Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

wtorek, 23 stycznia 2018

W mediach najważniejszą jest Doda




Z wiejskiej szkoły powszechnej w gęsto zabudowanej, murowanej poniemieckiej wsi na Ziemiach Odzyskanych zapamiętałem niewiele, ale w oczach mam obraz niedużej kolorowej mapy Polski na lekcjach geografii. Okrągła, wyraźnie zarysowana granicami, nieregularna bryła Polski, wydawała się całkiem naturalna, oczywista. Na północy Morze Bałtyckie, do którego wpadają dwie największe rzeki Wisła i Odra. Dalej na południe obszar pojezierzy, upstrzony licznymi jeziorami, jeszcze dalej równiny i wyżyny środkowej Polski, no i wreszcie przedgórza i wysokie góry Sudetów i Karpat. „Piękna nasza Polska cała, hojna, żyzna i niemała”, gdzieś mi się plącze fragmencik patriotycznego wiersza.

Z tej pierwszej mapy zawieszanej na tablicy szkolnej zapamiętałem do dziś rzucające się w jej legendzie trochę jakby obco brzmiące nazwisko  -  Eugeniusz Romer. „Mapa Polski Eugeniusza Romera” – ten wyodrębniony tłustym drukiem napis głęboko wrył się w mojej pamięci. Nie wiedziałem wtedy co to znaczy, nie miałem pojęcia o kartografii, dlaczego zamieszczono na mapie to a nie inne nazwisko.

W szkole średniej dowiedziałem się coś niecoś o trudnej sztuce kartografii, była też mowa o Eugeniuszu Romerze, wielkim polskim uczonym, któremu zawdzięczamy mapy dzisiejszej Polski.

Minęło sporo czasu i nie pamiętam już jakim sposobem stałem się posiadaczem książki z 1985 roku, wydanej przez „Czytelnika” w Warszawie, „Geograf trzech epok” Edmunda Romera. Autorem książki, jak się okazało jest syn Eugeniusza Romera, a jest to książka biograficzna poświęcona jego ojcu, wybitnemu polskiemu geografowi, na którego atlasie kształciło się kilka pokoleń Polaków, ale który sam pozostał postacią stosunkowo mało znaną, choć mógłby się stać modelowym wzorem najwyższego autorytetu uczonego i patrioty o wielkich zasługach dla odzyskania niepodległości Polski.

Z książki poznajemy sylwetkę sławnego uczonego i wielkiego Polaka, ale bardzo prywatnie, domowo, z rodzinnym ciepłem. Ta barwna kronika rodzinna, napisana z werwą i humorem, z gawędziarską zaciętością, utrwala ślady dawno minionej epoki, przywraca pamięć o szczegółach życia  człowieka, którego tytaniczna praca i osiągnięcia naukowe, a zarazem zasługi dla odzyskania niepodległości i budowania zrębów niepodległego bytu ojczyzny zasługują na najwyższy podziw i uznanie.

Pierwsze zetknięcie się z książką, to był wstrząs. Fascynacja, entuzjazm i wzruszenie. Pojawiły się nieznane mi dotąd sentymenty do tak emocjonalnie namalowanego miasta rodzinnego Romerów  -  Lwowa, w obronie którego w listopadzie1918 wybuchło powstanie ludności polskiej (w tym „Orląt Polskich”) zakończone sukcesem – włączeniem Lwowa do rodzącego się państwa polskiego. Ale potem wybuchła kolejna wojna światowa w 1939 roku, a po jej zakończeniu nie udało się już uratować Lwowa. Eugeniusz Romer, który jako wybitny geograf i twórca map Polski osobiście uczestniczył w Konferencji Pokojowej w Paryżu w 1918 roku, to co się stało z jego rodzinnym miastem Lwowem w 1945 roku po II wojnie traktował jako stalinowską represję wobec narodu polskiego. Nie mógł się z tym pogodzić jako najlepszy znawca problemów etniczno-narodowościowych, które leżały u podstaw tworzenia map i atlasów Polski międzywojennej.

Do książki o Eugeniuszu Romerze wracam często. Zamieszczony w niej na końcu książki osobiście napisany przez uczonego życiorys budzi moje zdumienie. Jak można było w jednym życiu zmieścić tak wiele osiągnięć. Tego się nie da streścić. Podróże naukowe niemal po całym świecie, tytuły i honory, złote medale największych uczelni światowych, niezliczona ilość dzieł naukowych, map, atlasów. Działalność społeczna, konferencje, odczyty, przemówienia. Spuścizna literacka, m. in. pamiętniki duchowe „Felix culpa”, jak to sam nazwał. I to co budzi najwyższy szacunek  -  wierność swojej ojczyźnie, bezwzględna, nieprzemijająca, stała.

Zastanawiałem się nad tym często, co się dzieje z Polską? Dlaczego tak wspaniali ludzie, o tak ogromnym dorobku naukowym i takich postawach etycznych pozostają w cieniu. Eugeniusz Romer nie jest tutaj wyjątkiem.

Dlaczego nie wskrzeszamy ich pamięci, dlaczego nie uczymy o nich w szkole, nie stawiamy im pomników. Dlaczego milczą o nich media, natomiast od rana do wieczora najważniejszym przedmiotem ich zainteresowania jest jak się zachowała i czym oczarowała prezydenta Dudę, bożyszcze mediów  -  Doda-Elektroda.

A może to i lepiej. Co się dzieje z autorytetami w naszym kraju obserwujemy na przykładzie cynicznej gry politycznej z teczką „Bolka”. A potem się dziwimy, że brakuje nam autorytetów.

Fot. Robert Janusz

niedziela, 21 stycznia 2018

By nie tracić wiary



Niedziela, to taki dzień tygodnia, w którym mamy więcej czasu na głębszą refleksję. To właśnie wtedy zadajemy sobie  częściej niż zwykle pytanie o sens życia. Mimo woli próbujemy w gąszczu myśli o naszym życiu codziennym  znaleźć sens naszego bytowania na tej ziemi naszej maleńkiej w makrokosmosie wszechświata. Swego czasu niektóre informacje prasowe zasiały kompletny niepokój, elektryzując naszą wyobraźnię magicznym odkryciem DNA i wszystko, co mieliśmy już jako tako poskładane nagle się przewróciło do góry nogami. Nie oznacza to, abyśmy upadali na duchu. Cóż z tego, że najnowsze odkrycia naukowe  dają nam do zrozumienia, że nie ma czegoś takiego, jak mityczny Stwórca, który dał ludziom wolność, wskazując jednocześnie drogę do nieba,  bo przecież istnieją tajemnicze DNA i one decydują o świecie i człowieku, a w ich powstaniu kryje się zagadka istnienia, naukowa odpowiedź na pytanie, skąd się wzięło życie. Cóż z tego, skoro nie wiemy, po co to wszystko i dlaczego?


Osoby głęboko religijne pragnę w tym momencie uspokoić. Naprawdę wszyscy jesteśmy wierzącymi. Jedni wierzą, że Bóg jest, a drudzy że go nie ma. Jedni przyjmują, że Bóg stworzył człowieka, a drudzy, że człowiek stworzył Boga. Ateista broni się przed atakami osób religijnych: jeśli istnieje Bóg wszechmocny, to nie kto inny jak on uczynił mnie ateistą, kim jesteś, żeby kwestionować jego decyzję? Wierzący stają na głowie by znaleźć dowody na istnienie Boga zapominając, że takie dowody, to przecież zaprzeczenie istoty wiary. Wierzymy tylko wtedy, kiedy nie da się czegoś  udowodnić. Uczeni, wynalazcy DNA usiłują dowieść, że wszystko odbywa się drogą samoistnego, ewolucyjnego rozwoju. Ale żaden z nich nie jest w stanie przekonywująco odpowiedzieć na najważniejsze pytanie: po co człowiek żyje na świecie, jaki to ma sens?


Nie mam innego wyjścia, jak szukać remedium dla naszych porażonych głów. Nie wiem, czy to co proponuję, to wystarczy, ale może choć odrobinę złagodzi nasze skołotane umysły i serca. Taki cel miał zapewne poeta, niezastąpiony w trudnych momentach życia  -  Konstanty Ildefons Gałczyński, a oto, co napisał :


„Ileż to lat, ileż to lat trzeba chodzić
po dniach, po nocach, po piętrach,
do ilu łomotać drzwi, w ilu szukać
książkach, światłach, muzycznych instrumentach,
po jakich drogach, co się w deszczu mylą,
zaplątują w niebieskich zachmurzeniach,
w ilu miastach z latarniami ! O, i w ilu
nieskończonych próbach, oczekiwaniach, doświadczeniach –

ażeby znaleźć jakieś jedno zdanie,
które do serca komuś wejdzie i zostanie,

parę słów ułożonych w dziecinny gwiazdozbiór,

a ten nad czyimś oknem będzie sunął świecąc
w noc zimową i powie ktoś: „Cóż noc niebrzydka!”

Bo trudno jest za włosy chwycić treść wzburzoną,
rytm odmienny jak księżyc, ten sam księżyc który
Beethoven z nieba zerwał i w sonatę wepchnął…

Nad tym oknem, nad tą lampą nie zagasłą,
rozgadane jak jesienna plucha  - 
jakich „Trenów”, jakich „Ballad i romansów”
można by się jeszcze w nas dosłuchać ?”


Żywię  nadzieję, że mimo takich czy innych osiągnięć nauki nie upadniemy na duchu i nie stracimy wiary. Będziemy głosić wszem i wobec, że życie ma jednak sens, zwłaszcza życie, w którym istnieje poezja, sztuka i kultura, a obok niej cudowny świat natury i ludzie wrażliwi na piękno i dobro. I pokąd stać nas na miłość, przyjaźń, współczucie,  pokąd „nad tą lampą nie zagasłą” możemy jeszcze posłuchać sonaty Beethovena lub pobłądzić z zafascynowania w tajemniczym świecie „Ballad i Romansów”, potąd jesteśmy wolni od jakichkolwiek naukowych zaszufladkowań.  Tak nam dopomóż Bóg (Twórco DNA) i Wszyscy Święci!

P.S.
A nasz dowcipny Burmistrz wymyślił znakomite antidotum na ogarniającą nas niechęć do tradycyjnego świętowania. Otrzymałem właśnie zaproszenie na cytuję:
Sowiogórskie Kolędowanie z Zespołem Sygnalistów Myśliwskich „Odgłosy Kniei
 i „Durlakowych Rogów”
Kolędowanie odbędzie się w dniu 21 stycznia od godz. 16:00 do 18:00 w Kościele Parafialnym pw. NMP Królowej Polski w Głuszycy.


Oczywiście wybieram się aby pokolędować w kościele, a zarazem poprzeć najbardziej sensowne moim zdaniem zajęcie dla myśliwych – dęcie w rogi, zamiast strzelania do bezbronnych zwierząt.



sobota, 20 stycznia 2018

Kompleks "Olbrzym" w Górach Sowich wciąż jeszcze zaagadką


podziemia Osówki

Najważniejsza atrakcja turystyczna Głuszycy - podziemia Osówki ma się dobrze. Corocznie odwiedza ją dziesiątki tysięcy turystów. Ostatnio stała się miejscem akcji nagrodzonego na festiwalu w Berlinie Srebrnym Niedźwiedziem filmu Agnieszki Holland "Pokot" opartym na książce Olgi Tokarczuk.
 
Czy to co możemy zobaczyć w podziemiach Osówki, to wszystko. Czy jest to tylko drobna część podziemnych labiryntów, a to najważniejsze zostało ukryte przez Niemców zawałem skalnym, trudnym do usunięcia?

To frapujące pytanie nie pozwala spocząć na laurach badaczom i odkrywcom tajemniczej inwestycji militarnej III Rzeszy w Górach Sowich, znanej pod kryptonimem „Riese”, czyli „Olbrzym”. Jedni szukają odpowiedzi w materiałach wojskowych, ale dotarcie do archiwów wojennych w Niemczech napotyka na podobną barierę jak ruch bezdewizowy Polaków do Stanów Zjednoczonych – w obu przypadkach na przeszkodzie stoją restrykcyjne przepisy tamtejszego prawa. Drudzy usiłują osiągnąć cel w sposób najbardziej praktyczny – poprzez dotarcie do dolnego pokładu pod Osówką.

Konsekwentnym propagatorem takiego rozwiązania jest długoletni badacz i poszukiwacz tajemnic Gór Sowich, autor wielu artykułów prasowych, książek, map, związany bardzo mocno z Głuszycą, emerytowany pułkownik, Jerzy Cera. To właśnie z jego inicjatywy prowadzone są metodyczne badania ścian skalnych w podziemiach Osówki przez naukowców Akademii Górniczo-Hutniczej z Krakowa, by wskazać najbardziej optymalne miejsce do górniczej penetracji. O kolejnych etapach tych prób badawczych dowiadujemy się z mediów i to jest element pokrzepiający. Czyżby nadeszła chwila, gdy od słów przechodzimy do czynów? Tyle lat zmarnowanych, może wreszcie uda się dotrzeć do sedna sprawy.

Czytelnikom mniej zorientowanym w temacie należy się informacja, dlaczego tak nam zależy na wyjaśnieniu tej zagadki. Co się może znajdować w nie odkrytych podziemiach Osówki, jeśli takowe w ogóle istnieją?

I tutaj pojawiają się najbardziej fascynujące hipotezy, zapierające dech w piersiach, wywołujące palpitację serca, a przynajmniej pobudzające do puszczenia wodzów fantazji.

jeden z wybetonowanych korytarzy w podziemiach Osówki


Posłużę się obszernym materiałem prasowym na całą dużą szpaltę wrocławskiego „Słowa Polskiego” z 20 listopada 1998 roku, jaki ukazał się w magazynie piątkowym „Do czytania w wygodnym fotelu”, którego redaktorem jest znana na Dolnym Śląsku dziennikarka i autorka książek sensacyjnych związanych z dziejami naszego regionu, Joanna Lamparska.

Autorka rozpoczyna od fundamentalnego stwierdzenia: zdaniem badaczy znamy tylko jedną trzecią wydrążonych podziemi. Gigantyczna pajęczyna podziemnych hal i sztolni rozciąga się w masywie Gór Sowich na powierzchni około dwustu kilometrów kwadratowych. Niemcy budowali ten kompleks rękami jeńców wojennych i więźniów od 1943 roku, ale według niektórych źródeł „Riese” zaczął powstawać od 1936 roku. Już wtedy pojawił się projekt wykorzystania Gór Sowich do celów militarnych. Być może właśnie w tym czasie otrzymał on nazwę „Riese”.

Po drugiej wojnie światowej nie zachowały się żadne dokumenty, na podstawie których można by ustalić jak naprawdę miał wyglądać „Olbrzym” i jakie było jego faktyczne przeznaczenie. Na ten temat pojawiło się mnóstwo hipotez, wypowiedziało się wiele autorytetów. Spróbujmy przyjrzeć się niektórym z nich:
Wojciech Stojak, poszukiwacz skarbów, autor filmu o „Riese”:

„Z materiałów, które znajdują się w Archiwum Federalnym w Koblencji, wynika, że kompleks „Riese” miał być kwaterą dla dowództwa III Rzeszy… Ja skłaniałbym się raczej ku produkcji zbrojeniowej, ale do końca nie mam własnego zdania. W materiałach Pentagonu „Riese” jest wymienione jako kwatera Hitlera z dużym znakiem zapytania.”

Jacek Wilczur, były członek Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce:

„W Niemczech oraz w Polsce funkcjonuje wersja kolportowana przez różnych ludzi, jakoby owe podziemne obiekty w rejonie Walimia, Jugowic, Sierpnicy, Osówki, Kolc – tunele i hale różnych wymiarów – przeznaczone były na siedzibę Adolfa Hitlera bądź na pomieszczenia Sztabu Generalnego niemieckiej armii. Większość liczonych w kilometrach chodników podziemnych, hal typowo produkcyjnych, nie konferencyjnych, konstrukcja i technika ich budowy, położenie w terenie blisko źródeł wody i minerałów, bliskość kopalń węgla i hut oraz węzłów kolejowych, komunikacji podziemnej, pozwalają przyjąć, że podziemne obiekty w Górach Sowich, stanowić miały w zamysłach i planach przywódców III Rzeszy, decydentów w zakresie polityki zbrojeniowej – gigantyczny koncern obejmujący swym zasięgiem cały Dolny Śląsk. Miała to być największa ze znanych we współczesnym świecie zbrojownia i arsenał III Rzeszy.”

Igor Witkowski, autor książki „Super tajne bronie Hitlera”:

Na wagę rejonu Sudetów dla programu produkcji broni odwetowej wskazuje fakt ulokowania tutaj dwóch bardzo ważnych centrów dowódczych: ośrodka planowania działań strategicznych z użyciem broni sterowanych radiem w rejonie Liberca i Jablonca oraz dużego centrum sztabowego w zamku Książ i pod nim (prawdopodobnie wraz z kwaterą Hitlera), mającego stanowić integralną część kompleksu „Riese”… Wszystko wskazuje również na to, że właśnie w tym obiekcie zamierzano połączyć program produkcji broni „V” z programem produkcji broni jądrowej.”

W wymienionym wyżej magazynie „Słowa Polskiego” Joanna Lamparska przeprowadziła wywiad z Jerzym Cerą pod znamiennym tytułem „Tajna skrytka III Rzeszy”. Oto co na pytanie, czego możemy się spodziewać z chwilą ewentualnego odblokowania wejść do ukrytych podziemi Osówki,  powiedział indagowany poszukiwacz:
„Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Na pewno spodziewam się dalszych tuneli, betonowych, gotowych hal. Jestem przekonany, że zamierzano tu robić głowice do V-2, być może znajdą się tam laboratoria. Umiejscowienie tego kompleksu w Górach Sowich nie było przypadkowe. To góry położone na uboczu, stare, pozbawione ruchów tektonicznych, a więc bezpieczne. Poza tym kilka kilometrów stąd była kopalnia uranu. W dokumentach przeczytałem, że w czasie wojny w jednej z kopalń wałbrzyskich zbudowano stos atomowy. Mało kto o tym wie”.

To co do tej pory odnaleźliśmy w Górach Sowich, to niewielka część całości. Ta całość musi być na tyle ważna, że poświęcono wiele trudu, aby ją ukryć. Gdyby nie było żadnej zagadki, nie byłoby anonimów. Dziwną rzeczą jest, że do dzisiaj nie wypłynęły żadne dokumenty dotyczące budowy.

Wydaje mi się, że sporo racji ma Mieczysław Mołdawa, były więzień Gross-Rosen. Pan Mołdawa, który z racji inżynierskiego wykształcenia – architekt i chemik – miał w obozie dostęp do części dokumentacji projektowej kompleksu ”Riese”, twierdzi, że Niemcy pracowali nad specjalnymi broniami elektronicznymi wysokiej częstotliwości, oscylatorami oraz podzespołami do rakiet, a zwłaszcza elektronicznego systemu ich naprowadzania.

Na co więc trafimy? Na coś ważniejszego niż złoto i Bursztynowa Komnata. Na coś bardzo ważnego dla istnienia III Rzeszy. W 1944 r. pewna grupa wiedziała już, że wojna jest przegrana. Hitler Hitlerem, ale naród musi przetrwać. Zaczęto więc się przygotowywać do fazy po przegranej wojnie. Zakładano, że to co jest istotne dla III Rzeszy, należy dobrze przechować.

Czy za zwaliskiem skalnym blokującym wejście do niższego pokładu podziemnych korytarzy kryje się najskrytsza tajemnica dowództwa wojskowego III Rzeszy? Czy znajdują się tutaj gotowe, wybetonowane hale produkcyjne, laboratoria, maszyny i urządzenia, a być może także dokumenty budowlane, których nie udało się odtransportować do Niemiec? Czy liczne przykłady konspiracyjnych działań ludności autochtonicznej, mających na celu ukrycie śladów, zamaskowanie wejść i zmylenie badaczy co do faktycznego celu inwestycji, ma swoje uzasadnienie istnieniem gigantycznej skrytki właśnie tutaj, w podziemiach Osówki?




Dlaczego ja o tym wszystkim piszę po raz kolejny. Otóż dlatego, że kilku poszukiwaczom na czele ze znanym odkrywcą tajemnic powojennych związanych z kompleksem „Riese”, Łukaszem Kazkiem, udało się dotrzeć do dokumentów znalezionych w archiwach czeskich w Pradze. Dotyczą one przedsięwzięć podjętych przez niemieckie dowództwo wojskowe z początkiem 1945 roku, których celem było przerwanie robót inwestycyjnych w podziemiach „Riese” i przerzucenie wszystkich sił i środków do planowanej w Świdnicy budowy dużego lotniska wojskowego, którego celem miało być uzyskanie przewagi w wojnie powietrznej z aliantami.

Odzyskane dokumenty podważają hipotezę dotyczącą tego, że w podziemiach Włodarza planowane było uruchomienia produkcji zbrojeniowej. Kompleks ten wraz z kwaterą Hitlera w zamku Książ miał być olbrzymim schronem dla dowództwa wojskowego III Rzeszy.

Niestety, wciąż nie znajdujemy odpowiedzi na pytanie: w jakim celu zablokowane zostały potężnymi wybuchami niektóre podziemne korytarze i co się  za nimi kryje ? Pozostaje też zagadką intrygujące pytanie dotyczące podziemnego labiryntu górniczych sztolni pod samym Wałbrzychem z prawdopodobnym laboratorium pod harcówką w Parku Sobieskiego, o czym dowiadujemy się z książki Jerzego Rostkowskiego „Podziemia III Rzeszy. Tajemnice Książa, Wałbrzycha i Szczawna-Zdroju”.

Ziemia wałbrzyska wciąż jeszcze pozostaje krainą pełna tajemnic ukrytych w podziemiach Gór Sowich, w kopalnianych korytarzach Wałbrzycha, najprawdopodobniej w samym centrum miasta.  Zablokowane zawałami, zamaskowane i zaminowane do dziś dyskretnie pilnowane przez służby specjalne stanowią zagadkę, której rozwiązanie w związku z upływem czasu i kosztami operacji odkrywczych, staje się coraz bardziej nieosiągalne.
Możemy się pocieszyć tym, że te tajemnice wzbudzają zainteresowanie turystów i wycieczkowiczów, czyniąc naszą ziemię wałbrzyską szczególnie atrakcyjną.

Fot. Robert Janusz

piątek, 19 stycznia 2018

Tam gdzie kończą się Góry Sowie




W planach wycieczkowych  nowego roku warto pamiętać  o miejscu, które nie wymaga szczególnej rekomendacji, bo o Srebrnej Górze (po niemiecku Silberberg), coraz głośnej we  wszelkiego rodzaju mediach. Właściwie napisano i powiedziano o niej już prawie wszystko.

Mam przed sobą znakomity album „Srebrna Góra  -  spojrzenie w przeszłość” z 2005 roku Jacka Grużlewskiego i Tomasza Przerwy, którzy ze zbieranych mozolnie przez lata dawnych pocztówek i fotografii sporządzili barwny i bogaty obraz byłego miasteczka. Rzecz jest zajmująca, pokazuje przeszłość położonej w przełęczy górskiej maleńkiej osady (w 1536 roku  - prawa miejskie), która skutkiem wielkiej inwestycji militarnej w XVIII wieku, stała się sławna w całej Rzeszy. 

Chodzi o zbudowaną powyżej miasteczka w latach 1765-1777 niebotyczną twierdzę wojskową, położoną na szczycie wzniesienia zamykającego pasmo Gór Sowich.

Do Srebrnej Góry jedziemy z Wałbrzycha tak samo jak na Przełęcz Jugowską lub Woliborską, tylko w Woliborzu na skrzyżowaniu skręcamy w prawo do Ząbkowic Śląskich. Przez Podlesie, Nową Wieś Kłodzką krętą drogą pod górę przedzieramy się w kierunku Przełęczy Srebrnej (568 m. npm.). Już na wierzchołku wzniesienia pojawiają się pierwsze zabudowania byłego miasteczka, dziś niestety,  wsi  -  Srebrna Góra. Położona w dolinie Przełęcz Srebrna rozdziela pasmo Gór Sowich od pasma Gór Bardzkich. Srebrna Góra to ostatnia z miejscowości  w południowej części Gór Sowich.

Dolne zabudowania Srebrnej Góry leżą na wysokości  360-370 m. To właśnie tutaj znajduje się zasadnicza część miasto-wsi z archaicznym ryneczkiem, zabytkowymi świątyniami i kamieniczkami, przypominającymi górskie miasteczka Sycylii. Nieopodal rozciągają się w rozległej dolinie zabudowania dużej wsi rolniczej – Budzowa, a dalej majaczą we mgle kontury wysoko położonego, zabytkowego rynku Ząbkowic Śląskich.

Nie potrafię powstrzymać się od osobistych refleksji. Jestem pewien, że są one zbieżne z wrażeniami wielu przyjeżdżających tu podróżnych. Będąc pierwszy raz w Srebrnej Górze, a było to tak dawno, że nie pamiętam dokładnie kiedy, chyba gdzieś w latach 60-tych, pamiętam tylko, że oniemiałem z zachwytu nad rozległymi widokami górskimi i atrakcyjnym położeniem miasteczka. Zastrzegam się, że będę w odniesieniu do Srebrnej Góry używał  określenia – miasteczko, bo ze wsią nie ma ona nic wspólnego.

Po zejściu z góry, gdzie zwiedzaliśmy z wycieczką szkolną fortyfikacje, na dole w samym miasteczku miałem mieszane uczucia. Z jednej strony zaskoczenie niezwykłą, zadziwiającą zabudową centrum, a z drugiej jej zaniedbaniem, brudem i szarością. Nie mogłem pojąć, dlaczego tak pięknie położona, atrakcyjna miejscowość turystyczna stała się nieomal bezpańska, opuszczona, pozostawiona samej sobie. To wrażenie utkwiło w mej świadomości, a kolejne pobyty utrwalały je jeszcze bardziej. Po każdym z nich odnosiłem wrażenie, że widzę postępującą agonię Srebrnej Góry, cacka architektury i perły krajobrazowej, nie mówiąc o bezcennym zabytku w postaci twierdzy srebrnogórskiej. W każdym cywilizowanym, szanującym się kraju, tak mi się wydawało i wydaje do dziś,  taki bezcenny skarb otacza się opieką i ochroną tak, aby nigdy nie stracił na wartości, a zainwestowane środki zwracają się w dwójnasób.


Srebrna Góra na szczęście nie umarła, znaleźli się ludzie, którzy własnym sumptem postarali się odbudować jej walory turystyczne, a w chwili obecnej daje się zauważyć systematyczny proces dźwigania się w górę. Srebrna Góra staje się piękniejsza skutkiem renowacji budynków własnościowych i publicznych, a także dzięki nowym inwestycjom. Powstały pensjonaty i pojawiły się miejsca noclegowe, rozwinęła się baza rekreacyjno-sportowa, a w ślad za tym coraz lepiej funkcjonująca sieć gastronomiczna i handlowa. Odnosi się wrażenie, że miasteczko znajduje się wciąż w budowie, ale widać tego efekty, bo staje się piękniejsze i atrakcyjniejsze dla przybywających coraz liczniej gości.

Srebrna Góra dba o swoją promocję, co roku odbywają się tutaj różnorodne imprezy kulturalno-rozrywkowe przyciągające turystów, przyjezdnych uczestników i widzów. Dużą rolę od lat odgrywa harcerstwo, dla którego jest stałym miejscem obozów harcerskich i corocznej „Akcji Srebrna Góra”.
Niedawno dowiedzieliśmy się o odkryciu w Srebrnej Górze podziemnych sztolni średniowiecznej kopalni srebra. Stanowi to kolejną bezcenną atrakcję przyciągającą turystów.

To miasteczko posiada niezwykle ciekawą historię, brzemienną w wydarzenia dużej miary. Szczególnie interesujące są dzieje twierdzy wzniesionej tutaj decyzją króla pruskiego Fryderyka II, stanowiącej ważne ogniwo w łańcuchu fortec od Kostrzynia po Koźle, zabezpieczających  południową granicę Śląska od strony Austrii. Budowa twierdzy stanowiła punkt zwrotny w rozbudowie miasteczka. Całość prac pociągnęła kolosalne wydatki, szacowane na 1 668 000 talarów, co było najdroższą inwestycją wojenną w dziejach Prus. W szczytowych okresach pracowało przy budowie twierdzy około 4 tysiące ludzi, poddawanych rygorom wojskowym. Po zakończeniu budowy w roku 1777, obsadzono ją garnizonem wojskowym liczącym137 oficerów i 2386 żołnierzy. Twierdzy tej nie udało się zdobyć wojskom francuskim w 1807 roku, dowodzonym przez księcia Hieronima Bonapartego, dzięki czemu zyskała ona nazwę „śląskiego Gibraltaru”.

Jest rzeczą interesującą, że właśnie na Dolnym Śląsku w Górach Sowich miały miejsce dwie największe w dziejach Niemiec inwestycje militarne. Pierwszą z nich, to właśnie twierdza srebnogórska, a zaś drugą, to kompleks „Riese” w masywie Włodarza.

tam u samej góry widoczne kontury twierdzy

W krótkim z natury rzeczy poście blogowym nie chcę rozwijać wątków historycznych, ani też współczesnych, o których jak już wspomniałem wiele napisano, również w wymienionym albumie, a także na stronach internetowych. Zachęcam do odwiedzin Srebrnej Góry teraz zimą, by zobaczyć to cudo w srebrzystej poświacie.  Latem w blasku lipcowego słońca można śmiało powiedzieć, że jest nie tyle srebrna, co złota, bo oglądana z góry promienieje w słońcu jak pozłacany klejnot. A najlepiej Srebrno-Złotą Górę oglądać właśnie z lotu ptaka, czyli z motolotni. Amatorzy tego sportu maja to swoje „lotnisko”. Ale to już osobny temat, podobnie jak historia atrakcyjnej trasy kolejowej z wiszącymi mostami i wiaduktami.

Najlepiej przekonać się o tym wszystkim osobiście. Trzeba tu po prostu przyjechać, choć są turyści, którzy robią to na własnych nogach, podążając przepięknymi szlakami turystycznymi.

Fot. Andrzej Szermer

czwartek, 18 stycznia 2018

Nowa moda - duńskie hygge!



robię co lubię


Jeszcze dobrze nie przebrzmiały echa zachodniej filozofii społecznej gender wywołującej zgorszenie środowisk katolickich spod znaku TV „Trwam” i radia „Maryja”, a już mamy kolejny, nowy trend o równie obcobrzmiącej nazwie – hygge. Trudno przewidzieć skąd to się bierze ta moda przyswajania sobie zagranicznych pomysłów na życie nie mających nic wspólnego z naszymi religijnymi korzeniami. 

Przyjrzyjmy się zatem tej nowej zachodnioeuropejskiej ideologii. Czym właściwie jest hygge?

To praktykowana przez Duńczyków sztuka "bycia szczęśliwym" mająca już ponad 200 lat, a do Polski trafiła stosunkowo niedawno, zyskując popularność dzięki poradnikom. Zwana jest także hyggelig. Jest to bardzo podobna ideologia do szwedzkiego lagom, gdzie szczęście definiuje się poprzez nie przesadzanie z czymś.

Hygge to sztuka szukania równowagi pomiędzy życiem zawodowym i prywatnym, to sposób na  tworzenie intymnej, przyjaznej atmosfery, alternatywa dla ciągłego pośpiechu i braku czasu dla siebie oraz swoich najbliższych. To cieszenie się małymi przyjemnościami, otaczanie się dobrymi ludźmi i przedmiotami, które sprawiają nam radość.

Hygge praktykować można wszędzie, ale według autora wydanego w tym roku poradnika "Hygge. Klucz do szczęścia" Meika Wikinga (przetłumaczona na 20 języków, sprzedana w ponad milionie egzemplarzy) relaks i komfort najłatwiej osiągnąć w zaciszu własnego domu. O ile oczywiście jest odpowiednio do tego urządzony. Duże znaczenie ma tutaj niezwykle popularny także w Polsce skandynawski wystrój wnętrza. Spokojne, jasne kolory, naturalne materiały, ciepłe oświetlenie, poduszki, koce - słowem wszystko, co dodatkowo pozwala nam się odprężyć.

Hygge to po prostu czas spędzany na tym, co sie lubi. Dla jednych to koc i dobra książka, dla innych odprężająca muzyka i przeniesienie się w świat fantazji, dla młodych ludzi mogą to być gry komputerowe, a dla nastolatków  dzika zabawa polegająca  na wspinaniu sie na drzewa. Wtedy jak sie ich spyta, czy było hyggeligt, to odpowiedzą, że  O,key! Słowo hyggeligt w odniesieniu do wnętrza domu oznacza po prostu "przytulnie", w odniesieniu do jakiegoś wydarzenia znaczy to mniej więcej tyle samo co fajnie, a rzeczownik hygge chyba najbardziej odpowiada słowu relaks,  tylko, po co eksportować pojecie, które oprócz tego, że brzmi obco,  w zasadzie nie da sie zdefiniować.

Idea hygge cieszy się zainteresowaniem domów mody, jej entuzjastami okazują się producenci odzieży, obuwia i tkanin. By żyć zgodnie z ideą hygge pomocne mogą okazać się  miękkie, przyjemne w dotyku tkaniny, z których uszyte są nasze ubrania i dodatki - szczególnie te, w których relaksujemy się w domu. Dobrze wiedzą o tym przede wszystkim miłośniczki zimowych kolekcji typu homewear, które pojawiają się w sklepach w okolicy świąt. Ciepłe szlafroki, w których można się zanurzyć po wyjściu z kąpieli, miękkie koce, idealne do leniuchowania w niedzielny poranek czy mięciutkie kapcie, w które miło wsunąć stopy po przebudzeniu. To wszystko sprzyja hygge, szczególnie w mroźne, zimowe wieczory i poranki.

Jeśli chcesz być hygge? To proste - bierz kartę kredytową i idź do sklepu. Nakup sobie szlafroków, piżam, skarpetek, poduszek, pluszaków, kocyków i kapci a od razu osiągniesz duńską harmonię i wewnętrzny spokój bo buddyjski wewnętrzny spokój w tym sezonie jest już niemodny. I koniecznie zmień stare meble na nowe skandynawskie. Mogą być z IKEI, wprawdzie to Szwecja, a nie Dania, ale autorytety ci powiedzą że załapałeś się na hygge.

Ale moim Czytelnikom radzę robić to po cichu, bez rozgłosu i bez wynoszenia tego na zewnątrz. Zaraz znajdą się tacy, co uznają to za bufonadę, a broń Boże, żeby nie dotarło to do środowisk bogoojczyźnianych, bo można się narazić na publiczną anatemę.

Oczywiście o tej ohydzie zwanej hygge nie usłyszycie ani słowa w TVPKurskiego, a TVP „Info” zamieści najwyżej na pasku denuncjację, że to szatańskie dziecko Tuska, które trzeba udusić w zarodku.

Mimo wszystko ja też chcę być od dzisiaj hyggeligt! Już pędzę do sklepu po kocyki i papućki. Obiecuję - od dzisiaj będę szczęśliwy zgodnie z modą hygge! Ale proszę tego nie rozgłaszać, bo może zakłócić mir domowy.  Niech to pozostanie między nami. Licho nie śpi!