Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

piątek, 30 marca 2012


Wolność mediów


To niezwykle intrygująca rzecz, usiąść przed bieluśką, niczym nie skalaną kartką, mając świadomość, że trzeba coś napisać w kolejnym poście blogu. W mojej sytuacji jest to kartka wirtualna na ekranie komputera. Otwieram ją  i dopiero się zaczyna. Od czego zacząć. Czy od tytułu. A może tytuł pojawi się później. Chcę coś napisać, czy jestem pewien co. To powinno być coś wyjątkowego. Dziś wszyscy piszą, no może prawie wszyscy. Kataklizm informacji jest być może jeszcze bardziej niebezpieczny niż ocieplenie klimatu i jego skutki na kontynencie azjatyckim – tsunami. Dotąd nie znaliśmy tego słowa -  tsunami. Dziś budzi ono zgrozę. Użyłem tutaj sformułowania  - kataklizm informacji i zrobiłem to zupełnie celowo. Jesteśmy bombardowani zrzutem informacji znacznie mocniej, niż to robiło lotnictwo alianckie w czasie II wojny światowej. Ten proceder jest bardziej skuteczny, bo razi umysły wszystkich bez wyjątku. Dziś nie można się uchronić przed tym rażeniem. To że jest to kataklizm nie daje się dostrzec na pierwszy rzut oka. Oko zresztą jest tak samo rażone jak ucho. Dwa nasze najważniejsze zmysły są poddane najperfidniejszej operacji, która nosi zupełnie sympatyczną nazwę  - wolne media. Miały być dla nas milowym krokiem w przyszłość, w postęp, nowoczesność.
Stały się czymś co grozi człowiekowi znacznie bardziej niż najgorsze z chorób. Media, to gigantyczna epidemia, atakuje umysł ludzki od kołyski do końca żywota. Jest to syndrom czasów, a właściwie choroba nieuleczalna. Jestem wciąż jeszcze istniejącym, żywym eksponatem tej choroby. W dodatku mam świadomość  jej przyczyn . To jest gorsze niż każdy narkotyk, bo wciąga niezauważalnie, mimo woli, a  przed jego skutkami nie można się obronić. Producent tego środka zagłady jest absolutnie bezkarny , a obiekt jego oddziaływań całkowicie ubezwłasnowolniony. To jest uboczny wytwór najwyższej wartości człowieczeństwa  - wolności. Niby każdy człowiek ma niczym nieprzymuszoną wolę, by z tego dobrodziejstwa nie korzystać, a jednak. Trafiają się takie wyjątki, że w domu nie ma telewizora, a nawet radioodbiornika. Ale jest jeszcze prasa, są tabloidy, są sąsiedzi, znajomi, którzy chętnie opowiedzą, co widzieli i słyszeli w masowych środkach przekazu. I co najważniejsze  -  czego dowiedzieli się z reklam. Reklamy są nie do uniknięcia. Wdzierają się do naszego domu drzwiami i oknami. Beznadziejnie głupie scenki rodzajowe, charakterystyczne głosy i znane postaci wielkich aktorów, celebrytów, polityków, którzy sprzedają się za „judaszowe” pieniądze, ten cały idiotyczny chłam wnika w naszą świadomość nawet gdy tego nie chcemy. Ulegamy magii medialnej. Dajemy się wciągnąć w to niczym nie ograniczone, haniebne oszustwo, perfidną grę  za którą stoi tylko i wyłącznie chęć zysku, pieniądz, który rządzi medialnym światem. W programach telewizyjnych mamy podany czas emisji audycji, filmu, serialu, ale to jest kłamstwo, mistyfikacja, bo najpierw puszczanych jest 10 lub więcej minut reklam i trudno się doczekać, kiedy nastąpi emisja oczekiwanego przez nas programu. To jest celowy, dobrze przemyślany mechanizm. Nawet jeśli wyłączymy głos, to leci obraz. Nawet jeśli nam się wydaje, że nie zwracamy na to uwagi, to jednak mimowolnie wdziera się to do naszej świadomości. Chodzi o to aby kupić na rynku ten bubel, w którego koszty wliczone są wielkie pieniądze wydane na produkcje reklam. Moje zdanie na temat abonamentu telewizyjnego. Przymus ustawowy do jego uiszczania, to najbardziej dyktatorski, totalitarny haracz, jaki narzuca się wszystkim obywatelom. Czym różni się tzw. państwowa telewizja od stacji komercyjnych, moim zdaniem niczym. Chyba że jeszcze większym upolitycznieniem. No może jeszcze tym, że emisje filmów nie są przerywane przez reklamy tak, jak to ma miejsce w telewizjach komercyjnych. Gdyby  telewizja państwowa zrezygnowała z drakońskich metod narzucania widzom spotów reklamowych i potraktowała poważnie swą wychowawczą, edukacyjną,  kulturalno-oświatową rolę, to wtedy świadczenia abonamentowe miałyby swoje uzasadnienie.
I tyle słów na nadchodzącą niedzielę...

Fot. Viola Torbacka.

czwartek, 29 marca 2012


Moje marcowe peregrynacje


  Końcówka marca okazała się  dla mnie dość obfita w wydarzenia, odbiegające znacznie od normalnej, emeryckiej wegetacji. W związku z wydaną książką „Głuszyckie kontemplacje” stałem się osobą zapraszaną do najbliższych ośrodków kultury. Pisałem już w moim blogu o wrażeniach ze spotkania w Czarnym Borze. W ślad za tym poszła „Stara Piekarnia” w Głuszycy, Klub „Z drugiej strony lustra” w Szczawnie Zdroju, Biblioteka w Walimiu. Popołudniowe spotkania w każdym z tych miejsc różniły się od siebie dość znacznie, ale każde z nich potwierdziło, że jest coraz większe grono osób zainteresowanych tym co piszę, odnoszących się przyjaźnie do mojego hobby.
Do „Starej Piekarni” (24 marca) zaprosił mnie główny organizator wieczoru muzycznego, mistrz rzemiosła artystycznego, artysta plastyk, Henryk Janas z Grzmiącej. To jedna z tych „dusz niespokojnych”, które próbują rozruszać popadające w stagnację środowiska małomiasteczkowej socjety. W dość niezwykłym koncercie, którego artystami byli młodzi adepci sceny szkół muzycznych w Poznaniu i Wałbrzychu, usłyszeliśmy koncert a-moll A. Głazunowa w znakomitym wykonaniu skrzypaczki Weroniki Janik przy akompaniamencie Wiktora Szymajdy, a dalej utwory fortepianowe w wykonaniu Kacpra Andrzejewskiego, melodie ludowe na akordeonie zagrane przez kilkuletniego Huberta Janasa oraz popisy na saksofonie Urszuli Drapały. Ja pełniłem w tym koncercie role przerywnika słownego, starając się zainteresować słuchaczy związkami emocjonalnymi jakie towarzyszą każdemu człowiekowi w stosunku do „kraju lat dziecinnych”. Temu celowi służyła moja parafraza słynnego Epilogu do „Pana Tadeusza” – Adama Mickiewicza , którą warto chyba przytoczyć:


 O czymże dumać na głuszyckim bruku,
przynosząc z miasta uszy pełne stuku,
oszczerstw i kłamstwa, niewczesnych zamiarów,
za późnych żalów, potępieńczych swarów.?

Chciałbym pominąć, ptak małego lotu,
pominąć sfery ulewy i grzmotu
i szukać tylko cienia i pogody,
w miejscach spokoju, miłości i zgody.

Jest taka przystań, która nas przygarnia,
przytulny kącik, to „Stara Piekarnia”,
w niej się odrodzą Stanisławskie dzieje,
gdy król-mecenas otwierał nadzieję,

że dla kultury przyjdą lepsze chwile,
że jak do kwiatów polecą motylem
ludzie, dla których dosyć już niezgody.
W „Starej Piekarni” poczujesz się młody.

Aura muzyczna, poezji świat dziwny
przypomną czasy dziecięcej maligny,
Kraj lat dziecinnych! On zawsze zostanie
święty i czysty, jak pierwsze kochanie …


W swej pisarskiej zabawie na stare lata żyję wciąż w krainie ułudy. Oglądam wokół cudowny świat przyrody i krajobrazów, w otoczeniu których wyrosła nasza Głuszyca, ni to miasto, ni wieś. Cenię sobie wolną przestrzeń, gdzie mamy mnóstwo miejsca na świeżym powietrzu.
Wiem że jest wokół nas wielki świat, ale i tym małym można się cieszyć i znajdować powody do dumy.  Trzeba umieć odnaleźć w sobie i wokół siebie dobre strony, budować swoje życie na optymizmie i nieustającej wierze, że będzie lepiej, ale musimy sami o to zadbać uczciwą pracą i poświęceniem.

Koncert w „Starej Piekarni” zgromadził wyjątkowo dużą liczbę słuchaczy. Sala „pękała w szwach”. O dedykacje do mojej książki poprosił nawet ktoś z rodziny jednego z wykonawców koncertu, Kacpra Andrzejewskiego.

Zupełnie inny charakter miało kameralne, intymne spotkanie grupy osób związanych duchowo ze szczawieńskim uzdrowiskiem, interesujących się tym wszystkim co się dzieje w kulturze miejskiej. W Księgarni i zarazem  Klubie Kulturalnym Bogusława Serdyńskiego, „Z drugiej strony lustra” czułem się jak kandydat przyjmowany do loży masońskiej. Prowadząca to spotkanie, zasłużona dla Wałbrzyskiej Biblioteki „Pod Atlantami” Elżbieta Kwiatkowska-Wyrwisz, przemaglowała mnie na wstępie z mojego życiorysu, a dalej potoczyła się żywiołowa rozmowa na tematy związane z kulturą i Szczawna-Zdroju. i naszej ziemi wałbrzyskiej. Bardzo interesujące dla mnie okazały się cotygodniowe, wtorkowe spotkania kulturalne w Klubie (literackie, muzyczne, dyskusyjne), a także ambitne plany Bogusława mające na celu ożywienie życia kulturalnego w uzdrowisku. To miejsce, mam tu na uwadze kawiarnię i księgarnię „Z drugiej strony lustra” ma swoją aurę, ma moc przyciągania i wyzwalania ukrytych pasji drzemiących w każdym człowieku. Przekonywał nas do tego Bogusław podając przykłady jak zwykle muzyczne koncerty przeradzały się w żywiołowe improwizacje trwające do późnych godzin nocnych. Moje spotkanie też przeciągnęło się znacznie ponad planowany czas, upłynęło w przyjaznej sympatycznej atmosferze. Moglibyśmy tak pogadać jeszcze sporo czasu, ale musiałem wracać samochodem do mojej, odległej ponad 20 kilometrów od Szczawna, uśpionej Głuszycy.


  W Walimiu czułem się jak w domu rodzinnym, do którego przyjechał w odwiedziny z dawna oczekiwany gość z dalekich stron. Walim jest mi bliski nie tylko dlatego że jako sąsiada zza górki znam go jak własną kieszeń i napisałem chyba jedyną książeczkę o jego historii i walorach turystyczno-krajobrazowych, p.t. „Walimskie impresje”. Swego czasu, gdy byłem nauczycielem w głuszyckiej szkole włókienniczej gros naszych uczniów stanowili chłopcy i dziewczęta z Walimia. Była to szkoła dla Pracujących, jak się to pięknie mówiło, kształcąca kadry dla przemysłu włókienniczego. W walimskim Centrum Kultury zebrało się wiele znanych mi osób dorosłych, ale także niezwykle sympatyczna grupa młodzieży z tutejszego gimnazjum z Panią nauczycielką. Jak się później okazało był to zespół redakcyjny gazetki szkolnej. Na końcu spotkania obsypano mnie pytaniami i będzie to, jak się spodziewam, najsympatyczniejszy o mnie artykuł, bo napisany ze szczerego serca. W spotkaniu uczestniczył też wicewójt gminy Walim, jak się okazało młody samorządowiec zainteresowany bardzo przeszłością Walimia i tworzeniem warunków do rozwoju turystyczno-wypoczynkowego gminy.
O Walimiu oprócz książeczki napisałem sporo w moim blogu. Przeczytałem kilka postów, która wzbudziły duże zainteresowanie a nawet wzruszenie.
Dużym dla mnie zaskoczeniem okazała się obecność na spotkaniu nieznanego mi osobiście małżeństwa z Wałbrzycha. Przyjechali oni specjalnie do Walimia, aby zobaczyć i posłuchać „miłośnika ziemi wałbrzyskiej”, którego gawędy słuchają od dłuższego czasu w porannych audycjach wałbrzyskiego radia „złote przeboje”. Byli podobnie jak ja bardzo wzruszeni i poprosili od razu o dedykację dla nich do  mojej książki o Głuszycy. To są momenty, które pozwalają znajdować motywację do dalszej aktywności, choć lata lecą, a żona powtarza, że nadaję się już do występowania wyłącznie w radiu.

wtorek, 27 marca 2012


Na krawędzi życia. Podróże Kuby c.d.

Jakub w całej okazałości

Szanghaj, centrum miasta
 Chiny przytłaczają wielkością. W tej nieograniczonej mnogości ludzi i obszarów zamieszkałych i niezamieszkałych człowiek czuje się jak mrówka, a więc upodabnia się do pracowitych, zabieganych, będących w ustawicznym ruchu Chińczyków. Prawdziwą odskocznią od tej ruchliwości jest zaszyty w górach klasztor Szaolin, w którym zakonnicy dla chętnych młodych ludzi prowadzą  słynną na świecie szkołę życia. Każdy adept musi poddać się obowiązującym regułom, dotyczącym warunków zamieszkania, rozkładu dnia, diety, aktywności  w ćwiczeniach, udziału w wu-szu, czyli kursie walki. Oczywiście szkoła jest płatna, ale w zamian otrzymuje się w klasztorze kwaterę i możliwość sprawdzenia siebie. Nasz podróżnik, Kuba, wytrzymał w tej regule dwa tygodnie. Każdy dzień był tak wyczerpujący, że nie miały żadnego znaczenia koszarowe warunki zakwaterowania.
Ucieczka w góry stanowiła więc swego rodzaju wyzwolenie. Trudno sobie wyobrazić czym stało się w tym momencie poczucie wolności, możliwość swobodnego wędrowania szlakami górskimi, podziwiania piękna krajobrazów i decydowania samemu o tym co będzie się robić.  I byłoby całkiem pięknie, gdyby nie wspólny pomysł Kuby i Karoliny, by w czasie pieszej wędrówki szlakami górskimi spędzić  noc w namiocie na półce skalnej. Kto mógł przewidzieć, że właśnie w górach w nocy pojawi się kataklizm, który nie ma sobie równego. A była nim burza piaskowa. Pojawiła się nagle. Potężny huragan niosący ze sobą strumienie piasku i pyłu uderzył w ściany namiotu wkrótce po żaśnięciu. Namiot zaczął „tańczyć” we wszystkie strony. Były momenty, gdy wydawało się, że zostanie porwany w górę i poleci z półki skalnej jak drobinka piasku. Coraz bardziej nie było czym oddychać, w powietrzu unosił się dławiący nozdrza pył. Nie było żadnych szans by się gdzieś ruszyć. Była noc. Noc na półce skalnej.
To były prawdziwe godziny grozy. Kuba z Karoliną zdawali sobie sprawę z tego, że stali się zupełnie bezwolnymi przedmiotami w rękach sił natury. Być może to ich uratowało, że swym ciężarem przytrzymali namiot, którego nie porwał wiatr.
mur chiński
 Postanowiono więc wędrówkę w górach zamienić w zwiedzanie bezpieczniejszych miejsc, takich n.p jak słynny na całym świecie mur chiński. Trudno się dziwić, że była to decyzja w tej sytuacji uzasadniona.
Kuba nie relacjonował dłużej wrażeń ze zwiedzania muru chińskiego. Mówił, że napisano już na ten temat zbyt wiele i nie ma nic nowego do powiedzenia. Duże wrażenie (podobnie jak Pekin) zrobił na nim Szanghaj, głównie ze względu na monumentalizm. To gigantyczne portowe miasto pnie się w górę, wszelkimi sposobami upodabnia do Zachodu, uderza mnogością hoteli, restauracji, pubów i cenami za wszystko, znacznie większymi niż w każdym innym miejscu w Chinach. Dla takich podróżników jak Kuba i Karolin było to ważne. Tylko problemy z załatwieniem wizy do Tybetu, zatrzymały ich w Szanghaju dłużej, niż planowali. Z prawdziwą przyjemnością wyjechali w rejon Juhanu, znanego z plantacji herbacianych. Tu spędzili kolejne dwa tygodnie w sielskiej atmosferze spokoju i wypoczynku. Wymagał tego klimat tropikalny, a także chęć bliższego poznania życia chińskiej wsi. Kuba z dumą mówi o ich własnoręcznym udziale w zbiorze herbaty. Ostatnim miastem w Chinach była Czendra, blisko granicy z Tybetem. Ale by tam dotrzeć oprócz mnóstwa zezwoleń trzeba było odbyć podróż pociągiem najwyższą koleją na świecie, powyżej 5 tys. m. n.p.m. To nie byle co, bo dwa dni podróży pociągiem bez użycia maski tlenowej. Ale co się nie robi, by „zaliczyć” Tybet i zobaczyć własnymi oczami Mount Everest.
pod Mount Everestem
 
O tych i innych jeszcze wrażeniach w kolejnym odcinku.

Fot. z internetu i kolekcji Jakuba i Karoliny.

niedziela, 25 marca 2012


Inny świat


drzewo życia  -  Thailandia

jest nad czym się zadumać
 To jak świat jest szalenie zróżnicowany pod względem poziomu i warunków życia można było poznać już w Rosji, ale Mongolia odbiega od jakichkolwiek europejskich standardów. Kubie i Karolinie udało się załatwić miesięczną wizę, mieli więc czas by doświadczyć tego wszystkiego na własnej skórze. Było to zresztą zgodne z ich planami, by poznać życie prostych ludzi empirycznie, z autopsji, z bezpośredniego kontaktu. Stąd też ich pobyt w stolicy Mongolii, Ułan Bator, ograniczył się do dwóch dni. Miasto to, sprawiające wrażenie niezmierzonego placu budowy, nie budziło takiego zainteresowania, jak Kijów, czy Moskwa.
Około stu kilometrów od Ułan Bator udało się naszym podróżnikom zamieszkać w autentycznej jurcie. Ubogie szałasy przypominające domy, w nich dwie, trzy szerokie prycze, szafa, agregat prądotwórczy, to całe wyposażenie. Wokół nieograniczona przestrzeń. Tabuny wolno biegających koni, bydła, kóz, wielbłądów. Prymitywne palenisko pośrodku jurty. Tam gotuje się w garach tłuste, bezsmakowe zupy. Podstawę wyżywienia stanowią sery twarde i kwaśne, suszone mięso trudne do przełknięcia, znacznie smaczniejsza konina. No i herbata z tłuszczem i solą. Kuba mówi, że razem z Karoliną przeszli już „chrzest bojowy” jeśli chodzi o egzotyczne pożywienie w Ameryce Południowej. On osobiście jest w stanie próbować potraw na pierwszy rzut oka wywołujących odrazę. Z Karoliną było gorzej, stąd też po podróżniczej, kilkumiesięcznej przygodzie w Azji nie będzie musiała stosować przez dłuższy czas żadnych diet odchudzających. Kilkudniowy pobyt w jurcie stanowił wyjątkowo dokuczliwą szkołę życia.



Ułan Bator
  W dalszej podróży przez Mongolię trudno było jednak odszukać bardziej godziwych warunków do wypoczynku i żywienia. Trzeba było powrócić do Ułan Bator, m. in. z powodu konieczności wyrobienia wizy chińskiej, a trwało to dokładnie 6 dni. W mongolskiej stolicy można było w sklepach nabyć żywność europejską, choć kosztowało to drogo.
Podróż do Chin trzeszczącym autokarem dawała nadzieję, że w tym kraju warunki życia będą bardziej cywilizowane.

Pekin



 I rzeczywiście Pekin, to zupełnie inny świat. To świat prześcigający znacznie Europę. Oczywiście sam Pekin, miasto od dawna gigantyczne pod względem obszaru i liczby ludności, a obecnie po boomie inwestycyjnym związanym z organizacją olimpiady, metropolia zdumiewająca ilością i wielkością gmachów, obiektów sportowych, architekturą, komunikacją i rzeszą ludności poruszającą się arteriami miasta. W Pekinie trzeba było szukać kwatery w najuboższych dzielnicach, bo jest najtaniej. Można tam zwiedzać mniej znane świątynie, pagody, zabytki historii nie oblegane tak tłumnie przez turystów jak to ma miejsce w centrum miasta. Pekin przewrócił na głowę dotychczasowe wyobrażenie dużego miasta. Oglądany w nocy oszałamia iluminacjami świetlnymi i ogromem reklam. Ale Pekin to dopiero wstęp do egzotycznego świata, który wydawał się nie mieć końca.



jest się czym pobawić

O kolejnych etapach podróży i przygód w następnym odcinku.

Fot. z internetu i z albumu Jakuba i Karoliny.

sobota, 24 marca 2012


Początek podróży Kuby na Wschód – Ukraina, Rosja


Kijów - Miasto w parku i kwiatach

Kijów - Sobór Św. Michała Archanioła
 Zapowiadałem wcześniej, że postaram się zrelacjonować niezwykłą podróż naszego głuszyckiego podróżnika, Jakuba Bortnika i towarzyszącej mu Karoliny. Celem podróży była daleka Azja, a trwała ona, bagatela, niespełna 8 miesięcy, od września 2010 do kwietnia 2011 roku.  W jej programie znalazła się większość krajów azjatyckich.. Oczywiście nie sposób było pominąć znajdujących się po drodze Ukrainy i Rosji, zwłaszcza że podróż odbywała się pociągiem. Jazda pociągiem znacznie lepiej oddaje wrażenie przestrzeni, pozwala na bezpośredni kontakt z  ziemią i  ludźmi, pasażerami pociągu. Długie godziny spędzone w pociągu zapadają w pamięci, są niczym niezastąpioną specyfiką podróży. Można to było odczuć szczególnie wyraźnie w czasie podróży trwającej cztery doby z Moskwy do Irkucka. Ale o tym za chwilę.
Moja relacja pomija szczegóły, dotyczy głównie ogólnych wrażeń. Gdyby chcieć tę podróż opisać dokładnie, trzeba by napisać całą książkę. Starałem się wychwycić najciekawsze momenty z krótkiej w sumie rozmowy z Kubą, który jak zwykle śpieszył się bardzo, bo jego czas tu w Głuszycy, był wypełniony załatwianiem spraw rodzinnych, by jak najszybciej powrócić do pracy w Anglii.


Pierwszy odcinek podróży, to Warszawa – Kijów. Stolica naszego wschodniego sąsiada, Ukrainy, zrobiła kolosalne wrażenie. Kuba widział już na świecie duże miasta, poczynając od Londynu. Poznał przecież Amerykę Południową, chociażby liczące sobie kilkanaście milionów ludności brazylijskie Sao Paulo. Kijów położony na olbrzymim wzgórzu, utopiony w gęstwinie potężnych drzew i krzewów, nazywany w literaturze miastem w parku, zaskakuje monumentalnością budowli, gdy się człowiek znajdzie w jego centrum. Warszawa przy nim, to małe prowincjonalne miasteczko. Dniepr, w dole Kijowa, to rzeka mieszcząca w sobie co najmniej dwie Wisły. Główna arteria miasta, Chreszczaty,  to ogromniasty bulwar zabudowany po obu stronach wspaniałymi pod względem architektury kamienicami. Duża ilość pałaców, z Placem Niepodległości (Majdanem) na czele, a także cerkwi, budynków publicznych, to wszystko w otoczeniu zieleni parków i w klimacie tętniącego życiem miasta, czyni z Kijowa miasto wyjątkowe, niepowtarzalne. Kijów można zwiedzać kolejami metra, ale nasi podróżnicy ograniczyli się do trzydniowego pobytu, nie chcieli tracić czasu. Uzyskana z trudem rosyjska,  miesięczna wiza, narzucała  pośpiech. Na kolejny etap podróży, Moskwę, przeznaczyli tylko 5 dni. Ale to nie jest tak mało, by przynajmniej z grubsza poznać wielką stolicę Rosji.. Wiadomo było, że przed nimi otwierała się niezmierzona Rosja, której gigantyczność przestrzenna zaczyna się  na dobre dopiero po przekroczeniu Uralu, gór granicznych pomiędzy Europą i Azją.
Moskwa - Plac Czerwony

Moskwa - cntrum
 Moskwa, to osobny temat. Można byłoby mu poświęcić wiele czasu, mimo że było się w Moskwie zaledwie kilka dni. To co najbardziej zaskoczyło Kubę, to zachodnia nowoczesność Moskwy. Nie tylko do ekskluzywnej dzielnicy w centrum miasta, Arabatu, ale i do dzielnic peryferyjnych, wkroczyły zachodnie, znane już nam w Polsce supermarkety, pawilony Mec Donald, butiki. Powstały nowoczesne dzielnice mieszkaniowe, a także sięgające nieba wieżowce. Nie jest to jeszcze Hong Kong, ale już dosyć blisko. W połączeniu z zabytkową architekturą dawnej Moskwy czyni to z miasta wyjątkowy konglomerat urbanistyczny. Uderza ogromny kontrast stolicy Rosji, kipiącej bogactwem i nowoczesnością w odniesieniu do tego, co można było zobaczyć chociażby z okien pociągu z Kijowa do Moskwy. Kontrast ten uderza szczególnie mocno, gdy wyruszy się dalej w głąb Rosji, za Ural.
Kuba napomknął o dużym wrażenie jakie wywarł na nim Kreml i Plac Czerwony, a także o kolejce pod murami Kremla do Mauzoleum Lenina. Z tej „przyjemności” nie skorzystał, nie tylko z powodu braku czasu. A jest to element historii wielkiej Rosji, z którą ona nie może sobie do końca poradzić.


Irkuck - sobór

Jezioro Bajkał
Irkuck, to największe miasto Syberii. Tu przyjeżdżają turyści dla Bajkału, jednego z największych jezior na świecie. Prawdziwi turyści jadą do Irkucka pociągiem kolei transsyberyjskiej. Ten pociąg pozostawił u naszych podróżników niezapomniane wrażenie. Tuż po wyjeździe z Moskwy rozpoczęło się w nim swojskie, gościnne świętowanie. Co kto miał dobrego ze sobą wyciągał z walizki. Dominowała „księżycówka” własnego chowu i znakomita wędzona słonina na zagrychę. Kuba z Karolina stali się punktem zainteresowania, wszyscy chcieli się z nimi zaprzyjaźnić. Zaproszenia szły z różnych wagonów. Po czterech dobach podróżowania z Moskwy do Irkucka pociąg stanowił jedna wielką rodzinę.
W Irkucku i nad Bajkałem Kuba z Karoliną zabawili dwa dni. Popłynęli łodzią na wyspę  Olchom, zobaczyli biedne rybackie wsie. Było zimno, słotno, późna jesień. Plaże nad Bajkałem puste. Ważniejszym celem podróży była dla nich położona ok. 200 km. od miasta, zaszyta w lasach, założona przez zesłańców z Polski wieś Wierszyna, o której słyszeli dużo. Tutaj spotkali się z dużą gościnnością i sympatią. Zaopiekowała się nimi nauczycielka, opiekunka domu polskiego. Okazało się, że plebania jest wolna, bo ksiądz wyjechał do Irkucka na parę dni. Tam znaleźli schronienie na cały tydzień.  Wieś jest w całości drewniana. Ludzie żyją głównie z tego co urodzi ziemia. W domu mówią do siebie po polsku, pielęgnują wszystkie tradycje, choć minęło już ponad sto lat, bo eksperyment osiedlenia tu polskich zesłańców miał miejsce w 1910 roku. Ludzie okazali się bardzo gościnni, zapraszali do domów na rozmowy o Polsce, częstowali specjałem kulinarnym  -  pierogi z landrynami. Niestety, ich kraj ojczysty niezbyt o nich pamięta. Na utrzymanie domu polskiego otrzymują 3 tys. złotych rocznie z Ambasady, a z okazji jubileuszu 100-lecia zakupiono im telewizor.
Kolejnym miejscem pobytu było Ułan Ude nad Bajkałem, niewielkie miasteczko o niskiej zabudowie drewnianej w pobliżu Mongolii.
Mongolia, to był kolejny etap podróży. Ale o tym w kolejnym odcinku.

Fot. z internetu

czwartek, 22 marca 2012


Byłem w Czarnolesie


" Wysokie góry i odziane lasy!
Jako rad na was patrzę, a swe czasy
młodsze wspominam, które tu zostały,
kiedy na statek człowiek mało dbały”.

(Jan Kochanowski, „ Do gór i lasów”)

Czarnolas, to powojenna nazwa Czarnego Boru. I szkoda, że w 1950 roku dokonano tej zmiany. Czarny Bór pachnie poezją Jana Kochanowskiego, a w dziedzinie oświaty i kultury dzieje się tu wiele dobrego. Takiej szkoły, takiego gimnazjum z ogromną halą gimnastyczną i umieszczonego w tym samym kompleksie Centrum Kultury i Biblioteki każda wieś może pozazdrościć. Wieś robi dobre wrażenie oglądana z wijącej się serpentyną drogi ze Szczawna-Zdroju przez Strugę, Lubomin, Jabłów. Tuż przy dojeździe do Czarnego Boru roztacza się z góry rozległa perspektywa wsi położonej nad rzeką, robiącej wrażenie tętniącego życiem miasteczka. Wokoło wierzchołki zalesionych gór, wcale nie czarnych. Być może w ponure dni jesiennej słoty. Czarny Bór to wieś wesoła jak u Jana z Czarnolasu, a gdybyśmy posłuchali kapeli rodziny Janickich, albo chóru przykościelnego, który podbijał serca wielu słuchaczy na całym Dolnym Śląsku, nasze wrażenie byłoby całkiem optymistyczne.


To o czym chcę napisać ma niewątpliwie odcień subiektywny, bo dotyczy mojego spotkania promocyjnego książki „Głuszyckie kontemplacje” w Bibliotece w Czarnym Borze. Zostałem tam zaproszony w pierwszy dzień Wiosny, a ponieważ tym razem Wiosna nie zawiodła, więc w poświacie słonecznej moje odczucia z podróży są  cieple, promienne.  Nawet fatalny stan drogi nie zepsuł tego wrażenia, zwłaszcza że w pewnym momencie w Jabłowie znalazłem się w innym świecie. Pomyślałem, to chyba przedmieście Czarnego Boru.
A w samej bibliotece było swojsko, domowo, przytulnie. Panie z biblioteki zadbały o to, by był to wieczór przyjemny i pożyteczny. Przy stołach zasiedli stali bywalcy Biblioteki i co mnie mile zaskoczyło byli to ludzie starsi, panie, panowie, jak się później okazało, żyjący sprawami wsi i zainteresowani tym co się ciekawego dzieje w całym regionie wałbrzyskim. Wieś Czarny Bór ma już swoją książkę o historii i współczesności napisaną w 2007 roku przez zespół redakcyjny pod przewodem księdza proboszcza Władysława Stępniaka, o czym pisałem w moim blogu. Przypomniałem o tym na wstępie po to, by podkreślić wagę tego rodzaju twórczości dla wzmacniania więzi mentalnej i emocjonalnej ze swoim gniazdem rodzinnym. Nieco inną, lecz o tej samej idei przewodniej jest moja książka o Głuszycy, którą starałem się zainteresować uczestników spotkania. Upłynęło ono w miłej, coraz bardziej przyjaznej atmosferze, a skończyło się wspólną rozmową przy kawie i ciastku, nie mówiąc o wpisywaniu dedykacji do zakupionych książek, no i oczywiście  -  o pięknej laurce, upominku i kwiatach wręczonych mi przez Panią Dyrektor Biblioteki i Jej współpracownicę.

Fot. Violetta Torbacka

poniedziałek, 19 marca 2012


 Lirycznie i łzawo w „Starej Piekarni”




 Warto o tym napisać. „Stara Piekarnia” powróciła do ubiegłorocznej tradycji „czwartków z kulturą” i przez cały marzec mają tu miejsce wydarzenia kulturalne, które ożywiają trochę ospały, trochę smutny pejzaż zimowo-wiosennej głuszyckiej aury. Były więc z początkiem marca koncerty i tańce z okazji Dnia Kobiet, były wróżby tarocistki Lucyny i poezja śpiewana Marcela Kambra. Było też  dokładnie w połowie  marca niezwykle wzruszające spotkanie z poezją Romany Więczaszek z Brzegu nad Odrą i piosenkami Magdaleny Guzik z Jedliny-Zdroju.
Romana przyjechała do nas ze Szczawna-Zdroju, gdzie korzysta z kuracji w sanatorium. Będąc tak blisko swego rodzinnego miasta Głuszycy, nie mogła sobie odmówić spotkania z zaprzyjaźnionymi znajomymi i wielbicielami jej twórczości. Znalazła przystań w „Starej Piekarni” w czwartkowy wieczór, a wraz z nią dość liczna grupa osób z Głuszycy i okolicy, m. in. kuracjusze z jedlińskiego uzdrowiska.
Romana była tego wieczoru bardzo nostalgiczna. W trakcie prezentacji swoich wierszy odżyły  wspomnienia z jej młodych lat, pamięć o tych którzy odeszli, trudno się więc dziwić, że nie mogła powstrzymać wzruszenia, a wtórowały jej osoby siedzące na sali. Sytuację łagodziły piosenki Magdaleny przy akompaniamencie gitarowym Kamila Potońca. Było więc lirycznie i ekstatycznie.
To był piękny wieczór, zarówno ten oficjalny jak i koleżeńskie spotkanie po występach, urozmaicone przez najbardziej szczęśliwą osobę w „Starej Piekarni”, Kasię Szynter, instruktorkę k.o. z jedlińskiego sanatorium, która w tym samym dniu zdała swój najważniejszy egzamin w życiu -  egzamin na prawo jazdy.
Jestem pewien, że gospodarz imprezy, właścicielka restauracji, Violetta Olszewska, nie miała tego dnia w dalekiej Irlandii spokojnego wieczoru, bo telepatycznie była ze swoimi gośćmi i jej także udzielił się liryczny nastrój kolejnego kulturalnego czwartku w głuszyckiej „piekarni”.
By zaś podtrzymać klimat tego wieczoru, poczytajmy wiersze Romany z Jej ostatniego tomiku  -   „że jesteś”:


Gdybym była

Brzozą światłolubną
która za korą oka
ukrywa wzrok
moje miejsce byłoby stateczne
zmącone lekko wspomnieniami
moja przestrzeń
na wybrzeżu ciszy
byłaby sacrum

Rozdawałabym co drugi liść
na sok
dla smutnej matki
co karmiła niemowlę kocie
dla staruszka chorego na nerki
dla pani przeziębionej
na zawsze

Nawet dla bezdomnego
którego boli głowa
z przepicia eliksirem
życia

A mojej mamie
zrobiłabym sok
mocny napar z energią
co otwiera ramiona
żeby mnie objął
jej cień


Na brzegu

Powitała mnie rzeka
wspomnieniami
tak mocnymi jak kamienie
ze śladami dzieciństwa

Zielone łopiany -
kryjówki dobra i zła
podały mi rękę
Jestem wdzięczna
bo uczyły jak kochać

Przywitał smakowity
szczaw z kluskami
oraz niebieski dzwonek

„Łzy Maryi”
jedzone kiedyś na szczęście
drżały przede mną tak samo

- Powiedz,
dlaczego dziś
nikt ich nie zbiera

Fot. Kasia Szynter

niedziela, 18 marca 2012


Zawczesna Wielkanoc !



  Niedziela, taka sobie zwykła niedziela, 18 marca. Nie, nie mogę Jej obrażać. To jest niedziela niezwykła.. Po pierwsze  - zachwyciła ciepłem, słońcem, nadzieją. Brakuje nam, powszednim „zjadaczom chleba” (jeśli o mnie chodzi, chleba z masłem firmy „Kruszwica”) wyobraźni, że może być taki dzień, w moim przypadku dzień niezwykły, niedziela, który może zawrócić w głowie, mało tego, zachwiać normalnym trybem codziennego bytowania. Co się takiego stało? Dla każdego uczestnika tego, co się nazywa bycie mieszkańcem cudownego miasta Głuszycy, nie stało się nic. Nikt nie podniósł z przydrożnego rowu drogowskazu z radosnym napisem Łomnica. Nikt nie ruszył palcem, by posprzątać pozimowe brudy i porozrzucane opakowania szklane, plastikowe i wszelkie inne przy dróżkach spacerowych, nikt nie ruszył miotłą i łopatą by usunąć pokłady piasku wysypanego zimą na drogi. Po prostu Wiosna przyszła zbyt wcześnie i  nas zaskoczyła. To jest ewenement, niezgodny z planem. Sprzątanie pozimowe zostało zaplanowane w kwietniu po świętach Wielkanocnych, albo po prostu w maju, kiedy skończy się pierwszo i trzeciomajowe świętowanie i będzie pewne, że już zima nas nie zaskoczy.
A jednak mimo wszystko ta niedziela jest nadzwyczajna. Oczywiście myślę o sobie, o nas, uczestnikach obcowania z  blogiem o nazwie „tu jest mój dom”. Właśnie w tę niedzielę przechyla się szala z okrągłą liczbą „oglądaczy” blogu  - a jest nią 50 tysięcy !


 I właściwie na tym można by zakończyć ten „apokryf” zadufanego skryby, któremu roi się w głowie, że jego blog jest oglądany i czytany przez tysiące internautów nie przez przypadek, ale z rzeczywistej potrzeby i zainteresowania. Oczywiście nie podlega dyskusji, że są tacy  Czytelnicy jak Paul z Warszawy, komentujący na bieżąco nieomal każdy post mojego blogu, są osoby potwierdzające swą aprobatę w komentarzach, a także drobnym sygnałem „to lubię” na facebooku. Uzbierała się pokaźna „litania” komentarzy, a jest ich już kilkaset (573) i o dziwo, są to  opinie bardzo przychylne, motywujące do dalszego pisania.  Mam za sobą sukcesy w konkursach na najlepszy blog, i ten wrocławski z końca sierpnia i ten wałbrzyski z grudnia ubiegłego roku. W sumie jest dobrze. 
Od maja ubiegłego roku w ciągu 10 i pół  miesiąca ukazało się w moim blogu 281 postów. Zdecydowana większość dotyczy tego, co obiecałem Czytelnikom we wstępie, a więc tematyki regionalnej. Biorąc to pod uwagę, że blog obraca się wokół spraw dotyczących ziemi wałbrzyskiej, poczynając od historii, a kończąc na turystyce i krajoznawstwie, można być zadowolonym z tak licznej oglądalności.


 W moich wcześniejszych domniemaniach spodziewałem się, że magiczna liczba wyświetleń stron blogu - 50 tysięcy, spełni się najwcześniej na Wielkanoc (8,9 kwietnia). Myślałem sobie, ach, co to będzie za Wielkanoc. Tymczasem stało się inaczej. Wielkanoc przyszła do mnie wcześniej.  Oglądalność niektórych ostatnich postów oscylowała wokół 300 ujęć na dobę. No i stało się.  W poniedziałek 20 marca 2012 roku  przekroczę tą okrągłą liczbę oglądalności. Dziś jest to już 49 628.
Myślę, że jest to wiadomość zachęcająca do dalszych kontaktów z blogiem, który cieszy się taką popularnością.

P.S. Okazuje się właśnie, że znak drogowy jest już na swoim miejscu głęboko wkopany przy drodze do Łomnicy. To dobry znak, że coś się dzieje dobrego w wiosennym porządkowaniu miasta.

Fot. Viola Torbacka.

piątek, 16 marca 2012


Po drogach i bezdrożach Ameryki Południowej  (ciąg dalszy wywiadu z Jakubem Bortnikiem).


Wodospad Iguacu, Brazylia -Argentyna

Red. A teraz rzecz najważniejsza, kilka słów o samej podróży, trasa wyprawy, najciekawsze miejsca, największe przeżycia i wrażenia?
J.B. Początek naszej wyprawy, to 2 września 2008 roku. Wylecieliśmy samolotem z Warszawy do Sao Paulo. To największe miasto w Brazylii (ponad 13 mln. mieszkańców), ale nie zwiedzanie miasta, ani też słynny na całym świecie wieżowiec hotelu Hilton były celem naszej podróży. Udaliśmy się daleko od aglomeracji na wieś, gdzie czekał na nas mój kolega Brazylijczyk, którego poznałem w Anglii. Okazało się, że znajduje się tutaj duże środowisko polonijne. Przez parę dni skorzystaliśmy z ich gościnności, a potem ruszyliśmy w drogę  przecinając wszerz południową część Brazylii do Paragwaju, a stamtąd  do Argentyny, Chile i Boliwii. Ostatnim miejscem naszej eskapady było wymarzone przez Karolinę  -  Peru.
Podróżowaliśmy korzystając z nadarzających się różnych środków komunikacji, najczęściej stopem, bo tak było najtaniej. W kilku miejscach zatrzymaliśmy się dłużej, a więc na dwa, trzy, cztery tygodnie, najdłużej, rzecz ciekawa w Boliwii, która stanowiła dla nas pod wieloma względami prawdziwe odkrycie.
 Etapami podróży były najatrakcyjniejsze miejsca turystyczne, krajobrazowe, przyrodnicze. Ameryka Południowa nazywana jest kontynentem rekordów natury. Kilka z nich udało się nam zobaczyć i doświadczyć na własnej skórze. W Brazylii, Argentynie i Chile nie zagrzaliśmy długo miejsca, bo tu było najdrożej. Znacznie tańsze są Paragwaj, Boliwia  i Peru (za wyjątkiem znanych miejsc turystycznych w Peru). Pomiędzy tymi pierwszymi i drugimi krajami widoczna jest przepaść w  rozwoju techniki i poziomie życia. Jak już wspomniałem zaskoczyła nas Boliwia .Najpierw negatywnie, z powodu kradzieży plecaka, ale potem już bardzo pozytywnie. Kraj ubogi, ale ludzie nadzwyczaj życzliwi. Jest tutaj niewyczerpany ogrom atrakcji przyrodniczych i krajobrazowych, ale źle lub wcale nie rozreklamowanych, nieznanych na rynku turystycznym. No i oczywiście wspaniały rytuał żucia liści koki.. To właśnie w Boliwii zachwycił nas księżycowy krajobraz Salar de Uyuni, wyschniętego jeziora o nieogarnionych brzegach, albo żeglownego jeziora Titicaca, wypełniającego olbrzymią depresję równiny wysokogórskiej długości 230 i szerokości 97 km. To jezioro jest położone na wysokości 3820 m  n.p.m. (najwyżej na świecie). Niegdyś zamieszkałe przez Tiahuanaco, lud o bogatej kulturze, której zabytki wzbogacają muzea La Paz, najwyżej położonej stolicy na świecie. Z La Paz prowadzi karkołomna droga, nazwana drogą śmierci. Z wysokości 4725 m zjeżdżamy wiszącą nad przepaściami wąską, krętą, kamienistą drogą na złamanie karku do Coroico,(1100 m n.p.m.),  miasta – bramy do boliwijskiej dżungli.
W Ameryce Południowej, jak już wspomniałem jest wiele miejsc, o których możemy mówić, zaczynając od przyrostka „naj”. Na granicy Brazylii i Argentyny widzieliśmy wodospady Iquazu, największy zespół wodospadów na świecie. Jest ich w sumie 275, co jeden to większy, najwspanialszy Gardziel Diabła (Gargantua del Diablo) ma szerokość 2 i pół kilometra. Proszę sobie wyobrazić ścianę wodną spadającą  z olbrzymiej wysokości na tak dużej przestrzeni. Albo wulkan Misti, w regionie Arequipa w Peru wysokości 5820 m n.p.m. Albo peruwiańskie Iquitas, miasto w amazońskiej dżungli, do którego można przylecieć samolotem, albo dopłynąć łodzią dopływami Amazonki, innej drogi nie ma, chyba z maczetą przez dżunglę. Niezapomniane wrażenie pozostawiła pustynia Atakama w Chile, miejsce zabójcze, ciągnące się 150 km. z temperaturą ponad 50 stopni Celsjusza, o średnich opadach rocznych kilkakrotnie mniejszych niż na Saharze. W centrum jest tak zwana Księżycowa Dolina, gdzie nie spada ani kropla deszczu, najbardziej jałowe miejsce na ziemi. W Chile podziwialiśmy ciągnące się kilometrami winnice, w Boliwii  -  rozmaitość kaktusów, w Amazonii dżungle, obfitujące w miejsca, gdzie jeszcze nie stąpała noga ludzka.. Tego się nie da powiedzieć, to było mimo ciągnącego się czasu (pół roku), takie nagromadzenie przeżyć i wrażeń, że do dziś jeszcze nie można się z tego otrząsnąć. Obydwoje z Karoliną wracając z Machu Picchu przyrzekliśmy sobie  -  tu jeszcze wrócimy, to jest nasze pierwsze, zaledwie muśnięcie, przeogromnych bogactw przyrodniczych i krajobrazowych Ameryki Południowej.

 Red.  No właśnie. Mam jeszcze jedno na koniec pytanie Co dalej? Czy ta podróż wystarczy na jakiś dłuższy czas, czy też już rodzą się pomysły i plany kolejnych wojaży ?
J.B.  Ta podróż, to początek. Lada dzień wyjeżdżamy do pracy w Anglii by uzbierać pieniądze na kolejną wyprawę. Chyba zostaliśmy dotknięci tą chorobą, o której mówił Ryszard Kapuściński. (patrz:  motto do relacji z wystawy). Mam nadzieję, że tym razem będzie to Daleki Wschód. Widzę siebie z Karoliną jak kroczymy z plecakami murem chińskim, albo po stepach Mongolii, jak wspinamy się po stromiznach Himalajów w Nepalu. Chcemy dotrzeć do słynnej Białej Piramidy – największej jaka jest obecnie na świecie.  Marzymy o Tybecie, ale tam sytuacja polityczna jest niejasna.
Red. Trzymamy kciuki za pomyślną realizację planów.

Amazonka

No właśnie. Wywiad był przeprowadzony w 2009 roku. Dziś wiemy, że na tej wyprawie się nie skończyło  i nasi podróżnicy mają już za sobą kolejny kontynent  -  azjatycki. O tej drugiej wyprawię napuszę wkrótce.

czwartek, 15 marca 2012


Z Głuszycy  do  Machu Picchu !
Wywiad z Jakubem Bortnikiem,  głuszyckim podróżnikiem po Ameryce Południowej.


Sao Paulo w Brazylii


Sanktuarium w Machu Picchu (Peru)
 Postanowiłem ułatwić życie Czytelnikom mojego blogu i zamiast odsyłać ich do mojej książki, umieścić na blogu wywiad przeprowadzony przeze mnie dla gazety „Głos Głuszycy”. Wydaje mi się dość ciekawy i powinien stanowić dobre wprowadzenie do planowanej relacji z azjatyckiej podróży naszych bohaterów, o której zamierzam napisać nieco później. Dzisiaj część pierwsza wywiadu.

Red. Chcielibyśmy poznać bliżej Jakuba Bortnika. Prosimy więc na początek  -  parę słów o sobie

J.B. Mogę powiedzieć, że jestem rodowitym Głuszyczaninem. Tu się urodziłem w pamiętnym roku 1980, tu uczyłem się w „jedynce”, a następnie w liceum tutejszego Zespołu Szkół. Moim hobby stało się odkrywanie tajemnic ukrytych w okolicznych górach, zbieractwo pamiątek z przeszłości, gromadzenie źródeł materialnych, militariów, dokumentów, staroci, słowem tego, co do dziś kryją jeszcze podziemne sztolnie, jaskinie, a także  zakamarki strychów, piwnic, poddaszy. Inną pasją stało się też zbieractwo minerałów, osobliwości naszej przyrody.
W bezpośrednim poznawaniu tajemnic II wojny światowej pomagali mi koledzy z Wałbrzyskiej Grupy Sztolniowej, a następnie z Towarzystwa Eksploracji na Włodarzu, gdzie zaangażowałem się na dłużej w zagospodarowaniu turystycznym tamtejszych podziemi. Kompleks „Riese” jest mi znany z autopsji, bo spenetrowałem go wzdłuż i wszerz, zwłaszcza Osówkę i okolice.
W Głuszycy jest mój dom rodzinny ale cały czas ciągnie mnie w nieznane – świat czeka..

Red. Czy pasja podróżowania zrodziła się od tak z niczego, czy też ma swoje głębsze korzenie ?

J.B. Podróżowanie stało się moim marzeniem już od dziecka. Niepoślednią rolą odegrał w tym mój  wspaniały dziadek, Mieczysław Wajda . To on otworzył przede mną świat przyrody i chęci poznania. Barwne opowieści z jego przedwojennych i wojennych przeżyć budziły moją ciekawość świata  i ludzi. Potem były książki podróżnicze, geograficzne, historyczne, sensacyjne,  fachowe z dziedziny poszukiwań skarbów, były czasopisma i wędrówki w Sudety i Karpaty. Przyszedł wreszcie czas na podróże zagraniczne. Na początku były Czechy, nasz najbliższy sąsiad, potem wyjazdy auto-stopem do Włoch, Austrii, Francji, Hiszpanii. Dalekość mnie pociągała zawsze. Europę traktowałem jako preludium, mały wstęp do odkrycia świata. Dziś nie pamiętam już dokładnie kiedy zrodził się zamiar wyprawy na Daleki Wschód  -  Mongolia, Tybet, Chiny. Tam chciałem wybrać się w pierwszej kolejności. Ale na to trzeba pieniędzy. Szansą stała się praca w Anglii. Pozwalała też szlifować język. Bez znajomości angielskiego trudno mówić o podróżach po świecie.

Red. Jak to się stało, że zamiast do Chin wybór padł na Amerykę Południową. Dlaczego właśnie tam, a nie do Stanów Zjednoczonych, Kanady?

J.B. No właśnie, dlaczego ? To nie będzie żadnym odkryciem, że dość często o losach mężczyzn stanowią kobiety. Los tak widocznie chciał, że na swej drodze spotkałem kobietę, i to jaką, niezwykłą, nauczycielkę matematyki. Karolinę poznałem na spotkaniu na jakiejś koleżeńskiej imprezie w Polsce, a potem pierwsze bezpośrednie w Gdańsku. Okazało się, że choć jesteśmy z różnych stron Polski mówimy tym samym językiem. Mamy podobne hobby, tylko że ja nie próbowałem jeszcze spadochroniarstwa. Karolina wywodzi się z Kaszub, w Bożympolu jest jej dom rodzinny. Ale tak samo jak ja jest złakniona świata. To ona przekonała mnie, że nie ma ciekawszych miejsc na świecie jak stolica starożytnego państwa Inków – Cusco, zbudowana z kamiennych bloków lub zawieszone pomiędzy niebem i ziemią, tajemnicze miasto Inków - Machu Picchu, jak zagubione w ostępach leśnych wioski, w których czas się zatrzymał w okresie Pizarra i konkwisty, że nie ma nic bardziej magicznego niż  kraj kondorów  -  Peru. Nie potrzeba było wiele zabiegów. Decyzja zapadła  -  jedziemy razem do Ameryki Południowej. Stany Zjednoczone nie wchodziły w grę. Nas interesuje poznawanie świata, który jest jak najdalej od współczesnej cywilizacji. To miało miejsce pod koniec stycznia 2008 roku. Na przygotowanie podróży wyznaczyliśmy sobie pół roku. Ja zajmowałem się logistyką, ustaleniem marszruty, zdobywaniem map, informacji koniecznych do podróży. Karolina planem finansowym, aprowizacją, kulturą.

Red. Karolina Karszna to tak samo jak pan, panie Jakubie, niespokojna dusza, ale przecież płeć piękna nie jest predysponowana do wspinania się na niebotyczne szczyty, przeczesywania gąszczy dżungli lub pieszych wędrówek z plecakiem przez pustynię i to jeszcze w  piekielnym upale. Jak ona to zniosła  -  oto jest pytanie?

J.B. Myślę, że warto byłoby ją o to zapytać. Mogę powiedzieć, że jestem  pełen podziwu, że przetrwała ciężkie odcinki trasy, które wymagały nie byle jakiej kondycji, hartu ducha i wytrzymałości. Zwłaszcza przez dżunglę lub pustynię. Kobieta z natury rzeczy jest mniej odporna fizycznie, bardziej wrażliwa na higienę i skłonna do złych nastrojów. Ale Karolina miała niezwykle silną motywację. Jej celem było zobaczyć, poznać, dotknąć wszystko to co stanowiło odmienność od naszej cywilizacji. Nie załamała się nawet utratą plecaka i tym, że trzeba było później w stolicy Boliwii La Paz przez cały tydzień odtwarzać skradzione dokumenty.

Red. Poproszę teraz  o praktyczne rady. Co jest niezbędne do odbycia dalekich podróży, czy konieczne są duże pieniądze, znajomość języków obcych, doświadczenie w tego rodzaju wyprawach ?

J.B. O powodzeniu w takiej wyprawie w gruncie rzeczy decydują dwie rzeczy: plecak i buty. Najważniejszy jest plecak, a właściwie jego zawartość.  Zabieramy rzeczy niezbędne. Namiot, śpiwór jak najlżejsze. Odzież ograniczamy do minimum. Eliminujemy rzeczy niepotrzebne. Trzeba pamiętać o apteczce, antybiotykach. Buty powinny być sprawdzone, rozchodzone.
Najwięcej kosztuje przelot samolotem. Podróżując auto-stopem ograniczamy znacznie wydatki. Samo wyżywienie nie jest tak drogie, mieści się w granicach 5 dolarów dziennie . Dochodzą do tego noclegi, tam gdzie nie da się spać pod namiotem, no i środki lokomocji  -  pociąg, autobus, samochód. Oczywiście konieczna jest znajomość angielskiego, dobrze jest znać język miejscowy przynajmniej w niezbędnym zakresie. W Ameryce Południowej przydatny jest hiszpański. Trzeba się przygotować kondycyjnie by móc pokonywać wiele odcinków pieszo i to zarówno przez dżunglę jak i przez pustynię. A także wspinać się na szczyty górskie w Andach lub Kordylierach, o jakich nam się w Polsce nie śniło. Potrzebna jest niebywała cierpliwość i determinacja. Bywało, że na pojazd, którym moglibyśmy posunąć się dalej auto-stopem, czekaliśmy kilka, a nawet kilkanaście godzin. Nasza wyprawa trwała pół roku, to wystarczający okres by na własnej skórze odczuć to, co się pięknie nazywa  -  nostalgia.

Red. Czy na podjecie decyzji miała wpływ lektura książek, artykułów prasowych, programów TV, czy też jeszcze inne motywy?

J.B. Nie było takiej książki, ani też takiego podróżnika, który bezpośrednio wpłynąłby na podjęcie wyprawy do Peru. Natomiast książek podróżniczych było wiele, także artykułów prasowych. Telewizja odegrała tu najmniejszą rolę. Od dawna brakuje mi czasu na ślęczenie przed ekranem TV.
Moim przewodnikiem duchowym jest Ryszard Kapuściński. Jego książki są dla mnie ideowym drogowskazem. Szanuję go za życzliwy stosunek do ludzi, do prostych, zwykłych, napotkanych po drodze mieszkańców tej ziemi.  Zapadło mi głęboko w pamięci jego powiedzenie o tym, co jest niezbędne do dobrej książki podróżniczej: rok czytać, rok jeździć, rok pisać. Dlatego nie myślę o pisaniu na temat mojej podróży do Ameryki Południowej. Nie spełniam dwóch pierwszych warunków. Karolina sporządzała notatki. Niestety  -  w Boliwii skradziono jej plecak. Obok dokumentów i wszystkich innych rzeczy była tam też jej kronika.
Po tym przykrym doświadczeniu nie miała już chęci by cokolwiek zapisywać.


środa, 14 marca 2012


Świat jest mały!


klasztor w Lhasa (Tybet)

targowisko (Tybet)
 Każde spotkanie z Jakubem Bortnikiem jest dla mnie dużym przeżyciem. Staram się tego nie uzewnętrzniać, zwłaszcza że kulminacja emocji ma miejsce po spotkaniach, kiedy powoli udaje mi się otrząsnąć z nadmiaru informacji i kiedy rodzi się refleksja, jak to w ogóle było możliwe, jak  oni potrafili to wytrzymać fizycznie, psychicznie, emocjonalnie.
Jakub Bortnik, to młody Głuszyczanin, nawet nie wiem ile ma lat, gdzieś koło trzydziestki. Trudno uwierzyć, że ten młodzieniec zwiedził już co najmniej pół świata. W 2008 i 2009 – Amerykę Południową wzdłuż i wszerz, w 2010 i 2011  - Rosję i znaczną część  Azji. Teraz po krótkim pobycie w domu rodzinnym w Głuszycy wraca do Anglii, gdzie będzie pracował i zarabiał na kolejną podróż, tym razem – do północnej Ameryki, poczynając od Alaski, przez Kanadę, Stany Zjednoczone do Meksyku i krajów nad Kanałem Panamskim. Dokładnego planu marszruty jeszcze nie ma. To się rodzi w trakcie przygotowań, a potem podlega przeróżnym modyfikacjom w trakcie podróży. Zresztą plan podróży  nie jest tylko i wyłącznie dziełem Jakuba, bo w przygotowaniach  i we wszystkich wojażach towarzyszy mu dziewczyna (chciałem napisać kobieta, ale brzmi to zbyt poważnie), Karolina Karszna, młoda nauczycielka matematyki z Kaszub, którą poznał w Anglii i odkrył w niej podobną jak u siebie pasję poznawania świata.
To że młodzi ludzie podróżują po świecie, by go lepiej poznać i zrozumieć, nie byłoby takie niezwykłe, gdyby odbywało się za pośrednictwem biur podróży, w komfortowych warunkach, najnowocześniejszymi środkami lokomocji. Rzecz w tym, że podróżnicy, o których piszę,  poznają świat w sposób najbardziej zwyczajny, pociągiem najniższej klasy, albo auto-stopem. Niestety, nie wszędzie z tych osiągnięć komunikacyjnych można skorzystać. Są miejsca, gdzie da się podróżować tylko powozem konnym , albo pieszo.

 Tutaj doszedłem do rzeczy najważniejszej. Karolina i Jakub postawili sobie niezwykle ważny cel wojaży po świecie. Jest nim nie tylko zobaczenie dużych metropolii, zwiedzenie osławionych zabytków, osiągnięć architektury, miejsc kultury i sztuki, ale przede wszystkim poznanie  warunków życiowych ludzi najprostszych, ich obyczajów, kultury, kuchni. Oczywiście jest jeszcze drugi, bardzo ważny element determinujący możliwości  tego poznania.  Muszą robić to jak najtaniej, bo podróżują tylko i wyłącznie za zarobione wcześniej na Wyspach Brytyjskich pieniądze.
Już po pierwszej podróży, której ukoronowaniem było peruwiańskie Machu Picchu, o czym pisałem w swojej książce „Głuszyckie kontemplacje”, zadawałem sobie pytanie  -  ile odwagi i wewnętrznej siły trzeba mieć, by zdecydować się na taką wyprawę w nieznane. Łatwo się słucha  barwnej relacji z podróży, zwłaszcza że Jakub potrafi to robić po mistrzowsku, z przyjemnością się ogląda cudowne fotografie, a do tego „na gorąco” komentarze Jakuba do każdej z nich, natomiast  potem przychodzi refleksja. Przecież to wszystko trwało szmat czasu (ponad pół roku), przecież trzeba było pokonywać setki kilometrów w warunkach, o jakich nam się nie śniło. Trzeba było codziennie wykonywać mnóstwo czynności, by zachować higienę, by się wyżywić, by uchronić się przed niebezpieczeństwami zmiennej pogody i czyhającymi tropikalnymi robakami i zwierzętami. Trzeba było się bronić przed chorobą, zmęczeniem, zwątpieniem, niepewnością co będzie dalej.

pustynia Gobi

 Wiele się nasłuchałem o tym wszystkim w czasie rozmowy po drugiej wyprawie Karoliny i Jakuba do Azji. Obiecane mam zdjęcia, jak tylko Jakub dotrze do Anglii i tam skorzysta ze zbiorów Karoliny. Będę na nie czekał niecierpliwie i wtedy napiszę w moim blogu nieco więcej o ciekawostkach z tej podróży. Cieszy mnie możliwość zamieszczenia fotografii. Kilka z nich przesłał mi Jakub, możemy je obejrzeć już dzisiaj jako zapowiedź  tego, co nas czeka w niedalekiej przyszłości.

Zapraszam do kolejnych odcinków z cyklu „Świat jest mały”, a zainteresowanych odsyłam do mojej książki, gdzie znajdziecie relacje z pierwszej podróży Karoliny i Jakuba do Ameryki Południowej.


Fot. Jakub Bortnik, Karolina Karszna.

poniedziałek, 12 marca 2012


Żal kina „Krokus” w Jedlinie, ciąg dalszy rozrachunków z przeszłością



 Zebrało mnie na zwierzenia. W ostatnim odcinku blogowym napisałem o moim pierwszym miejscu pracy, ale to zupełnie bezwiednie, bo przecież chciałem tylko zachęcić moich Czytelników do lepszego poznania jednego z zakątków naszego regionu. Można to również traktować jako dług wdzięczności dla mojej pierwszej szkoły, dla mieszkańców peryferyjnego osiedla „starożytnego” Boguszowa. Pomyślałem dzisiaj, że taki sam dług wdzięczności jak Staremu Lesieńcowi, wypadałoby złożyć mojemu ostatniemu miejscu pracy. A jest nim sąsiadujące z Głuszycą miasteczko-uzdrowisko, Jedlina-Zdrój.
Ale Jedlina-Zdrój, to zupełnie inna sprawa. W tym mieście miałem przyjemność znacznie wcześniej przepracować w szkolnictwie i oświacie 15 lat. Potem moje ścieżki życiowe poprowadziły mnie gdzie indziej, by zupełnie przypadkowo na koniec mojej drogi zawodowej powrócić do Jedliny jeszcze na dwa i pół roku. Tym razem spełniałem się w zupełnie nowej roli. Zostałem, jak to się pięknie nazywa, animatorem jedlińskiej kultury.
I w tym momencie muszę się przyznać do dość osobliwej przypadłości.. Pod względem moich związków uczuciowych ze stronami rodzinnymi jestem bigamistą . Kocham Głuszycę, w której mieszkam od dawna i w której dane mi było popracować aż 13 lat w cudownej szkole, w „Uniwersytecie za rzeczką”, „głuszyckiej Sorbonie” (takimi bardzo sympatycznymi epitetami obdarzano szkołę włókienniczą),  ale kocham też sąsiadującą z Głuszycą Jedlinę-Zdrój, która była moim drugim wieloletnim miejscem pracy. W Jedlinie byłem szefem oświaty, a także radnym, a nawet przewodniczącym rady, potem w Głuszycy najważniejszym samorządowcem w drugiej kadencji samorządów terytorialnych. Mogę powiedzieć, że poznałem te miejsca i ich mieszkańców, a mój dług wdzięczności staram się spłacić teraz pokazując ich atuty gdzie się tylko da. O Głuszycy napisałem książkę „Głuszyckie kontemplacje”. W Jedlinie-Zdroju też w najbliższym czasie ma się ukazać moja książka „U źródeł Charlotty” i będzie to, jak znam Jedlinę, ważne wydarzenie kulturalne. O obu miasteczkach napisałem wiele w moim blogu, ale także na innych portalach internetowych, opowiadam też co się da w lokalnej rozgłośni wałbrzyskiego radia „złote przeboje”. Piszę i mówię też z emocjonalnym zaangażowaniem o bliskim mi Wałbrzychu, Szczawnie-Zdrój, Walimiu, Mieroszowie, Czarnym Borze, Starych Bogaczowicach, słowem o całej ziemi wałbrzyskiej, a nawet sięgam nieco dalej, bo w pobliżu mamy wiele atrakcyjnych miejsc, do których warto zajrzeć, a turystyka jak wiadomo, nie zna granic.


No ale czas powrócić do głównego wątku, mojego ostatniego doświadczenia w karierze zawodowej.
Jedlińskie Centrum Kultury mieściło się wówczas w okazałym budynku dawnego kina „Krokus” w części uzdrowiskowej miasta. Wcześniej wyprowadzono stąd miejską bibliotekę do „starej szkoły” przy ulicy Piastowskiej. W rezultacie CK miało do dyspozycji pomieszczenia po bibliotece, a także salę kinową. Był też czynny barek gastronomiczny  „Krokus” z napojami alkoholowymi. Korzystali z niego kuracjusze oraz tzw. „stali bywalcy”, ale niestety, także młodzież
Obiekt CK położony na końcu serpentyn wiodących z Wałbrzycha do miasta był dobrą jego wizytówką. W okresie świątecznym ozdobiony iluminacjami świetlnymi, ciekawy architektonicznie budynek, witał przyjaźnie przejeżdżających podróżnych.
Odbywały się tu liczne imprezy kulturalne, występy artystyczne, koncerty, wystawy,  wieczorki taneczne, spotkania z ciekawymi ludźmi, uroczystości miejskie. Obiekt był dobrą bazą dla organizowanych corocznie w Parku Zdrojowym Festiwali Teatrów Ulicznych, Festiwalu Zupy i innych wydarzeń kulturalnych. Tu właśnie odbywały się jarmarki świąteczne, a od czasu do czasu pojawiało się wałbrzyskie kino z najgłośniejszymi filmami.  Jedliński artysta-malarz, Zygmunt Żyłak, ozdobił ściany baru dowcipnymi rysunkami i rymowanymi dowcipami, a nad wejściem do sali kinowej umieścił olbrzymią, kolorową panoramę miasta.


Muszę przyznać, że przez dwa lata związałem się uczuciowo z tym miejscem, toteż wieść o planach przeniesienia CK do „starej szkoły”, tam gdzie biblioteka, nie budziła mojego entuzjazmu. Budynek kina wymagał remontu, zwłaszcza dach. Pojawił się kontrahent gotowy kupić obiekt, dokonać gruntownej odbudowy i uczynić z niego nowoczesny hotel z restauracją i salkami konferencyjnymi. To w jakiejś mierze łagodziło niepokój co do przyszłości obiektu i miejskiej kultury.
Przeprowadzka w nowe miejsce stała się faktem, a ja z nostalgią uzmysłowiłem sobie, że wróciłem znów do swojej „starej szkoły”. Ale nie było mi dane zabawić tu zbyt długo. Odnowa budynku szkolnego, jego przystosowanie do nowej roli, większy zakres obowiązków dyrektora CK w związku z realizacją kolejnych zadań inwestycyjnych i rekreacyjno-sportowych w mieście, to wszystko wiązało się z potrzebą zatrudnienia człowieka młodszego, doświadczonego i przedsiębiorczego. Tak się też stało. Nowy dyrektor to strzał w dziesiątkę, a efekty cieszą, bo „stara szkoła” nabrała nowego blasku i dobrze służy swoim celom. Natomiast budzi niepokój los budynku dawnego kina „Krokus”, które stoi opuszczone i bezużyteczne.
Dawne plany poszły w dal, tylko kina, tylko kina i spektakli  w kinie „Krokus” żal !

Fot. Alicja Gisterek