca. Taki cel miał zapewne poeta, niezastąpiony w trudnych momentach życia  -  Konstanty Ildefons Gałczyński, a co napisał, poczytajmy:

„Ileż to lat, ileż to lat trzeba chodzić
po dniach, po nocach, po piętrach,
do ilu łomotać drzwi, w ilu szukać
książkach, światłach, muzycznych instrumentach,
po jakich drogach, co się w deszczu mylą,
zaplątują w niebieskich zachmurzeniach,
w ilu miastach z latarniami ! O, i w ilu
nieskończonych próbach, oczekiwaniach, doświadczeniach –

ażeby znaleźć jakieś jedno zdanie,
które do serca komuś wejdzie i zostanie,

parę słów ułożonych w dziecinny gwiazdozbiór,

a ten nad czyimś oknem będzie sunął świecąc
w noc zimową i powie ktoś: „Cóż noc niebrzydka!”

Bo trudno jest za włosy chwycić treść wzburzoną,
rytm odmienny jak księżyc, ten sam księżyc który
Beethoven z nieba zerwał i w sonatę wepchnął…

Nad tym oknem, nad tą lampą nie zagasłą,
rozgadane jak jesienna plucha  - 
jakich „Trenów”, jakich „Ballad i romansów”
można by się jeszcze w nas dosłuchać ?”

Żywię taką niepłonną nadzieję, że nie damy się zakneblować w poczuciu zwątpienia i bezradności wobec osiągnięć nauki, która odkryła bezsens naszego istnienia z powodu DNA. Wręcz odwrotnie. Będziemy głosić wszem i wobec, że żadne kody genetyczne nie są w stanie nam odebrać wiary w sens życia, w którym istnieje poezja, sztuka i kultura, a obok niej cudowny świat natury i ludzie wrażliwi na piękno i dobro, i pokąd stać nas na miłość, przyjaźń, współczucie, i pokąd Polska jeszcze nie zginęła ! Tak nam dopomóż Boże (Twórco DNA ?) i Wszyscy Święci! Amen !

wtorek, 27 listopada 2012

Pyanie o sens życia



 Udało mi się uchronić przed unicestwieniem numer 15 „Polityki” z kwietnia 2006 roku. Intensywnie barwna okładka z rudowłosą Marią Magdaleną, jak wiadomo jawnogrzesznicą, oblubienicą Jezusa, ikoną feministek, była wystarczającym powodem, by ten egzemplarz znanego periodyku odłożyć na zaś. Ale to nie ona wzbudziła moje największe zainteresowanie, choć epitet  -  jawnogrzesznica  - wydaje się bardzo frapujący.
W tym świątecznym numerze z okazji Wielkanocy już na samym początku jest obszerny artykuł Adama Szostkiewicza pod tytułem - „Życie po życiu”. Otóż to, czy jest prawdą, że po śmierci nasza dusza ulatuje gdzieś daleko i albo czekają  na nią Aniołowie, by otworzyć jej wrota do rajskiej krainy ułudy, albo musi odcierpieć w czyśćcu za swoje grzechy i czekać cierpliwie na łaskę boską, albo też jest skazana na wieczne potępienie w czeluściach piekielnych? Czy są na to racjonalne przesłanki? Co o tym mówią naukowcy? Czy odrzucają kategorycznie przypowieści biblijne, uznając że nie ma na nie empirycznych dowodów, czy też próbują odnaleźć przynajmniej logiczne uzasadnienie, wskazujące na istnienie życia po śmierci. Faktem jest, że obecnie nauka przestaje traktować to pytanie jako tabu, którym po prostu nie warto się zajmować. Jest więc wielu ludzi nauki, którzy dokonują różnych badań i dociekań filozoficznych i na tej podstawie formułują swoje opinie i wnioski. Łatwo się domyślić, że ta egzystencjalna zagadka znajduje zdeklarowanych scjentystów, odrzucających jakąkolwiek możliwość życia po śmierci, jak i  uczonych konformistów, skłonnych do kompromisu z  prawdami głoszonymi przez Kościół. Wybitny filozof, publicysta, Ojciec prof. Józef Maria Bocheński przyznaje, że pragnienie nieśmiertelności i wynikająca stąd wiara w życie po śmierci, nie jest zabobonem, tylko wytworem ludzkiej psychiki. Ale z tego, że coś pragniemy, nie wynika że coś jest. Mimo wszystko ten zdroworozsądkowy sceptycyzm wcale nie musi wykluczać chrześcijańskiej wiary w zmartwychwstanie.
Nie będę relacjonował szczegółowej treści artykułu, bo nie da się streścić tego, co już w swej istocie jest streszczeniem badań i opinii różnych uczonych, zresztą na ogół kontrowersyjnych. Najważniejszą jest końcowa konkluzja zatytułowana: jak się nie dać zwariować?
Przytoczę tutaj zasłyszaną przeze mnie anegdotę, oddającą dowcipnie brak jednoznacznej naukowej wykładni na  temat istnienia życia po śmierci.
Pewnego starszego wiekiem uczonego prezentującego aktualny stan badań naukowych w tej dziedzinie, studenci na koniec wykładu zapytali wprost: No dobrze, ale co pan, profesorze o tym sądzi, czy jest życie po śmierci, czy też nie ? Oczywiście, że tak, odpowiedział bez wahania profesor. I dodał. Przecież ja wkrótce umrę, ale wy wszyscy będziecie żyli nadal na tej planecie.
Wracam jeszcze na moment do końcowych wniosków artykułu. Otóż zdaniem autora, wiara w życie po życiu jest ludzka, bo tak samo ludzki jest ruch obronny człowieka przed śmiercią. Tylko życie ma sens, dlatego nie godzimy się z myślą, że kończy się ono z chwilą śmierci. Inaczej mówiąc, gdyby nie było śmierci, a życie trwało bez końca, już dlatego byłoby pozbawione sensu.

Nie jestem pewien, czy ta filozoficzna hipoteza potrafi nas w pełni usatysfakcjonować. Na co dzień szukamy sensu życia w tym jak żyjemy, co robimy, jak sobie radzimy z kłopotami i nieszczęściami. Każdy człowiek tworzy sobie swój własny sens życia, często bardzo przyziemny, materialny, wynikający z  wychowania w rodzinie i środowisku.
Na ogół widzimy sens życia u ludzi, którzy coś tworzą, budują, przekształcają, a z chwilą śmierci coś po sobie zostawiają, jeśli już nie trwałego, to przynajmniej duchowego, czyli w pamięci i sercach swoich bliskich. A może właśnie to jest  tym objawionym przez Boga życiem po śmierci.

Moje dzisiejsze dość niecodzienne rozważania mają swój związek z tym co się dzieje w przyrodzie w miesiącu listopadzie. Niebo zasnute mgłą, ciemno, chłodno, ponuro. Jest więcej czasu na medytacje. Myślę, że są one potrzebne w każdym domu, bo życie ma wtedy sens, gdy potrafimy zdać sobie sprawę z tego, po co żyjemy.
A już wnet będą rodzinne święta Bożego Narodzenia, kiedy znacznie łatwiej i przyjemniej jest uzmysłowić sobie prawdziwy sens życia.

Fot.. rzeżba J. Marszała z Łomnicy.

niedziela, 25 listopada 2012

Jak ta wilga



toczące się kola historii
 Rozśpiewałabym się w głos,
Jak ta wilga, jak ten kos,

W bożej pustce, w bożej ciszy
I niech jeno las mnie słyszy.

Rozśpiewałabym się w głos,
Pośród sosen, pośród brzoz,

Po zielonej mchów rozścieli,
Byle ludzie nie słyszeli…

Śpiewałabym także im,
To co czuję, to co wiem,

Gdyby ludzie byli tacy,
Jako drzewa, jako ptacy,

Rozśpiewałabym się w głos
Jak ta wilga, jak ten kos…


Niestety, nie dane było nikomu usłyszeć z głębi serca płynącego wokalu niejakiej Marii Wolskiej, młodopolskiej poetki, autorki stylizowanych na wzór poezji ludowej liryków, zebranych w tomiku „Dzbanek malin”. A przyczyną była niewiara w ludzi, w ich otwartość i szczerość, w ich wyrozumiałość i tolerancję.
Tak już jest na świecie, że od kolebki jesteśmy poddawani różnego rodzaju wpływom i naciskom ograniczającym naturalne impulsy i skłonności. To się nazywa wychowaniem. W miarę upływu lat jest tych ograniczeń coraz więcej. Ubywa bliskich nam osób, wobec których możemy się otworzyć.
A może właśnie trzeba wybrać się w miejsce odludne, zaszyć się w gęstwinie drzew i krzewów i tam bez ogródek wyśpiewać na cały głos, co nam w duszy gra. Bo przecież zawsze możemy liczyć, że:

W bożej pustce, w głuchej ciszy  - 
może jednak ktoś usłyszy,
może śpiew mu serce skruszy
i nie będziesz sam w tej głuszy .


Ale te moje  naiwne dywagacje nie są na miarę czasów, w których żyjemy. Dziś możemy w każdej chwili wyrzucić z siebie wszystko co tylko nam dyktuje potrzeba chwili i nie musimy szukać w tym celu zacisznego miejsca. Wystarczy dostęp do Internetu. Siadamy sobie spokojnie przed ekranem monitora i dajemy upust swym emocjom. Możemy przecież robić to anonimowo, jeśli nie stać nas na taką odwagę, jaką zaprezentował Artur Nicpoń z Oleśnicy, by całą swą prymitywną mentalność i agresję utrwalić na kartach  blogu. Skutkiem tego zna go dziś cała Polska, a ponieważ stał się od razu „bohaterem” mediów, można się spodziewać, że zajmie w nich równie tyle miejsca, co wyrafinowana „mamuśka Madzi”. Gdyby tak jeszcze zechciał wziąć go pod swe opiekuńcze skrzydła superagent Rutkowski, mielibyśmy kolejny serial sensacyjny, z polskim Bondem, Krzysztofem, w tle.

Zdaję sobie w pełni sprawę z tego, że to, co się dzieje w naszej polityce nie jest powodem do żartów i kpin. Ma rację socjolog prof. Radosław Markowski, który w wywiadzie dla  „Gazety Wyborczej” stwierdza:

„To już piąty, czy siódmy rok, w którym młode pokolenie wyrasta w atmosferze jadowitości, podejrzliwości. Uczone jest codziennie, że prezydent kraju jest zdrajcą, "Komoruski", premier kraju to jakiś quasi-Niemiec, który chce nas sprzedać. Polska nie jest niepodległa, a jest kondominium rosyjsko-niemieckim. To są spustoszenia w świadomości młodych ludzi, które są - już teraz - nie do odrobienia”. I dalej:
„Śledzę portale internetowe w innych krajach, czytam w wielu językach słowiańskich, uczestniczę w międzynarodowych programach badawczych. Agresja, brak możliwości nawiązania dialogu, charakteryzuje nasz kraj znacznie bardziej niż kraje, które moglibyśmy o to podejrzewać. Dzieje się coś niedobrego. Coś złego stało się w polityce, potem przerzuciło się na świat dziennikarski, a teraz widzę, że przerzuciło się nawet na świat nauki. Teraz jest sprawa Brunona K., ale za chwilę będziemy mieli problem z całym pokoleniem, które nie będzie miało najmniejszego szacunku dla państwa i do demokratycznie wybranych władz kraju. Nie jestem zwolennikiem hołdów wobec władz, ale minimalnego respektu tak. To, że lider opozycji oskarża rząd o współudział w zbrodni zabójstwa 96 osób w katastrofie smoleńskiej jest rzeczą niebywałą w żadnej demokracji” - mówi Markowski.

Nie jestem w porządku wobec siebie wykorzystując mój blog do sprawy, która tak czy owak ma swój podtekst polityczny. Zakładałem, ze będę się starał tego unikać. Moją ideą fix jest region wałbrzyski i to, co się w nim dzieje w turystyce, kulturze, gospodarce. Często nawiązuję do historii tego skrawka naszej ojczyzny, zdając sobie sprawę z tego, że tej historii nie wyssaliśmy z mlekiem matki (przynajmniej tacy jak ja powojenni osiedleńcy na tej ziemi), musimy ją poznawać i akceptować w całej swej istocie, nawet kiedy nie jest dla nas zbyt budująca.
Są jednak sytuacje w życiu politycznym kraju, wobec których nie można przejść obojętnie,  zamknąć usta, odłożyć temat ad acta. Niech się tym zajmują inni. Pisałem już kiedyś o  przejmującym songu „Solidarności” – „Modlitwa o wschodzie słońca” Natana Tannebauma. Jesteśmy w świecie polityki zarażeni ciężką chorobą, w tej chwili – epidemią Ona się nazywa nienawiść i pogarda.  Ta zaraza odbiera rozum, dewastuje wszystkie wartości ideowe i etyczne, burzy fundament systemu demokracji, który z takim trudem został zbudowany w czasach „Solidarności”. Gdzie się zgubiła ta solidarność, która rozsławiła nasz kraj na całym świecie, otworzyła drogę do wyzwolenia się z totalitaryzmu komunistycznego innym krajom i narodom Europy Wschodniej?
Co się stało z ludźmi, którzy ściskali ręce Lecha Wałęsy, naszej nadziei i  chluby obok papieża Jana Pawła II? Dlaczego zdeptaliśmy wszystkie nasze autorytety, mógłbym wymieniać po kolei – Kuroń, Michnik, Gieremek,  Bartoszewski, Mazowiecki, tę listę można rozszerzać nawet o prezydentów z drugiej strony „okrągłego stołu” - Jaruzelskiego i Kwaśniewskiego. Nie da się zważyć i wymierzyć zasług jednych i drugich. Mądry naród unika takich prób. Czy można ich wymazać z historii?
Dlaczego nie potrafimy uszanować wyników demokratycznych wyborów.? Prezydent, czy premier naszego państwa, to nie są uzurpatorzy, zostali wybrani większością głosów. Każdy kto neguje ich wybór podważa decyzję demokratycznej większości. Jeśli nawołuje publicznie do zbrojnego usunięcia legalnych władz, to znaczy że godzi w podstawy  konstytucyjne państwa. Dotyczy to tak samo Brunona K. i Artura N. jak i polityków, którzy akceptują takie postawy, a także je uzasadniają i bronią. Są granice wolności i one muszą być, abyśmy mogli żyć w bezpiecznym państwie. To już najwyższy czas. Skończmy wojnę „polsko – polską”. Już kiedyś doprowadziła ona do tego, że zniknęliśmy z mapy Europy. Przestańmy zarażać młode pokolenia pogardą i nienawiścią do kogoś, kto myśli inaczej. Dosyć agresji w polityce i w życiu społecznym.

Wydaje się to tak oczywiste, że nie powinienem o tym pisać. Ale ja nie jestem takim pesymistą jak autorka wiersza cytowanego we wstępie i wierzę w to, że są ludzie „jako drzewa, albo ptacy”, którzy wysłuchają i potrafią wziąć sobie do serca moje niedzielne suplikacje.

piątek, 23 listopada 2012

Wokół Książa




Wielu ludzi odwiedzających podwałbrzyski Książ zastanawia się pewnie, co w tym miejscu  robi na nas większe wrażenie, czy monumentalne gmaszysko zamku - pałacu osadzone nad urwiskiem, czy też okalający go rozległy park. Wystarczy się dobrze rozejrzeć idąc alejkami parkowymi lub zatrzymać w paru miejscach widokowych, choćby po to, by z dala móc podziwiać przeogromną bryłę zamczyska, aby zorientować się, że jest to zupełnie niezwykły i  imponujący bogactwem drzew i krzewów, urozmaiconą konfiguracją terenu, kompleks krajobrazowy. Jest rzeczą całkiem jasną, że gdyby nie wyjątkowe położenie zamku na wysokiej skale, nad głębokim przełomem Pełcznicy, gdyby nie bogactwo otaczającej go przyrody i rozmaitość urzekających widoków, nie byłby to zabytek tak mocno przyciągający nie tylko turystów, ale także sobotnio-niedzielnych wycieczkowiczów. Wielu mieszkańców pobliskiego Wałbrzycha  lub Świebodzic przyjeżdża tu lub przychodzi pieszo po to, by spędzić mile czas w bezpośrednim kontakcie z  przyrodą i pooglądać z różnych stron bajeczną panoramę zamku. Bardziej wytrawni spacerowicze nie zadowalają się spacerami po tarasach zamkowych, których jest aż 13, rozmieszczonych na kilku poziomach z kwiatowymi klombami dekoracyjnymi, ale z determinacją godną podziwu, zwłaszcza jeśli to dotyczy ludzi starszych, decyduje się na górską eskapadę najpierw w dół do przełomu Pełcznicy, a potem w górę do ruin Starego Książa, skąd monument „nowego” Książa robi jeszcze większe wrażenie, niż z bliskiej odległości.

Pisałem niedawno o wspólnym zwiedzaniu zamku i jego podziemi z grupą czeskich przewodników turystycznych. Byłem ogromnie ciekaw, jakie wrażenie wywarł na nich Książ i jego otoczenie. Zapytałem o to znakomitego przewodnika twierdzy Hanička w Rokytnicy. Piszę znakomitego, bo takie robił wrażenie, kiedy przyjmował nas jako gospodarz swej atrakcji turystycznej. Potrafił o niej mówić bez końca i z takim przejęciem, że można by go stawiać za wzór. Byłbym niesprawiedliwy, gdybym tego samego nie powiedział o gospodarzach i przewodnikach dwóch pozostałych obiektów turystycznych w programie naszej czeskiej wycieczki. Mój interlokutor odpowiedział, że jest mu wstyd, bo dotąd nie wiele wiedział o zamku i nie był przygotowany na tak zaskakujące przeżycie.  Przecież to jest miejsce, o którym powinna wiedzieć cała Europa. Zarówno zamek, jak i to, co roztacza się wokół zamku, to rzecz unikalna. Dlaczego wy się tym nie chwalicie, albo robicie to tak mało skutecznie? Nie byłem w stanie odpowiedzieć mu na to pytanie.
Gdy już znalazłem się wieczorem w zaciszu domowym pomyślałem sobie, że ten inteligentny czeski przewodnik miał zupełną rację. O zamku Książ nie wiele słychać w Europie. U nas w kraju pisze się, że jest trzeci co do wielkości  po Wawelu i Malborku. Zgadza się, tylko że  i Wawel, i Malbork są w środku miast, otoczone murami i wieżami obronnymi. Dotyczy to również bliźniaczego pałacu w Pszczynie, drugiej renomowanej własności rodziny Hochbergów. Nasz Książ to nie tylko rezydencja pałacowa, robiącą zresztą teraz po kolejnych etapach prac remontowych coraz większe wrażenie. To, co stanowi równorzędną wartość tego zabytku, znajduje się w jego otoczeniu. Warto wiedzieć coś więcej o walorach książańskich krajobrazów.


Stary i Nowy Książ na dawnej fotografii

Zamek Książ stanowi centralny punkt tzw. Książańskiego Parku Krajobrazowego, zaś Park jest to obszar liczący sobie 3.880 hektarów plus otulina o powierzchni 700 ha. Składa się z dwóch części rozdzielonych szosą z Wałbrzycha do Świebodzic. Po jednej stronie tej szosy znajduje się teren gospodarstwa rolnego i sadowniczego ze słynną Palmiarnią w Lubichowie, a dalej obszar leśny z ukrytym w poszyciu, unikalnym jeziorkiem Daisy. Po drugiej, znacznie rozleglejszej jest zamek Książ nad Przełomem Pełcznicy, stanowiącej rezerwat przyrody, a także ruiny zamków Stary Książ i Cisy oraz zabytkowa Stadnina Ogierów, dawne stajnie i hipodrom właścicieli zamku. Książański Park Krajobrazowy ciągnie się dość daleko w kierunku zapory wodnej  jeziora w Dobromierzu. Park wypełniają lasy mieszane z przewagą buków i świerków, bogaty jest skład gatunkowy runa leśnego, w którym pojawiają się gatunki chronione. Szczególnie cenny jest park zamkowy obok zamku Książ, w którym rośnie około 80 gatunków drzew i krzewów egzotycznych. Na tej bazie utworzono Sudecki Park Dendrologiczny, ważny dla ochrony i dalszego rozwoju unikalnej flory leśnej. Jest w nim 2450 wspaniałych okazów drzew i krzewów, obejmujących 82 gatunki i odmiany, w tym najsłynniejszy, bo prawie 600-letni cis „Bolko”. Przez ogród prowadzi zabytkowa aleja lipowa z !725 roku.

Sala Maksymiliana

O Książańskim Parku Zamkowym, jak i o uroczych tarasach, no i oczywiście samym zamku, w którym mamy już udostępnionych do zwiedzania wiele atrakcyjnych sal z reprezentacyjną Salą Maksymiliana na czele, możemy poczytać więcej, oglądając barwne fotografie, w najnowszym folderze-przewodniku Anny Będkowskiej-Karmelity pod tytułem „Książ, zamek i tarasy”  -  do nabycia w recepcji zamkowej. Do czego gorąco zachęcam.


"Zapraszamy serdecznie do zwiedzania Zamku Książ oraz nowo otwartych tarasów północnych, które po renowacji wyglądają dokładnie tak, jak w XIX wieku. Ten majestatyczny kolos zawieszony na skale wśród morza zieleni otaczającego go Książańskiego Parku Krajobrazowego pozwoli odpocząć w otoczeniu piękna przyrody i niepowtarzalnej architektury" - cytat z folderu, podpisany dr Jerzy Tutaj, były Prezes Zarządu Przedsiębiorstwa "Zamek Książ" Sp. z o.o.

wtorek, 20 listopada 2012

Uwaga! Uwaga! Wydanie specjalne ! Sto tysiecy!!!



szczęśliwy kamień

 100 075  -  taką liczbę odwiedzin blogu „tu jest mój dom” wyliczył  komputer. A stało się to dziś do południa, czyli we wtorek 20 listopada. Oznacza to, że tyle razy oglądane były poszczególne posty mojego blogu w ciągu niespełna półtora roku. Zaczęło się wszystko z początkiem maja 2011. Zainteresowanie blogiem rosło z miesiąca na miesiąc. Apogeum miało miejsce we wrześniu 2011, kiedy to zdobyłem drugie miejsce we wrocławskim konkursie Blog Day 2011 na najlepszy blog tego roku. Od tamtego momentu zainteresowanie moim blogiem utrzymuje się na stałym poziomie + - 200 do 300 oglądań dziennie, 6 do 8 tysięcy miesięcznie. Średnia za całe póltora roku, to ponad 5,5 tys. miesięcznie. Uzbierało się w tym czasie -  442 postów i niespełna jeden tysiąc komentarzy.
Nie wiem, czy to jest dużo, czy mało. Myślę, że jak na taki sobie blog, nie wypromowany profesjonalnie, lokalny w swej tematyce, w dodatku  ograniczający się w zasadzie do jednego regionu wałbrzyskiego  -  można być zadowolonym.
Nie jest moją ambicją pobijać rekordy oglądalności. Pozostawiam tę zabawę środkom przekazu, choćby takim jak TV. Dla nich wiąże się to z finansowymi zyskami z reklam. Moje pisanie jest absolutnie bezinteresowne. Piszę po to, by się podzielić z Czytelnikiem moimi przemyśleniami i fascynacjami. Inaczej nie miałoby to sensu. Dlatego cieszy mnie, że mam odbiorców.
Podnosi  na duchu  pozytywny ton komentarzy. Znajduję słowa zachęty także na stronach portalu społecznościowego -  facebook. Jednym słowem – jest dobrze. A dobrze jest dzięki moim Czytelnikom, zwłaszcza tym, którzy śledzą moją zabawę w blogowanie od samego początku, a także tym, którzy włączyli się w ten nurt trochę później, ale są moimi stałymi odbiorcami. Wszystkim Wam serdecznie dziękuję.
Należy mi się parę dni świątecznych z okazji stu tysięcy, ale wiem, że nie potrwa to długo, zresztą  -  święta już za pasem. Zbliża się świętujący grudzień. Muszę trochę ochłonąć po sensacjach, które co rusz dostarczają nam media.  Konflikt bliskowschodni, groźba zamachu terrorystycznego w Polsce na organy konstytucyjne, zapasy premiera Tuska z możnymi Unii Europejskiej o pieniądze unijne dla Polski, uzbierało się tego sporo. A przed nami Andrzejki, Barburka,  Św. Mikołaj, trzeba je wykorzystać maksymalnie, bo i Majowie,  i Nostradamus przewidują 21 grudnia tego roku koniec świata. Ten dzień, to apogeum hipraktywności słońca, a jak słońce zgaśnie wiadomo co się stanie. Dlatego spotkamy się jeszcze w tym tygodniu. Muszę się spieszyć z pisaniem, bo niewiele już zostało czasu… Wszystkiego miłego !

Fot. Ania Błaszczyk

Czesko-polskie retrospekcje wojenne



podziemna hala na Osówce


 Całkiem niespodziewanie znalazłem się w grupie seminaryjnej przewodników wycieczek turystycznych z Osówki, Rzeczki i zamku Książ po stronie polskiej oraz byłych podziemnych obiektów wojskowych Stachelberg, Nachod i Hanička po stronie czeskiej. Założeniem projektu było bezpośrednie poznanie podziemnych atrakcji turystycznych po jednej i drugiej stronie granicy w formie wycieczki autokarowej i  wspólne warsztaty szkoleniowe, na których można było dokonać wymiany doświadczeń pomiędzy przewodnikami. Weekendową sobotę spędziliśmy więc w Czechach, pod opieką starosty miasteczka Rokytnice w Górach Orlickich, a niedzielę w Polsce, gdzie władzę nad wycieczką przejął współorganizator  -  dyrektor „Osówki” w Głuszycy.
W Czechach obejrzeliśmy wymienione wyżej trzy obiekty militarno-wojskowe budowane przed wybuchem II wojny światowej jako twierdze nie do zdobycia, ukryte głęboko pod ziemią, z wystającymi na zewnątrz żelbetonowymi kopułami bunkrów, skąd można było prowadzić odstrzał artyleryjski, zaś u nas gościliśmy w zamku Książ, mając wyjątkową okazję obejrzenia podziemnych sztolni, gdzie znajduje się obecnie Instytut Geofizyki PAN, a następnie w Rzeczce i w Głuszycy w podziemiach i na zewnątrz Osówki.
Obejrzenie tego wszystkiego w tak krótkim czasie, to niezły wyczyn, bowiem trzeba było we wszystkich trzech przypadkach w Czechach pokonywać kilkudziesięciometrowe wysokości szybów na dół i do góry, przemierzać kilometrowe podziemne korytarze lub sztolnie, podchodzić do wysoko wzniesionych bunkrów, a ponieważ czas naglił, więc nie było ani chwili czasu na relaks. U nas było trochę lżej, ale zejście z zamku Książ do podziemi, a następnie powrót pod górę też kosztował trochę wysiłku. Tak samo na Osówce trzeba było dać z siebie wszystko, no bo jak tu być w podziemnym mieście, a nie widzieć Kasyna Hitlera na samej górze
Obie grupy, czeska i polska, przygotowały się do tej ekspedycji profesjonalnie.
Wieczór z soboty na niedzielę został wypełniony pokazem materiałów promocyjnych na telebimie i w kolorowych ulotkach, a reprezentanci zamku Książ obdarowali wszystkich uczestników torbą z folderami i gadżetami. Wzajemne kontakty ułatwiał tłumacz, był również fotoreporter i można się spodziewać interesującej kasety filmowej. Tak z jednej jak i drugiej strony oglądane obiekty robią kolosalne wrażenie. Myśmy się do swoich już przyzwyczaili.  Czeskie podziemne kwatery wojskowe, urządzenia i wyposażenie zrobiły na nas wrażenie wstrząsające. Spodziewam się, że takie samo wrażenie wywieźli od nas Czesi.

To co dane mi było zobaczyć u naszych czeskich pobratymców zasługuje na chwilę zadumy.

Żyjemy obok siebie tak blisko, jesteśmy Słowianami, łączy nas wspólna historia poczynając od Mieszka I, który przecież nie tylko pojął za żonę czeską księżniczkę, Dobrawę, ale także przejął z Czech wiarę  rzymskokatolicką. Jesteśmy zbliżeni do siebie  wyglądem, kulturą, tradycjami, obyczajowością, mówimy podobnymi do siebie językami. Od paru lat nie dzieli już oba państwa, tak jak to dotąd bywało, dobrze strzeżony, przeorany pas graniczny.

 A jednak istnieje jakaś bariera, która nas oddziela. Co prawda przez wszystkie lata powojenne mamy z byłą Czechosłowacją, a obecnie z Czechami przyjacielskie stosunki. Byliśmy i jesteśmy dobrymi sąsiadami. Oficjalne kontakty są pełne kurtuazji i zapewnień o współpracy i pomocy. Miała ona miejsce w czasach „Solidarności”, która znalazła wsparcie w czeskiej opozycji. Czy jednak możemy uznać, że mamy z Czechami lepsze stosunki niż z innymi krajami Wspólnoty Europejskiej?
Znacznie ważniejszym od stosunków oficjalnych jest stosunek Polaków i Czechów wzajemnie do siebie. Tutaj ta bariera, o której wspomniałem jest wyraźnie wyższa i trudniejsza do przeskoczenia.
 Z czasów piastowskich przetrwała u nas legenda, znana z XIII-wiecznej kroniki wielkopolskiej o trzech braciach  przybyłych z dalekiej Panonii na północ Europy. Byli to Lech, Czech i Rus. Osiedlili się na zachodzie, południu i wschodzie i dali początek trzem oddzielnym krajom słowiańskim. Czeska kronika Dalimaila opisuje tylko dwóch braci  Lecha i Czecha, a więc jeszcze mocniej symbolizuje więzy łączące te dwa narody. Dziś bardziej cenimy sobie zbliżenie z Węgrami, które oddaje wymownie hasło: Polak, Węgier -  dwa bratanki. Czemu zabrakło w nim Czecha? Czemu Czesi nie są tak samo bliscy Polakom jak Węgrzy?
Oto są zagadki, na które nie znajdziemy chyba nigdy jednoznacznej odpowiedzi. Niewątpliwie jest to skutek różnorodnych, skomplikowanych procesów historycznych. Losy bliskich sobie narodów słowiańskich potoczyły się różnymi ścieżkami i tak jak to bywa w najlepszej rodzinie nie zawsze zgodnymi i przyjacielskimi. Dużo można by na ten temat powiedzieć, ale to już jest rola historyków, socjologów, polityków.
W moim blogu chcę się podzielić z Czytelnikami znacznie prostszymi, choć nie mniej znaczącymi spostrzeżeniami, które wynikają bezpośrednio z mojej weekendowej eskapady.

Pierwsza refleksja dotyczy tego, co mogłem dostrzec z okien busu po czeskiej stronie. Odniosłem wrażenie, że ta wschodnia część przygraniczna Czech, tak samo jak nasza wschodnia ściana ukraińsko-bialorusko-litewska jest znacznie uboższa i słabiej rozwinięta, niż pozostała część kraju. Zdziwiły mnie stosunkowo duże obszary niezamieszkałe, a jeśli już, to wioszczynami po kilka najczęściej starych, zaniedbanych chałup. Wiele z nich, to zabytki ludowej architektury, jeśli o czymś takim jak architektura można w tym przypadku w ogóle mówić. Trafiały się pośród nich prawdziwe perełki, ale dla twórców skansenu. Podejrzewam, że los tych wsi lub maleńkich przysiółków jest nieuchronny. Starsi mieszkańcy poumierają, a młodzi znajdą swe miejsce w większych wsiach lub miastach. Być może znajdą się inwestorzy gotowi postawić tu wille i pensjonaty, bo górski krajobraz jest dobrym magnesem dla ludzi przedsiębiorczych. Zastrzegam się, że mówię o obszarze podgórskim czeskich Gór Orlickich i Stołowych. W głębi kraju mamy już inny świat, a czeskie miasta i wsie budzą podziw nowoczesnością budynków, czystością i estetyką, ukwieceniem, wysokim standardem obiektów publicznych. Warto brać z nich wzory i przenosić do naszej wciąż jeszcze szarej rzeczywistości.
Druga moja refleksja z tej eskapady jest znacznie większej wagi., Dotyczy ona absurdalności zbrojeń wojennych i bezsensu wojny w ogóle. Każda z tych trzech czeskich inwestycji wojskowych prowadzonych w latach 1935-38 pochłonęła olbrzymie pieniądze. Sama twierdza artyleryjska Hanička szacowana jest na 28 milionów przedwojennych koron. Wydrążono 1.5 km. podziemnych korytarzy, które połączyły sześć naziemnych bunkrów artyleryjskich. Pracowało tu przez dwa lata ok. 600 robotników i urzędników. Planowana załoga miała wynosić ponad 400 żołnierzy. Udało się zakończyć tę inwestycję, tak samo jak bunkier w Nachodzie, podczas gdy zakrojone na podobną skalę prace inwestycyjne w Stachelbergu zostały przerwane. Żadna z nich nie oddała ani jednego strzału. Czechy i Słowacja zostały zajęte w 1938 roku przez armię hitlerowską w wyniku szantażu politycznego zanim jeszcze rozpoczęła się II wojna światowa.
Oczywiście mówimy tu o rozmiarze i kosztach czeskich inwestycji militarnych tylko na tym wschodnim skrawku byłej Czechosłowacji.


podziemne korytarze na Osówce

Niemiecka inwestycja militarna „Riese” w Górach Sowich, to przykład bestialskiej zbrodni wojennej. Niedokończona budowa podziemnych sztolni pochłonęła tysiące istnień ludzkich. Jeńcy wojenni i więźniowie obozu koncentracyjnego Gross-Rosen byli tu przetrzymywani w nieludzkich warunkach i zmuszani do katorżniczej pracy, a ich droga życiowa kończyła się śmiercią z wyczerpania lub chorób. Istnieje prawdopodobieństwo, że ostatni więźniowie, zanim wkroczyli tu Rosjanie, zostali zgładzeni świadomie i celowo, by ukryć prawdę o tym, co się tutaj działo. Ta inwestycja, o czym już niejednokrotnie pisałem była też niezwykle kosztowna. Im bardziej się ją poznaje w zagospodarowanych turystycznie obiektach, tym budzi większe zdumienie absurdalnością pomysłu. Czemu to wszystko miało służyć? Czy mogli to wymyślić normalni ludzie, nie skażeni chorobą psychiczną, zwaną przeze mnie syndromem wojskowo-wojennym.
Wszystko zaczyna się od zabawy żołnierzykami, potem fascynacja historią wojen, wreszcie wskoczenie  w mundur i poddanie się rytuałowi życia koszarowego, poczynając od musztry wojskowej, a kończąc na specjalizacji w skutecznym zabijaniu wroga.
To jest oczywiście osobny temat – rzeka. Ile już przelano słów o bezsensowności zbrojeń i wojny. Niestety, to przekleństwo towarzyszy wszystkim krajom i nacjom. Najświeższe informacje o konflikcie bliskowschodnim pomiędzy Izraelem, a Hamasem, pozwalają wątpić w to, że ostatnia, okrutna wojna światowa nauczyła czegokolwiek ludzi na tej ziemi. Co najgorsze, nie nauczyła niczego największej ofiary tej wojny – naród żydowski.


wybetonowana podziemna hala na Osówce


Podróże zagraniczne uczą, głosi znane turystyczne hasło promocyjne. Nawet króciutka wycieczka do sąsiada zza miedzy może być powodem do ważnych przemyśleń. Warto wybrać się w czeskie okolice. Zachęcam !

P.S. Fotografie Roberta Janusza i kopie czeskich folderów promocyjnych.
 
Składam niniejszym podziękowanie dyrektorowi „Osówki”, Zdzisławowi Łazanowskiemu, który dostrzegł potrzebę mojej obecności w składzie osobowym wycieczki, czego efektem jest powyższa z niej relacja.

niedziela, 18 listopada 2012

Jesteśmy i to się liczy



nastrojowy obrazek sprzyjający niedzielnym refleksjom


Dziś przed nadchodzącym weekendem nie mam sumienia zadręczać moich wiernych Czytelników jakimiś uczonymi wywodami. Jak to już często mi się trafia w wolną sobotę i niedzielę proponuję coś lżejszego, tym razem nawet zabawniejszego, ze świata poezji. Ale poezji wziętej z życia. Przeczytajcie co niezwykłego udało mi się napisać dawno, dawno temu na cześć pewnej uroczej białogłowy:

Ty jesteś

Ty jesteś vox natura, vox Dei,
lotny obłok sięgający nieba,
dym kadzielny pachnący mirrą,
marsz Mozarta grany pianissimo.

Ty jesteś żelazna sprężyna,
gwałt odciskasz w dwójnasób,
nie dajesz się uformować zewnętrznie,
nie pozwalasz uścisnąć bez wzajemności.

Ty jesteś awionetką w hangarze,
mgłą, ulotną efemerydą,
która zawsze może ulecieć,
miejsca dłużej nie zagrzeje.

Ty jesteś góralską ciupagą,
lśnisz tandetnym połyskiem pozoru,
tam gdzie szukam naturalnej gładkości,
szczerzy zęby szorstkość rękojeści.

Ty jesteś głaz pustynny w tropiku,
promieniujesz energią odbitą,
każde z tobą mimowolne zetknięcie,
wabi głębią gorącego Edenu.

Ty jesteś  -   Salwatore Dali,
przezabawny mariaż purenonsensów.

Cóż dziwnego, że razem jesteśmy
układ przeciwsobny  -  push pull !


Napisałem ten wierszyk dla zabawy, by zabłysnąć swoją elokwencją.. Było to oczywiście przed laty. Spodziewałem się, że od podmiotu lirycznego tego przekornego tekściku mogę dostać po uszach. Jego adresatka miała rzeczywiście kwaśną minę, ale zachowała należyty dystans. Powiedziała, że mógłbym pisać jaśniej o co chodzi. Nie zapytała nawet, co oznacza owe push pull.  A po jakimś czasie moje dzieło sztuki poszło do szuflady. Traf chciał, że odgrzebałem je przypadkiem. Dziś ze zdumieniem odkrywam zadziwiającą trafność tych metafor. Przeżyliśmy razem szmat czasu. Jak to się stało, że ten „układ przeciwsobny” wytrzymał wszystkie próby i funkcjonuje nadal. Chyba to skutek praw fizyki, która głosi, że bieguny przeciwstawne się przyciągają. I to jest dobrze, że na tym Bożym świecie wszyscy podlegamy żelaznym prawom natury. Chyba, że są wyjątki, ale to tylko po to, by potwierdzać regułę.

P.S. W słowniku wyrazów obcych,  push-pull  -  od angielskiego push - popychać i pull -  ciągnąć, elektr. – układ przeciwsobny, układ dwóch połówek uzwojenia połączonych w taki sposób, że powstałe w obwodzie zakłócenia znoszą się wzajemnie.

I wszystko jasne! Znosimy się wzajemnie. Dlatego jesteśmy. Miłego weekendu, zwłaszcza wszystkim push-pullom!

P.S 2. Ten post przygotowałem już w piątek . Niestety już od rana nie miałem internetu.Okazało się, że nie było go w sklepach i w banku, gdzie napisano: bankomat nieczynny, brak zasilania ! W sobotę i niedzielę byłem na dalekiej wycieczce zagranicznej, bo aż u naszych sąsiadów zza miedzy  -  Czechów (napiszę o niej w kolejnym poście). Ale co się odwlecze, to nie uciecze. Tak więc dopiero teraz pod wieczór tuż po przyjeździe zamieszczam ten weekendowy post i przepraszam za spóźnienie!

środa, 14 listopada 2012

Kurort w Jedlinie - do trzech razy sztuka





By pokazać choć trochę interesujących szczegółów z historii jedlińskiego zdroju poświęciłem już temu tematowi dwa poprzednie posty. Dziś w trzecim i ostatnim spróbuję zaprzątnąć uwagę Czytelników dalszymi ciekawostkami z historii zdroju od drugiej polowy XIX  do czasów współczesnych. Zadanie bardzo ambitne, myślę że się uda, ale dobrze będzie lekturę poniższej, trzeciej części poprzedzić przeczytaniem pierwszej i drugiej.

W 1861 roku uzdrowisko wraz z majątkiem i pałacem w Jedlince zakupił Carl Krister, śląski przemysłowiec z Wałbrzycha. Wykupił on nie tylko sam zdrój, ale też tereny rekreacyjne urządzone wcześniej przez Karola Beinerta. W krótkim czasie zmodernizował Dom Zdrojowy, powiększając jego powierzchnię. Przy promenadzie zbudował nową halę spacerową i pawilon muzyczny, zadbał o odnowę urządzeń i roślinności Karlshein (Lasku Karola).
Carl Krister przebudował też pałac w Jedlince, a dla Jedliny zasłużył się jeszcze jednym przedsięwzięciem. Zakupił parcelę pod budowę nowego kościoła ewangelickiego z cmentarzem. Budowę kościoła zakończono w 1863 roku. Na cmentarzu wydzielono  miejsce pod budowę kaplicy grobowej Kristerów.




 Powojenne losy kościoła są godne osobnego opisu. Warto przypomnieć, że pozostawiony bez opieki obiekt niszczał przez lata, bo jako ewangelicki nie znajdował w nowej, polskiej rzeczywistości wiernych. gotowych by o niego zadbać. W miarę upływu lat został doszczętnie ograbiony i zdewastowany. Dość wspomnieć, że był taki czas w latach 90-tych, kiedy służył jako magazyn dla miejscowej fabryki izolatorów elektrycznych „Zofiówka”. Zupełnej dewastacji uległ także przykościelny cmentarz, z którego co rusz wywożono cenniejsze płyty nagrobne i eksponaty. Po kaplicy Kristerów nie ma dziś śladu.  Zrujnowany kościół przejęty niedawno przez parafię rzymskokatolicką jest w trakcie odbudowy. Położony w centrum miasta dzięki odzyskaniu nowej elewacji, cieszy dziś oczy mieszkańców i przyjezdnych gości. Historia odbudowy cennej architektonicznie i doskonale wkomponowanej w pejzaż miasta budowli zasługuje na swoja kronikę jako bezcenny klejnot w naszyjniku jedlińskiego kurortu.


centrum uzdrowiska dziś - po lewej - wyremontowany fronton "Teresy"


Powróćmy jednak do wcześniejszej historii. W czasie wojny austriacko-pruskiej w 1866 roku, w Domu Zdrojowym i pałacu w Jedlince zakwaterowano dowództwo wojsk pruskich Główna strażnica wojskowa mieściła się w starym budynku szkoły przy promenadzie w części uzdrowiskowej (budynek został później rozebrany). W hali spacerowej urządzono punkt zaprowiantowania i szpital polowy. W hotelach Preussiche Krone (nieistniejący przy ul. Chojnowskiej) i Friedenshoffnung (dziś budynek przy ul. Piasowskiej 28) założono punkty alarmowe. 14 lipca 1866 roku z kwatery w Książu przybył do Jedliny na inspekcję król Fryderyk Wilhelm. Była to kolejna gościna w tym mieście władcy pruskiego. Wydarzenia wojenne nie przyniosły miastu żadnych poważniejszych strat poza przerwaniem na jakiś czas działalności kuracyjnej. Jednakże rola i znaczenie zdroju znacznie podupadły. Dał się zauważyć kryzys w rozwoju uzdrowiska spowodowany też zmianami jego właścicieli.
W 1874 roku warto odnotować wyplantowanie ścieżki spacerowej, nazwanej Aleją Ottona Bismarcka długości 410 m. (obecna Aleja Niepodległości), przy której postawiono dwa pomniki - Bismarcka, a nieco dalej  pomnik wojenny.

W latach 1876 – 1880 trwała budowa linii kolejowej Wałbrzych-Kłodzko z trzema tunelami i pięcioma wiaduktami. Przedsięwzięcie to na trwale zapisało się w historii jako wybitne osiągnięcie budownictwa kolejowego. Do prac zaangażowano robotników sprowadzonych z Włoch. Uroczyste otwarcie linii i dworca w Jedlinie miało miejsce 16 sierpnia 1880 roku.

W cztery lata później uzdrowisko przejęła gmina, wykupując je z rąk właściciela posiadłości w Jedlince, Artura von Klitzinga. Naczelnik Charlottenbrunn, a zarazem inspektor zdroju, Wilhelm Loose, zapisał się złotymi zgłoskami w historii miasta przede wszystkim jako jego dobry gospodarz. Pod jego patronatem kurort powrócił do dawnej świetności. Około roku 1900 gmina poszerzyła obszar podlegający jej administracji, a w samym mieście wydzielono i utwardzono płytami kamiennymi chodniki i jezdnie, ulice zostały oświetlone lampami gazowymi, a budynki uzdrowiskowe – światłem elektrycznym, powiększono „Szwajcarkę” przy parku leśnym Karlshain. Na skwerku przy kościele ewangelickim stanął Pomnik Zwycięstwa wykonany przez rzeźbiarza Niggla z Wrocławia. Do wszystkich domów doprowadzono instalację wodociągową z naturalnie gazowaną wodą mineralną z miejscowych źródeł.
Proszę sobie wyobrazić, odkręcamy kran, a z niego płynie strumień wody mineralnej Charlotta lub Eliza. Mamy wewnętrzną świadomość, że w ten sposób jesteśmy zdrowsi i sprawniejsi, więc możemy z powodzeniem korzystać z boisk do tenisa i krykieta oraz placu zabaw dla dzieci, o których wybudowanie w mieście zadbał naczelnik Loose.
Nie chcę tutaj doszukiwać się paraleli z dzisiejszym burmistrzem Jedliny, ale ona nasuwa się sama. Obecny burmistrz, Leszek Orpel, dołożył do kortu tenisowego jeszcze bulodrom, halę gimnastyczną, boisko Orlika i coroczny festiwal terenoterapii. Jak dobrze pójdzie, to wnet popłynie też z kranów woda źródlana. Póki co płynie dobrze chlorowana, ale mineralną możemy już  nabyć w odrestaurowanej, uzdrowiskowej Pijalni. Obok jedlińskiej Charlotty mamy jeszcze do wyboru szczawieńską Dąbrówkę i Mieszka. Zaledwie parę lat temu można było o tym tylko pomarzyć.


Pijalnia Wód przy Placu Zdrojowym dziś

Na początku minionego stulecia w 1903 roku wybudowana została nowa szkoła katolicka z dwiema klasami i mieszkaniem dla nauczyciela, zaś 1 grudnia 1904 roku otwarto dworzec kolejowy w Jedlince wraz z linią kolejową, tzw. Weistritzthalbahn. Był on zarazem końcową stacją trasy kolejowej z Wrocławia przez Sobótkę, Świdnicę do Jedliny-Zdroju.


Z pełnym przekonaniem można powiedzieć, że Bad Charlottenbrunn przed I wojną światową obok walorów uzdrowiskowych stało się miastem nowoczesnym i dobrze prosperującym w wielu dziedzinach życia gospodarczego, społecznego i kulturalnego. Największym jego walorem było jednak atrakcyjne położenie w majestatycznym otoczeniu lasów i gór.
I wojna światowa nie przyniosła ze sobą zniszczeń i strat materialnych, ale spowodowała zahamowanie rozwoju i ograniczenie ruchu turystyczno-leczniczo-wypoczynkowego.

Dopiero w latach 30-tych możemy znów zaobserwować ruch do przodu. W latach 1932-34  postawiono kościół katolicki Św. Trójcy przy ul. Piastowskiej, według projektu i pod nadzorem architekta Alfonsa Weigera z Wałbrzycha przy współudziale malarza Paula Meyera-Speera z Hofheim-Taunus, a ozdobne barwione szkło okien z cytatami biblijnymi i scenkami figuralnymi wykonał artysta Richard Süssmuth z Pieńska.
W tym samym czasie miała miejsce gruntowna przebudowa głównych urządzeń uzdrowiska, m. in. hali spacerowej, pijalni wód, Domu Zdrojowego. Z funduszy społecznych i przy czynnym udziale mieszkańców miasteczka zbudowano kąpielisko wysoko położone w górze przy ul. Chojnowskiej.

W okresie międzywojennym utrzymywała się ranga Jedliny-Zdrój jako znanego na Śląsku uzdrowiska z szeroką działalnością kulturalno-rozrywkową., m.in. koncertami orkiestr i chórów, festynami leśnymi, turniejami tanecznymi. Większość spektakli odbywała się w parku leśnym Karlshain, gdzie w 1834 roku założono scenę.

W pamiętnym 1939 roku w uzdrowisku funkcjonowały dwa źródła Thereseien-Quelle (dawniej Charlotte-Quelle} oraz odkryte w 1928 r. Neue Quelle. Obydwa źródła znajdowały się  w pawilonie umiejscowionym pośrodku Placu Zdrojowego. W uzdrowisku działało 6 hoteli oraz kilkadziesiąt domów gościnnych dla kuracjuszy.

Po roku 1945 zaniechano eksploatacji wód mineralnych, Jedlina-Zdrój utraciła status uzdrowiska. W 1962 roku została włączona do zespołu uzdrowisk w Szczawnie-Zdroju.
O współczesnej Jedlinie-Zdrój napisałem obszerniej w książce „U źródeł Charlotty”. Z przeszłości historycznej uzdrowiska i z poczynań władz miejskich w ostatnich latach wniosek nasuwa się tylko jeden  -  Jedlina-Zdrój jest na dobrej drodze by znów zaistnieć jako samodzielne, dobrze prosperujące uzdrowisko i jako atrakcyjne i gościnne miasto. Tak było na samym początku w połowie XVII wieku, kiedy to dzięki staraniom Charlotty von Seher-Toss udało się założyć i wypromować uzdrowisko, tak było po wojnach prusko-austriackiej w 1866 i prusko-francuskiej w 1870 – 71 roku, kiedy to aktywność i zaangażowanie Carla Beinerta, a następnie naczelnika Wilhelma Loose  pozwoliły wyjść miastu i uzdrowisku z kryzysu i odzyskać renomę czołowego uzdrowiska na Śląsku, tak powinno się stać obecnie, bo przecież znane porzekadło głosi  -  do trzech razy sztuka.

Fot. archiwalne i ze zbiorów Alicji Gisterek.
Przy opracowaniu tekstu korzystałem ze Słownika geografii turystycznej Sudetów pod redakcją Marka Staffy  oraz Studium historyczno-archiwalnego pod red. Bożeny Adamskiej.

poniedziałek, 12 listopada 2012

Jedliński przedwojenny kurort






Wiemy już jak doszło do powstania uzdrowiska Charlottenbrunn i że już w połowie XVIII wieku było o nim głośno na Dolnym Śląsku. Cieszyło się ono rosnącym zainteresowaniem kuracjuszy, a także w środowiskach medycznych.  W 1785 roku było tu aż 7 leczniczych źródeł. Woda – jak opisuje F.A. Zimmermann – jest klarowna i ma orzeźwiający zapach, jest lekko słona i gazowana.
Wypływające pośrodku miejscowości źródła były ujęte w jeden strumień drewnianą rurą. Studnię obmurowano kamiennymi płytami i zaopatrzono w pompę, z pomocą której do cysterny czerpano wodę do picia i leczniczych kąpieli. Nad zdrojem wzniesiono pawilon zwieńczony kopułą z wieżyczką. Był tam kominek, by się ogrzać w czasie niepogody i schronić przed deszczem.
W 1768 roku zmarł ostatni spadkobierca majątku w Jedlince, Johann August, syn Hansa Christopha i Charlotty Seher-Toss. Do końca XVIII i pierwszej ćwierci XIX wieku majątkiem i uzdrowiskiem opiekowała się rodzina von Pűckler. Niestety, nie był to najlepszy okres dla uzdrowiska spowodowany zapewne częstymi zmianami nabywców posiadłości.
W XIX wieku do Jedliny, podobnie jak do wszystkich okolicznych miast i wsi wkracza z impetem górnictwo i tkactwo. Miasto rozrasta się wokół uzdrowiska, dzięki przemysłowi zyskało nowy impuls.
Niezmiernie ważnym dla zdroju okazał się fakt, który miał miejsce w 1823 roku. Dom zdrojowy nabył wówczas geolog, biolog i aptekarz  -  Carl Beinert. W budynku tym zamieszkał, urządził aptekę i winiarnię dla gości. Wykupił też część terenów leśnych okalających zdrój, by wykorzystać je na cele rekreacyjno-wypoczynkowe dla kuracjuszy.
Z 1830 roku pochodzi kolejny opis budynku ze źródłem Charlotty. Dowiadujemy się z niego, że był  to ośmioboczny pawilon z kamiennych ciosów, z napisem na dachu: Sub umbra altissimi. Woda źródlana odprowadzana  była bezpośrednio do kadzi i kotłów w domu zdrojowym. Było w nim 18 drewnianych wanien w osobnych kabinach, gdzie można było zażywać leczniczych kąpieli. Wodę tą do celów spożywczych używali także mieszkańcy Jedliny i okolic.
W latach 1836 – 1837 nastąpiła gruntowna przebudowa Domu Zdrojowego, a także pawilonu ze źródłem Charlotty. Przy tej okazji doktor Beinert odkrył przy budynku nowe źródło, któremu nadał nazwę Elisenquelle, zmienioną później na Thereseinquelle, od imienia Teresy Krister , żony właściciela pałacu w Jedlince, a zarazem wybitnego przemysłowca, założyciela fabryki porcelany „Krzysztof” w Wałbrzychu. To właśnie rodzina Kristerów dokonała znacznej przebudowy pałacu w Jedlince. Ale o tych późniejszych właścicielach uzdrowiska będzie czas jeszcze powiedzieć więcej.
W uzdrowisku od 1837 roku zastosowano na szerszą skalę kurację mleczną, wprowadzoną przez szwajcarskiego specjalistę, niejakiego Mansera z Appenzell. Na dworze w Jedlince, gdzie hodowano około 100 kóz przygotowywano dwa razy dziennie serwatkę i żętycę z koziego mleka. Ubrany w strój narodowy Szwajcar rozprowadzał produkt bezpośrednio przy promenadzie, bądź w pawilonie źródła Charlotty. Niektórzy goście pili także ośle mleko.
Kurację przeprowadzano dwa razy dziennie i odbywało się to pod kasztanami Placu Zdrojowego. Czas kuracji umilały koncerty kapeli. Carl Beinert urządził terrrasy na stoku wzgórza i tereny spacerowe z ławkami, tzw. Chamisso Platz, od nazwiska goszczącego w Jedlinie w latach 30-tych XIX w. poety i pisarza o tym nazwisku.
Staraniem kupca Teodora Düringa przy obecnej ul. Warszawskiej założono park (ok. 10 ha) z placem zabaw i stawem. Został on powiększony z inicjatywy i fundacji właściciela dóbr w Jedlince i Jedlinie-Zdroju, Engelsa. Ścieżkami spacerowymi połączono wówczas park zdrojowy z zalesionym stokiem góry Rzepisko. Pod koniec XIX wieku powierzchnia parku liczyła sobie 28 ha. Znajdowała się tam fontanna, staw, pomnik bohaterów wojny, punkty widokowe.
Swoją niepoślednią rolę w zagospodarowaniu terenów leśnych Jedliny odegrał również jej prawdziwy„mąż opatrznościowy” – Carl Beinert. (zmarły w 1872 roku). To właśnie on w miejscu dzisiejszej Czarodziejskiej Góry urządził dla kuracjuszy teren parkowo-rekreacyjny, zwany Karlshain. Na wykarczowanych fragmentach lasu posadzono specjalne odmiany drzew iglastych i liściastych, wytyczono alejki spacerowe, ozdobiono je rzeźbami, altanami, ławeczkami, postawiono pomniki. Atrakcyjne punkty widokowe w tej części Jedliny nosiły nazwy od znanych w Rzeszy osobistości związanych w jakiś sposób z Jedliną. Na wzniesieniu Ludwigshühe w 1848 roku wystawiono obelisk Beinertdenkmal,   upamiętniającv zasługi Carla Beinerta dla uzdrowiska. Został on w 1893 roku wymieniony na nowy i w tej formie przetrwał do czasów dzisiejszych.
W następnych latach postawiono pawilon koncertowy z ławkami i stołami. Wzniesiono też staraniem Beinera w dolnej części parku leśnego niewielką gospodę, zwaną „Szwajcarką”. Oferowała ona przyjezdnym pokoje gościnne i kurację mleczną.
W 2005 roku staraniem władz miejskich Jedliny-Zdroju obelisk Carla Beinerta został odnowiony i uroczyście otwarty, dowodząc szacunku i uznania jego zasług dla miasta .



Wodę z pawilonu doprowadzano rurami do laboratorium na parterze Domu Zdrojowego. Tam zbierano ją w dwóch cysternach – Charlotty i Elizy. Tą drugą podgrzewano maszyną parową. Wodociąg doprowadzał wodę do gabinetu kąpielowego z 12 cynkowymi wannami oraz zaopatrywał osobne pomieszczenie z natryskami. Górna kondygnacja Domu Zdrojowego miała 9 pokoi, natomiast na drugim piętrze urządzono salon wypoczynkowy dla kuracjuszy.

W połowie XIX wieku Jedlina-Zdrój znana była jako miasteczko uzdrowiskowe i rzemieślnicze z czterema jarmarkami rocznie. W domach tkaczy funkcjonowało 35 krosien lnianych. Rzemieślników wszelakiej wytwórczości było 77, ponadto 18 kupców i handlarzy i  -  co trzeba zaznaczyć z naciskiem – lekarz uzdrowiskowy. Poza tym w Jedlinie działały 3 kamieniołomy piaskowca oraz kopalnie węgla: Karl Gustaw i Karl Christian.

W 1857 roku przebywał w Charlottenbrunn król Fryderyk Wilhelm w towarzystwie generała von Moltke. Ta wizyta to przekonywujący dowód renomy młodego uzdrowiska, która dotarła aż na dwór cesarski.

Przerywam w tym momencie tok opowieści, by nie zamęczyć Czytelników dość szczegółową narracją. Jesteśmy w połowie XIX wieku. Do połowy wieku XX, czyli do osiedlania się tutaj Polaków, pozostało nam jeszcze sto lat  Możemy się spodziewać, że będzie to czas równie ciekawy i obfitujący w mało znane informacje. Zapraszam więc po „przerwie śródlekcyjnej”  za dwa dni do następnego odcinka.

Fot. z archiwum miasta Jedliny-Zdroju

sobota, 10 listopada 2012

Jak Jedlina stała się zdrojem ?




uroki dawnego Zdroju  -  miło popatrzeć



O odkryciu zdrowotnych właściwości wód  w górnej części Jedliny pisałem  w mojej książce „U źródeł Charlotty”. Miałem jednak na uwadze zasadniczy cel wydawnictwa, którym był kolorowy album z możliwie krótkim, przejrzystym i łatwym w odbiorze opisem przeszłości i współczesności miasta. Nie mogłem więc zbyt szczegółowo rozwodzić się o jego historii. Dziś przy okazji zaprosin na uroczystość Święta Niepodległości w Jedlinie-Zdroju przerzuciłem dostępne materiały źródłowe, poszukując informacji na temat domu straży ogniowej przy ulicy Warszawskiej 7a. Właśnie ten zabytek o bardzo interesującej architekturze został obecnie odrestaurowany w ramach realizacji projektów unijnych, a w świąteczną niedzielę 11 listopada 2012 roku zaplanowano jego uroczyste otwarcie.
Znalazłem tylko tyle, że w 1829 roku zbudowano drewnianą remizę strażacką z dzwonnicą i wozownią, a było to skutkiem powodzi w tym właśnie roku, która zniszczyła wszystkie mosty i drogi, zniosła też dom straży miejskiej. Był on usytuowany w niższej części miasta przy głównej ulicy prowadzącej do zdroju. W tym właśnie miejscu osiem lat później zbudowano szkołę ewangelicką.  Natomiast bardzo ważną dla miasta remizę strażacką zdecydowano się wybudować wyżej, w miejscu które nie było zagrożone żywiołem. W ten oto sposób miasto -  uzdrowisko zyskało niezbędny obiekt publiczny, służący bezpieczeństwu mieszkańców i kuracjuszy.  Drewniana strażnica została połączona z murowanym budynkiem mieszkalnym w 1910 roku i w tej postaci przetrwała do dziś Ze względu na pogarszający się stan techniczny po wojnie  strażnica została wyłączona z użytkowania. Dziś przywrócono jej walory zabytkowe zgodnie ze wskazaniami konserwatora zabytków.
Jedlina-Zdrój wzbogaciła się więc o kolejną atrakcję turystyczną, ale też kulturalną, bo w zamyśle jest zgromadzenie w tym budynku jak najwięcej zabytków muzealnych, fotografii i pocztówek z przeszłości miasta.

Warto przypomnieć przy tej okazji ciekawsze szczegóły związane z powstaniem miasta-uzdrowiska, które w 1743 roku otrzymało nazwę, Chartloten brunn, co znaczy żródło Charlotty, a w 1910 roku Bad Charlottenbrunn, a więc to samo z dodatkiem Zdrój.

Pierwszą ważną datą dla powstania późniejszego miasta-zdroju jest rok 1697. W tym roku uznano oficjalnie wytryskującą wodę żródlaną za leczniczą i ze względu na kwaśny, szczawiany odczyn wody, nazwano ją Sauerborn lub Tannhauser Sauerbrunnen. Znajdowało się ono w  górnej części wsi na terenie pastwisk Caspara Schala z Jedlinki. Właściciel parceli założył przy źródle kram z wiktuałami, a w 1723/1724 roku postawił tam dom mieszkalny Grundhof. Budynek ten (w południowo-zachodniej części dzisiejszego Placu Zdrojowego) był wielokrotnie przekształcany, przetrwał do roku 1945 i wtedy został rozebrany.
W 1724 roku parcela ze źródłem została wykupiona przez właścicieli dóbr w Jedlince. Wydarzenie to zostało uznane jako historyczny moment założenia uzdrowiska. Wokół źródła postawiono pierwsze budynki, które dały początek uzdrowisku. W dwa lat później medyk Georg Jachmann ze Świdnicy jako pierwszy opracował opis składu mineralnego i właściwości leczniczych źródła. Kolejne charakterystyki wód wykonano w 1789 r. (Chemik Klaptoth z Berlina) i w 1825 r. (Carl Beinert, aptekarz i biolog z Jedliny).
W 1743 roku Charlotenbrun uzyskało prawa wsi targowej wraz z przywilejami dla mistrza łaziennego, piekarza, rzeźnika i szewca. Wkrótce w centrum kurortu pojawiły się kramy handlowe i przybywało coraz to więcej kuracjuszy.
Właścicielką zdroju była Charlotta Maximiliana, hrabina von Seher-Thoss, z domu Pűckler, wdowa po marszałku polnym, baronie Hansie Christophie z pałacu w Jedlince. Od jej imienia utworzona przy źródle kolonia otrzymała właśnie nazwę Charlottenbrunn.
Do 1746 roku  Charlotta von Seher-Thoss  przeprowadziła szereg inwestycji w Jedlinie, zyskując sobie miano założycielki kurortu. Przy Placu Zdrojowym (dom nr 6)  postawiła niewielki barokowy dwór (Schlőssel), pełniący rolę pensjonatu dla swojej rodziny (również rozebrany po 1945 roku).
W uznaniu zasług hrabiny w 1743/1744 roku w czasie wojny prusko-austriackiej o Śląsk przebywał w pałacu w Jedlince na kwaterze cesarz Fryderyk II, nadzorujący ruchy wojsk Pobyt cesarza w pałacu w Jedlince, to duży honor dla jego właścicielki, Charlotty, jak również dla nowo powstałego uzdrowiska.
Kolejną ważną datą jest rok 1768, w którym to roku Chrlottenbrunn otrzymało prawa miejskie. Jest więc Jedlina i miastem, i uzdrowiskiem stosunkowo młodym, w porównaniu do wielu podobnych kurortów w Sudetach i na całym Śląsku. Jej rola i znaczenie podupadły na skutek II wojny światowej i w czasach PRL-u. Dziś podnosi się z trudem i stara się odbudować dawną świetność i renomę. Ale o tej świetności, o wielu ogromnie ciekawych zdarzeniach z dalszej przeszłości uzdrowiska  -  w kolejnym poście. Zapraszam.