Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

niedziela, 31 sierpnia 2014

Być Polakiem

stracone złudzenia

Jestem pewien, że nie byłem jedynym telewidzem, który oglądał uroczystość otwarcia Mistrzostw Świata w Siatkówce Męskiej w Warszawie ze łzami w oczach. Jeszcze bardziej zapewne wzruszonych było ponad 60 tysięcy widzów zgromadzonych na Stadionie Narodowym. Znakomicie pomyślana, wyreżyserowana i zrealizowana ceremonia mogła zawrócić w głowie nawet największym malkontentom. A, niestety, takich Polaków jest krocie. Tego wieczoru na trybunach zagościła jedność i zgoda, a za przykładem obrazu telewizyjnego wdarła się ona do większości mieszkań w całym kraju i na całym świecie. Przypominam sobie oglądaną w telewizji przed laty Olimpiadę Zimową w Kanadzie. Utkwiły mi w pamięci obrazki uśmiechniętych, rozbawionych, tańczących na placach pod skoczniami narciarskimi, cieszących się z życia Kanadyjczyków. Większość upstrzonych liśćmi klonowymi i w kolorach flagi kanadyjskiej sportowców i widzów wspaniale się bawiło z tej okazji, że to właśnie u nich odbywały się światowej wagi igrzyska sportowe. To samo dostrzegłem na trybunach naszego stadionu, kiedy wszyscy obecni widzowie podnieśli w górę ręce z biało-czerwoną flagą i napisem - Polska Już dawno nie czułem tak wielkiej satysfakcji, że jestem Polakiem, a Polacy to wspaniały naród stanowiący zjednoczoną, zwartą siłę, potrafiący się wspaniale bawić, a jak trzeba zaśpiewać zgodnym chórem: „Jeszcze Polska nie zginęła”.

„Polska historia składa się z Porozumień Sierpniowych i nieporozumień we wszystkich pozostałych miesiącach” - napisal Andrzej Saramonowicz w „Gazecie Wyborczej”. Otwarcie mistrzostw jest dowodem, że takich momentów wzajemnego porozumienia i zgody mogłoby być więcej. Serce się kraje, gdy pomyślę o tym, że inauguracyjny mecz otwarcia mistrzostw, Serbia – Polska, jest jedynym, który mogłem obejrzeć w telewizji. Być może komercyjny „Polsat” rzuci nam jeszcze jak ochłap na koniec mistrzostw mecz finałowy. O tym co się będzie działo w halach sportowych kilku miast w Polsce dowiemy się w wiadomościach sportowych. To cała przyjemność i satysfakcja z tego, że mistrzostwa odbywają się w Polsce.
Ja osobiście nigdy nie zapomnę tego „Polsatowi”. Żerowanie na telewidzach rozkochanych w siatkówce, którzy mimo wszystko wykupią dodatkowo transmisje z mistrzostw, to najzwyklejszy przejaw niegodziwości. Nie piszę więcej na ten temat, bo stał się on medialny i głośny w całym kraju. Niestety, nic już nie da się zrobić. Dwadzieścia dni wrześniowych, które mogłyby przynieść nam tyle sportowych uniesień i satysfakcji, należy do straconych. A szkoda, bo tracimy okazję na podbudowanie i wzmocnienie naszego patriotyzmu. Wciąż uciekają nam okazje by się podnieść na duchu i cieszyć z tego, że dobrze jest być Polakiem.

sobota, 30 sierpnia 2014

Trzeba być trendy

myślę, więc jestem


Czytam na jednym z linków facebooka:

Polacy! Bierzcie przykład z bociana. Bocian leci za granicę, ażeby przeżyć!

Więc myślę sobie. Powinienem wyjechać co najmniej do Londynu, aby być trendy. Inaczej moje pisanie psu na budę. Jaki ze mnie globtroter, jeśli usiłuję zachęcić Czytelników do podróży, posługując się w blogu li tylko językiem Słowian. A przecież dla młodych zrozumiała jest tylko nowomowa zaczerpnięta ze źródeł Albionu.

Ktoś napisał, że mój blog to mała korpa i choć layout jest względnie user friendly, to żaden to newsletter, a tylko zbiór backpacksserskich sznytów. Niestety, nie jestem hejterem, nie potrafię scrollować to co jest na czasie i vlogować w moje posty właściwy, na czasie, design. A przecież dziś potrzeba banować zgodnie z duchem czasu, wyszło z mody eleganckie plonkowanie w starym stylu. W każdym tekście trzeba być cool, pisać slangiem zrozumiałym dla internautów i starać się dorzucić lakoniczny link do jutuba. Najlepiej gdy się zna jakiegoś bota banującego spamerów na kanale ircowym, można wtedy przekazać nawet przykry mesydż z dystansem, z densflorowym luzikiem i wszystko bezpiecznie w nawiasach każualowej ironii. Wiem znakomita większość banowanych w ogóle tego mesedżu nie zrozumie, chyba że zna angielski i na własny sposób potrafi wyguglać sens. W dobie Ice Bucket Challenge oraz splashów czas na nowoczesne opcje. I wtedy możemy liczyć na odrobinę lansu, nie potrzeba mnożyć lajków, wszystko robi się samo, a facebook pęka od rekordowych powieleń takich postów blogowych w joutube.

Wiadomo, starych drzew się nie przesadza, wcześniej czy nieco później i tak uschną. I ja czuję, że usycham, zwłaszcza gdy poczytam „denerwujące ekskursje w dyskursie” lansowanego w GW czołowego blogera naszych czasów, Wojciecha Orlińskiego, albo wejdę na stronę joutube. Może pobawię się jeszcze trochę w starym stylu by nie zawieść garstki moich wiernych Czytelników, ale furory w świecie internetowym już nie zrobię, do Londynu się nie wybieram, raczej na łono Abrahama. Nie zamierzam naśladować Agnieszki i lać sobie na głowę lodowatą wodę, a potem rzucać selfie na stronę facebooku. Niestety, nie jestem trendy...


niedziela, 24 sierpnia 2014

Łowienie pereł wśród wieprzów


leciał gołąb biały


Przy sobocie, dla mnie zresztą wolnej jak każdy inny dzień, odkąd korzystam z tzw. zasłużonego odpoczynku, przeglądam weekendową prasę. Można z niej wyciągać różne wnioski. Najsmutniejszy jest ten, że z mediami jest coraz to gorzej. W pogoni za sensacją przekraczają wszystkie granice przyzwoitości. Nikt tak jak tabloidy typu „Fakt” lub „Super-Ekspres” nie potrafi robić czytelnikom wody z mózgu, ale tym tropem popędziły także popularne portale internetowe, wirtualna polska, onet, interia, gazeta pl – Polska i świat, w których roi się od tanich sensacyjek i beznadziejnie głupich informacji plotkarskich z życia tzw. celebrytów, itp. Coraz rzadziej się zdarza, że możemy w potoku szmiry i chałtury wyłowić coś mądrego i pożytecznego.
Oczywiście oglądam ten codzienny chłam, bo internet ma to do siebie, że mogę wybierać w tytułach i obrazkach, co mnie zainteresuje, podczas gdy w radiu i telewizji nie mam takiego wyboru. Tam muszę słuchać i oglądać wszystko po kolei, jak leci. Otóż to, dlatego dziś przy sobocie wyławiam w internecie kilka pereł, niestety mocno zagubionych w siermiężnym chlewiku. Oto pierwsza z nich.

Na telewizyjnym portalu gazeta pl czytam, że „już od września w telewizji jeszcze więcej złych programów”. Przytaczam tekst z drobnymi skrótami, bo zawiera kwintesencję opinii, myślę że wielu widzów telewizyjnych, z którymi się całkowicie utożsamiam:

Wiadomości, Fakty czy inne Newsy są mi obce jak planeta Mars – pisze Miss Olgu. Roztrząsanie tragedii, nieszczęść i ludzkiej bezmyślności, jest po prostu niesmaczne, a mam wrażenie, że tylko to się obecnie liczy w programach informacyjnych. Wiadomo, nic nas tak nie cieszy jak nieszczęście innych ludzi. Złośliwe? Oczywiście, że tak, ale jeżeli to nie byłaby prawda, to pewne tematy nie byłby wałkowane, po prostu rozpływałyby się jak kamfora. A tu jedna aferka goni drugą, a jak nie ma czegoś nieprzyjemnego, to zawsze można przypomnieć sprawę Matki Madzi, albo katastrofy w Smoleńsku. No, ale nie o wspaniałej telewizji informacyjnej chciałam pisać, ale o tej hucznie nazywanej life-stylową, która ma zapewnić rozrywkę po ciężkim dniu pracy.

W TVN mamy aż cztery nowości, od których już teraz chce mi się płakać. Reszta programów to sprawdzone formaty, które polski widz sobie chwali. W końcu gotowanie, oglądanie dziewczyn, które chcą być modelkami, babeczek, które mają syf w domu i tylko wizyta pani Małgosi Rozenek może je uratować oraz niezłomnych w poszukiwaniach talentów jurorów Mam Talent” nie może się znudzić. Ale normalnie szok i niedowierzanie, że po 11 latach zdejmują z ramówki przygody docu-crime "W-11". Wiecie, docu-crime to taki dokument kryminalny, ale nie do końca, bo zmyślony, a poza tym po angielsku brzmi bardziej life-stylowo... No i ten docu-crime zostanie zastąpiony takimi cudami jak:Mama kontra mama”, „Żony Z Hollywood”, „Szkoła”, „Kto poślubi mojego syna”. TVN stawia na reality show, bo przygody naszych polityków z ulicy Wiejskiej już nie wystarczają.

Pierwszy program będzie o super mamach, które są takie super, że będą oceniać inne mamy. Brzmi fajnie, prawda? Już czuję ten dreszczyk emocji, frustracje, płacz i nienawiść. W drugim programie spotkamy się z bogatymi Polkami mieszkającymi w LA. Pewnie piękne też są, albo zaraz będą, bo dam się uderzyć w szczepionkę, że będzie można zobaczyć zabiegi medycyny estetycznej. Normalnie nie mogę się doczekać chodzenia po Rodeo Drive razem z paniami i rozwiązywania problemów menu na niedzielne przyjęcie w stylu francuskiej riwiery albo Klubu Bohema z Siedlec.

Szkoła”, trzecia nowość na antenie TVN, będzie serialem z udziałem aktorów i statystów, a będzie przedstawiać życie w gimnazjum i liceum. Jest szansa, że będą złamane serca, narkotyki, seks, złe oceny i problemy w domu. Nie sądzę bowiem, żeby ktoś chciał oglądać program, w którym dzieci się dobrze uczą i są szczęśliwe - przecież to takie nudne. Fuuu.
Ostatni na liście TVN jest program Kto poślubi mojego syna”. Jak przeczytałam tytuł programu, to oszalałam doszczętnie. SERIO??? Nie chcę obrażać uczestników programu, ale tytuł sugeruje, że będzie to o melepetach życiowych, którym matka musi pomóc znaleźć sobie żonę, bo nikt ich nie chce. Jak źle to brzmi? Jak bardzo dziewczyny nie chcą mieć takich chłopaków?

Oczywiście, żaden z programów nie został wymyślony przez tęgie mózgi z Wiertniczej. Formaty zostały kupione na zasadach licencji. Nie wiem, ile to kosztuje, ale pewnie dużo. Zakładam, że dużo też kosztuje nakręcenie polskich odpowiedników tych „arcydzieł”. Pewnie za te pieniądze można było kupić od HBO jakiś serial albo film tylko pewnie grupa docelowa woli te badziewia... No, bo przecież kobieta równa się sieczka w głowie.

Od siebie dodam, że Miss Olgu pisze tylko o TVN, ale przecież to samo można powiedzieć o zmianach programowych TVN 24 lub „Polsatu”. W kanałach komercyjnych, które schodzą zresztą na psy oglądałem ostatnio jedynie programy sportowe. Wiadomość o „machlojkach” związanych z retransmisją mistrzostw świata w siatkówce męskiej rozgrywanych w Polsce, które będzie można oglądać tylko na polsatowskiej platformie cyfra+ dolała oliwy do ognia. Śmiech mnie ogarnia, gdy widzę w programie sportowym „Polsatu” non stop od kilku tygodni przy okrągłym stoliku „gadające głowy”, których ambicją jest zachęta do oglądania najważniejszego wydarzenia sportowego obok „Euro 2012” - właśnie siatkarskich mistrzostw świata. Na koniec okazuje, że będzie to dostępne tylko dla części telewidzów.

W interii wyłowiłem z kolei bulwersującą wiadomość o uchyleniu przez sąd uchwały o zakazie palenia węglem w zabytkowym Krakowie.
Nie ma mowy o rezygnacji z programu wymiany pieców węglowych i zakończeniu przygotowań do wprowadzenia zakazu - mówi wicemarszałek małopolski Wojciech Kozak i dodaje - Czekamy na uzasadnienie wyroku i będziemy walczyli o kasację wyroku w Naczelnym Sądzie Administracyjnym
Sąd stwierdził, że zakaz narusza konstytucyjne zasady równości, praworządności i wolności gospodarczej. Dodatkowo w uchwale nie określono dokładnie kogo ona dotyczy. Zdaniem sądu, wprowadzanie zakazu palenia węglem może też zagrozić bezpieczeństwu energetycznemu kraju.

- To bzdura, bzdura i jeszcze raz bzdura - stwierdza Wojciech Kozak i podkreśla, że uchwała obejmuje jedynie miasto Kraków. - Nie naruszamy polskiego potencjału, jakim jest węgiel. Chcemy ocalić od zanieczyszczenia miasto, jego mieszkańców i zabytki. Nie podjęcie uchwały wprowadza zagrożenie życia i zdrowia dla wielu ludzi - tłumaczy wicemarszałek.

W mieście normy pyłów zawieszonych przekraczane są przez 200 dni w roku. Kraków jest trzecim, najbardziej zanieczyszczonym miastem w Europie.

Uchwałę zaskarżyły dwie krakowianki. Jedna domagała się zaostrzenia przepisów i rozszerzenia zakazu o palenie drewnem w kominkach. Druga skarżąca uważała, że przepisy uderzają w interes najbiedniejszych krakowian, którzy ogrzewają domy i mieszkania tanim węglem.
Nowe prawo miało wejść w życie w 2018 roku.


W opublikowanym na portalu gazeta pl znajduję rewelacyjny wywiad GW z aktorem, reżyserem teatralnym i scenarzystą Arkadiuszem Jakubikiem. Oto kilka pikantnych odpowiedzi aktora na pytania prowadzącej wywiad Doroty Wodeckiej o naszej politycznej rzeczywistości:

Polska się przez te lata zmieniła.

- Bo Polska na szczęście jest poza polityką i ludźmi, którym nie o Polskę chodzi, tylko o władzę i pieniądze. Pod pozorem troski o ten biedny, smutny kraj załatwiają swoje interesy. Wszyscy są tacy sami. Bez względu na przynależność partyjną. Dlatego Polskę polityczną sobie odpuszczam. Niech się chłopcy i dziewczęta bawią na górze. Nie moja piaskownica.

To dlaczego pan głosuje?

- Schizofrenia? Nie pierwsza u mnie i nie ostatnia. Głosuję z resztek przyzwoitości i z patriotycznego obowiązku. Z tych samych powodów płacę podatki.

Gdzie jest pana Polska?

- We mnie, w środku. Jestem nią wypełniony do cna. W brzozach, które stoją przed moim domem we wsi Jastrzębie i pilnują go. Myślę i odczuwam w polskim języku.
A wychowałem się w Strzelcach Opolskich, przed wojną Gross-Strehlitz, gdzie nie było to tak oczywiste. Miałem tam w liceum dwa autorytety, rozpięte na dwóch biegunach. Dyrektor mojej szkoły i nauczyciel historii był komunistą. Prawdziwym, ideowym, nigdy nie dorobił się nawet samochodu. Wierzył i miał argumenty: walka z analfabetyzmem, powszechny dostęp do oświaty, awans społeczny chłopów... I mógł tak godzinami. Drugi uczył mnie WOS-u. Działał w "Solidarności" i komunistów nienawidził. To on mnie nakłonił, żeby po maturze złożyć papiery na dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Dojrzewając intelektualnie w tej schizofrenii poglądów, nauczyłem się wyrabiać sobie własne.

Dlatego nie potrzebuję polityków, którzy będą mi wmawiać, jaka ma być dzisiejsza Polska. A dzięki temu, że dorastałem właśnie w Strzelcach Opolskich, czuję się bardziej Polakiem niż ci, którzy mogli wchodzić w polską tożsamość naturalnie zanurzeni w języku, w tradycji, w mentalności.

Porozmawiamy o Bogu

- Błagam! Nie mam już żadnej kurtki pod spodem. Nie jestem gotowy na taką rozmowę. Zachodzę sporadycznie do kościoła, by posiedzieć, powąchać, porozmyślać, ale Boga tam nie szukam. Chociaż może? Przeszkadza mi formuła instytucji, która chce zmonopolizować kontakty z Bogiem. Odrzuca mnie od polskiego Kościoła jego podobna politykom pazerność na władzę i pieniądze. Kościoła ingerującego w sztukę, której nie rozumie, i wszelkie dziedziny życia społecznego. Jego hipokryzja pozwala zaśmiecać Polskę jak długa i szeroka szpetnymi pomnikami papieża, nie dostrzegając, że za zamiatanie pod dywan pedofilii należy obwiniać między innymi właśnie jego. W takiej zakłamanej instytucji nie mogę spotkać Boga.


Zdecydowana większość tego, co publikują media, to drobiazgi, rzeczy podrzędne, mikroskopijne, można powiedzieć - mają się tak do całości świata jak glob ziemski do mikrokosmosu. Przejmujemy się drobiazgami, na nich skupiamy całą swoją uwagę i energię, a tymczasem mają miejsce na naszym globie procesy zdolne zamienić świat cały w perzynę.
Ziemia na skraju apokalipsy, czytam na stronie internetowej wp. Klimatolog i glacjolog, dr Jason Box z Uniwersytetu Sztokholmskiego alarmuje: metan wydobywający się z Oceanu Arktycznego na skutek zmian klimatycznych spowoduje ocieplenie całego globu równorzędnego z apokalipsą ! Wygenerowaliśmy klimatycznego smoka, a on wreszcie się obudził. Arktyka ociepla się szybciej niż jakakolwiek część globu, następuje wzmożona emisja gazów, a wśród nich śmiercionośnego metanu. W zetknięciu z masami powietrza może się on zapalić, podobnie jak w kopalni węgla, a wtedy powstaje temperatura zdolna spalić góry lodowe. Nasza wyobraźnia nie sięga tak daleko, by móc sobie wyobrazić, co może nastąpić. To koniec życia organicznego na ziemi. Prorocze wizje ewangeliczne o końcu świata stają się bardzo bliskie, a upolityczniony świat nie jest w stanie nic uczynić by wstrzymać ten proces. Jest bardzo prawdopodobne, że to już za późno.
Niestety, globalny świat zaprzątnięty jest w tym momencie wszystkim innym, byle tylko nie katastroficznymi wizjami snutymi przez uczonych klimatologów. Znacznie ważniejsze są notowania na giełdzie nowojorskiej lub zagrożenia bezpieczeństwa z powodu konfliktów zbrojnych. A jest ich na naszym globie coraz to więcej.

No właśnie. Przejmujemy się wszystkim, tylko nie tym co trzeba. Tymczasem na naszej planecie coraz gorzej. Nie było na świecie ani takiej ilości, ani tak gigantycznych rozmiarów wszelkiego rodzaju klęsk żywiołowych jak w ostatnich latach. Odnosi się to także do Polski. Nie, nie możemy tak jak dawniej spać spokojnie. To nie tylko wisząca nad nami jak miecz Damoklesa groźba wojny z powodu mocarstwowych ambicji wielkiego Putina, to nie tylko histeria islamskich ekstremistów w Iraku, to nie tylko Bliski Wschód i Afryka, nie tylko Chiny, czy uzbrojona po zęby Korea Północna. Jeśli nie zrobi tego przyroda, to sami sobie możemy zgotować ten sam los, który doświadczyły miliony ludzi w II wojnie światowej.

Tymczasem nasze media toną w beznadziejnym zalewie podrzędnej tandety i szmiry, której uosobieniem jest plotkarski pudelek. Samo życie !



wtorek, 19 sierpnia 2014

Człowiek człowiekowi równym

wszyscy jesteśmy sobie równi  -  na cmentarzu


Pisałem o równości w sarmackiej Polsce. W międzyczasie trafiłem na stronie internetowej na bulwersujący tekst o równości majątkowej ludzi we współczesnym świecie.
Gdy europejscy finansiści stawili opór przeciwko wprowadzeniu sankcji dla Rosji, wyglądało to jak parodia marksowskiego zawołania: oligarchowie wszystkich krajów, łączcie się. Okazuje się, że nierówności majątkowe są dziś nieporównanie większe niż w czasach feudalnych. Lepiej być prezesem banku, choćby odchodzącym w niesławie, niż kiedyś arcyksięciem. Trudno więc się dziwić, że możni tego świata nie godzą się na zawirowania polityczne, które mogą zachwiać funkcjonującym dotąd sprawnie globalnym finansowym mechanizmem.

Przyjrzyjmy się nieco bliżej absurdalnościom majątkowym tego świata.

Parę lat temu holenderski ekonomista Jan Pen (1921-2010) zaproponował modelowe przedstawienie parady, w której biedni otwierają pochód, a bogaci go zamykają. W XVII -wiecznej Anglii pochód otwieraliby mikroskopijni żebracy i wagabundzi, zarabiający mniej niż dwa funty rocznie. Rzemieślnicy, z przychodami rzędu 38-40 funtów, byliby przeciętnego wzrostu, ponad wszystkich - na 250 metrów - wyrastaliby arcybiskupi i książęta z zarobkami powyżej 6000 funtów. Ale tak było dawno temu.


W dzisiejszej Wielkiej Brytanii najpierw ruszyliby w paradzie ludzie na zasiłkach - mieliby ok. 30 centymetrów wzrostu. Kasjerki z hipermarketów i sprzedawcy z fast foodów przebiliby barierę jednego metra, ale dopiero pod koniec robi się naprawdę ciekawie. Supermodelka Kate Moss z rocznym dochodem 5,74 miliona – miałaby pół kilometra wzrostu, ale nawet do pasa nie sięgałaby półtorakilometrowemu magnatowi prasowemu Rupertowi Murdochowi (18,7 miliona).



Dzisiejsza Polska bliższa jest Anglii XVII -wiecznej niż współczesnej. U nas pochód zamykałby prezes firmy Cormach Janusz Filipiak, który wypłaca sobie samemu 1 milion złotych miesięcznie. To tylko 274-krotność przeciętnego wynagrodzenia, co w paradzie Pena dawałoby Filipiakowi zaledwie wzrost na poziomie księcia sprzed 400 lat, niecałe pół kilometra. Finansowy oszust w Polsce bezkarnie zarabia dziś tyle, ile 80 tysięcy pielęgniarek, a takich oszustów jest coraz to więcej, ale i oni nie znaleźliby się w tym pochodzie na szczególnie preferowanym miejscu.Byłby to niezwykle ciekawy korowód, oczywiście mam na uwadze jego końcowy szpaler. Mielibyśmy przednią zabawę znajdując w gronie sięgających wzrostem do nieba „purpuratów” z ustami pełnymi miłości bliźniego i życia w umartwianiu się i pokorze. Tam też prym wiedliby ci, co zwykle - celebryci, uwielbiani przez nasze komercyjne media politycy, ale pozostaliby oni w cieniu świata spółek skarbu państwa i finansjery.


Przywileje dzisiejszych najbogatszych przedstawia się często jako coś zupełnie innego niż w czasach arystokracji czy niewolnictwa. Miliarderzy chętnie mówią o sobie jako o ''merytokracji''. Bill Gates ma być kimś, kto swoje miliardy zawdzięcza wyłącznie własnej ciężkiej pracy. U nas temat ten jest zasnuty mgłą. Poruszają go od czasu do czasu niektóre periodyki, zamieszczane są informacje o stanie majątkowym polityków, samorządowców, osób publicznych. Nie wiadomo do końca jak to wszystko się ma do ustawy podatkowej, w jaki sposób uciekają sprytni podatnicy od obowiązujących reguł. Jedno tylko stanowi constans - brak jakichkolwiek ograniczeń majątkowych, bo przecież mamy wolność i powszechnie przyjęte zasady liberalnej gospodarki kapitalistycznej. Najbardziej denerwują apanaże członków Rad Nadzorczych i Zarządów wszelkiego autoramentu spółek skarbu państwa. Przy ich zarobkach i przywilejach dochody najwyższych osób w państwie maja się jak Tatry do Himalajów.

Na wszystko się godzimy, wszystko przyjmujemy ze zrozumieniem, bo przecież to jest fundament naszego ustroju, o to walczyła „Solidarność” z Lechem Wałęsą na czele. A w ogóle to mamy wreszcie wolność i równość, o jakiej nam się nie śniło w PRL-u. Nie ma już komunistów, którzy opływali w dostatkach, a reszta narodu tonęła w biedzie. Teraz nareszcie jesteśmy równi, bo kieruje nami fundamentalna zasada: człowiek człowiekowi równym.

niedziela, 17 sierpnia 2014

Polski sarmatyzm

O Polsce potrafimy pięknie deklamować


„Święty Jan Ewangelista mawiał: „Dziateczki, kochajcie jedni drugich”” - a ja wam to mówię, a raczej wymówię, że tak nie robicie. „Kochamy Ojczyznę” - mówicie, a między sobą w ciągłych swarach! Piękna to miłość, ojczyzny ziemię kochać, a z jej mieszkańcami się wadzić?

(Z kazania księdza Marka 4 listopada 1769 roku w kościele Ojców Bernardynów w Kalwarii z udziałem całej świty ówczesnych możnowładców wspierających konfederację barską )

To tylko jeden z interesujących wątków z historycznej książki „Pamiątki Soplicy”. Znajdziemy w niej 25 opowiadań znakomitego gawędziarza Seweryna Soplicy, cześnika parnawskiego, które zebrał i opracował do druku nieco później żyjący cioteczny wnuk po mieczu Radziwiłła Panie Kochanku, po kądzieli Tadeusza Rejtana - Henryk Rzewuski. Podobnie jak w słynnych „Pamiętnikach” Jana Chryzostoma Paska mamy w tej książce z życia wzięty, realistyczny i wymowny obraz ówczesnej szlachty polskiej, przenikniętej do szpiku kości sarmackim duchem sobiepaństwa i prywaty. Do czego to doprowadziło wszyscy wiemy z lekcji historii. Ale o upadek olbrzymiej Rzeczpospolitej od morza Czarnego do Bałtyckiego skłonni jesteśmy winić wszystkich innych, najczęściej naszych zaborców – Rosję, Prusy i Austrię, byle tylko nie siebie samych. Dokładne prześledzenie losów Polski od konfederacji barskiej do targowickiej może przyprawić o ból głowy i żołądka. Aż dziw bierze, że nikt temu co się działo na skutek wewnętrznej, ustawicznej, destrukcyjnej wojny o władzę nie potrafił postawić tamy.

Bo to był świat w każdym calu stanowy. Rządził nim egoizm warstw posiadających, które na swój użytek wykształciły prawa i obyczaje, normy moralne i reguły życia codziennego im właśnie służące. Liczyli się tylko „ dobrze urodzeni”, osoby herbowej kasty, „błękitnej krwi”, reszta to masa poddanych, wprawdzie już nie niewolnicy, ale wasale całkowicie zależni od swych mocodawców.

Skąd my to dzisiaj znamy? Czy w obserwacji współczesnej sceny politycznej nie widzimy z tamtym światem wyraźnych paranteli?

Rzetelny dziedzic nie obciążał nadmiernie poddanych. Ktoś musiał przecież mieć siły i motywację by pracować na dobrobyt powiatowych urzędników i bajeczne fortuny senatorów.
W ograniczonym do „urodzonych” świecie panowała równość. Mówi się o niej nieustannie, powtarza do znudzenia, zachłystuje się nią szlachecka „gołota”. Nobilitacja tej równości (dziś byśmy dodali do tego - wolności i demokracji” ) przynosiła namacalne korzyści, pozwalała sterować masami wyborców pod dyktando własnych interesów.

Złudność ówczesnej równości szlacheckiej razi każdego myślącego obserwatora tak samo jak złudność naszej upartyjnionej demokracji. Dawniej pozwalała ona wyższemu stanowi czerpać korzyści i apanaże, dziś służy wąskiej grupie „arystokracji politycznej” rozgrywającej między sobą swe polityczne boje o władzę, a więc o płynące stąd zaszczyty i pieniądze.

Kariera Soplicy, który wspina się od zaścianka do zasobnej egzystencji na kilku tłustych folwarkach, jako najpierw pokojowiec Ogińskich, potem pełnomocnik sądowy i klient Radziwiłłów, zawsze uległy i posłuszny, padający do nóg, ściskający za kolana swoich dobrodziejów i protektorów, przypomina kariery wielu naszych polityków, zależnych od liderów partyjnych.

Seweryn Soplica, typowy sarmacki warchoł i gawędziarz jest klasycznym przedstawicielem mas szlacheckich ówczesnej Nowogródczyzny. Wszystko co o nim wiemy da się odnieść do środowiska, w którym żyje, które go ukształtowało i któremu pozostaje wierny. W przeciwieństwie do współczesnych „Pamiątkom” młodych romantyków, takich jak Zan, Mickiewicz, uważa on swój zastany i dobrze rozpoznany świat za wspaniały, nie widzi potrzeby „by ruszyć z posad bryłę świata”. Pomaga mu w tym ugruntowany światopogląd Polaka – katolika. Nic więc dziwnego, że był najgorętszym propagatorem konfederacji barskiej, a jego bohaterami stali się dwaj jej uczestnicy, chłop Pawlik, eks-rozbójnik, ustylizowany na Wołyńskiego Janosika oraz niczym legendarny Bogdan Chmielnicki, Kozak Sawka, pod komendą którego przyszło mu służyć.

Nieskomplikowana mądrość życiowa zawarta w maksymie: „czyj się chleb je, tego bronić trzeba”, stanowiła główną wskazówkę postępowania Sopliców wobec Radziwiłłów. I nie było to efektem cynizmu, czy wyrachowania. Gmin szlachecki, choć w teorii i we własnym mniemaniu na zagrodzie równy wojewodzie, w praktyce uważał magnata za istotę nieporównywalnie wyższą, szczerze go uwielbiał i równie szczerze ubierał w wyimaginowane cnoty.
Czy trzeba szukać ze świeczką przykładów w naszym współczesnym świecie politycznym takiego płaskiego wazeliniarstwa. Tylko że dziś nie da się powiedzieć, że nie ma w tym cynizmu i wyrachowania.
Ale współczesny ogół wyborców niewiele się różni od sarmackiego. Tak samo jest bezkrytyczny i łatwowierny, ulega zbyt łatwo propagandowym sztuczkom bilbordów, medialnym trikom i sloganom. Niestety, w obecnie funkcjonującym systemie wyborczym jest zdeterminowany w najlepszym przypadku na wybór mniejszego zła, a w gorszym - na wybór pomiędzy dżumą i cholerą.

Nie będę się rozwodził o ordynacji wyborczej, dokumencie perfidnie ułożonym przez naszych wybrańców, którzy okazali się na tyle inteligentni, by zbudować fundamenty do swojej nieusuwalności (aż do śmierci).

Przykro mi, ale wszystkie słowa krytyki, apele i postulaty pod adresem posłów i senatorów są przysłowiowym uderzeniem grochem o ścianę. Wkrótce przed wyborami samorządowymi, a następnie parlamentarnymi być może pojawią się głosy rozsądku, obiecanki zmian w ordynacji wyborczej, ale wiadomo, znajdą się one w pakiecie deklaracji wyborczych, o których zapomina się w parę dni po wyborach.
O absurdach w obecnie obowiązującej ordynacji wyborczej pisałem już nieraz w moim blogu. Jest to temat dyżurny w setkach tysięcy komentarzy na stronach internetowych. Pokąd nie będzie zmian, które przekonają wyborcę, że jego głos się liczy, że nie trzeba oszczędzać na zelówkach, tylko trzeba wziąć udział w wyborach, potąd zapewnienia o naszej demokracji nie przestaną być absurdalną spuścizną sarmackiej przeszłości.

Nie próbuję rozwijać dalej tego tematu, blog internetowy nie jest najlepszym miejscem na tego rodzaju dywagacje. Na temat Rzeczpospolitej szlacheckiej mamy obecnie mnóstwo interesujących książek. Zdumiewające jest to, że wciąż nie potrafimy z naszej historii wyciągać sensownych wniosków.

W tym poście skorzystałem z książki wydanej w 1978 roku w Warszawie przez Bibliotekę Klasyki Polskiej i Obcej z „Posłowiem” opracowanym przez Zofię Lewinównę.

sobota, 16 sierpnia 2014

Świętująca Polska


planujmy weekend na łonie przyrody



Nawet się dobrze nie obejrzałem i świąteczny piątek prysnął jak bańka mydlana. Dzięki TV spędziłem go z pielgrzymami na Jasnej Górze składając w pokorze serdeczne dzięki NMP za to, że przez lata roztacza parasol ochronny nad Polską, a zaraz potem przeniosłem się do Warszawy, by cieszyć się potęgą naszej armii, gotowej w każdej chwili stanąć w obronie jej bezpieczeństwa. Jesteśmy silni, zwarci i gotowi, nie będzie Putin „pluł nam w twarz” i rzucał w naszych sadowników polskimi jabłkami. Wieczorem było jeszcze lepiej. Podniosłem się na duchu, że jestem Polakiem, gdy Anita i Joanna rzucały w Zurichu młotem tak, że dech zapierało w piersi, a jeszcze wcześniej nasi chłopcy polecieli najszybciej na 800 metrów.
Oj, jak to dobrze się stało, że mieliśmy w piątek święto, a dzisiaj jest wolna sobota, a jutro niedziella, tak, tak - niedziella przez dwa „l”. Mój komputer już mi to podkreśla czerwonym wężykiem, ale nie będę mojej wyłącznie osobistej niedzielli wprowadzał do słownika. Dla dobra młodego pokolenia, mając na względzie polską ortografię. Już widzę jak „ostatni Mohikanie” czystości polskiego języka, profesorowie Bralczyk i Miodek biją brawo. Oni stróżują, by naszemu polskiemu językowi nie stała się krzywda. A ja chcę tylko o to jedno „l” przedłużyć to święto. To ostatni dzień tygodnia, który sprawia człowiekowi niewysłowioną rozkosz. Po niedzieli przychodzi niestety poniedziałek i sprawa jest jasna jak słońce. Nawet film o tym powstał - „Nie lubię poniedziałków”. Ja też, bo zaczyna się znów powszedniość dnia codziennego. Ale nie na długo. Wszystko dzięki wspaniałej „Solidarności” i Lechowi Wałęsie. To oni uczynili, że dziś w piątek jest już sobota. W piątek kończy się tydzień pracy. W piątek cały dzień od rana rozmyślamy, jak spędzić weekend. Nie podoba mi się za bardzo ten implant językowy - weekend, ale jest w nim dwa „e”, przedłużające w sposób naturalny czasookres trwania „wolnych dni”. Jak to brzmi miło dla ucha - wolna sobota, a potem świąteczna niedziela, słowem weekend.

Piątek jest niezwykle ważny. Nie można go przegapić, bo wtedy klapa na całej linii. Z samego rana muszę kupić „GW” (nie piszę pełnymi literami, by nie narazić się „prawdziwym Polakom - katolikom”), ale gazetę kupuję tylko i wyłącznie dla programu TV. Oczywiście wiem, że to nie fair, bo prawdziwy program można znaleźć tylko w „Gazecie Polskiej Codziennej”, to program TV „Trwam”. Ale moi współdomownicy upierają się, że oni chcą trwać przy starym, a więc TVP jedynka i dwójka, no może jeszcze TVN (bez Durczoka) i Polsat (bo nie ma już w niej Lis-Smoktunowicz).


Ale nie o tym chcę napisać. Wspomniałem już, dzięki kochanemu „nie chcę, ale muszę”, mamy już w piątek sobotę. Jaka piękna perspektywa. Już dziś w godzinach pracy możemy sobie spokojnie zaplanować weekendowy odpoczynek po ciężkim tygodniu pracy. Trzeba przecież to bezwzględnie wykorzystać - wolna sobota, niedziela. Nawet gdybyśmy w niedzielny wieczór zabalowali, to przecież wiadomo, poniedziałek jest normalnie do odreagowania weekendu. A ponadto trzeba mieć też na uwadze zbliżające się co rusz „długie weekendy”. Nasi cudowni przebierańcy w „biskupich” togach uznali, że nawet jeśli święto kościelne przypadnie w wolną sobotę, to możemy sobie ją odebrać w dowolny dzień pracy. Potwierdzili to nasi kochani, prawdziwi bracia sędziowie z Trybunału. Z logiką mają tyle wspólnego, co „zielone ludki” zakręcające spirale w łanach zbóż. Dla nich liczy się litera prawa. Prawa, które sami stanowili, oczywiście za pośrednictwem naszych reprezentantów w organach ustawodawczych. Teraz rozumiecie, dlaczego dla mnie liczy się też tak bardzo litera „l” dodana do niedzieli.

Przepraszam, coś mnie zakręciło. A chciałem dziś pisać pogodnie, optymistycznie. Bo przecież mamy wolną sobotę, po niej pobożną niedzielę, dalej nielubiany poniedziałek, refleksyjny wtorek, a potem trochę popracujemy, by w piątek oddać się łagodnym kontemplacjom nad zbliżającym się weekendem.

Pamiętajmy jeszcze o jednym. Odrzućmy w kąt jakiekolwiek informacje medialne o zbliżającym się kryzysie, o rosnącym bezrobociu, o groźnej dla naszej gospodarki deflacji, o upadających firmach i parszywych parabankach, które żerują na naszej kieszeni, to wszystko wyeliminujmy z naszej świadomości. Dajmy też sobie spokój z Ruskimi i Ukrainą. Liczy się tylko to, ile będziemy mieli jeszcze w tym i w nowym roku „długich weekendów” i dni urlopowych. Liczy się to, kiedy sobie zrobimy święto za święto w wolną sobotę. Liczy się tylko i wyłącznie atrakcyjny weekend

.
A dziś jest wolna sobota, najwyższy czas, by o tym pogłówkować. Niech żyje świętująca Polska ! Kurdesz, kurdesz, nad kurdeszami !


piątek, 15 sierpnia 2014

O moim blogu po raz któryś

Letnie uroki ogródków przydomowych


Tak się składa, że w miarę upływu czasu coś niecoś się zmieniło w historyjce mojego blogu. Wiadomo, posuwamy się naprzód. Jeśli nawet są tacy, którzy twierdzą, że stoimy w miejscu, bądź też cofamy się do tyłu - to nieprawda. Świat się zmienia z każdą najdrobniejszą częścią sekundy, a my razem z nim. Świat, który liczy sobie miliony lat, nieuchronnie pędzi do przodu. Po co tak pędzi i gdzie nas zawiedzie? Oto niezmienne i mimo upływu czasu, wciąż aktualne pytanie. Niestety, nie mogę obiecać moim Czytelnikom, że będę ich często zachęcał do takich filozoficznych refleksji.
Wolę zajmować się sprawami bardziej przyziemnymi.


Mój blog nosi tytuł - „tu jest mój dom” (http://tujestmojdom.blogspot.com) i jest, jak to zaznaczyłem w podtytule zwierciadłem moich fascynacji.

Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami tym, co sercu mojemu bliskie. A bliski mi jest region wałbrzyski, w którym przeżyłem już ponad pół wieku. Piszę o nim non stop, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

 Blog to m
To już ponad trzy lata mojego prawie codziennego pisania, codziennego szperania w książkach, w internecie, codziennego poszukiwania zdjęć, no i wreszcie komponowania i redagowania całości kolejnych postów. A ta „zabawa” rozpoczęła się w maju 2011 roku Uzbierało się tych postów bagatela, 645. Gdyby zebrać to razem, byłoby kilka sążnistych książek. Licznik oglądalności bloga osiągnął liczbę właśnie 225 tysięcy i to jest główny powód mojego dzisiejszego resume. Ile postów było czytanych, przez ilu Czytelników, tego nie da się ustalić. Wiem że mam wielu Czytelników stałych, nie omijają oni ani jednej notatki. Wiem też że są to ludzie z różnych stron Polski i świata, nie tylko z Dolnego Śląska. Dowiaduję się o tym ze statystyki prowadzonej przez komputer, z poczty internetowej i komentarzy. Tych ostatnich uzbierało się blisko 2 tysiące. Komentarze są dla mnie bardzo pozytywne i to mnie cieszy.

Do blogowania zachęciła mnie Renata Sokołowska, kierownik Miejskiej Biblioteki w Głuszycy w związku z konkursem, który został ogłoszony przez Biblioteki powiatu wałbrzyskiego. Celem konkursu była popularyzacja czytelnictwa książek o tematyce regionalnej i pobudzenie do pisania blogów przede wszystkim przez dzieci i młodzież. Ja zostałem zwabiony dla zachęty. Okazało się, że zabawa w blogowanie pochłonęła mnie bez reszty. Odpowiada moim zamiłowaniom i zainteresowaniom. Jest pożytecznym zajęciem na stare lata, kiedy mam więcej czasu, by swoją wiedzą, umiejętnościami i przemyśleniami dzielić się z innymi. Robiłem to wcześniej i robię dalej w lokalnej prasie, na wałbrzyskich stronach internetowych oraz w wałbrzyskiej rozgłośni radia „złote przeboje”.

Popularność mojego blogu wzrosła dzięki sukcesowi jaki odniosłem w konkursie Blog Day 2011 na najlepsze blogi dolnośląskie, zorganizowanym przez Pasaż Grunwaldzki i Agencję Royal Brand PR pod patronatem „Gazety Wyborczej”. Miało to miejsce z końcem sierpnia i początkiem września ubiegłego roku. Zgłosiłem się do konkursu głównie z tego powodu, że tematyka moich postów, związana ściśle z regionem, odpowiadała regulaminowi konkursu. Miałem dużą frajdę, gdy dowiedziałem się, że mój blog znalazł się w finałowej szesnastce najlepszych blogów. Uważałem to za sukces, bo przecież byłem wśród wielu doświadczonych blogerów zupełnym nowicjuszem, więc na spotkanie finalistów do wrocławskiego Pasażu Grunwaldzkiego jechałem zupełnie usatysfakcjonowany. Nie spodziewałem się nie tylko drugiego miejsca, ale także tak wysokiej oceny, z jaką się spotkałem ze strony jury konkursowego, znanych we Wrocławiu specjalistów. Informacje o wynikach konkursu znalazły się w dolnośląskich gazetach i w internecie. Starosta Wałbrzyski, Robert Ławski, już na drugi dzień po informacji w prasie zaprosił mnie do siebie, wręczając list gratulacyjny i zapraszając do współpracy z redakcją powiatowej strony internetowej – „ziemia wałbrzyska”(miałem tam teraz swoją plakietkę promocyjną). Członek komisji konkursowej, sławna wrocławska dziennikarka, Lucyna Róg, przyjechała do Głuszycy w kilka dni potem, by przeprowadzić, wywiad, skutkiem którego był obszerny artykuł we wrocławskim wydaniu „GW” - „Prawdziwy bloger z miasta Głuszycy”, a na stronie internetowej „Gazety pl” – „Kto powiedział, że blogowanie jest tylko dla młodych?”. Osobiście i pocztą mailową otrzymałem wiele pochwał i gratulacji. Dodam jeszcze, że żaden z pozostałych finalistów konkursu nie doczekał się takiej promocji.
Właśnie we wrześniu pojawiły się pod moimi postami liczne komentarze. Czekałem na nie jak suche źdźbło na kroplę dżdżu. To wielka satysfakcja, materialne potwierdzenie, że jest się czytanym, że to pisanie wywołuje refleksje. Nieomal stałym moim interlokutorem okazał się nieznany mi bliżej Paul z Warszawy. To niezwykle inteligentny i taktowny człowiek. Jestem mu wdzięczny za ten czas, który poświęcił na czytanie i pisanie mądrych, rzeczowych i bardzo dla mnie pochlebnych komentarzy.
Biruta M. Liberalka napisała bardzo krótko: pozdrawiam bardzo serdecznie…przepiękny blog…widać pasję…to moje strony… Sudety są przecudowne…to wielka sztuka pokazać, opisać i zachwycić czytelnika…spotkałam znajome miejsca.
Sebastian, twórca znakomitej strony internetowej miłośników Głuszycy, z której się wywodzi, obecnie mieszkaniec Lublina, wymalował laurkę, którą skopiuję w ramce, by moja wnuczka mogła lepiej docenić dziadka, jak tylko nauczy się czytać: Panie Stanisławie serdecznie GRATULUJĘ!!! Cieszę się, że są Tacy jak Pan, którzy w tak wspaniały sposób opisują naszą małą Ojczyznę. Wiedziałem i czułem, że Pan będzie jednym z wygranych! Nie często spotyka się takich ludzi, którzy z taką pasją angażują się w blogowanie, dodatkowo jeszcze nie zamieszczają tylko skopiowanych gotowców z innych stron zapełnione jakimiś reklamami a dają coś swojego, coś od siebie czyli pełnowartościowe informacje o naszym regionie a i nie tylko. Można naprawdę poznać na nowo region wałbrzyski. Dzięki Panu nadal jestem w Głuszycy i okolicy. Nastał godny i ponad 100-krotnie lepszy mój Internetowy następca. Dziękuję za tą pracę jaką Pan wkłada i trzymam kciuki za dalszy tak udany i ekspresowy rozwój tej witrynki! Sebastian L.
A wspomniany już Paul z Warszawy uzupełnił: Cóż można dodać więcej do tego co Seba napisał? P. Stanisław w jakimś sensie i to dużym jest unikatem takich ludzi się niemal nie spotyka. Ja natrafiłem na ten blog przypadkiem i jestem zachwycony. I właśnie te inne podejście, to zauważenie historii miejsc i pochylenie się nad nimi jest takie ujmujące dla mnie w osobie p. Stanisława. Ja zatem podobnie jak Seba dzięki p. Stanisławowi jako rodowity Warszawiak poznaję absolutnie ciekawy rejon Wałbrzycha.

I jeszcze jednym komentarzem się pochwalę (wszystkie inne są do pod moimi kolejnymi postami, a jest ich jak już wspomniałem sporo). Zupełnie wzruszającą niespodziankę zaaplikowała mi anonimowa R.S. Mogę się domyślić, kto się kryje pod tymi literami. Oto treść jego komentarza:
Panie Stanisławie, z całego serca gratuluję sukcesu! Panu w tej chwili trudno sobie wyobrazić dzień bez bloga – nam też ! Parafrazuję wiersz Agnieszki Osieckiej ze zbioru „Sentymenty”:



„Na naszą słabość i biedę,
niemotę serc i dusz.
Na to, że nas nie zabiorą
do lepszych gór i mórz.
Na czarny myśli tłok,
na oczy pełne łez
lekarstwem BLOG Twój bywa
i dobrze, że on jest !
Na ludzką podłość i małość
Na oschły boży chłód.
Na to, że nic się nie stało,
a zdarzyć miał się cud.


Na szary mysi strach,
bliźniego drogi gest,
ratunkiem blog Twój bywa
cieszymy się, że jest ! (…)”


Z biegiem czasu z chwilą wejścia do facebooku wzbogacił się niewspółmiernie indeks moich „blogowych przyjaciół”. Dziś mogę się cieszyć i szczycić znajomościami, o jakich mi się nie śniło. Nie będę wszystkich wymieniał z imienia i nazwiska, bo zabrałoby to dużo miejsca, ale o Henryku z Jugowa muszę wspomnieć, bo to co on robi w komentarzach, to prawdziwe intermedium do mojego pisania. Można o nim bez kozery powiedzieć, że w tym przypadku „uczeń” prześcignął „mistrza”.
Moje blogowe pisanie doczekało się, z czego jestem ogromnie dumny, już czterech wydań książkowych. Są to dwa tomy „Głuszyckich kontemplacji”, miniaturowy jedliński albumik „U źródeł Charlotty” oraz - ukoronowanie mojej drogi pisarskie - duża, pięknie ilustrowana księga - „Wałbrzyskie powaby”. Dużym zainteresowaniem ciszą się moje cotygodniowe felietony w wałbrzyskim sobotnio-niedzielnym, porannym wydaniu radia „Złote przeboje”. Kończy się właśnie przerwa wakacyjna, więc już od września, jak sądzę, moi sympatycy będą mogli mnie usłyszeć na falach radiowych.

No i poczułem ulgę teraz, gdy udało mi się tak zręcznie napisać o sobie. Robię to od czasu do czasu mimo znanej przestrogi biskupa I. Krasickiego: „bywa często zwiedzionym, kto lubi być chwalonym”. Pocieszam się tym, że żadne pochwały nie są mi już tak bardzo potrzebne, natomiast wydaje mi się potrzebnym do poznania przez Czytelników to, o czym piszę. I dlatego do czytania lub słuchania wytworów mojego pióra, tak mocno zachęcam.
I na tym kończę moją osobistą, subiektywną perorę, w tak ważnym dniu święta Wniebowzięcia NMP, a zarazem naszego prześwietnego Wojska Polskiego. Wiem, że po euforii tego święta jest jeszcze refleksyjna sobota i niedziela, a potem powszednie dni pochmurnego lata, więc może jednak znajdą się niezawodni wirtualni przyjaciele, którzy zajrzą do mojego blogu. Pozdrawiam !




wtorek, 12 sierpnia 2014

Nastrojowy wtorek



prawdziwa poezja jest tylko w przyrodzie


Wtorek od dawna nastraja mnie melancholijnie. A dlaczego wtorek ? Okaże się to w finale tego postu. Myślę, że warto w takim dniu zwyczajnym, wydawałoby się najmniej do tego stosownym, napisać coś od serca dla ducha. A jeśli tak, to oczywiście korzystając za skarbnicy naszej poezji. Przypomina mi się co napisał w tytułowym wierszu „Poezja i prawda” poeta międzywojenny, Mieczysław Jastrun:


Poezja, aby była sobą,
Musi dialog toczyć z prawdą.
A może jedną jest osobą,
Piękną i nieco starodawną?


Nie jest dla tych, co myśleć nie chcą
(Dla nich gotowe słońca dnieją),
I nie poddaje się pochlebcom,
I nie wybacza kaznodziejom.


To bardzo mądra strofa, dobrze świadcząca o idealistycznym widzeniu roli i znaczenia poezji w naszym życiu. Potrzebujemy takiej poezji, która nie da się wciągnąć na usługi takich czy innych pochlebców, która wyrasta z pnia niezależności i swobody, która jest zdolna wskazywać prawdę. Nawiązał do tego w stylu epickiej gawędy Mickiewiczowskiej nasz wybitny poeta współczesny, laureat nagrody Nobla, Czesław Miłosz w poemacie p. t. „Toast”:


W służbie polskiej poezji żyć postanowiłem
Choćby przyszło mi zostać nieznaczącym pyłem
Na tej górze, skąd idą nieśmiertelne błyski,
Trudniej, myślę ją zdobyć, niż paszport brytyjski.
A poezja jest prawdą. I kto ją obedrze
Z prawdy, niech jej kupuje trumnę kutą w srebrze…


A jeszcze w innym poemacie „Traktat poetycki” Czesław Miłosz napisał:


Mowa rodzinna niechaj będzie prosta,
Ażeby każdy, kto usłyszy słowo,
Widział jabłonie, rzekę, zakręt drogi,
Tak jak się widzi w letniej błyskawicy(…)


Właśnie, o to chodzi, by pisać prostym, zrozumiałym językiem, by wiersz, słowo pisane były jasne, czytelne, ale także piękne. By to co się pisze wyrastało z wnętrza duszy i potrzeby serca, było uczciwe, niezakłamane, naturalne. I to właśnie taką poezją, bądź też prozą artystyczną, prostą i zrozumiałą, przynajmniej dla mnie, będę od czasu starał się zainteresować i zachęcić do jej poznania Czytelników mojego blogu.


A dziś na koniec klasyczny przykład wiersza, który chce się czytać i podziwiać:


Czemu zanadto w jednej osobie?
Tej a nie innej? I co ja tu robię?
W dzień co jest wtorkiem? W domu nie gnieździe?
W skórze nie łusce ? Z twarzą nie liściem ?
Dlaczego tylko raz osobiście?
Właśnie na ziemi przy małej gwieździe?
Po tylu erach nieobecności?
Za wszystkie czasy i wszystkie glony?
Za jamochłony i nieboskłony?
Akurat teraz? Do krwi i kości?
Sama u siebie z sobą? Czemu
nie obok ani sto lat temu
siedzę i patrzę w ciemny kąt
- tak jak z wzniesionym nagle łbem
patrzy warczące zwane psem?


Te wydawałoby się nadzwyczaj proste, a jakże głębokie, egzystencjalne pytanie zadawała sobie nie kto inny, tylko nasza Noblistka, Wisława Szymborska, w wierszu p. t. „Zdziwienie”.


Ja też od czasu do czasu spoglądam na mój blog i zadaję sobie pytanie – Czemu? Ale dziś jest refleksyjny wtorek, więc tak samo jak u Szymborskiej wszelkie filozoficzne zapytania są całkiem na miejscu.
A odpowiedź na to pytanie układa mi się jak poniżej:


Kiedy coś mi w sercu pika,
w głowie wierci,
w krzyżu strzyka,
to znak że wróciła Muza ,
by zagościć tu półćwierci.


A choć ze mnie żaden huzar,
co harcuje na Parnasie
i choć mi rozsadza piersi,
Muza wabi jak muzyka
i w w rękawie chowam tuza  -


- Nie, nie mam zamiaru fikać,
co bym zrobił, będzie poza
muszę ogień w sercu zgasić,
nie dla mnie pisanie wierszy,
kiedy wokół - zwykła proza.


Pozostanę więc prozaikiem w moim blogu, choć o naszej wałbrzyskiej przyrodzie i krajobrazach, o naszych refleksjach w zetknięciu z otaczającymi nas cudami natury, wypadałoby pisać wierszem. Jest wielu, którzy to robią i chwała im za to. Dzięki temu nasze życie nabiera uroku i powagi.




niedziela, 10 sierpnia 2014

Co zrobić by się nie zaśmiecić?

dbamy o nasze otoczenie - jest coraz piękniej

Poruszam temat niewdzięczny, mało interesujący, oklepany do tego stopnia, że mamy go już dość.
Nie tak dawno był tematem wiodącym, gdy wdrażana była ustawa śmieciowa. Miała ona przynieść ze sobą nową jakość. Gospodarka śmieciami stała się sprawą każdej gminy osobno, ale także osobiście każdego obywatela. Otworzyła oczy na konieczność segregacji śmieci w każdym domu, bo inaczej nie da się osiągnąć celów ogólnych związanych z utylizacją lub recyklingiem, a także spalaniem odpadów. Używam tutaj wyrazów jeszcze niedawno obcych i niezrozumiałych, ale dziś już coraz bardziej do powszechnego użytku. I dlatego nie próbuję ich tłumaczyć, zwłaszcza że powód poruszenia tej sprawy jest bardziej prosty i banalny.

W związku ze stosowaną w domu wstępną segregacją śmieci od czasu do czasu wynoszę z domu osobno odpady szklane, plastiki, makulaturę do kontenerów wspólnych w pobliżu naszego osiedla. I byłoby wszystko w porządku, gdyby nie to, co się dzieje w tym punkcie zbiórki. Kontenery z plastikami wypełniają się w mgnieniu oka. Wypróżniane są znacznie rzadziej niż wynika to z potrzeb. Wtedy podobni jak ja segregatorzy zostawiają dostarczony „towar” obok kontenerów. Niestety, bywa tak, że obok kontenerów wyrzucane są nie tylko rzeczy, które się nie mieszczą, ale i inne przedmioty domowego użytku, meble, sprzęt techniczny itp. Okazuje się, że tego, co znajduje się obok kontenerów nikt nie ruszy palcem. Rosną więc zwały śmieciowe, budzą zgrozę i przerażenie, straszą nie tylko użytkowników, ale i przechodniów. Ta sytuacja trwa od samego początku, a więc już ponad rok. Nikogo, tak się przynajmniej wydaje, to nie interesuje. Nie ma mocnych w gminie, by albo wymusić na firmie, która wygrała przetarg, by jej „pożal się Boże” pracownicy, potrafili się schylić przy okazji wypróżniania kontenerów i pozbierać to, co znajduje się obok, albo też uruchomić służby porządkowe w mieście, by robiły taki porządek non stop.

Nie wiem jak mam to zrobić, by przekonać decydentów do tego, jak niezwykle ważną jest ta pozornie błaha sprawa. Kto z normalnie myślących mieszkańców uwierzy w to, że ta reforma śmieciowa, która wiąże się ze wzrostem indywidualnych kosztów, cośkolwiek przyniosła pożytecznego. Przecież dotąd mogliśmy wyrzucać śmieci bez segregacji do pojemników przydomowych i był spokój. Czy w reformie chodziło o to, by w kilkunastu eksponowanych miejscach w mieście zorganizować obszary budzące wstręt i zgorszenie. Czy ktoś potrafi zrozumieć, że nie nauczymy się nigdy czystości i porządku jeśli nie przekonamy ludzie, że przyjęte formy organizacyjne przynoszą efekty.

Posłużę się tutaj drobnym przykładem z mojego doświadczenia w Jedlinie-Zdroju. To miasteczko świeci przykładem porządku i czystości. Nie jest to skutek, że tam mieszkają inni ludzie. W Jedlinie od lat funkcjonują non stop służby porządkowe. Codziennie od wczesnego rana przeczesują miasto i zbierają śmieci. Początkowo było ich co niemiara jak w każdej gminie. Dziś jest o wiele mniej, ponieważ ludzie się przyzwyczaili do tego, że warto nie śmiecić, że czystość jest ważna i potrzebna, że komuś na tym zależy, że ktoś o to dba.

Jeśli w mojej gminie nikomu na tym nie zależy, nie ma ludzi we władzach samorządowych, by kogoś to ruszyło, rzeczywistość jest taka jaka jest.
Mój osiedlowy „śmietnik” znajduje się vis a vis pięknej, nowoczesnej, nowo otwartej restauracji, tuż obok budowane są nowe domki jednorodzinne. Stanowi więc budzący grozę kontrast i swą ohydą woła na cały głos o ratunek !

Czytam z błogą nadzieją o porozumieniach zawartych pomiędzy Polską, a Szwecją w sprawie promocji szwedzkich inwestycji i osiągnięć organizacyjnych w gospodarce odpadowej. Szwecja obok Niemiec, to europejscy liderzy w odzysku, recyklingu i spalaniu odpadów. Termicznemu unieszkodliwieniu poddaje się ponad 50 % odpadów, a na wysypiska trafia zaledwie ok. 1 % śmieci. To co ma miejsce w Polsce stanowi zagrożenie nie tylko dla Polaków, ale także najbliższych sąsiadów, nawet trudno to sobie wyobrazić – niebotyczne góry śmieci, których coroczny przyrost w postępie geometrycznym stanowi zagrożenie zdrowia i życia biologicznego przyrody i człowieka.
Mamy w kraju realny program ratunkowy zwany „Zielone Światło”, który m. in. promuje tworzenie tzw. zielonych miejsc pracy. Chodzi o energetyczne wykorzystanie śmieci do pozyskiwania energii cieplnej i biogazu. Pozwoliłoby to zmniejszyć import gazu ziemnego. Proekologiczne inwestycje w sektorze małych i średnich firm mogą pozwolić na utworzenie w Polsce nawet 1,2 mln. miejsc pracy. Szansa jest ogromna jeśli potrafimy skorzystać ze szwedzkich doświadczeń, unikając ich błędów i niedociągnięć w początkowym okresie wdrażania. W ramach szkoleń, które rozpoczęły się w kwietniu, przedstawiane są modele biznesowe zarządzania odpadami, systemowe rozwiązania gospodarki odpadowej na przykładzie Szwecji, metody zbiórki śmieci czy techniki sortowania odpadów. Promowane będą również techniki pozwalające wykorzystać wartość energetyczną odpadów komunalnych. Na wszelkie inwestycje proekologiczne można skorzystać ze środków unijnych, trzeba tylko umieć to robić.

Ile w Polsce mieliśmy już różnych programów? Ile pięknie oprawionych pękatych tomów strategii rozwojowych leży w biurkach lub szafach notabli. Ile nadziei rozbudzonych politycznymi deklaracjami?
Ale doświadczenie wskazuje, że w Polsce potrafimy coś osiągnąć, gdy mamy nóż na gardle. Już coraz wyraźniej go czujemy. Niezmierzone tony śmieci z każdego domu, z każdego zakładu pracy, z placówek handlowych i usługowych, muszą ulec przeobrażeniu, nie da się dalej wywozić je w pole, bo wysypiska staną się obszarowo większe od największych miast.

Musimy też wzajemnie się mobilizować i wdrażać porządek w gospodarce śmieciowej w każdej gminie, w każdym miejscu na ziemi. To już najwyższa pora, nikt tego za nas nie zrobi. Trzeba o tym mówić i pisać, przypominać i ostrzegać. Trzeba pamiętać szczególnie teraz w związku ze zbliżającymi się wyborami samorządowymi.
Głosujmy na ludzi, do których mamy zaufanie, że zrobią wszystko co możliwe, aby nie dać się zaśmiecić.


piątek, 8 sierpnia 2014

Lekarstwo na DNA



kto szuka nie błądzi


Bardzo, bardzo poważną sprawą pozwoliłem sobie zaprzątnąć uwagę moich Czytelników w jednym z ostatnich postów, pytając o sens życia. Mimo woli próbujemy w gąszczu słów uczonych i ważnych, w potoku mowy giętkiej i składnej  znaleźć sens naszego bytowania na tym „padole płaczu”, jakim jest ziemia nasza maleńka w makrokosmosie wszechświata. Wprawdzie swego czasu Henryk w swoich komentarzach  zasiał kompletny niepokój, elektryzując naszą wyobraźnię magicznym talizmanem DNA. I wszystko, co mieliśmy już jako tako poskładane nagle się przewróciło do góry nogami. To jednak nie upadajmy na duchu. Cóż z tego, że najnowsze odkrycia naukowe  dają nam do zrozumienia, że nie ma czegoś takiego, jak mityczny Stwórca, który dał ludziom wolność, wskazując jednocześnie drogę do nieba,  bo przecież istnieją tajemnicze DNA i one decydują o świecie i człowieku, w ich powstaniu kryje się zagadka istnienia, której nie jesteśmy w stanie pojąć

Nie mam innego wyjścia, jak szukać remedium dla naszych porażonych głów. Nie wiem, czy to co proponuję, to wystarczy, ale może choć odrobinę złagodzi nasze skołotane umysły i serca. Taki cel miał zapewne poeta, niezastąpiony w trudnych momentach życia  -  Konstanty Ildefons Gałczyński, a co napisał, poczytajmy:

„Ileż to lat, ileż to lat trzeba chodzić
po dniach, po nocach, po piętrach,
do ilu łomotać drzwi, w ilu szukać
książkach, światłach, muzycznych instrumentach,
po jakich drogach, co się w deszczu mylą,
zaplątują w niebieskich zachmurzeniach,
w ilu miastach z latarniami ! O, i w ilu
nieskończonych próbach, oczekiwaniach, doświadczeniach –

ażeby znaleźć jakieś jedno zdanie,
które do serca komuś wejdzie i zostanie,

parę słów ułożonych w dziecinny gwiazdozbiór,

a ten nad czyimś oknem będzie sunął świecąc
w noc zimową i powie ktoś: „Cóż noc niebrzydka!”

Bo trudno jest za włosy chwycić treść wzburzoną,
rytm odmienny jak księżyc, ten sam księżyc który
Beethoven z nieba zerwał i w sonatę wepchnął…

Nad tym oknem, nad tą lampą nie zagasłą,
rozgadane jak jesienna plucha  - 
jakich „Trenów”, jakich „Ballad i romansów”
można by się jeszcze w nas dosłuchać ?”

Żywię taką niepłonną nadzieję, że nie damy się zakneblować w poczuciu zwątpienia i bezradności wobec osiągnięć nauki, która odkryła bezsens wiary w to, że mamy jakiś wpływ na nasze życie na ziemi. A to wszystko przez DNA. To ono decyduje o wszystkim co się w nas i wokół nas dzieje. Nie, nie damy się. Wręcz odwrotnie. Będziemy głosić wszem i wobec, że żadne geny nie są w stanie nam odebrać wiary w sens życia, w którym istnieje poezja, sztuka i kultura, a obok niej cudowny świat natury i ludzie wrażliwi na piękno i dobro. I pokąd stać nas na miłość, przyjaźń, współczucie,  pokąd „nad tą lampą nie zagasłą” możemy jeszcze posłuchać sonaty Beethovena lub pobłądzić z zafascynowania w tajemniczym świecie „Ballad i Romansów", potąd jesteśmy wolni od jakichkolwiek naukowych zaszufladkowań.  Tak nam dopomóż Bóg (Twórco DNA) i Wszyscy Święci! Amen !

wtorek, 5 sierpnia 2014

Kurs na Wałbrzych

wałbrzyski rynek


Dziś w sezonie ogórkowym postaram się napisać coś dla odprężenia . Nie wiem, czy mi się to uda, ale spróbuję. Życie obfituje w zdarzenia, które mogą wywołać zdziwienie, a często śmiech lub irytację. Aż się prosi, żeby o tym napisać.
Przejeżdżając samochodem z Lubina przez centrum wielkiej Legnicy na próżno szukam wzrokiem drogowskazu z napisem – Wałbrzych. Dla legnickich drogowców to miasto nie istnieje. Ważniejsze są Jelenia Góra i Bolków. Kierując się intuicją jadę tą drogą z nadzieją, że za miastem pojawi się napis, iż jest to również droga do Wałbrzycha. Parę kilometrów od Legnicy za autostradą Wrocław – Zgorzelec pojawia się obok Jeleniej Góry i Bolkowa kolejna nazwa miasta – Jawor. To mnie napawa optymizmem, że chyba jadę dobrze, bo Jawor jest blisko Strzegomia, a Strzegom blisko Wałbrzycha. Wreszcie w Jaworze ktoś odważył się zawiesić na rozwidleniu dróg drogowskaz z napisem - Wałbrzych. Odetchnąłem z ulgą. Jednak Wałbrzych nie zginął, istnieje nie tylko na mapie. Mój znajomy skomentował to z sarkazmem: Nie dziwota, kto dziś jedzie do Wałbrzycha, wszyscy obierają kierunek odwrotny. Chyba że Legniczanie, ale oni nie robią tego, bo nie mają drogowskazu !

Oglądam film polski „Doskonałe popołudnie” z 2005 roku w reżyserii Przemysława Wojcieszka, nagrodzonego w tym samym roku „Paszportem „Polityki” za oryginalne dzieła będące manifestem pokolenia trzydziestolatków szukających miejsca w naszej rzeczywistości. Jest on również scenarzystą tego filmu. Już na samym początku jeden z młodych bohaterów filmu w rozmowie z wiozącym go samochodem kierowcą (Jerzy Stuhr), przyznaje, że jest z Wałbrzycha, ale tam nie wróci. Na pytanie dlaczego, odpowiada: „Był pan w Wałbrzychu? Od piętnastu lat tam się nic nie zmieniło!”

Otóż to, epatowanie opinii publicznej pejoratywnym obrazem Wałbrzycha stało się regułą. Film jest jednym z przykładów korzystania ze stereotypów o mieście, w którym tylko „szaro, buro i ponuro”, nędza i bezrobocie, byli górnicy giną wydobywając węgiel w bieda-szybach, żadnej nadziei na poprawę. Absurdalność tego zjawiska polega na wyolbrzymianiu negatywnych skutków przemian, a tuszowaniu pozytywów. Jak można mówić, że nic się nie zmieniło w Wałbrzychu od momentu przemiany ustrojowej w 1989 roku? To fakt. że w latach 90-tych upadł przemysł węglowy, co przyniosło za sobą fatalne skutki. Tysiące ludzi straciło pracę, upadła najważniejsza gałąź przemysłu, która przez całe wieki była fundamentem jego rozwoju. Było to swego rodzaju katharsis dla uprzemysłowionego, górniczego miasta, które utraciło podstawę swej egzystencji. Z takiej zapaści nie da się od razu i bezboleśnie wydobyć. Ale Wałbrzych odzyskał czyste powietrze, przestały go osaczać kłęby dymiących kominów kopalń i koksowni, skończył się horror ciężkiej i niebezpiecznej górniczej harówki, powstał nowy przemysł utworzony od podstaw w zgodzie z naturą i aktualnymi potrzebami, zbudowano nowe dzielnice mieszkaniowe, centra handlowe i usługowe, rozwinęło się szkolnictwo wyższe, prężnie działają placówki kultury. Powoli, ale z coraz widoczniejszym skutkiem miasto leczy swoje rany. Nie będę mnożył przykładów pozytywnych przemian w ostatnich latach, są one widoczne gołym okiem. Coraz częściej pojawiają się artykuły w prasie, audycje radiowe i telewizyjne przedstawiające sukcesy miasta, a nie tylko negatywy. To nie jest to samo miasto, co w latach PRL-u. Wiadomo, że jest jeszcze wiele do zrobienia, potrzeba kolejnych lat spokoju i dobrego gospodarowania by Wałbrzych stał się miastem nowoczesnym. Ale już dzisiaj – wystarczy tylko przyjść się z Placu Grunwaldzkiego do rynku mając w pamięci tę drogę sprzed lat, aby nieco optymistyczniej myśleć o Wałbrzychu.
Dziś mogę dodać, że Wałbrzych ma swoją coraz to bogatszą literaturę, jest znakomitym miejscem rozgrywania akcji i snucia interesujących wątków fabularnych. Najlepszym przykładem są książki związanych z Wałbrzychem zdobywczyń nagród „Nike”, Olgi Tokarczuk i Joanny Bator.
Od siebie dołożyłem do tego drobną cegiełkę w postaci bogato ilustrowanej książki „Wałbrzyskie powaby”.


Tylko legnickich drogowców nie da się chyba tak szybko przekonać, że Wałbrzych, to duże, rozwijające się i piękne miasto. Nie gorsze niż Legnica. Zasługujące na to, by u wylotu z Legnicy znaleźć się na drogowskazie.

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Próby generalne

świat się zmienia


Miniony weekend zapisał się w mej pamięci w sobotni wieczór fantastycznymi kolorami migających neonów w głośnym rytmie disco-polo w Głuszycy, a zaś w niedzielę - sportową zabawą samorządowców na boisku piłkarskim w Jedlinie-Zdroju. Okazuje się, że w obu przypadkach były to „na gorąco” zaimprowizowane próby generalne”, jak się okazało zupełnie udane i właściwe, bo mamy przecież środek lata, a więc najlepszy czas na dynamiczną rozrywkę dla ciała i duszy.


Pierwsza z „prób” była dla mnie zupełnym zaskoczeniem, bo nie było to wydarzenie gdziekolwiek zapowiedziane, choć już od paru dni postęp prac w przebudowywanym od podstaw lokalu gastronomicznym wydawał się na ukończeniu. Nie sądziłem, że to nastąpi tak szybko. Mam ten komfort, że nowy w Głuszycy „Gościniec Sudecki” znajduje się w zasięgu wzroku i słuchu z mojego domu, a w czasie porannych i wieczornych spacerów obserwowałem z podziwem prowadzone od kilkunastu miesięcy gruntowne roboty budowlane na bazie dawnej piwiarni. W tym właśnie miejscu przy zbiegu ulic Kolejowej i Warszawskiej urósł okazały, nowoczesny lokal gastronomiczny, którym można się było dotąd tylko zachwycać z zewnątrz. Okazuje się, że lada dzień otworzy swoje podwoje. A że będzie to udane otwarcie potwierdza niezwykle udana „próba generalna”.
„Gościniec Sudecki”, to w dziejach Głuszycy wydarzenie na miarę przełomu. Od lat w miasteczku, co by tu nie powiedzieć ponad siedmiotysięcznym, brakowało restauracji z prawdziwego zdarzenia.
Parę lat temu pojawił się pierwszy zwiastun „nowej Polski” restauracja „Stara Piekarnia”, ale niestety nieco oddalona od centrum miasta, a zwłaszcza od ważnego Osiedla Mieszkaniowego Głuszycy, zwanego pięknie „Słonecznym Wzgórzem” (dla niektórych „Wichrowym”). „Gościniec Sudecki” ma tę przewagę nad „Starą Piekarnią”, że tu można podejść pieszo z pobliskiego Osiedla, a nie przyjeżdżać samochodem. Znajduje się na drodze do Łomnicy, a Łomnica to Mekka turystyczna miasta Głuszyca. „Gościniec” obok śniadań, obiadów i kolacji proponuje dania grillowe i przekąski, a więc to wszystko, co trzeba, by zachęcić i zdobyć klientów. I jak się okazuje może stać się miejscem przyciągającym resztki młodzieży, tej która jeszcze trzyma się rodzinnego domu i nie wyfrunęła na „zachód” w poszukiwaniu między innymi miejsca, gdzie można się zabawić. To co mogłem zaobserwować w czasie „generalnej próby”, może „zawojować” świat młodych. „Gościniec” jest zrobiony na miarę czasów. Barwne neony na sali tanecznej, muzyka i bajecznie oświetlony na zewnątrz cały obiekt w otoczeniu zieleni i kwiatów, budzą zachwyt i wzruszenie. Przynajmniej u takich „młokosów” jak ja, którzy w tym mieście czekają na to już kilkadziesiąt lat.


A teraz parę słów o kolejnej „próbie generalnej”, która miała miejsce w sąsiedniej Jedlinie-Zdroju.
Wydarzenie podobnie ważne dla miasta, choć zupełnie z innego powodu. Impulsem do dumy i zadowolenia władz miejskich stał się awans miejscowej drużyny piłkarskiej do ligi okręgowej. Należało to docenić, a zarazem się pochwalić sukcesem, na który Jedlina czekała od lat. Tak się składa, że podobnej zachęty i promocji potrzebuje wałbrzyski klub piłkarski „Górnik”. Władze miejskie z Wałbrzycha bez wahania zgodziły się na pomysł wspólnej konfrontacji sportowej na boisku w Jedlinie-Zdroju. Odbyły się dwa mecze. Najpierw reprezentacji piłkarskich Wałbrzycha i Jedliny- Zdroju,co stanowiło swego rodzaju sparing przed czekajacymi ich premierowymi spotkaniami w swoich ligach, a następnie samorządów obu miast. Na czele barwnych reprezentacji samorządowych stanęli – prezydent Wałbrzycha, Roman Szełemej i burmistrz Jedliny, Leszek Orpel, a mecz ten wywołał nie mniejsze zainteresowanie widzów. Obydwaj szefowie okazali się nieźli w piłce kopanej, a prezydent Szełemej jak zwykle nie zawiódł, strzelił karnego, w czym jak widać ma duże doświadczenie.  To nie jest najważniejsze, że w obu konfrontacjach zdecydowanie lepszy okazał się Wałbrzych, ważne jest, że w ten sposób można było najlepiej jak to możliwe docenić wagę sportu, znaczenia piłki nożnej dla obu miast. Choć w to niedzielne popołudnie zachmurzyło się niebo i padał leciutki deszczyk, nie przeszkodziło to wesołej zabawie, którą starał się podbudować znakomitym komentarzem wałbrzyski dziennikarz sportowy.

Opisałem jak najkrócej obydwa wydarzenia, wydawałoby się mało ważne, po których można spokojnie przejść do porządku dziennego. Otóż uważam, że tak nie jest. W obydwu przypadkach mamy do czynienia z kolejnymi pozytywnymi zwiastunami przemian, które rokują dobre nadzieje na przyszłość. Stało się coś dobrego. Spróbujmy to dostrzec i docenić. Jeśli udały się próby generalne, to możemy liczyć na sukcesy kolejnych spektakli w wykonaniu aktorów obydwu prób.
Oby się spełniły !