Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

niedziela, 29 kwietnia 2012


Dlaczego?

 

Jak często przy niedzieli proponuję dla odprężenia mały wierszyk refleksyjny. Pytanie wydaje się stare jak świat, dlaczego?

Pisali poeci wiersze  -   o kobiecie,
opiewali jej oczy płonące, łabędzią szyję,
usta różane, piersi alabastrowe.
Pisali, że jest gwiazdą na orbicie,
Że wszystko co żyje dla niej żyje,
Że nie da się wyrazić tego słowem.

Poeci wielcy i mali  -  o kobiecie wiersze pisali.

Pisali poeci wiersze  -  o miłości,
mówili że treścią jest życia,
że jej płomień oczyszcza lub niszczy.
Pisali by jej nimbem serca wymościć,
w blasku jej aureoli się ziścić.

Poeci wielcy i mali  -  o miłości wiersze pisali.

Pisali poeci wiersze  -  o ojczyźnie
do macierzy ją porównywali,
dla niej życie gotowi byli poświęcić.
I tęsknili za nią na obczyźnie,
łzy ronili, szaty targali,
w jej imieniu chcieli wrogu łeb ukręcić.

Poeci wielcy i mali  -  o ojczyźnie wiersze pisali.

Pisali poeci wiersze  -  o kobiecie,
o miłości, ojczyźnie, posłannictwie dziejów,
o tym co piszczy w trawie
o tym co się dzieje w kuwecie,
o mięcie co pachnie przy stawie,
o przeszłości Polski Piastów – kołodziejów.

Poeci wielcy i mali  -  pisali wiersze i pisali.

Więc dlaczego, na miły Bóg , młodzi ludzie
wygaszają monitory wieczorami,
z niegasnącym entuzjazmem, w znojnym trudzie,
zapełniają wciąż kajety  -  wierszykami?

Fot. z galerii miejskiej Głuszycy.

piątek, 27 kwietnia 2012


Wałbrzyskie impresje



Zadaję sobie pytanie czy wielu Wałbrzyszan ma świadomość, w jakim żyją mieście. Przygniatająca większość zna miejsce swego domu, najbliższe ulice i place, wie gdzie można dojść pieszo, kiedy zaś trzeba skorzystać z miejskich lub własnych środków lokomocji. Bywamy w centrum miasta, bo tam jest piękny rynek, urzędy i sklepy. Znamy najważniejsze centra handlowe, nie tak dawno zbudowane markety na Piaskowej Górze, na Podzamczu, no i przyprawiający o zawrót głowy, nowoczesny hipermarket Galeria Viktoria na Sobięcinie. Wiemy też jak wyjechać z miasta w bliższe lub dalsze okolice i jak powrócić do swojego domu. Znamy główne ulice i place  -  Aleję Wyzwolenia od Placu Tuwima do Placu Grunwaldzkiego, a stąd drogę do rynku lub w inne kierunki miasta. Gorzej jest ze znajomością innych, odleglejszych dzielnic, a już całkiem źle z poznaniem otaczających nas gór. W interesującym blogu „Moje Klimaty” wspominana już przeze mnie p. Ewa z Wrocławia pisze o Wałbrzychu jako mieście kontrastów i dokumentuje to serią znakomitych fotografii. Są na nich miejsca wzbudzające fascynację, ale są tez takie, które budzą odrazę Niestety, długie lata zastoju w zakresie remontowym budynków komunalnych i państwowych przyniosły za sobą  opłakane skutki.
Żeby mieć pojecie co to jest za twór ten Wałbrzych, warto m. in. od czasu do czasu zajrzeć do dobrej, szczegółowej mapy. Dopiero tam otwiera się przed naszymi oczami obraz zupełnie niezwykłego, dużego miasta.
To nie jest typowe miasto średniowieczne, jak Świdnica lub Ząbkowice, o zwartej zabudowie w kształcie regularnego okręgu, w którym centralne miejsce zajmuje rynek z ratuszem i promieniście rozchodzące się we wszystkie strony świata ulice. Na obrzeżach miast umieszczono nowoczesne dzielnice mieszkaniowe, fabryki, markety.
Wałbrzych ma również swoje śródmieście, choć sam rynek pnie się w górę, a jego ulice nie są tak regularne. Ale starówka miejska, bez ratusza, który ongiś zdobił rynek, podobnie jak postawione obok kościoły i budynki publiczne, stanowią niewielką część miasta, które jest rozległym konglomeratem kilkunastu dzielnic, ciągnących się z południa na północ na przestrzeni kilkunastu kilometrów. I to jeszcze nie wszystko. Wałbrzych jest położony w rozległej kotlinie śródgórskiej, urozmaiconej i pofałdowanej, przy czym kotlina ta jest wokół zabudowana kolorowymi dzielnicami kamienic i domków jednorodzinnych. To wszystko wtopione w przyrodę otaczających miasto zalesionych wierzchołków gór może budzić podziw i zdumienie. Niewiele jest w Polsce miast mogących zachwycić tak  urzekającym krajobrazem. Ani Jelenia Góra, ani Kłodzko, ani Bielsko-Biała również położona w pięknym, podgórskim obszarze krajobrazowym Beskidów nie umywają się do wałbrzyskiej enklawy.

Każda z dzielnic Wałbrzycha jest inna, ma swoją specyfikę, swoje atuty, lepsze i gorsze strony. Każda z nich mogłaby z powodzeniem pełnić rolę odrębnego miasteczka lub wsi, tak jak to miało miejsce wcześniej, albo tuż po wojnie z dzielnicą Biały Kamień, gdzie do początków lat pięćdziesiątych funkcjonowało osobne miasto. Już w okresie międzywojennym nastąpiło wtopienie większości otaczających śródmieście osiedli w jeden organizm miejski przy czym dużą rolę odgrywało łączenie poszczególnych szybów węglowych w duże kompleksy kopalniane. Okoliczne wsie - Rusinowa, Kozice, Poniatów, Konradów, Lubiechów  wchodziły zaraz po wojnie w skład wiejskiej gminy Wałbrzych, dopiero z upływem czasu z postępująca utratą  charakteru rolniczego przekształciły się w dzielnice miejskie.
Dla ilustracji tego co powiedziałem wyżej spróbujmy prześledzić mapę Wałbrzycha rozpoczynając naszą penetrację od Podzamcza (na południu miasta) do Podzamcza (na północy). Okazuje się, że Wałbrzych ma dwa Podzamcza.
To pierwsze położone w pobliżu dworca kolejowego Wałbrzych Główny, zawdzięcza swą nazwę Górze Zamkowej, na której możemy dziś obejrzeć ruiny dawnego zamku Nowy Dwór. Ta niewielka, przedwojenna dzielnica łączy się bezpośrednio w górę z Glinikiem Nowym i Starym, a w dół z Podgórzem, większą już dzielnicą u stóp odrębnego masywu górskiego Niedźwiadków.

 To drugie Podzamcze, to zupełnie nowa dzielnica mieszkaniowa, położona w pobliżu Książańskiego Parku Krajobrazowego z zamkiem Książ. Mało tego  -  to największa dzielnica Wałbrzycha, zwarte skupisko wielopiętrowych bloków w kształcie kola, którego linię stanowi  asfaltowa obwodnica okalająca zespół miejski. Mogłoby Podzamcze z powodzeniem wybić się na osobne miasto, bo liczy kilkanaście tysięcy mieszkańców, ale zdecydowana większość z nich jest  związana z miejscami pracy w innych częściach Wałbrzycha. Nie bez kozery nazywają niektórzy tę dzielnicę „sypialnią Wałbrzycha”.

Powróćmy jednak do Podgórza, by spokojnie prześledzić ciąg niezwykle urozmaiconego miasta.
Gdybyśmy z Podgórza skręcili na wschód ulicą Świdnicką dojeżdżamy do głównej drogi z Nowej Rudy, Głuszycy, Jedliny-Zdroju do Wałbrzycha. Tu właśnie napotykamy kolejną dzielnicę Wałbrzycha  -  Rusinową, a jeszcze dalej na wschód  -  Kozice, w obu przypadkach dawne wsie, które rozrosły się w miarę upływu lat w osiedla rzemieślniczo-usługowe i mieszkaniowe. Za Kozicami w Nowym Julianowie docieramy do wałbrzyskiej wschodniej obwodnicy, skąd szeroką dwupasmówką przecinamy tereny Wolnej Strefy Ekonomicznej z całym szeregiem nowo zbudowanych zakładów przemysłowych. Tą drogą dojeżdżamy do Szczawienka, dużej dzielnicy Wałbrzycha, a dalej do Podzamcza, zamykających miasto Wałbrzych od północy. Możemy też z Kozic pojechać do Poniatowa, kolejnej dzielnicy powstałej z dawnej wsi, docierając do Piaskowej Góry, nowoczesnej dzielnicy bloków mieszkalnych i handlowo-usługowych, jednej z piękniejszych dzielnic Wałbrzycha.
W ten opisany powyżej sposób docieramy do północnych dzielnic Wałbrzycha omijając centrum miasta. Zdecydowanie częściej mieszkańcy południowych dzielnic jadą do centrum główną drogą przez miasto, pozostawiając na zachodzie poboczne dzielnice  -  Gaj (przy drodze do Mieroszowa) i Sobięcin ( przy drodze do Boguszowa-Gorc ), a na wschodzie Nowe Miasto, dzielnicę bezpośrednio przylegającą do dawnego śródmieścia, czyli centrum Wałbrzycha.

 Mijamy położony w dole rynku Plac Tuwima i Aleją Wyzwolenia (jedną z reprezentacyjnych ulic miasta) docieramy do Placu Grunwaldzkiego, a stąd możemy jechać bezpośrednio do dzielnicy Biały Kamień, tam skręcić w kierunku masywu Chełmca by obejrzeć piękne kamienice i domki jednorodzinne w dzielnicy Konradów, i dalej  podjechać do bajecznego Szczawna-Zdroju. Możemy też z Placu Grunwaldzkiego jechać w kierunku Dworca Miasto do historycznej dzielnicy Stary Zdrój. Mijamy dawną przemysłową część Wałbrzycha z hutą szkła  i docieramy na Piaskową Górę, albo też jedziemy dalej  bez skręcania w lewo  -  do Szczawienka, a jeszcze dalej na książańskie Podzamcze. Warto jeszcze zwrócić uwagę na Lubiechów, najdalej wysuniętą w kierunku północno-wschodnim dzielnicę Wałbrzycha, też w niedalekiej przeszłości wieś, pięknie położoną w pobliżu uroczego jeziorka Daisy .
Uzbierało się jak widać sporo części składowych Wałbrzycha, dużego zwłaszcza pod względem obszaru podsudeckiego miasta.
Rzut oka na mapę Sudety Środkowe, Okolice Wałbrzycha, na której zaznaczone są kolorem części zabudowane miasta z głównymi drogami pozwala dostrzec sylwetkę stojącego na tylnich nogach konia (to drogi z Rybnicy Leśnej i Jedliny) z przednimi kopytami (Biały Kamień i Szczawno) oraz łbem końskim (Podzamcze). Część łonową tego monstrum stanowi śródmieście i to się zgadza, bo tutaj się to wszystko zrodziło.
Dobrze by było, aby ten wałbrzyski koń stał się koniem trojańskim w podboju kasy unijnej, która pozwoliłaby dawnemu górniczemu miastu odzyskać świetność i urodę harmonizującą z pięknem otaczającego je krajobrazu. 

Fot.  Blog "Moje Klimaty" ikropka@gmail.com   

czwartek, 26 kwietnia 2012


Wałbrzyskie – kraina nieznana


To jest szczególna misja, którą sobie wybrałem. Opowiadać o ciekawych miejscach w wydawałoby się tak mało interesującym i cieszącym się złą sławą regionie wałbrzyskim. Jeszcze nie tak dawno przed reformą administracyjną kraju Wałbrzych był miastem wojewódzkim, a teren województwa z całą Ziemia Kłodzką można było uznać za jeden z  najbardziej turystyczno-wypoczynkowych i leczniczych obszarów kraju. Wprawdzie Jelenia Góra mogła się szczycić Karkonoszami ze Śnieżką, Szklarską Porębą,  Karpaczem, Cieplicami, Świeradowem-Zdrój, ale wałbrzyskie nie było gorsze z Górami Kamiennymi, Sowimi, Stołowymi, miastami zdrojowymi  Lądkiem, Polanicą, Dusznikami, Kudową, a także Szczawnem i Jedliną. A ponadto województwo wałbrzyskie wzbogacały  -  Świdnica i Kłodzko. Po reformie uczyniono z Wałbrzycha miasto będące siedzibą dwóch powiatów  -  grodzkiego i ziemskiego, znaleźli się jednak dzielni chłopcy z SLD, którzy pozbawili miasto przywilejów powiatu grodzkiego, zacierając zupełnie wojewódzką rangę tego miasta. Dziś okazuje się coraz wyraźniej, że równocześnie pozbawiając miasto możliwości korzystania z programów unijnych przynależnych powiatom grodzkim.
W tych niezbyt korzystnych warunkach Wałbrzych dźwiga  się z upadku po likwidacji wałbrzyskich kopalń, ale towarzyszą temu rozmaite trudne problemy związane z bezrobociem, których symbolem znanym na całą Polskę okazały się bieda-szyby. Problemów gospodarczych, socjalnych, mieszkaniowych jest wiele, ale coraz wyraźniejsze są pozytywne zmiany i Wałbrzych odsłania nieśmiało swe drugie oblicze  -  miasta położonego w rozległej kotlinie otoczonej  pięknymi krajobrazowo górami,  dużego pod względem obszaru  i liczby ludności, prężnego ośrodka przemysłowego i  handlowo-usługowego. Wałbrzych okazuje się miastem cennych zabytków, bogatej historii i dobrego sąsiedztwa otaczających go miast i gmin. Razem może tu powstać podobne jak w Jeleniej Górze i Kłodzku prężny ośrodek turystyczno-wypoczynkowy i uzdrowiskowy. Trzeba tylko priorytety znane ze strategii rozwoju miasta i powiatu przekuć w konkretne dokonania. Trzeba odbudować to co funkcjonowało już dawniej w turystyce i wypoczynku, otwierać kolejne atrakcje turystyczne, a co najważniejsze zadbać o dobrą, nowoczesną promocję regionu. Dobry przykład daje Wrocław, Świdnica, trzeba z tych wzorów korzystać.


 Wbrew temu co skrzeczą nieuleczalni malkontenci Wałbrzych nie zamarł w bezruchu i nie dzieją się w nim tylko rzeczy, które przynoszą mu złą opinię. Umykają w tłoku medialnych newsów korzystne zmiany, które czynią z Wałbrzycha nowoczesne miasto przyszłości. Będę o tym pisał od czasu do czasu tak jak czyniłem to dotąd w kilku postach, kierując się zasadą, że dobre słowo potrafi zdziałać więcej niż totalna krytyka. Mam nadzieję, że moje blogowe pisanie jest i będzie tą kropelką, która drąży skałę.
Mozolnie tworzone nieraz posty w moim blogu nazywam  -  podłuby. To taki neologizm dla własnego użytku, a pochodzi od słowa dłubanie. Wolę go, bo ma polskie, a nie zagraniczne korzenie. Jakoż rzeczywiście często muszę się sporo nadłubać, aby osiągnąć efekt w postaci krótkiego, konkretnego tekstu, potrafiącego zainteresować moich znakomitych Czytelników.



Moim dzisiejszym zamiarem było podzielenie się z Państwem podniosłym wrażeniem, które odniosłem jadąc do Wałbrzycha z Głuszycy przez Kozice, Nowy Julianów  -  nową drogą z wiaduktem, stanowiącą wschodnią część  obwodnicy miasta. Dojazd na Podzamcze tą drogą to prawdziwa przyjemność. To właśnie jadąc tędy „Wałbrzych mój widzę ogromny”, bo roztaczają się tu widoki na rozległą panoramę miasta pod  Borową, Chełmcem, Trójgarbem, ale także nowoczesną część przemysłową, stale rozbudowującą się i wskazującą, że może w regionie ze swej natury turystycznym, rozwijać się przemysł „ekologiczny”, znakomicie harmonizujący z urbanistyką  współczesnych dzielnic mieszkaniowych  -  Podzamcza, Piaskowej Góry, a nawet rysującego się po prawej stronie  -  Książańskiego Parku Krajobrazowego. Każdy kto tędy nie jechał nie może powiedzieć, że zna Wałbrzych. Gdyby to był Jan z Czarnolasu Kochanowski, mógłby z powodzeniem znów napisać: „serce roście patrząc na te czasy”. A przecież to nie tylko Wałbrzych, bo wiele dobrych rzeczy dzieje się wszędzie wokół, na całej ziemi wałbrzyskiej, w naszym przebogatym regionie dolnośląskim, który żyje teraz zbliżającym się Euro 2012. Spójrzmy na nasze miasto Wałbrzych i jego okolice nieco bardziej optymistycznym okiem.

Fot. z galerii miejskiej  Wałbrzycha w internecie

wtorek, 24 kwietnia 2012


Na końcu świata, cz. II


Fot. Robert Janusz

Fot. Robert Janusz
Wracam ponownie do książki Olgi Tokarczuk „Prowadź swój pług…”:

„Nie ma się co dziwić ludziom, którzy opuszczają Płaskowyż zimą. Trudno jest tu mieszkać od października do kwietnia, wiem coś o tym. Co roku spada tutaj wielki śnieg, a wiatr starannie rzeźbi z niego zaspy i diuny.  Ostatnie zmiany klimatyczne ociepliły wszystko, tylko nie nasz Płaskowyż . A wręcz przeciwnie, zwłaszcza w lutym, śniegi są większe i dłużej leżą.  Mróz kilka razy w ciągu zimy dochodzi do dwudziestu stopni, a zima kończy się na dobre w kwietniu…
Zima pięknie otula wszystko białą watą, skraca maksymalnie dzień, tak że gdy się nieopatrznie zasiedzi w nocy, można się obudzić w Mroku popołudnia następnego dnia, co przyznam szczerze -  zdarza mi się coraz częściej od zeszłego roku. Niebo wisi tu nad nami ciemne i niskie, jak brudny ekran, na którym rozgrywają się nieposkromione batalie chmur. Po to są nasze domy  -  żeby chronić nas przed tym niebem, inaczej przeniknęłoby do samego wnętrz naszych ciał, gdzie podobna małej szklanej kulce, tkwi nasza Dusza. Jeżeli coś takiego w ogóle istnieje…”
Zima, jak widać to wyraźnie we fragmencie  powieści nie nastraja powieściopisarki zbyt optymistycznie. Nie zachęca nas do zamieszkania tu na stałe. Co innego jeśli ma się tylko daczę, w której można się zaszyć w letnie lub wczesnojesienne weekendy. Nawet dłuższe parotygodniowe pobyty w ciepłych porach roku mogą wywołać uczucie splinu i nostalgii za gwarem miejskich ulic. A co dopiero zimą.
Ja podróżowałem przez Dworki i Krajanów zwykle letnią porą. Był taki okres, kiedy zdarzało mi się to dość często. Nie ukrywam, że m. in. spowodowała to pisarka. Olga Tokarczuk, którą miałem okazję poznać na spotkaniach literackich. Nieodwołalnie szukałem za każdym razem realnych śladów, których literackie odbicie znajdowałem w jej książkach. Nie potrafię rozstrzygnąć w jakiej mierze mój sentymentalny  nastrój był wynikiem odsłaniających się znienacka coraz to piękniejszych, urzekających krajobrazów, a ile w tym było zniewalającej aury jej książek  -  „Dom dzienny, dom nocny”, „Prawiek i inna czasy”, czy wspomniana w cytowanym fragmencie powieść „Prowadź swój pług przez kości umarłych”.
Wiadomo, co innego przejechać się tędy samochodem, nawet bardzo wolno z przystankami, a co innego zostać tu na stałe.
Obydwie wiosczyny, Dworki i Krajanów, przyssane do szosy i niewielkiego, bystrego potoku, nie należą do bogatych, strojnych, paradnych. To wsie ubogie, tak samo jak ich mieszkańcy, mający świadomość, że mieszkają tam, gdzie diabeł mówi dobranoc. Z  Wałbrzycha jedziemy tu przez Głuszycę, by w Świerkach zaraz na początku skręcić w lewo.  Naszym oczom ukaże się niebywałe zjawisko, to widoczny jak na dłoni kamieniołom melafiru, w którym kasuje się od paru lat liczącą sobie 713 m. npm. Słoneczną Kopę, znikającą  z horyzontu jak domek z kart.
Mijamy ją bokiem i kilkaset metrów dalej zjeżdżamy serpentynami do celu naszej wycieczki.


Wzgórza Włodzickie
 Dworki, to zaledwie kilkanaście domów rozproszonych w kotlinie na granicy Gór Suchych od zachodu i Wzgórz Włodzickich od wschodu.. Rozległą, pofałdowaną dolinę zajmują głównie łąki i pastwiska, pól uprawnych jest niewiele. Lasy porastają gęsto zbocza i grzbiety gór. Wieś położona jest dość wysoko, bo ok. 600-650 m. npm. Z Dworek w miejscach widokowych roztacza się piękna panorama Gór Suchych, Wałbrzyskich, Sowich. Naprawdę jest się czym zachwycić, ale i jest  się nad czym rozczulić. Można uruchomić wyobraźnię i wymalować w niej obraz wsi letniskowej, pełnej stylowych domków wypoczynkowych i wczasowiczów.
Kilkaset metrów dalej, najpierw pod górę, potem w dół i dojeżdżamy do Krajanowia. Wzdłuż całej drogi ciągnie się od zachodu ściana pasma Gór Suchych z Głowami, Wysoką i Włodarzem. Tędy biegnie też granica z Czechami, a wzdłuż pasa granicznego  -  szlak turystyczny pieszy. Niestety, pojawiają się tutaj tylko wytrawni turyści. Grzbiety górskie porośnięte są lasem świerkowo-bukowym, a niżej położone łąki urozmaicają kępy drzew i zarośli. Nie widać tu szczególnej ingerencji człowieka w to, co stworzyła i tworzy natura. Krajanów to stosunkowo  duża wieś, jedna z większych w powiecie noworudzkim. Już od dawna zatraciła charakter wsi rolniczej. Wiadomo – gospodarka rolna w wysoko położonych terenach górskich jest zupełnie nieopłacalna. We wsi jest kościół Św. Jerzego z 1418 roku, wielokrotnie przebudowywany i remontowany, obok cmentarzyk z zabytkowymi nagrobkami, otoczony murem, a jeszcze dalej budynek plebanii, jest  też sklep spożywczo-przemysłowy. Z dawnego zespołu dworskiego w centrum wsi poniżej kościoła zachował się budynek gospodarczy z basztą i bramą wjazdową z drugiej połowy XIX wieku. Na terenie wsi i przy okolicznych drogach stoi kilka murowanych kapliczek i figur przydrożnych, w tym charakterystyczne krzyże żeliwne. Najważniejszym walorem wsi są przepiękne krajobrazy, bezpośrednia bliskość naturalnej, niczym nie skażonej przyrody.
Od paru lat Krajanów  się szczyci Olgą Tokarczuk, której dom rodzinny wskażą chętnie mieszkańcy wsi. Wielu z nich zna jej książki, rozmawiają o nich z zadowoleniem i satysfakcją.
Krajanów ma jeszcze jeden powód do dumy, o czym wiedzą tylko nieliczni. Stąd wywodzi się August Grőger (urodzony  w 1894 r., zmarły w Ihne w 1953 r.), niemiecki pisarz, z zawodu górnik, piszący w gwarze kłodzkiej. Swego czasu wrocławska rozgłośnia radiowa nadawała liczne fragmenty jego opowiadań i powieści.
To rzecz dość osobliwa,  że z małej wioski, zaszytej w górach, wywodzi się dwoje sławnych pisarzy. Czy ma to jakiś związek z tutejszym „klimatem” wsi zagubionej na końcu świata ? Oto jest pytanie. Osobiście jestem przekonany, że tak.
kierdel




Ale aby się o tym osobiście przekonać najlepiej wybrać się tutaj na wycieczkę. Z Krajanowa przez uroczą Sokolicę, powyżej której na zboczach Wzgórz Włodzickich pasą się latem i jesienią przywiezione na wypas stada  owiec „spod samiuskich Tater”, spadamy z wysoka do Włodowic, a stąd już parę kroków do Nowej Rudy, miasta które poczyniło już wiele, by ten epitet  -„Nowej”  - nabrał właściwego blasku.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012


Na końcu świata, cz. I



 Określenie koniec świata,  nie jest jednoznaczne. Możemy je pojmować w sensie biblijnym z Apokalipsy jako zagładę życia na ziemi i koniec człowieczeństwa, albo też geograficznym jako miejsce krańcowe, ostateczne, gdzie kończy się dana przestrzeń. W tym sensie sprawa nie jest taka prosta, bo ziemia jest okrągła, a więc koniec jakiejś przestrzeni, okazuje się zarazem jej początkiem.
W moim dzisiejszym poście piszę o końcu świata w znaczeniu uproszczonym.. Jest on tam, gdzie kończy się podróżowanie i dalej nie możemy już podążać. Taką granicą może być koniec drogi, a może to być granica państwowa, albo pasmo gór, które oddziela nas od reszty świata z uwagi na trudności w jego pokonaniu. Mogą też te wszystkie wymienione sytuacje wystąpić jednocześnie. I takim właśnie końcem świata chcę zainteresować moich Odbiorców:
 „Nasza osada to kilka domów, które stoją na Płaskowyżu, z dala od reszty świata. Płaskowyż jest dalekim geologicznym krewnym Gór Stołowych, ich odległą zapowiedzią. Przed wojną nasza kolonia nazywała się Luftzug, czyli Przeciąg, dziś zostało z tego nieoficjalne Lufcug, bo oficjalnie nie mamy nazwy. Na mapie widać tylko drogę i kilka domów, żadnych liter. Zawsze wieje tutaj wiatr, masy powietrza przelewają się przez góry z zachodu na wschód, z Czech do nas. Zimą wiatr staje się gwałtowny i świszczący, wyje w kominach. Latem rozprasza się w liściach i szeleści, nigdy nie jest cicho. Wielu ludzi stać na to, żeby mieć jeden dom w mieście, ten całoroczny, oficjalny, a drugi  –  jakby frywolny, dziecięcy  –  na wsi. I tak też domy wyglądają  –  dziecinnie. Małe, przycupnięte, ze stromymi dachami i maleńkimi okienkami. Wszystkie zbudowane przed wojną i wszystkie postawione w taki sam sposób: długimi ścianami na wschód i zachód, jedną krótką na południe – i drugą, do której przylega stodoła, od północy. Tylko dom Pisarki jest trochę bardziej ekscentryczny – dobudowano tu wszędzie tarasy i balkony…”
Tak o swojej wsi napisała w książce „Prowadź swój pług przez kości umarłych” nasza „duma i chwała” , prawie że mieszkanka Wałbrzycha, choć teraz jako wschodząca gwiazda na firmamencie literatury, przebywająca wciąż w podróży, słynna już powieściopisarka, Olga Tokarczuk.
Wiemy o tym, że  wywodzi się ze wsi noworudzkiej, wiemy też że opisaną w powieści „kolonię Luftzug” szukać trzeba na trasie Świerki Dolne – Włodowice, gdzieś tam w okolicy  zasłoniętych lasami podgórskich wiosek Dworki – Krajanów. Tą boczną trasą ze Świerk możemy skrócić sobie drogę do Radkowa w Góry Stołowe, bądź też do Wambierzyc i Polanicy-Zdroju Zyskamy na kilometrach, omijając Nową Rudę, stracimy na komforcie jazdy, bo droga przez Krajanów nie pamięta, że była kiedyś pokryta asfaltem, a ponadto wije się jak pokręcona spirala i faluje w górę i w dół, tak jak to bywa w górach.
Warto jednak wybrać się na wycieczkę tą właśnie trasą. Dlaczego warto? Między innymi dlatego, żeby zrozumieć co to znaczy mieszkać sobie na końcu świata.


 Dworki miałem okazję poznać już dawno temu. Przypominam sobie jak przyjechaliśmy tu samochodem ze szkoły włókienniczej w Głuszycy. Ja jako nauczyciel, wychowawca klasy i ktoś z Komitetu Rodzicielskiego jako kierowca. Mieliśmy zadanie poznać bliżej warunki jednej z moich uczennic, która nie tylko nie dawała sobie rady z nauką, ale w dodatku opuszczała lekcje. Pamiętam do dziś to ekscytujące wrażenie. Powyżej zwykłej szutrowej drogi zielona przestrzeń z resztkami drewnianej palisady. Ni to ogród, ni sad. W gąszczu karłowatych drzew domek parterowy trochę murowany, trochę w drzewie. Wokół pasące się gęsi, kury, wolno plądrujące obejście prosięta Wchodzimy do sieni, drzwi pootwierane. Po lewej coś w rodzaju kuchni i dalej pokoju. Obydwa pomieszczenia wypełnione garami, zastawą stołową, odzieżą, karłowatymi meblami, jednym słowem rozgardiasz, nieład, prymityw. Wołamy, czy ktoś tu jest. W sieni pojawia się z dwojgiem małych dzieci zziajana gospodyni.
- Widziałam, że ktoś przyjechał, ale byłam powyżej w polu z małymi.
- A córka jest w domu? (Oczywiście wymieniam imię córki, które już dzisiaj nie pamiętam).
-  Ona poszła do Krajanowa po chleb i zakupy, bo później sklep zamykają.
Z rozmowy z matką mojej podopiecznej dowiedziałem się, że dziewczyna musi zastąpić ojca, który nie wytrzymał biedy, rzucił wszystko i poszedł w „siną dal”. Kobieta została sama na „gospodarce” z trójką dzieci. We wsi można byłoby wyżyć, ale brakuje pieniędzy na niezbędne zakupy. Wszędzie jest daleko, do sklepu, do urzędu, do miasta. Gdyby jej córka skończyła nawet szkołę włókienniczą, to co dalej?  Pójdzie pracować do miasta, a zostawi swą matkę z maleństwami.
Pomyślałem o tej młodej dziewczynie, mojej uczennicy, jak można jej pomóc. Samo dotarcie do szkoły to prawdziwa droga krzyżowa. Kiedy się uczyć, jeśli w domu trzeba pomagać matce i w gospodarce, i w opiece nad młodszym rodzeństwem. Tę dziewczynę nie można karać za złe stopnie i absencję. Trzeba docenić to, że w ogóle chce coś w życiu osiągnąć.
Przypominam sobie, że dziewczyna otrzymała pomoc z Komitetu Rodzicielskiego i szkoły. Udało się jej skończyć szkołę zasadniczą. Dostała zakwaterowanie i pracę na tkalni w Nowej Rudzie. Mogła dzięki temu pomóc finansowo swej rodzinie.
Myślę, że z biegiem czasu opuściła swe rodzinne Dworki, przenosząc się do miasta, tak samo jak powieściopisarka, Olga Tokarczuk, choć jestem przekonany, że w obu przypadkach więź uczuciowa ze swoim miejscem urodzenia, nawet jeśli miało to miejsce na końcu świata, nigdy nie wygaśnie.
O samych Dworkach i Krajanowie, geograficznym „końcu świata” w naszym sudeckim regionie, w następnym odcinku.

Fot. Viola Torbacka, z albumu domowego.

sobota, 21 kwietnia 2012


Moje wierszowanie



Czy jestem poetą? Nie. Na pewno nie w tym sensie, że interesuję się poezją  na co dzień, piszę mnóstwo wierszy, wydaję tomiki poezji, uczestniczę w spotkaniach poetyckich, konkursach, festiwalach.
Ktoś powiedział, że poetą  można być niekoniecznie pisząc wiersze, bo poezja to wrażliwość na piękno języka, na piękno przyrody i otaczającego nas świata, to duchowość i uczuciowość, a więc to co różni człowieka od  świata przyrody i zwierząt.
Czy jestem poetą? Tak. W takim pojmowaniu poetyckości czuję się poetą. No i  jeszcze do tego dochodzi fakt, że od czasu do czasu próbuję coś napisać wierszem, najczęściej do rymu, ale to tylko dlatego, żeby urozmaicić teksty pisane prozą, żeby je ozdobić, uczynić ciekawszymi i tym sposobem przyciągnąć uwagę moich Czytelników.
Hołduję zasadzie, że jeśli coś piszę, to nie po to, by schować to głęboko do szuflady i od czasu do czasu tam sobie zerknąć po kryjomu, jak do sztambucha. Myślę, że po to się coś pisze, aby ktoś to przeczytał. Ale wiadomo, że z pozyskaniem chętnych do czytania wierszy nie jest łatwo. Stosunek otoczenia do poezji, a zwłaszcza poety jest w najlepszej sytuacji ambiwalentny. Chyba, że się jest Noblistą, Wisławą Szymborską, zwłaszcza z chwilą jej śmierci. Dopiero teraz rozpękła się bania poczytności jej poezji.
Moje wiersze postarzały się w zeszycie, bo pisałem je głównie w latach młodości. Później nie było na to zbyt wiele czasu, nie było też potrzeby. Dziś korzystając z luksusu bycia emerytem (żeby nie było żadnych niejasności odszedłem w stan spoczynku w wieku 68 lat, zanim premier Tusk  wymyślił nową granicę wieku emerytalnego) mam czas nie tylko odgrzebywać dawniejsze dowody talentu, ale też tworzyć coś nowego. A ponieważ dobre Bogi wymyśliły taką zabawę jak blog, a do tego pozwoliły mi  pozyskać sympatię wielu Czytelniczek i Czytelników, więc korzystam od czasu do czasu z tej szansy i drukuję moje wierszyki dla odświeżenia i relaksu.
Dziś na weekendowy czas proponuję dwa wierszyki z czasów młodości. Mam nadzieję, że się spodobają:


Upał

Arbuz słońca na niebie
kipi złotem

pomarańczowy dzień
w szafirowym okręgu okularów
wydaje się
amarantem płonącego morza

z omszałej brody starca
drzemiącego w zasięgu ramion kasztana
sączą się brylantowe
krople wieku

brunatnonodzy malcy
w szarawarach
przesypujący gorące strugi piasku
są Beduinami
kopiącymi na pustyni
studnie artezyjskie

Jestem
jak kamień rudy
w paszczy martenu

zaciskając spieczone wargi
marzę o
lodowatych
igloo Grenlandii


Rozmowa z córką

pytasz
co to jest śnieg
ten srebrny puch
lgnący do rzęs
przytulony do warg

a ja powiadam
królowa Śnieżka
sypie balowe confetti

pytasz
czemu confetti
na wargach
staje się kroplą łzy
czemu we włosach kolią brylantów
czemu na sosnach nadzieniem ptysia
lub kogiel mogiel
do świątecznej babki

i jeszcze pytasz
czemu królowa
śnieżnym natchnieniem
stroi choinki

więc i ja
pytam się Ciebie Królowo
czemu

a Ona
sypnęła naręczem
jedwabnych płatków
i zalśniły w neonie księżyca
najokazalszym
ornamentem


Fot. z internetowej galerii miejskiej Głuszycy i z domowego albumu

czwartek, 19 kwietnia 2012


Współczesny dekalog


Fot. Viola Torbacka
 Jesteśmy już daleko do przodu w rozwoju naszej cywilizacji. Nie potrzebny nam Mojżesz znoszący z góry Synaj kamienną tablicę z dziesięcioma przykazaniami. Mamy nowoczesną technikę, która pozwala zdobyć nie tylko „rząd dusz”, ale i  władzę polityczną. Przyniosła nam ją w darze  -  demokracja, która zapewnia władzę większości.
Przypominam sobie dowcip o pewnym starym góralu, którego młoda dziennikarka pytała tuż po naszych przemianach ustrojowych w 1989 roku:

- To co góralu, jesteście zadowoleni  ze zwycięstwa „Solidarności” ?
- Ano tak.
- A cieszycie się, że mamy wreszcie wolność.
- Pewnie, że się cieszę.
-A że mamy w kraju demokrację?
- Ni.
-Jak to, nie cieszycie się z demokracji, dlaczego?
- A bo to widzicie, moja Pani, teraz mają rządzić ci, co mają we wsi większość. A jak jo się tak na nich patrzę, to widzę, że co jeden to głupszy .

I rzeczywiście, demokracja daję szansę zdobycia władzy przez cwaniaków, wystarczy tylko, że konsekwentnie zastosują się do współczesnego dekalogu. A jaki on jest? 
Oto odpowiedź, by zaś było przyjemniej ją odczytać i zapamiętać, wierszem:

Dziesięcioro przykazań (współcześnie)

Dziejową rolę by odegrać dzisiaj
trzeba:
po pierwsze  -  powołać rzecznika
po drugie  -  gremium doradców – lektorów,
żeby łatwiej było ośmieszyć interlokutorów.

Duch pluralizmu ponieważ jest w cenie
trzeba:
po trzecie  -  utworzyć partię lub stowarzyszenie,
po czwarte  -  program, nie można inaczej,
najlepiej w obronie świata pracy.

Kiedy już mamy program masowy, to zakładamy organ prasowy)

po piąte  -  by niczego nie narzucać z góry,
formujemy poziome struktury.

Jeżeli mamy formację gotową,
po szóste  -  zwołujemy konferencję prasową
(tu pamiętajmy, to zrobi wrażenie,
wywiad z Olejnik w TVN-ie,
totalną krytykę prowadzimy rządu,
który nie sprostał konstruktywnym prądom),

po siódme  -  wywiady dla radia i prasy,

po ósme  -  wsparcie protestów robotniczej klasy.

Tam na czele pochodów idziemy z hasłami,
wołamy głośno: Polsko! Obudź się, chodź z nami!

po dziewiąte  -  niech z oczu nam nigdy nie znika
zdobycie łask hierarchów i Ojca Rydzyka

po dziesiąte  -  banery,  tabloidy, spoty
co rusz jakaś sensacja, w mediach „siódme poty”.

Niczym głodna watacha wilczej sfory,
Ruszamy z impetem   -  na wybory !

 „Uzbrojeni” w „maczety” mamy w kraju wzięcie,
zajmujemy fotele w polskim parlamencie,
bo perfidna to sztuka znana każdej nacji,
by wybić się na  barkach młodej demokracji.

Weźmy sobie do serca tę naukę. Pamiętajmy. Wybory tuż tuż. Trzeba wcześniej zakasać rękawy. Sami widzicie jakie to łatwe i proste. Szanse są w każdej gminie, powiecie, województwie, kraju. Do roboty !

wtorek, 17 kwietnia 2012


Zasiąść przy „okrągłym stołe”


Fot. Robert Janusz

Podstawowym odkryciem historii najnowszej jest to, że rozum odgrywa w naszych dziejach rolę niewielką. Oto konkluzja nie byle kogo, bo wybitnego historyka i pisarza, Pawła Jasienicy. To co się działo w ogromnej pod względem obszaru Rzeczpospolitej pod koniec XVIII wieku, a czego synonimem są takie wydarzenia, jak Konfederacja Barska, a potem Targowica, zaś skutkiem – rozbiory Polski, a tym samym jej wymazanie z mapy Europy, to dość wyraziste przejawy przedkładania osobistych interesów (tzw. prywata) nad dobro ojczyzny. A takich momentów znajdujemy w naszej historii znacznie więcej.
Dość rzadkie są przypadki zwycięstwa zdrowego rozsądku nad uporem i zacietrzewieniem, egoizmem i pragnieniem utrzymania lub zdobycia władzy, przypadki które zapobiegły możliwym do przewidzenia tragicznym skutkom. Takim najświeższym wyjątkiem okazał się „okrągły stół”.


To jedno z najważniejszych wydarzeń w najnowszej historii Polski, w wyniku którego rozpoczęły się zmiany ustrojowe, w tym częściowo wolne wybory do Sejmu, tzw. wybory czerwcowe w pamiętnym 1989 roku. Upłynęło już od tego momentu 23 lata, właśnie niedawno 5 kwietnia minęła rocznica zakończenia obrad „okrągłego stołu”, ale myślę, że pisanie o roli i znaczeniu tego wydarzenia nie jest konieczne, że jeszcze wielu z nas to wszystko pamięta, a młodzież dowiaduje się z przekazów ustnych lub lekcji najnowszej historii
Bardziej właściwą wydaje się smutna refleksja, że najwięksi animatorzy naszej obecnej sceny politycznej zdają się całkowicie o tym zapominać, bądź też dezawuować sukces jaki stał się udziałem nas wszystkich. To właśnie skutkiem „okrągłego stołu” możemy dziś się cieszyć, że żyjemy w wolnym, demokratycznym kraju i że odbyło się to bez przelewu krwi.
Wojna polityczna jaka rozgorzała na dobre w łonie sprawującej władzę „prawicy” stawia dziś ponownie pytanie, czy powtórka z przeszłości, czyli nowe obrady „okrągłego stołu”, nie mogłaby się stać ratunkiem i opamiętaniem, czy nie położyłaby kresu kompromitacji Polski na arenie międzynarodowej, utraty jej znaczenia w łonie Unii Europejskiej, a także kompromitacji systemu demokratycznego wewnątrz państwa w opinii publicznej. A przede wszystkim chodzi o zaprowadzenie ładu i porządku, uchronienie  gospodarki przed ewentualnością kryzysu finansowego i ekonomicznego. Na przykładzie wielu krajów w Europie widzimy wyraźnie jak duże jest niebezpieczeństwo regresu i jak ważne są przedsięwzięcia, które mogą temu zapobiec. Tylko że można je łatwiej i szybciej przeprowadzić w sytuacji zgody narodowej.

Uciekam jednak od tego oficjalnego, napuszonego wstępu, zdając sobie sprawę, że moje pisanie na ten temat, to zaiste „syzyfowy trud’. Mamy „trzecią władzę” w Polsce, czyli wszechwładne media i one powinny czynić wrzawę dla ratowania  kraju.

Sam zaś wstęp jest wprowadzeniem do mojej wierszowanej rymowanki, którą odgrzebałem przypadkowo i w ten sposób wydobyłem z zapomnienia. Rzecz w tym, że jest to wiersz żartobliwy, a to co napisałem powyżej wcale do takich nie należy. Ponadto wiersz jest stary, podobnie jak „okrągły stół” którego dotyczy. Doszedłem jednak do wniosku, że jest on nadal aktualny. A czy tak jest proszę się przekonać osobiście:


sny o potędze
 Walczył nasz Chrobry przed laty z Niemcami,
wędrował konno lasami, brodami,
na tej wędrówce sterał lata młode, 
kiedy zaś zmądrzał zawarł wreszcie zgodę.
Gdy cesarz przybył do grobu Wojciecha
uznał go królem, w tym nasza pociecha.

Dlaczego tyle poświęcał mozołu?
Nie było w Gnieźnie „okrągłego stołu”.

Powrócił Śmiały z kijowskiej wyprawy,
w ręku mu Szczerbiec błyszczał bez oprawy,
lecz zanim zasiadł do hucznej biesiady
znalazł dowody Stanisława zdrady.
W pierwszym porywie, niestety, mospanie
skazał biskupa na poćwiartowanie

W czym widzisz powód tej hańby kolego?
 W braku w Krakowie „stołu okrągłego”.

Toczył Kazimierz całymi latami
gwałtowne spory z braćmi Krzyżakami,
nie pomagały ni sądy papieskie,
zręczne intrygi, ni czyny rycerskie.
Stracił Kazimierz zdrowie i pozycję,
nie znał sposobu na tę opozycję,

A mogli zasiąść jak równi pospołu
do malborskiego „okrągłego stołu”.

Zaś nasz Jagiełło zamiast ruszać w pole
mógł pod Grunwaldem spotkać się przy stole.
A Staś nasz zacny, mecenas kultury
byłby uniknął historyków bury,
gdyby miast walczyć z Katarzyną – lwicą
zasiadł do stołu z dumną Targowicą.

Urządzał wprawdzie obiady czwartkowe.
Stoły w Łazienkach były kwadratowe.
czy tylko one potrafią żyć w zgodzie?

Dzielny Marszałek, wódz Pierwszej Brygady
byłby uniknął z endekami zwady,
gdyby na zamku stukając się w czoło
stół modrzewiowy ustawiono. W koło
siedli by przy nim, niczym od parady
Dmowski i Witos, no i Wielki Dziadek,
żeby zaś zawrzeć szybciej kompromisy
stół by pokryły puchary i misy.
Po to by skruszyć wielkich panów ego
mistrz Paderewski grałby chodzonego.

Naród  przejąłby od góry do dołu
piękną tradycję „okrągłego stołu”.

Cóż kiedy na nas jakieś fatum ciąży,
nigdy nie można w zgodzie Polską rządzić !

Daremne trudy, próżne żale,
lepiej późno, niż wcale !

poniedziałek, 16 kwietnia 2012


Siedzą sobie jak kury na Grzędzie


To nie żart ani metafora, choć na pierwszy rzut oka może robić takie wrażenie. Jednakowoż Grzędy, to faktycznie nazwa wsi w gminie Czarny Bór, a że przeważająca część jej mieszkańców zasiedliła się tam od czasów powojennych i dziś można już mówić o kolejnym pokoleniu związanym z tym miejscem, stąd nasuwające się porzekadło. A ponadto wieś jest niemała, należy do starszych wsi w regionie i ma swoją barwną historię. Ma też wiele atutów, poczynając od nienajgorszych gruntów rolnych, dobrze utrzymanych i unowocześnionych gospodarstw, ale też przedsiębiorczości mieszkańców w odnajdowaniu innych alternatywnych form zarobkowania. Najważniejszym z nich są słynne złoża melafirów, eksploatowanych przez Czarnoborskie Kamieniołomy Drogowe, których część wyrobisk znajduje się w Grzędach.
Ale to nie kamieniołom, ani też gospodarka rolna i usługowa w stosunkowo dobrze rozwijającej się wsi spowodowała moje zainteresowanie Grzędami. Posiadają one jeszcze jeden walor  -  znakomite położenie wśród malowniczych krajobrazów górskich i związane z tym możliwości dalszego rozwoju w kierunku rekreacyjno-wypoczynkowym.


Nowo zbudowany plac zabaw dla dzieci w Grzędach
Przyznam się, że bezpośrednim powodem mojego zainteresowania Grzędami stała się prasowa informacja o przyznaniu drugiej nagrody państwu Urszuli i Jerzemu Kędroniom  w konkursie na najlepsze gospodarstwo agroturystyczne w powiecie wałbrzyskim w roku 2011. Ich gospodarstwo nosi ujmującą nazwę  -  „Ptasi Śpiew”, a jest położone w przysiółku o tej samej nazwie przynależnym do Grzęd. Niełatwo było mi zlokalizować na mapie to miejsce. Okazuje się, że właśnie tędy prowadzi dukt leśny ze Starego Lesieńca do Grzęd w przełęczy rozdzielającej Masyw Dzikowca. Po drodze już na wolnej przestrzeni blisko wsi Grzędy mijamy właśnie kilka zabudowań Ptasiego Śpiewu, a nieco dalej ruiny zamku Konradów. I w ten sposób możemy najszybciej dotrzeć z Wałbrzycha przez Kużnice Świdnickie, Stary Lesieniec do tej  pięknie położonej wsi, w której ludzie siedzą sobie jak kury na grzędzie. Dodam jeszcze, że stąd jest zaledwie parę kilometrów do Krzeszowa, który jest tuż, tuż za górami, za lasami. Noszą one nazwę Wzgórza Krzeszowskie i osłaniają Grzędy od zachodu, z przeciwnej, wschodniej strony mają zaś Grzędy osłonę w Masywie Dzikowca. I w takim oto ekskluzywnym, górskim otoczeniu wzdłuż dolnego biegu Grzędzkiego Potoku rozciąga się na długości dwa i pół kilometra dawna typowa wieś łańcuchowa.
Gospodarstwo agroturystyczne „Ptasi Śpiew” nie jest jedynym w tej wsi, ale wskazuje wyraźnie, jaki powinien być kierunek jej dalszego rozwoju. Grzędy obok gór i lasów mają jeszcze jedno niedostatecznie wykorzystane bogactwo  -  są nim rozsiane po terenie całej wsi, atrakcyjnie jeziorka. Wieś ta mogłaby stać się prawdziwą Mekką letniego wypoczynku nad wodą dla wielkiego Wałbrzycha, bo są to najbliżej położone akweny wodne. W malowniczo położonym zalewie  Grzędzkiego Potoku został w latach 80-tych odpowiednio zagospodarowany i uruchomiony ośrodek rekreacji i wypoczynku złożony z dwóch niecek wodnych, umożliwiających kąpiele i korzystanie ze sprzętu wodnego. Gmina wiązała z tym ośrodkiem strategiczne plany, których celem był rozwój turystyki i wypoczynku. Był taki czas, kiedy nad zalew przybywały tłumy weekendowych gości nie tylko z Wałbrzycha, ale z całej okolicy. Nie udało się rozwiązać spraw związanych z administrowaniem ośrodkiem i utrzymaniem stanu technicznego, spadło też zainteresowanie wykupem działek wokół zalewu.


Dni gminne Czarnego Boru
 A jest to ze względu na znakomite położenie w otoczeniu wzgórz pokrytych lasami niezwykle atrakcyjne miejsce letniego wypoczynku, a także sportu wędkarskiego. Takimi miejscami mogłyby się stać także pozostałe jeziorka w Grzędach, a jest ich kilka. Wieś ta ma daleko idące szanse stać się wsią letniskową. Jest ku temu jeszcze wiele innych powodów. Muszą tę szansę dostrzec gospodarze, a przede wszystkim mieszkańcy wsi, właściciele budynków i gruntów. W programach unijnych dla wsi właśnie teraz jak nigdy dotąd otwierają się szeroko drzwi do wszelkiego tego rodzaju  inicjatyw.
A ponieważ przed nami zbliżające się lato zachęcam do uwzględnienia w letnich planach weekendowych wycieczki do Grzęd. Będzie to bardzo ciekawa, rekreacyjna eskapada. Warto spróbować.

niedziela, 15 kwietnia 2012


Przy niedzieli


 Niedziela, to taki dzień tygodnia, w którym człowiek od samego rana czuje się świątecznie. Rano myje się dokładniej niż zwykle, goli i przystrzyga baki, pokrapia perfumami, wdziewa świeżą koszulę, siada do śniadania jakiś taki uśmiechnięty…

- Ależ ta kawusia dzisiaj jest pachnąca, a pianka aż łaskocze po gardle. Ślicznie ci w tej podomce i jak masz głowę w papilotach. Mogłabyś tak nawet do kościoła…

Człowiek stara się być przymilny, dowcipny. „Rozśpiewałby się w głos, jak ta wilga, jak ten kos”. Gdzieś tam odżywa w pamięci fragmencik strofy Maryli Wolskiej, poetki młodopolskiej, autorki „Dzbanka malin” stylizowanego na wzór poezji ludowej. Ale kto dziś o niej pamięta. „Gdyby ludzie byli tacy, jako drzewa, jako ptacy”. 
Niestety ludzie są tacy jacy są. Świat się zmienia, idzie z postępem. Wszechogarnia go technika, informatyka, dominują media. Idolami są wypromowani przez media celebryci. Każdy młodzieniec marzy o tym, by jego dziewczyna była co najmniej Dodą, albo triumfatorką „tańca z gwiazdami”. Gdzieś umknęły w czasie zaprzeszłym te ideały i te marzenia, które przyświecały dawnym pokoleniom. Ale czy aby na pewno.
Oto fragment „Nowenny, czyli dziewięćdziesiąt dziewięć dytyrambów o szczęściu” poety z przełomu wieków XIX i XX, Jana Lemańskiego. (Przy okazji zwróćmy uwagę, że końcówka przy cenach produktów w naszych marketach, „99”, nie jest wcale pomysłem dzisiejszych specjalistów od marketingu):



„Żeby na kuchni się znała,
I na me zdrowie chuchała.
Daj taką żonkę mi Ałła.

Higienicznych docieczeń,
Żeby grunt znała i leczeń,
I smaczną piekła mi pieczeń.

Znającą się na kredensie,
Na jarzynach , cieście, mięsie.
Gdy znasz taką  -  to żeń się…”

To jeden z warunków szczęścia w życiu mężczyzny. A oto inne zasady przyświecające jego pragmatycznej postawie :


„Pierwsze takie mam prawidło:
Kadzę wszystkim, bo kadzidło
Jeszcze nikomu nie zbrzydło.

Deklamuję słówka czułe,
Bardzo radzę tę regułę,
Chceszli zgodnie żyć z ogółem,

Czczę grosz. Dobra to maksyma,
Za grosz  -  wszystko się otrzyma;
Bez groszy  -  niczego nie ma.

Szczęście w firanek ażurze;
Szczęście w mebli politurze;
Szczęście w lampy abażurze.

Domek, niby małży koncha.
W domku-konsze małża-żonka
Przylepiona do mał –żonka.

Oto szczęścia abecadło:
Kuchnia, gdzie się warzy jadło,
I jadalnia, gdzie je stadło.”


Rozejrzałem się wokół siebie. Tak, wiem dlaczego dziś w ten pogodny niedzielny poranek jestem taki „śpiewający”. Właśnie mój „idealik” podsuwa mi pachnące pieczywo, w promieniach słonecznych zabłysła politura mebli, zwłaszcza ten tapczan wyściełany wykładziną skóropodobną, pękate fotele, biel firan, zwisający abażur, butelka wina z najtańszego marketu „Biedronka” w cenie 9.99 PLN. „Oto szczęścia abecadło”. I kto tu mówi, że tak wiele się zmieniło w porównaniu do dawniejszych czasów. Zmienia się tylko zewnętrzna szata, a wewnętrzne sedno natury ludzkiej pozostaje wciąż takie same.

Fot. Viola Torbacka.

sobota, 14 kwietnia 2012


Spacerkiem po Ścianie


panorama miasta Mieroszów, z tyłu Mieroszowskie Ściany

Leśne zbocza Mieroszowskich Ścian
 Moje odkrywanie miejsc niezwykłych, wartych bliższego poznania w wolnym czasie weekendowym koncentruje się głównie na regionie wałbrzyskim. Staram się trzymać tego co obiecałem w nagłówku mojego blogu. Wprawdzie nie omieszkałem zrobić parę wyjątków, zachęcając na wycieczki nieco dalej poza ten region, ale wszystko się mieści w obszarze Sudetach Środkowych, choć ta nazwa jest bardziej umowna niż geograficzna. Mam na uwadze przede wszystkim jednodniowe wypady weekendowe samochodem do punktu, z którego można się wybrać na pieszą przechadzkę w góry.
Dziś proponuję wycieczkę do Mieroszowa, ale nie chodzi mi o graniczne miasteczko, które samo w sobie zasługuje też na bliższe poznanie. Zależy mi bardziej na otaczających je górskich krajobrazach. Miejsce, do którego chcę Państwa zaprosić należy do mało popularnych i niedostatecznie wypromowanych, choć władze miejskie Mieroszowa robią wszystko, co mogą, aby je uczynić atrakcją turystyczną.
Z lakonicznego tytułu dzisiejszego postu bardziej obeznani turyści domyślają się  o jakie miejsce chodzi. To końcówka rozległego łańcucha górskiego o nazwie Zawory, części Gór Kamiennych, gór w ogóle bardzo ciekawych i urozmaiconych. Zawory otaczają od wschodu Kotlinę Krzeszowa z Chełmskiem Śląskim i Krzeszowem. Niewielka ich część zakręca w kierunku południowo – wschodnim, tworząc odrębne pasmo górskie o nazwie Mieroszowskie Ściany. Istotnie  zasłania ono od zachodu kotlinę Mieroszowa i stanowi  coś w rodzaju wysokiej, porośniętej lasem ściany. Widać to bardzo wyraźnie z wieży na Ruprechtickim Szpicaku, a także z innych miejsc widokowych na przeciwległych wierzchołkach Gór Suchych. Podobnie jak przez Szpicaka, tak samo wzdłuż Mieroszowskich Ścian ciągnie się granica państwowa z Czechami, z tym że granica ta w tej części jest mocno falująca.
krajobraz Mieroszowa

rynek w Mieroszowie
Po niemiecku  Die Buche, po polsku  -  Mieroszowskie Ściany, ciągnące się na południe od drogi z Mieroszowa przez Różaną do Łącznej, od  wierzchołka, Rogala (639 m. npm.) do znajdującej się już po czeskiej stronie Bukowej hory (638 m. npm.), opadają w dolinę Ścinawki, nad którą rozpościera się stare, poniemieckie miasto Friedland, obecnie  -  Mieroszów. Pod Rogalem pasmo Mieroszowskich Skał przecina ścieżka rowerowa do czeskiego Zdonova, a stąd już  bardzo blisko do czeskiej atrakcji Gór Stołowych, Adrspachu i Teplickich Skał, miejsca które powinien poznać każdy mieszkaniec ziemi wałbrzyskiej by mieć pojęcie jakie dziwy potrafi stworzyć natura,  w jak niezwykle pięknym i atrakcyjnym świecie przyszło nam żyć. A jest on tuż koło nas, na wyciągnięcie ręki.
Grzbietem Mieroszowskich Ścian prowadzi graniczny szlak zielony z Golińska do Okrzeszyna przez przełęcz Strażnicze Naroże, gdzie krzyżuje się z żółtym szlakiem z Łącznej do Chełmska Śląskiego.
Pieszą wędrówkę przez Mieroszowskie Skały najlepiej rozpocząć w Mieroszowie z ulicy Kościelnej obok kościoła parafialnego pod wezwaniem Świętego Michała Archanioła. Na końcu ulicy znajduje się cmentarz ze zbiorowym grobem więźniów i jeńców z miejscowego obozu, filii Gross Rosen z czasów wojny. W 1984 roku odsłonięto tu pomnik „Bohaterom o Wolność i Demokrację” w formie obelisku. W 1944 roku powstał w Mieroszowie jeden z większych obozów pracy, mieścił się w północnej części miasta zwanej po wojnie Victoria. Składał się z dwóch części, w których na stale przebywało ok. 300 Żydów i 400 Polaków, Rosjan, Czechow. Więźniowie pracowali w miejscowych zakładach przemysłowych przystosowanych do produkcji wojennej. Prawdopodobnie mogli oni też pracować przy budowie podziemnych sztolni z przeznaczeniem na podziemną fabrykę zbrojeniową.
Dalsza wycieczka szlakiem granicznym Mieroszowskich Ścian to zaskakujące przeżycie, bo dostarcza niezwykłych wrażeń w związku z roztaczającymi się przepięknymi widokami na miasto i otaczające je przeciwległe pasma Gór Suchych i  z drugiej, czeskiej strony  - Stołowych z Adrspachem i Teplicami nad Metuji. Jest to szlak górski, jak już wspomniałem, bardzo słabo znany, rzadko odwiedzany przez turystów i może właśnie dlatego bardzo ciekawy. Idąc w kierunku południowym tym szlakiem schodzimy z Bukowej hory na stronę czeską, skąd bardzo blisko nie tylko do Skalnego Miasta, ale też do atrakcyjnych Teplic nad Metuji. Warto poświęcić w tym roku więcej czasu na bliższe poznanie tej części naszego górskiego krajobrazu.

Fot. z galerii miejskiej Mieroszowa.

czwartek, 12 kwietnia 2012


Idziemy na Stożka

Sokołowsko z widokiem na Stożka

na wysoką górę
  Stożek, to geometryczna bryła w kształcie trójkąta o szerokiej podstawie i wysokich bokach. Jeślibyśmy szukali regularnego  stożka w przyrodzie, to najprościej dostrzec go w wyglądzie niektórych gór. Ten stożek, o którym chcę dziś napisać, to wzór nieomal klasyczny, a nawet do potęgi drugiej, bo jest to oddzielony ze wszystkich stron od innych gór, odrębny masyw dwóch stożków  - Wielkiego (841 m. npm) i Małego (750 m. npm). Stanowią one łącznik pomiędzy Pasmem Lesistej, a zasadniczą częścią Gór Suchych z Bukowcem (886 m. npm.) i Waligórą (936 m. npm.) na czele, ale oddzielony od zachodu przełęczą rzeki Ścinawki i drogi przez Unisław Śląski do Mieroszowa, zaś z drugiej strony od wschodu, enklawą Sokołowska. To właśnie Masyw Stożków i Bukowca zasłania Sokołowsko od świata, przyczyniając się w dużej mierze do występowania w tym dawnym uzdrowisku korzystnego mikroklimatu.
Z Wałbrzycha możemy tu przyjechać drogą do Mieroszowa przez dzielnicę Gaj, a dalej przez Unisław Śląski. Jadąc właśnie tą drogą naszą uwagę po lewej stronie skupia wyniosła stożkowata góra pokryta gęsto lasem świerkowo-bukowym. Aż się prosi by się zatrzymać i spróbować wspiąć na wierzchołek Stożka Wielkiego. Widać z dołu, że jego szczyt jest z lekka przetrzebiony, a więc można liczyć na dobrą widoczność otaczających nas gór. Stożek Mały  jest w głębi, bardziej na południe, bezpośrednio zamykający kotlinkę Sokołowska. To właśnie stąd najlepiej wybrać się na wycieczkę pieszą żółtym szlakiem, mijając po drodze Stożek Mały i docierając na szczyt Stożka Wielkiego. Podejście nie należy do łatwych, ale w rewanżu otrzymujemy znakomity widok na całą panoramę tej części Sudetów: Pasmo Lesistej z rozciągającym się u jego stóp Unisławiem Śląskim, Góry Wałbrzyskie z Chełmcem i Borową, Góry Suche z Waligórą, a w dole  -  bajeczne Sokołowsko. Na Stożku gmina Mieroszów postawiła niewielką konstrukcję widokową, co znacznie ułatwia obserwację otoczenia.
Trudno przecenić walory widokowe Stożka Wielkiego. Dotyczy to także kilku innych miejsc w tej części Sudetów, a więc i Rogowca, i Waligóry, i Szpiczaka. Z każdego z nich widok jest inny, ale jedna rzecz pozostaje constans  -  są to widoki oszałamiające, bo mamy wokół nas niezmierzone piękno przyrody górskiej, zmieniające się w zależności od pór roku, od stopnia widoczności, od naszego samopoczucia. Warto wybrać się w najbliższe góry. Nie jest to wysiłek zbyt męczący, a to co zobaczymy, to pozostanie w naszej wyobraźni. I to jest najwartościowsza nagroda za nasze poświęcenie.

wtorek, 10 kwietnia 2012


Potrzeba marzeń



 Człowiek gdy marzy jest jak Bóg, gdy kalkuluje  -  jak żebrak, powiedział Friedrich Hőlderlin, niemiecki poeta Romantyzmu. Wprawdzie nie mam żadnych aspiracji by dostąpić jakichkolwiek właściwości równych Bogu, a moje marzenia nie sięgają tak wysoko, to jednak zdarza mi się marzyć dość często. Marzenia są najlepszą dekoracją życia. Są jak barwne girlandy na wiejskim festynie dożynkowym lub kolorowe palmy, złocone chorągwie i peletrony w czasie procesji w Niedzielę Palmową . Życie bez marzeń, to zwykła wegetacja, jak u roślin. Chociaż i tego nie jesteśmy pewni, czy w swej istocie biologicznej w dzień pochmurny roślinki nie marzą  tak samo jak człowiek o słońcu i jego zbawiennych promieniach.
A o czym jeszcze innym marzy człowiek? Na to pytanie jest chyba tyle samo odpowiedzi, co ludzi na świecie, albo i znacznie więcej, bo każdy z nas marzy o wielu rzeczach na raz.. Snujemy marzenia o lepszym życiu, najlepiej w luksusie, w nowoczesnych apartamentowcach budowanych w peryferyjnych dzielnicach Wrocławia, albo w ogóle poza granicami n.p. w ciepłych krajach. 



 Marzymy o egzotycznych urlopach w Egipcie, na Wyspach Kanaryjskich, albo na Majorce, Cyprze lub Krecie. O dalszych wyprawach już nie mówię, chociaż świat stał się mały, ale za to co do wyboru miejsca marzeń  -  przeogromny. Marzymy o karierze zawodowej, o lepszych zarobkach, lżejszej pracy. Marzymy o sławie, pieniądzach, zaszczytach. Zazdrościmy innym , że im się powiodło, że wcale nie są od nas lepsi, ale mają więcej szczęścia, albo tupetu, albo jeszcze czegoś innego. Nie zawsze te marzenia są spełnieniem tego, o czym myślał cytowany na wstępie poeta niemiecki, zachęcając do wykorzystania w pełni tkwiących w nas uczuć i emocji w romantycznej miłości, jako egzemplifikacji marzeń o szczęściu.
O marzeniach można by mówić bez końca. Czuję, że dotykając tego tematu, otwarłem mityczną puszkę  Pandory, bo przecież gros naszych marzeń,  to marzenia niespełnione, a więc powód naszych utrapień i pretensji do życia.
Dla podniesienia na duchu i poprawy humoru proponuję drobny limeryk o moich niespełnionych marzeniach:


 Byłbym sobie żył jak król,
gdyby nie ten wredny mól,
który wdarł się w moje życie
całkiem skrycie.

Teraz każe mi zawiścić,
tym co żyją jak artyści,
co sięgają cząstką bytu
do zenitu.

Bo u stóp im wciąż się ściele
dywan z laurów i szynszyli,
najstrojniejsze białogłowy
chylą głowy.


Bo artysta to ma życie
I w Monaco, i w Madrycie
lśni od bali, festiwali
w pełnej gali.

A ja muszę, co tu gadać
w monitorze słówka składać,
mogę tylko w barze bistro
być artystą …

Fot. Stasysa EIdrigeviciusa (dwie pierwsze) i foto pocztówkowe.