Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

wtorek, 31 maja 2011

Biały Kamień - miasto w mieście

To że w Wałbrzychu jest ulica Zamkowa nie znaczy, że był tam lub jest jakiś zamek. Jest za to godny obejrzenia zespół pałacowy możnego rodu Czettritzów. Nie należy też szukać w pobliżu rynku ulicy Ratuszowej, choć rozsądek wskazuje, że jak jest rynek, powinien być ratusz z prowadzącą do niego ulicą. Barokowy, drewniany ratusz został wzniesiony w rynku w 1731 roku, ale nie przetrwał zbyt długo, bo tylko do roku 1857. Wtedy został rozebrany, bo nie był w stanie pomieścić wszystkich rajców miasta. Ich siedzibą stał się obecny gmach przy Placu Magistrackim.
Ulicę Ratuszową znajdujemy w Wałbrzychu zupełnie gdzie indziej – a mianowicie na Białym Kamieniu. Jakim cudem, w tej peryferyjnej dzielnicy jest taka ulica? Chyba że jak jest Ratuszowa, to pewnie jest ratusz, a jak ratusz, to może było tu odrębne miasto.
Trudno odmówić logiki takiemu rozumowaniu. I jak się okazuje taką logiką kierowały się rządzące regionem wałbrzyskim zaraz po wojnie w 1945 roku tymczasowe władze polskie. Biały Kamień otrzymał wówczas prawa miejskie, powołano lokalną władzę z burmistrzem na czele, a jej siedzibą stał się okazały budynek, zwany ratuszem, nomen omen przy ulicy Ratuszowej.
Mam świadomość, że u wielu słuchaczy wywołałem konsternację. Znamy wszyscy Biały Kamień jako długi trakt przejezdny, zabudowany po obu stronach kamienicami ( obecnie ulica gen. Andersa), łączący dość odległy Sobięcin z uzdrowiskiem Szczawno-Zdrój. Granica administracyjna pomiędzy Białym Kamieniem, a Szczawnem nie jest do dziś wyraźna, a co dopiero w rozgardiaszu powojennym. A poza tym jakie predyspozycje upoważniały          ówczesne władze do uczynienia z dotychczasowej wielowiekowej wsi (bo Biały Kamień, po niemiecku Weisstein liczy sobie prawie tyle samo lat co sąsiadujący z nim Waldenberg) samodzielną jednostką miejską?
Okazuje się, że tych przesłanek było wiele. Dawna wieś w niczym nie przypominała wsi. Liczyła dość sporo, bo ok. 17 tysięcy mieszkańców. Biały Kamień przeżył boom inwestycyjny w II połowie XIX wieku, gdy Wałbrzych i jego okolice stały się centrum dużego zagłębia górniczego. W 1823 roku ruszyła tu kopalnia „Louise Charlotte”, eksploatowana do końca XIX wieku.  W 1870 połączyła się z kopalnią ”Fuchs” i dawała rocznie 30 tys. ton urobku. Dla wzmocnienia nastąpiło kolejne scalenie z kopalnią „Emilie”, by na przełomie XIX i XX wieku utworzyć wielki koncern z pozostałymi kopalniami Wałbrzycha.
Biały Kamień przekształcił się w osiedle górnicze. Zniknęły gospodarstwa rolne i zagrody tkaczy, wystrzeliły jak grzyby po deszczu budynki wielorodzinne, duże obiekty kopalniane i towarzyszące im przemysłowe. Gwałtownie wzrosła liczba mieszkańców. Gęstość zaludnienia przekraczała wszystkie normy. Osiedle tętniło życiem wielkomiejskim, zwłaszcza gdy uruchomiona została komunikacja kolejowa i tramwajowa.
Po wojnie osiedliła się na Białym Kamieniu prężna grupa górników,  reemigrantów z Francji. Nadawali oni ton w  życiu kopalni i miasta. Być może z tego powodu kopalnię Julia nazwano po 1945 roku „Biały Kamień”, a od 1950 roku „Thorez”. Była to jedna z 4 wielkich kopalń Wałbrzycha. W latach 70-tych jej wydobycie roczne sięgało prawie 700 tys. ton, a zatrudnienie ponad 1500 osób. Ostatni wózek węgla wyjechał z niej 30 września 1996 roku, kończąc wielowiekowe wydobycie węgla w zagłębiu wałbrzyskim. W dawnym szybie Jan (szkoleniowym) otwarto Muzeum Przemysłu i Techniki Ziemi Wałbrzyskiej, gromadzące eksponaty i obiekty związane z górnictwem i jego historią. Podobne ekspozycje urządzono w szybach „Sobótka” i „Julia” wchodzących w skład Muzeum..
Miasto Biały Kamień nie przetrwało zbyt długo. W 1951 roku włączono je w obręb Wałbrzycha. W ten oto sposób miasto Biały Kamień znalazło się w mieście Wałbrzych. Ale w latach 50-tych takie „operacje” odbywały się w zaciszu gabinetów partyjnych, mieszkańcy miasta nie mieli nic do gadania.
Biały Kamień posiada układ przestrzenny dostosowany do przebiegu doliny Szczawnika. Najokazalszym obiektem jest kościół parafialny św. Jerzego i Matki Boskiej Różańcowej W Białym Kamieniu znajduje się jeden z najcenniejszych zespołów budownictwa kopalnianego na terenie Wałbrzycha. Tworzy go wspomniany zespół szybów „Julia” i  „Sobótka”, tzw. szyby „Siostrzane” – obecnie siedziba Muzeum Przemysłu i Techniki przy ul. Wysockiego.
Przy ul. Ratuszowej znajduje się kompleks obiektów sportowych KS „Zagłębie” ze stadionem sportowym, krytą pływalnią, innymi boiskami. Zarówno Muzeum Przemysłu i Techniki, jak i kompleks sportowy objęte są miejskimi programami inwestycyjnymi, efektem których ma być nowoczesny park wielokulturowy na bazie dawnej kopalni „Julia” oraz super nowoczesny kompleks sportowy z Aquaparkiem przy ul. Ratuszowej. Nie potrzeba dodawać, że realizacja tych zamierzeń  nada dzielnicy Biały Kamień nowego rozmachu i znaczenia.

To co powiedziałem wyżej, to zaledwie wycinek ciekawej i zaskakującej historii jednej z dzielnic górniczego Wałbrzycha. Podobnych osobliwości jest w Wałbrzychu więcej. Warto zainteresować się przeszłością każdej z dzielnic osobno, aby zrozumieć specyfikę całego miasta.  Z kart historii dowiemy się  jak niezwykłe koleje losu towarzyszyły jego rozwojowi. Wałbrzych jest typową aglomeracją kilku odrębnych jednostek urbanizacyjnych, z których każda stanowi samoistne skupisko o charakterze miejskim. Takim skupiskiem jest stare miasto z rynkiem i obiektami publicznymi, handlowo-usługowymi, ale także Nowe Miasto, Stary Zdrój, Sobięcin, Podgórze, Gaj, Szczawienko, Rusinów, Poniatów, a także nowo zbudowane dzielnice: Piaskowa Góra i Podzamcze. U boku wielkiego Wałbrzycha toczy się życie przylegających bezpośrednio i powiązanych nićmi wzajemnej współzależności takich miast jak Szczawno-Zdrój,  Boguszów-Gorce, Świebodzice, Jedlina-Zdrój, a nawet Mieroszów i Głuszyca. Aglomeracja wałbrzyska ma szanse stać się  w miarę jednorodnym silnym zespołem gospodarczym pod warunkiem, że postawi na rozwój turystyki, rekreacji i wypoczynku z elementami zdrowotnymi. To jest kierunek scalający miasto, bo każda część składowa aglomeracji traktuje go jako priorytet.
Mamy tak mało czasu na historyczną refleksję nad swoim miastem. A co gorsze, nie widzimy takiej potrzeby. Nie obchodzi nas, co się działo w niemieckim Wałbrzychu, ani co nastąpiło zaraz po wojnie. Ważny jest dzień dzisiejszy, a także co będzie jutro. I trudno się temu dziwić.
Żyjemy w wirtualnym świecie, funkcję maszyny zastąpiła elektronika i jej pochodne, a książkę wypiera video-fonia. Żyjemy w świecie medialnym, dajemy się wciągnąć w marketingowy świat reklam, w ustawiczną pogoń za konsumpcyjną mamoną. Ale jednak, mimo wszystko, czasami spacerując ulicami miasta, budzi się nieśmiała refleksja, skąd się to wszystko wzięło, gdzie my jesteśmy i co tutaj robimy? Dobrze byłoby poświęcić takiej refleksji więcej czasu. To znacznie zdrowsze i pożyteczniejsze niż pogoń za sensacjami w lokalnej polityce lub za promocyjnymi ofertami dyskontów lub hipermarketów .

poniedziałek, 30 maja 2011

Moje confiteor

Upływa pierwszy miesiąc mojej „zabawy” w blogera. Staram się jak mogę. Umieściłem na ekranie monitora ponad dwadzieścia postów. Zadaję sobie pytanie, po co pisać, jeśli tego nikt nie czyta. To że nikt, nie jest do końca prawdą, bo liczba wyświetleń jest znacznie większa od moich osobistych kontaktów ze stroną  Faktem jest, że prawie nikt nie komentuje. Nie potrafię się jeszcze wypromować. To jest sztuka dla wytrawnych internautów. A ponadto moje pisanie może interesować Czytelników zainteresowanych głównie historią i walorami turystyczno-zdrowotnymi regionu wałbrzyskiego. Ale póki co, nie rzucam broni. Mam jeszcze wiele do powiedzenia. Nie tracę nadziei, że znajdą się bliscy mi duchem „Rodacy”, którym moje fascynacje są równie bliskie i interesujące. Wierzę w to, że tak się stanie. A więc do dzieła. „Co się odwlecze, to nie uciecze”.
Dla urozmaicenia zapraszam dziś do obejrzenia kilku fotek Violetty z Koła Foto w CK-MBP w Głuszycy z tegorocznej majowej aury .




niedziela, 29 maja 2011

Wałbrzyskie na węglu stoi, cz. II


Wałbrzyskie Zagłębie Węglowe to nie tylko kopalnie samego Wałbrzycha. Wokół Wałbrzycha w okolicznych miastach i wsiach  pojawiło się sporo kopalni węgla kamiennego, które odegrały nie mniejszą rolę w rozwoju całego regionu Przyjrzyjmy się jak najkrócej historii tego procesu.
Na czoło wysuwa się położony najbliżej Wałbrzycha  Boguszów, (obecnie Boguszów – Gorce).
Bo historia Boguszowa nierozerwalnie związana jest z górnictwem. Nic w tym dziwnego skoro miasto położone jest na wysokiej górze, w otoczeniu  bogatych w rudy srebra, ołowiu i barytu, a także węgla kamiennego masywów Gór Wałbrzyskich oraz Gór Kamiennych i jest  zarazem najstarszym górniczym miastem regionu, bowiem prawa miejskie i górnicze otrzymało z rąk króla czeskiego Władysława  Jagiellończyka w 1499 roku.
Mniej więcej w tym czasie rozpoczęło się w Boguszowie wydobycie węgla kamiennego, a von Hochberg utworzył w mieście urząd górniczy. W 1547 roku działała w okolicy Boguszowa kopalnia węgla kamiennego należąca do von Czettritza. Rozwój górnictwa był tak intensywny, że usytuowano szyb kopalniany w samym rynku. Wydobywano nie tylko węgiel, ale też rudy srebra. W okresie świetności kopalnie Boguszowa dawały ok. 100 kg. czystego srebra rocznie, wykorzystywanego do bicia monety  w mennicy wrocławskiej.
W 1603 cesarz Rudolf ogłosił Boguszów miastem górniczym. Wojna trzydziestoletnia (1618-1648) spowodowała zniszczenie miasta i upadek kopalń, ale udało się je po wojnie przywrócić do życia. Na Wzgórzu Parkowym i Wzgórzu Hutniczym reaktywowano dawne szyby, a potem zbudowano nową kopalnię „Aurora” do wydobywania barytu. W 1701 roku odkryto złoża rud żelaza. Hrabia von Hochberg odkupił część hrabiego von Seher-Tossa i stał się wyłącznym posiadaczem boguszowskich kopalń. Z czasem złoża stały się mało opłacalne i wtedy zrezygnowano z wydobycia.
Do tej pory Boguszów był największym miastem regionu, przewyższającym liczbą mieszkańców nawet Wałbrzych. Po przejęciu Śląska przez Prusy nastąpiła intensyfikacja wydobycia węgla. Już w 1745 roku miasto założyło kopalnię „Gute Hoffnung”, potem zaś „Richter”, a następnie „Frieden”. Pod koniec XVIII wieku powstały nowe kopalnie „Wilhelmine” i „Traugutt”, które połączyły się razem w 1817 roku. W szczytowym okresie wydobywano w nich ok. 2,2 tys. ton rocznie.
Dopiero w II połowie XIX wieku Boguszów utracił prymat na rzecz Wałbrzycha. W 1859 roku uruchomiono w mieście szkołę górniczą. Wznowiono wydobycie barytu, które z czasem staje się ważniejsze od  węgla kamiennego. Boguszowskie kopalnie węgla zostały scalone z wałbrzyskimi, n.p. z kopalnią „Carl-Georg-Victor” w Kuźnicach  Świdnickich (późniejszą „Barbarą”).
Po II wojnie światowej wznowiono wydobycie węgla i barytu. Ten ostatni dominował w Boguszowie, a w szczytowym okresie wydobycie barytu wynosiło 40 tys. ton rocznie. Po przemianach  ustrojowych na przełomie XX i XXI wieku Boguszów podzielił los kopalni wałbrzyskich.

To, że Boguszów był miastem górniczym nie jest zaskakujące, natomiast może zadziwić każdego wiadomość, że równie bogate w tradycje  górnicze jest obecne podwałbrzyskie miasto  -  Jedlina-Zdrój.
Co może mieć wspólnego niemiecki Bad Charlottenbrun, cieszący się sławą cichego, ukrytego w gąszczu drzew parkowych i leśnych uzdrowiska ze skrzypiącymi windami kopalnianych szybów i kominami kotłowni?
Otóż okazuje się, że ma i to dużo wspólnego. A to dlatego, że do położonego w górnej części miasta uzdrowiska włączono w wyniku powojennych podziałów administracyjnych odrębne wcześniej, położone w dolnej części wsie: Jedlinkę, Suliszów, Glinicę i Kamieńsk. Skutkiem tego stały się one dzielnicami uzdrowiska, co można uznać za  faktyczną  nobilitację, ale nie może to zasłonić ich historycznych korzeni, a wiążą się one nieodrodnie z górnictwem.
Zacznijmy od najbliższego zdrojowi Suliszowa.
Suliszów rozwinął się dość późno w II połowie XVIII wieku jako posiadłość barona von Seher-Thoßa, który w 1766 roku założył tu kopalnię węgla kamiennego „Sophie”, od imienia małżonki. Nazwę tę przyjęła cała osada. W 1778 roku dobra przejął hrabia von Pückler. Zadbał on o dalszy rozwój przemysłu, zakładając w 1815 roku nową kopalnię, „Erdman”, a następnie pozyskując wcześniej zbudowany szyb „Carl” w Glinicy. W ten sposób w Suliszowie powstało w I połowie XIX wieku jedno z  większych miejsc wydobycia węgla w okolicy. Suliszów liczył wówczas 25 domów, 21 warsztatów tkackich, 2 bielniki, młyn wodny z foluszem i wytwórnię octu drzewnego. Funkcjonowała też szkoła ewangelicka jako filia szkoły w Glinicy.
Jeszcze większy rozwój przemysłowy miał miejsce w II połowie XIX wieku, kiedy w 1859 roku Joseph Schachtel założył tu fabrykę porcelany, która pod koniec wieku wyspecjalizowała się w produkcji izolatorów elektrycznych, cieszących się dużym zbytem.
Dużą rolę w rozwoju Suliszewa odegrała budowa linii kolejowej Wałbrzych – Kłodzko. W 1890 roku zbudowano dworzec kolejowy dla Jedliny-Zdroju, a w 1904 doprowadzono linię ze Świdnicy, a w Jedlince powstała druga stacja kolejowa, bliżej zdroju. Obie stacje stały się elementem zespalającym uzdrowisko z przylegającymi osiedlami, Suliszewem i Jedlinką. Miały też kolosalne znaczenie dla rozwoju turystyczno-wypoczynkowego regionu.
Kopalnia Sophie” w 1891 roku przeszła na własność hrabiego Rzeszy von Hochberga, który połączył ją z kopalnią w Glinicy. W czasie I wojny światowej fabryka porcelany stała się własnością spółki akcyjnej Banku Struppa. Pozwoliło jej to przetrwać trudne lata wojny i powojenne. Kopalnie węgla stawały się coraz bardziej nierentowne, ich upadek nastąpił w pierwszych latach międzywojennych, co z ulgą zostało przyjęte przez propagatorów lecznictwa uzdrowiskowego. „Zofiówka” nie była tak szkodliwa dla środowiska naturalnego, a jej produkcja była wciąż potrzebna, także w latach II wojny światowej i w czasach PRL-u. Dopiero kryzys lat 90-tych zaznaczył się dotkliwie na losach fabryki. Zmieniła ona właściciela (została sprywatyzowana), a także branżę. Fabryka podupadła, chociaż znacznie zmodernizowana funkcjonuje nadal jako swego rodzaju eksponat dawnej przemysłowej potęgi miasta. Po górnictwie nie ma już ani śladu, upadła też fabryka tektury w sąsiedztwie „Zofiówki”, klasycznych robotników można policzyć na palcach jednej ręki.
Suliszów - ongiś przemysłowe osiedle, jest dziś dzielnicą pięknych domków jednorodzinnych rozsianych na rozległej przestrzeni, zamkniętej  panoramą lasów wznoszących się wysoko w górę.

Bezpośrednim sąsiadem Suliszewa jest Glinica.

Największy jej rozkwit nastąpił w I połowie XIX wieku, gdy rozpoczęto wydobycie węgla kamiennego. W 1840 roku powstała kopalnia węgla „Carl Gustaw”, należąca w połowie do hrabiego von Hochberga, a w połowie do hrabiego von Pücklera. Dawała do 350 ton węgla rocznie. W 1855 roku ruszyła kopalnia „Lehmwasser”, a dalej jeszcze inne kopalnie. Co to znaczyło dla rozwoju nie tylko Glinicy, ale całego otoczenia, nietrudno pojąć. Kopalnie węgla poupadały w latach 30-tych XX wieku, nie wytrzymując konkurencji wielkiego Wałbrzycha, ale pozostawiły po sobie rozwinięte osiedla z nienajgorszą infrastrukturą. Dla Glinicy upadek kopalni równał się z zahamowaniem rozwoju. Tętniące życiem osiedle górnicze pozbawione zostało podstaw egzystencji. Jedlińskie uzdrowisko nie było w stanie zagospodarować bezrobotnych górników. Ale to już jest osobny temat.

Nas interesuje górnicza przeszłość dzisiejszej Jedliny-Zdroju. Zajrzyjmy więc na karty historyczne Kamieńska.

Jadąc z wałbrzyskiego Rusinowa do Jedliny już z daleka rzuca się w oczy pokopalniany szyb. Dowodzi to, że i  tu w Kamieńsku, podobnie jak w Glinicy i Suliszowie czynne były w XIX i w I połowie XX wieku liczne kopalnie węgla, a górnictwo odegrało niezwykle ważną rolę w rozwoju osiedla.
Kamieńsk jest dziś przede wszystkim osiedlem mieszkalnym. Dawne obiekty przemysłowe jak szyby kopalniane czy budynek tkalni są już od dawna nieczynne. To samo się stało z pięknie położonym budynkiem szkolnym Rolnictwo też nie odgrywa większej roli.
Powstanie Kamieńska nie jest do końca zbadane. Być może pierwsze osady pojawiły się tu wcześniej. Natomiast tak samo jak w Glinicy o większym osadnictwie możemy mówić dopiero po wojnie trzydziestoletniej (1618-1648). Rodząca się wieś znajdowała się w dobrach hrabiego von Hochberga z Książa, a należała do parafii Dziećmorowice. Była to mała wieś, w 1769 roku licząca sobie 19 zagrodników i chałupników oraz 15 rzemieślników, głównie tkaczy. Dopiero po 1800 roku zaszły tu korzystne zmiany w związku z utworzoną przez pana na Książu kopalnią węgla „Dorothea”. W 1840 roku było tu już 55 domów, wolne sołectwo, szkoła, gorzelnia, 69 warsztatów tkackich 3 handlowe. Do Kamieńska należała Pokrzywianka i część Rusinowej, zwana Kohlbusche Stellen. Przybyły też nowe kopalnie „Graf Hochberg”, „Louise”, „August”, „Johannes”, a następnie „Johannes Stuck” i „Christian Friedrich”, co przekształciło wieś w osiedle górnicze. W drugiej połowie XIX wieku większość kopalni zlikwidowano, albo wcielono do dużego koncernu w Wałbrzychu. Znaczne ożywienie przyniosła ze sobą zbudowana w 1880 roku linia kolejowa z Wałbrzycha do Kłodzka. Przyczyniła się do powstania drobnych zakładów przemysłowych i rzemieślniczych.
Po roku 1945 Kamieńsk nadal pozostał osiedlem górniczym, chociaż na miejscu nie było już kopalń, a istniejący szyb „Pokój” należący do wałbrzyskiej kopalni „Thorez” był zamknięty. Osiedlający się tu górnicy dojeżdżali do pracy w Wałbrzychu. Zatrudnienie można było znaleźć na tkalni, stanowiącej oddział ZPB „Piast” w Głuszycy lub w innych drobnych zakładach pracy.

Trudno sobie wyobrazić jaką byłaby ziemia wałbrzyska bez  tego bogactwa,. które znajduje się ukryte głęboko w ziemi, jaki byłby Wałbrzych, Boguszów, jedlińskie peryferie i wiele innych miejsc Pogórza Wałbrzyskiego.
Czy mamy jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, że słusznym jest stwierdzenie, iż ziemia wałbrzyska na węglu stoi. Wprawdzie wielcy specjaliści, znawcy przedmiotu, orzekli kiedyś, że wałbrzyskie pokłady węgla są wyeksploatowane do reszty, stąd decyzja o zamknięciu kopalń była jedynie słuszną. Ale wkrótce potem specjalistom dali odpowiedź bezrobotni kopacze z tzw. bieda-szybów. Dla nich wystarczyły łopaty i kilofy, by wydobycie węgla okazało się dalej możliwe i opłacalne. Pojawiają się w prasie opinie, że zgłaszają się do Wałbrzycha prywatni inwestorzy, którzy byliby skłonni uruchomić niektóre szyby i podjąć się od nowa wydobycia dobrego węgla koksującego. Gdyby udało się to osiągnąć z zachowaniem  wszystkich wymogów ekologicznych być może miałoby to sens.
Póki co cieszymy się z tego, że na upadku kopalń zyskało nasze środowisko naturalne, że mamy czyste powietrze i wodę, że Wałbrzych nie jest już osnuty chmurą dymu i smrodu, że możemy znów podziwiać piękno przyrody i krajobrazów. A w miejsce kopalń powstają nowoczesne, ekologiczne fabryki i zakłady usługowe w Wolnej Strefie Ekonomicznej. Świat się zmienia. Idziemy z postępem.

Dawne życie poszło w dal, tylko szybów, tylko sztolni, i kamratów, i Barbórek żal!

sobota, 28 maja 2011

Wałbrzyskie na węglu stoi, część I

Motto:

Siedziała sroka na dębie,
Skrzeczała – mam w dziobie Zagłębie,
Już dość mam szybów i sztolni,
Od węgla mój Wałbrzych uwolnij!

Posłuchał jej orzeł biały
Zasypał podziemne kanały,
Umilkły windy i wiertła
Została gwarecka legenda

Sterczące kikuty  wokół
I czarna górnicza łza w oku !

To się może wydawać dla wielu ludzi katastrofą, klęską żywiołową, pożogą, czymś w rodzaju trzęsienia ziemi, tornado, tsunami. Nieomal w mgnieniu oka zniknął w Wałbrzychu budowany przez prawie pięć wieków przemysł węglowy, zamarły w bezruchu wieże kopalniane, szyby i sztolnie, zawieszono na kołku bramy, utknęły w pół drogi wózki przewożące urobek, zamknięto portiernie, szatnie i biura. Proces „transformacji systemowej”, tak się to szumnie nazywa, dotknął miasto w momencie, gdy wydawało się, że właśnie ruszyło do przodu, gdy świeżo poczynione inwestycje kopalniane mogły przynieść korzystne efekty.
Skąd te mocne słowa mówiące o katastrofie, klęsce, agonii. Nasuwają się one ze szczególną siłą, gdy spojrzymy w przeszłość ziemi wałbrzyskiej, gdy zdamy sobie sprawę z tego, jak żmudna to była droga prowadząca do powstania wielkiego uprzemysłowionego miasta, jak olbrzymią rolę odegrało górnictwo węgla kamiennego w  jego rozwoju.
Jeszcze na początku XV wieku, kiedy to najprawdopodobniej górska wieś Waldenburg nad rwącym strumieniem Pełcznicy otrzymała prawa miejskie, było to biedne miasteczko, własność możnego rodu Czettritzów, rezydującego na zamku Nowy Dwór. Nie dorobiło się nigdy murów obronnych, ani bram, stąd narażone było na zniszczenia wojenne. Istniał w nim wtedy folwark, był młyn i karczma, pobudowano szkoły i  kościoły, a wśród mieszkańców przeważali rzemieślnicy i  tkacze. W pobliskich okolicach powstały już wówczas pierwsze kopalnie węgla jako własność Hochbergów z Książa. W połowie XVI wieku Konrad II Hochberg uruchomił kopalnię węgla na Białym Kamieniu. Od tego czasu górnictwo węgla kamiennego na stałe zadomowiło się w Wałbrzychu i na całym Pogórzu Wałbrzyskim. Można śmiało powiedzieć, że stało się ono głównym źródłem bogacenia się rodu Hochbergów, właścicieli większości kopalń, ale także przynosiło pożytki miejscowej ludności i służyło rozwojowi miasta
Przez kolejne dwa stulecia wzrosła ilość kopalń, choć niektóre szyby zamykano po wyczerpaniu pokładów węglowych lub z powodu nierentowności. Ale najobfitszy okazał się wiek XIX. W 1815 roku w rejonie Wałbrzycha pracowało już ok. 1 tysiąca górników, a wydobycie węgla sięgało 155 tys. ton rocznie. Miasto podwoiło liczbę mieszkańców, stając się  jednym z największych ośrodków przemysłu ciężkiego na Dolnym Śląsku. W Wałbrzychu uruchomiono kopalnię „Christian Friedrich”, którą w 1828 roku połączono z kopalnią „Julius Glück”, też należącą do Hochbergów. W 1823 rozpoczęła działalność kopalnia „Fridrich Ferdynand”, a do założonej znacznie wcześniej kopalni „Johannes” włączono „Louis Augustin”. W ten oto sposób stał się Wałbrzych miastem typowo górniczym. Wokół Wałbrzycha funkcjonowały liczne kopalnie założone wcześniej lub uruchamiane w tym stuleciu ( o czym za chwilę), skutkiem czego możemy mówić o Dolnośląskim Zagłębiu Węglowym. Okazuje się, że do 1820 roku wydobywało ono więcej węgla (170 tys. ton) niż wszystkie pozostałe śląskie zagłębia  ( 161 tys. ton). W ostatnim roku XIX wieku kopalnie wałbrzyskie wydobyły ponad 4.767 tys. ton, a rekordowe wydobycie miało miejsce w 1926 roku – 6.091 tys. ton. Dane te pokazują gigantyczny wzrost wydobycia węgla, a zarazem dużą rolę i znaczenia Waldenberga w produkcji węgla  w całej Rzeszy.

„Powstanie wielkiego przemysłu, jak pisze Marek Malinowski w interesującym albumie „Rezydencja Czettritzów w Wałbrzychu”, szybki rozwój nowej techniki i organizacji produkcji przyczyniły się do rozwoju miasta. Dominował zdecydowanie przemysł węglowy, który stworzył liczne, związane z nim fabryki maszyn górniczych i przetwórstwa chemicznego oraz zaplecze handlowo-usługowe. Wałbrzych stał się popularny”…

Tuż po II wojnie światowej, w 1945 roku wydobycie wałbrzyskich kopalń osiągnęło 2.746 tys. ton, a w 1979 roku – 3.913 tys. ton. Potem wydobycie spadało z roku na rok, by w momencie likwidacji Zagłębia Dolnośląskiego z końcem XX wieku zatrzymać się na poziomie 1 miliona ton.
Zaraz po wojnie w 1945 roku powołano do życia  Dolnośląskie Zjednoczenie Przemysłu Węglowego, które grupowało wszystkie kopalnie, koksownie, zakłady mechaniczne i energetyczne. Kopalnie otrzymały polskie nazwy: „Viktoria” „Julia” (potem  „Biały Kamień” i „Thorez”), „Bolesław Chrobry” i „Mieszko” (w 1964 roku połączone w KWK „Wałbrzych”). Początkowo jako samodzielna działała tez kopalnia „Chwalibóg”. W sumie było 7 kopalń, 4 koksownie, brykietownia i huta „Karol”, na bazie której powstało przedsiębiorstwo budowy maszyn górniczych.
Wałbrzyskie kopalnie były przestarzałe, nieekonomiczne, pracę prowadzono w trudnych i niebezpiecznych warunkach. Dochodziło do wypadków i katastrof. . Kiedy na ukończeniu była budowa pierwszego nowoczesnego szybu „Kopernik”, który miał zreorganizować pracę wszystkich kopalni, przyszła decyzja o likwidacji  całego Zagłębia.
Wałbrzych, jak wiele innych miast, miał w swej historii momenty wzlotów i upadków. Składały się na to różne uwarunkowania i sploty okoliczności. Bardzo często decydowali o tym ludzie u steru władzy.
Na nową prosperity czekamy z wiarą i nadzieją. Chociaż nie ma już przemysłu węglowego Wałbrzych powoli wspina się ku nowoczesności. Czy  oznacza to, że jest w stanie podążyć śladami Wrocławia?  Czy jest to możliwe bez użycia takiej siły napędowej jaką stanowiły wałbrzyskie kopalnie? Co trzeba zrobić, aby rozwojowi Wałbrzycha przywrócić impet z II połowy XIX wieku? Czy turystyka, rekreacja i wypoczynek mogą się stać kołem zamachowym takiego rozwoju? Podobnych pytań jest wiele. Na większość z nich znajdujemy  odpowiedź w strategii rozwoju miasta. Tylko, że od teorii do praktyki droga daleka.   

piątek, 27 maja 2011

Pałac na Zamkowej

To miejsce jest mi bliskie, miałem przyjemność przez parę lat urzędować w wałbrzyskim pałacu i na co dzień doznawać komfortu obcowania z murami, które maja za sobą wielowiekową, krzepiącą historię.

Niewiele jest miast na świecie, o losach których na przestrzeni kilku stuleci decydowały zaledwie dwa możne rody. Takim miastem jest Wałbrzych, a rody, które odegrały wyjątkową rolę w jego dziejach, to Czettritzowie i Hochbergowie. Tak jak związani z zamkiem Książ Hochbergowie, tak budowniczowie wałbrzyskiego pałacu na Zamkowej - Czettritzowie okazali się spiritus movens rozwoju tej ziemi. Dotyczy to bowiem nie tylko samego zamku, czy pałacu, ale także okolicznych dóbr. O Hochbergach, wydaje się, wiemy więcej, bo od czasu do czasu wybieramy się na zamek Książ, słyszymy o nich w mediach, czytamy w gazetach. Czettritzowie umykają naszej uwadze, nie orientujemy się, z jakim miejscem w Wałbrzychu możemy wiązać to nazwisko. Okazuje się jednak, że ród Czettritzów, na którym chcę dzisiaj skupić szczególną uwagę słuchaczy, odegrał niemniejszą niż Hochbergowie rolę w rozwoju gospodarczym rodzącego się miasta i całego regionu podsudeckiego.
Czettritzowie to prawdopodobnie stary dolnośląski ród. Na ziemi wałbrzyskiej Czettritzowie pojawili się najprawdopodobniej dopiero w XV wieku jako sukcesorzy zamku Neuhaus (Nowy Dwór) w obecnej dzielnicy Wałbrzych – Podgórze, zamku, którego ruiny zachowały się do dziś na  stożkowatym wzniesieniu o wysokości 618 m. n.p.m., zwanym Zamkowa Góra.
Powstanie zamku Nowy Dwór nie zostało do końca zbadane. W przewodnikach turystycznych mowa jest o tym, że mógł on powstawać w tym samym czasie co Rogowiec i Radosno, miał też to samo przeznaczenie. Na pewno jest budowlą z czasów Piastów Śląskich, a pierwszy zapis źródłowy o zamku  pochodzi z roku 1364. Był on wówczas własnością księżniczki Agnieszki, wdowy po Bolku II Małym, księciu świdnicko-jaworskim. W XV wieku został znacznie rozbudowany i wtedy nazwano go Nowym Dworem. W 1434 roku zamek stał się własnością słynnej rodziny Czetritzów, która władała nim z małymi przerwami do końca XVII wieku.
Czettritzowie odegrali też dużą rolę w księstwie świdnickim, zapisali się na kartach historii jako dobrzy gospodarze troszczący się o wszechstronny rozwój tej ziemi.

Wałbrzyska rodzina Czettritzów, pochodząca prawdopodobnie z Miśni, przez trzy stulecia (w latach 1434 – 1738) stała się właścicielem Wałbrzycha i okolicznych miejscowości i należała do najznamienitszych i najbogatszych rodów śląskich.
W dziejach Wałbrzycha istotne znaczenie ma fakt przeniesienia siedziby von Czettritzów z  Nowego Dworu po pożarze, który strawił część mieszkalną zamku,  do folwarku w małej jeszcze wówczas wsi Waldenburg. Był to zapewne, mówię tu o osadzie Leśny Gród, bo tak możemy przetłumaczyć niemiecką nazwę – Waldenberg, najstarszy ośrodek osadniczy tego terenu i powstał już za czasów Bolków świdnicko-jaworskich. W drugiej połowie XIV wieku z nadania księżnej Agnieszki, wdowy po śmierci ostatniego z Piastowiczów, Bolka II Małego, wieś ta stała się własnością lenną Ulricha Schoffa. Wtedy to uzyskujemy źródłowe potwierdzenie z 1382 roku o istnieniu tutaj wsi z folwarkiem jako ośrodkiem dóbr zamkowych. Należy przypuszczać, że we wsi na wzgórzu („Der Wall”) istniał już dwór obronny z wieżą, otoczony wałami i fosą. Krzysztof Eysymontt w znakomitym albumie „Rezydencja Czettritzów w Wałbrzychu. Oblicze dawne i współczesne” dowodzi, że dwór ten mógł się znajdować obok istniejącego już wówczas kościoła luterańskiego (przebudowanego w latach 1847-48) na rogu obecnych ulic Garbarskiej i Mickiewicza. Jest dalece prawdopodobne, że mogli się tu osiedlić Czetritzowie po opuszczeniu siedziby na Zamkowej Górze w II połowie XVI wieku.
Przeniesienia rezydencji z Nowego Dworu do Górnego Wałbrzycha dokonał Christoph Czettritz, najmłodszy syn Hermanna Czettritza, pana na zamku w Zagrodnie, na pograniczu Pogórza Kaczawskiego. W 1545 roku wraz z bratem Zygmuntem stał się właścicielem dóbr Neuhaus – Nowy Dwór, zaś w dwa lata później ożenił się z Urszulą von Seydlitz. On to właśnie był inicjatorem i zapoczątkował budowę nowej rezydencji na gruncie zakupionym, bądź też odziedziczonym skutkiem koligacji rodzinnych, w niedalekiej odległości od centrum wsi. W dokumentach zachował się jego podpis z 1582 roku, co potwierdza  zamieszkanie w Waldenburgu, zaś w trzy lata później miał miejsce ślub jego córki z Henrykiem von Hochbergiem.
To fakt dość znamienny, mając na względzie dalsze dzieje tej ziemi, związek tych dwóch możnych rodów - Czttritzów i Hochbergów  w tak wczesnym okresie  rozwoju Wałbrzycha, jak również powinowactwo Czettritzów z trzecim równie ważnym w dziejach regionu podsudeckiego rodem – Zedlitzów.
Najprawdopodobniej Christoph zapoczątkował, ale głównym realizatorem budowy nowej siedziby w Wałbrzychu był jego syn – Diprand von Czettritz, urodzony w 1562 roku (jeszcze na zamku Neuhaus). Już na wstępie dojrzałego życia przyszło mu doświadczyć tragedii rodzinnej. Była nią wczesna śmierć pierwszej żony, Katarzyny von Seidlitz, (w 1604 roku), która jako osoba 28-letnia pozostawiła po sobie sześciu synów i jedna córkę. Po raz drugi ożenił się Diprand z Elżbietą von Zedlitz i wówczas to poświęcił się bez reszty budowie dworu, składającego się z wysokiego, trzykondygnacyjnego budynku mieszkalnego, rozległego dziedzińca folwarcznego otoczonego niskimi wydłużonymi budynkami gospodarczymi, a poza nimi sadem dworskim. Budowa trwała ponad 20 lat  (Od 1606 do 1628 r.). To co udało się osiągnąć przeszło najśmielsze oczekiwania. Oczom mieszkańcom funkcjonującej już od kilku wieków wsi ukazał się świetnie zaprojektowany, zamknięty w sobie, samowystarczalny zespół obiektów, z których monumentalna architektura renesansowego budynku głównego mogła zawrócić w głowie każdemu przybyszowi.
Bardziej wnikliwi i choć trochę zorientowani w historii Wałbrzycha słuchacze, domyślają się, że mówię o początkach zespołu pałacowego, zwanego dziś zamkiem przy ulicy nota bene Zamkowej, aktualnej siedzibie Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej im. Angelusa Silesiusa. Dziś odrestaurowany z pietyzmem i zadbany zespół obiektów i otoczenie parkowe wywierają niemniejsze wrażenie niż w czasach pojawienia się tego kompleksu. Rzeczą znamienną jest, że obecny układ przestrzenny obiektów budowlanych i ich architektura nie odbiegają daleko od stanu pierwotnego.
Jak pisze Marek Malinowski w znakomitym eseju „Ludzie i wydarzenia związane z dworem” w albumie o „Rezydencji Czettritzów”: „w Wałbrzychu, podobnie jak w wielu innych miastach polskich jest ulica Zamkowa. Różni się jednak od wszystkich innych tym, że przez wieki była ulicą graniczną. Oddzielała miasto Wałbrzych od wsi Wałbrzych Górny (Ober Waldenberg), co zaznaczone jest już na najstarszych planach i rycinach przedstawiających Wałbrzych…W samym mieście żadnego zamku nie było, a nazwa ulicy wzięła się stąd, że na początku XVII wieku Czettritzowie rezydujący przedtem na wzniesionym przez Bolków Świdnickich zamku Nowy Dwór w Dittersbachu (obecnie dzielnica Wałbrzycha – Podgórze), zbudowali sobie w folwarku Górny Wałbrzych pałac w stylu renesansowym, który celom obronnym nigdy nie służył, ale w historii miasta odgrywa wielką rolę, ponieważ stamtąd właśnie właściciele Wałbrzycha, którzy tam mieszkali, a potem ci, którzy nim rządzili, decydowali o losach miasta. Tak się bowiem w historii Wałbrzycha składało, że dopiero w okresie rewolucji industrialnej, która na przełomie XVIII i XIX wieku radykalnie zmieniła oblicze miasta i regionu, w roku 1808 Wałbrzych  przestał być miastem prywatnym. Pojawienie się pierwszego ratusza w Rynku (1773 r. w stylu barokowym) zmieniło w pewnym sensie sytuację, ale na Zamkowej w dalszym ciągu  funkcjonowały instytucje zarządzające coraz potężniejszą gospodarką wałbrzyską, której znaczenie  błyskawicznie wzrosło i wyszło poza granice miasta, powiatu, rejencji, a nawet całego Śląska.”. 
Być może z tego właśnie względu przyjęło się potoczne określenie odgrywającego tak ważną rolę pałacu jako zamku .

Wróćmy jednak do początków wieku XVII, kiedy to stary folwark dworski przeżywał swój niewyobrażalny wcześniej renesans. Jego dobrym duchem był, jak podkreśla Marek Malinowski - Diprand von Czettritz (1562-1628). Nie tylko zbudował rezydencję na Zamkowej, ale należał do najwybitniejszych przedstawicieli tego rodu. Na lata jego życia przypada rozwój tkactwa, głównej gałęzi sudeckiego i podsudeckiego rzemiosła… Troszczył się również o rozwój górnictwa – w 1604 roku już prawdopodobnie z dworu na Zamkowej, nadał „ordunek węglowy” dla Białego Kamienia i potwierdził podobny ordunek dla Sobięcina, nadany przez jego przodków.
Diprand von Czettritz to doskonały wzór człowieka renesansu, mimo ciężkich doświadczeń osobistych zdobył się na podjęcie trudu inwestycyjnego na skalę wówczas rzadko spotykaną, dbał nie tylko o interes rodziny, ale wspierał wszelkie inicjatywy gospodarcze wokół siebie, przyczyniając się do intensywnego rozwoju Wałbrzycha i całego regionu. Warto więc pamiętać jego imię i wskazywać jako przykład godny naśladowania.

 Po śmierci Dipranda w 1628 r.  nowoczesny dwór zamieszkiwała wdowa po nim i widomo, że nowo wzniesione obiekty nie wymagały już wtedy prac budowlano-modernizacyjnych. Z chwilą jej śmierci w 1656 roku dobra wałbrzyskie przejął najmłodszy syn, Henryk von Czettritz, a następnie jego siostra Maria Katarzyna wraz z mężem. Po roku 1719 majątek kolejno przechodził z rąk do rąk w ramach rodu Czettritzów, by ostatecznie w 1738 roku stać się własnością w drodze kupna spowinowaconych z Czettritzami, równie ważnych w dziejach tego regionu Hochbergów z Książa.
To właśnie niezwykle zasłużony restaurator zamku Książ, Ernest Maksymilian Hochberg,  dokonał modernizacji architektonicznej renesansowego dworu i jego otoczenia w stylu barokowym. Dostawiono wówczas cylindryczną wieżę z klatką schodową, a w murze wykuto nowe wejście, ozdobione pseudorenesansowym portalem i herbem Hochbergów, którego domeną są trzy pagórki nad czerwono-białą szachownicą.

 Zasadnicza przemiana dawnego folwarku Czettrytzów miała miejsce po roku 1882, kiedy to przeniesiono tu zarząd dóbr Hochbergów, Dawny zespół folwarczny został znacznie rozbudowany, bowiem trzeba było umieścić rozrastającą się administrację. Majątek Hochbergów w tym czasie to nie tylko grunty rolne, lasy, cegielnie i młyny ale liczne kopalnie węgla, koksownie, huty, elektrownie, fabryki, domy handlowe, szpitale, hotele, sanatoria. Zarządzanie tak wielkim majątkiem wymagało odpowiedniej bazy biurowej i urzędników.

Od strony południowej dobudowano dwukondygnacyjny człon z płaskim stropodachem, a  w latach następnych dalszy fragment muru oraz wysoki budynek administracyjny. Na przełomie wieków XIX i XX założono obszerny park i ogrody, ozdobiono teren pergolami i rabatami kwiatowymi.
Ostatnią rozbudowę przeprowadzono w  roku 1922 w kierunku południowym.

Pałac jest położony na terenie parku, którego powierzchnia wynosi ponad 4 hektary. Znajdują się tam również dwie wille. W starszej z nich (z 1905r.) zmarła w 1944 roku księżna angielskiego pochodzenia Maria Teresa Oliwia Hochberg von Pless , nazywana księżną Daisy, ciotka Winstona Churchilla, ostatnia właścicielka zamku Książ W roku 2007 na dziedzińcu pałacowym wzniesiono postument upamiętniający księżną.

Mimo wielu zmian architektonicznych spowodowanych przez wspomniane przebudowy, ten reprezentacyjny, renesansowy obiekt, do dzisiaj zwraca uwagę swoim pięknem
Na fasadzie pałacu  nad renesansowym portalem wejściowym Diprand von Czettritz umieścił dwa herby, swój i swej żony Elizabeth von Zedlitz, stanowiące bezcenną ozdobę pałacu.
Pałac na Zamkowej wraz z wszystkimi znajdującymi się do dziś willami i obiektami gospodarczymi został w szczegółach opisany w znakomitym albumie „Rezydencja Czettritzów w Wałbrzychu. Wydawcą albumu jest Państwowa Wyższa Szkoła Zawodowa w Wałbrzychu, będąca godnym spadkobiercą bezcennego skarbu historycznego i architektonicznego, jakim jest zespół pałacowy . Warto zajrzeć do tego albumu, by poszerzyć swoją wiedzę z historii samego pałacu i Wałbrzycha, a także pooglądać wyśmienite fotografie głównego redaktora, Ireneusza Piwowarskiego, stanowiące obok tekstów pisanych istotną wartość albumu W moim domu wspomniany album zajmuje poczesne miejsce na najwyższej półce z „białymi krukami”.
To co tu napisałem, to zaledwie skromniutka ilustracja interesujących i dających wiele do myślenia wydarzeń i osób z przeszłości Wałbrzycha. Mieszkamy wiele lat w tym mieście, codziennie przechodzimy jego ulicami, mijamy różnego rodzaju budynki i gmachy, nie zwracamy najczęściej uwagi na ich  wygląd i architekturę. Zabrudzone, wyszczerbione,  sypiące się fasady kamienic, utraciły swój pierwotny wdzięk, tak jak starzejące się twarze ludzkie. Ale obiekty budowlane można odnowić, można przywrócić ich dawną świetność. Tak się stało z pałacem Czettritzów na Zamkowej i dziś w słonecznym blasku możemy podziwiać urok architektury monumentalnego gmachu, oddając cześć jego budowniczym i odnowicielom.

środa, 25 maja 2011

Sezamie, otwórz się!

Wiemy już wiele o Osówce, pozostaje wciąż tajemnicą, czy faktycznie obok dostępnych są jeszcze ukryte podziemne sztolnie pod Osówką i co się w nich w nich znajduje?
To frapujące pytanie nie pozwala spocząć na laurach badaczom i odkrywcom tajemniczej inwestycji militarnej III Rzeszy w Górach Sowich. Jedni szukają odpowiedzi w materiałach wojskowych, ale dotarcie do archiwów wojennych w Niemczech napotyka na podobną barierę jak ruch bezdewizowy Polaków do Stanów Zjednoczonych – w obu przypadkach na przeszkodzie stoją restrykcyjne przepisy tamtejszego prawa. Drudzy usiłują osiągnąć cel w sposób bardziej praktyczny – poprzez odblokowanie dolnego pokładu pod Osówką. Konsekwentnym propagatorem takiego rozwiązania jest długoletni badacz i poszukiwacz tajemnic Gór Sowich, autor wielu artykułów prasowych, książek, map, związany bardzo mocno z Głuszycą, emerytowany pułkownik, Jerzy Cera z Krakowa. To właśnie z jego inicjatywy prowadzone są metodyczne badania ścian skalnych w podziemiach Osówki przez naukowców Akademii Górniczo-Hutniczej z Krakowa, by wskazać najbardziej optymalne miejsce do górniczej penetracji. O kolejnych etapach tych prób badawczych dowiadujemy się z mediów, ale badania to nie wszystko. W dalszej kolejności potrzebne są siły i środki by wykonać pracochłonne roboty górnicze.
Osobom mniej zorientowanym w temacie należy się informacja, dlaczego tak nam zależy na wyjaśnieniu tej zagadki. Co się może znajdować w nie odkrytych podziemiach Osówki, jeśli takowe w ogóle istnieją?
I tutaj pojawiają się hipotezy, zapierające dech w piersiach, wywołujące palpitację serca, a przynajmniej pobudzające do puszczenia wodzów fantazji.
Posłużę się obszernym materiałem prasowym na całą dużą szpaltę wrocławskiego „Słowa Polskiego” z 20 listopada 1998 roku, jaki ukazał się w magazynie piątkowym „Do czytania w wygodnym fotelu”, którego redaktorem jest znana na Dolnym Śląsku dziennikarka i autorka książek sensacyjnych związanych z dziejami naszego regionu, Joanna Lamparska.
Autorka rozpoczyna od fundamentalnego stwierdzenia: "zdaniem badaczy znamy tylko jedną trzecią wydrążonych podziemi. Gigantyczna pajęczyna podziemnych hal i sztolni rozciąga się w masywie Gór Sowich na powierzchni około dwustu kilometrów kwadratowych. Niemcy budowali ten kompleks rękami jeńców wojennych i więźniów od 1943 roku, ale według niektórych źródeł „Riese” zaczął powstawać od 1936 roku. Już wtedy pojawił się projekt wykorzystania Gór Sowich do celów militarnych. Być może właśnie w tym czasie otrzymał on nazwę „Riese”.
Po drugiej wojnie światowej nie zachowały się żadne dokumenty, na podstawie których można by ustalić jak naprawdę miał wyglądać „Olbrzym” i jakie było jego faktyczne przeznaczenie. Na ten temat pojawiło się mnóstwo hipotez, wypowiedziało się wiele autorytetów. Spróbujmy przyjrzeć się niektórym z nich:
Wojciech Stojak, poszukiwacz skarbów, autor filmu o „Riese”:
„Z materiałów, które znajdują się w Archiwum Federalnym w Koblencji, wynika, że kompleks „Riese” miał być kwaterą dla dowództwa III Rzeszy… Ja skłaniałbym się raczej ku produkcji zbrojeniowej, ale do końca nie mam własnego zdania. W materiałach Pentagonu „Riese” jest wymienione jako kwatera Hitlera z dużym znakiem zapytania.”
Jacek Wilczur, były członek Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce:
„W Niemczech oraz w Polsce funkcjonuje wersja kolportowana przez różnych ludzi, jakoby owe podziemne obiekty w rejonie Walimia, Jugowic, Sierpnicy, Osówki, Kolc – tunele i hale różnych wymiarów – przeznaczone były na siedzibę Adolfa Hitlera bądź na pomieszczenia Sztabu Generalnego niemieckiej armii…
Większość liczonych w kilometrach chodników podziemnych, hal typowo produkcyjnych, nie konferencyjnych, konstrukcja i technika ich budowy, położenie w terenie blisko źródeł wody i minerałów, bliskość kopalń węgla i hut oraz węzłów kolejowych, komunikacji podziemnej, pozwalają przyjąć, że podziemne obiekty w Górach Sowich, stanowić miały w zamysłach i planach przywódców III Rzeszy, decydentów w zakresie polityki zbrojeniowej – gigantyczny koncern obejmujący swym zasięgiem cały Dolny Śląsk. Miała to być największa ze znanych we współczesnym świecie zbrojownia i arsenał III Rzeszy.”
Igor Witkowski, autor książki „Super tajne bronie Hitlera”:
„Na wagę rejonu Sudetów dla programu produkcji broni odwetowej wskazuje fakt ulokowania tutaj dwóch bardzo ważnych centrów dowódczych: ośrodka planowania działań strategicznych z użyciem broni sterowanych radiem w rejonie Liberca i Jablonca w Czechach oraz dużego centrum sztabowego w zamku Książ i pod nim (prawdopodobnie wraz z kwaterą Hitlera), mającego stanowić integralną część kompleksu „Riese”… Wszystko wskazuje również na to, że właśnie w tym obiekcie zamierzano połączyć program produkcji broni „V” z programem produkcji broni jądrowej.”
W wymienionym wyżej magazynie „Słowa Polskiego” Joanna Lamparska przeprowadziła wywiad z Jerzym Cerą pod znamiennym tytułem „Tajna skrytka III Rzeszy”. Oto co na pytanie, czego możemy się spodziewać z chwilą ewentualnego odblokowania wejść do ukrytych podziemi Osówki,  powiedział indagowany poszukiwacz, Jerzy Cera:
„Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Na pewno spodziewam się dalszych tuneli, betonowych, gotowych hal. Jestem przekonany, że zamierzano tu robić głowice do V-2, być może znajdą się tam laboratoria. Umiejscowienie tego kompleksu w Górach Sowich nie było przypadkowe. To góry położone na uboczu, stare, pozbawione ruchów tektonicznych, a więc bezpieczne. Poza tym kilka kilometrów stąd była kopalnia uranu. W dokumentach przeczytałem, że w czasie wojny w jednej z kopalń wałbrzyskich zbudowano stos atomowy. Mało kto o tym wie…
To co do tej pory odnaleźliśmy w Górach Sowich, to niewielka część całości. Ta całość musi być na tyle ważna, że poświęcono wiele trudu, aby ją ukryć. Gdyby nie było żadnej zagadki, nie byłoby anonimów. Dziwną rzeczą jest, że do dzisiaj nie wypłynęły żadne dokumenty dotyczące budowy… Wydaje mi się, że sporo racji ma Mieczysław Mołdawa, były więzień Gross-Rosen. Pan Mołdawa, który z racji inżynierskiego wykształcenia – architekt i chemik – miał w obozie dostęp do części dokumentacji projektowej kompleksu ”Riese”, twierdzi, że Niemcy pracowali nad specjalnymi broniami elektronicznymi wysokiej częstotliwości, oscylatorami oraz podzespołami do rakiet, a zwłaszcza elektronicznego systemu ich naprowadzania.  
Na co więc trafimy? Na coś ważniejszego niż złoto i Bursztynowa Komnata. Na coś bardzo ważnego dla istnienia III Rzeszy. W 1944 r. pewna grupa wiedziała już, że wojna jest przegrana. Hitler Hitlerem, ale naród musi przetrwać. Zaczęto więc się przygotowywać do fazy po przegranej wojnie. Zakładano, że to co jest istotne dla III Rzeszy, należy dobrze przechować”.
Czy za zwaliskiem skalnym blokującym wejście do niższego pokładu podziemnych korytarzy kryje się najskrytsza tajemnica dowództwa wojskowego III Rzeszy? Czy znajdują się tutaj gotowe, wybetonowane hale produkcyjne, laboratoria, maszyny i urządzenia, a być może także dokumenty budowlane, których nie udało się odtransportować do Niemiec? Czy liczne przykłady konspiracyjnych działań ludności autochtonicznej, mających na celu ukrycie śladów, zamaskowanie wejść i zmylenie badaczy co do faktycznego celu inwestycji, ma swoje uzasadnienie istnieniem gigantycznej skrytki właśnie tutaj, w podziemiach Osówki?
Co się kryje w nie odkrytych podziemiach Osówki – to pytanie może spędzić sen z oczu. Dlatego tak ważne są wszelkie próby ostatecznego rozwikłania tej zagadki. Wciąż na to czekamy, „a czas jak rzeka, jak rzeka płynie unosząc w przeszłość tamte dni” .

wtorek, 24 maja 2011

Osówka - moje zauroczenie

Myślę, że mogę tak napisać: "Osówka - moje zauroczenie". Swego czasu w moich rękach leżała decyzja o zagospodarowaniu turystycznym i udostępnieniu do zwiedzania podziemnych labiryntów pod górą i na zewnątrz Osówki. Tak też się stało. A stało się tak skutkiem niesamowitego wrażenia, jakie wywarły na mnie podziemne labirynty, którymi prowadził nas Ludwik Krzyścin z Wałbrzycha, emerytowany górnik, który Osówkę znał jak własną kieszeń. To zresztą osobna historia. Jak już zabraknie mi innych bardziej ekscytujących tematów, to o tym napiszę. Dziś zamieszczam kwintesencję wiedzy o Osówce i pierwsze, rewelacyjne zdjęcia udostępnione mi przez instruktora Koła Fotograficznego przy Centrum Kultury i Miejskiej Bibliotece Publicznej w Głuszycy, Roberta Janusza i członkinię tego Koła, moją znakomitą sąsiadkę, Violę Torbacką. Zainteresowanych tym tematem zapewniam, ze to nie jest moje ostatnie słowo o Osówce, będę do tego tematu powracał jak bumerang, a fotografii wystarczy mi na długo.
Osówka, to nazwa góry w masywie Włodarza, w  półn. –zach. części Gór Sowich (716 m. n.p.m.).
„Osówka”, to drugi co do wielkości kompleks podziemnych budowli militarnych III Rzeszy w Górach Sowich z końca II wojny światowej. Najbardziej intrygujący odkrywców i badaczy z uwagi na daleko idące prawdopodobieństwo  istnienia dalszej części korytarzy podziemnych i hal, które celowo zostały zasypane przez Niemców. Pozostałe kompleksy (obok Osówki) rozmieszczone promieniście w tej części Gór Sowich, to Włodarz, Jugowice Górne, Rzeczka, Sokolec, Soboń. Osobny kompleks stanowią podziemia pod zamkiem Książ, gdzie najpewniej miała być kwatera Hitlera, a w podziemiach schron na wypadek nalotów bombowych.
Dzisiejsza nazwa atrakcji turystycznej pod Osówką „Tajemnicze podziemne miasto w Głuszycy” jest wzięta z tytułu artykułu Zygmunta Mosingiewicza w „Słowie Polskim” z 28 października 1947 roku. W miejsce „gigantyczne” wprowadzono nazwę „tajemnicze”. Użycie zarówno jednego jak i drugiego epitetu jest całkowicie uzasadnione w kontekście tego, co widział i opisał w „Słowie Polskim” – niestety, nie żyjący już – znany dziennikarz „Trybuny Wałbrzyskiej”. Artykułów „Słowa” było aż siedem. Każdy kolejny artykuł wprowadza nas w świat nieomal fantasmagorii. Ta niemiecka, militarna inwestycja, miała wymiar zarówno gigantyczny jak i tajemniczy. Można by puścić wodze fantazji i wymyślić kolejny sensacyjny serial na podobieństwo „Tajemnicy Twierdzy Szyfrów” wg scenariusza Bogusława Wołoszańskiego, o perypetiach związanych z budową  „Osówki”, tylko że głuszyckie podziemia, to nie jest temat sensacyjno-kryminalny. Tu pracowali w strasznych warunkach, ginąc z głodu i wycieńczenia, dziesiątki tysięcy więźniów. Jest to miejsce zbrodni hitlerowskiej jedna z wielu opętańczych wizji Führera, realizowana kosztem ludzkiego życia, ludzkich cierpień i bólu, za pomocą nieludzkich praktyk.

Pod Osówką udostępniono do zwiedzania ok. 1800 m. wąskich korytarzy, poprzecinanych halami i bocznymi przejściami, tworzącymi podziemny labirynt ( w układzie szachownicy).  „Osówka” ma także najbardziej rozbudowany i najlepiej zachowany system obiektów naziemnych na powierzchni góry. Należą do nich tzw. „Kasyno” i „Siłownia”, oddalone od siebie o 150 m. , a także składy kruszywa, piasku i cementu oraz szyb wentylacyjny, łączący podziemia Osówki z wierzchołkiem góry.  Ich istnienie potwierdza domniemanie o szczególnym znaczeniu tego obiektu.
„Kasyno” jest jednokondygnacyjną budowlą liczącą 679 m2  powierzchni. Obiekt ma 50 m. długości i 14 m. szerokości, składa się z ośmiu połączonych ze sobą pomieszczeń, zadaszonych, z otworami okiennymi i drzwiowymi.  „Siłownia”, to blok betonowy o wymiarach 29,8 x 30,3 m. , składający się z pomieszczeń, do których prowadzą włazy ze stalowymi klamrami oraz zbiorniki połączone siecią rur i kanałów. Na temat przeznaczenia obydwu obiektów snute są różnego rodzaju przypuszczenia i domysły.
Do dnia dzisiejszego z uwagi na brak dokumentów nie da się  jednoznacznie określić jaki był faktyczny cel  tej  niezwykle kosztownej i pracochłonnej inwestycji. Coraz więcej badaczy skłania się do hipotezy, że miały się tutaj znajdować tajne laboratoria i zakłady doświadczalne nowoczesnej broni jądrowej, która mogła zmienić sytuację na froncie wojny. Mniej realną wydaje się oficjalna wersja znana z niektórych dokumentów niemieckich o budowie nowej kwatery Hitlera w Górach Sowich, bądź też, że miały tu być podziemne schrony dla dowództwa różnych rodzajów wojsk. Być może chodziło o odwrócenie uwagi od faktycznego przeznaczenia inwestycji.
Nadal pozostaje tajemnicą, czy faktycznie obok istniejących są jeszcze nie odkryte podziemia pod Osówką i co się w nich kryje?


A może właśnie niezwykłość i  zagadkowość tego miejsca jest powodem zaskakujących sukcesów w promocji turystycznej zarówno Osówki jak i Lochów Walimskich i Włodarza.
Od momentu otwarcia podziemnych tras turystycznych w Walimiu ( kompleks Rzeczka, 1994 r.) i w Głuszycy (1996 r.) obserwujemy niebywały wzrost zainteresowania zagadkową inwestycją militarną w Górach Sowich. Pojawiło się mnóstwo artykułów prasowych, audycji radiowych, telewizyjnych, filmów, wydawnictw promocyjnych i książek. Coraz częściej przyjeżdżają tutaj ekipy filmowe by skorzystać z niezwykłej scenerii skalnych sztolni. Prowadzone są dalsze poszukiwania nie odkrytych dotąd podziemnych tuneli. Szkoda, że nie udało się natychmiast po wojnie zabezpieczyć tak wyraźnych śladów zbrodniczej działalności Niemców w tym miejscu, że nie podjęto kroków zmierzających do wykrycia tajnych dokumentów i materialnych dowodów prawdziwego celu tej inwestycji.
Osówkę odwiedza rocznie więcej podróżnych i turystów niż kwaterę Hitlera pod Kętrzynem. Osówka stała się atrakcją turystyczną o zasięgu nie tylko krajowym. W tokijskim przewodniku turystycznym po Polsce można znaleźć zachętę do odwiedzenia „tajemniczego miasta Osówka w Głuszycy”. Filipińska telewizja w Manilii pokazuje film nakręcony w głuszyckich podziemiach jako dowód namacalny opętańczych planów zawojowania świata przez Adolfa Hitlera. Osówką interesuje się prasa krajowa w dalekiej Nowej Zelandii. Osówka budzi podziw i zdobywa laury w krajowych rankingach atrakcyjności turystycznej i co rusz dowiadujemy się o nowych kolejno osiąganych sukcesach. Należą do nich dwa cenne wyróżnienia z roku 2010, pierwsze –  została laureatem Dolnośląskiej Perły w Koronie” – tytuł przyznawany przez czytelników „Gazety Wrocławskiej” drugie, to list gratulacyjny Marszałka Dolnośląskiego złożony na ręce dyrektora „Osówki”, w związku z wysoką oceną głuszyckiej atrakcji turystycznej w konkursie organizowanym przez Unię Europejską pod nazwą „Od pomysłu – do przemysłu”.

Na Osówkę jedziemy z Głuszycy przez Kolce i Sierpnicę. Droga jest w miarę przejezdna i dobrze oznakowana. Obok nowo zbudowanego obiektu  socjalnego z restauracją , salka konferencyjną, WC, znajdują się duże  parkingi  i miejsce zabawowe dla dzieci . Grupy wycieczkowe zorganizowane mogą skorzystać z kilku atrakcyjnych programów zwiedzania podziemi, dotyczy to również turystów indywidualnych.
Przy okazji warto „odkryć” niezwykle atrakcyjną pod względem położenia i uroków krajobrazowych wieś  -  Sierpnicę, odszukać ukryte w przełęczach naturalne stawy, pooglądać zabytkowy drewniany kościółek, odwiedzić gościnne progi oryginalnych gospodarstw agroturystycznych, a jest ich już sporo, o czym informują tablice przydrożne.




niedziela, 22 maja 2011

Stary-Zdrój - chlubą Waldenburga

Rosnący w siłę Wałbrzych cieszył się w XIX wieku renomą nie tylko jako miasto przemysłowe, znacznie wcześniej był znany w Niemczech jako miejscowość letniskowa.
Już najstarsze zapiski mówią o istnieniu osady Waldenburg, pospolicie zwanej Waldenberg  w 1191 roku, a popularność swą zyskała dzięki pielgrzymkom do drewnianego kościółka na pagórku obok którego tryskało źródło wody mineralnej. A więc już od wczesnego średniowiecza „Leśny gród” lub „Leśna góra” cieszyły się popularnością z racji leczniczych właściwości wód. O eksploatacji tutejszych źródeł w odległej przeszłości mówił nie tylko średniowieczny zapis Aqua Antiqua, ale także znalezione przy ujęciu monety starorzymskie. Czyżby oznaczały one, że już wówczas za czerpanie wody źródlanej trzeba było słono płacić?
Obecna dzielnica Wałbrzycha, Stary Zdrój, to jedno z wcześniejszych kąpielisk sudeckich. Altwasser -  powstało w miejscu dawnego folwarku Piastów świdnickich i wsi służebnej. Od 1664 roku znajdowała się tu przystań kąpielowa, wykorzystująca bogate źródła wód mineralnych. Stary-Zdrój uzdrowiskiem został dopiero w roku 1751. Uzdrowisko stało się prężne i modne, przyciągało coraz więcej kuracjuszy i przyjezdnych gości z różnych stron Europy. Korzystali z niego chętnie Sarmaci znad Wisły i Warty. W roku 1757 Stary Zdrój dysponował  już 60 pokojami w 11 domach, a potem 20 pensjonatami, z których Lwigród, przy ul. Pocztowej liczący 36 pokoi przetrwał do naszych czasów. Przed nim znajdował się  niewielki plac, na którym odbywały się koncerty. Ulica Pocztowa była wówczas promenadą, wokół niej koncentrowało się życie uzdrowiska. Wzdłuż promenady biło 8 źródeł mineralnych. Znajdujący się w pobliżu budynek dworca kolejowego Wałbrzych-Miasto zbudowany został na wzór „pijalni wód mineralnych”. Powyżej niego powstało w 1925 roku osiedle domków parterowych i trzypiętrowych wkomponowane w otaczającą je zieleń. Ale wcześniej były tu domki gościnne dla kuracjuszy, zbudowane w latach 1790-1800  przez ówczesnego właściciela uzdrowiska von Mutiusa. Na pamiątkę zachowały się tylko nazwy ulic – Uzdrowiskowa, Kuracyjna.  
To przykre, ale do dziś z dawnego uzdrowiska pozostały tylko zapisy historyczne, stare fotografie, literatura. By dostrzec jakiekolwiek walory lecznicze w tej części miasta trzeba mieć bujną wyobraźnię. Można sobie pofolgować w snuciu obrazu dawnego zdroju przemierzając park na Ptasiej Kopie (590 m) z resztkami wspaniałego ongiś drzewostanu lub obserwując krajobraz z najwyższego w tej części wzgórza, Lisiego Kamienia (600 m), zamykającego wygasłe uzdrowisko. Niestety, ani władze niemieckie, ani powojenne polskie nie zadbały o  uratowanie zabytków przyrody i architektury dla przyszłych pokoleń, nie mówiąc o estetyce i czystości otoczenia.
A przecież Stary Zdrój był miejscem, w którym gościli znamienici ludzie z całej Europy, wybitni politycy, pisarze, artyści.
Skoncentruję się na ważniejszych Polakach. W roku 1784 gościł w Starym Zdroju bratanek króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, generał wojsk koronnych, minister i dyplomata, Stanisław Poniatowski. To chyba nie jest przypadek, że tak wyśmienity mąż stanu znalazł się w wałbrzyskim zdroju. Kilka lat później w 1792 roku w drodze do Saksonii zatrzymał się tutaj znakomity Hugo Kołłątaj, współtwórca Konstytucji 3 Maja, załamany psychicznie Targowicą i II rozbiorem Polski. Niestety, uzdrowisko wałbrzyskie wywarło na nim złe wrażenie. Jest to „miejsce smutne i niemiłe”, pisał w liście do generała Stanisława Potockiego, a dalej: „czas i powietrze złe, więc zawód dla tych, co się kurować tu przyjechali. Zostawię tu wielu Polaków, a między innymi księcia jenerała Sapiehę P. Łubieńskiego…”
Listami ze Starego Zdroju, a potem z Cieplic i Lipska Kołłątaj informował opinię publiczną w kraju o zawartym już między Prusami a Katarzyną II tajnym układzie drugiego rozbioru Polski  -  „Straszne nowiny, okropny koniec XVIII wieku – takimi słowy kończy jedną ze swoich korespondencji wałbrzyskich.
W sierpniu 1816 roku do Starego Zdroju zjechała w licznym towarzystwie, kilkoma zaprzęgami konnymi, księżna Izabela Czartoryska, twórczyni muzeum pamiątek narodowych, zwanego „Świątynią Sybilli”. Jej dwór w Puławach był ogniskiem życia literackiego i kulturalnego w ciężkich latach utraty niepodległości. Toteż została ona przyjęta w Starym-Zdroju z odpowiednimi honorami. W późniejszych pamiętnikach pisanych po francusku księżna tak wspomina swój pobyt w Starym Zdroju:
„Rano pijam wody; źródło znajduje się  pobliżu. Moje okna wychodzą na promenadę publiczną. Zażywam tam przechadzki wraz ze wszystkimi kuracjuszami. Potem spacer w lektyce po okolicy. Od dziesiątej do południa piszę lub czytam. W południe biorę kąpiel ( dodam od siebie, że taka kąpiel w źródlanej wodzie stanowiła najważniejszy punkt kuracji w Starym Zdroju). Około drugiej jemy obiad, potem robimy niezbyt długie wycieczki. Często pijemy u mnie herbatę. O dziesiątej w całym Starym Zdroju gasną światła, zapada cisza i wszystko zasypia…”
 Atrakcją Starego Zdroju była pobliska Lisia Sztolnia, długi podziemny kanał transportowy węgla. Księżna została zaproszona na atrakcyjną wycieczkę w podziemia kopalni. Oto co napisała księżna o wrażeniach z tej wyprawy:
„…Weszliśmy do barki – razem 12 osób. Płynęliśmy strumieniem. Wszystko było rzęsiście oświetlone, poprzedzała nas piękna muzyka na innej barce…”
Księżna była przyjmowana niezwykle gościnnie przez dyrekcję Urzędu Górniczego Wałbrzychu. Nie mniej uroczyście przyjęto ją na zamku Książ, bo bukietem czerwonych róż i z brawurą odegranym polonezem, który przypomniał jej  zniewoloną ojczyznę.

Niestety, sławne uzdrowisko sudeckie stało się ofiarą rozwoju górnictwa węgla kamiennego. Na skutek drążenia podziemnych szybów wyciekły wody z siedmiu tutejszych źródeł. Stało się to tak  nagle, że nikt nie był w stanie temu przeciwdziałać. Rok 1851 był ostatnim w historii uzdrowiska prosperującego okrągłe 100 lat. „O Polakach w dawnym Szczawnie i Starym Zdroju” jak już wspomniałem napisał piękną, wzruszającą książkę, dr Alfons Szyperski, były mieszkaniec Szczawna i miłośnik ziemi wałbrzyskiej. Znacznie więcej możemy przeczytać w dostępnych opracowaniach historycznych, przewodnikach i folderach.


sobota, 21 maja 2011

W Wałbrzyskie - po zdrowie

Od samego początku ta książeczka jest dla mnie zupełnym zaskoczeniem. Dysponuję siermiężnym wydaniem z 1974 roku  okazji Dziewiątych Dni Henryka Wieniawskiego przez Towarzystwo Muzyczne im. Henryka Wieniawskiego i Dyrekcję P. P. Uzdrowisko Szczawno-Jedlina. Książeczka liczy sobie ponad 50 stron szarego papieru i czarno-białych fotografii rozrzuconych w tekście. Dziś byłoby to nie do przyjęcia, by taką książkę wydawać w tak zgrzebnej szacie. Dlaczego „taką książkę” piszę tłustym drukiem. Bo uważam, że jest to najlepsza książka jaką udało mi się przeczytać o Szczawnie-Zdroju i Wałbrzychu. To co uczynił doktor Alfons Szyperski dla odsłonięcia odległych kart przeszłości Szczawna-Zdrój, Wałbrzycha i całego Przedgórza Wałbrzyskiego zasługuje na podziw i uznanie. A jeszcze do tego napisał o tym wszystkim z ogromnym talentem i nie ukrywanym emocjonalnym zaangażowaniem. Dla mnie osobiście ta wzruszająca  książeczka stanowi inspirację do jeszcze głębszego poznania ciekawej przeszłości tej ziemi, na której przyszło mi już ponad pół wieku żyć, pracować i zachwycać otaczającą nas przyrodą.
„Pogórze Wałbrzycha – Zagłębiem Zdrowia” to tytuł pierwszego rozdziału książki „Polacy w dawnym Szczawnie i Starym Zdroju”, zasłużonego dla ziemi wałbrzyskiej badacza historii tych ziem, niestety nieżyjącego już od lat doktora Alfonsa Szyperskiego.
Pisać o Zagłębiu Zdrowia w Wałbrzyskim Zagłębiu Węglowym wydawało się rzeczą dość osobliwą. Wałbrzych lat 60-tych i 70-tych nie przypominał miasta, do którego można byłoby przyjechać na kurację, a i Szczawno-Zdrój  pozostawało w cieniu wielu innych, renomowanych uzdrowisk w Polsce, takich chociażby jak Krynica, Szczawnica, Nałęczów, Ciechocinek, nie mówiąc o uzdrowiskach w Kotlinie Kłodzkiej lub Jeleniogórskiej. Wiecznie zadymiony, cuchnący pyłem węglowym i koksowym, brudny, zaniedbany
Wałbrzych odciskał swoje piętno na bezpośrednio przyległym, stanowiącym jakby nierozerwalną część wielkiego Wałbrzycha, maleńkim szczawieńskim uzdrowisku. Pisząc o Wałbrzyskim Zagłębiu Zdrowia miał Alfons Szyperski  przede wszystkim przed oczyma nieodległą przeszłość tego regionu, który pod wpływem przeobrażeń industrializacji utracił w znacznej mierze swe dawne predyspozycje leczniczo-wypoczynkowe. Przemysł okazał się wszechwładny, wszechogarniający, zapanował w regionie, podporządkowując swoim potrzebom naturalne warunki środowiskowe. 
Co więc spowodowało uznanie przez szczawieńskiego historyka Pogórza Wałbrzyskiego mimo wszystko za obszar wybitnie zdrowotny?

Zanim odpowiem  na to pytanie, oddajmy głos autorowi książki, cytuję:

„Rezerwaty świeżego powietrza w Sudetach i pięknego krajobrazu, urozmaicona rzeźba terenu koją system nerwowy ludzi potrzebujących wczasów i regeneracji sił. Leczą tu - przyroda, klimat, „zdroje zdrowe” - jak pisano w przewodnikach sprzed dwustu laty”.

Otóż to, piękne krajobrazy, bogactwo przyrody, źródła  mineralne, czystość powietrza, łagodny klimat, a w ślad za tym postępujący rozwój bazy materialnej uzdrowisk i miejscowości wypoczynkowych – to wszystko składało się od najdawniejszych czasów na rosnącą sławę regionu wałbrzyskiego jako regionu leczniczo-wypoczynkowego. A najświetniejszy okres, to druga połowa XVIII i pierwsza połowa XIX wieku. Wtedy miał miejsce rozkwit lecznictwa uzdrowiskowego w tym regionie, które było w stanie bronić się jeszcze przed dominacją przemysłu.

Alfons Szyperski wspomina Tytusa Chałubińskiego, najsławniejszego lekarza polskiego XIX stulecia, który  kierował rokrocznie dziesiątki chorych w Sudety Wałbrzyskie, bo jak pisał „sam pobyt w górach umiarkowanego wzniesienia przywraca zdrowie”. Oczkiem w głowie lekarza z Zakopanego było wówczas Sokołowsko, gdzie próbował ratować również swego syna chorego na gruźlicę. Zanim rozwinęło się Sokołowsko, gruźlicę leczono w Szczawnie-Zdroju i Jedlinie. W Szczawnie od roku 1820 zastosowano kurację serwatkową. Oprócz serwatek oferowano ser kozi, owczy i krowi, także kefir. Lekarz zdrojowy dr Falk napisał całą książkę o wartościach leczniczych serwatek. Wałbrzyski przemysł ceramiczny dostarczał przeróżnych dzbanków, dzbanuszków, kubków, kielichów, czarek i czasz do serwatek z napisami zalecającymi taką kurację. Specjalny sposób leczenia za pomocą żętycy wychwalał Wissarion Bieliński, filozof i krytyk literacki i czołowy przedstawiciel rewolucyjnych demokratów w Rosji. To właśnie tu w Szczawnie-Zdroju napisał słynny swój „List do Gogola”, rewolucyjny „testament” podsumowujący działalność społeczną i literacką Bielińskiego, a jego towarzyszami podróży byli wówczas Iwan Turgieniew, wybitny pisarz rosyjski, przedstawiciel rosyjskiego realizmu krytycznego i Paweł Annienkow, krytyk literacki i pamiętnikarz, wydawca dzieł Puszkina.

Jakie choroby leczono w pierwszej fazie rozwoju uzdrowiska, to jest po wojnach napoleońskich , w pierwszej połowie XIX wieku?
Jak pisze Alfons Szyperski leczono w Szczawnie: „przewlekłe katary dróg oddechowych i płuc, gruźlicę, kaszle, astmę, spazmy płucne, przy czym za podstawowy lek służyło ośle mleko mieszane z wodą źródlaną. Źródła szczawieńskie miały pomagać również w przypadkach hipochondrii, histerii, melancholii, dolegliwości menstruacyjnych, reumatycznych, kamieni, obstrukcji dziecięcych, chorób na robaki, a także leczyć serce.

Kuracja w renomowanym uzdrowisku jakim był ówczesny Salzbrunn była dość droga. Kuracjusze poszukiwali więc tańszego miejsca na rekonwalescencję.
Najczęściej przeprowadzano się chętnie… proszę zgadnąć gdzie? Otóż do sąsiadującego ze Szczawnem – Wałbrzycha, a ściślej do jego dzielnicy – Stary Zdrój. Ale o tym uzdrowisku w następnym blogu.

Powrócę teraz do pytania postawionego na samym początku, czy Pogórze Wałbrzyskie może się stać ponownie Zagłębiem Zdrowia?
Odpowiedź twierdząca, może budzić wątpliwości, choć jest rzeczą niewątpliwą, że bliżej nam teraz do spełnienia takich oczekiwań, niż w czasach PRL-u..
Przede wszystkim Wałbrzych nie jest już Zagłębiem Węglowym, a dymiące kominy, płonące ogniska koksowni, szare powietrze przesiąknięte pyłem węglowym – należą do niechlubnej przeszłości. Wałbrzych staje się miastem nowoczesnym. Rozwijający się przemysł w Wolnej Strefie Ekonomicznej nie zagraża środowisku naturalnemu i nie utrudnia życia mieszkańcom. Wałbrzych pięknieje, wprawdzie powoli, lecz sukcesywnie, zachwyca nowymi dzielnicami mieszkaniowymi, wyremontowanymi kamienicami i budynkami publicznymi w różnych częściach miasta. Mamy już nowoczesne centra handlowe i usługowe, planowane są dalsze inwestycje podnoszące rangę miasta. Widoczne zmiany w kierunku turystyczno-rekreacyjno- sportowym i leczniczym mają miejsce w otaczających Wałbrzych gminach. Dawne uzdrowiska, Szczawno-Zdrój i Jedlina-Zdrój, rozwijają się z rozmachem i odzyskują dawną sławę. Powoli wkracza na tę drogę także Sokołowsko.
Osobiście opowiadam się, jeśli już chcemy trzymać się epitetu „Zagłębie” za nieco szerszym i bardziej chyba  trafnym określeniem dla regionu wałbrzyskiego  –  Zagłębie Turystyczne. Ale widzę to jako cel strategiczny, do którego winniśmy zmierzać z  pełną świadomością,  uporem i poświęceniem.
Jest sprawa oczywistą, że najwięcej zależy od Wałbrzycha, który w sposób naturalny jako największe miasto położone w centrum regionu winien się stać bazą wypadową w otaczające nas góry, a zarazem miejscem przyciągającym turystów i wczasowiczów własnymi atrakcjami turystycznymi. Wałbrzych musi się stać autentycznym centrum turystycznym regionu, tak jak Jelenia Góra lub Kłodzko. Wiele zależy od mądrości i przedsiębiorczości gospodarzy miasta, ale jeszcze więcej od jego mieszkańców. Ale to już jest osobny temat. Warto, aby był tematem wiodącym w najbliższych latach. To bardzo dobrze, że ważne pismo lokalne, „Tygodnik Wałbrzyski”, stanęło na czele społecznej akcji pod hasłem „Nie oczerniajmy Wałbrzycha”. Najwyższy czas, aby zdjąć z miasta odium zatęchłej dziury, gdzie panoszy się brud, smród, ubóstwo i biedaszyby, a na ulicach można spotkać tylko pijaczków i zbieraczy  złomu. Trzeba pokazać prawdziwy obraz miasta, w którym tak samo jak w innych miastach na Śląsku obok trudnych problemów społecznych dzieje się też wiele dobrego. Posłużę się tutaj fragmentem z artykułu „Tygodnika Wałbrzyskiego”:
Są tutaj „niesamowici, wyjątkowi ludzie, pełni pomysłów, wyjątkowe instytucje kultury, wielokrotnie nagradzane w Polsce i poza jej granicami; inwestycje, które zmieniają oblicze górniczego niegdyś miasta, chociażby rewitalizacja starówki, przywracająca blask dawnym mieszczańskim kamienicom… Taki obraz miasta chcielibyśmy widzieć w mediach, taki obraz miasta chcemy promować..”
Żyjemy o otoczeniu cudownej przyrody górskiej, mamy mnóstwo walorów  turystyczno-krajobrazowych, uzdrowiskowych, sportowych,  zabytków architektury i pomników dawnej świetności. Jesteśmy spadkobiercami wielowiekowych osiągnięć naszych poprzedników. Jesteśmy bogaci w to, czego nie da się uzyskać przy pomocy nauki i techniki, co jest dziełem matki-natury. Trzeba zrobić wszystko, by rozsądnie wykorzystać dobra materialne pozostawione przez dotychczasowych gospodarzy, a zarazem nauczyć się żyć w zgodzie z naturą, by ten dar niebios uchronić przed ponowną dewastacją przemysłową i mądrze wykorzystać dla promocji regionu i poprawy życia mieszkańców.

piątek, 20 maja 2011

Polski Paganini

Tak jak Kudowa-Zdrój szczyci się związkami personalnymi z wielkim Stanisławem Moniuszką, a Duszniki-Zdrój z Fryderykiem Chopinem, tak samo Szczawno-Zdrój ma swój tytuł do chwały dzięki temu, że leczył się w tym zdroju i koncertował inny znakomity Polak, światowej sławy wirtuoz i kompozytor.
Moją opowieść zatytułowałem – „polski Paganini”. A dlaczego?  Oto odpowiedź na to pytanie.
W  centrum szczawieńskiego uzdrowiska na fasadzie budynku sąsiadującego z dawnym Kursalem, czyli domem kuracjusza, a dziś kawiarnią „Biała Sala”, znajdujemy tablicę pamiątkową następującej treści:
„W tym domu w 1857 roku mieszkał jako kuracjusz Henryk Wieniawski, znakomity skrzypek, wirtuoz i kompozytor polski. Dolnośląskie Towarzystwo Muzyczne, Oddział w Wałbrzychu.
Imieniem wybitnego muzyka nazwany został Teatr Zdrojowy, teatr słynący w kraju z bogato zdobionej sali widowiskowej, jednej z najpiękniejszych w Polsce. W Paku Zdrojowym możemy oglądać pamiątkowy obelisk z popiersiem Henryka Wieniawskiego.

Kim był Henryk Wieniawski i co wiemy o jego związkach z podwałbrzyskim zdrojem,  w którym na jego pamiątkę co roku organizowana jest kilkudniowa impreza muzyczna - Dni Henryka Wieniawskiego?


  Urodził się 10 lipca 1835 r. w Lublinie, zmarł  dość młodo, bo w 1880 r. w Moskwie, przeżywszy zaledwie 45 lat. Pochowany został  w Warszawie.  Ten wybitny polski skrzypek i kompozytor był synem lekarza - chirurga, człowieka o szerokich zainteresowaniach humanistycznych oraz matki -  pianistki, córki warszawskiego lekarza i siostry wybitnego pianisty Edwarda Wolffa. W ósmym roku życia (w 1843 roku) został przyjęty do Konserwatorium Paryskiego. Klasę prof. Josepha Massarta ukończył z najwyższą nagrodą, jako 11-letni chłopiec, najmłodszy w historii uczelni. Wkrótce rozpoczął - trwającą przez całe, niestety zbyt krótkie życie - tournee artystyczne po świecie, jako wirtuoz, porównywany z Paganinim. Koncertował nieomal we wszystkich krajach Europy (w niektórych wielokrotnie) oraz w USA. W polskich miastach ponad 130 razy. Z bratem - pianistą i sam, bądź z innymi najznakomitszymi artystami, m.in. z Antonem Rubinsteinem. Był świetnym kameralistą (tj. muzykiem grającym w małym zespole instrumentalnym).
Czas upływał mu na podróżach  -  dyliżansem i wagonami pierwszych kolei żelaznych oraz na przygotowaniach do koncertów, występach, komponowaniu, a także rozrywce w ekskluzywnych kasynach gry i salonach towarzyskich. Od lat najmłodszych nie cieszył się dobrym zdrowiem; stąd częste pobyty w uzdrowiskach. Jako 25-letni młodzieniec był nadwornym skrzypkiem cara w Petersburgu w latach 1860 - 72) , a nieco później profesorem Konserwatorium w Brukseli (1874 - 76). Żonaty z Angielką Izabellą Hampton dochował się sześcioro potomstwa. Tylko najmłodsza córka Henrietta (ur. dwa lata przed śmiercią artysty w 1878 r.) dożyła sędziwego wieku (zmarła w 1962 r.).
H. Wieniawski łączył intensywną działalność estradową z pracą twórczą, rozpoczętą już w dzieciństwie. Komponował  dzieła o charakterze popisowym i lirycznym (w dużym stopniu z myślą o sobie, jako wykonawcy), niejednokrotnie nawiązując do tradycji narodowej i ludowej (polonezy, mazurki, kujawiaki). Pisał, popularne w XIX w. fantazje na tematy operowe (np. „Fausta” Gounoda). Jest autorem etiud i dwóch wirtuozowskich koncertów skrzypcowych z orkiestrą, wykonywanych do dzisiaj przez najsłynniejszych solistów. Najpopularniejsze jego utwory są wciąż na nowo wznawiane w czołowych wytwórniach płytowych.
Skoro już wiemy kim był Wieniawski spróbujmy teraz skoncentrować się na jego związkach z uzdrowiskiem Szczawno-Zdrój.
Jeszcze przed powstaniem listopadowym po utworzeniu na Kongresie Wiedeńskim w 1815 roku marionetkowego Królestwa Polskiego, którego królem był car rosyjski, ówczesny Saltzbrunn stał się Mekką dla potrzebujących kuracji zniewolonych Polaków. Wojażowano do jego wód całymi rodzinami. Przebywała tu m. in.  generałowa Dąbrowska z Winnogóry, żona znanego z naszego hymnu narodowego  Henryka Dąbrowkiego, słynnego twórcy Legionów Polskich we Włoszech. Towarzyszyła jej hrabina Mielżyńska z Miłosławca, a także pułkownikowa Ponińska z pobliskiej Wrześni. Wymienione trzy panie zajmowały pokoje „Pod Złotym Lwem” i „Złotym Słońcem”, a bawił je gawędami na spacerach znajomy proboszcz z Żerkowa, Bentkowski – bo jak widać całe towarzystwo to geograficzni sąsiedzi nieomal z jednej wielkopolskiej gminy.
Obok spotkań poobiednich przy herbatce modne było uczestnictwo w koncertach, albo w parku zdrojowym przy muszli koncertowej, albo w sali koncertowej  Kursalu. Już od wczesnych godzin rannych orkiestra zdrojowa bawiła gości muzyką Mozarta, Glucka, Webera. Wśród polskich kuracjuszy dominowały mazurki i polonezy na specjalnych koncertach organizowanych w celach dobroczynnych, cieszących się powodzeniem wśród kuracjuszy ze wszystkich stron Europy. W kąpieliskach wałbrzyskich XIX wieku pojawiali się zawodowi muzycy, skrzypkowie, pianiści i śpiewacy, także Polacy. Nie brakowało w Szczawnie kuracjuszy z dawnych ziem polskich również po upadku powstania listopadowego, a szczególnie w latach 50-tych XIX wieku
Wśród wielu innych trafił do Szczawna młody, opromieniony sławą skrzypek – wirtuoz, Henryk Wieniawski. Celem pobytu była kuracja, bo od dzieciństwa cierpiał na astmę i reumatyzm, mogły więc mu pomóc wody mineralne, serwatki szczawieńskie, specjalistyczne kąpiele. Szczawno stanowiło tylko  przystanek w rozległym tournee artystycznym po Europie, w którym na czołowych miejscach znajdowały się stolice Francji, Niemiec, Polski i Rosji, także inne miasta tych i  innych krajów.
4 sierpnia 1855 roku zameldował się na okres półtora miesiąca w reprezentacyjnym Kursalu. Tuż po przyjeździe wzbudził entuzjazm publiczności na koncercie, który odbił się echem nie tylko na Dolnym Śląsku, ale nawet w prasie warszawskiej. Pisano o nim, ze jest demonem gry, „królem skrzypków”, geniuszem muzycznym, polskim Paganinim.  Oczywiście, nie skończyło się na jednym występie. O bilety na jego koncerty staczano prawdziwe boje, a tłumy wiwatowały pod oknami jego pokoju hotelowego podobnie jak wtedy, kiedy słynny tenor, Jan Kiepura przyjechał do Warszawy po odzyskaniu niepodległości przez Polskę.
Po raz drugi zawitał Wieniawski do Szczawna w roku 1857 po triumfalnym tourne w Holandii, gdzie dał 45 koncertów. Spotykały go tam odznaczenia i inne zaszczyty, m. in. zaproszenie na dwór królewski, sprzedawano litografie z jego portretem, rysunki, miedzioryty, popiersia. Wiosną tego roku koncertował we Lwowie, jak zwykle ze swoim bratem, pianistą Józefem. Potem przyszła kolej na Kraków, Królewiec, Poznań i wreszcie  -  Szczawno-Zdrój. Tym razem zadomowił się tutaj na dwa miesiące, a w liście gości odnotowano:
„Kuracjusz nr 1016, 8 lipca, pan Henryk Wieniawski, nadworny solista, kawaler wielu orderów, Lublin, Kursal, 1 osoba.”
Hotel zdrojowy „Kursal” z małą salą koncertową na parterze i pokojami gościnnymi na piętrze, zbudowany przez ówczesnych właścicieli uzdrowiska, Hochbergów z Książa, miał duży taras od strony promenady, tonący w kwiatach, a w pobliżu ukryty w zieleni pawilonik dla orkiestry. W tym samym czasie zamieszkał tu Ludwik Niemojewski, literat, etnograf i współpracownik „Gazety Warszawskiej”, w której zamieścił  „Listy wędrowca z Salzbrunn”:
Wielu pisało o Wieniawskim, sława artysty obiegła Europę, a dzienniki nieomal wszystkich krajów wyprzedzały się w oddawaniu hołdu tak znakomitemu talentowi…
„Co się tyczy własnych jego utworów, pisał Niemojewski, takich jak: Mazury, Souvenir de Poznań czy Kujawiak  - są pełne życia, owej swojskości, którą nie nauka, praca, talent, ale tylko matka ziemia nasza dać może…”
Niemojewski sławił geniusz Wieniawskiego pod niebiosa, sam osobiście wstrząśnięty bez reszty jego koncertami. Pierwszy recital Wieniawskiego w Szczawnie tym razem zgromadził 220 osób, co stanowiło blisko 20% przyjezdnych kuracjuszy. Z poznańskich słuchaczy koncertu warto wymienić rodzinę słynnego Hipolita Cegielskiego, filologa, pisarza i przemysłowca, krakowskie środowisko reprezentował biskup Ludwik Łętowski, historyk i dramaturg, autor tragedii „Samuel Zborowski”, a warszawskie obok Niemojewskiego, rodzina hrabiny Walewskiej, goszcząca również  w hotelu kuracyjnym.
Koncerty Wieniawskiego stały się  prawdziwą atrakcją lata 1857 roku, a Polacy byli na nich tak licznie zgromadzeni, że  -  jak czytamy w krakowskim „Czasie”: piastowskie czasy tej dzielnicy Śląska powrócić się zdały”.
Piastowskie czasy powrócić się zdały ponownie po roku 1945, w czasach PRL-u i III Rzeczpospolitej. Był taki okres w Wałbrzychu, kiedy szczawieńskie Dni Wieniawskiego spotykały się z należytym zrozumieniem, pomocą finansową i promocją ze strony władz miejskich Wałbrzycha i władz wojewódzkich. Główny organizator Dni Wieniawskiego, Wałbrzyski Oddział Dolnośląskiego Towarzystwa Muzycznego cieszył się dużym autorytetem i poparciem. Programy koncertowe i imprezy towarzyszące temu wydarzeniu były ogromnie ważne w życiu kulturalnym regionu wałbrzyskiego, znajdowały zainteresowanie i przyciągały uczestników z całej Polski. Dni Wieniawskiego w Szczawnie stają się coraz wyraźniej imprezą lokalną, znajdują aprobatę i wsparcie głównie ze strony władz miejskich Szczawna-Zdroju. Należy żyć nadzieją, że dobre czasy dawnego Saltzbrunn,  z licznymi koncertami i wszędzie rozbrzmiewającą muzyką skrzypcową na stałe powrócą do tego pulsującego coraz żywiej uzdrowiska.