Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

wtorek, 27 czerwca 2017

Nasze wałbrzyskie uzdrowiska. Cz. II - Szczawno-Zdrój


szczawieński powód do dumy -Dom Zdrojowy "Gigant"

Szczawno-Zdrój mogłoby być z powodzeniem dzielnicą Wałbrzycha, zrośnięte z dużą strukturą miejską nieprzerwanym ciągiem ulic i  zabudowań. Obecny rozdział pomiędzy miastami jest raczej umowny. Gdzie się kończy dzielnica Biały Kamień, a zaczyna Szczawno orientują się głównie tutejsi mieszkańcy i urzędnicy.

Szczawno-Zdrój ma jednak swoją specyfikę, swój niepowtarzalny klimat i jako peryferyjna część aglomeracji wałbrzyskiej świetnie sobie radzi w trudnych czasach gospodarki wolnorynkowej. Znaczne obszary należące dawniej do Szczawna zostały wchłonięte przez rozwijający się z impetem, przemysłowy Wałbrzych, ale obok minusów, ma to swoje plusy. Uzdrowisko nie znosi wielkomiejskich dzielnic mieszkaniowych, potrzebuje spokoju i ciszy, jego atutem są  parki, alejki spacerowe, niewielkie dzielnice willowe, miejsca kultury, rekreacji i wypoczynku. No i oczywiście nowoczesna baza lecznicza i gastronomiczna.

Co spowodowało, że Szczawno-Zdrój uchroniło swą odrębność administracyjną, zachowując status miejski? Myślę, że zachowało swą samodzielność dzięki ugruntowanej renomie jako uzdrowisko sławne w kraju i za granicą oraz skutkiem wielowiekowej historii.


Szczawno-Zdrój ma się czym poszczycić i ma co pokazać przyjezdnym gościom. Najprawdopodobniej jest starsze od Wałbrzycha o czym świadczą badania archeologiczne prowadzone przez Niemców, z których wynika, że już na przełomie I i II wieku n.e. czerpano z tutejszych źródeł wody lecznicze. Zaś pierwszy pisany dokument, w którym wymienione jest Solikowo, zwane po niemiecku Salzborn (pierwotne nazwy Szczawna-Zdroju) pochodzi z 1221 roku. Jest to  przywilej nadany wsi Budzów k. Ząbkowic Śląskich przez księcia śląskiego Henryka Brodatego. Wynika z niego, że wieś Solikowo nad  Szczawnikiem wypływającym spod Chełmca uzyskała już wcześniej te same przywileje. Szczawno jest starsze także od Cieplic, których istnienie potwierdza dokument dopiero z roku 1281. O prasłowiańskiej przeszłości Szczawna mówi tablica pamiątkowa pod wieżą Anny, w miejscu gdzie wypływały pierwsze szczawieńskie krynice, ufundowana przez Towarzystwo Miłośników Szczawna-Zdroju.
Była to wioska dosyć duża, jak na wiek XIII, liczyła około 70 gospodarstw rolnych. Ludność zajmowała się uprawą roli, hodowlą bydła i owiec, a w dalszej kolejności wyrobem płótna i sukna. Z czasem wieś znalazła się we władaniu panów na zamku Książ, co sprzyjało rozwojowi rzemiosła i handlu.

Trudno coś powiedzieć o znaczeniu źródeł mineralnych Szczawna-Zdroju w wiekach średnich. Dokument wskazujący na zainteresowanie walorami wód pochodzi z roku 1598, a więc pod koniec XVI wieku. Wtedy to lekarz i przyrodnik z Jeleniej Góry, Caspar Schwenckfeldt, osobisty lekarz Hochbergów z Książa potwierdził lecznicze właściwości szczawieńskich zdrojów. Wkrótce też obudowano ujęcia, by wykorzystać wodę w celach leczniczych. Z roku na rok rosła sława wód mineralnych ze Szczawna-Zdroju. Prawdziwy renesans miał miejsce w I połowie XIX wieku.  Wtedy to pan na Książu,  hrabia Hans Heinrich VI Hochberg postanowił urządzić w Szczawnie uzdrowisko na europejskim poziomie. Zadania tego podjął się w 1815 roku lekarz Hochbergów, Samuel August Zemplin . W nadających się do tego budynkach urządzano pokoje gościnne. Budowano nowe pensjonaty, restauracje i hotele. W 1845 roku uzdrowisko dysponowało 1500 miejscami dla kuracjuszy. Pojawiło się mnóstwo publikacji o leczniczych właściwościach tutejszych wód i pozytywnych efektach kuracji.

Co przyniosło niezwykłą sławę temu rodzącemu się wówczas kurortowi.? Trudno jest w to dzisiaj uwierzyć, ale nie były to tylko i wyłącznie walory wód mineralnych. Nie było to również nowoczesne na owe czasy lecznictwo uzdrowiskowe, a więc kąpiele parowe, natryskowe, deszczowe, okłady borowinowe, dietetyczne odżywianie, spacery po świeżym powietrzu, ani też łagodny podgórski mikroklimat, czystość powietrza lub piękno budynków miejskich i krajobrazów.
  
Ówczesne Szczawno-Zdrój zdobyło renomę i nieprzeciętną popularność dzięki serwatce. Może to wydawać się dziwne i mocno naciągane, ale okazuje się, że tak właśnie było. Pisze o tym z ekspresją nieodżałowany dla Wałbrzycha dr Alfons Szyperski w książeczce, „Polacy w dawnym Szczawnie i Starym Zdroju”, z 1974 roku:

„Miejscowa serwatkarnia stała się w połowie XIX wieku największym tego rodzaju zakładem w ówczesnych Niemczech. Oprócz serwatek produkowano ser kozi, owczy i krowi, także kefir. Zakład dostarczał dla sanatoriów pełnego mleka od kóz, owiec, krów i oślic. Produkty podlegały stałej kontroli Instytutu Higieny we Wrocławiu, a zwierzęta systematycznym badaniom weterynarzy. Lekarz zdrojowy dr Falk napisał całą książkę o wartościach leczniczych serwatek. Czegóż one nie zawierają! Są w nich zaklęte przeróżne składniki, sole mineralne, związki azotowe, alkalia, chlory i fosfory, tłuszcze i co tam jeszcze. Serwatka to specyfik na przemianę materii, wątrobę, pylicę i gruźlicę, a nawet impotencję płciową”.

Jak się okazuje kolebką tej metody leczenia  były Duszniki-Zdrój. Już na samym początku XIX stulecia miejscowy lekarz doktor Jerzy Mogalla zapoczątkował leczenie za pomocą serwatki i  mleka. Na okalających Duszniki stokach gór pojawiły się stadka kóz, owiec i oślic. Z ich mleka, codziennie dostarczanego do zdroju, aptekarz sporządzał rozmaite napoje lecznicze. Tłuste i odżywcze mleko bądź gęsta serwatka odznaczały się specyficznym aromatem, ale przede wszystkim walorami leczniczymi, a to dzięki właściwościom tutejszej górskiej roślinności. W połączeniu z piciem wód mineralnych dawało to widoczne efekty, zwłaszcza w przypadku osłabienia organizmu lub wyczerpania, a także leczenia dróg oddechowych, czy zaburzeń układu moczowego. Kuracja serwatkowo-mleczna stała się popularna we wszystkich uzdrowiskach sudeckich. Także w Jedlinie-Zdroju, gdzie produkcją mleka zajmował się przypałacowy folwark w Jedlince.

To nie są żarty. Dla zwielokrotnienia zapotrzebowania na ten rodzaj terapii leczniczej uzdrowisko w Szczawnie prowadziło własne obory, w których znajdowało się 600 kóz, 150 krów, 300 owiec galicyjskich, kilkadziesiąt oślic. Dodatkowo korzystano z produktów mlecznych od okolicznych rolników.

Pijalnia serwatkowa była uplasowana w osobnym pawilonie w pobliżu wód mineralnych. Jeszcze na początku XX wieku kuracja serwatkowa cieszyła się powodzeniem. Jej zmierzch w Szczawnie-Zdroju nastąpił po I wojnie światowej, gdy uzdrowisko ograniczyło przyjmowanie chorych na płuca.

Popularność tego rodzaju kuracji  potwierdza Jan Pisarski w swej monograficznej książce, „Szczawno-Zdrój, dzieje i stan współczesny” z 2000 roku:

„Również w 1845 roku zostaje wybudowany pensjonat „Ida Dwór”, współcześnie nazywany „Dworem pod Kasztanem”. W tym budynku, usytuowanym na peryferiach Szczawna, praktykowano leczenie serwatkami produkowanymi z mleka krów, owiec, kóz i oślic. Leczono nimi ludzi chorych przede wszystkim na gruźlicę płuc.”

Czasy się zmieniły, świat poszedł z postępem. Kto dzisiaj pije serwatkę, albo delektuje się serem owczym, kozim lub oślim. Jesteśmy w XXI wieku. Mamy na wszystkie choroby znakomite leki produkowane przez współczesne koncerny farmaceutyczne. Nie wiem dlaczego, kiedy mówię o serwatkowej terapii w szczawieńskim kurorcie łza mi się w oku kręci. Szkoda, że dziś już nie ma na zamku książańskim hrabiego Hochberga, który przecież był spiritus movens tego przedsięwzięcia. Żal też, że w pijalni wód oprócz „Mieszka” i „Dąbrówki” nie można wypić szczawieńskiej serwatki z misternego dzbanuszka wyprodukowanego w wałbrzyskiej fabryce porcelany Carla Klistera.



Dawne życie poszło w dal, tylko żętycy, tylko bryndzy, tylko oscypek i serwatki żal…

O Szczawnie-Zdrój napisano wiele książek i przewodników. Najbardziej znaną jest wspomniana już książka Jana Pisarskiego „Szczawno-Zdrój. Dzieje i stan współczesny”, wydana przez władze miejskie i Towarzystwo Miłośników Szczawna w 2000 roku.

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Nasze wałbrzyskie uzdrowiska. Część I - Stary Zdrój


przed laty Stary Zdrój tętnił życiem

 
Myślę, że warto powiedzieć coś  więcej o naszych zdrojach. Wydawałoby się, że  to temat powszechnie znany i nie ma się nad czym rozwodzić. Dziś mamy tych zdrojów zaledwie dwa, bo tylko Szczawno i Jedlina-Zdrój, a niektórzy mówią, tylko jeden, jako że Jedlina jest częścią składową uzdrowiska w Szczawnie-Zdroju. Za to w przeszłości można było się poszczycić jeszcze dwoma innymi kurortami, wałbrzyskim Starym Zdrojem i  mieroszowskim Sokołowskiem . Wszystkie one mogą stać się inspiracją do atrakcyjnej weekendowej eskapady, jeśli tylko nabierzemy chęci, aby się coś więcej o nich dowiedzieć i jeśli nasza wycieczka w te miejsca będzie naszym świadomym wyborem.

Moją ambicją jest Państwu w tym pomóc i gorąco zachęcić do letniej wyprawy „do wód” w podwałbrzyskich zdrojach.

Zacznijmy od miejsca, które niestety, zachowało się jedynie w retrospekcji, ale spacer ulicami dawnego zdroju, a także alejkami spacerowymi na Ptasią Kopę mogą przynieść nam wiele głębokich refleksji.

Mowa o Altwasser czyli Starym Zdroju, który zapisał się chlubnie na karcie uzdrowisk śląskich. Obecna dzielnica Wałbrzycha, wokół dworca kolejowego Wałbrzych-Miasto, to jedno z wcześniejszych kąpielisk sudeckich. Altwasser -  powstałe w miejscu dawnego folwarku Piastów świdnickich i wsi służebnej. Od 1664 roku znajdowała się tu przystań kąpielowa, wykorzystująca bogate źródła wód mineralnych. Stary-Zdrój znanym uzdrowiskiem stał się dopiero w roku 1751. Uzdrowisko przyciągało coraz więcej kuracjuszy i przyjezdnych gości z różnych stron Europy. Korzystali z niego chętnie Sarmaci znad Wisły i Warty.

W roku 1757 Stary Zdrój dysponował  już 60 pokojami w 11 domach, a potem 20 pensjonatami, z których Lwigród, przy ul. Pocztowej liczący 36 pokoi przetrwał do naszych czasów. Przed nim znajdował się  niewielki plac, na którym odbywały się koncerty. Ulica Pocztowa była wówczas promenadą, wokół niej koncentrowało się życie uzdrowiska. Wzdłuż promenady biło 8 źródeł mineralnych. Znajdujący się w pobliżu budynek dworca kolejowego Wałbrzych-Miasto zbudowany został na wzór „pijalni wód mineralnych”. Powyżej niego powstało w 1925 roku osiedle domków parterowych i trzypiętrowych wkomponowane w otaczającą je zieleń. Były to domki gościnne dla kuracjuszy. Do dziś zachowały się nazwy ulic – Uzdrowiskowa, Kuracyjna.

Z ważniejszych Polaków w roku 1784 gościł w Starym Zdroju bratanek króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, generał wojsk koronnych, minister i dyplomata, Stanisław Poniatowski. Kilka lat później w 1792 roku w drodze do Saksonii zatrzymał się tutaj znakomity Hugo Kołłątaj, współtwórca Konstytucji 3 Maja, złamany psychicznie Targowicą i II rozbiorem Polski. Niestety, uzdrowisko wałbrzyskie wywarło na nim złe wrażenie. Jest to „miejsce smutne i niemiłe”, pisał w liście do generała Stanisława Potockiego, a dalej: „czas i powietrze złe, więc zawód dla tych, co się kurować tu przyjechali. Zostawię tu wielu Polaków, a między innymi księcia jenerała Sapiehę P. Łubieńskiego…”

W sierpniu 1816 roku do Starego Zdroju zjechała w licznym towarzystwie, kilkoma zaprzęgami konnymi, księżna Izabela Czartoryska, twórczyni muzeum pamiątek narodowych, zwanego „Świątynią Sybilli”. Jej dwór w Puławach był ogniskiem życia literackiego i kulturalnego w ciężkich latach utraty niepodległości. Toteż została ona przyjęta w Starym-Zdroju z odpowiednimi honorami. Atrakcją Starego Zdroju była pobliska Lisia Sztolnia, długi podziemny kanał transportowy węgla. Księżna została zaproszona na atrakcyjną wycieczkę w podziemia kopalni. Oto co napisała księżna o wrażeniach z tej wyprawy:

„…Weszliśmy do barki – razem 12 osób. Płynęliśmy strumieniem. Wszystko było rzęsiście oświetlone, poprzedzała nas piękna muzyka na innej barce…” Księżna była przyjmowana niezwykle gościnnie przez dyrekcję Urzędu Górniczego Wałbrzychu.

Niestety, sławne uzdrowisko sudeckie stało się ofiarą rozwoju górnictwa węgla kamiennego w Wałbrzychu. Na skutek drążenia podziemnych szybów wyciekły wody z siedmiu tutejszych źródeł. Stało się to tak  nagle, że nikt nie był w stanie temu przeciwdziałać. Rok 1851 był ostatnim w historii uzdrowiska prosperującego okrągłe 100 lat.

 „O Polakach w dawnym Szczawnie i Starym Zdroju” napisał piękną, wzruszającą książkę, dr Alfons Szyperski, były mieszkaniec Szczawna i miłośnik ziemi wałbrzyskiej. Nieco więcej aktualnych informacji możemy znaleźć w dostępnych przewodnikach turystycznych i folderach.

sobota, 24 czerwca 2017

Niedziela z wierszem



Głuszyca - nic tylko opisywać wierszem


Niedziela ma to do siebie, że pobudza do refleksji i  retrospekcji. Od czasu do czasu mi się to zdarza. Dlaczego właśnie dziś - to przypadek. Wpadł mi do ręki tomik wierszy „Rekonesans”, niejakiego Grzegorza M., wydawałoby się znanego mi entuzjasty sztuki pisania, choć czy znanego do końca nie jestem tego pewien, ale z nazwiska i z tego, że to mój pierworodny na pewno. Tomik wierszy wydany przez Powiatową Bibliotekę  Publiczną „Pod Atlantami” w Wałbrzychu w 2001 roku otwierającym nowe tysiąclecie jest rzeczą zupełnie unikalną, bo wydaną w ilości 100 numerowanych egzemplarzy do użytku wewnętrznego. Na pewno jest dostępny w tej Bibliotece.

Było to tak dawno, że można było o tym zapomnieć i tak się rzeczywiście stało. Ale stało się też to, że przeglądając dziś po latach pięknie wydany zeszyt, znalazłem w nim wiele, jak mi się wydaje dobrych wierszy.

Zdecydowałem się podzielić tym z Czytelnikami mojego blogu. Na początek proponuję coś autobiograficznego:

Symulacja Bio-Graficzna

klasyczny przypadek abnegata
nieco omszały w dotyku
w obcowaniu chropowaty
by nie powiększać drętwoty

uwielbia się wymykać
logice i neurologom
cóż to za obyczaje
destylacja osobowości
w retorcie ?!

matka – Królowa Śniegu
ojciec NN, dla bardzo wścibskich
powiedzmy Alfred, w pół drogi
miedzy Noblem a Hitchockiem

w wolnych chwilach
oddaje się penetracjom mózgu
posiada rzadką zdolność
spowalniania procesów myślowych

do prędkości niezbędnych

dla właściwego odczytania

 natury archetypu

oraz jego udziału

w tworzeniu sensów…

To imię Alfred bardzo mnie wzruszyło, bo jestem ostatnio pod wrażeniem kabaretu „Ucho Prezesa” z popisową rolą Adriana.


A teraz coś ze sfery realistyczno- duchowej:

Zwiastowanie

„Anioł zwiastował Pannie Maryi”…

Późna jesień, rok 1999
europa środkowowschodnia
kraj zamieszkały w większości
przez romantycznych kmiotków
bory dolnośląskie
wioska na skraju boru
chałupa jedna z wielu, łóżko

godzina pierwsza w nocy
może trochę później
dwudziestopięcioletnia sprzedawczyni
z maleńkiego sklepiku w sąsiedniej wiosce
matka dwojga dzieci
z mężem pijakiem w separacji
usposobienie przaśne i takaż
powierzchowność, zajebisty
temperament, wykształcenie
żadne
czyta „Grę w klasy”

boski Julio
ładuje się przez okno do izby mówiąc:
zostaw już tę nudną klasykę, dziecko,
i chodź tutaj…


Jeśli to był boski Julio, to ona miała na imię niwewątpliwie Romea.  Mój rodzony Szekspir to zamienił dla niepoznaki


Dla odmiany coś z wielkiego świata:


W Piatigorsku

Jewdotia do Aleksieja: ciekawam
kto też umarł znowu?

Aleksiej do sufitu: unikam pogrzebów,
bolą mnie tylko te kwazary…

Wokulski do guwernantki: może Borys
byłaby już na niego pora…

Guwernantka do gości: tego roku
bakłażany szczególnie wyborne…

Jewdotia do guwernantki (szeptem):
prosiłam go, żeby przestał sikać do wazy…

Wokulski (uroczyście): …a prażuchy, mniam, mniam
Jewdotio Wasilewna – palce lizać !

                                                            
A teraz coś z tajemniczego świata politycznej agentury:


Czarna teczka


Zatłuszczoną gazetę
zwróciłem firmie Ruch

ojciec po przejściu na emeryturę
myślał o pracy kioskarza

zapach środków piorących, świeża prasa
i tytoń

niedługo potem został
burmistrzem

w Sudetach Środkowych jest dużo
podobnych do siebie miasteczek

zamieszkałych przez podobne do siebie
wspólnoty parafialne

ojciec zamiast łażenia po górach
zaproponował obejrzenie wnętrza góry

ojciec przypomina trochę redaktora Wołoszańskiego
obaj starają się zatuszować

swą fascynację hitleryzmem
i obu im to marnie wychodzi



No i na koniec króciutkie resume:


Obywatel RP

Przystanek
Głuszyca Przedmieście
zgoda
ale gdzie miasto
może zburzyli Niemcy
nie ma
zjeździłem cały kraj
który teraz się nazywa
Rzeczpospolita Przedmieście


Niedzielne pozdrowienia z Przedmieścia dla wszystkich moich Czytelników !

czwartek, 22 czerwca 2017

Z Głuszycy - do Machu Picchu !


każda droga prowadzi w nieznane

Nie da się przecenić żadnej z podróży zagranicznych. Każda z nich pozwala lepiej poznać świat i ludzi, przynosi ze sobą wiele doświadczeń i wrażeń, a często też pozwala jeszcze bardziej docenić i pokochać miejsce swojego urodzenia. Miałem okazję poznać bliżej głuszyckiego podróżnika po dalekim świecie. Myślę, że warto przypomnieć, co opowiedział swego czasu o sobie i swojej fascynującej wyprawie do dalekiego Peru dla naszej gazety „Głos Głuszycy”

Wywiad z Jakubem Bortnikiem,  głuszyckim podróżnikiem po Ameryce Południowej.

S.M.  Chcielibyśmy poznać bliżej Jakuba Bortnika. Prosimy więc na początek  -  parę słów o sobie.

J.B. Mogę powiedzieć, że jestem rodowitym Głuszyczaninem. Tu się urodziłem w pamiętnym roku 1980, tu uczyłem się w „jedynce”, a następnie w liceum zawodowym tutejszego Zespołu Szkół. Moim hobby stało się odkrywanie tajemnic ukrytych w okolicznych górach, zbieractwo pamiątek z przeszłości, gromadzenie źródeł materialnych, militariów, dokumentów, staroci, słowem tego, co do dziś kryją jeszcze podziemne sztolnie, lochy, jaskinie, a także  zakamarki strychów, piwnic, poddaszy. Inną pasją stało się też zbieractwo minerałów, osobliwości naszej przyrody.
W bezpośrednim poznawaniu tajemnic II wojny światowej pomagali mi koledzy z Wałbrzyskiej Grupy Sztolniowej, a następnie z Towarzystwa Eksploracji na Włodarzu, gdzie zaangażowałem się na dłużej w zagospodarowaniu turystycznym tamtejszych podziemi. Kompleks „Riese” jest mi znany z autopsji, bo spenetrowałem go wzdłuż i wszerz, zwłaszcza Osówkę i Sobonia.
W Głuszycy jest mój dom rodzinny.

 S.M.. Czy pasja podróżowania zrodziła się od tak z niczego, czy też ma swoje głębsze korzenie ?

J.B. Podróżowanie stało się moim marzeniem już od dziecka. Niepoślednią rolą odegrał w tym mój  wspaniały dziadek, Mieczysław Wajda . To on otworzył przede mną świat. Barwne opowieści z jego przedwojennych i wojennych przeżyć budziły moją ciekawość świata  i ludzi. Potem były książki podróżnicze, geograficzne, historyczne, sensacyjne,  fachowe z dziedziny poszukiwań skarbów, były czasopisma i wędrówki w Sudety i Karpaty. Przyszedł wreszcie czas na podróże zagraniczne. Na początku były Czechy, nasz najbliższy sąsiad, potem wyjazdy auto-stopem do Włoch, Austrii, Francji, Hiszpanii. Dalekość mnie pociągała zawsze. Europę traktowałem jako preludium, mały wstęp do odkrycia świata. Dziś nie pamiętam już dokładnie kiedy zrodził się zamiar wyprawy na Daleki Wschód  -  Mongolia, Tybet, Chiny. Tam chciałem wybrać się w pierwszej kolejności. Ale na to trzeba pieniędzy. Szansą stała się praca w Anglii. Pozwalała też szlifować język. Bez znajomości angielskiego trudno mówić o podróżach po świecie.

S.M. Jak to się stało, że zamiast do Chin wybór padł na Amerykę Południową. Dlaczego właśnie tam, a nie do Stanów Zjednoczonych, Kanady?

J.B. No właśnie, dlaczego ? To nie będzie żadnym odkryciem, że dość często o losach mężczyzn stanowią kobiety. Los tak widocznie chciał, że na swej drodze spotkałem kobietę i to jaką, niezwykłą, nauczycielkę, ale nie tańca, jak to było w czeskiej piosence, tylko matematyki. Karolinę poznałem przez internet, potem było spotkanie na jakiejś koleżeńskiej imprezie w Anglii, a potem pierwsze bezpośrednie w kawiarni. Okazało się, że choć jesteśmy z różnych stron Polski mówimy tym samym językiem. Mamy podobne hobby, tylko że ja nie próbowałem tak jak ona spadochroniarstwa. Karolina wywodzi się z Kaszub, gdzieś tam w Rokitkach jest jej dom rodzinny. Ale tak samo jak ja jest złakniona świata. To ona przekonała mnie, że nie ma ciekawszych miejsc na świecie jak stolica starożytnego państwa Inków – Cusco, zbudowana z kamiennych bloków lub zawieszone pomiędzy niebem i ziemią, tajemnicze miasto Inków - Machu Picchu, jak zagubione w ostępach leśnych wioski, w których czas się zatrzymał w okresie Pizarra i konkwisty, że nie ma nic bardziej magicznego niż  kraj kondorów  -  Peru. Nie potrzeba było wiele zabiegów. Decyzja zapadła  -  jedziemy razem do Ameryki Południowej. Stany Zjednoczone nie wchodziły w grę. Nas interesuje poznawanie świata, który jest jak najdalej od współczesnej cywilizacji. To miało miejsce pod koniec stycznia 2008 roku. Na przygotowanie podróży wyznaczyliśmy sobie pół roku. Ja zajmowałem się logistyką, ustaleniem marszruty, zdobywaniem map, informacji koniecznych do podróży. Karolina planem finansowym, aprowizacją, kulturą.

S.M. Karolina Karszna to tak samo jak pan, panie Jakubie, niespokojna dusza, ale przecież płeć piękna nie jest predysponowana do wspinania się na niebotyczne szczyty, przeczesywania gąszczy dżungli lub pieszych wędrówek z plecakiem przez pustynię i to jeszcze w  piekielnym upale. Jak ona to zniosła  -  oto jest pytanie?

J.B. Myślę, że warto byłoby ją o to zapytać. Mogę powiedzieć, że jestem  pełen podziwu, że przetrwała ciężkie odcinki trasy, które wymagały nie byle jakiej kondycji, hartu ducha i wytrzymałości. Zwłaszcza przez dżunglę lub pustynię. Kobieta z natury rzeczy jest mniej odporna fizycznie, bardziej wrażliwa na higienę i skłonna do złych nastrojów. Ale Karolina miała niezwykle silną motywację. Jej celem było Machu Picchu. Nie załamała się nawet utratą plecaka i tym, że trzeba było później w stolicy Boliwii La Paz przez cały tydzień odtwarzać skradzione dokumenty.

S.M. Poproszę teraz  o praktyczne rady. Co jest niezbędne do odbycia dalekich podróży, czy konieczne są duże pieniądze, znajomość języków obcych, doświadczenie w tego rodzaju wyprawach ?

J.B. O powodzeniu w takiej wyprawie w gruncie rzeczy decydują dwie rzeczy: plecak i buty. Najważniejszy jest plecak, a właściwie jego zawartość.  Zabieramy rzeczy niezbędne. Namiot, śpiwór jak najlżejsze. Odzież ograniczamy do minimum. Eliminujemy rzeczy niepotrzebne. Trzeba pamiętać o apteczce, antybiotykach. Buty powinny być sprawdzone, rozchodzone.
Najdrożej kosztuje przelot samolotem. Podróżując auto-stopem oszczędzamy znacznie wydatki. Samo wyżywienie nie jest tak drogie, mieści się w granicach 5 dolarów dziennie . Dochodzą do tego noclegi, tam gdzie nie da się spać pod namiotem, no i środki lokomocji  -  pociąg, autobus, samochód. Oczywiście konieczna jest znajomość angielskiego, dobrze jest znać język miejscowy przynajmniej w niezbędnym zakresie. W Ameryce Południowej przydatny jest hiszpański. Trzeba się przygotować kondycyjnie by móc pokonywać wiele odcinków pieszo i to zarówno przez dżunglę jak i przez pustynię. A także wspinać się na szczyty górskie w Andach lub Kordylierach, o jakich nam się w Polsce nie śniło. Potrzebna jest niebywała cierpliwość i determinacja. Bywało, że na pojazd, którym moglibyśmy posunąć się dalej auto-stopem, czekaliśmy kilka, a nawet kilkanaście godzin. Nasza wyprawa trwała pół roku, to wystarczający okres by na własnej skórze odczuć to, co się pięknie nazywa  -  nostalgia.

S.M.. Czy na podjecie decyzji miała wpływ lektura książek, artykułów prasowych, programów TV, czy też jeszcze inne motywy?

J.B. Nie było takiej książki, ani też takiego podróżnika, który bezpośrednio wpłynąłby na podjęcie wyprawy do Peru. Natomiast książek podróżniczych było wiele, także artykułów prasowych. Telewizja odegrała tu najmniejszą rolę. Od dawna brakuje mi czasu na ślęczenie przed ekranem TV.
Moim przewodnikiem duchowym jest Ryszard Kapuściński. Jego książki są dla mnie ideowym drogowskazem. Szanuję go za życzliwy stosunek do ludzi, do prostych, zwykłych, napotkanych po drodze mieszkańców tej ziemi.  Zapadło mi głęboko w pamięci jego powiedzenie o tym, co jest niezbędne do dobrej książki podróżniczej: rok czytać, rok jeździć, rok pisać. Dlatego nie myślę o pisaniu na temat mojej podróży do Ameryki Południowej. Nie spełniam dwóch pierwszych warunków. Karolina sporządzała notatki. Niestety  -  w Boliwii skradziono jej plecak. Obok dokumentów i wszystkich innych rzeczy była tam też jej kronika.
Po tym przykrym doświadczeniu nie miała już chęci by cokolwiek zapisywać.

S.M.. A teraz rzecz najważniejsza, kilka słów o samej podróży, trasa wyprawy, najciekawsze miejsca, największe przeżycia i wrażenia?

J.B. Początek naszej wyprawy, to 2 września 2008 roku. Wylecieliśmy samolotem z Warszawy do Sao Paulo. To największe miasto w Brazylii (ponad 13 mln. mieszkańców), ale nie zwiedzanie miasta, ani też słynny na całym świecie wieżowiec hotelu Hilton były celem naszej podróży. Udaliśmy się daleko od aglomeracji na wieś, gdzie czekał na nas mój kolega Brazylijczyk, którego poznałem w Anglii. Okazało się, że znajduje się tutaj duże środowisko polonijne. Przez parę dni skorzystaliśmy z ich gościnności, a potem ruszyliśmy w drogę  przecinając wszerz południową część Brazylii do Paragwaju, a stamtąd  do Argentyny, Chile i Boliwii. Ostatnim miejscem naszej eskapady było wymarzone przez Karolinę  -  Peru.
Podróżowaliśmy korzystając z nadarzających się różnych środków komunikacji, najczęściej stopem, bo tak było najtaniej. W kilku miejscach zatrzymaliśmy się dłużej, a więc na dwa, trzy, cztery tygodnie, najdłużej, rzecz ciekawa w Boliwii, która stanowiła dla nas pod wieloma względami prawdziwe odkrycie.

 Etapami podróży były najatrakcyjniejsze miejsca turystyczne, krajobrazowe, przyrodnicze. Ameryka Południowa nazywana jest kontynentem rekordów natury. Kilka z nich udało się nam zobaczyć i doświadczyć na własnej skórze. W Brazylii, Argentynie i Chile nie zagrzaliśmy długo miejsca, bo tu było najdrożej. Znacznie tańsze są Paragwaj, Boliwia  i Peru (za wyjątkiem znanych miejsc turystycznych w Peru). Pomiędzy tymi pierwszymi i drugimi krajami widoczna jest przepaść w  rozwoju techniki i poziomie życia. Jak już wspomniałem zaskoczyła nas Boliwia .Najpierw negatywnie, z powodu kradzieży plecaka, ale potem już bardzo pozytywnie. Kraj ubogi, ale ludzie nadzwyczaj życzliwi. Nie zapomnimy boliwijskich steków wołowych, najlepszych na świecie Jest tutaj niewyczerpany ogrom atrakcji przyrodniczych i krajobrazowych, ale źle lub wcale nie rozreklamowanych, nieznanych na rynku turystycznym. To właśnie w Boliwii zachwycił nas księżycowy krajobraz Salar de Uyuni, wyschniętego jeziora o nieogarnionych brzegach, albo żeglownego jeziora Titicaca, wypełniającego olbrzymią depresję równiny wysokogórskiej długości 230 i szerokości 97 km. To jezioro jest położone na wysokości 3820 m  n.p.m. (najwyżej na świecie). Niegdyś zamieszkałe przez Tiahuanaco, lud o bogatej kulturze, której zabytki wzbogacają muzea La Paz, najwyżej położonej stolicy na świecie. Z La Paz prowadzi karkołomna droga, nazwana drogą śmierci. Z wysokości 4725 m zjeżdżamy wiszącą nad przepaściami wąską, krętą, kamienistą drogą na złamanie karku do Coroico,(1100 m n.p.m.),  miasta – bramy do boliwijskiej dżungli.

W Ameryce Południowej, jak już wspomniałem jest wiele miejsc, o których możemy mówić, zaczynając od przyrostka „naj”. Na granicy Brazylii i Argentyny widzieliśmy wodospady Iquazu, największy zespół wodospadów na świecie. Jest ich w sumie 275, co jeden to większy, najwspanialszy Gardziel Diabła (Gargantua del Diablo) ma szerokość 2 i pół kilometra. Proszę sobie wyobrazić ścianę wodną spadającą  z olbrzymiej wysokości na tak dużej przestrzeni. Albo wulkan Misti, w regionie Arequipa w Peru wysokości 5820 m n.p.m. Albo peruwiańskie Iquitas, miasto w amazońskiej dżungli, do którego można przylecieć samolotem, albo dopłynąć łodzią dopływami Amazonki, innej drogi nie ma, chyba z maczetą przez dżunglę.

 Niezapomniane wrażenie pozostawiła pustynia Atakama w Chile, miejsce zabójcze, ciągnące się 150 km. z temperaturą ponad 50 stopni Celsjusza, o średnich opadach rocznych kilkakrotnie mniejszych niż na Saharze. W centrum jest tak zwana Księżycowa Dolina, gdzie nie spada ani kropla deszczu, najbardziej jałowe miejsce na ziemi. W Chile podziwialiśmy ciągnące się kilometrami winnice, w Boliwii  -  rozmaitość kaktusów, w Amazonii dżungle, obfitujące w miejsca, gdzie jeszcze nie stąpała noga ludzka.. Tego się nie da powiedzieć, to było mimo ciągnącego się czasu (pół roku), takie nagromadzenie przeżyć i wrażeń, że do dziś jeszcze nie można się z tego otrząsnąć. Obydwoje z Karoliną wracając z Machu Picchu przyrzekliśmy sobie, że tu jeszcze wrócimy, to jest nasze pierwsze, zaledwie muśnięcie, przeogromnych bogactw przyrodniczych i krajobrazowych Ameryki Południowej.

 S.M.  No właśnie. Mam jeszcze jedno na koniec pytanie Co dalej? Czy ta podróż wystarczy na jakiś dłuższy czas, czy też już rodzą się pomysły i plany kolejnych wojaży ?

J.B.  Ta podróż, to początek. Lada dzień wyjeżdżamy do pracy w Anglii by uzbierać pieniądze na kolejną wyprawę. Chyba zostaliśmy dotknięci tą chorobą, o której mówił Ryszard Kapuściński. Mam nadzieję, że tym razem będzie to Daleki Wschód. Widzę siebie z Karoliną jak kroczymy z plecakami murem chińskim, albo po stepach Mongolii, jak wspinamy się po stromiznach Himalajów w Nepalu. Marzymy o Tybecie, ale tam sytuacja polityczna jest niejasna.

S.M.  Trzymamy kciuki za pomyślną realizację planów. Dziękuję za interesującą rozmowę. 


Nie wiem, czy udało mi się tą rozmową zachęcić Czytelników do podróżowania po dalekim świecie. Do tego potrzebna jest niezwykła rozwaga i determinacja. To ryzyko przede wszystkim dla młodych.
Ale i w naszym bliższym, europejskim świecie możemy znaleźć wiele interesujących miejsc, których poznanie wzbogaci naszą wiedzę o świecie i nie jest tak niebezpieczne. A przecież przed nami lato – najlepsza pora do podróżowania.