Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

wtorek, 31 stycznia 2012


Miasto budzi się…!




Ta refleksyjna piosenka Pawła Kukiza , którą mogłem ongiś usłyszeć co rusz w radiu „zet” budziła we mnie i budzi nadal sentymentalny stosunek do utopionej w górach Głuszycy. Moje codzienne, wczesnoranne spacery z pieskiem po bliskim Osiedlu Mieszkaniowym pozwalają  obserwować budzące się do życia miasteczko. To są często spacery pełne olśniewających wrażeń, gdy ranne słońce odsłoni panoramę otaczających miasteczko gór i kokieteryjnie muskając śnieżnobiałe wierzchołki drzew, przebłyskuje tu i ówdzie złocistymi promieniami.
Myślę sobie, kocham to miasto, ma swój czar. Wiem, są setki, tysiące piękniejszych miast, ale umiem się cieszyć tym co mam. Tutaj zakorzeniłem się na stałe, a w miarę upływu czasu, dostrzegam coraz to nowe uroki. Zwłaszcza na Osiedlu, skąd roztacza się znakomity widok na otaczające nas krajobrazy.
Lubię spacery główną ulicą Grunwaldzką, która ożyła parę miesięcy temu, gdy uruchomiono w centrum nowobudowany market „Biedronki”. To tak jakby po katastrofie bankructw fabryk włókienniczych w mieście wróciło tu nowe życie.
W święta pojawiły się w centrum iluminacje świetlne, przystrojono choinki niektóre domy. Wieczorne spacery były szczególnie sympatyczne. Dostrzegł to i utrwalił na kliszach mój znakomity kolega, fotograf, Robert Janusz. Cóż, święta minęły, ale niesamowite obrazki uchwycone okiem kamery możemy podziwiać nadal.
Zapraszam więc, oglądajcie i podziwiajcie, a dla jeszcze lepszego nastroju przytaczam słowa piosenki Pawła Kukiza, „Miasto budzi się”. Uwierzmy, że się obudzi!


Poranek taki cichy,
dzień powoli wstaje
moje miasto budzi się
słońce purpurą już okryło czarne dachy
w złoto zaraz zmieni je

Idę, ulica pusta,
sławię co nad nami
za tę cisze za ten świt
że jesteś obok mnie, że nie poddałaś się
za tę chwilę, która jest


Patrzę na moje miasto
Kocham je
Ty jeszcze śnij i wyśnij dla nas sen

Ref.:
Miasto budzi się
Z naszymi marzeniami
Szumem ulic woła mnie
Miasto budzi się
Nie jesteśmy sami
Daj nam dzisiaj dobry dzień, dobry dzień

Wieczorem gdy już cicho
Zamykamy oczy
W ciemną noc obejmę Cię
A potem tak jak zawsze
Ja przed słońcem wstanę,
by powitać nowy dzień


Patrzę na moje miasto
Kocham je
Ty jeszcze śnij i wyśnij dla nas sen


Ref.:
Miasto budzi się
Z naszymi marzeniami
Szumem ulic woła mnie
Miasto budzi się
Nie jesteśmy sami
Daj nam dzisiaj dobry dzień, dobry dzień

Fot. Robert Janusz.

poniedziałek, 30 stycznia 2012

 O mojej książce - refleksyjnie



Umilkłem w niedzielę ale to z powodu zupełnie błahego. Wydawało mi się, że po emocjach piątkowych trzeba ochłonąć. W sobotę rano napisałem na gorąco  o tym co się wydarzyło w obiekcie Centrum Kultury. Dziś mam sporo czasu na głębsze refleksje. Za oknem piękna zima, ośnieżone pola i łąki, mroźno i słonecznie. Niedzielna, popołudniowa cisza. Wczoraj spędziłem miły wieczór z Romaną i Markiem. Było o czym wspominać, bo więzy przyjaźni łączą nas już przez parę dobrych lat. „Romana nie ustaje w biegu”, tak pisałem kiedyś w artykule do „Głosu Głuszycy” i to się potwierdza. Pisze wiersze i artykuły do lokalnej prasy w Brzegu nad Odrą, stale coś organizuje w ramach Nauczycielskiego Klubu Literackiego, chce do nas przyjechać w marcu, więc pomyślimy o wiosennym spotkaniu z poezją w „Starej Piekarni”. Marek błądzi myślami po bezdrożach Bornholmu. Tam właśnie chce się wybrać na rowerze latem i przemierzyć wyspę wokół, biwakując od czasu do czasu na piaszczystych plażach Bałtyku. Dziś Romana jest już w drodze do domu, z Markiem jeszcze się spotkamy, bo zatrzymał się w Głuszycy u rodziny na parę dni.
Miło mi gdy pomyślę, że nie jestem sam na świecie, bo być może w tym momencie ktoś bierze do ręki moja książkę i w ten sposób łączymy się duchowo. W czasie spotkania promocyjnego w Centrum Kultury wykupiono sporo książek. Niektórzy brali po kilka dla swoich bliskich. Mam nadzieję, że każdy znajdzie w niej coś ciekawego, bo książka nie jest monotematyczna, a dotyczy spraw, które są nam najbliższe, bo naszego miejsca zamieszkania.
Biorę do ręki moją książkę. To bardzo miłe uczucie. Moje „Głuszyckie kontemplacje”. Mam czas. Zamykam się w pokoju. Muszę wreszcie tę książkę przeczytać. A potem i tak nie będę pewien, czy jest to dobra książka, czy warto było ją drukować. Na to pytanie może odpowiedzieć tylko i wyłącznie jej czytelnik.



Fot .Robert Janusz, Violetta Torbacka.

sobota, 28 stycznia 2012



Kto jest ważniejszy, książka czy autor?



Zawsze myślałem, że ważniejsza jest książka, materialny ślad czyjegoś istnienia. Książka, która może przetrwać wieki. Chyba, że ją myszy zjedzą lub znajdzie się wcześniej w składzie makulatury.
W każdym domu są książki, o których autorach już dawno nikt nie pamięta. Pozostaje tylko nazwisko, podobnie jak na nagrobkach cmentarnych. Tutaj jeszcze dochodzi data urodzin i śmierci. Książka jest ważniejsza, bo w niej można się znacznie więcej dowiedzieć o autorze niż na obojętnie jakiej inskrypcji. Każda książka jest emanacją myśli autora, jest diapozytywem jego duszy. O książce napisano już tak dużo, że mogłoby się z tego ułożyć całe stosy nowych książek. Dlatego każda nowa książka jest ważna.
Wczorajszy wieczór w Centrum Kultury w Głuszycy miał być promocją książki, pierwszej powojennej książki mojego autorstwa, opowiadającej i o najnowszej historii miasta, i o tajemnicach kompleksu „Riese” , a także wątpliwej hipotezie, że miała to być kwatera Adolfa Hitlera, i o walorach krajobrazowych Głuszycy, perspektywach rozwoju turystyki i wypoczynku w tej gminie. Tytuł książki  -  „Głuszyckie kontemplacje” – wskazuje na swobodę w doborze tematów i dowolności refleksji, co daje szansę na czytanie książki „na wyrywki”, zgodnie z zainteresowaniami i potrzebą chwili.
Nader uprzejmi Organizatorzy tego wieczoru zgodnie chyba z naszą polską tradycją, skoncentrowali się znacznie bardziej na osobie autora niż na książce. Miałem więc okazję wysłuchać mnóstwa komplementów, odebrać listy gratulacyjne, w tym od Pani Burmistrz, bukiet najpiękniejszych „Pod Słońcem” kwiatów od Pani Dyrektor Centrum Kultury i Kierownik Miejskiej Biblioteki Publicznej (Przypominam, że „Pod Słońcem” to nazwa hotelu i restauracji, gdzie dzisiaj znajduje się Centrum Kultury), a także inne pamiątki od moich najbliższych. Moi najwspanialsi sojusznicy, Romana Więczaszek z Brzegu nad Odrą i Marek Juszczak z Knurowa, autorzy pięknych wierszy o swoim „gnieździe rodzinnym”, Głuszycy, obok cennych pamiątek wygłosili na mój temat peany pochwalne wierszem. Było więc pompatycznie i sentymentalnie.
Ale najpiękniejszym dla mnie prezentem była pełna sala widowiskowa Centrum Kultury, a w niej mnóstwo osób od najmłodszych do najstarszych, w tym Ci, których zasługą jest, że ta książka mogła się ukazać, a więc jej fundatorzy.
Prawdziwą okrasą uroczystości była obecność znanego nam w Głuszycy, Juliana Golaka z Nowej Rudy, kiedyś kilkumiesięcznego burmistrza naszego miasta, obecnie radnego Sejmiku Wojewódzkiego we Wrocławiu, ale przede wszystkim działacza kulturalnego Ziemi Kłodzkiej. O walorach turystycznych tego regionu, związkach z przygranicznym sąsiadem, Czechami, znaczeniu poznawania przeszłości i czerpania z niej dobrych wzorów służących promocji turystycznej Dolnego Śląska, mówił z przejęciem nasz specjalny gość tego wieczoru, Julian Golak. Wtórował mu Bartłomiej Ranowicz, znany wałbrzyski księgarz, przewodnik turystyczny, wykładowca Wyższej Szkoły Zawodowej w Wałbrzychu. Złożył on deklarację pomocy w rozpowszechnieniu książki w księgarniach Dolnego Śląska.
Popisy oratorskie urozmaiciła piosenka,o tyle ciekawa, że wykonywana przez trzech rodzimych wokalistów, znanych już z występów na scenie CK. Z towarzyszeniem gitary śpiewali znane polskie przeboje Teresa Pietras i Magdalena Guzik z Jedliny-Zdroju oraz znakomity piosenkarz i  jak się okazało gawędziarz, artysta-stolarz, Jacek Szatkowski z Głuszycy.


Jurek Marszał obdarował mnie jak przystało na artystę rzeźbiarza drewnianą płaskorzeźbą książki z moimi inicjałami. Będzie zdobić moją półkę z tomikami wierszy Romany i Marka.
Mój dobry znajomy, amator - artysta malarz i rzeźbiarz z Wałbrzycha, Ryszard Klimas, wręczył mi na pamiątkę wykonaną własnoręcznie figurkę Aniołka. Skojarzyłem ją sobie z oglądanymi niedawno przepięknymi fotografiami „Aniołków z Chrobrza” mojej koleżanki , blogierki, p. Ewy, która pozwoliła mi skorzystać z jej dorobku. Fotografie te zdobią mój dzisiejszy  refleksyjny post, mam nadzieję bardzo okazale. O twórcach tej niezwyklej ekspozycji można przeczytać w blogu p. Ewy, do czego gorąco zachęcam


Fot. ikropka.blogspot.pl

piątek, 27 stycznia 2012



Bardo  -  miast cudów



 „Starożytne” Bardo już przed wojną  w 1816 roku uzyskało status miejski. Po wojnie do 1954 roku pozostawało wsią gromadzką w powiecie ząbkowickim, potem osiedlem. 1 stycznia 1969 roku stało się ponownie miastem. Położone jest w przewężeniu pomiędzy stromymi grzbietami gór Brony i  Kalwarii na południu, a Różańcowej na południowym wschodzie, którędy dołem wyżłobiła swe koryto Nysa Kłodzka. Zasadnicza część miasta leży na lewym brzegu zakola rzeki i należy do wyjątkowo malowniczych pod względem krajobrazowym. Otoczenie miasta stanowią lasy świerkowo-bukowe i mieszane porastające strome zbocza. Jesienią stanowią one niezwykle barwną, urozmaiconą mozaikę. Bardo jest niewielkim ośrodkiem administracyjno-przemysłowym. Leży przy bardzo ruchliwej szosie i linii kolejowej z Wrocławia do Kłodzka. Liczy sobie niespełna 3 tysiące mieszkańców.
Miasto od dawien dawna jest miejscem pielgrzymkowym do słynnej figurki Matki Boskiej Bardzkiej, umieszczonej w kościele, a także na Kalwarię, gdzie odbywają się misteria  pasyjne. Są w Bardzie cztery zgromadzenia zakonne (1 męskie i 3 żeńskie), dom pomocy społecznej, zwany zamkiem, dom wczasów dziecięcych i inne ośrodki kolonijne. Jest duży, pięknie położony szpital. Ale najważniejszym obiektem, newralgicznym dla miasta, jest monumentalny kościół Nawiedzenia NMP wraz z barokowym klasztorem redemptorystów, największy zespół architektoniczny w centrum Barda i najcenniejszy zabytek
Bardo należy do najstarszych miejscowości w tej części Sudetów. Historia Barda, to zarazem miniatura dziejów całego Dolnego Śląska, w której jak w soczewce odbijają się wszystkie najważniejsze wydarzenia historyczne. Zaważyło na tym strategiczne położenie Barda na słynnym „szlaku bursztynowym”. Ożywiony ruch odbywał się tędy już w I-II w. n.e. Na przełomie IX i X wieku na terenie Barda istniał gród plemienny Ślężan, zniszczony dwukrotnie podczas najazdów książąt czeskich Brzetysława I (w 1039 r.) i Brzetysława II ( w 1096 r.). Przy tej okazji nazwa grodu – Brido - została wzmiankowana w słynnej kronice Kosmasa. Istnieją przypuszczenia, że przejeżdżał tędy biskup Bambergu, późniejszy św. Otto, a także św. Wojciech Sławnikowic w swej wyprawie na Prusy.  Dopiero w 1137 Bardo powróciło do Polski i stało się grodem granicznym położonym przy ruchliwej drodze handlowej, zwaną „Drogą Królewską”, łączącą Wrocław z Pragą.
Podobnie jak w Krzeszowie „kołem zamachowym” rozwoju osady stali się cystersi z Lubiąża, którzy przejęli całe dobra kamienieckie i znacznie rozbudowali klasztor w Kamieńcu Ząbkowickim. W 1299 roku nabyli oni od wójta Ząbkowic całą osadę położoną na tzw. Górze Zamkowej, stając się posiadaczami Barda aż do kasacji zakonu w 1810 roku. Zakonnicy wybudowali tu w XIV wieku klasztor i kościół przyklasztorny. Podobnie jak w Wambierzycach już od 1270 roku szerzył się w Bardzie kult maryjny związany z cudowną figurą Matki Boskiej. Bardo rozwijało się dzięki korzystnemu położeniu przy trakcie handlowym, dla  pielgrzymów wybudowano w mieście pierwsze gospody.
W średniowieczu miasto rozwijało się dzięki korzystnemu położeniu na szlaku handlowym i coraz liczniej przybywającym tu pątnikom. Ale to położenie miało też złe strony. Bardo było celem łupieżczych napadów i zniszczeń we wszystkich przetaczających się przez Śląsk zawieruchach wojennych. Tak było w czasie wojen husyckich w 1425 roku, kiedy husyci zniszczyli obydwa kościoły („czeski” i „niemiecki”), a także zamek na zboczu Kalwarii. Figurkę Matki Boskiej udało się uratować. Kolejne rabunki i zniszczenia miały miejsce jeszcze kilka razy w czasie przemarszu husytów. To samo spotkało Bardo w czasie walk o tron czeski pomiędzy Jerzym z Podiebradu, a Maciejem Korwinem w 1457 roku. Podobnie splądrowano świeżo odbudowane oba kościoły.
Bardo znalazło się pod panowaniem czeskim w granicach hrabstwa kłodzkiego i był to korzystny okres dla rozwoju cieszącego się rosnącą popularnością ośrodka kultu maryjnego. Początek kultowi dało cudowne objawienie w 1400 roku Matki Boskiej, która pozostawiła na szczytowej skałce ślady swych stóp. Stąd chyba mówi się o Bardzie do dziś jako mieście cudów. Ciekawostką jest to, że pierwsze coroczne pielgrzymki do tego miejsca od 1472 roku organizowali duchowni z odległego miasta na Opolszczyźnie  -  Głuchołaz.
Pod koniec XV i w  XVI wieku w Bardzie  miały miejsce ponowne pożary kościołów, powodzie i inne kataklizmy. Ruch pielgrzymkowy podupadł na tyle, że trzeba było figurkę MB przenieść do Kamieńca Ząbkowickiego.
Na początku XVII wieku kościół w Bardzie przejęli jezuici z Kłodzka, którzy w 1606 roku uroczyście wprowadzili do kościoła odzyskaną, cudami słynącą figurkę MB.
Kolejny czas łupieży i zniszczeń miał miejsce w czasie wojny 30-letniej w I połowie XIX wieku. Dopiero po ustaniu działań wojennych cystersi przystąpili do odbudowy kościołów, a  kontrreformacja sprzyjała ponownemu rozkwitowi ruchu pielgrzymkowego. Szczególnym powodzeniem cieszyła się Kalwaria, na którą prowadziły trzy drogi („Biała Droga”, „Czeska Ścieżka”, „Polska Droga Krzyżowa”). W 1686-1704 z inicjatywy opata Augustyna Neudecka z Kamieńca Ząbkowickiego i opata Bernarda Rosy z Krzeszowa, wzniesiono  nową okazałą świątynię i ukończono budowę klasztoru. Przy wystroju kościoła zatrudnieni byli m. in. artyści z pracowni Michała Willmanna. W XVIII wieku ruch pielgrzymkowy osiągnął niebywałą siłę. W czasie wojen śląskich pomiędzy Austrią i Prusami Bardo stało się znów teatrem działań wojennych, ale nie spowodowały one tak wielkich strat jak to miało miejsce w przeszłości. Zespół cysterski budził podziw i cieszył się rosnącą sławą. Przyciągały wiernych wspaniałe organy i kaplica na Kalwarii. W 1777 roku przebudowano kamienny most nad Nysą Kłodzką, co usprawniło ruch pojazdów.
Z początkiem XIX wieku, jak już wspomniałem, Bardo stało się miastem. Wcześniej uległo ponownemu zniszczeniu w czasie wojen napoleońskich, a przeprowadzona w 1810 roku sekularyzacja dóbr klasztornych przerwała okres prosperity miejsca świętego. Usunięto zakonników, zamieniając klasztor na szpital i szkołę .Ale nie zahamowało  to na dłużej ruchu pielgrzymkowego, który nadal trwał, a miasto leczyło rany i kwitło, m. in. skutkiem rozwoju uzdrowisk kłodzkich, do których prowadziła z Dolnego Śląska droga przez Bardo. W 1815 roku przebywał w Bardzie znany podróżnik i badacz, J. Morawski, który nazwał je „Małą Częstochową”. Przejezdnym gościem Barda był również Fryderyk Chopin.
Wyraźny rozwój ruchu turystycznego był skutkiem doprowadzenia w latach 1871 – 75 linii kolejowej z Wrocławia przez Kamieniec Ząbkowicki do Kłodzka. Budowa linii kolejowej wiązała się z wykonaniem tunelu długości 270 m. pod Górą Tunelową, co znacznie uatrakcyjniło przejazdy pociągiem. Przy budowie tunelu i mostu kolejowego przez rzekę pracowało wielu fachowców, m. in. z Włoch. Trzeba było ich zakwaterować. W Bardzie  funkcjonowało 6 większych gospód-hoteli, a kroniki zanotowały ok. 80 tys. pielgrzymów rocznie.
W 1900 roku klasztor przejęli redemptoryści, którzy dbali o rozwój Barda jako ośrodka kultowego. Zagospodarowali także górę Różańcową wznosząc tam 13 kaplic i wytyczając trasę procesyjną.
W okresie I wojny światowej w klasztorze mieścił się szpital wojskowy, później w części klasztoru urządzono pokoje gościnne. W 1916 r. w Bardzie osiedliły się ss. urszulanki, a w 1919 r. ss. marianki. W 1924 r. było w Bardzie 6 hoteli, 10 gospód, pensjonaty, schroniska młodzieżowe, restauracje, poczta, apteka, szkoła i szpital. Ok. 1930 r. wzniesiono ogromny gmach szpitala, górujący nad miastem, a liczba pątników odwiedzających co roku miasteczko wzrosła do 150 tys.
II wojna światowa nie przyniosła miastu zniszczeń, jedynie wycofujące się wojska nienieckie wysadziły most. Wojska radzieckie wkroczyły do miasta 8 maja 1945 roku.
Bardo utraciło prawa miejskie i chyba z tego powodu, że od wieków pełniło rolę ośrodka kulowego, a zarazem siedziby licznych zakonów, przez wiele lat PRL-u przeżywało okres stagnacji. Dopiero odzyskanie praw miejskich w 1969 roku spowodowało, że w miasteczku pojawiły się nowe inwestycje i nastąpił przełom  w dziedzinie turystyki i wypoczynku. Z nową siłą począł się rozwijać ruch pielgrzymkowy. Moc cudami słynących miejsc i piękno architektury zespołu klasztornego z kościołem NMP wyniesionym przez papieża do stopnia Bazyliki Mniejszej przyczyniają się do tego, że Bardo znów, jak to dawniej bywało, powraca do roli jednego z bezcennych „klejnotów” Dolnego Śląska.


PS. W sporządzeniu notatki korzystałem ze „Słownika geografii turystycznej Sudetów” cz. 12 pod red. Marka Staffy.
Fot. ze strony internetowej.

czwartek, 26 stycznia 2012

W cieniu innych  "klejnotów" Dolnego Ślaska


Malownicze miasteczko otwierające drogę z Wrocławia przez Łagiewniki, Niemczę, Ząbkowice Śląskie w Kotlinę Kłodzką i Sudety, położone na wzgórzach nad zakolami głębokiego przełomu Nysy Kłodzkiej, mogłoby być już od dawna miejscem niekończących się pielgrzymek, wycieczek autokarowych, indywidualnych wypraw turystów pieszych, zmotoryzowanych lub kolejowych. Piszę o mieście, jednym z najstarszych na Dolnym Śląsku, posiadającym udokumentowany swój rodowód słowiański i piastowski, urzekającym pięknem krajobrazów, bogactwem zabytkowych budowli i  obiektów kultu maryjnego, o miasteczku, które można uznać za swego rodzaju alter ego Wambierzyc. Powinno się już od dawna uznać je za rezerwat kulturalno – krajobrazowy. Niezależnie od atrakcyjnego układu urbanistycznego miasta, w którym centralne miejsce zajmuje monumentalny, barokowy kościół Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny, mamy tu majestatyczny, wzniesiony na wysokim wzgórzu zamek liczne zespoły klasztorne, kaplice, stacje Męki Pańskiej na Kalwarii i Różańcowej, rozległe, dwuczłonowe grodzisko, położone w zakolu Nysy Kłodzkiej oraz inne zabytki.
Oczywiście do Warty Śląskiej, jak nazwano to miasto zaraz po wojnie, a następnie Barda Śląskiego, obecnie zaś tylko Barda, przybywają coraz liczniej turyści i pątnicy, ale miasto miało czas zastoju w PRL-u, zamiast się rozwijać z trudem ratowało się przed całkowitym zubożeniem i  zabiegało o pomoc w ratowaniu zabytków i promocję turystyczną.
Nie zapomnę wrażenia z któregoś słonecznego, jesiennego exodusu moim niezawodnym „maluchem”, gdy znalazłem się na drodze z Ząbkowic Śląskich do Kłodzka. To było po południu,  teren równinny, pola uprzątnięte przed zimą, wstążka drogi prościutka, gdzieniegdzie połyskujące w słońcu kępy drzew i krzewów. I nagle pojawiła się przed oczami ściana wznoszących się pod niebo gór i lasów. W mgnieniu oka zostałem wchłonięty w ich ramiona, znalazłem się w głębokim jarze nad bystrą, szeroką wstęgą płynącej rzeki, pojawiły się porozrzucane gdzie się tylko dało kolorowe domostwa, tonące w poszyciu krzewów i kwiatów. Po obydwu stronach drogi wyrastały niebosiężne, różnokolorowe wzgórza, jechałem przez wysoki most nad rzeką, wokół zabudowania kaskadowo pnące się wzwyż. To było coś, czego nie potrafię opisać, takie wrażenie jakbym znalazł się w świecie fantasmagorii. Nic dziwnego, że już w XVIII wieku nazywano to miejsce  -  „złotą bramą hrabstwa kłodzkiego”.
Bardo Śląskie, znane mi było od dziecka, bo przypominam sobie, że z matką i starszym bratem byliśmy tutaj niejeden raz na Kalwarii. Ale wtedy nie robiło to na mnie takiego wrażenia. Zapamiętałem, że bolały mnie nogi i chciało mi się pić, bo trzeba było się wspinać pod górkę w tłumie rozlicznych pielgrzymów, a po drodze nie było nawet kulawego sprzedawcy z saturatorem. Gdy podrosłem był taki czas, że jeździłem pociągiem romantyczną trasą z Kamieńca Ząbkowickiego przez Bardo do Kłodzka. Mogłem wtedy podziwiać w Bardzie przez okno wysoką górę, gdzie znajdowała się kaplica na końcu drogi krzyżowej. Teraz po latach zobaczyłem to miasto innymi oczami. Dostrzegłem urzekające piękno położenia, krajobrazów, wkomponowanych w przyrodę iście wysokogórską, alpejską zabudowań sakralnych i świeckich. Genialny chirurg przeciął skalpelem masyw Gór Bardzkich, ale przyrząd zawirował mu w ręce, więc powstało zakole, wypełnione przez rzekę i drogę, a wokoło po obu jej stronach od dołu do góry urosło miasto. To jest cudowne miejsce, nie dziwię się, że dzieją się tam cuda, że cudami słynący obraz Matki Boskiej Bardzkiej przyciąga tłumy pielgrzymów.
I jeszcze jedna paralela mi się nasuwa, ale to głównie z powodu esowatych zakrętów jakimi płynie tutaj Nysa Kłodzka. Podobne widziałem w czeskim Krumlovie, średniowiecznym miasteczku nad wijącą się w tym miejscu jak wąż Wełtawą. Ale Krumlov, to sztuka dla sztuki, to perła w koronie czeskich zabytkowych miast, zachowana przez całe stulecia w nienaruszalnym kształcie, zadbana z czeską pedanterią i perfekcją po to, by ściągać tu turystów z całego świata , by mieli co podziwiać i  mogli mile spędzić czas.
Bardo, małe miasteczko zagubione w głębokim kanionie, ma jeszcze przed sobą daleką drogę, by sprostać wymogom dzisiejszej turystyki zagranicznej. Ale w kraju jest znane jako miejsce pielgrzymek, funkcjonuje na rynku turystycznym, rozwija się i pięknieje. Nie tak dawno znalazło się w granicach administracyjnych województwa wałbrzyskiego, ale nie trwało to zbyt długo i nie przyniosło spodziewanego renesansu. Dziś w gąszczu atrakcji turystycznych Dolnego Śląska jeszcze trudniej się wypromować.
Zadaję sobie pytanie, ilu Wałbrzyszan tam pielgrzymuje lub jeździ w celach turystycznych? To przecież niedaleko. Ilu zna i docenia Bardo, ilu dostrzegło wyjątkowość położenia i niezwykłość tego miejsca?
To jeszcze nie koniec mojego pisania o Bardzie. W kolejnym poście postaram się pokazać bogactwo historii i walory współczesne tego nadzwyczajnego miasteczka. Może uda mi się zachęcić do jego bliższego poznania. Ale żeby bliżej poznać, trzeba tam być.

Fot. ze strony internetowej.




środa, 25 stycznia 2012

Sierpnica nie jest już  "zabita deskami"



Sypnęło świeżym, pulchnym śniegiem. W górach opady okazały się nader obfite. Ruszyły w ruch łopaty śnieżne, co rano trzeba torować sobie ścieżkę wokół obejścia, dojście do drogi. Tu zaś hulają pługi śnieżne. Dobrze, że droga jest przejezdna. Do niedawna była tak zniszczona, jakby jej nie było w podgórskiej Sierpnicy i wówczas życie zimową porą dla mieszkańców wsi było udręką. Na sam koniec jesieni, tuż przed zimą udało się zrealizować trudne zadanie, bo droga przez Sierpnicę pnie się wysoko w górę lekkimi serpentynami w dużej części nad potokiem, tak więc była to nie tylko budowa drogi, ale i wykonanie przepustów, mostów, rowów odwadniających. Na szczęście zima się w tym roku spóźniła, co można uznać za pożyteczne zrządzenie niebios.
Droga jest powiatowa, więc realizacja tej inwestycji  była zadaniem Starostwa , a Starostwo ma w czym wybierać, bo lista potrzeb przerasta znacznie możliwości finansowe. Starosta Robert Ławski orientował się w  trudnej sytuacji w Sierpnicy, uznał więc budowę tej drogi za zadanie priorytetowe. I stało się to, co się stało. Jest nowa droga przez Sierpnicę, wieś nie jest już zimą „zabita deskami”, ma kontakt ze światem jak przystało na XXI stulecie. A  na cześć Starosty urodził  się  wierszyk dziękczynny, który z satysfakcją przytaczam:

Gdzie tak wrona krzyczy?
Tu w naszej Sierpnicy,
powód bardzo prosty,
to na cześć starosty,
bo nam „jak cię mogę”
wybudował drogę,
niech wie lud ciekawski,
że starosta Ławski
ratując Sierpnicę,
spełnił obietnicę.

Nie straszne nam teraz
zamiecie i pluchy,
kiedy pod Sokoła
dojedziesz maluchem.

W podgórskiej Sierpnicy
nie czujesz się gratem
przyjeżdżaj turysto,
masz kontakt ze światem !




Fot. Violetta Torbacka.

poniedziałek, 23 stycznia 2012

"Głuszyckie kontemplacje"


To już w tym tygodniu, wydarzenie kulturalne w Centrum Kultury w Głuszycy, wieczór promocyjny mojej książki  -  "Głuszyckie kontemplacje".
W piątek 27 stycznia, o godz. 18.00 w imieniu Organizatorów: Centrum Kultury i Stowarzyszenia Przyjaciół Głuszycy, zapraszam na salę widowiskową CK w Głuszycy.
Spotkamy się z książką, autorem, ale także z wieloma znanymi osobistościami. Spodziewana jest obecność  pani poseł Katarzyny Mrzygłockiej, Członka Zarządu Sejmiku Wojewódzkiego, Juliana Golaka, pana Prezesa Funduszu Regionu Wałbrzyskiego, Józefa Gruszki oraz naszych władz w osobach Pani Burmistrz, Alicji Ogorzelec i pana Starosty, Roberta Ławskiego.
Naszymi gośćmi będą Romana Więczaszek z Brzegu nad Odrą i Marek Juszczak z Knurowa, autorzy wierszy o Głuszycy, swoim rodzinnym mieście.
Spodziewana jest obecność głuszyckich radnych na czele z Przewodniczącym,dyrektorów bibliotek w powiecie, dyrektorów instytucji publicznych, szkół i wielu zasłużonych dla miasta osób.
Obok rekomendacji książki czynionej przez Prezesa Stowarzyszenia, Grzegorza Czepila i samego autora, będziemy oglądać widoki miasta i jego krajobrazów na telebimie, wysłuchamy prelekcji Juliana Golaka na temat walorów turystycznych sąsiedniej dla Wałbrzycha Ziemi Kłodzkiej. A dalej będzie królowała piosenka z towarzyszeniem gitary Teresy Pietras i Jacka Szatkowskiego.
Organizatorzy zapraszają też wszystkich obecnych na specjalnie przygotowany poczęstunek


Zapraszam serdecznie Czytelników mojego blogu. Mam nadzieję, że sroga zima nie pokrzyżuje planów zagoszczenia w tym dniu na ważnej w moim życiu uroczystości. Nie potrzeba żadnych specjalnych zaproszeń. Brama CK w Głuszycy jest"na wciąż" otwarta dla wszystkich gości.

Fot. Ani Błaszczyk do albumu "Głuszyca  -  moja Itaka"


niedziela, 22 stycznia 2012

Kwiaty na łące


ten późny jesienny kwiatek
co przetrwał w trawie na łące
był jak poezji dodatek
w zielonej prozie błyszczący

nie zmogły go chłody jesieni
ni deszcze, ni zawieruchy,
aż  przykrył go białym cieniem
dywanik  śnieżnej poduchy

jeszcze tu kiedyś powrócę,
jeszcze się wiosną pojawię
choć zima śniegiem prószy
i można zgnić z trawą w trawie

choć płatki śniegu najszczersze
zgasiły mój urok w murawie
muszę pokazać, że z wierszem
na świecie żyć jest ciekawiej


Ten drobniutki wierszyk, który urodził się rankiem w mojej podświadomości dedykuję tym wszystkim estetom, którzy wciąż jeszcze deliberują nad sensem poezji w dzisiejszym zunifikowanym świecie. Chociaż jest tak ciasno i gęsto od wirtualnej prozy we wszystkich mediach, w życiu publicznym, w szkole, w kościele, na ulicy, wciąż jeszcze potrzebujemy pięknego słowa, lirycznej refleksji, metafory, bo dzięki nim życie staje się mądrzejsze. Czy zgadzacie się ze mną? Czy zabawa w pisanie wierszy to przeżytek, relikt czasów które minęły bezpowrotnie? Czy warto pisać wiersze?
Dziś przy niedzieli, gdy mamy odrobinę więcej czasu na kontemplacje, warto zadać sobie te pytania. A dla kontrastu ze śnieżną zimą - wiosenne fotki z mojego ogródka, by niedziela stała się barwniejsza.

sobota, 21 stycznia 2012

Miejsca niezwykłe  -  Śląska Jerozolima

U góry Bazylika, u dołu po lewej - ruchoma szopka
To była i jest miejscowość nadzwyczajna. Taką sobie wymarzył W. W. Daniel Paschasius Osterberger von Osterberg (1634-1711), bogaty kupiec ostrawski, później radca cesarski, właściciel tych ziem. Jego ideą stało się odtworzenie w tym miejscu przynajmniej części Jerozolimy, związanej z życiem Jezusa Chrystusa. Już znacznie wcześniej, bo w 1218 roku zdarzył się tutaj cud, gdy podczas modlitwy pod figurą Matki Boskiej, zawieszonej na przydrożnej lipie, niejaki Jan z Raszkowa odzyskał wzrok. Odtąd drzewo z figurką stało się miejscem kultu maryjnego. W początkach XV wieku zbudowano tu pierwszy kościół, którego fundatorem był Ludwig von Pannwitz ze Starej Łomnicy. Miejsce cudami słynące przyciągało pielgrzymów z różnych stron. Wojny husyckie w XV wieku, a jeszcze bardziej walki religijne w II połowie XVI i w początkach XVII wieku zahamowały ruch pątniczy. Dobre czasy nastały dopiero wtedy, gdy w 1674 roku wspomniany powyżej kupiec von Osterberg zakupił dobra w Ratnie Dolnym i z dużym rozmachem przystąpił do odbudowy kościoła w sąsiedniej Albendorf.
Nie będę już dłużej trzymał Czytelników w szachu, o jaką miejscowość chodzi. Spodziewam się, że wielu już odgadło. To nasze niezwykłe do dziś Wambierzyce, duża wieś nad Cedronem (ta sama nazwa rzeki, co w Krzeszowskim Betlejem, bo nawiązująca do Doliny Biblii, symbolicznego określenia miejsca przyszłego Sądu Ostatecznego), wieś mająca charakter małomiasteczkowy u podnóża Gór Stołowych w Kotlinie Kłodzkiej.
Otaczają ją malownicze wzgórza porośnięte częściowo lasami świerkowo-sosnowymi. Wzgórza mają nazwy związane z charakterem nadanym miejscowości przez jej fundatora: Syjon, Mnich, Bogatka, Toreb, Synaj, Tabor, Kalwaria, Wzgórze Kwarantanny.
Niewielkie centrum u stóp okazałej świątyni, dziś Bazyliki Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny, nosiło nazwę Doliny Józefata. Wszystkie te nazwy wiążą się z pierwotnym celem krajobrazowo-architektonicznym, by jak najdokładniej odtworzyć miejsce męki Jezusa Chrystusa, czyli kalwarii. Jeszcze za życia wspomnianego założyciela udało się wiele zbudować oprócz kościoła parafialnego. Odkryto przed kościołem źródło wody mineralnej, które stało się dodatkowym magnesem przyciągającym pielgrzymów. Wzniesiono kalwarię złożoną z kilkunastu kaplic stacyjnych, gdzie na wzór Oberammergau w Alpach Bawarskich odbywały się misteria pasyjne. Oprócz kaplic zbudowany został szpital i dom pustelnika. Kalwaria Wambierzycka zyskała sławę w całej Europie.
Wambierzyce stały się najbardziej znaną miejscowością pielgrzymkową na Śląsku, nazwaną Śląską Jerozolimą.
W XVIII wieku zmieniali się właściciele Albendorf, ale zarówno hrabia von Götzen z Sarn jak i hrabia von Magnus z Bożkowa dbali o rozwój miejscowości pielgrzymkowej. Również księża proboszczowie troszczyli się o to, by ośrodek kultu maryjnego był znany nie tylko na Śląsku i w Czechach, ale także w Polsce. Szczególnie z Czech przybywało dużo pielgrzymów, zwłaszcza że pobliski Broumov był również szeroko znanym sanktuarium.
W wieku XIX Wambierzyce były już miasteczkiem o rozbudowanej strukturze usługowo-handlowej. Obok kościoła z kalwarią był w miasteczku zamek, trzy folwarki, szkoła katolicka, szpital, dom ubogich, no i także browar, gorzelnia, cegielnia, 3 młyny wodne, garbarnia i mydlarnia. Było też 17 warsztatów bawełnianych i 30 produkujących wstążki, dewocjonalia, ozdoby. Znaczna część mieszkańców trudniła się handlem i usługami.
Wambierzyce położone w pobliżu Gór Stołowych z  atrakcyjną, przyciągającą turystów trasą spacerową na Szczeliniec, były miejscem odwiedzanym przez słynnych ludzi. W 1800 roku odwiedził je i opisał późniejszy prezydent Stanów Zjednoczonych John Quincy Adams.
Od 1882 roku dodatkową atrakcją Wambierzyc stała się ruchoma szopka, niezwykle precyzyjnie wykonane dzieło miejscowego rzemieślnika. Również ustawicznym odnowom i przebudowom podlegały kalwaryjne kaplice, których liczba znacznie się zwiększyła. Umieszczono w nich nowe drewniane figurki wykonane głównie przez Tyrolczyków. Na frontonie kościoła założono iluminację, złożoną z 1400 żarówek. Na przełomie XIX i XX wieku w Wambierzycach było 10 hoteli i gospód, a liczba zwiedzających sięgała 150 tysięcy rocznie. W 1936 roku papież Pius XI podniósł kościół w Wambierzycach do rangi bazyliki mniejszej.


Po roku 1945 Wambierzyce nadal pozostały jedną z głównych atrakcji turystycznych ziemi kłodzkiej. Kościół i Kalwaria znalazły się pod opieką Ojców Jezuitów. W całym zespole zabytkowym, zaliczanym do najpopularniejszych w kraju, przeprowadzano liczne prace remontowe i restauracyjne. Utrzymał się masowy ruch pielgrzymkowy, odtworzono też misteria pasyjne.
W moim poście blogowym skupiłem się na historii Wambierzyc. Opis walorów architektury, wnętrza głównej świątyni, okalających ją kaplic, struktury kalwaryjnej i  zabudowań wzgórz otaczających wieś jak również całej niezwykle urokliwej miejscowości, wymagałyby osobnej notatki. Dość obszernie jest to wszystko spisane w „Słowniku geografii turystycznej Sudetów” nr 15 pod redakcją Marka Staffy, z którego korzystałem przy sporządzaniu tego tekstu.
Nic nie zastąpi jednak osobistego doznania, nawet powiedziałbym - olśnienia, bo Wambierzyce, święte miejsce pielgrzymek, robią duże wrażenie, nawet wtedy, gdy się je odwiedza kolejny raz. Dziś niestety, nie ma już na górce kalwaryjnej pustelnika, a jego domek zamieniono w muzeum. Kiedyś, sporo lat temu, gdy w Wambierzycach odwiedzałem rodzinę, miałem okazję spotkać się i porozmawiać z pustelnikiem w jego zaciszu domowym. Nie zapomnę tego wrażenia jakie na mnie zrobił człowiek inteligentny, oczytany, pobożny, ale nieco inaczej niż widać to w naszym Kościele i jego skłonności do przepychu. Był to zakonnik szukający prawdy w słowie bożym zapisanym w księgach, a tam jak mówił pustelnik, jest zapisane ubóstwo, unikanie zbytku, wystawności, paradności, słowem życie w zgodzie z naturą, z miłością do Boga, stwórcy wszystkiego i do Jego dzieła, a więc szanowanie wszystkich istot żyjących, w tym każdej roślinki, każdego stworzenia. Domek pustelnika wypełniony był płodami ziemi w ich naturalnym, nie przetworzonym kształcie, a sam pustelnik szczycił się tym, że nie spożywa mięsa, ceni pożywienie jak najprostsze, takie jak je stworzyła przyroda.
Dziś taki pustelnik byłby zbyt rażącym przykładem rozbieżności przesłań Pisma Świętego z praktyką codziennego życia jego wyznawców. Tak więc lepiej, że go nie ma.

piątek, 20 stycznia 2012

Urok zimy



Nie wszyscy lubimy zimę. Żałujemy że pełne zieleni i kwiatów ogrody i łąki pokrywa śnieżna powłoka, że wokół jest biało od śniegu, na dworze chłód, w domu najważniejszym się staje ogrzewanie mieszkania. Martwią nas pogarszające się warunki drogowe, denerwuje to, że trzeba bez przerwy się ubierać i rozbierać, a jeszcze bardziej przedłużająca się zima, kiedy nie możemy doczekać się wiosny.
Ale zima ma swoje dobre strony. Wielu z nas w tym roku z utęsknieniem czekało na pierwszy śnieg, bo zima się opóźniła, a więc trzeba było dłużej czekać na „białe szaleństwo”. Każda godzina spędzona na nartach, czy to zjazdowych, czy biegowych, to największa przyjemność.
A dzieciaki na sankach, łyżwach lub nartach czują się jak w niebie.



Swego czasu znalazłem się na Cyprze, gorącej wyspie na Morzu Śródziemnym. Tam zima znana jest z telewizji. To było w połowie listopada. Chodziliśmy codziennie na plażę, gdzie można było się opalać i nieco ochłodzić w wodzie. Od wczesnego rana do późnego wieczoru prażyło słońce, ani chmurki na niebie. I tak prawie przez cały rok, jak mówili opiekunowie turnusu. Dobrze, że w pokojach hotelowych była klimatyzacja, bo inaczej trudno byłoby spać w nocy.
Tam są zaledwie dwa, trzy miesiące (grudzień, styczeń, luty), kiedy spada temperatura i w hotelach robi się luźniej od gości. Pozostałe miesiące – to lato. Cypryjczycy nie potrzebują zimowej odzieży. Opady deszczu, to dla nich uśmiech losu. W ogrodach przydomowych, w parkach, na skwerach ustawicznie działają urządzenia zraszające. Dzięki temu hotele, budynki publiczne, domy mieszkalne toną w zieleni i kwiatach.
Pamiętam dziwne wrażenie, gdy samolot w drodze powrotnej wpadł nagle nad Warszawą w czarne chmury by za chwilę wylądować na lotnisku. Było ciemno, ponuro, mglisto, po prostu koniec listopada. Ten przeskok z przestrzeni pełnej jasności słońca do naszej szarej zachmurzonej rzeczywistości był trudny do zniesienia. Ale trwało to niezbyt długo. Jesteśmy przecież od kołyski przyzwyczajeni do zmiennych pór roku. I jeśli zastanowimy się dłużej, to musimy przyznać, że jest w tym jakiś sens. W każdej z naszych pór roku możemy znaleźć wiele pozytywów. A jak piękną potrafi być zima?
Otrzymałem właśnie od mojej zaprzyjaźnionej sąsiadki Violetty garść świeżutkich fotografii.
Oto jak wygląda zima wokół schroniska „Andrzejówka”. Prawda, że piękna!





Mam nadzieję, że fotografie spodobają się też koneserce tej sztuki, komentującej od czasu do czasu mojego bloga, pani Ewie  (www.Ikropka Gazeta.pl). Jej blog obfituje we wspaniałe fotografie i jest pełen interesujących opisów miejsc, które zwiedziła i które zrobiły na niej duże wrażenie. Zachęcam, zajrzyjcie do tego blogu.





Fot. Violetta Torbacka

czwartek, 19 stycznia 2012

„W Betlejem, nie bardzo dobrym mieście”


Tak właśnie śpiewamy w znanej kolędzie „Chrystus się nam narodził”, zgodnie z powszechnie utrwaloną legendą o narodzeniu dzieciątka Jezus w lichej stajence, na peryferiach małego miasteczka Betlejem, w Ziemi Świętej, w Palestynie. I mamy utrwalony w naszej wyobraźni  mniej więcej podobny obraz szopki betlejemskiej z nowo narodzonym Maleństwem położonym w żłobie na sianie, Maryją Panną i Świętym Józefem pochylonymi nad Jezusem, a obok zadziwione twarze pasterzy i zwierzęta stajenne, towarzyszące temu nadzwyczajnemu wydarzeniu. Betlejem okazało się „nie dobre”, bo nie udzieliło schronienia przybyłym tu z Nazaretu, brzemiennej Maryi i Józefowi. Wszystko to wiemy z przekazów ewangelicznych Apostołów, a ponieważ nie są one zbyt szczegółowe i jednoznaczne, znalazło się więc miejsce do zbudowania legendy. Pisałem o tym w świątecznym, grudniowym poście. Ale nie to jest tematem mojej dzisiejszej notatki.
Do Betlejem, jak się okazuje, mamy bardzo blisko. Nie musimy wyprawiać się w daleką podróż do Ziemi Świętej. Wystarczy przybyć do Krzeszowa, a stąd parę kroków i możemy wesprzeć naszą imaginację konkretnymi obrazami, tak jak to wyobrażali sobie twórcy naszej, dolnośląskiej kaplicy betlejemskiej.

Niestety, to Betlejem, położone u stóp Anielskiej Góry w Górach Kruczych, w małym przysiółku Krzeszowa, nie jest dostatecznie wypromowane. Większość wycieczek i indywidualnych turystów, jeśli nawet są zachęcani przez przewodników do skorzystania z możliwości odwiedzenia zabytkowego miejsca, to pod wrażeniem tego, co zobaczyli i przeżyli w Sanktuarium Krzeszowskim, odkładają tę wycieczkę na raz następny.
Tymczasem to miejsce jest warte zachodu i może dostarczyć niezapomnianych wrażeń. Od strony Krzeszowa do Betlejem wiedzie aleja lipowa ze starodrzewem, w samym przysiółku mijamy staw, zasilany wodami Cedronu oraz źródła, którego wody uchodziły kiedyś za lecznicze.


Betlejem Krzeszowskie powstało w latach 1674-80, a zbudował je opat krzeszowski Bernard Rosa, wzorując się na podobnym obiekcie w klasztorze augustianów w Pradze. Wówczas to miejscowy potok otrzymał nazwę Cedron. Przy drodze Krzeszów – Przedwojów, prowadzącą do Betlejem, powstała też droga męczeńskiej śmierci Jezusa Chrystusa - Kalwaria. Składają się na nią kaplice w ilości 32 stacji. Szczególnie interesującą jest stacja VIII, czyli  Dom Annasza, który znajduje się w odległości 1 km. od centrum Krzeszowa. Kaplica posiada 2 kondygnacje. We wnętrzu jej górnej części uwagę przykuwa ołtarz ze świetną płaskorzeźbą, przedstawiającą scenę naigrawania się z Jezusa. Dzieło pochodzi z końca XVII w. W ciasnej piwniczce Domu Annasza, za przepierzeniem ze stalowej siatki, znajduje się rzeźba uwięzionego Chrystusa. To oryginalna i bardzo udana próba ukazania Jezusa oczekującego w samotności na sąd. Syn Boży siedzi w celi ze smutnym obliczem i związanymi rękami. Półmrok piwniczki rozpraszają ogniki płonących zniczy. Panuje tu sprzyjająca kontemplacji cisza. Można w nieskrępowany sposób chłonąć aurę miejsca - kaplica pozostaje otwarta. W zbudowanej kaplicy cystersi krzeszowscy odprawiali tradycyjną pasterkę.
Duże zainteresowanie budzi również kaplica betlejemska, przy której powstała drewniana pustelnia. Pierwszym pustelnikiem w latach 1681-1720 był franciszkanin E. A. Leonhard, a po nim mieszkał tu Tadeusz Matulewicz z Litwy. W sąsiedztwie kaplicy opat Rosa wzniósł na stawie drewniany pawilon letni. Pawilon służył jako kąpielisko ze względu na lecznicze właściwości wód. Po sekularyzacji dóbr klasztornych w 1810 roku cały zespół podupadł, a kaplicę zamieniono na magazyn, a potem piwiarnię. W XIX wieku przebudowano wnętrze kaplicy, odrestaurowano zabytek i stał się on miejscem wycieczek z Krzeszowa. Wówczas to wzniesiono obszerną gospodę z ogródkową restauracją.
Po 1945 roku Betlejem straciło swą funkcję sakralną, zamknięto restaurację, a jej obiekt stał się ośrodkiem wczasowo-kolonijnym. Dopiero w ostatnich latach trwają próby przywrócenia pierwotnego charakteru zespołowi. Trwają też próby ożywienia Kalwarii, gdzie odbywają się inscenizacje widowisk pasyjnych Męki Pańskiej.
Zespół Betlejem składa się z kaplic, pawilonu opackiego, budynków mieszkalnych i gospody.
Szczególnie ciekawy pod względem architektonicznym jest pawilon opacki z drewnianym mostkiem nad stawem. Obok pawilonu stoi najokazalsza kaplica betlejemska. Jej budowniczym był M. Schuppert, a  wyposażenie wnętrza było dziełem tych samych artystów, którzy ozdobili świątynie Krzeszowa.
Letni pawilon opacki jest budowlą drewnianą. Centralną salę otacza bogato zdobiony, drewniany ganek połączony z dwuprzęsłowym mostkiem. Ściany salki zdobią malowidła będące dziełem samego M. Willmanna lub jego pracowni.
Znacznie więcej informacji o zespole betlejemskim i walorach architektonicznych budowli znajdziemy w Słowniku geografii turystycznej Sudetów, cz. 8 pod redakcją Marka Staffy.

Zachęcam do odwiedzenia krzeszowskiego Betlejem, to bardzo ciekawe miejsce, wprawdzie nie tak okazałe jak Sanktuarium Matki Boskiej Łaskawej, ale potwierdzające tezę, że małe może być też  piękne.


Fot. z internetu.

środa, 18 stycznia 2012

Nocne zwiedzanie zamku Książ


Fot. Violetta Torbacka
Pisałem niedawno w poście „Miejsca niezwykłe” o krążącej w Wałbrzychu pogłosce, że od czasu do czasu w komnatach zamkowych pojawia się duch księżniczki Daisy, ostatniej władczyni zamku Książ. Można napotkać też jeszcze inne zjawy i upiory. Amatorzy mocnych wrażeń, odważni i gotowi na wszystko, a zwłaszcza na bezpośrednie poznanie nocą czeluści zamkowych, a jak szczęście dopisze  -  osobisty kontakt n.p. z „Białą damą”, znajdą taką możliwość bez większego trudu, za tanie pieniądze. Trzeba tylko skorzystać z oferty, o której napisano na stronie internetowej portalu „Nasz Wałbrzych”, a mianowicie:
Czy Zamek Książ jest straszny, gdy zapada zmrok? 150 letni mieszkańcy tego miejsca zapewne odpowiedzieliby, że nie . Czy zjawy, upiory, białe damy, świadkowie burzliwej historii książańskiej rezydencji przechadzają się po marmurowych korytarzach? Co Wy sami wiecie o sobie? Boicie się ciemności?

Wszystkie przedstawione kwestie możecie zweryfikować już 10 lutego br podczas drugiej edycji "Nocnego zwiedzania Zamku Książ..."!

 Będzie jeszcze mroczniej, a dawna siedziba Hochbergów zamieni się w istny sabat strzyg i demonów. Droga rozświetlona jedynie blaskiem nocnych lamp obejmie również nie udostępnione na zwykłej trasie pomieszczenia - kuchnie na V piętrze, czy podziemną piwnicę arystokracji władającej wcześniej zamkiem.
Zapomnijcie o czerwonych dywanach, przygotujcie siebie i swoje dusze na kręcone schody gospodarcze, skały, istoty paranormalne i... no właśnie. Bądźcie przygotowani na wszystko!!


Cena biletu: 50 zł od osoby
Przyjmujemy tylko rezerwacje telefoniczne pod numerem:
(0 74) 66 43 850 w godzinach 08:00 - 16:00.

Po rezerwacji telefonicznej prosimy o wpłatę na konto:

KB SA O/WAŁBRZYCH NR 35 1500 1764 1217 6001 6040 0000
w tytule wpisując "Nocne zwiedzanie - 10 lutego" oraz przesłanie dowodu wpłaty na adres: zamek@ksiaz.walbrzych.pl
Bilety do odebrania w Kasie Biletowej Zamku Książ lub u przewodnika w dniu zwiedzania.









wtorek, 17 stycznia 2012

Informacja


Została uruchomiona sprzedaż wysyłkowa książki "Głuszyckie kontemplacje".
Zamówienie z podaniem adresu można składać na adres mailowy:
stowprzgsc@wp.pl

Przedpłaty należy dokonać na konto Stowarzyszenia Przyjaciół Głuszycy:
BZ WBK Oddział I Głuszyca
nr rachunku: 73 1090 2314 0000 0001 1778 7084

Cena jednego egzemplarza wraz z wysyłką: 25 zł.

Wysyłka paczką zwykłą wyłącznie po dokonaniu przedpłaty na wyżej podane konto.



Miejsca niezwykłe – Krzeszów



Zamek Książ i jego otoczenie to bez wątpienia jedno z niezwykłych miejsc nie tylko w regionie wałbrzyskim, ale w całym kraju. W naszym regionie trudno znaleźć miejsce równie ważne i atrakcyjne. Ale bardzo blisko, bo zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od Wałbrzycha mamy kolejny, bezcenny klejnot architektury, zabytkowy zespół klasztorny cystersów. Złożony z wielu obiektów tworzy jeden z najpiękniejszych i najcenniejszych zespołów barokowych w kraju.
To oczywiście Krzeszów, niedaleko Kamiennej Góry maleńka wioska z Sanktuarium Matki Bożej Łaskawej, kościołem  Św. Józefa i potężnymi budowlami opactwa Ojców Cystersów i Sióstr Niepokalanek.. Jest to zabytek klasy zerowej, a teraz po iście benedyktyńskiej, kilkuletniej pracy renowacyjnej konserwatorów, ratującej i odsłaniającej piękno fresków, rzeźb, obrazów, stiuków i złoceń, rzecz bezcenna. Bywałem tu wiele razy i za każdym z nich odkrywałem nowe walory, przekonując się do tego, że jest to miejsce wyjątkowe. Ostatni mój pobyt w Krzeszowie wrył mi się mocno w pamięć, bo byłem tam z delegacją samorządową Jedliny-Zdroju na zaproszenie wywodzącego się z tego miasta, wówczas jeszcze biskupa pomocniczego w Legnicy, Stefana Regmunta. Biskup zaprosił nas do odbudowanego nieomal z ruiny obiektu gospodarczego, gdzie znajduje się teraz Dom Opata, miejsce przyjmowania gości z apartamentami, kuchnią, jadalnią , salką konferencyjną. Tam byliśmy przyjęci kolacją. Ale posiłek stanowił tylko okazję do niezwykle ciepłej, serdecznej rozmowy o Jedlinie, jej perspektywach rozwoju, jej mieszkańcach. Biskup wracał wspomnieniami do lat dzieciństwa, młodości, wymieniał po nazwisku ludzi bliskich mu, sąsiadów, nauczycieli, sypał dowcipami, błyszczał inteligencją i głęboką wiedzą. Przyznał też, że Krzeszów stanowi w jego służbie biskupiej najważniejsze wyzwanie, przedmiot troski, wysiłków i zabiegów mających na celu ratowanie bezcennego dobra architektury i sztuki.   Krzeszów obok wartości religijnych stanowi ważny dowód polskości tych ziem, a mauzoleum Piastów Śląskich w krypcie głównej świątyni  bije na łeb i szyję  osławioną Kaplicę Zygmuntowską na Wawelu zarówno architekturą jak i wystrojem wnętrz.
Krzeszów ma niezwykle bogatą i barwną historię. Podobnie jak cały Śląsk przechodził różne koleje losu. Odcisnęły na nim swoje piętno i wojny husyckie w XV wieku, i wojna trzydziestoletnia w XVII wieku, aż do całkowitej kasacji klasztoru na początku XIX wieku. Dopiero w latach dwudziestych XX wieku, gdy klasztor przejęli benedyktyni rozpoczął się sukcesywny proces odnowy kościołów i obiektów klasztornych. W czasie II wojny światowej urządzono tu obóz dla przesiedleńców. W 1943 roku zdeponowano w klasztorze najcenniejsze zbiory Pruskiej Biblioteki Państwowej z Berlina i Biblioteki Miejskiej z Wrocławia. Los większości z nich po wojnie jest nieznany. W 1946 roku klasztor przejęły w zarząd siostry benedyktynki ze Lwowa. Przez wiele lat prowadziły tu prace konserwatorskie, wspomagane przez grupę braci cystersów, a potem także sióstr elżbietanek. Jednocześnie funkcjonowała  stacja turystyczna i noclegownia. Do zwiększenia popularności Krzeszowa przyczyniły się zakrojone na szeroką skalę obchody 750-lecia klasztoru w roku 1992 z licznym udziałem duchowieństwa i wiernych, także z Zachodu. Od tego momentu można mówić o renesansie budowlanym i konserwatorskim klasztoru.
Ta nie zawsze optymistyczna lecz interesująca historia i osiągnięta z wielkim trudem i poświęceniem rekonstrukcja zabytku, a także rozbudowa otaczającej go wsi spowodowały, że jest to obecnie najbardziej atrakcyjna miejscowość turystyczna w regionie podsudeckim i cieszące się rosnącą sławą miejsce kultu religijnego

  Krzeszów od paru lat sukcesywnie zmienia się w tętniącą życiem wieś letniskową. Z roku na rok wzbogaca się o nowe budowle, domki letniskowe, obiekty handlowe i gastronomiczne, jednym słowem pięknieje. Zwiedzanie obiektów sakralnych z przewodnikiem może przyprawić o ból głowy. Każda rzecz ma swoją bogatą historię, a interesujących rekwizytów jest co niemiara. Największy zachwyt wzbudzają malowidła ścienne i obrazy wielkiego artysty M.Willmanna, a także innych słynnych artystów wiedeńskich, czeskich i śląskich  w obydwu świątyniach (Matki Boskiej Łaskawej i Św. Józefa), a głęboką refleksję historyczną w Mauzoleum Piastów Śląskich wzbogacają bogato zdobione sarkofagi zasłużonego rodu ostatnich książąt świdnicko-jaworskich. O samym Willmannie można by napisać sążnistą książkę, bo był to artysta dość niezrównoważony i skłonny do bitki i wypitki. Mieli więc ojcowie cystersi z nim wiele kłopotów. Nic dziwnego, że w PRL-u jedyny w tej wsi hotel - restauracja tuż przy klasztorze, otwarty w 1970 roku miał dowcipną nazwę  -  „Willmannowa Pokusa”.
Zespół klasztorny ma to do siebie, że jego budowle otacza rozległy park ze starodrzewem. Wyzwoleni spod opiekuńczych skrzydeł przewodnika turyści mogą więc odetchnąć świeżym powietrzem wśród niebosiężnych platanów, rozejrzeć się wokół i spokojnie oddać się kontemplacjom nad przemijającym czasem i nicością życia ludzkiego.

Fot. skanowane z kartek pocztowych.

niedziela, 15 stycznia 2012

 Miejsca niezwykłe



 Mam przed sobą  duży, kolorowy album „Miejsca niezwykłe” z serii wydawniczej „Cuda Polski”. Jego autorką jest Zuzanna Śliwa, absolwentka historii i dziennikarstwa, z zamiłowania etnograf, autorka książek, opowiadań i artykułów o polskich zwyczajach i obrzędach, tajemniczych miejscach, ukrytych skarbach, a także tomiku wierszy „Błękitna łąka aniołów”. W 1998 roku wydała bogato ilustrowaną książkę „Dom polski. Zwyczaje rodzinne, a w dwa lata później „Dzieje siedzib polskich”. Album „Miejsca niezwykłe” jest kontynuacją tematyki tych książek, artystyczną kompensacją nagromadzonych legend i opowieści związanych z najcenniejszymi zabytkami architektury i kultury polskiej.
W bogato ilustrowanym albumie znajdujemy mrożące krew w żyłach historyjki o duchach i zjawach, widmach i straszydłach, tajemniczych zdarzeniach towarzyszących  naszym najsłynniejszym zamkom i pałacom, poczynając od Kórnika, poprzez Golub-Dobrzyń, Krasiczyn, Malbork Łańcut, Wilanów, Nieborów, Nidzicę, Niepołomice i wiele, wiele innych miejscowości rozsianych po całym kraju  z  Wawelem na czele.
Wśród tej plejady rezydencji arystokratycznych poczesne miejsce zajmuje nasz rodzimy Książ, a jedna z reprezentacyjnych fotografii zamku zdobi nawet okładkę albumu.
Co takiego mogła napisać i pokazać na obrazkach autorka albumu mając na uwadze sferę  niematerialną, duchową zamku Książ? Czy z naszym niezwykłym podwabrzyskim zabytkiem wiążą się jakieś nadzwyczajne opowieści, mity, legendy?
Okazuje się, że tak. Książ nie jest w tej dziedzinie odosobniony. Osobą ponadzmysłową, legendarną, nieomal mityczną okazuje się Maria Teresa Oliwia Cronwalls-West, znana jako księżniczka Disy, czyli Stokrotka.
Nie będę w tym poście pisał wiele o księżniczce Disy. Zrobiłem to już dwukrotnie w moim blogu w tekstach: „O księżniczce, która odważyła się być piękna i mądra” (maj 2011) i „Książka tak piękna i ciekawa jak jej autorka i jej życie” (lipiec 2011).
W albumie czyni to bardzo zręcznie Zuzanna Śliwa, opisując jej życie i zasługi dla pałacu niemieckiego rodu Hochbergów, z chwilą kiedy jako młoda i piękna Angielka stała się żoną  księcia Jana Henryka XV, czyli także współgospodarzem tej rezydencji.
Rozdział albumu nosi tytuł  -  „Zjawa pięknej Daisy” i już sam tytuł mówi za siebie. Księżna Daisy, według opowieści krążących wśród ludzi związanych z Książem, powraca po swej śmierci w 1943 roku do komnat pałacowych jako zjawa.  Tu i ówdzie, znienacka pojawia się mglista postać urodziwej księżniczki, leciutko stąpa po parkietach salki Maksymiliana lub innych miejscach, gdzie kiedyś była szczęśliwa. Nie budzi obaw, nie obwieszcza nieszczęść. Jest zjawą dobrotliwą. Wszak taką była przez całe życie.


A dalej w albumie czytamy:
„Książ ma szczęście do duchów. Oprócz Disy ukazuje się tu myśliwy z psami i dziewczyna w białej sukni. Kiedy wschodzi księżyc, wyłania się ona z zamkowych murów i wędruje po okolicy. Za życia była młodą narzeczoną, która zginęła od uderzenia pioruna w dniu swego ślubu. Wieść niesie, że jej pojawienie się zwiastuje nie tylko burze, ale i nieszczęścia dla mieszkańców zamku”.
A może zjawa tej dziewczyny w białej sukni, to po prostu duch Elizy Radziwiłłówny, córki Antoniego Henryka Radziwiłła i  jego żony, księżnej pruskiej Luizy Hohenzollern. Ta niezwykle urodziwa, siedemnastoletnia pannica, przeżyła w Książu cudowny romans z Wilhelmem Hohenzollernem, synem króla pruskiego Fryderyka Wilhelma III. „Czarująca Eliza”, „Anioł z Cieszycy”, jak ją nazywała berlińska prasa była o krok od zawarcia związku małżeńskiego z późniejszym cesarzem Niemiec, ale na przeszkodzie stanęło litewsko-polskie pochodzenie ojca Elizy, Antoniego Radziwiłła. Dziewczyna brutalnie odrzucona przez rodzinę jej przyszłego męża, zakochanego w niej zresztą po uszy, nie wytrzymała psychicznie i w parę lat po romantycznym przeżyciu umarła z tęsknoty i osamotnienia. Opisałem to wyjątkowo wzruszające wydarzenie w moim blogu p.t.  „Cesarski romans w Książu” (maj 2011).
Z albumu „Miejsca niezwykłe” warto jeszcze przytoczyć krótką notatkę o samym zamku Książ, a warto ze względu na  trafny, syntetyczny opis tego zabytku:
„Osadzona na skalnym wzgórzu warownia Książ, zwana „kluczem do bram Śląska”, była najpotężniejszą w systemie twierdz północnosudeckich, wzniesionych w latach 1288- 1292, jeszcze za panowania Bolka I, księcia świdnicko-jaworskiego. Rozbudował ją znacznie wnuk Łokietka, Bolko II. Po jego śmierci Książ przejęła bratanica, córka Henryka II, żona cesarza Karola V . Piastowska warownia znalazła się tym samym w rękach dynastii Luksemburskiej. Przez blisko dwa kolejne stulecia zmieniała właścicieli, by na początku XVI wieku przejść w posiadanie Hochbergów, wywodzących się od piastowskich książąt Śląska. Zamek powiększono i umocniono - ostatnia przebudowa miała miejsce w 1908 roku. W czasach Daisy było to około czterystu komnat, sama służba zajmowała aż osiemdziesiąt pomieszczeń”.
Znawcy tematu mogą mieć poważne zastrzeżenia do tego opisu, bo autorka pomieszała w nim historię Starego Książa z Nowym, ale można jej wybaczyć z powodu troski o zwięzłość notatki. Natomiast cieszyć może to, że nasz Książ znalazł w tej publikacji poczesne miejsce. Dla rozwoju turystyki na ziemi wałbrzyskiej każda dobra promocja Książa ma duże znaczenie.
Może uda się odnaleźć jeszcze w zbiorach bibliotecznych lub księgarniach kolorowy album „Miejsca niezwykłe”, szczerze zachęcam do obejrzenia lub kupienia.

piątek, 13 stycznia 2012

  Moje natchnienie

 Rozkołysała, rozhulała się spokojna, uładzona dotąd sfera mojej wyobraźni. Tak rzadko się to teraz zdarza, tylko skutkiem szczególnych impulsów. Kiedyś co rusz bujało się w obłokach dotykając nieba. Człowiek czuł się lekki jak koliber, wystarczał łagodny ruch powietrza, subtelny zapach lasu, niedostrzegalny refleks słońca, by poszybować w krainę fantazji. Dziś każdy ruch następuje po czasie, w wyniku rzetelnej analizy i dostosowania do realiów życia.  To przychodzi z wiekiem. Człowiek się starzeje i statkuje.  Przyziemnieje. To dobre określenie i nie uważam go wcale za pejoratywne. Uczeni, wykształceni, inteligentni ludzie, zwłaszcza ci, którzy zapraszani są na rozmowy w porannych spektaklach kulinarnych naszej TV, zwanych dla niepoznaki „kawa czy herbata”, znaleźliby natychmiast całą gamę psychologicznych, anatomicznych, fizjologicznych uzasadnień. Najprawdopodobniej doszliby zgodnie do jednego wniosku, że jest to skutek niedobrego cholesterolu. Zastosowanie właściwej diety „kapuścianej” (sprawdzanej eksperymentalnie co rusz na osobie byłego prezydenta A. Kwaśniewskiego) przyniosłoby natychmiastowy efekt. Człowiek znów poczułby się młody.
A ja się poczułem jak nastolatek bez zastosowania diety, mimo negatywnych wyników badań  laboratoryjnych. Co spowodowało tak wyjątkową reakcję?


W związku z planowanym spotkaniem promocyjnym mojej książki „Głuszyckie kontemplacje” wysłałem o tym pocztą mailową informację do zaprzyjaźnionych osób. W parę godzin otrzymuję wiadomość, że przyjadą w tym dniu do Głuszycy  -  Romana Więczaszek z Brzegu nad Odrą i Marek Juszczak z Knurowa.
I trudno się dziwić, że to właśnie rozanieliło moją duszę.
Wytrwali Czytelnicy mojego blogu, a także jak sądzę wielu mieszkańców Głuszycy, w tym młodzież szkolna, orientują się już, że są to nasi Rodacy, którymi możemy się szczycić. Obydwoje urodzeni w tym miasteczku, gdzie spędzili dzieciństwo i młodość, wyfrunęli z różnych przyczyn w szeroki świat, ale nie zapomnieli o swym gnieździe rodzinnym i po latach nostalgii powracają wspomnieniami do tych czasów pisząc i publikując w kolejnych tomikach swoje wzruszające wiersze. Dla nich Głuszyca, to urocze miasteczko położone w otoczeniu majestatycznych krajobrazów górskich, pełne cudownych  przeżyć i wrażeń z czasów młodości.
Dla mnie ich uczestnictwo w tej imprezie kulturalnej, gdzie chcemy wypromować pierwszą jak dotąd książkę o Głuszycy, w dodatku w jubileuszowym roku 50-lecia nadania praw miejskich, to szczególny powód do dumy i zaszczytu.

To nie jest tak łatwo wyrwać się z domu, gdzie każdy ma obowiązki, „wsiąść do pociągu byle jakiego” i pogonić znów do tego, co było i minęło bezpowrotnie. Ale niezależnie od zobowiązań koleżeńskich jest jeszcze dodatkowo jakaś siła tajemna, która powoduje, że się chce, że warto, że trzeba tu powracać.
Chyba jednak najlepiej zrobię, oddając głos poetom:

Romana Więczaszek, z tomiku „Spacery z wierszem”
Nienasycenie

Nasyciłam się wiatrem
co pozbierał łąkowe zapachy
nad Bystrzycą

Oczami zbierałam
krajobrazy dzieciństwa

Tu stał krasnal
w czerwonym kubraczku
tu stał…

Nasyciłam swe piersi
młodością
nad stawem trzecim
intymnie

Krople ze źródła
włączyłam w jadłospis
i w krem
do stosowania na noc
koniecznie

A serce?

Serca nie umiem nasycić


Marek Juszczak
, z tomiku „Świadomość podświadomości”

Miasteczko moje kochane
wśród gór domami rozsiane
jak wstęga

ciszą napełniasz dolinę
a cisza jak rzeka płynie
do serca sięga

pięknie o każdej porze
czy ciepło, czy zimno na dworze
czy wiatr
takie wspominam cię zawsze
gdy na fotografię popatrzę
sprzed lat

miasteczko moje rodzinne
tam sny spokojne, dziecinne
pierwsze wzruszenia
tam miłość i pierwszy wiersz
o którym Ty tylko wiesz

moje natchnienie

Natchnienie Marka, Romany i do tego jeszcze moje natchnienie winny zachęcić wszystkich, co czują więź z naszym miasteczkiem rodzinnym do uczestnictwa w spotkaniu, na które chce się przyjechać naszym Krajanom nawet z Brzegu na Opolszczyźnie lub z Knurowa na Górnym Śląsku. I to jest właśnie najważniejsza refleksja mojego dzisiejszego blogowania.

środa, 11 stycznia 2012

Jest do nabycia



Książka "Głuszyckie kontemplacje", o której pisałem w pierwszym tegorocznym poście "Hit roku 2012" jest do nabycia w Miejskiej Bibliotece w Głuszycy (na parterze Centrum Kultury). Cena promocyjna  -  25 złotych.
To na początek. W dalszej kolejności będzie można ją nabyć na Osówce i w Punkcie Informacji Turystycznej "Osówki" przy ul Grunwaldzkiej, w Księgarni.. Zarząd Stowarzyszenia Przyjaciół Głuszycy myśli też o uruchomieniu sprzedaży wysyłkowej. Wcześniej planowane jest pod koniec stycznia (w piątek 27 o godz. 18.00) w Centrum Kultury spotkanie promocyjne książki.Postaram się o tym poinformować moich Czytelników na blogu i zaprosić na to spotkanie.
Dla zachęty podaję spis treści:
1.    Jak i kiedy Głuszyca stała się miastem ..............................................................................
2.    Skąd się wzięły tradycje włókiennicze Głuszycy…………………………………………
3.    „Indiana”, to nie tylko nazwa, to znak nowych czasów przemysłu w Głuszycy…………..
4.    Czy Głuszyca powinna być miastem przemysłowym?..........................................................
5.    Ponure lata wojny w Górach Sowich i Głuszycy……………………………………………
6.    Głuszyca tuż po wojnie………………………………………………………………………
7.    Dwie Głuszyce, czy jedna? Prestiżowa ranga Głuszycy Górnej…………………………….
8.    Wrześniowe reminiscencje. Wojenne wspomnienia przesiedleńców…………………………
9.    Kryptonom „Riese”, czyli „Olbrzym”………………………………………………………
10.    Gigantyczne podziemne miasto  pod Osówką w Głuszycy……………………………….
11.    Osówka już znana, czas na odkrycie Sobonia. A przy okazji – Zimnej Wody………………
12.    Pasterka w Sierpnicy. Co ma wspólnego zamek „Książ” z kościółkiem w Sierpnicy?...........
13.    Na pstrąga do Łomnicy.............................................................................................................
14.    Czas na Grzmiącą………………………………………………………………………….
15.    Tajemnica Kolc…………………………………………………………………………….
16.    Rybnica Mała. Pensjonat zdobiony pasją patrioty, zbieracza i mecenasa zabytków……….
17.    Świat jest mały. Relacja z otwarcia wystawy fotograficznej z podróży po Ameryce Południowej w Centrum Kultury w Głuszycy……………………………………………….
18.    Z Głuszycy do Machu Picchu. Wywiad z Jakubem Bortnikiem głuszyckim podróżnikiem po Ameryce Południowej………………………………………………………………………….
19.    Sami nie wiemy, co posiadamy……………………………………………………..........
20.    Szlakiem zamków piastowskich w regionie wałbrzyskim. Część I Niebosiężny Rogowiec…
Część II Grodno na Górze Choina……………………………………………………………….
Część III Radosno, Nowy Dwór…………………………………………………………………
Część IV Cisy, Stary Książ.……………………………………………………………………..
21.    „Willa Słodna” w Łomnicy pod Wyciągiem……………………………………………..
22.    Legenda o kwaterze Hitlera w Górach Sowich. Część I Anthony Dalmus – urzędnik do specjalnych poruczeń…………………………………………………………………….
Część II Czyżby chodziło o „podziemne industria do budowy samolotów”?..................
Część III Tajemnica Wunderwaffe von Brauna
23.    Co się kryje w podziemiach Osówki?........................................................................
24.    Tajemnice kopalni Wałbrzycha……………………………………………………….
25.     Czy Wałbrzych może się wybić na miasto turystyczne?....................................................
26.    Wokół Wałbrzycha – Zagłębie Turystyczne!........................................................................
27.     Zamek Książ wciąż „ściśle tajny”…………………………………………………………..
28.     Wielka Trójka w Pałacu w Jedlince…………………………………………………………
29.    Gdzie jest Pietno? Śladami Olgi Tokarczuk…………………………………………………..
30.     Niezwykły wywiad z niezwykłym człowiekiem. Witold Pronobis dla „Głosu Głuszycy”….
31.     W grudniowe święto – kilka refleksji, niekoniecznie świątecznych…………………………
32.     Polsko-niemieckie zbliżenie mimo smutnych doświadczeń z przeszłości…………………….
33.     Tu jest nasz dom……………………………………………………………………………….
34.     Kiedy polityka wkracza do historii. O polskości Ziem Zachodnich…………………………
35.    Miasto budzi się nowymi nadziejami
36    Głuszyca w pigułce……………………………………………………………………



wtorek, 10 stycznia 2012

Hiszpańskie Toledo






Wpadł mi do ręki pielęgnowany przeze mnie jak talizman, wydany w 1992 roku tomik wierszy „Chochoły i róże”, Natana Tenenbauma. Obok drugiego tomiku wierszy tego samego autora „Imię Twoje Rzeczy Pospolitość” z 1997 roku, z dedykacją pisemną samego twórcy, stanowią ozdobę podręcznej półki i pozwalają od czasu do czasu czerpać siłę i natchnienie.
Będzie dziś nastrojowo i refleksyjnie. Już dawno tak nie było, odkąd skończyły się święta. Nie może być inaczej, gdy przychodzi mi napisać o Natanie Tenenbaumie. Ten satyryk i poeta o sławie krajowej, w latach 60-tych czynny w  życiu artystycznym Warszawy jako autor tekstów STS-u i „Hybryd”, a także wierszy publikowanych w „Szpilkach”, a po wydarzeniach marcowych, anonimowo w paryskiej „Kulturze”, stał mi się bardzo bliski, gdy odkryłem, że dzieciństwo i młodość spędził w Głuszycy, gdzie mieszkał z rodzicami, chodził do szkoły, zanim wyruszył w świat szeroki. Studiował archeologię śródziemnomorską w Warszawie, brał aktywny udział w opozycyjnym ruchu studenckim, znanym z biografii Jacka Kuronia i  Adama Michnika. W 1969 roku wyemigrował do Szwecji, gdzie w Sztokholmie prowadził kabaret literacki „Krakowskie Przedmieście”. W czasach „Solidarności” zasłynął jako autor wiersza „Modlitwa. O wschodzie słońca”, który z muzyką Przemysława Gintrowskiego i  Zbigniewa Łapińskiego w wykonaniu Jacka Kaczmarskiego, a w późniejszym czasie  Jacka Wójcickiego z krakowskiej „Piwnicy pod Baranami” stał się swego rodzaju hymnem tego ruchu:



„Każdy Twój wyrok przyjmę twardy
Przed mocą Twoją się ukorzę
Lecz chroń mnie, Panie, od pogardy
Od nienawiści chroń mnie, Boże

Wszak Tyś jest  -  niezmierzone Dobro
Którego nie wyrażą słowa
Więc mnie przed nienawiścią obroń
I od pogardy mnie zachowaj

Co postanowisz  -  niech się ziści
Niechaj się wola Twoja stanie
Ale mnie zbaw od nienawiści
Ocal mnie od pogardy, Panie !”

Poza występami w Szwecji Natan Tenenbauma wielokroć prezentował swoje wiersze i piosenki w środowiskach polskich na Zachodzie, zaś od roku 1988 również w Polsce w klubach studenckich Warszawy, w kabarecie „Pod Egidą” Jana Pietrzaka, w gdańskim Klubie „Żaczek” i krakowskiej „Piwnicy pod Baranami”.
Z tomiku „Chochoły i róże” pochodzą dwa wiersze, które wywołują moje największe wzruszenie. A dlaczego? Nietrudno się domyślić, gdy tylko je poznamy:

 

„Toledo
Widziane z Głuszycy (woj. Wałbrzyskie) przez autora urodzonego w Witebsku

Powiedz mila, jak wyjaśnić Szwedom:
Zawieszone mistycznie nad rzeką
Śniło mi się tej nocy Toledo
Jak je kiedyś oglądał El Greco

Otaczały je swojskie Sudety
Górą  -  kozy o skrzydłach motylich
I wstawało w pejzażu Kastylii
Odpomniane, dolnośląskie „sztet,ł”

Miasto w rzekę spływało ze zboczy
W trawie pary kochały się nagle

Czarny odmęt rzeki  -  Twoje oczy
Łuki Twoich brwi  -  mosty nad Tagiem”

Moja Głuszyca porównana do hiszpańskiego Toledo przez Rodaka, który wzniósłszy się na „skrzydłach motylich” na szeroką ścieżkę literatury polskiej, nie zapomniał o swoim gnieździe rodzinnym i potrafił je tak pięknie odmalować niczym wielki hiszpański El Greco, ten wiersz budzi zawsze poczucie dumy i podnosi na duchu. Podobnie zresztą jak kolejny wiersz Natana:

„Nostalgia
Pamięci Agnieszki Osieckiej

Przychodzę z cienia. Ty  -  z tkanki świtu
Z bieli na starych obrazach
Twoja nostalgia jest z aksamitu
Moja ze złomu żelaza
Tobie, dziewczyno, maj łąki ściele
Tobie się ziele zieleni
Ja, jeśli czego mam wiele
To tylko lat… zim… jesieni…
Ty życie niesiesz, ja  -   wiersze liche
Może to jedno nas zbliża?
Jestem z Głuszycy, gdzieś pod Wałbrzychem
A Ty powracasz z Paryża…
Gdy czas przystanie, rak w polu świśnie
Dojrzeją gruszki na brzozie
Może nam wtedy słońce zabłyśnie
… i księżyc ulicy Koziej”

Ogromna skromność przebija z tego wiersza, w którym „mały pisarczyk z Głuszycy” uwydatnia kontrast jaki dzieli go od wielkiej gwiazdy, Agnieszki Osieckiej, powracającej wprost z Paryża. I to jest cenne w tym wierszu, ten hołd oddany wybitnej autorce tekstów najlepszych polskich piosenek. Zastanawiałem się kiedyś, skąd się wziął w wierszu tajemniczy „księżyc ulicy Koziej”?
Sprawa się wyjaśniła, gdy trafiłem na dowcipny wierszyk autobiograficzny Natana:



„Są w Warszawie dwaj wielcy poeci,
Których wspomnieć tu sobie pozwolę:
Jeden mieszka  -  Kozia, numer 3-ci
Drugi obok stoi na cokole

Który większy? Historia niech sądzi
Obu wielkie w poezji zasługi
Lecz mawiają: kto pyta, nie błądzi
Więc zapytasz może  -  kto ten drugi?

Drugi zwie się jak, z wieszczów tej pary?
…Głowę przed nim chyl, to ci powiadam
Zwie się drugi z nich, choć nie dasz wiary,
Zwie się drugi z nich  -  Mickiewicz Adam.

Teraz już wiemy, że ten pierwszy wielki poeta, to właśnie mieszkaniec ulicy Koziej numer 3, ale wcześniej nasz Rodak z Głuszycy. Natan Tenenbaum odwiedził więc swoją  „krainę lat dziecięcych’ w 2002 roku i wtedy mieliśmy okazję poznać go bliżej i ugościć w Miejskiej Bibliotece, wtedy właśnie otrzymałem Jego tomik wierszy z dedykacją, żeby zaś nie być dłużnym zdobyłem się na odwagę napisać i odczytać na Jego cześć wiersz następującej treści:

Natanowi Tenenbaumowi do sztambucha
( z okazji wizyty w rodzinnym miasteczku  -  Głuszyca)



Gdy go matka uczyła
polskiej mowy mozolnie
nie wiedziała, że synek
będzie bardem w Sztokholmie,

Nie wiedziała, że chłopiec
z podwałbrzyskiej Głuszycy
będzie polskim tułaczem
w skandynawskiej stolicy.

Kto mógł sądzić, że w żyłach
maleńkiego Natana
płynie gorąca strużka
poety i tytana,

że los nie da mu w życiu
kroczyć drogą bez progów,
że jak inni poeci
jest wybrańcem bogów.


Cieszył matkę Natanek
wabił oczy jak brosza,
nie wiedziała, że dalej
pójdzie ścieżką Miłosza,

że od warszawskich „Hybryd”
„Szpilek „ i STS-u
zacznie się dumna droga
tułaczki i sukcesu,

jego wiersze rozsławi
pieśniarz Kaczmarski Jacek
zabrzmią „Pod Baranami”
i w gdańskim Klubie „Żaczek”.

Dziś pod głuszyckim „Słońcem”
polskiej poezji muza
nasz najsławniejszy rodak
po prostu  -  „chochoł i róża” !

Natan Tenenbauma przyjął ten wierszyk z uśmiechem i wzruszeniem. W ten sposób potwierdził piękną zasadę swego życia, zamkniętą w słowach jednego z wierszy:
„Uśmiechnij się ! Jutro będzie  -  za późno!”
Proszę więc wszystkich moich Czytelników, uśmiechnijcie się do tego wszystkiego, co tu napisałem, a warto się uśmiechnąć, kiedy pomyślimy o Głuszycy jak o promieniejącym słońcem, hiszpańskim mieście Toledo.

Fot. Viola Torbacka, Robert Janusz, A. Błaszczyk i innne