Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

czwartek, 31 maja 2012


 Nad podziemną rzeką


wałbrzyski rynek

do rynku

Jak rodzynek w dobrym cieście
w centrum miasta jest Śródmieście,
cenimy je sobie wielce
Śródmieście, to miasta serce, 
tętni żwawą pracą, bije,
dzięki niemu miasto żyje.

Prześciga starówki wszystkie
nasze Śródmieście wałbrzyskie,
wyrosłe na górskich zboczach
lśni zielenią parków w oczach,
kręte drogi i ulice
przy nich wille jak kaplice,
stary rynek pnie się w górę
jakby chciał doścignąć chmurę.
ulice Sródmieścia

A największa tajemnica,
to ukryta gdzieś Pełcznica
płynie sobie w niemym geście
utopiona pod Śródmieściem.

Kiedyś nad nią rosło miasto,
ale stało się za ciasno,
więc pokryto ją mostami,
a zaś potem asfaltami.

Dziś w kronikach można czytać,
że pod miastem mknie Pełcznica,
że w ślad Daisy wnet podąża,
oplatając mury Książa

Trzeba głosić w mediach co dzień:
Wałbrzych to miasto na wodzie!
Gdy ta plotka się rozniesie
Prześcigniemy wnet Wenecję!


pałac Czettritzów w Śródmieściu

Mam nadzieję, że tym wierszowanym limerykiem uda mi się pobudzić zainteresowanie moich Czytelników zarówno wałbrzyskim starym miastem, jak też niezwykle intrygującym górskim potokiem o wdzięcznej nazwie Pełcznica.
O Śródmieściu, historycznej dzielnicy Wałbrzycha, napiszę wkrótce nieco więcej. Dziś parę słów o Pełcznicy, znanej z materiałów źródłowych z 1292 roku jako Polsniz, Polsnicz, a w 1355 roku jako Wasser Doltzniz, potem miała jeszcze kilka innych nazw. Tuż przed II wojną światową nazywała się Freiburger Wasser, zaraz po wojnie Czarna Woda, Cichy Potok, Ogorzelec, wreszcie Pełcznica. Już sama ilość nazw wskazuje jaka to ważna rzeka.
Jej źródeł możemy się doszukać powyżej Glinika Starego, na wysokości 630 m. npm., skąd spływa do Podgórza, omijając Zamkową Górę. Przed wiaduktem kolejowym kolo dworca Wałbrzych Główny znika pod ulicą Niepodległości, Mickiewicza, Aleją Wyzwolenia i Kolejową. Ponownie pojawia się dopiero w dzielnicy Stary Zdrój i podąża dość kręto równolegle do ulicy Armii Krajowej i Wrocławskiej do Szczawienka, gdzie przyjmuje Lubachowską Wodę i wpływa na teren Książańskiego Parku Krajobrazowego.


fot. Robert Janusz
Tutaj Pełcznica pokazuje swą niebywałą moc i urodę. Przedziera się skalistym przełomem wysokości ok. 80 m. pod Książem i ruinami Starego Książa, tworząc koryto niezwykłej urody ze względu na roślinność i piękno krajobrazu, zwłaszcza obserwowanego z góry (z tarasów zamku Książ lub miejsc widokowych Parku Książańskiego). Ten odcinek rzeki objęty jest ochroną jako rezerwat przyrody. Rośnie tu wiele okazów pomnikowych drzew, m.in. cisy pospolite, z najbardziej znanym cisem „Bolko” u wylotu z wąwozu Pełcznicy.
Dalej Pełcznica wzbogacona o wody Szczawnika płynie przez Świebodzice, następnie przez Ciernie na Równinę Świdnicką po czym, aż do ujścia w rzece Strzegomce, płynie wśród użytków rolnych i niewielkich lasów.
Choć jej w Wałbrzychu nie widzimy wiadomo, że stanowiła oś komunikacyjną miasta, spełniając ważną rolę w czasach dawniejszych, bo właśnie przy jej brzegach rozwijała się późniejsza aglomeracja wałbrzyska.
Myślę, że ta świadomość o ujarzmieniu rzeki w podziemnym kanale nie jest dla nas ujmująca. Brakuje jej w krajobrazie Śródmieścia, które byłoby dzięki płynącej przez nie rzece bardziej naturalnym i atrakcyjnym. Są rzeczy, których nie da się już odwrócić. Spróbujmy więc wykorzystać tę sytuację przynajmniej w celach promocyjnych miasta.

Fot. Violetta Torbacka

wtorek, 29 maja 2012


Nie tylko smutne, ale wręcz tragiczne


Dzięki uprzejmości naszej kierownik Miejskiej Biblioteki Publicznej w Głuszycy ( to miasteczko jest wyjątkowe, o czym już wielokrotnie pisałem, także w dziedzinie omijania obowiązujących przepisów prawa, dlatego w tym mieście jest kierownik, a nie dyrektor biblioteki) w moje ręce trafiła dość rzadka książka (nie tylko ze względu na „ciężar gatunkowy” – co najmniej pół kilograma i ponad 620 stron, ale także na wyjątkowość tematu, objętego przez całe lata PRL-u  absolutną cenzurą. Mowa o książce Romualda M. Łuczyńskiego, „Losy rezydencji dolnośląskich w latach 1945-1991”.
Przejrzałem tę wypełnioną drobniutkim drukiem „grubą” książkę, wczytałem się na początek w  rozdziały dotyczący najbliższych mi  -  zamku Książ i pałacu w Strudze i „ręce mi opadły”.
Pomyślałem, ta książka zaciera do reszty moje szczątkowe pozostałości dobrej opinii o czasach dzieciństwa, młodości i dojrzałego życia. Wtedy nie miałem świadomości, że wokół mnie dzieje się tyle zła. Przejrzałem na wyrywki jeszcze parę rozdziałów i w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że to jest książka dla „masochisty”, nie dla normalnego czytelnika. Trudno jest spokojnie czytać coś tak przygnębiającego. Nie miałem najmniejszego wyobrażenia, że na naszej wydawałoby się nie tak rozległej przestrzeni Dolnego Śląska „odziedziczyliśmy” po Niemcach tyle niezmierzonego bogactwa w postaci zamków, pałaców, dworków. Nawet trudno je zliczyć , zinwentaryzować, zwłaszcza że pojęcia zamku, pałacu dworku nie są jednoznaczne. W książce R. M. Łuczyńskiego są miejsca z fotograficzną ilustracją tego bogactwa, które w zdecydowanej większości zostało roztrwonione i zrujnowane przez żywioł „barbarzyńców” ludowej władzy komunistycznej, bo tego inaczej nie da się nazwać. To nie jest nawet wina ludzi, którzy w ten czy inny sposób stali się ich zarządzającymi lub właścicielami, to jest wina systemu, który wymyślił sobie własność społeczną, czyli praktycznie niczyją, a w dodatku nie znalazł sposobów i środków, aby ją zabezpieczyć
Pod koniec wojny pałace te przechodziły najczęściej „chrzest bojowy” ze strony oswobodziciela, czyli Armii Czerwonej. Stawały się miejscem jej zakwaterowania. Potem przejmowała je władza ludowa. Tak było z zamkiem Książ, ale także z barokowym pałacem w Strudze, który od końca XIII wieku do drugiej połowy XVII wieku był w rękach rodziny Czettritzów, później barona von Seherr-Thoss, barona von Richthofena i Leopolda von Zietena. Po "oczyszczeniu" pałacu przez wojska sowieckie przejął go miejscowy PGR, który w latach 50-tych urządził tu magazyn i skład materiałów pędnych. Później w 1959 roku, mocą uchwały Prezydium Rady Narodowej w Wałbrzychu pałac stał się oficjalnie siedzibą PGR w Strudze. Nie był on w stanie zadbać o  stan techniczny obiektu, nie był też tym szczególnie zainteresowany. W rezultacie budynek stawał się ruiną. Zabiegi wojewódzkiego konserwatora o przeprowadzenie remontu pałacu trafiały w próżnię. Spełzły na niczym zabiegi PKP o uczynieniu tam filii Sanatorium Kolejowego w Szczawnie-Zdroju. Opiekę nad opuszczonym obiektem przejął  mieszkaniec Strugi T. Kraszewski, potem zaś Posterunek MO w Starych Bogaczowicach. Nie przeszkodziło to, by młodzież urządzała sobie w pałacu wakacyjne harce i dopełniała procesu zniszczenia. W 1970 roku pałacem zaopiekował się  Witold Paciuk, który nawet w porozumieniu z konserwatorem zabytków urządził tam sobie mieszkanie. Oczywiście wiązało się to z koniecznością przeprowadzenia przez niego szeregu prac remontowych. Czynił to sukcesywnie przez kilka lat, nie znajdując nigdzie pomocy. Komisja która dokonała oględzin pałacu w styczniu 1976 roku wysoko oceniła ogrom prac wykonanych przez W. Paciuka, a generalny konserwator zabytków w Warszawie na wniosek wojewódzkiego konserwatora w Wałbrzychu przyznał mu nawet nagrodę w wysokości 5 tys. zł. za uratowanie pałacu przed zupełna dewastacją. Wkrótce potem W. Paciuk został zmuszony do opuszczenia pałacu pozostającego nadal w rękach PGR. To bardzo charakterystyczny moment w dziejach pałacu.
Wyeliminowano człowieka, który był w stanie ratować zabytek przez dalsze lata. Obiekt trafił do zasobów Sudeckiego Zjednoczenia Rolno-Spożywczego. Nie realizowało ono żadnych poleceń konserwatora zabytków zmierzających do ratowania pałacu. Sprawą zajęła się Prokuratura Wojewódzka w Wałbrzychu, zobowiązując nowego właściciela do przeprowadzenia remontu zabezpieczającego. W 1982 roku inspekcja konserwatora potwierdziła brak realizacji zaleceń i prokuratury, i konserwatora, a więc postępującą dewastację pałacu.
W dalszej części rozdziału znajdujemy szczegółową relację z toczącej się przez lata „wojny” pomiędzy urzędem konserwatora zabytków i właścicielem z udziałem prokuratury, której nie mam siły już przytaczać.To wszystko jest tak żenujące, wprost trudno uwierzyć, że się dzieje w cywilizowanym świecie. Trwa zresztą do dziś, a końca nie widać. Nie ma takiej siły, by przerwać chocholi taniec biurokratyczno-, urzędniczej karuzeli. Wynika z niej  jedno, że ochrona zabytków jest w naszym kraju propagandową fikcją nie mającą pokrycia z rzeczywistością.
Pałac w Strudze jeszcze istnieje jako tako zabezpieczony, ale dalej popada w ruinę. Nie wszędzie się udaje tak jak w Jedlinie-Zdroju przejąć pałac przez lokalną władzę samorządową , wystawić go na przetarg i znaleźć nowego właściciela, który jest w stanie odrestaurować zabytek z przeznaczeniem na mądre cele.

O bogactwie dolnośląskich rezydencji pałacowych mówił pięknie w Dolnośląskiej Bibliotece Publicznej we Wrocławiu  autor książek o Dolnym Śląsku, regionalista, Marek Perzyński.
Było to w minioną niedzielę (27 maja) przy okazji rozstrzygnięcia konkursu ogłoszonego przez Bibliotekę w ramach odbywających się co roku targów książki Siliesiana Dolnośląski Salon Wydawniczy. Do konkursu zaproszono wszystkich chętnych seniorów (osoby w wieku 50 lat i więcej), którzy zdecydują się napisać tekst pod tytułem  „Moja pierwsza praca zawodowa – wspomnienia dolnośląskich seniorów”. W ogłoszeniu konkursowym apelowano:  pomóżcie nam poznać Dolny Śląsk w minionych dekadach widziany Waszymi oczami.
Kierując się tym właśnie znamienitym przesłaniem jury konkursowe z Markiem Perzyńskim jako przewodniczącym, przyznało jedną z trzech nagród autorowi, który opisał swą pierwszą pracę zawodową w Fabryce Samochodów Ciężarowych w Lublinie. Lublin - to przecież prawie Dolny Śląsk, tylko trochę bardziej na wschód. Nie zmąciło to ani na moment sumienia prześwietnego jury konkursowego Dolnośląskiej Biblioteki.  Samo życie!

Fotografie Roberta Janusza z pleneru artystycznego głuszyckiego CK  w "Łomnickiej Chacie" .

niedziela, 27 maja 2012


Koko horoskop


wizjoner
Euro 2012 tuż, tuż. Za parę dni otwiera się dla nas Eldorado. Myślę o tym tak intensywnie, że śni mi się po nocach. Właśnie tej nocy miałem proroczy sen. Jeszcze się dobrze nie otrząsnąłem i już staram się przenieść go na monitor, bo jest on, o dziwo nader optymistyczny.
I pełen patriotycznej wymowy, na nutę znaną nam wszystkim od żłobka i przedszkola do renomowanych pubów i restauracji. Cała Polska śpiewa hymn naszych piłkarzy Euro 2012 „Koko, Euro spoko”, a ja ze wszystkimi.
Nie mogłem inaczej, pod wrażeniem pełnych młodzieńczej werwy i dziarskości „Jarzębinek”, podrygując ochoczo, przenoszę na ekran proroczy horoskop, zachowując konwencję wierszowaną:

Koko, koko, koko, koko
nasza grzęda hen, wysoko
gdakaliśmy doskonale
więc jesteśmy już w finale

Dzięki formie wyśmienitej
mamy medal z masy litej
Euro spoko, Polsko spoko
zdobyliśmy szczere złoto

Więc wesołe Jarzębiaczki
podrygują jak kurczaczki:
chodźcie z nami, koko, koko,
kto nie z nami jest miernotą

Klnie na Euro w pasji szewskiej
idol PiS-u  - Tomaszewski,
na team Smudy się wypina
woli chłopców tych z Berlina

Kto tak naszym lica muska?
To usta Donalda Tuska, 
zasłużyły dzielne chłopy,
mamy puchar Europy

Z piłkarzami niczym tato
wciąż na przedzie Grzesiu Lato,
złotem błyska jego oko
podśpiewuje koko koko

Show z Kocudzy na życzenie
Tańczy polkę w PZPN-enie
Mucha spoko, Smuda spoko
cud się spełnił  -  koko, koko

Cała Polska jest na fali
bośmy złoto wygdakali
Ruskich, Niemców wygwizdali
i będziemy gwizdać dalej…

Gdzie tak Hofman żwawo bryka?
Mszę zamówić u Rydzyka,
Euro- złoto jest dziś cnotą,
dla pobożnych jest jak  kokon

A kibice piwo żłopią
Ryczą zgodnie  -  koko koko

Kurze koko w futbol hymnie
teraz się na stałe przyjmie !


Kijów nasz
 Bardzo proszę zapamiętać, że ja jako drugi z kolei, po wizjonerkach „Jarzębinkach”, to właśnie wygdakałem,  ku ogromnemu zgorszenie całej plejady znawców futbolu, ekspertów, malkontentów i wszelakiej innej maści maruderów. Oni biedni nie potrafią pojąć, że Euro w Polsce i Ukrainie nie może zakończyć się inaczej jak misja Bolesława Chrobrego w celu osadzenia na tronie kijowskim swego zięcia Świętopełka. Bolesław swój cel osiągnął choć wyszczerbił miecz o bramy Kijowa. My też w Kijowie osiągniemy cel. „Jarzębinki” to wyśpiewały, a ja zobaczyłem w moim proroczym śnie. Tak więc  - Koko  -  Euro spoko!
Stoickiej, empatycznej, melancholijnej niedzieli życzę !

sobota, 26 maja 2012


Świetność (?) Sobięcina


obiekty towarzyszące galerii "Victoria"

nowy Sobięcin
 To była normalna wieś łańcuchowa, ciągnąca się w przełęczy wzdłuż górskiego potoku. Nosiła początkowo nazwę Hermannsdorf, a potem Hermsdodrf, dzieląc się na  Ober i Nieder (Górny i Dolny). Jej powstanie datuje się na rok 1305, tak samo jak Wałbrzycha. Do 1818 roku była wsią w księstwie świdnickim, a następnie w powiecie świdnickim i to aż do końca wojny w 1945 roku.. Nie leżała na wędrownym szlaku, nie stała się też nigdy siedzibą właścicieli, którymi przez długie lata był ród Czettritzów. To oni w XVI wieku rozpoczęli tu wydobycie węgla kamiennego w niewielkiej kopalni odkrywkowej, a w 1586 roku von Georg Czettritz nadał wsi ordynację górniczą.
Nieco większy rozwój Sobięcina miał miejsce po wojnie 30-letniej, czyli w II połowie XVII wieku, ale wiązał się z tkactwem chałupniczym. W 1787 roku wieś liczyła 30 kmieci, 4 zagrodników, 50 chałupników. Istniał też folwark, szkoła i 2 młyny wodne.
W 1751 roku baron von Czettritz - Neuhaus założył kopalnię „Frauengrube”. Dawała ona 500 ton węgla rocznie. W 1776 powstała kolejna kopalnia „Beste”, należąca do gwarectwa.  W 1787 roku pani von Platte uruchomiła kopalnię „Charlotte”, a baron von Czettritz-Neuhaus kopalnię „Heinrich”, która dawała 750 ton węgla rocznie.. W  dalszych latach powstała kolejna kopalnia „Neue Heinrich”, a gwarectwo założyło kopalnię „Friedenshofnung”. W XIX wieku wszystkie te kopalnie łączyły się ze sobą, upadały, wznawiały ponownie produkcję, a Sobięcin stawał się coraz bardziej ośrodkiem przemysłu ciężkiego. Uruchomiono produkcje koksu, hutę żelaza. Sobięcin przeżywał lawinowy proces uprzemysłowienia, przekształcając się z cichej i spokojnej wsi w prężne osiedle przemysłowe. Liczył już wtedy 11 tysięcy mieszkańców. Poszczególne kopalnie zwiększały wydobycie, osada rozwijała się żywiołowo, budowano więc bloki mieszkalne w bezpośredniej bliskości kopalń i fabryk. Warunki mieszkaniowe były trudne ze względu na ogromne przeludnienie domów i skażenie środowiska.
Wielką rolę w rozwoju Sobięcina odegrała linia kolejowa przeprowadzone przez osiedle w II połowie XIX wieku, łącząca Wałbrzych z Jelenią Górą i Wrocławiem  Można było wywozić węgiel i koks we wszystkie strony świata. Linia ta jeszcze przed I wojną światową została zelektryfikowana. Dworcem kolejowym dla Sobięcina  był Wałbrzych Fabryczny, do którego prowadziły bocznice z poszczególnych pięciu kopalni.
Sobięcin był zarazem dużym majątkiem ziemskim. W 1870 roku majątek ten należał do proboszcza Franza Gyrdta, a obejmował 1088 morgów ziemi i przynosił roczny dochód w wysokości 958 talarów.
Sobięcin rozwijał się prężnie. Wznoszono okazałe wille i pałacyki dla właścicieli i dyrekcji kopalń i zakładów przemysłowych. W 1972 roku otwarto sierociniec dla 200 dzieci ufundowany przez baronową Emilie von Dyhern-Czettritz. Dopiero z początkiem XX wieku wzniesiono pierwszy kościół, a drugi powstał w 1930 roku. Ważnym wydarzeniem było doprowadzenie w 1908 roku linii tramwajowej z placu Grunwaldzkiego w Wałbrzychu. W ten sposób Sobięcin jako wieś z linią tramwajową stał się swoistym curiosum (podobnie zresztą jak Biały Kamień i Szczawienko).
Pod koniec XIX wieku nastąpiła konsolidacja kopalń . Najpierw w 1886 roku połączono kopalnię „Gluckhill” z „Neue Heinrich” (potem „Wilhelmine”), a w 1893 roku wchłonęła je „Fridenshofnung”, która połączyła się z „Julie” w Białym Kamieniu.
Sobięcin przez wszystkie te lata wstrząsały strajki i zaburzenia, których powodem były niskie zarobki i złe warunki pracy i mieszkaniowe. Rozwój gospodarczy Sobięcina, powstanie dużego osiedla przemysłowego nie skutkowały lepszymi warunkami życia prostych ludzi, czyli tzw. lumpenproletariatu, których z roku na rok przybywało coraz to więcej.
W czasie I wojny światowej w kopalniach wykorzystywano do produkcji jeńców wojennych, zwłaszcza wziętych do niewoli Rosjan. W 1928 roku kopalnie Sobięcina weszły w skład koncernu „Niederschlesische Bergbau”. Pozyskiwano z nich ponad 1 milion ton urobku rocznie. W 1936 roku przy kopalni powstała duża, nowoczesna elektrownia.
Po II wojnie światowej w Sobięcinie połączono wszystkie miejsca wydobycia w jedną kopalnię o nazwie „Victoria”. W kolejnych latach została ona rozbudowana, stając się największą  w wałbrzyskim zagłębiu. Zmodernizowano i unowocześniono także koksownię. Dla poprawy bezpieczeństwa i zwiększenia wydobycia podjęto budowę nowego szybu „Kopernik” wraz z żelbetonową konstrukcją wieży. Inwestycja kosztowała drogo i była już na ukończeniu, kiedy z początkiem lat 90-tych podjęto decyzję wstrzymania, a następnie likwidacji kopalni. Pozostała koksownia, która pracuje w oparciu o węgiel dostarczany z Górnego Śląska, w dalszym ciągu wpływając na zanieczyszczenie środowiska.
Sobięcin  uchodzi w powszechnej opinii za najmniej atrakcyjną dzielnicę Wałbrzycha. Likwidacja kopalń daje się tu odczuć szczególnie dotkliwie. Pisałem o tym w poprzednim poście, wskazując część Sobięcina, zwaną Palestyną, jako drastyczny przejaw degradacji społecznej, materialnej i obyczajowej osiedla.
Wałbrzyski Sobięcin wydaje się niezwykle wymownym przykładem wypaczeń najpierw kapitalistycznej, potem zaś socjalistycznej industrializacji, w której liczy się tylko produkcja i zysk kosztem bezwzględnego wyzysku pracy. Można by o tym napisać niejedną pracę naukową. Czy jednak może to coś zmienić. Świadomość świadomością, a prawa ekonomiczne kroczą nadal bez względu na ustroje i ich podbudowę ideologiczną, swoją drogą. A może jednak Sobięcin odżyje na nowo stając się nowoczesną dzielnicą usługowo-handlową, czego zwiastunem stała się galeria „Victoria”. Oto jest pytanie, nie mniej intrygujące od  hamletowskiego.

Tekst w oparciu o "Słownik geografii turystycznej" pod red. Marka Staffy, cz. 10
Fot. z internetu

czwartek, 24 maja 2012


Gdyby nie ta Palestyna



obdrapane bloki mieszkalne Sobiecina
Sobięcin, to dzielnica Wałbrzycha, która najdobitniej potwierdza, że Wałbrzych jest miastem kontrastów. W przeszłości Sobięcina znajdujemy chlubne karty, świadczące o jego spontanicznym rozwoju i czasach świetności, teraz też zaświeciła przed nim jutrzenka nadziei, dzięki supernowoczesnemu centrum handlowemu z galerią „Viktoria” na czele. Natomiast długie lata PRL-u, a zwłaszcza lata 90-te po likwidacji wałbrzyskich kopalń, nie należały do najlepszych. Zaraz po wojnie dolna część Sobięcina, zwanego pierwotnie Węglowcem została zasiedlona przez sporą grupę Żydów. Nazwano ją Palestyną. W miarę upływu czasu ta część dzielnicy w zakolu linii kolejowej Wałbrzych Główny – Wałbrzych Miasto ubożała coraz bardziej, popadała w ruinę, dostosowywała się do obskurnego krajobrazu pobliskich hałd kopalnianych i osadników, gromadząc tu ludzi marginesu społecznego, bezrobotnych, bezdomnych, złodziejaszków i alkoholików. Żydzi opuścili to miejsce, wyemigrowali z Wałbrzycha, podobnie jak z całej Polski za czasów Gomułki.  Nazwa Palestyna, stała się synonimem czegoś w rodzaju faveli, dzielnic nędzy, znanych z brazylijskiego Rio de Janeiro, co oczywiście ani z Palestyną, ani z Żydami nie ma nic wspólnego.


ponure miejsca Sobięcina

szyb kopalni Viktoria
 Sobięcin zaraz po wojnie, podobnie jak Biały Kamień, zyskał status samodzielnego miasta. Nic w tym dziwnego, bo było to duże osiedle przemysłowe w północno-zachodniej części Wałbrzycha, graniczące bezpośrednio z Boguszowem-Gorcami i Białym Kamieniem. Od północnego zachodu góruje nad nim Chełmiec, a ściślej Kopisko, a od południa Kuźnicka Góra i Brzezinka. Jest więc Sobięcin położony w pięknym otoczeniu gór i  lasów, choć fabryczna, zrujnowana  zabudowa dzielnicy zasłania wyraźnie górskie krajobrazy. Część lasów została mocno zniszczona w ostatnich latach przez kopaczy węgla w tzw. bieda-szybach. Pustoszeją też ogródki działkowe podobnie jak unieruchomione zabudowania pokopalniane i pofabryczne oraz walące się budynki mieszkalne.
W centrum dzielnicy jest duży Park imieniem Tadeusza Kościuszki z rzadkimi gatunkami drzew i krzewów, a poza parkiem pomniki przyrody jak na przykład liczący sobie ok. 650 lat. cis pospolity przy ul. 1 Maja o obwodzie 3,1 m.
Osią komunikacyjną dzielnicy jest ciągnąca się ok. dwa i pół kilometra główna ulica 1 Maja, a wyżej Zachodnia, którędy prowadzi droga wyjazdowa z centrum Wałbrzycha do Boguszowa i Kamiennej Góry. Do Boguszowa można też dojechać boczną ulicą Kosteckiego  przez Kuźnice Świdnickie. Do Szczawna-Zdroju jedziemy boczną ulicą Andersa przez Biały Kamień .
Dlaczego mówimy o Sobięcinie jako o dzielnicy przemysłowej?  Otóż przez długie lata  funkcjonowała tu duża kopalnia węgla „Viktora”, z licznymi szybami i urządzeniami, a obok niej koksownia i elektrociepłownia, no i oczywiście wiele mniejszych zakładów produkcyjnych, rzemieślniczych i handlowych. Tak jak w dużej dzielnicy każdego miasta  mamy tu dobrze rozwiniętą sieć kulturalno-oświatową i usługową. Chlubą dzielnicy jest Wyższa Szkoła Zarządzania i Przedsiębiorczości, są  szkoły podstawowe, gimnazja, szkoły ponadgimnazjalne. W części górnej Sobięcina znajdują się domy zakonne księży salezjanów oraz sióstr franciszkanek, prowadzących dom pomocy społecznej i niepokalanek - prywatne liceum ogólnokształcące. Sobięcin prezentuje sam w sobie unikalną zabudowę przemysłową, obecnie jednak stare poniemieckie kamienice przez nikogo od lat nie restaurowane znajdują się zazwyczaj w fatalnym stanie.
Powstanie i rozwój Sobięcina wiążą się ściśle z rozwojem górnictwa w dobrach słynnej rodziny von Czettritzów, zamieszkujących w XIV wieku, Nowy Dwór na górze Zamkowej, a następnie rodu Hochbergów z Książa. Maleńka wieś Sobięcin, podobnie jak sąsiedni Biały Kamień rozrastała się proporcjonalnie do otwieranych tu nowych szybów kopalnianych, stając się w XIX wieku dużym osiedlem górniczym. Myślę, że trzeba będzie powrócić do tej historii w którymś z kolejnych postów mojego blogu.
Warto poznać interesującą historię Sobięcina, a zarazem pomyśleć nad tym, czy połączenie Sobięcina z Wałbrzychem w 1951 roku było lepszym rozwiązaniem, aniżeli pozostawienie go jako samodzielne miasto. Może udałoby się wtedy uratować ginącą substancję mieszkaniową i powstrzymać degradację zawodową i społeczną mieszkańców, efektem której było powstanie wałbrzyskich slumsów -  zwanych Palestyną.


III Liceum Ogólnokształcące

domki jednorodzinne na Sobięcinie

Spokojny weekendowy spacer po Sobięcinie, zwłaszcza po bocznych ulicach osiedla, także tych w części górnej, graniczącej z Kuźnicami Świdnickimi i Boguszowem-Gorcami może dostarczyć interesujących spostrzeżeń i refleksji. To mogłaby być piękna, przytulna, spokojna dzielnica Wałbrzycha, ale też osobne miasteczko. Jest tu mnóstwo wspaniałych pod względem architektonicznym, zabytkowych budowli (kościoły, klasztor, szkoły, budynki mieszkalne, także nowo zbudowane, zespoły szybów  kopalnianych, zabudowania pofabryczne), jest duży park, są ogrody i tonące w kwiatach domki jednorodzinne, jest bujna roślinność na zboczach gór.  Ale są też budynki i miejsca budzące grozę, wołające o pomstę do nieba. Jak można było do tego dopuścić? Czy proces dewastacji i degrengolady zostanie wreszcie powstrzymany? Czy ktoś potrafi rozwiązać problem ludzi, którzy w drążeniu bieda-szybów w okolicznych lasach  znajdują jedyną szansę na przeżycie?

galeria "Viktoria"

biura galerii
Przecież tuż obok, nieomal w sąsiedztwie tzw. Palestyny, powstaje zupełnie nieznany, nowoczesny świat, którego wizytówką jest hipermarket o nazwie dawnej kopalni węgla „Viktoria”, a obok jeszcze inne markety, hurtownie, albo też zakład przemysłowy „Enitra” sp. z o.o. jeden z najnowocześniejszych w Polsce  produkujący elementy napędu i transportu ( pasy napędowe, taśmy transportujące)  z zachowaniem wszelkich wymogów ekologicznych. Na Sobięcinie powstał największy w regionie kompleks handlowo-rozrywkowy, Galeria "Victoria", w skład której oprócz galerii handlowej z ok. 200 sklepami i restauracjami wchodzi multikino Cinema City (8 sal kinowych, 1300 miejsc), amfiteatr, salon gier oraz sezonowe lodowisko. Rozpoczęła się budowa drugiego etapu inwestycji, tj. hotelu międzynarodowej sieci Holiday Inn oraz czterech budynków mieszkalnych spełniających standardy apartamentów.
Póki co żyjemy w świecie kontrastów. Może to właśnie stanie się asumptem do odbudowy dawnej świetności osiedla, a „Palestyna” przestanie już odstraszać ludzi pragnących z Sobięcinem związać się na stałe.

Fot. z galerii internetowych

wtorek, 22 maja 2012


Ciągle czekam !


Jedlina-Zdrój, panorama

Jedlina-Zdrój, uzdrowisko
 To już chyba ze dwa lata jak czekam na tę książkę. Pisałem ją jak w transie mając przeświadczenie, że to będzie „dzieło” mojego życia, najważniejszy ślad moich związków z Jedliną. Traktowałem ją jako zadośćuczynienie dla mojego długoletniego miejsca pracy, dla miasteczka, z którym się zżyłem i które pokochałem. To jest mój dowód wdzięczności i sympatii dla wielu bliskich mi mieszkańców Jedliny-Zdroju. o których wiem, że kochają swoje miejsce urodzenia lub zamieszkania tak samo jak ja, chociaż mieszkam obok, w sąsiedniej Głuszycy.



Wydawcą książki jest Stowarzyszenie Miłośników Jedliny-Zdroju, prężna i bardzo ważna dla miasta organizacja. Ambicją jej Zarządu jest by była to książka „na poziomie”, porządna, w twardej oprawie, obfitująca w najlepsze fotografie, a jak wiadomo, to kosztuje. Trzeba więc było gromadzić fundusze i szukać sponsorów, co nie jest łatwe. Dziś to wszystko jest już za nami. Książka  pod tytułem „U źródeł Charlotty” jest w dobrych rękach drukarzy z wałbrzyskiego „Poldruku”, być może z początkiem czerwca stanie się wydarzeniem ważnym w historii miasta. Jest to pierwsza porządna książka o historii i współczesności Jedliny-Zdroju.
Dalej więc czekam w napięciu i snuję wyobrażenia, że mam ją w ręku.  Ale teraz to nie jest już  tylko wytwór fantazji. Cieszę się więc jak maluch, któremu rodzice obiecali wycieczkę  w czarodziejski „świat dziecka” w Kőthen ( Saklsona). Póki co podzielę się z państwem tym, co napisałem w ostatnim rozdziale tej książki („Posłowie”):

Jedlina-Zdrój, fontanna przed Urzędem Miejskim
 „Napisałem o Jedlinie-Zdroju to wszystko, co dyktuje mi znajomość miasta, wiedza zaczerpnięta z książek i emocjonalny stosunek do byłego, wieloletniego miejsca pracy. Książka ta, to dług wdzięczności dla tego uroczego skrawka ziemi wałbrzyskiej, gdzie przyszło mi spędzić najlepsze lata. Mam też świadomość, że to co udało mi się umieścić w tej książce, to bardzo niewiele, zarówno jeśli chodzi o historię jak i współczesność miasta. Ale nie jest to monografia, ani też książka stricte naukowa, czy nawet popularno-naukowa. Jest to książka, którą chcę zachęcić Czytelników do zainteresowania się dziejami Jedliny-Zdroju i przekonać ich, że warto, że są to dzieje ciekawe i odkrywcze. Chcę też tą książką, mimo że nie mieszkam w Jedlinie-Zdroju, podnieść na duchu jej mieszkańców, przelać w ich serca mój optymizm i przeświadczenie, że można być dumnym będąc Jedlinianinem, że dzieją się tu i teraz rzeczy wyjątkowe i wielkie, że kiedyś po latach staną się chlubną kartą historii tego niezwykłego miasteczka-uzdrowiska. Skupiłem uwagę Czytelników na tematach, które wydają mi się najciekawsze, ale wiem, że nie o wszystkich napisałem wyczerpująco, że mnóstwo innych interesujących szczegółów pominąłem.. Cieszyłbym się, gdyby ta książka zachęciła miłośników Jedliny-Zdroju do dalszych prób odsłaniania jej wyjątkowości.
Moją książkę traktuję jako swego rodzaju przewodnik, informator, przydatny jak sądzę osobom przyjezdnym, kuracjuszom, wczasowiczom, turystom, którzy chcą się dowiedzieć coś więcej o miejscu swego pobytu. Mam nadzieję, że lekka w czytaniu, przystępna i nie za długa książka spełnia taką właśnie rolę. Jeśli uda mi się zainteresować jej treścią mieszkańców miasta, a zwłaszcza moich przyjaciół ze Stowarzyszenia Miłośników Jedliny-Zdroju, jeśli dzięki tej książce poczują jeszcze większą niż dotąd więź mentalną i emocjonalną z miejscem swego zamieszkania, a także chęć bliższego poznania uroków całego regionu wałbrzyskiego, to będę miał satysfakcję, że mój trud nie poszedł na marne.”
Jak tylko książkę będę już miał w ręku,  w pierwszej kolejności podzielę się tą wiadomością z Czytelnikami mojego blogu.

Fot. z miejskiej strony internetowej.

poniedziałek, 21 maja 2012


Pogodny nowy tydzień


szkoła z salą gimnastyczną

dzieci w "miasteczku linowym"
Zostałem zaproszony do Jedliny-Zdroju na piękną uroczystość nadania imienia Janusza Korczaka mojej byłej szkole. Ta szkoła, to „jedynka” pod lasem, a właściwie Parkiem Południowym, o którym tak interesująco mówiła w minioną sobotę i niedzielę Alicja Gisterek z Jedliny-Zdroju w wałbrzyskiej rozgłośni radia „złote przeboje”. Dziś w tym parku znajdują się „cuda-niewidy”, z których zasłynęła Jedlina na Dolnym Śląsku. A więc i letni tor saneczkowy, i park linowy, i wyciąg narciarski, i nowo zbudowana restauracja „Czarodziejska Góra”, a przy niej inne jeszcze punkty gastronomiczne. Jest tam prawdziwy „raj dla dzieci” – „miasteczko linowe”, ale także szkółka narciarska i jeszcze inne rozrywki.
To bardzo blisko szkoły, która zachwyca swym położeniem i kolorową elewacją budynku z salą gimnastyczną i kortem tenisowym jak przystało na nowoczesna szkołę.
W 1975 roku, kiedy zostałem dyrektorem tej szkoły, to była „nowa szkoła”. Istotnie nowa, bo zbudowana parę lat wcześniej, ale nie mogła pomieścić wszystkich uczniów podstawówki, więc klasy młodsze uczyły się w położonych nieopodal przy głównej ulicy Piastowskiej dwóch budynkach „starej szkoły”. Tam też była świetlica z dożywianiem, a latem organizowane były kolonie letnie dla dzieci z Prudnika. W „nowej szkole” też były kolonie dla dzieci z Wrocławia, a w ogóle Jedlina była miejscem jeszcze paru innych kolonii letnich w domach wczasowych „Podgórze” i „Słowik”, w „Śnieżynce” i „Magnolii”.
Obok „jedynki” w Jedlinie były jeszcze trzy szkoły podstawowe – w Jedlince, Suliszowie i Kamieńsku. Były też cztery przedszkola, no i był istniejący do dziś, ale obecnie znacznie „uboższy” w ilość budynków i dzieci – dom dziecka na górce, przy ulicy Chojnowskiej.
Wymieniam wszystkie placówki oświatowe, które w sumie podlegały wówczas utworzonej, nowej instancji, tzw. miejskiego dyrektora szkół (zamienionej później na inspektora oświaty, podlegającego bezpośrednio burmistrzowi miasta). Miejski dyrektor szkół, a zarazem dyrektor „jedynki” miał do pomocy zespół ekonomiczno-administracyjny szkół, prowadzący sprawy finansowe i gospodarcze. Dla mnie, dotychczasowego nauczyciela w szkole włókienniczej w Głuszycy, był to awans dużej miary. Pochlebiam sobie, że sprostałem temu zadaniu, bo w Jedlinie jako szef jedlińskiej oświaty trwałem równych 15 lat, do czasów kolejnej reformy oświatowej po przemianach ustrojowych 1991 roku.
15 lat, to szmat czasu, jest co wspominać. Przez szkołę przewinęło się mnóstwo dzieci, nauczycieli i pracowników obsługi. Nic więc dziwnego, że zaproszenie do mojej byłej szkoły poruszyło struny reminiscencji. Akurat mój blog nie jest miejscem na odsłanianie osobistych kart niedalekiej przeszłości i nie widzę takiej potrzeby. Istotniejsze jest to, co się dzieje obecnie w jedlińskiej oświacie. Nadanie imienia jedynej w tej chwili szkole podstawowej w mieście, to ważne wydarzenie świadczące o dużej roli i znaczeniu tej szkoły i że władze miejskie potrafią to docenić. Parę lat wcześniej podobną uroczystość przeżywało jedlińskie gimnazjum, w rozbudowanej dawnej szkole w Suliszowie, przyjmując imię Jana Pawła II. W tym tygodniu również „jedynka” będzie miała swego patrona i to postać też bardzo mocno związaną z miłością do dzieci, wielkiego Janusza Korczaka.
uroczystość szkolna




Dzisiejszy majowy poniedziałek rozpoczyna pogodną końcówkę maja (tak zapowiadają meteorolodzy), a 31 maja, czyli dzień uroczystości w mojej dawnej szkole, to dla mnie wzruszające apogeum. Przyznam się, że mam nie mniejszą tremę, niż wtedy gdy pojechałem do Jedliny-Zdroju w celu objęcia nowego miejsca pracy.

niedziela, 20 maja 2012


Piękna nasza ziemia wałbrzyska


zamek Książ pod Wałbrzychem

Sala Maksymiliana na zamku Książ
 W „Śpiewniku Historycznym – Tam na błoniu błyszczy kwiecie” Polskiego Wydawnictwa Muzycznego w Krakowie z 1985 roku znajduję  znaną pieśń „Piękna nasza Polska cała” do słów poety, Wincentego Pola:

Piękna nasza Polska cała,
piękna, żyzna i niemała,
wiele krajów, wiele ludów,
wiele stolic, wiele cudów,
lecz najmilsze i najzdrowsze
przecież, człeku, jest Mazowsze

Bo gdzie takie cudne stroje
I śpiewanki, i dziewoje?
Kto w podkówki tak wykrzesze?
Komu miłe tak pielesze
jak ojczyste Mazurowi?
Niechaj cała Polska powie…

Gdyby Wincentemu Polowi przyszło dzisiaj żyć i pisać wiersze nie jest wykluczone, że do sławy rodzimego Mazowsza dołożyłby dodatkowe strofy:


Park Zdrojowy w Szczawnie, promenada

zamek Grodno w Zagórzu Ślaskim

Dana, dana, dana, dana
Prócz Mazowsza jest kochana
o czym każdy słowik kląska
nie mniej piękna ziemia śląska,
a na Śląsku wszystkim bliska
cud natury  -  ziemia wałbrzyska !

Tu czekają cię emocje,
źródeł których trudno dociec,
by uniknąć więc kłopotu
nawiąż kontakt z biurem LOT-u,
tam ci wskażą do zwiedzenia
moc atrakcji, w tym podziemia.

kościółek w Kamieńsku
W nich tajemnic co się zowie,
z tego słyną Góry Sowie,
zaś Wałbrzyskie i Kamienne
w stare zamki są brzemienne,
dla relaksu i ochłody
możesz pić szczawieńskie wody.

Każdy Polak tu podąża,
by podziwiać mury Książa
cud ogrody i tarasy ,
w których „kwitła” księżna Daisy!

Wiedzą o tym nawet smyki
Wałbrzych  - hitem turystyki !

I to by było na tyle w ramach niedzielnych pobożnych życzeń.

Fot. z internetu, Violetty Torbackiej i Alicji Gisterek z Jedliny-Zdroju

sobota, 19 maja 2012


Takie sobie jeziorko



jeziorko Daisy
 Mieszkać w Wałbrzychu i nie widzieć Jeziora Daisy, to podwójmy dyshonor – i wobec wyjątkowej urody ukrytego w lubichowskich lasach akwenu wodnego i szacunku do słynnej księżniczki Daisy, od której imienia pochodzi nazwa jeziorka. To właśnie Angielka, Daisy Cornwallis-West, hrabina de la Warr, małżonka hrabiego Rzeszy Hansa Heinricha von Hochberga, pana na zamku Książ, szczególnie upodobała sobie to niezwykłe jezioro i z jej polecenia zadbano o jego naturalny wygląd, a jeden z wapienników przebudowano na romantyczną basztę  widokową z salą myśliwską.
Co było powodem szczególnego zainteresowania księżniczki tym właśnie zakątkiem ?
Otóż to nie jest byle jakie jezioro. Wypełniony wodą dawny kamieniołom wapieni na zboczu Witosza na Pogórzu Wałbrzyskim jest otoczony ze wszystkich stron gęstym poszyciem leśnym, można powiedzieć ukryty w lesie. Znajduje się na wysokości 400 m. npm. i jest zasilany jednym z potoków Milikówki. W podłożu jeziora tkwią soczewa wapieni kolorowych. Jest to jeden z najciekawszych i najcenniejszych wystąpień fauny kopalnej na terenie kraju. Obiekt jest przedmiotem zainteresowania geologów oraz paleontologów badających znajdowane tam skamieniałości korali, ramienionogów i liliowców. Powstały one w płytkim i ciepłym morzu. Po raz pierwszy przebadano je naukowo w 1831 i od tego czasu były tematem licznych opracowań. Jednym z pierwszych badaczy tego kamieniołomu był polski przyrodnik i podróżnik Władysław Dybowski (1838-1910).  Kształt jeziorka zbliżony jest do elipsy. Jeziorko otacza las mieszany, w pobliżu występują pomniki przyrody oraz rośliny zielne chronione, takie jak konwalia leśna, wawrzynek wilczełyko śnieżyczka, zawilec. Jezioro jest obecnie wypełnione wodą o zielonkawym odcieniu, stąd też budzi zainteresowanie turystów. Zachwyt wywołuje leśne otoczenie jeziorka, bardzo naturalne i bogate w urozmaiconą roślinność. Wszystko razem stwarza wrażenie miejsca zupełnie tajemniczego i opuszczonego, tak jakby tu nie stąpała stopa ludzka. Brzegi są urwiste, a nawet skalne, utrudniają dostęp do wody. Jedynie w części północnej, skąd wypływa potok, dostęp do wody jest łatwiejszy. Tam też znajdują się pozostałości wapienników, które były utworzone z końcem XVIII wieku. Dopiero od roku 1870 przez prawie trzydzieści lat wyrobisko wypełniało się wodą. Dziś jeziorko  ma ok. 200 m. długości i ponad 20 m głębokości. Po II wojnie światowej jego otoczenie uległo dewastacji, praktycznie na wiele lat zostało zapomniane.


ruiny baszty

nad jeziorkiem

 Dopiero rozwój turystyki w regionie wałbrzyskim w latach 70-tych, wyznaczenie szlaku turystycznego z Pogorzały do Świebodzic i Szlaku Ułanów Nadwiślańskich obok jeziorka, a także jego promocja jako szczególnej atrakcji turystycznej Wałbrzycha obok Palmiarni w Lubichowie, to wszystko pozwoliło na  wzrost zainteresowania tym miejscem.
Na północnym brzegu jeziora jest zagospodarowane miejsce wypoczynkowe i znajdują się ruiny wapienników i baszty księżniczki Daisy.
Nad jezioro najlepiej wybrać się pieszo jednym ze szlaków turystycznych ( zielonym lub żółto-niebiesko- żółtym), można też podjechać samochodem pod las w Lubichowie i stamtąd udać się pieszo nad blisko położone w lesie jeziorko. Gorąco zachęcam na taką wycieczkę.

Więcej informacji w Słowniku geografii turystycznej Sudetów pod redakcją Marka Staffy, tom 10.
Fot. ze strony internetowej.

piątek, 18 maja 2012


Lećmy z LOT-em !


spacerkiem przez Szczawno-Zdrój

Jedlina zaprasza


Na sam początek proponuję zachętę do podróży w świat wirtualny, a w dalszej kolejności  skonfrontowanie obrazków video z rzeczywistością. Po obejrzeniu filmiku można sądzić, że zachęta jest dość przekonywująca.
Ale do rzeczy. 
 Lokalna Organizacja Turystyczna Ziemi Wałbrzyskiej (LOT) wkroczyła na ścieżki promocyjne regionu z impetem. W tempie ekspresowym został „zmajstrowany” pierwszy film promocyjny ziemi wałbrzyskiej. Realizator filmu, Gdesz Studio z Wałbrzycha, potraktował rzecz ambitnie i profesjonalnie. W rezultacie możemy już dziś obejrzeć artystyczną miniaturkę w Internecie, zwłaszcza że wczoraj została ona pozytywnie przyjęta na oficjalnej prezentacji w Starostwie Powiatowym w Wałbrzychu z udziałem szerokiego grona osób zainteresowanych z urzędu powiatowego i Stowarzyszenia LOT  Ziemi Wałbrzyskiej.
szczawieński gigant - Dom Zdrojowy
 W sali obrad Starostwa zrobiło się ciepło (mimo chłodu na dworze), z chwilą gdy można było usłyszeć pogodny podkład muzyczny, a na ekranie pojawiło się logo LOT-u Ziemi Wałbrzyskiej, a następnie wesoły autokar wycieczkowy dokonujący zdecydowanego wyboru  -  powiat wałbrzyski Co następnie można było zobaczyć i jak to jest pokazane, tego nie zamierzam zdradzić. To trzeba po prostu zobaczyć. Zachęcam do tego z pełnym przekonaniem, choć nie jestem znawcą sztuki filmowej. Robię to jako przeciętny „konsument” televideo, a dzisiaj  w świecie wirtualnym takich „smakoszy obrazków” jest zatrzęsienie. Być może film ten oceniam subiektywnie, bo do ziemi wałbrzyskiej mam stosunek emocjonalny. Wydaje mi się, że film może zainteresować także obiektywnych odbiorców. Jego zalety widzę w tym, że nie jest przegadany, wręcz odwrotnie, operuje przede wszystkim obrazem i to zręcznie zmontowanym, nietuzinkowym, intrygującym. Nie ma tu żadnych dłużyzn. Wszystko toczy się w wartkim tempie. W rezultacie ani się obejrzymy, a wycieczka dobiegnie  końca.

głuszyckie podziemia
Rzecz jasna, w materiale zabrakło tysiąca innych atrakcji turystycznych, ciekawych wydarzeń i imprez. Ziemia Wałbrzyska tętni  życiem kulturalnym i rozrywkowym, a turystyka i wypoczynek zajmują priorytetowe miejsce. Autorzy filmu pozostawili renomowane atrakcje turystyczne, takie jak zamek Książ w Wałbrzychu, na uboczu. Wiadomo, ta firma sama pracuje od lat na swój image. Punkt ciężkości postawiono na atrakcje gminne w powiecie, agroturystykę, turystykę podziemną, zabytki, no i oczywiście – uzdrowiska.
Wbrew temu, czego moglibyśmy się spodziewać, a może nawet obawiać, obejrzenie tej interesującej migawki nie zajmie dużo czasu, zaledwie kilka minut. Zachęcam więc bardzo gorąco do skorzystania z projekcji na ekskluzywnym portalu You Tube, a mam nadzieję, że stanie się to zachętą do weekendowych lub wakacyjnych wojaży w uroczym i gościnnym regionie wałbrzyskim  Do czego mocno agituję!
Lećmy z LOT-em Ziemi Wałbrzyskiej, to lot w krainę przygód, tajemnic i fantazji!

Film można obejrzeć włączając link: https://www.youtube.com/watch?v=nLsq8Wihfus
Realizator: studio@gdesz.com

Fot. Robert Janusz i inni.

czwartek, 17 maja 2012


Gdyby żył dzisiaj ?


droga do wolności

niezłomni
 „Gdyby dureń zrozumiał, że jest durniem, automatycznie przestałby być durniem. Z tego wniosek, że durnie rekrutują się jedynie spośród ludzi pewnych, że nie są durniami” – oto jedna z błyskotliwych  „złotych myśli” idola polskiej publicystyki powojennej, bezdyskusyjnego autorytetu moralnego, wybitnego krytyka literackiego i muzycznego, autora książek i kompozytora, Stefana Kisielewskiego.

Stefan Kisielewski (1911-1991) - pisarz, kompozytor, krytyk muzyczny, publicysta, nazywany pierwszym felietonistą Rzeczpospolitej. Przez 45 lat publikował felietony w „Tygodniku Powszechnym”, podpisując się po prostu: Kisiel. W latach 1957-1965 był posłem na Sejm PRL z ramienia koła poselskiego Znak (obok Tadeusza Mazowieckiego, Jerzego Zawieyskiego oraz Stanisława Stommy).

Był autorem m.in.: powieści „Sprzysiężenie", „Zbrodnia w dzielnicy północnej", „Widziane z góry"; szkiców muzycznych: „Gwiazdozbiór muzyczny"; zbiorów felietonów: „Rzeczy małe, 100 razy głową w ścianę", „Materii pomieszanie"; oraz najsłynniejszych: „Abecadła Kisiela" i „Dzienników".
W 1990 roku ustanowił nagrodę swojego imienia (Nagroda Kisiela), która przyznawana jest do dziś (wśród laureatów m.in.: Władysław Bartoszewski, Jerzy Waldorff, Jerzy Giedroyć, ks. Józef Tischner, Lech Wałęsa, Stanisław Tym, Jan Nowak-Jeziorański).

Był niewątpliwie jednym z najniezwyklejszych ludzi, jakich przyszło mi w życiu spotkać. Pełen sprzeczności – były w nim bowiem złośliwość i dobroć, przyjaźń i życzliwość, dokuczliwość i przekora, błyskotliwa inteligencja oraz zdecydowane poglądy w sprawach publicznych. Kisiel był nieprzewidywalny”  -  Władysław Bartoszewski.

stoimy w miejscu ?

Stefan Kisielewski – Kisiel, to pisarz, którego warto nadal czytać i czerpać wzory. Jego twórczość jest wyrazem antagonistycznej postawy w stosunku do ustroju komunistycznego, narzuconego Polsce siłą,  jest nie tylko protestem, ale próbą walki politycznej z systemem totalitarnym, który ogranicza wolność człowieka i jego prawa obywatelskie. Przez 45 lat publikował felietony w „Tygodniku Powszechnym”, podpisując się po prostu: Kisiel. Jego bezkompromisowa postawa naraziła go wielokrotnie na represje komunistycznych władz, łącznie z pobiciem przez tak zwanych "nieznanych sprawców".
Twórczość publicystyczna Kisielewskiego nacechowana była duchem pragmatyzmu i liberalizmu a jednocześnie – biorąc pod uwagę czasy w jakich przyszło mu żyć – była wybitnie niepokorna.
Stefan Kisielewski to jedna z najbarwniejszych powojennych osobistości w Polsce i niekwestionowany autorytet moralny. Jego przypadająca na okres PRL działalność publiczna obejmowała twórczość kompozytorską, literacką, publicystyczną i dziennikarską; był też działaczem społecznym i politycznym.
Cenię sobie Kisiela za umiejętność dostrzegania i obnażania absurdów w życiu politycznym i społecznym PRL-u, za odwagę i bezkompromisowość w dążeniu do wolności słowa i praw obywatelskich, a ponadto jest on prawdziwym mistrzem w stosowaniu tej wymagającej olbrzymiej wiedzy i mądrości formy publicystycznej jaka jest felieton.

A oto inne z jego „złotych myśli”, każda warta zapamiętania jako drogowskaz wskazujący jak patrzeć na otaczający nas świat i życie:

„Dążenie jest ważniej­sze niż osiągnięcie, bo jest ruchem, pod­czas gdy osiągnięcie to stagnacja”

„Okrągłe rocznice są nonsensem – wynikają z przypadkowego stosowania systemu dziesiętnego”

„Pieniądze szczęścia nie dają, lecz każdy chce to sprawdzić osobiście”

„Polemika z głupstwem nobilituje je bez potrzeby”

„Powstanie Warszawskie nie było aktem dojrzałej męskości: było aktem zniecierpliwienia, młodzieńczej niepowściągliwości. I dlatego przyniosło szkodę podstawowemu aksjomatowi patriotyzmu, jakim jest istnienie narodu ponad wszystko. Walka o honor kosztem 30 proc. polskiego potencjału kulturalnego i gospodarczego była poniekąd aktem psychicznego egoizmu, krótkowzroczności, nieopanowania i – nieprzemyślenia”

„Sto­sowa­nie przy­musu wy­nika z niewiary w argumentację”. 

„Socjalizm jest to ustrój, w którym bohatersko pokonuje się trudności nieznane w żadnym innym ustroju”. Chodzi tutaj o trudności, które socjalizm sam sobie stwarzał.

Dzisiaj nie mamy już socjalizmu, ale trudności, które sami sobie stwarzamy wciąż są domeną naszego życia politycznego i gospodarczego. Dlatego tez czytając Kisiela zadaję sobie pytanie, co by on powiedział, gdyby żył dzisiaj, obserwując bezsensowną, bezpardonową wojnę polityczną w łonie własnego obozu „solidarnościowego”, widząc z jednej strony potrząsającego wciąż szabelką na prawo i lewo, niewyczerpanego w dążeniu do władzy prezesa, a z drugiej robiącego wrażenie, że posiadł wszystkie rozumy premiera? Jaka szkoda, że wielki umysłem Kisiel nie może się już odezwać, nie może napisać kolejnego „Abecadła”.
Może poskromiłoby ono polityków „w gorącej wodzie kąpanych”, a także tych, którym wydaje się, że przewodząc jakiejś licznej grupie społecznej są od razu reprezentantem całego narodu i mogą robić co chcą 

Fot. Jakuba Bortnika i Roberta Janusza, podpisy autora blogu.

wtorek, 15 maja 2012


Wałbrzych mógł być dużym miastem pod Tobrukiem


zamknięta kopalnia

pokopalniane szyby
W tym co napisałem nie byłoby żadnej przesady, gdyby zachowała się do dziś  pierwotna nazwa  wałbrzyskiego osiedla Gaj. To osiedle nazwano zaraz po wojnie  -  Tobrukiem i trwało to do 1950 roku. Trudno powiedzieć skąd taka nazwa, ale podobne niejasności dotyczą w ogóle nazewnictwa miast i wsi na Ziemiach Odzyskanych. Tak jak przed wojną osiedle Gaj  było związane wówczas bardziej z  górniczym osiedlem  -  Sobięcinem i zanosiło się, że mogą stanowić razem osobne miasto. Stało się jednak inaczej i dziś obydwa osiedla, i Sobięcin, i Gaj są dzielnicami dużego Wałbrzycha.
dawny szpital na Gaju
Gaj to niewielkie osiedle w południowej części miasta, wyraźnie oddzielone linią kolejową z dwoma wiaduktami i drogą w kierunku  Unisławia Śląskiego i Mieroszowa. Zajmuje niewielki stok opadający w kierunku południowo-wschodnim zboczem Brzezinki (szczyt wysokości 595 m. npm. w środkowej części Gór Wałbrzyskich, oddzielający Sobięcin od  Gaju) i leży na wysokości 470-500 m. npm. Otaczają je silnie zdewastowane tereny przemysłowe dawnej kopalni Wałbrzych (z połączonych w 1964 roku KWK „Bolesław Chrobry” i KWK „Mieszko” na Podgórzu), a także wysypisko śmieci i ponure osadniki wodne z pokopalnianymi hałdami. Gdyby nie to niezbyt fortunne otoczenie samo osiedle mogłoby cieszyć swym położeniem, bo otaczają je bujne lasy i zagajniki. Gaj to osiedle typowo górnicze. Górna część jest zapełniona domkami jednorodzinnymi, w części dolnej blokami mieszkalnymi i budynkami publicznymi. Znajduje się tutaj dom dziecka i zabudowania byłego szpitala dziecięcego, budynki  dwóch szkoły podstawowej i gimnazjum. Działają różne firmy usługowo-handlowe, część z nich na bazie dawnych obiektów  pokopalnianych.
Osiedle tętniło życiem wielkomiejskim, gdy funkcjonowały kopalnie, duża koksownia i szpital dziecięcy, cieszący się dobrą opinią.. W połowie lat 80-tych rozwinęło się budownictwo jednorodzinne, powstała też samodzielna parafia przy kościele św. Maksymiliana Kolbe, wybudowanym od podstaw w latach 1996-98. Z chwilą upadku górnictwa węglowego i koksownictwa w Wałbrzychu w latach 90-ych,  i likwidacją szpitala Gaj stracił na znaczeniu stając się przede wszystkim osiedlem mieszkaniowym. Jest dzisiaj jak mówią mieszkańcy dzielnicą ciszy i spokoju.
obelisk cmentarny
Na terenie osiedla zachowało się kilka interesujących obiektów i pamiątek czasów minionych. Obok zabudowań szpitala dziecięcego wraz z przychodnią i apteką, warte obejrzenia są pozostałości szybu „Chrobry” z budynkiem administracyjno-biurowym z 1870 roku, halą szybu oraz warsztatem elektrycznym, a także budynek wentylatorki szybu „Matylda” z 1905 roku. Przy ulicy Beethovena 14 zachowały się pozostałości koksowni „Chrobry” oraz inne budynki fabryczne.
Na terenie szpitala stoi krzyż pokutny bez jednego ramienia o dość nieregularnym kształcie. Mieszkańcy Gaju zastanawiają się, czy w ten kamień nie jest wyrocznią tego co się stało z chwila upadku przemysłu, stanowiącego fundament rozwoju osiedla.
Zachował się jeszcze do naszych czasów pomnik żołnierza Armii Radzieckiej wraz z obeliskiem na niestety, mocno zaniedbanym cmentarzu, gdzie pochowano ponad 500 żołnierzy ekshumowanych  po 1945 roku z różnych miejscowości w regionie.
Warto od czasu do czasu wybrać się na pieszą wycieczkę do tej nieodległej dzielnicy Wałbrzycha, by przy okazji pobudzić refleksje nad ciekawą i pouczającą historią osiedla.

Fot. z internetu

niedziela, 13 maja 2012


 Niedzielne medytacje





Kontynuuję próbę niedzielnych refleksji dla odprężenia i poprawy świątecznego nastroju Czytelników mojego blogu. To kolejna zabawa słowna napisana chwilę temu, oczywiście pod wpływem poetyckiej muzy. Radzę uczynić to, co proponuję już na wstępie, ale wiem że każdy z Państwa pójdzie dalej i przeczyta wiersz do końca. I może z tego nic coś nam jednak zostanie. Oby tak się stało! Miłej niedzieli !





Sens życia

W tym wierszu
nie ma nic
to wiersz wydobyty z nicości,
więc go nie czytaj dalej,
bo nic ci to nie da

w życiu liczy się
tylko coś
nie znajdziesz jej w niczym
coś nie znajdziesz  tam
gdzie nie ma nic

w tym wierszu
nie ma nic
ale czy aby na pewno
to nic to już jest coś
ono właśnie pozwała
pojąć istotę nicości

pamiętaj
aby mieć coś
musisz nie mieć nic

i to jest właśnie
sens życia

Fotografie Roberta Janusza z sobotniego pleneru artystycznego głuszyckiego CK  w "Łomnickiej chacie" .

sobota, 12 maja 2012


Kraj szczęśliwych ludzi


Stolica Bhutanu  - Thimphou

monastyr w Bhutanie
 Nie jest to wyobrażalne dla Polaka. Przecież to nie jest możliwe. Kraj, w którym ludzie czują się szczęśliwi. Czy w ogóle jest taki kraj na świecie?
Co wiemy o maleńkiej enklawie w Himalajach, ledwo widocznej na mapie azjatyckiej? Jest ona wielkości naszego Śląska (Dolnego i Górnego), bo liczy sobie 47 tys. kilometrów. kwadratowych i znacznie, znacznie mniej mieszkańców, bo ok. 682 tys.
To państewko w Azji Południowej, we wschodnich Himalajach, bez dostępu do morza, zamknięte pasmem niebotycznych Himalajów i graniczące  z azjatyckimi hegemonami  -  Indiami i Tybetem w  Chinach. Nosi nazwę oficjalną – Druk Jul (Królestwo Smoka), albo inaczej  -  Bhutan.  Mieszkańcy Bhutanu nazywają siebie Druk Pa  -  ludzie grzmotu. Jest to kraj górzysty, ponad połowa terytorium leży powyżej 3000 m. npm. 20 wierzchołków gór przekracza 7000 m npm., zaś najwyższy szczyt – Gangkhar Pensum – 7570 m. Największe rzeki, Lankosz i Manas spływają do Brahmaputry już na terytorium Indii. Klimat zwrotnikowy wilgotny, monsunowy. W Himalajach ostre zimy i   obszary wiecznego śniegu, w dolinach gorące, tropikalne lato.
Góry do 3500 m są pokryte lasami zajmującymi 67% powierzchni kraju. Na południu to lasy monsunowe z drzewem tekowym, wyżej lasy mieszane z dębem, sosną i jodłą. Powyżej 3500 m występują łąki alpejskie, a powyżej 4500 m wieczne śniegi i lodowce. Użytki zielone (łąki i pastwiska) stanowią 6% a grunty orne 2% pow. kraju.
Ochroną przyrody objęto jedną czwartą kraju. Utworzono 9 obszarów chronionych, w tym dwa parki narodowe: przy granicy z Indiami. Na północy Bhutanu utworzono 3 wysokogórskie obszary chronionego krajobrazu..

otoczenie królewskie w Bhutanie

młode pokolenie Bhutanu
 Czy w takim ekstremalnym miejscu na ziemi ludzie mogą być szczęśliwi? Odpowiadam od razu. Tak.
Bhutan należy do państw o najniższym poziomie rozwoju społeczno-gospodarczego. Dopiero w 1956 roku zniesiono niewolnictwo.  Z inicjatywy króla Jimge Single Wangchucka w roku 1972 zaczął powstawać HPI - Światowy Indeks Szczęścia Coraz częściej brany jest on, zamiast PKB, za wyznacznik rozwoju społecznego krajów. Produkt Krajowy Brutto może dostarczyć wiedzy jedynie o gospodarczym rozwoju kraju, natomiast nie informuje, czy ludzie czują się szczęśliwi, a tym samym czy żyją w dobrobycie. Od tej pory w Bhutanie co pół roku przeprowadzana jest ankieta, w której poddani w skali od 0 do 10 odpowiadają na pytanie: czy jesteś zadowolony z życia?  Wyniki ankiety wskazują wyraźnie, że społeczeństwo Bhutanu należy do najszczęśliwszych na świecie.  Zdecydowana większość mieszkańców czynnych zawodowo jest zatrudniona w rolnictwie i leśnictwie (ok. 91%). Na wsi utrzymują się feudalne stosunki. Grunty orne zajmują niespełna 3% powierzchni kraju, a łąki i pastwiska – ok. 6%. Większość ziemi uprawnej jest w posiadaniu klasztorów buddyjskich i wielkich właścicieli. Uprawia się głównie ryż, pszenicę, jęczmień, proso i kukurydzę, poza tym ziemniaki, rośliny strączkowe, jutę, tytoń. Ludzie żyją oszczędnie i skromnie, dotyczy tu absolutnie wszystkich, także króla, który nie mieszka w pałacu a w willi, wylatuje zaś za granicę korzystając z rejsowego samolotu.
Od 1968 roku w Bhutanie istnieje lotnisko, które przyjmuje regularnie samoloty pasażerskie z Katmandu i Delhi. Od tego samego roku kraj jest przejezdny z zachodu na wschód dzięki wybudowaniu asfaltowej szosy. Aby przejechać przez Bhutan, trzeba wykazać się nie lada mocnymi nerwami. "Niebiański trakt stu tysięcy zakrętów" to 600 km nieustannych, ostrych zakrętów, nawrotów, przez cały czas na krawędzi głębokich przepaści. Na jego przejechanie potrzeba przynajmniej trzech dni. Zbudowany został pod nadzorem wojska hinduskiego, które odpowiada za jego utrzymanie. Przy budowie szosy zatrudniono tysiące robotników nepalskich i hinduskich, często z całymi rodzinami.



Obecnie w Bhutanie jest 15 tys. użytkowników Internetu i 23 tys. posiadaczy telefonów komórkowych. Wciąż jednak nie rozpowszechniły się np. Coca-Cola  czy dyskoteki, nie istnieją również żadne związki zawodowe, a do niedawna w Bhutanie nie było też partii politycznych. Telewizja była nieznana do 1995 roku, obecnie nie jest jeszcze rozpowszechniona. Można odbierać kanały radiowe. W roku 2005 wprowadzono pierwszy na świecie zakaz sprzedaży wyrobów tytoniowych. Jednocześnie zabronione jest palenie tytoniu w prywatnych domach.
Myślę, że to wystarczająca część informacji o samym Bhutanie. Znacznie więcej można znaleźć w książkach i w internecie. Dlaczego piszę dziś o Bhutanie? Czy tylko dlatego by wywołać refleksję, że ludzie mogą czuć się szczęśliwi żyjąc w warunkach zdecydowanie gorszych pod każdym nieomal względem od naszych?
Otóż nie tylko dlatego.

W moje ręce trafił kolorowy folder wydany przez Stowarzyszenie Wspierania i Rozwoju Wsi „Ecoeurowieś” w Nowej Wsi, części Dziećmorowic w gminie Walim. Zrzeszona w Stowarzyszeniu młodzież pod nazwą „Eurodesk Wałbrzych” od kilku lat realizuje ciekawe projekty w ramach programu „Młodzież w działaniu”. Są to głównie projekty kulturalno-edukacyjne z udziałem młodzieży z różnych krajów Europy w ramach obopólnej wymiany wakacyjnej i  śródrocznej. W lipcu 2009 roku wraz z przebywającą na wakacjach grupą młodzieży z Czech, Litwy i Francji podjęta została inicjatywa propagowania wśród młodzieży na całym świecie idei  Szczęścia Krajowego Brutto rozpoczętej przez Bhutan. Oto co dowiadujemy się na temat tej idei z folderu:
„Uczyliśmy się jak żyć w zgodzie z natura i naszym domem – Ziemią. Dowiedzieliśmy się, że nie możemy nadmiernie eksploatować naszej planety. Poprzez brak segregacji odpadów coraz bardziej zanieczyszczamy nasze otoczenie, rzeki, pola i lasy, które dają nam życie, jedzenie i wodę. Pozyskiwanie energii poprzez spalanie węgla, ropy, drewna czy nawet elektrowni jądrowych powoduje zanieczyszczenie powietrza, którym oddychamy, co w połączeniu z nadmierną wycinką lasów, prowadzi nas do samozagłady. Dlatego głośno krzyczymy: Stop braku segregacji śmieci! Stop – truciu naszego powietrza! Stop - nadmiernemu wycinaniu lasów!  My chcemy żyć!”


Idea zrównoważonego rozwoju  uczy jak dbać o środowisko, w jaki sposób zapobiegać zanieczyszczaniu ziemi i wszystkim innym zagrożeniom wynikającym z rozwoju techniki i cywilizacji. To dobrze, że wciągamy w to młodzież. Dobrze, że pojawiają się takie inicjatywy jak ta opisana w folderze. Dobrze, ze mamy blisko nas takie Stowarzyszenie i takie miejsce, gdzie można się spotykać.
Siedzibą Stowarzyszenia jest „Gościniec Nowa Wioska” Mariusza Bogdańskiego w Dziećmorowicach, jeden z pięknie i nowocześnie urządzonych pensjonatów. Tutaj jest również biuro „Eurodesk Wałbrzych” prowadzone przez syna Łukasza. W tych dniach gościła tu delegacja Polsko-Niemieckiego Stowarzyszenia „Polonica” oraz grupy „Rockinberlin w celu nawiązania współpracy i wzajemnej wymiany kulturalnej. Od paru już lat dzieją się w tym miejscu warte uznania i podziwu  wydarzenia, które dowodzą jak ważną jest idea wspólnej Europy, jak bezcenne są osobiste kontakty i przyjaźnie zawierane pomiędzy młodymi i starszymi Europejczykami.
Myślę, że będzie jeszcze czas i okazja by do tego tematu powrócić.