Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

czwartek, 30 czerwca 2011

Coraz bliżej nowych odkryć


 

Jesteśmy jak się okazuje wciąż jeszcze w punkcie wyjściowym do odkrycia i zagospodarowania turystycznego kolejnych miejsc, które mogą odsłonić tajemnice minionej wojny i wzbogacić paletę atrakcji turystycznych regionu wałbrzyskiego. Wydaje się, że jest już blisko. Gdyby udało się pozyskać do współpracy tych, którym powinno szczególnie zależeć na rozwoju turystycznym regionu, a więc władze samorządowe powiatu, byłoby jeszcze bliżej. A często nie trzeba wiele, wystarczy słowo zachęty i  zainteresowania grupami poszukiwaczy, których jest w regionie wałbrzyskim kilka                                                             

Jedną z nich jest Grupa Sztolniowa Klin. Jest to Stowarzyszenie eksploratorów zasługujące na szczególną uwagę. Działa w tym regionie już kilkanaście lat. Jednoczy ludzi całkowicie bezinteresownych, traktujących zajęcia związane z odkrywaniem tajemnic otaczających nas gór jako pasję życiową, osobiste hobby. Sprawa poszukiwań ukrytych hal fabrycznych Kruppa stała się dla nich jednym z priorytetów. Prawdopodobnie takich fabryk podziemnych było więcej. Dość obszernie przedstawił ten temat Piotr Maszkowski w numerze 10 „Odkrywcy” z 2005 roku. Eksploratorzy z Grupy Klin są już na tropie jednej z ukrytych hal. Gdzie i kiedy nastąpi moment przełomowy, nie chcą na razie o tym mówić. Powiedzą dopiero wtedy, gdy uda się zgromadzić sprzęt i ludzi i dokonać nie budzącego żadnych wątpliwości odkrycia. Prawdopodobnie nie będzie to w Głuszycy Górnej, co potwierdza domniemania Piotra Maszkowskiego z „Odkrywcy”, że takich miejsc rozsianych w górach jest więcej.
Chłopcy i dziewczyny z „Klina” nie poprzestają na poszukiwaniach podziemnych hal fabrycznych Kruppa. Od kilku miesięcy punktem ich szczególnych zainteresowań stał się pozostający w cieniu Osówki kolejny głuszycki kompleks – Soboń.
Soboń, o czym pisałem w poprzednim poście, czeka na swego Kolumba, który odsłoni jego tajemnice i zapoczątkuje ruch turystyczny, przynajmniej w tej skali, co w pobliskiej Osówce. W Głuszycy jest cisza na ten temat, tak jakby Osówka całkowicie wypełniła aspiracje turystyczne tego miasteczka. W literaturze na temat inwestycji „Riese” pojawia się temat Sobonia jako kolejne miejsce, gdzie drążone były trzy wejścia podziemne i na tym koniec. Na stronie internetowej Grupy Sztolniowej Klin znajdujemy fascynujące zdjęcia i opis penetracji pozostawionych samopas sztolni pod Soboniem. Okazuje się, że jest to  miejsce niezbadane dokładniej i kryjące w sobie liczne tajemnice, n.p. wyraźne ślady celowego zawalenia wejść do dolnego pokładu sztolni .Czy są one połączone z Osówką? Czy łączą się z kompleksem Włodarza w Walimiu? Takich i innych pytań jest więcej. Szkoda, że budowle zewnętrzne Sobonia, podobne jak na Osówce całkowicie bezpańskie od czasów wojny, zarastają krzewami i bujną roślinnością, zamieniają się w ruinę. Tymczasem czas ucieka. Szanse na odsłonięcie i pokazanie kolejnego kompleksu, a także dotarcia do sedna tajemnicy „Olbrzyma”, stają się coraz  bardziej iluzoryczne.
Obok widocznych jeszcze śladów niemieckiej inwestycji militarnej (naziemne budowle znajdują się jeszcze w nienajgorszym stanie), warto obejrzeć z uwagą i pozachwycać się urokiem samego przysiółka. Zimna Woda (Kaltwasser). Ma swoją bogatą i barwną historię, podejrzewam że dla większości mieszkańców zupełnie zaskakującą. Poznajemy ją w „Słowniku geografii turystycznej Sudetów” pod redakcją Marka Staffy. Warto przytoczyć najciekawsze informacje.
Osada powstała w dobrach hr. von Hochberga (pana na Książu) w połowie XVII w. Była to niewielka i dość uboga wioska górska. W 1748 r. były tu 2 młyny wodne, a mieszkało 22 zagrodników i chałupników. Dopiero w I połowie XIX w. wieś rozwinęła się dzięki tkactwu chałupniczemu. W 1825 r. było tu 19 domów i dwie gorzelnie, w 1840 r. – 21 domów i nowo zbudowana szkoła katolicka, ale już w 1861 r. liczba budynków wzrosła do 34. Zimna Woda odgrywała pewną rolę w turystyce. Prowadził tędy szlak turystyczny z Głuszycy do znanej gospody w Grządkach oraz na Wielką Sowę. Ok. 1830 roku Zimna Woda została włączona administracyjnie w obręb Głuszycy. Dawniej domy Zimnej Wody ciągnęły się na wysokości ok. 510 – 610 m., wciskając  się w głęboką, zalesioną dolinę potoku, aż pod Mosznę. Obecnie istnieje tylko dolna część osady, ale przepiękne położenie przysiółka przyciąga nowych mieszkańców, którzy stawiają tu swoje domy lub dacze. Zimna Woda staje się miejscem atrakcyjnym i rozwojowym. Warto więc przywrócić dawną turystyczno-wypoczynkową funkcję tej osady.   

środa, 29 czerwca 2011

Zagadek wojennych ciąg dalszy



 O tajemniczej budowie „podziemnego miasta” w masywie Włodarza wiemy już wiele. Na rynku wydawniczym jest powszechnie dostępna bogata literatura naukowa i popularno-naukowa na temat budowy kompleksu „Riese”, czyli „Olbrzym” w Górach Sowich. Ukazało się mnóstwo publikacji prasowych ,audycji radiowych i telewizyjnych..
Udostępniono do zwiedzania podziemne trasy turystyczne pod Osówką w Głuszycy, pod Włodarzem i Ostrą w Walimiu. Pozwalają one naocznie przekonać się o gigantycznym rozmachu inwestycyjnym dla zrealizowania ekscentrycznych pomysłów wodza III Rzeszy, Adolfa Hitlera. Jednego tylko nie udało się definitywnie rozszyfrować – jaki był faktyczny cel tej budowy, czemu ona miała służyć. Na ten temat toczą się ustawiczne spory i dyskusje, którym kres może położyć odtajnienie archiwalnych dokumentów wojennych, zamkniętych dla badaczy historyków zgodnie z prawem niemieckim klauzulą tajności na okres 100 lat.
Gdybyśmy wszystko wiedzieli trudno byłoby mówić o tajemniczej budowie i zachęcać turystów do zwiedzania być może jeszcze jednej kwatery Hitlera, albo też fabryki cudownej broni, która miała zapewnić Niemcom zwycięstwo w wojnie i w konsekwencji panowanie nad światem.
Okazuje się, że Głuszyca w tej zagadkowej inwestycji wojennej odgrywała pierwszorzędną rolę. Tutaj znajdowało się najwięcej obozów pracy, tutaj miał miejsce największy front robót, dzięki sprawnej linii kolejowej z dwoma dworcami, kolejkami linowymi i wąskotorowymi, ułatwiającymi transport materiałów i gotowych elementów budowlanych. Tutaj też drążono podziemne sztolnie w dwóch kompleksach, pod Osówką i pod Soboniem, a na zewnątrz wzniesiono monumentalne budowle z urządzeniami infrastruktury, zapewniającej wodę pitną, ogrzewanie i kanalizację.
Głuszyca była także niezłą bazą dla zaspokojenia nieograniczonych potrzeb militarnych III Rzeszy. Po wybuchu wojny we wszystkich głuszyckich fabrykach włókienniczych przeprofilowano produkcję na potrzeby przemysłu zbrojeniowego, podporządkowując je wielkiemu koncernowi Kruppa.
Jak się okazuje potężne zabudowania fabryczne  zakładów bawełnianych Kauffmanna, wełnainych Reichenheima i lniarskich Webskiego były jednakże niewystarczające, skoro zdecydowano się wydrążyć i zabetonować kolejne podziemne hale w przełęczach górskich, aby tam ukryć produkcję części do niemieckiej Luftwaffe. Skąd o tym wiemy?

Otóż to. To jest właśnie zalążek być może nowej sensacji. Bardzo sugestywnie i przekonywująco napisał o tym do mnie emerytowany odkrywca tajemnic wojennych, Wrocławianin, Józef Piszczek:

Wspomniałem kiedyś, że szukam podziemnej fabryki Kruppa. Znalazłem, ale nie mogę tam pojechać, bo chociaż kardiochirurg naprawił mi serce, to nie mogę chodzić po górach. Dlatego piszę.
Informacje o podziemnej fabryce Kruppa otrzymałem od Anny i Władysława, którzy pracowali w tej fabryce w czasie wojny. Z relacji tych osób wynika, że były tam dwie hale produkcyjne – hala wiertarek i hala frezarek oraz dwie bramy wejściowe. Można przypuszczać, że była jeszcze trzecia hala oraz brama transportowa.
Hale zostały zbudowane w wykopach, a nie w sztolniach. Hale są betonowe, posiadają filary betonowe podtrzymujące strop, nie posiadają okien. Bramy wejściowe są metalowe.
Poszukiwanie hal można prowadzić na podstawie wnikliwej obserwacji terenu, pamiętając o tym, że zagłębienie hal jest niewielkie. Bram wejściowych można szukać w skarpach po lewej stronie drogi asfaltowej w kierunku kamieniołomu w Głuszycy Górnej, w miejscu zmiennego kształtu terenu i innej roślinności. Jest również widoczne małe zagłębienie w terenie, wygląda na zasypany szyb lub komin wentylacyjny.
W Internecie na stronie miłośników Głuszycy (www. gluszyca.com) pojawiły się informacje, mapki sytuacyjne, opisy miejsc i zachęta do poszukiwań.  Rzecz wydawała się frapująca. I rzeczywiście,  znaleźli się indywidualni poszukiwacze penetrujący zbocza Ostoi, gdzie został uruchomiony przez Niemców i funkcjonował jeszcze wiele lat po wojnie kamieniołom w Głuszycy Górnej. Wydawało się, że odkrycie i realne umiejscowienie podziemnych hal fabrycznych zakładów Kruppa, to sprawa chwili, że już jesteśmy na właściwym tropie.
Niestety, minęło kilka lat, a sprawa podziemnych hal zbrojeniowych Kruppa jest wciąż jeszcze zagadką. Nie udało się odnaleźć po tylu latach wejść do podziemnych hal indywidualnym poszukiwaczom, ani grupom zorganizowanym. Nie znaczy to, że sprawa jest definitywnie zamknięta. Ale o tym w następnym poście.


wtorek, 28 czerwca 2011

Jak pięść do nosa



Moją drobną refleksję z niedawnego postu na temat tradycji staropolskiej Nocy Świętojańskiej spróbuję dziś rozwinąć nieco szerzej. Mam nadzieję, że może to wyrwać nas na moment z czegoś w rodzaju letargu, kojarzącego się z dającą dużo do myślenia nazwą jednej z miejscowości w Polsce  -  Zaniemyśl.  Ta przypadłość doświadcza nas jak zaraza od  dawien dawna i niestety, przybiera coraz wyraźniej znamiona constans.

Oszałamiający rozwój kinematografii, telewizji,  techniki wideofonicznej, telekomunikacji, słowem nowa wirtualna rzeczywistość uczyniły świat mały, łatwo dostępny, poznawalny. Z rosnącym zainteresowaniem obserwujemy życie na Zachodzie, to wszystko, co dotąd było dla nas ukryte, dalekie, obce. Dziś wciska się do każdego nieomal domu drzwiami i oknami amerykański styl życia. Zapatrzeni jak w obraz, zauroczeni, podekscytowani chwytamy bezkrytycznie tamte wzory, starając się uczynić je naszymi. Tymczasem pasują one do naszej rzeczywistości jak przysłowiowa pięść do nosa. Pisał o tym swym znakomitym piórem niezmordowany felietonista „Polityki”, Daniel Passent:
„Amerykańska middle-class (klasa średnia) decydująca o ogólnym image tego kraju, uwielbia maskarady, gadżety, parady uliczne, papierowe kapelusze, rozjarzone reklamy i pozamiejskie weekendy z kasetami Beatlesów, grup big bitowych przygrywających rock-and- rolla lub rythm-and- bluesa. Dziewczętom wybujałym w biuście, dla których najśmielszym marzeniem jest jazz rodem z Harlemu, albo party w Klubie Playboya imponują  młodzi, ekscentrycznie ubrani i wystrzyżeni chłopcy, obsypujący je z okazji Walentynek błyszczącymi maskotkami.
Obraz Ameryki wydaje się dla Europejczyka światem ułudy. Ekscytuje i zniewala w każdej cząstce swej obyczajowości i kultury podobnie jak Elvis Presley tysiące fanów na swych koncertach.”
Import do Polski włoskiej architektury, francuskiej mody, niemieckiej muzyki ma swoje proweniencje od czasów Renesansu. Nieco później przyszedł czas na małpowanie wzorów anglo-amerykańskich. Ten trend w obecnej chwili przeżywa swoje apogeum. Nie przyjęło się jeszcze amerykańskie Święto Dziękczynienia z obowiązkowym pieczonym indykiem spożywanym w gronie rodzinnym z równą apoteozą jak u nas karp wigilijny, ani też lunch wigilijny z kurczakiem pieczonym w kociołku, ale upiorne mroczne Halloween, z pogańskim, celtyckim rodowodem, ogarnęło dzieciarnię na skalę zadziwiającą, bo ani dynia nie jest u nas uprawiana na szerszą skalę, ani zwyczaj straszenia makabrycznym wyglądem nie cieszy się takim wzięciem jak u naszych zamorskich sąsiadów. Mieliśmy dawniej dziś już zapomniany, znany głównie z mickiewiczowskich „Dziadów” zwyczaj czczenia zmarłych w Dzień Zaduszny na wiejskich cmentarzach. W jakiejś tam mierze zachował się w obrzędach  religijnych we Wszystkich Świętych. Kontynuujemy nasze staropolskie zwyczaje wróżenia z wosku na Andrzejki, puszczania wianków na wodę i palenia ognisk z okazji Nocy Świętojańskiej lub kolędowania z gwiazdą, turoniem, szopką betlejemską w święta Bożego Narodzenia. Mamy jeszcze wiele innych rodzimych tradycji, głównie religijnych z okazji Świat Wielkanocy, Trzech Króli, Niedzieli Palmowej, ale także świeckich jak chociażby PRL-owski Dzień Kobiet.  Moglibyśmy na tym poprzestać. Niestety, przeszczepianie „szlagierów” z tamtego, „lepszego” świata, stało się naszą drugą naturą. Świętowanie Walentynek przyjęliśmy z dozą daleko idącej ambiwalencji. Sprzyjają temu media (nie mówiąc o biznesowym świecie hipermarketów), promując wśród młodych zachodni zwyczaj składania sobie życzeń, obdarowywania prezentami z kiczowatym, czerwonym, pluszowym serduszkiem. Jest nam jeszcze daleko do Szwecji, w której nastolatki 13 grudnia, na świętą Łucję,  tuż przed świętami Bożego Narodzenia, pojawiają się ubrane na biało z błyszczącym wianuszkiem i świecącą lampką na głowie. Tradycja tego święta sięga głęboko w przeszłość i ma w Szwecji swoją bogatą oprawę.
 Pytanie tylko, czy to dla nas powinno być takie ważne, tak bardzo potrzebne? Czy musimy bezkrytycznie importować obce trendy subkultury zachodniej. Czy nie potrafimy czerpać z rodzimych korzeni bogatej kultury i obrzędowości?
 To pytanie jest stare jak Polska. Od zarania jej dziejów płynie z Zachodu mistyczna aura cywilizacyjnej wyższości, której łakniemy jak kwiat dżdżu, a tymczasem mamy u siebie niezmierzone krynice w każdej dziedzinie kultury, sztuki, obyczajowości, wystarczy tylko je dostrzec, wydobyć, przetworzyć i docenić. Tak jak to czynił nasz wielki mistrz fortepianu, Fryderyk Chopin, albo organista – kompozytor, Stanisław Moniuszko, albo malarz, dramatopisarz i poeta, Stanisław Wyspiański, albo powieściopisarze, Henryk Sienkiewicz, Władysław Reymont, Stefan Żeromski.
Mit niezwyciężonego Brusa Lee lub Rambo wciąż góruje nad mitem Janosika lub Wołodyjowskiego, a czarodziejski świat „Władców Pierścieni” z krainy Mordor Tolkiena, gdzie Bilbo Baggins wyprawił się do Samotnej Góry z 13 krasnoludkami po skarb smoka Smanga nie może się równać z bajeczną krainą Koszałka Opałka z baśni Konopnickiej „O krasnoludkach i sierotce Marysi”, ani legendami o Kraku, szewczyku Skubie i Smoku Wawelskim, ani z barwnymi przygodami Tomasza z powieści „Pan Samochodzik i skrab Atanaryka”  Nienackiego.
 Pomiędzy Hollywood, a Łódzką Wytwórnią Kina rozciąga się, jak to nazwał Passent, via dolorosa economica komunizmu, której zniwelowanie wymaga dziesiątków lat. Amerykańskie kino efektów specjalnych działa na młodego widza jak opium. Sztuczny świat techniki filmowej kamerzystów i  operatorów dźwiękowych  jawi się jako kraina iluzji i fantasmagorii. Trudno więc się dziwić, że  chwytamy każdy pojawiający się medialny megahit jak byka za rogi i próbujemy przeszczepiać go na grunt polski. I to jest chyba odpowiedź na pytanie dlaczego obce nam, odlegle i niesamowite bajki o Hobbitach wywołują więcej zainteresowania i emocji,, niż nasze rodzime opowieści science-fiction jak chociażby „Astronauci”, „Solaris”’ „Powrót z gwiazd”, „Obłok Magellana”, czy też „Cyberiada”, by nie wymieniać dalszych  tytułów znakomitych książek nieśmiertelnego Stanisława Lema?
Czy należy, parafrazując słynny passus poety – „ojczyzna moja wolna, wolna, więc zrzucam z siebie płaszcz Kordiana” przyjąć, że wyzwolenie się z totalitarnego systemu czasów PRL-u, odzyskanie swobód  demokratycznych i obywatelskich legitymuje nas do pełnej swobody wyboru stylu życia, ideałów i światopoglądu, że w tej sferze nie liczą się tradycje narodowościowe, religijne, rodzinne ? Czy idea Wspólnoty Europejskiej równa się z odrzuceniem tego co nasze, rodzime, staropolskie w imię doścignięcia rzekomo wysokiego poziomu cywilizacyjnego Zachodu? Czy amerykański styl życia, to rzeczywiście wartość nadrzędna, godna podziwu i adoracji?

Pozostawiam te pytania do przemyślenia i rozstrzygnięcia we własnym sumieniu, zanim ruszymy hurmem po gadżety do wałbrzyskiej galerii „Viktoria” lub też innych dyskontów i marketów. Mamy tyle innych okazji (chociażby imieniny, urodziny) i tyle innych sposobów by wyrazić swojej sympatii gorące uczucia miłości, czy musimy to robić tak jak wszyscy inni i w tym samym czasie. Zachęcam też przy okazji kolejnej, zbliżającej się maskarady Walentynek do podzielenia się na ten temat własnymi opiniami i spostrzeżeniami w gronie rodzinnym, w gronie bliskich i znajomych.

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Co się kryje w gąszczu lasów Sobonia?


To już jest wiadome dla wszystkich interesujących się tajemnicą  niemieckiej, wojennej inwestycji w Górach Sowich, znanej pod kryptonimem „Olbrzym” ( „Riese”), że w masywie Włodarza i w najbliższym jego otoczeniu budowano równolegle 7 kompleksów : ”Rzeczka”, „Jugowice Górne”, „Włodarz”, „Osówka”, ”Sokolec”,  „Książ”, no i wreszcie  -  „Soboń”. Ten ostatni jest najmniej znany, trudno powiedzieć dlaczego, bo przecież z Głuszycy jest tutaj najbliżej. Wystarczy wybrać się na pieszą wycieczkę na ulicę Gdańską do przysiółka Zimna Woda,  stamtąd parę kroków wyżej do lasu i w niewielkiej odległości natrafimy na ślady prowadzonych na szeroką skalę prac przy drążeniu podziemnych sztolni i naziemnych budowli. Faktem jest, że ponad 50 lat od przerwania robót, to czas wystarczający, by przyroda i ludzie pozacierali te ślady, ale wytrawni poszukiwacze i obserwatorzy mogą jeszcze odnaleźć wloty do trzech sztolni na wysokości 630-652 m. npm. przy drodze okalającej masyw Sobonia. Natomiast nie ma żadnych trudności z natrafieniem na dobrze zachowane pozostałości dwóch jednokondygnacyjnych budowli żelbetonowych o wymiarach 24,5 x 11,5 m., a dalej niedużych składów materiałów budowlanych oraz jeszcze jednej budowli o połowę mniejszej niż wcześniejsze. 
Nieco dalej w kierunku pn.-wsch. znajdziemy zbiornik na wodę, zasilany z leżącego 70 metrów niżej niewielkiego  stawu na Marcowym Potoku. Obok stawu wybudowano fundamenty dużej stacji kompresorów.
  Jeden z pierwszych autorów książek o podziemiach w Górach Sowich, Piotr Kruszyński, zgromadził wiele szczegółów dotyczących wszystkich trzech sztolni pod Soboniem. Były one drążone z trzech różnych stron, dwie pierwsze łączyły się chodnikami pod kątem prostym, trzecia umieszczona po przeciwnej, północnej stronie góry, znajdowała się w początkowej fazie budowy. Jeszcze w latach 70-tych można było penetrować sztolnie i chodniki, choć niektóre z nich były już wtedy blokowane obwałami.
Dziś zagospodarowanie turystyczne Sobonia wymaga odsłonięcia tych miejsc i oznakowania, wytyczenia trasy pieszych wycieczek z  tabliczkami opisowymi. Ułatwiłyby one zwiedzanie kolejnych atrakcji ukrytych w  poszyciu leśnym. A przecież obok śladów podziemnych sztolni i budowli naziemnych w otoczeniu Sobonia, mamy jeszcze do obejrzenia miejsce na samym początku przysiółka, gdzie umieszczona była prymitywna filia obozu koncentracyjnego Gross Rosen, opisana z wstrząsającą dokładnością w książce Abrama Kajzera „Za drutami śmierci”. Przebywało w nim ok. 2000 więźniów rozlokowanych w pięciu barakach. Więźniowie byli wykorzystywani do pracy przy budowie sztolni i chodników pod Soboniem i Osówką.
Głuszyca wciąż nas zadziwia. Najbardziej tym, że ma tyle niezwykłych rzeczy do wypromowania. Niestety, gdzieś to umyka uwadze i ginie w powodzi codziennych spraw. Są gminy, które wykorzystują najdziwniejsze pomysły, by się wypromować na rynku turystycznym i przyciągnąć turystę. U nas ciągle mamy na to czas. A czas ucieka !

niedziela, 26 czerwca 2011

W kilka dni po magicznej nocy

 
 21 czerwca święciliśmy Noc Świętojańską, chociaż Jana mamy w kalendarzu 24 czerwca. Niestety, nie udało się inaczej dostosować pogańskiego zwyczaju radosnych zabaw przy ognisku w noc Kupały,  w noc największego triumfu jasności nad ciemnością, do potrzeb chrześcijańskiego kultu świętego Jana Chrzciciela. Wielu więc święci tę noc z 23 na 24 czerwca. Najlepiej żeby robić to z piątku na sobotę lub z soboty na niedzielę, wówczas realnego znaczenia nabiera inna nazwa tej tradycji – Sobótka. Napisał o tym pięknie Jan Kochanowski w "Pieśni świętojańskiej o sobótce":
"Gdy słońce Raka zagrzewa,a słowik więcej nie śpiewa,
Sobótkę, jako czas niesie zapalono w Czarnym Lesie...
Siedli wszyscy na murawie; potem wstało sześć par prawie,
dziewek jednako ubranych i belicą przepasanych..."
Panie śpiewały  pieśni  sławiące uroki i pożytki życia wiejskiego, a potem były tańce i zabawy przy ognisku aż do świtu.
Jakże pięknie byłoby, gdyby dziś udało się przeszczepić na tę noc zachodnioeuropejskie Walentynki i uczynić ją naszym słowiańskim Dniem Zakochanych.
Wszystko jest przed nami, póki co pod koniec czerwca czcimy magiczną noc w najróżniejszy sposób, bo ma ona bogate proweniencje,  najtrwalszą z nich jest palenie ognisk, przy których odbywają się tańce i wspólne śpiewanie. Panny w zwiewnych sukienkach rzucają wianki na wodę, a chłopcy z opaskami na głowie z ziół i kwiatów, skaczą przez stosy ogniskowe, by rozpędzić złe duchy i pokazać swą sprawność fizyczną. Tego dnia ludzie samotni wyruszają do lasu w poszukiwaniu kwiatu paproci, który przynosi szczęście i magiczny dar przewidywania przyszłości.
Obrzędów sobótkowych w naszym kraju jest rozmaitość, zależnie od regionu i trwałości tradycji. Niestety, nie są zbyt mocno pielęgnowane i praktykowane. Dowiadujemy się o nich z gazet i książek lub innych mediów. Organizowane przez instytucje kultury obchody tego święta należą do rzadkości. Powszechnymi stały się rodzinne lub towarzyskie spotkania grillowe, przy których tradycja świętojańska nie odgrywa większej roli.
No cóż, takie mamy czasy, świat pędzi do przodu, dominuje komercja, a repertuar świąteczny narzucają hipermarkety.
W mojej Głuszycy serca i umysły współmieszkańców w tym roku zawładnęła niepodzielnie nowo otwarta „Biedronka”. Market pojawił się w środku miasta, w miejsce rozebranej kilku piętrowej hali fabrycznej dawnej przędzalni czesankowej „Argopol”. Już dawno nie było widać takiego ożywienia na głównej ulicy, a pawilon przez cały piątek i sobotę (24 i 25 czerwca) pękał w szwach. Wśród ludzi starszych odżyły wspomnienia z lat 60-tych, kiedy to uprzemysłowiona Głuszyca tętniła życiem, a ulicą Grunwaldzką  wędrowały setki włókniarek i włókniarzy, zwłaszcza pomiędzy zmianami w „Piaście” i „Argopolu”, oblegając nieliczne sklepy. Pracowało tam w sumie ok. 2.5 tys. osób. Żadna z nich w najlepszym przypływie imaginacji nie była wówczas w stanie wyobrazić sobie takiego marketu, takiej ilości towarów, takiego sposobu ich nabywania. To zaledwie pół wieku, a tak wiele się zmieniło. Wielu z nas już nie pamięta siermiężnych czasów PRL-u, albo pamięta tylko te lepsze momenty z lat swej młodości. Ale i wtedy, gdy zwyczaj grillowania nie był jeszcze w modzie, Noc Świętojańska  była okazją do towarzyskich spotkań w najlepszym przypadku przy ognisku i kieliszku „czystej z czerwoną kartką”.

piątek, 24 czerwca 2011

PRL cudami słynący



To nie żart, ani żadna kpina z wiary w cuda i z możliwości ich występowania nawet w takiej formacji społeczno-ekonomicznej, jaką była demokracja ludowa. Cuda są ponad ustrojowe, są immanentnym zjawiskiem zbiorowisk ludzkich bez względu na ich pochodzenie, rasę, wyznanie, kolor skóry. Mówi się niesłusznie, że ktoś wierzy lub nie wierzy w cuda. Przecież cuda, to nie kwestia wiary. Wystarczy tylko rozejrzeć się wokół siebie, by przekonać się o ich realnym, materialnym, niepodważalnym funkcjonowaniu.
Przekonałem się o tym na własnej skórze, bo należę do wcześnie urodzonych i dane mi było posmakować jakości życia w PRL-u od samego początku do końca jego istnienia. Dziś kiedy wspomnę tamte czasy wracając z supermarketu własnym samochodem nie mogę zrozumieć, jak to było możliwe przeżyć tyle lat w PRL-u i nie popaść w schizofrenię. Okazuje się, że to wszystko jest sprawą cudu, nawet nie jednego, a siedmiu cudów PRL-u.
Przeczytałem o tych cudach na ścianie sali bufetowej niedawno otwartej restauracyjki w Jedlince nazwanej „Oberżą PRL-u”. Zaprasza ona wszystkich przechodniów i przejezdnych przydrożną planszą z napisem: „Towarzyszu, musisz jeść i pić”, a zaraz potem oczom naszym ukazuje się drewniana fasada gospody, pełna ozdobnych elementów, wiejskich kwiatów i mebli, uciesznych manekinów jako żywo przypominających minione zdobnictwo ludowej gastronomii. Ale prawdziwa rozkosz czeka na nas w jej wnętrzu. I nie chodzi tu li tylko o walory swojskiej, znakomitej kuchni, serwującej  „hepe schab z jajem sadzonym, pieprzowniki lub dorsza w sosie”, a także paletę dań domowych, takich jak pierożki, naleśniki, kluski śląskie, ciasta i inne wypieki. Chodzi także o dowcipne i gustowne wyposażenie sal , swego rodzaju rupieciarnię, oddającą w całej swej rozmaitości i krasie specyfikę tamtych lat. Można w tym otoczeniu spędzić mile czas, oglądając ze wzruszeniem „najnowszy i najbardziej zaawansowany produkt na naszym rynku” – telewizor „topaz” z lat 70-tych,  można też odświeżyć pamięć lekturą starych numerów „Przyjaciółki” lub delektując się obrazkami  osiągnięć polskiej motoryzacji od „syrenki” do „fiata 126p”. Można też przekartkować omszałe tomy „Encyklopedii PWN” lub poczytać „Dzieła Stalina”. Tę lekturę polecam szczególnie jako że mamy właśnie kampanię wyborczą, a tam właśnie w części III na stronach 77 – 87 możemy przeczytać o tym, że bezpartyjni i kadeci, to największy wróg klasowy, trzeba im się  przeciwstawić wszelkimi sposobami z publicznym napiętnowaniem włącznie. Jak przystało na „oberżę PRL-u”  mamy w niej krocie czarno-białych fotografii i obrazków z tamtych czasów, a wśród nich w „loży VIP-ów” znane twarze przywódców politycznych PRL-u, Bieruta, Gomułki, Cyrankiewicza. Ale największe wzruszenie wzbudza znany z filmu stolik barowy z blaszanymi talerzami na łańcuchu, tak by nie mogły stać się łupem jakiegoś nędzarza. Na ściance barowej znajdujemy niezwykle inteligentny slogan: „Klient w krawacie jest mniej awanturujący się”. Zachęcam więc do włożenia krawata, gdy wybierzemy się do oberży, aby nie wzbudzać podejrzeń. Ale awantury w tym lokalu nie są wyobrażalne nie tylko ze względu na łagodny, sielski klimat tamtych czasów, ale również z powodów kurtuazyjnych. Oberżę obsługuje „klan rodzinny” sióstr Kasi, Justyny i Weroniki  pod opiekuńczymi skrzydłami mamy Romy Lewkuń. Trudno się oprzeć urokowi osobistemu i gościnności każdej z nich z osobna, a cóż dopiero kiedy stworzą kwartet.
Warto wybrać się na maleńki fajfoklok do dowcipnej „Oberży PRL-u”, a jak tam zajrzymy raz, to na pewno nie skończy się na jednym razie. Dlatego zdecydowałem się zdradzić tajemnicę „Siedmiu cudów PRL-u”, licząc po cichu, że nie zaspokoi to ciekawości Państwa do końca, zwłaszcza że niespodzianek jest tutaj bez liku. Oto cuda PRL-owskiej natury:
1         Każdy miał pracę,
2         Mimo, że każdy miał pracę, nikt nie pracował,
3         Nawet mimo tego, że nikt nie pracował, plan był zawsze wykonany w 100%
4         Nawet mimo tego, ze plan był wykonany w 100% nie można było niczego kupić
5         Nawet mimo tego, że nie można było niczego kupić, wszyscy mieli wszystko,
6         Nawet mimo tego, ze wszyscy mieli wszystko, wszyscy kradli,
7         Nawet mimo tego, że wszyscy kradli, ostatecznie nigdy niczego nie brakowało, bo każdy miał pracę !!!
Czy jasnym dla Państwa stało się to, dlaczego cała rodzinka pani Romy zatrudniła się w „Oberży PRL-u”. Liczą na cud.                                                                                                              

czwartek, 23 czerwca 2011

Prawda i słowo




jest wiosennie
odchodzi zimna zima
ściśnięci przy piecu
zamknęliśmy się w sobie

więc może już czas
odtajać zamarznięte serca
otworzyć usta
i zacząć mówić prawdę

w imię prawdy
ludzie ginęli na barykadach
słów prawdy łaknęli Polacy
jak kwiat dżdżu
w pielgrzymkach Jana Pawła II

odtajnienia prawdy
domagają się politycy
wszystkich opcji i  nacji

prawda jest tylko jedna
grzmi falsetem ksiądz na ambonie

czy rzeczywiście jest
a może jej nie ma ?

Przejąłem się do szpiku kości odsłonięciem prawdy smoleńskiej. To przecież niemożliwe, by samolot z parą prezydencką, orszakiem najważniejszych osób w państwie, przywództwem wojskowym, ochroną i załogą statku powietrznego,  mógł ulec normalnemu wypadkowi z powodu li tylko złej pogody i determinacji pilotów, by mimo wszystko zdążyć na zaplanowane uroczystości katyńskie. Uległem presji medialnej, bombardującej świadomość  przeciętnego odbiorcy coraz to nowymi odkryciami. Każde z nich było jeszcze bardziej przekonywujące. Spisek Tuska z Putinem, wytworzenie sztucznej mgły, celowa dezinformacja pilotów tupolewa z wieży lotniska w Smoleńsku, kamuflaż Rosjan przy ekshumacji zwłok, próby zwalenia całej winy na Polskę. Trudno się dziwić, co parę tygodni poznawałem inną prawdę. Dziś po upływie roku dalej wiem, że nic nie wiem. Ukaże się jeszcze wiele nowych prawd. Po latach być może znajdą się kolejni odkrywcy spod znaku IPN-u, którzy tak samo jak z katastrofą samolotu gen. Władysława Sikorskiego pod Gibraltarem, zaczną od nowa wyjawiać prawdę. Mam już tego dość, domagam się prawdy, jedynej prawdy, prawdy prawdziwej,  chcę wiedzieć, gdzie jej szukać. Wstępuję w szeregi poszukiwaczy prawdy w prawdzie. Chodźcie z nami!

Słowa są bardzo zużyte, dlatego sięgam po te najbardziej niezbędne – mówi Hanna Krall. Jej to przychodzi łatwiej, z niejednego pieca chleb jadła, przemierzyła kawał świata, spisała tony papieru, spośród słów potrafi wybierać te najcelniejsze. Największą sztuką  -  umieć się streszczać. Słucham i obserwuję znakomitości naszej TV i tej rządowej i komercyjnej (rządowej napisałem z rozmysłem). To co się dzieje w szklanym okienku telewizorów przechodzi ludzkie pojęcie, fonia zdominowała video. Na wszystkich kanałach strumienie słów, w rozmowach z zaproszonymi gośćmi po prostu bitwa na słowa, kto więcej i szybciej, kto mocniej, kaskady słów, wzajemne przekrzykiwanie, obsesyjna konieczność wyrzucenia z siebie wszystkiego co przynosi ślina na język, by być dłużej na ekranie, by pokazać swoją elokwencję, by zaimponować. Uczestniczą w tej szermierce słów po równo, i prowadzący audycję i rozmówcy. Słowa padają tu jak z kulomiotu. Rażą jak pociski. Oszałamiają.
Odchodząc od odbiornika czuję się jak wyprany i odwirowany. Boję się, że Czytelnicy mojego blogu też. Nie mówię już nic więcej !

Miasto na Bożej Górze


Opowiem dziś o niezwykłym mieście, które przyciąga turystów i wycieczkowiczów zarówno wyjątkowo pięknym, górskim położeniem, barwną  historią jak i licznymi imprezami kulturalnymi i sportowymi.
To po niemiecku Gottesberg, miasto na Bożej Górze, obecnie Boguszów-Gorce.
Z Wałbrzycha do Boguszowa jedziemy przez las karkołomnymi serpentynami pod górę. Na jej szczycie rozpościera się nieco wyżej rozległa panorama miasta z wieżą ratuszową i budynkami kamienic otaczających niewielki rynek. To wprawdzie osobne miasto, ale tak jakby było peryferyjną miniaturą dużego Wałbrzycha, jego kwintesencją.
Aglomeracja Wałbrzycha, jak to widać na mapie, rozciąga się szeroką ławą z południa na północ w rozległej kotlinie Gór Wałbrzyskich. Jej zachodnie skrzydło stanowi dzielnica Sobięcin, łącząca się bezpośrednio z Kuźnicami Świdnickimi, obecnie dzielnicą miasta na szczycie wyniosłej góry  -  Boguszowa-Gorc. To że Boguszów nie został wchłonięty przez Wałbrzych, podobnie zresztą jak Szczawno-Zdrój jest skutkiem historycznych korzeni tych miast, które są starsze od Wałbrzycha.
Czy Boguszów – Gorce  znajdzie w niedalekiej przyszłości legitymizację powrotu do niemieckiej nazwy Boża Góra, a więc góry obdarzonej szczególnymi łaskami? Przydałoby się bardzo wsparcie sił nadprzyrodzonych, bo chociaż miasto dźwiga się z mozołem z zapaści, która miała miejsce na przełomie lat 80 i 90, to skutki zastoju w gospodarce komunalnej,  upadku przemysłu i rosnącego bezrobocia, dają o sobie znać na każdym kroku. A szkoda, bo jest to miasto nieograniczonych możliwości w rozwoju gospodarczym i turystyczno-wypoczynkowym.
Na skwerze przy ul. Kolejowej postawili  Boguszowianie w 1966 roku pomnik Tysiąclecia Państwa Polskiego. Jest to kwadratowy, zwężający się ku górze obelisk na postumencie, podkreślonym stopniami. Czyżby miał on wymowę symboliczną? W ten skromny i niewyszukany sposób nawiązało miasto do piastowskiej przeszłości tych ziem, choć nie ma źródłowych dowodów potwierdzających zasiedlenie dzisiejszego Boguszowa przez żywioł słowiański.
Prawdopodobnie już na początku XIV wieku istniała tu osada, która w dokumencie pojawiła się dopiero w roku !392, gdy podjęte zostały roboty górnicze. Bo historia Boguszowa nierozerwalnie związana jest z górnictwem. Nic w tym dziwnego skoro miasto położone jest na górze wysokości 450-650 m. n.p.m., w otoczeniu  bogatych w rudy srebra, ołowiu i barytu, a także węgla kamiennego masywów Gór Wałbrzyskich oraz Gór Kamiennych. Jest to zarazem najstarsze górnicze miasto regionu, bowiem prawa miejskie i górnicze otrzymało z rąk króla czeskiego Władysława  Jagiellończyka w 1499 roku. Miasto słynie w kraju nie tylko z malowniczego położenia, kaskadowo pnących się wzwyż budynków, ulic i parków na stoku wysokiej góry, ale także z najwyżej położonego w Polsce rynku  - 591 m. n.p.m. Niemiecki Gottesberg przez Polaków nazwany w 1945 roku Bożą Górą, a w rok później Boguszowem,  w połączeniu z dwoma  przyległymi osiedlami typu miejskiego – Gorcami i Kuźnicami Świdnickimi, tworzy dziś urozmaicony zespół miejski, liczący ok. 20 tys. mieszkańców. Podobnie jak inne gminy powiatu wałbrzyskiego miasto położone jest w otoczeniu dwóch pasm górskich, Gór Wałbrzyskich z Chełmcem (851m. n.p.m.), gdzie turystów przyciągają atrakcyjne trasy rowerowe i Gór Kamiennych z Dzikowcem (836 m. n.p.m.), na którym znajduje się kolejka szynowa, wyciąg narciarski i ośrodek sportów paralotniarskich.  Stanowią one o walorach turystycznych Boguszowa-Gorc. W samym mieście na uwagę zasługuje XVIII-wieczny  kościół Św. Trójcy z 1535 roku, przebudowany w 1723 roku w stylu barokowym, okazałe budynki ratusza i Centrum Kultury w rynku oraz kilka innych budynków mieszkalnych i usługowych. Nową atrakcją turystyczną są kaskadowo usytuowane stawy w Starym Lesieńcu, na ciekawym szlaku turystycznym do Czarnego Boru. Upadek  górnictwa w pobliskim Wałbrzychu i w samym mieście (kopalni barytu), a także innych zakładów przemysłowych (browaru) spowodował znaczne zubożenie ludności. Miasto z trudem podnosi się gospodarczo i budzi podziw licznymi inicjatywami w dziedzinie oświaty, kultury, kultury fizycznej i sportu (sukcesy krajowe i międzynarodowe sekcji zapaśniczej kobiet), a obecnie także turystyki (ośrodek sportów zimowych i letnich na Dzikowcu).
Zainteresowanie turystów mogą wzbudzić Gorce, dawniej odrębne osiedle, obecnie od 1973 dzielnica Boguszowa – Gorc, stanowiące miniaturę typowego osiedla górniczego jakich wiele na Górnym Śląsku. Dodatkowym walorem tej dzielnicy jest atrakcyjne krajobrazowo położenie w Kotlinie Czerwonego Potoku, u stóp góry Mniszek.
Podobnym osiedlem pogórniczym są Kuźnice Świdnickie, łączące jak klamra Boguszów z Sobięcinem, rozległą dzielnicą Wałbrzycha.
Boguszów, Gorce, Kuźnice Świdnickie, to swoiste trójmiasto, w bezpośrednim sąsiedztwie wielkiego Wałbrzycha. Warto wybrać się tu na wycieczkę krajoznawczą, a nawet na dłużej zapuścić korzenie, zwłaszcza że jest to znakomity punkt wypadowy w pobliskie, wciąż jeszcze nie do końca rozpoznane i doceniane Góry Wałbrzyskie i Kamienne.
W przewodniku turystycznym Boguszowa-Gorc, autorstwa Krzysztofa Kułagi, Zofii Sikory i Zofii Kutek znajdujemy rejestr dziesięciu boguszowskich „naj”. Warto je przytoczyć:
- najwyżej w Polsce położony rynek i ratusz,
- najstarszy (obok Srebrnej Góry) w Sudetach ośrodek wydobycia srebra,
- najwyżej w Polsce położony browar (nieczynny),
- najwyżej w Polsce położona kopalnia (nieczynna kopalnia barytu),
- najwyżej w Polsce położony dworzec kolejowy,
- najdłuższy bieg terenowy w Polsce – Boguszowska Setka (100 km),
- najsmaczniejsze potrawy z ziemniaka na Dolnym Śląsku (podczas święta ziemniaka),
- najładniejsza miss Euroregionu Glacensis w 2000 roku, boguszowska Natalia Siwiec,
- największe zbiory starych widokówek Boguszowa, Gorc i Kuźnic Świdnickich (Marceli Lorenc),                  
- największe zbiory minerałów w regionie wałbrzyskim (Jan Kaluch).

Od siebie dodałbym jeszcze jedno  „naj”, - najbardziej zabytkowy gabinet burmistrza miasta. Warto  odwiedzić burmistrza z jednego tylko powodu, by obejrzeć antyczne biurko, fotele i szafy pamiętające odległe czasy świetności „boskiego” miasta – Bożej Góry.
     

środa, 22 czerwca 2011

Głos w sprawie publicznej


W Anglii istnieje instytucja „whistleblower”, czyli „gwiżdżącego na wiatr”, osoby informującej opinię publiczną o łamaniu prawa czy standardów etycznych w organach i podmiotach władzy. Gdyby u nas wprowadzić taką instytucję, urzędy pracy ogłosiłyby recesję, bo jej utworzenie pozwoliłoby złagodzić bezrobocie w każdej gminie, a gmin mamy w Polsce kilka tysięcy. By ratować „pośredniaki” przyjęliśmy zasadę, że lepiej jest dmuchać na zimne, czyli robić wiatr tam, gdzie go w ogóle nie potrzeba. Przy zastosowaniu sprawdzonej w praktyce techniki osiągamy efekt podobny jak na Wyspach Brytyjskich.
Takich przykładów udałoby nam się przytoczyć tysiące, gdyby pogrzebać w przeszłości. Najbardziej spektakularne z nich zaprzątają uwagę mediów, zwłaszcza wtedy, gdy  wiążą się z tragedią osób Bogu ducha winnych, jak w przypadku Barbary Blidy.
Nas, mieszkańców regionu wałbrzyskiego, wstrząsnęło ostatnio wydarzenie, które wydaje się tak absurdalne, że brytyjska instytucja whistleblowera miałaby pełne ręce roboty. Otóż dowiadujemy się z mediów, że został odwołany Zarząd Wałbrzyskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej „Invest-Park”, spółki skarbu państwa, o której słyszeliśmy od lat, że jest jedną z najlepszych w kraju, a której efekty  widzimy na co dzień jak na dłoni. Prężnie działająca WSSE to jest największe osiągnięcie Wałbrzycha, i całego regionu, a można powiedzieć że jedno z największych na Dolnym Śląsku. Ileż to razy czytaliśmy w prasie, że wszystkie sukcesy są  zasługą Zarządu i jego Prezesa.
Nie padły dotąd żadne zarzuty pod adresem Zarządu, mało tego, wręczono nawet nagrodę roczną dla Prezesa Strefy, by go w dalszej kolejności obrad odwołać ze stanowiska. O powodach odwołania Zarządu przez Walne Zgromadzenie, w którym  Rząd ma większość udziałów Wicepremier Rządu powiedział, że właśnie skończyła się kadencja i jest to suwerenne prawo właścicielskie, by dokonywać takich zmian. Nie padły tu żadne argumenty o braku osiągnięć,  łamaniu prawa czy standardów etycznych przez dotychczasowy Zarząd. Po prostu, lepiej dmuchać na zimne, a nuż może się okazać, że chłopcom z Zarządu znudziło się działanie zgodne z przyjętymi standardami etycznymi, lepiej temu przeciwdziałać w zalążku. Zwłaszcza jeśli ma się w rezerwie dwie bliskie formacji politycznej Wicepremiera „gwiazdy” do Zarządu Strefy, których awansowanie przed zbliżającymi się wyborami może być bardzo obiecujące. „Strefa jak folwark” napisał w tytule artykułu „Tygodnik Wałbrzyski” i to właśnie - traktowanie spółek skarbu państwa jak prywatny folwark, budzi nasz największy niepokój .
Miałem nie zajmować uwagi Czytelników mojego blogu sprawami politycznymi. Ale w tym przypadku rzecz dotyczy sprawy bardzo ważnej dla naszej przyszłości. Dobrze prosperująca Strefa, pod doświadczonym kierownictwem, to ratunek dla Wałbrzycha i całego regionu. Są pewne granice w prowadzeniu kampanii wyborczych, są standardy zwyczajowe  i etyczne, których nie wolno przekraczać.  Nie ma u nas instytucji „gwiżdżącego na wiatr”, tym bardziej nie możemy się biernie przyglądać temu, co burzy spokój naszego sumienia i  rodzi poważne obawy o jakość naszej demokracji.

wtorek, 21 czerwca 2011

Z wysokiej góry



W góry, w góry miły bracie, tam przygoda czeka na cię”… głosi znane hasło promujące górskie wycieczki.
Maj i czerwiec w naszych górach, to najlepszy moment zobaczenia przyrody górskiej w chwili jej odradzania się, powrotu do intensywnego życia. Taka okazja może powtórzyć się dopiero za rok. Tylko na wiosnę zieleń drzew  jest najzieleńsza, a kwitnące pęki krzewów mają niepowtarzalny woń i powab. Tylko wtedy czujemy dławiący nozdrza zapach wiosny, a  przejrzyste powietrze pozwala dostrzec uroki krajobrazów i położenia górskiego w najczystszej formie. Wielu z nas to wszystko wie i czuje, ale ciężko się zmobilizować i zebrać rodzinę na wycieczkę w góry. A w najbliższym otoczeniu leży skarb nieprzebrany. Wciąż jeszcze za mało znamy i  nie doceniamy walorów przyrodniczych i krajobrazowych regionu wałbrzyskiego. Kiedy decydujemy się na weekendową wycieczkę w góry, nasz wybór jest zwykle ten sam – Szklarska Poręba, Karpacz, ewentualnie Góry Stołowe plus uzdrowiska Kotliny Kłodzkiej, Polanica, Duszniki, Kudowa.
Pytam się kto z Państwa był na Ruprechtickim Spicaku ? Widzę jak podnosi się las rąk, ale tylko w Mieroszowie i Głuszycy, skąd najbliżej w Góry Suche. Blisko jest też z „Andrzejówki”, a właśnie to schronisko powinno być najczęstszym celem wyjazdów sobotnio-niedzielnych Wałbrzyszan. Można tu pozostawić samochód i pieszo wyruszyć na Waligórę, a potem nieco dalej na Spicaka przecież to naprawdę jest bliziutko. Około dwugodzinny spacer dostarczy nam mnóstwo wrażeń estetycznych i emocjonalnych.
Waligóra, to najwyższy szczyt Gór Kamiennych, liczący 936 . Dobrze widoczny ze wszystkich stron  wyrasta w postaci stromego stożka z wydłużonym spadającym w dół grzbietem. Sąsiaduje bezpośrednio z czeskim Szpiczakiem (880 m.), na którym nasi sąsiedzi postawili wieżę widokową, cel licznych wycieczek pieszych, zarówno czeskich jak i polskich.
Już w XIX w. Waligóra zdobył sobie duży rozgłos jako punkt docelowy licznych wycieczek, był wtedy odsłonięty i stanowił znakomity punkt widokowy na całą okolicę. W okresie międzywojennym istniał na wschodnim zboczu, 10 minut od szczytu, domek myśliwski, szumnie zwany zameczkiem. Być może stąd się wzięły błędne informacje w niektórych polskich przewodnikach, podające jakoby na Waligórze były ruiny dawnego zamku. Po 1945 roku stała tam na zarośniętym już wówczas szczycie wieża triangulacyjna, służąca jako widokowa. Później uległa zniszczeniu i została rozebrana. To przykre, że nie ma kto takiej wieży postawić, bo Waligórą nie interesuje się zarówno gmina Głuszyca, w granicach administracyjnych której leży, jak również dużo większy Wałbrzych, dla którego Waligóra powinien być tak samo ważny jak Chełmiec, Borowa czy Trójgarb, a „Andrzejówka” winna być oczkiem w głowie wszelkich powiatowych i miejskich programów turystycznych.
Panorama z wieży widokowej na Spicaku może zachwycić najbardziej odpornych na piękno przyrody i krajobrazów. Najlepiej widać stąd Mieroszów i Głuszycę, nieco gorzej Bromowskie Stieny i pochowane w gąszczu drzew zabudowania czeskich wsi. Przy okazji warto się pokłonić naszym czeskim pobratymcom, od których powinniśmy się uczyć jak można najprostszym sposobem wznosić takie wieże widokowe w najciekawszych miejscach górskich. Czesi wykorzystali inwestorów telefonii komórkowej przy okazji stawiania masztów. Zgoda na maszt była wydawana pod warunkiem zbudowania wieży. W ten sposób udało się wieżami widokowymi wypełnić najciekawsze wierzchołki gór.
Amatorom wycieczek samochodowych proponuję jako punkt docelowy „Andrzejówkę”, bo w drodze powrotnej można tu w schronisku odpocząć i skorzystać z bufetu. Ale takie możliwości są też w innych miejscach startowych, np. w głuszyckiej wsi Łomnica. Jeśli podjedziemy samochodem pod domek myśliwski w Ustroniu, zwanym też Radosna, na Spicaka mamy niecałą godzinkę spaceru. A z powrotem można zatrzymać się albo w nowo otwartym pensjonacie „Dziupla” tuż obok ronda (gdzie spotkać się możemy z prawdziwie staropolską gościnnością), albo w zawieszonej  na zboczu Słodnej obok wyciągu narciarskiego, całej w drewnie, nowo zbudowanej „Łomnickiej Chacie”, albo też w osławionym Łowisku Pstrąga” przy wyjeździe ze wsi Łomnica do Głuszycy. W Łomnicy wiele się zmieniło na lepsze. Już nie jest tak jak dawniej w PRL-u, kiedy jedyną atrakcją wsi letniskowej było jej urzekające otoczenie lasów i gór. Łomnica, szczególnie w  części górnej jest rzeczywiście miejscem niezwykle urokliwym, a teraz dochodzą do tego nowo zbudowane lub wyremontowane domki letniskowe, gospodarstwa agroturystyczne i lokale gastronomiczne

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Do bloga ! (Niedzielne reminiscencje)




Jeszcze nie tak dawno człowiek uciekał się do Boga. Dziś w werbalnym świecie tajemnicza skrzynka zwana komputerem zajmuje miejsce, gdzie można by ułożyć mały ołtarzyk, krzesło zamienić na klęcznik i od czasu do czasu spędzać czas na modlitwie i kontemplacjach. Gdyby monitor oferował nam li tylko program  TV „Trwam”, moglibyśmy przetrwać najgorsze czasy „burzy i naporu”. A tak  -  na ekranie kilkadziesiąt kanalików sąsiadujących ze sobą  najczęściej na zasadzie kontrastu, przyciskam kółko pilota – roznegliżowane panienki kuszące do grzechu, a tuż obok – dostojni, strojni purpuraci karzący surowym palcem sprawiedliwości za wszystkie występki i sprzeniewierzenia przyjętej przez naród wierze.
Masz służyć Bogu i Ojczyźnie i obydwoje w tej kolejności miłować, to jest właśnie nasz odwieczny, okupiony krwią i cierpieniem patriotyzm. Nie kochasz Boga, nie jesteś patriotą, nie kochasz Ojczyzny, jesteś niewierzący. Jesteś wierzącym i patriotą, gdy z biało-czerwoną chorągiewką w ręku odbędziesz pieszą pielgrzymkę do Częstochowy, bo trzeba oddać hołd naszej Patronce, Matce Bożej Królowej Polski i naszej Niepodległej Rzeczpospolitej.  To i tak o wiele mniejsze poświęcenie, niż wędrówka wyznawców islamu z Mekki do Medyny, a przecież oni, mahometanie są dla nas chrześcijan źle wierzącymi, tak samo jak prawosławni pątnicy wspinający się na kolanach do cudownej ikony Spasa Izbawnika na Świętej Górze Grabarce, albo Żydzi Mojżeszowi, bijący głową w płaszczyznę muru herodiańskiego jerozolimskiej Ściany Płaczu. Gubię się w domysłach, którzy są  dobrze wierzący, a którzy nie. Ale czuję się patriotą, więc wierzę, bo jest istotą naszej wiary, przyjmować wszystko na wiarę, a ponadto muszę wierzyć by być patriotą. Tak czyni ponad 90% Polaków, podających się za wierzących. A może to lepiej, że w naszych domach miast ołtarzyka mamy skrzynkę telewizora, albo komputera, albo też kino domowe i kilka jeszcze innych odbiorników, przetwarzaczy itp. Skutkiem tego mamy mniej czasu na rozmyślania i lekturę Pisma Świętego, za nas robią to ci, którzy mają w tym interes i podają nam gotowy produkt do wyboru jak w supermarketach – wszystko pięknie opakowane, przetworzone, wysokiej marki. 
 Znalazłem usprawiedliwienie, czemu miast do Boga, uciekam się do bloga, bo mogę samodzielnie, bez pośpiechu i bez obaw sam ze sobą pokontemplować, chociaż to „bez obaw” jest na wyrost, bo przecież ryzykuję.  Ktoś z Czytelników może moje wątpliwości przyjąć za herezję, odstępstwo od wiary, a wtedy w niwecz pójdzie mój rzekomy patriotyzm, ten bogoojczyźniany przez duże B i O,  i w ogóle, nawet ten lokalny, do miejsca urodzenia i  zamieszkania , a wtedy całe moje blogowanie okaże się blagowaniem i będzie psu na budę. Oj, mam teraz dylemat, czy nie lepiej odpuścić sobie tego bloga. Jak trwoga, to do Boga. Ale pocieszam się, Bóg nie spojrzy nawet na moje blogowanie, ma tyle innych rzeczy ważniejszych na głowie, a jeśli nawet spojrzy, to wybaczy. A ja pozwoliłem sobie trochę odsapnąć od tematów regionalnych, choć niekoniecznie Bogu na chwałę, a moim Czytelnikom na pożytek. A może jednak?


Na pociechę pozwoliłem sobie tego bloga ozdobić kilkoma kolorowymi obrazkami. To tak jak z naszą wiarą lub obowiązującą w marketingu normą -  nie liczy się to co jest w środku, liczy się opakowanie !

niedziela, 19 czerwca 2011

Po drodze do "Andrzejówki"


Nieco wyżej „Gospody Sudeckiej” w Rybnicy Małej na skrzyżowaniu dróg do Wałbrzycha, Mieroszowa, Głuszycy napotykamy rozsiane przy drogach zabudowania gospodarcze wsi – Rybnica Leśna. Wizytówką jej jest słynny „Darz Bór”, restauracja pamiętająca czasy głębokiego PRL-u i pełniąca wówczas szczególną rolę miejsca rozrywkowego wszelakiego autoramentu bonzów partyjnych i władz. Dyskretny lokal, gdzie można było dobrze wypić i zjeść w oddaleniu od niepożądanych obserwatorów był dobrym „azylem” i pozwalał czuć się swobodnie. Gdyby jego mury potrafiły mówić, można byłoby z tych relacji napisać dobrą, sensacyjną książkę. Obecnie odremontowany obiekt z pokojami gościnnymi i stylowym wystrojem wnętrz jest nadal jedną z lepszych restauracji i przyciąga gości z Wałbrzycha i okolic.
Warto się tu zatrzymać, by po chwili relaksu pokusić się na pieszą wycieczkę w górę wsi w kierunku  jednego z najbardziej atrakcyjnych miejsc w Górach Suchych, jakim jest Przełęcz Trzech Dolin ze schroniskiem górskim „Andrzejówka”.
Udało mi się zdobyć przedwojenne fotografie "Andrzejówki", które mówią same za siebie.

Pierwsza wzmianka o Rybnicy pochodzi z  1305 roku jako, zwróćmy uwagę na pięknie brzmiącą nazwę, Reimswalde villa advocatis, zmienioną później na Reibnitzwaldau, Raimswaldau, a od 1845 roku na Rybnicę Leśną. W 1975 roku wieś administracyjne weszła w skład gminy Mieroszów. Pięknie położona wieś ciągnie się ok. 3.5 km wzdłuż górnego biegu Rybnej, aż po Przełęcz Trzech Dolin, gdzie zbudowane zostało w 1933 roku słynne schronisko „Andrzejówka”. Inwestorem schroniska było wałbrzyskie towarzystwo turystyczne Waldenburger Gebirgsverein, założone w 1895 roku, a inicjatorem budowy, ówczesny prezes towarzystwa, aptekarz Andreas Bock, od imienia którego nazwano je „Andreasbaude”. Projektantem był wałbrzyski architekt F.W. Kronke, a środki finansowe pochodziły z datek wielu darczyńców. Przez kilka lat do wybuchu wojny w 1939 roku „Andrzejówka” była największą górską atrakcją Wałbrzycha i corocznie odwiedzało ją tysiące gości. Położona w newralgicznym miejscu Przełęczy Trzech Dolin, u stóp Waligóry potrafi zachwycić architekturą zewnętrzną i urzekającymi krajobrazami górskimi. Jest miejscem wypadowym pieszych wycieczek w góry.
Tak więc niespełna 80 lat temu niemiecki przemysłowy Wałbrzych dostrzegał bezcenne walory pobliskich gór i podejmował ważne działania, aby je wypromować w celach turystycznych. Dziś już od dłuższego czasu „Andrzejówka” została pozostawiona samej sobie boryka się z różnorodnymi trudnościami. Nie jest w stanie pozyskać środków finansowych na odbudowę i modernizację, zwłaszcza że brakuje imprez w rodzaju głośnego na całą Polskę Biegu Gwarków, organizowanego w latach 70-tych i 80-tych przez górnictwo Górnego i Dolnego Śląska, a także innych imprez turystycznych przyczyniających się do prężnego rozwoju turystyki. Nie zapewnia ich obecny właściciel jeleniogórska Spółka „Hotele i Schroniska Sudeckie PTTK”, ani też mała gmina Mieroszów, ani duży Wałbrzych, a schronisko potrzebuje jak dawniej wielkich duchem ludzi i sponsorów. Przy schronisku jest największy w Górach Kamiennych węzeł szlaków turystycznych (czerwony, zielony, niebieski, żółty), zbiegają się one ze wszystkich stron u stóp Waligóry (936 m), najwyższego szczytu w Górach Suchych, a zarazem w całych Kamiennych i jednym z najwyższych w Sudetach Środkowych
Obok ważnej roli w ruchu turystycznym warto zwrócić uwag na znaczenie „Andrzejówki” jako ośrodka narciarstwa biegowego i zjazdowego. Nowoczesne wyciągi narciarskie przyciągają zimą amatorów białego szaleństwa, głównie z Wałbrzycha.
Sama Rybnica Leśna jest dzisiaj wsią rolniczo-przemysłowo-letniskową. Powstała jako jedna z pierwszych wsi w okolicy na pewno przed XIII wiekiem, znajdując się na trakcie handlowym, zwanym Wysoką Drogą, prowadzącym z Czech przez Mieroszów, a następnie doliną Ścinawki, Sokołowca, Przełęczą Trzech Dolin i doliną Rybnej u stóp zamku Rogowiec, dalej doliną Bystrzycy i do Świdnicy. Od początku była związana z zamkiem Rogowiec, mogła nawet być jego wsią służebną. Wraz ze zburzeniem zamku w 1497 roku jej rola zmalała. Dopiero działalność gospodarcza rodziny von Hochbergów, panów na zamku Książ, właścicieli tych terenów ożywiła wieś. Założono tu kopalnie rud srebra. Wśród mieszkańców przeważali ewangelicy. To właśnie oni wznieśli drewniany kościół w 1608 roku, najcenniejszy zabytek architektury sakralnej w tej okolicy. Warto się zatrzymać w tym kościółku by obejrzeć nie tylko konstrukcję zewnętrzną, ale też b. cenne i bogate wyposażenie wnętrza kościoła, położonego w centralnej części wsi na niewielkim wzgórzu nad potokiem Rybnej.
We wsi zachowało się sporo domów mieszkalnych i gospodarczych o rozmaitej architekturze. Mogłyby one spełniać rolę gospodarstw agroturystycznych, przyciągać letników, a zimową porą amatorów narciarstwa, gdyby nie to, że większość z nich jest położona przy drodze, którą przetaczają się od rana do wieczora duże ciężarówki wypełnione urobkiem z pobliskich kamieniołomów. Kopalnia Skalnych Surowców Drogowych eksploatuje jedno z największych złóż melafiru w Sudetach. Kamień jest na miejscu przerabiany na grys i tłuczeń, a następnie transportowany samochodami ciężarowymi na stację Wałbrzych Główny. Kopalnia znajdująca się tu przy drodze na „Andrzejówkę” w górnej części wsi, budzi wśród turystów i wycieczkowiczów najgorsze emocje. Ogromne, skalne wyrobisko, pochłaniające już co najmniej pół góry Bukowiec, niegdyś porosłej lasem i bogatą roślinnością,  to zaiste krajobraz księżycowy. Wczesną wiosną i jesienią, kiedy padają intensywne deszcze droga przez wieś wygląda jak błotna rzeka. Kamieniołom jest prawdziwą zmorą wsi. Jego położenie w jednym z najpiękniejszych miejsc Sudetów Środkowych, to osobny temat, który powinien stać się najważniejszym w środowiskach inteligencji dużego miasta Wałbrzycha. Zwłaszcza teraz, kiedy pojawiają się ponowne sygnały o próbach lokalizacji kolejnej kopalni skalnej na Klińcu, tuż przy „Andrzejówce”, tam gdzie obecnie znajdują się wyciągi narciarskie.
Czy uda się jeszcze uratować Rybnicę Leśną, jej krajobrazy i przyrodę, czy uda się ochronić naturę najważniejszych miejsc Gór Suchych przed złowrogą interwencją człowieka, oto jest pytanie, które warto zadać politykom samorządowym w nowej kadencji. Chrońmy skarby natury, ich walorów nie zastąpi nic, były one i są potrzebne człowiekowi jak tlen.

sobota, 18 czerwca 2011

Kamieniarz pozytywnie zakręcony



Kim jest Walerian Urbaniak, właściciel wspomnianej wyżej „Gospody Sudeckiej Doliny Rybnej”, jak do tego doszło, że został kamieniarzem, rozwinął działalność gospodarczą, a następnie zdecydował się uratować chylący się ku upadkowi zabytek, by w nim urządzić stylowy pensjonat, wypełnić go zabytkowymi meblami i staroświeckimi eksponatami. 
Kiedy jego rodzice, repatrianci z Francji, w 1946 roku osiedlili się w Głuszycy Górnej, miał zaledwie dwa lata. Można więc chyba uważać go za rodowitego Głuszyczanina, chociaż z zagranicznym miejscem urodzenia. Jego rodzice, Antoni i Maria, poznali się we Francji. Ojciec pochodził z Poznańskiego, a matka zza Buga. Po osiedleniu się na Ziemiach Odzyskanych, ojciec chętnie porzucił zawód górnika i z akceptacją matki zajął się o wiele bezpieczniejszą i zdrowszą pracą na roli, najpierw w Głuszycy Górnej, potem w Grzmiącej, a następnie od 1952 roku tutaj w Rybnicy Małej. Tradycję rodzinną starał się podtrzymać syn, Walerian,  kończąc Technikum Górnicze w Wałbrzychu, ale los sprawił, że w 1965 roku zamiast do kopalni trafił do pracy w Kamieniołomach w Bartnicy. Stąd właśnie się wzięła jego obecna profesja – kamieniarstwo. Od 1974 roku prowadził działalność gospodarczą jako kamieniarz.
Odziedziczył po rodzicach zniszczony, poniemiecki budynek o ciekawej architekturze i położony, jak sam sądzi, w najpiękniejszym miejscu na ziemi. Od samego początku kiełkowała w nim potrzeba odbudowy domu z zachowaniem wszystkich elementów stylu sudeckiego. Obiecał to Rodzicom. Zaczął się interesować architekturą i sztuką użytkową tych ziem, korzystał ze źródeł niemieckich. Na gzymsie budynku znalazł wyrytą datę budowy obiektu – 1713. Dowiedział się, że za Niemców był tu swego czasu gościniec zbudowany przy szlaku turystycznym na Rogowiec i w Góry Suche, że nocowali tu turyści, że byli częstowani świeżym pieczywem, masłem i mlekiem prosto od krowy. A gdy po drugiej stronie drogi na miejscu starego młyna powstał duży zajazd z promenadą nad stawem, ozdobiony tonącymi w kwiatach pergolami, gdy więc pojawiła się konkurencja, trzeba było zmienić zajęcie. Przekształcono więc gościniec na tartak. I tak już zostało do wojny, a nawet w pierwszych latach powojennych.  Rodzice Waleriana, z chwilą nabycia tej posiadłości próbowali szczęścia w prowadzeniu gospodarstwa hodowlanego, ale z czasem stawało się to coraz to mniej opłacalne. Dopiero ich syn zdecydował się uruchomić  zakład kamieniarski,  wykorzystując do tego celu zabudowania gospodarcze. Główny budynek czekał na lepsze czasy. 
Decyzja o restauracji obiektu dawnego młyna zapadła z początkiem lat 90-tych. Duży wpływ na jej podjęcie miał znany w Wałbrzychu krzewiciel kultury, dr Euzebiusz Gil, kustosz skansenu kultury sudeckiej w Pstrążnej koło Kudowy-Zdroju. On był inspiratorem domowego muzeum, udzielał  rad, wskazówek i zapalał do czynu. Również ówczesny konserwator zabytków w Wałbrzychu, Andrzej Kubik, który pozwolił na dużą swobodę w rekonstrukcji domu, czuwając nad zachowaniem zasadniczych elementów stylu. Koncentracja robót miała miejsce pod koniec lat 90-tych. Przez cały ten czas Walerian Urbaniak czynił intensywne poszukiwania w całym regionie eksponatów sztuki użytkowej, zabytkowych mebli, obrazów, naczyń, urządzeń, fotografii, map, książek. I wreszcie rzecz najważniejsza. Bez niej nie byłoby pensjonatu, a przynajmniej nie o takim standardzie. Chodzi o uruchomienie gospodarstwa agroturystycznego, a następnie uzyskanie kredytu na dogodnych warunkach. To był element decydujący. Kamieniarstwo stało się działalnością dodatkową w ramach prowadzonego z rozmachem gospodarstwa agroturystycznego. 

Obok budynku, po drugiej stronie drogi, wyrosło coś w rodzaju pola campingowego ze smażalnią ryb, osobną wędzarnią, estetycznymi  miejscami do spożywania potraw w plenerze, a to wszystko tuż przy mądrze zagospodarowanym stawie rybnym, z kaskadami i placem zabaw dla dzieci.
Pytanie -  po co to wszystko?  
To wszystko jest wpisane w ideę gospodarstwa agroturystycznego. Rzecz w tym, aby służyło ono jak najszerzej urozmaiconym gustom klientów, aby świadczyć jak najwięcej atrakcyjnych form rekreacji i wypoczynku, aby gości przyciągnąć czymś oryginalnym, zainteresować i zabawić.
Gośćmi „Gospody Sudeckiej” są najczęściej Niemcy, wielu z nich jest związanych z tymi stronami (przesiedleńcy lub ich potomkowie), przyjeżdżają tu jak do siebie i proszę się nie obawiać, nie myślą o powrocie, nie roszczą pretensji do skutków przegranej wojny. Tutaj jest taniej i gościnniej, jest oryginalniej,  a pewne resentymenty rodzinne być może odgrywają też swoją rolę.
Pensjonat liczy sobie kilka nowocześnie urządzonych i wyposażonych pokoików gościnnych z pomieszczeniem barowym, zapleczem kuchennym i izbą muzealną. Aby poznać swoisty klimat i urok tego miejsca trzeba koniecznie tu się zatrzymać na dłużej. Wtedy można też będzie poświęcić więcej czas na poznanie najbliższej okolicy.

piątek, 17 czerwca 2011

Nad potokiem Rybnej


Zaznaczona na mapie cienką kreską droga nr 380, prawdziwa „droga krzyżowa”, krzycząca o ratunek do władz powiatu wałbrzyskiego, historyczny szlak handlowy ze Świdnicy przez Głuszycę, Mieroszów do Czech, „oczko w głowie” rycerzy-rabusiów z Rogowca, którzy nękali karawany kupieckie w XIV i XV wieku, wąska, wijąca się wstęgą droga z Głuszycy do Rybnicy Leśnej, to jedyny trakt komunikacyjny wiodący z Głuszycy bezpośrednio do schroniska „Andrzejówka”, czyli centrum Gór Suchych. Każdy kto z takich czy innych powodów zdecyduje się jechać tą trasą, mimo całej uwagi skoncentrowanej na tym, by nie złamać koła lub stoczyć się w przepaść, dostrzeże jednak w pół drogi niezwykłej urody i architektury, zabytkowy budynek, z rzucającym się w oczy, kolorowym napisem „Gospoda Sudecka Doliny Rybnej”. Naprawdę warto się tu zatrzymać. Jeśli nie będzie nam dane spotkać się bezpośrednio z „człowiekiem pozytywnie zakręconym”, kamieniarzem, a jednocześnie opiekunem zabytku, zbieraczem staroci, pamiątek rzemiosła użytkowego tych ziem, właścicielem pensjonatu i położonego obok „Łowiska Ryb”, czyli w jednej osobie z Walerianem Urbaniakiem, to na pewno można będzie odpocząć na chwilę w atrakcyjnej salce barowej. Warto przy tej okazji zobaczyć urządzenie wnętrz gospody-skansenu, odbudowanej na bazie poniemieckiego gościńca z charakterystycznym murem pruskim na zewnątrz, znakomicie wkomponowanej w krajobraz wąskiej kotliny śródgórskiej. Zaś smakosze świeżego pstrąga lub karpia mogą skorzystać z nowocześnie urządzonej smażalni ryb nad stawem, w dole urwistego zbocza góry.
Znajdujemy się w Rybnicy Małej stanowiącej administracyjnie część wsi Grzmiąca w gminie Głuszyca, w przełomowym odcinku doliny Rybnej, pomiędzy Rybnickim Grzbietem w Górach Wałbrzyskich na północy, a Górami Suchymi na południu. Z gospody można się udać pieszo najbliższą trasą na Rogowiec, by zobaczyć ruiny średniowiecznego zamku książąt piastowskich, a przy okazji rozkoszować się malowniczym widokiem panoramy tej części Sudetów, można też podjechać w górę do Rybnicy Leśnej, gdzie czeka na nas przy drodze gościnna restauracja „Darz Bór”, a także inne atrakcje turystyczne tej wsi, o czym za chwilę.
Sama Rybnica Mała, to dzisiaj przysiółek liczący sobie kilka zaledwie domów. Nie wiadomo kiedy powstała jako osada, ale pod koniec XVII wieku odnotowana jest w indeksie dóbr hrabstwa von Hochbergów z Książa, najpierw jako kolonia Grzmiącej, a następnie odrębna posiadłość. Pod koniec XVIII wieku mieszkało w niej ponad 30-tu zagrodników i chałupników, były 2 młyny wodne, sołectwo z gorzelnią, szkoła ewangelicka z nauczycielem, tartak, folusz, bielnik, potem rozwinęło się tkactwo chałupnicze i inne rzemiosło. Aż dziw bierze, gdzie się to wszystko pomieściło w wąskiej kotlinie nad przedzierającym się pomiędzy skałami potokiem Rybnej.  W XIX wieku wieś podupadła. Sławą cieszyła się jednak gospoda w starym młynie, znajdująca się na szlaku turystycznym na Rogowiec, dzisiejsza „Gospoda Sudecka”. Po 1945 roku miał miejsce jeszcze dalej idący regres, zachowało się zaledwie 11 gospodarstw, ale i one podupadły ze względu na trudne warunki naturalne, brak gruntów uprawnych i nieopłacalność produkcji płodów rolnych.
Na szczęście uratował się wspomniany dawny młyn-gospoda o konstrukcji drewniano-murowanej, z werandą i nadstawką z XVIII wieku, jeden z piękniejszych obiektów w regionie. A stało się to za sprawą wyjątkowego człowieka.Ale o nim w następnym poście.

czwartek, 16 czerwca 2011

Na łonie natury

 

Wracam do Łomnicy. Nie tylko dlatego, że mam ją nieomal w zasięgu ręki, że często chodzę tu na spacery i kontempluję  nad zagadką świata. Czemu tak jest, że jedni ludzie mogą z różnych powodów korzystać z komfortu zamieszkania w otoczeniu tak oszałamiająco pięknych  krajobrazów i nie potrafią tego docenić, a inni dusząc się w blokowiskach wielkomiejskich dzielnic mieszkaniowych marzą o ciszy, świeżym powietrzu i bliskim kontakcie z przyrodą. Ale to są pytania filozoficzne, czyli  takie, na które nie ma przekonywującej odpowiedzi. Bohater mojego postu, a zarazem kolejny właściciel gospodarstwa agroturystycznego, jak się wydaje odnalazł swe miejsce na ziemi, ale ile w tym jego osobistej determinacji, a ile przypadkowości, tego nie da się do końca zbadać lub wyliczyć.
To było jakieś ćwierć wieku temu, kiedy młody gwarek, Zbigniew Sosnowski, po szkole górniczej w Wałbrzychu i pierwszych doświadczeniach w kopalni, postanowił wyjść z podziemi. Czuł podskórnie, że jego miejsce jest na powierzchni, że czuje się sobą, jeśli przyświeca mu światło dzienne. Tak się złożyło, że w domu rodzinnym pod lasem w Kamieńsku brakowało wody. Zimą dojazd polną drogą był problemem, a trudne warunki górskie nie dawały nadziei na uprawę roli. Gdy pojawiła się szansa na zakup gospodarstwa rolnego w Łomnicy nie było chwili wahania. Sprzedał więc dom w Kamieńsku i w ten sposób trafił do gminy Głuszyca nad bystry nurt Złotej Wody, rzeki gromadzącej górskie potoki z grzbietów pobliskich Gór Suchych. Domek położony na podmokłej równinie, tuż za nasypem kolejowym, wymagał remontu, a zaniedbane gospodarstwo dobrej ręki, zapału i uporu. Do wszystkiego trzeba było dochodzić w pocie czoła, bo warunki na uprawę roli nie były dobre. A młode małżeństwo, państwo Barbara i Zbigniew Sosnowscy, mieli na utrzymaniu troje dzieci. Dziś dwie córki, Małgorzata i Magdalena są już zamężne, mało tego, obdarzyły dziadków gromadką wnucząt. Najmłodszy syn, Mariusz, absolwent AWF we Wrocławiu, przejmie schedę po ojcu, dziś jest jego podporą i sprężyną gospodarstwa agroturystycznego, które znajduje się w nieustającym rozwoju.
Jednym z pierwszych nabytków w Łomnicy była młoda klacz Samanthi. Tak ją nazwał  sam Zbigniew, zafascynowany wtedy  dalekimi Indiami. Manthi liczy już sobie 22 lata, urodziła mu 11 źrebaków, jest w domu najważniejsza, chociaż teraz nie tak osamotniona jak dawniej, bo na łąkach otaczających gospodarstwo można ją spotkać w otoczeniu jedenastu innych koni, w tym czterech źrebaków.  Wszystkie one są przyjaźnie nastawione do człowieka, mogą mu jeść z ręki, nie stanowią żadnego zagrożenia.
To właśnie na hipoterapię postawili Sosnowscy, zakładając w 1997 roku gospodarstwo agroturystyczne. Hipoterapię i ekologię. Gospodarze są wegetarianami, w uprawie roli ograniczają chemię do minimum. Te upodobania starają się przeszczepiać na swoich gości. Gospodarstwo znane jest z tego, że oferuje terapię konną i wyżywienie ekologiczne. Swego czasu było jednym z pierwszych gospodarstw ekologicznych w gminie. Znalazło się w międzynarodowym Informatorze ECAT. To wtedy miał miejsce budzący powszechne zainteresowanie i podziw sąsiadów, niezwykły exodus Holendrów, Belgów, Francuzów, Niemców, którzy zjeżdżali tu najlepszymi samochodami przez cały boży rok. Na rozległej łące obok domu, nad rzeką i stawem, można było obserwować gości zagranicznych, dla których bezpośredni kontakt z przyrodą, zwierzętami domowymi, wiejskimi przysmakami, w otoczeniu bajecznego pleneru górskiego, stanowił wartość samą w sobie. Gości przyciąga możliwość skorzystania z nauki jazdy konnej, początkowo na specjalnym wybiegu lub łące, a potem po okolicznych wertepach u stóp majestatycznej Ostoi, będącej dla Łomnicy tym, czym Chełmiec dla Wałbrzycha.
Na temat nadzwyczajnych walorów leczniczych jazdy konnej pan Zbigniew potrafi mówić z przejęciem i przekonaniem. Jazda konna, to najlepszy, niczym nie zastąpiony masaż wielu mięśni, które w normalnym życiu są „uśpione”, hipoterapia człowieka leczy i uszlachetnia. Ma kolosalne znaczenie w leczeniu dzieci niepełnosprawnych. Z rozrzewnieniem wspomina swe pierwsze niezapomniane ekstrawagancje, kiedy wczesnym świtem siodłał swoją Manthi i galopował do pobliskiego kamieniołomu, tam brał ożywczą kąpiel  i wracał wierzchem czując się jak młody Bóg. Do dziś zasiada konia, gdy tylko ma chwilę czasu, a dzięki temu jak również ekologicznemu odżywianiu tryska zdrowiem, dowcipem i pozytywnym nastawieniem do życia. Kto nie wierzy, niech zagości w gospodarstwie agroturystycznym „Podkówka”, aby się o tym przekonać. Są tutaj pokoje do wynajęcia, dwu, trzy, czteroosobowe, jest fachowa obsługa przy nauce jazdy konnej, można też skorzystać ze znakomitej wiejskiej kuchni, bo pani Barbara słynie z przyrządzania znakomitych jarskich potraw - naleśników, pierogów, pysznych zup ,którymi zajadają się goście.

 Jeśli zaboli cię główka, wyleczy cię „Podkówka”, jeśli chcesz dopiąć swego, ucz się od Sosnowskiego!