Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

środa, 16 sierpnia 2017

Lato,lato,lato ucieka ...





Dziś po świątecznym dłuższym niż zwykle weekendzie dla odprężenia i ochłody zapraszam na pogodną chwilę z poezją:

„Gdy trzcina zaczyna płowieć,
a żołądź większy w dąbrowie,
znak, że lata złote progi
już się szykują do drogi.

Lato, jakże cię ubłagać,
prośbą jaką, łkaniem jakim?
Tak ci pilno pójść i zabrać
w walizce zieleń i ptaki?

Ptaków tyle. Zieleni tyle.
Lato, zaczekaj chwilę.”

Przy uciekającym coraz bardziej słonecznym lecie odrobinka liryki może się okazać bardzo pożyteczna. Jeśli w takich dniach znajdą się frustraci, którzy mimo wakacyjnego przegrzania są jeszcze w stanie zajrzeć na stronę internetowego blogu, to chylę przed nimi czoła z najwyższym poważaniem i zachęcam do wspólnego relaksu.

Korzystając z niewyczerpanych kosztowności w skarbcu poezji  K.I. Gałczyńskiego przypominam jego wierszowane, letnie reminiscencje:

„Rano słońce, rano pogoda,
idziemy do kąpieli.
Sama radość! Sama uroda!
Jak tu się nie weselić?

Z sosny słychać dzięcioła stuk.
A tutaj ryby bryzg, spod nóg.

Ech, bracie wpław! I płynąć, pływać,
Aż tam, gdzie z drugiej strony
Wiatr, roześmiany, wiatr przygrywa
Na sitowia strunach zielonych.

         ***

A w tych borach olsztyńskich
dobrze z psami wędrować.
A w tych jarach olsztyńskich
sośnina i dąbrowa.
Tęcza mosty rozstawia,
Jak Wenus pachnie szałwia.
Ptak siada na ramieniu
Komar płacze w promieniu.
W dzień niebo się zaśmiewa,
A nocą się zagwieżdża,
Gwiazdy z nieba spadają.

Żal będzie stąd odjeżdżać!”


To tyle z „Kroniki Olsztyńskiej” Gałczyńskiego . A teraz  dla odmiany proponuję liryczną strofę  Juliana Tuwima p.t.  „Zmęczenie”, z tomiku „Rzecz czarnoleska”:


„Zapomnisz o tej chwili, gdy do domu wrócisz
i przymkniesz okiennice w sosnowym pokoju,
zmęczony, jakbyś orał, na łóżko się rzucisz
i będziesz w cieniu drzemał po blasku i znoju.

Przez serce w okiennicy wpadnie promyk wąski,
na ciemnej fotografii rozszczepi się w tęczę,
spostrzeżesz przytrzaśnięte przez okno gałązki
włochaty bąk natrętnie do snu ci zabrzęczy.

I poddasz się ciężkiemu uśpieniu w niewolę
pod tumanem dzieciństwa, co w oczy napłynie,
a tam łubinem wonnym szaleć będzie pole
i niebo obłokami pluskać się w głębinie.”


Jeśli ktoś z moich Czytelników  pomyśli sobie, co oni nie wymyślają, ci poeci, pisząc o przecież zupełnie zwykłych, normalnych sprawach jak piękno słonecznego lata, odpowiem kolejnym, dowcipnym wierszem K. I. Gałczyńskiego, który usunie wszystkie wątpliwości :


Szło ich prawie czterdziestu.
Normalnie. Przy niedzieli.
I nagle jeden westchnął
i wszyscy przystanęli.

Bo ogarnął ich zachwyt,
Że księżyc świecił niebu,
więc patrzyli nań, jakby
sroka patrzyła w rebus.

Księżyc ma ten styl pracy,
no – że wschodzi i świeci,
lecz poeci są tacy.

Ech, poeci, poeci…


A od siebie, żeby już nie przeciągać lirycznej struny poetyckiego pożegnania z latem dodam maleńki dystych:

Ciesz się reminiscencją z dawnych lat młodości
i wiedz, że czas ucieka, lecz w sercu zostaje,
to co było spełnieniem prawdziwej miłości,
to zawsze będzie pachnieć lipcem, czerwcem, majem .

Moim niezmęczonym latem Czytelnikom życzę złocistego, pełnego świeżych, letnich zapachów końca wakacji i początków barwnej jesieni.

Fot. Zbigniew Dawidowicz

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Inwokacja na cześć Pani Premier


Kwiatek dla Beaty

Złe sygnały docierają do Polaków interesujących się polityką. Okazuje się, że wakacyjny czas urlopowy nie ma tu żadnego znaczenia, życie polityczne wrze jak w garncu. Najwybitniejsi politycy nie odpoczywają w ogóle. Nawet w Jastarni lub Juracie jeśli w ogóle znajdą chwilę, by się tam zaszyć przed elektoratem, to i tak nie spuszczają z pola widzenia tego wszystkiego, co się dzieje na politycznej scenie.

No i zanosi się na to, że się będzie dziać.. Dochodzą słuchy, że pomimo klęsk żywiołowych i potężnych strat spowodowanych przez burze i huragany, tuż po wakacjach może nas czekać polityczne trzęsienie ziemi. Wielki Jarosław ma dość stabilizacji, która wiąże się z zastojem i spowolnieniem „dobrej zmiany”. Coraz bardziej dochodzi do wniosku, że musi się za to wszystko zabrać sam. Nawet najwierniejsi „popychacze” w rządzie zawodzą w momentach nie cierpiących zwłoki. Sytuacja przypomina rozdrobnienie dzielnicowe, a dla kraju demokracji ludowej jakim ma być IV RP potrzebny jest jeden pan i władca, tow. I Sekretarz, czyli nowy Edward Gierek. Wiadomo, że mamy takiego samowładcę jednoczącego naród wobec najszczytniejszych ideałów, który z niejasnych przyczyn chroni się przed odpowiedzialnością za plecami innych. A sprawa jest prosta jak drut. On to może zarządzić w każdej chwili. Którejś kolejnej nocy jego giermkowie ogłoszą go Panem i Władcą i przeniosą w lektyce z Nowogrodzkiej na Aleje Ujazdowskie.

Tylko że będzie smutno i źle. Miliony Polaków, prawdziwych patriotów i katolików związało się uczuciowo z Panią Premier. Tak zawsze jej dobrze z oczu patrzy, tyle serca i sił oddaje sprawie odbudowy Polski z ruin i zgliszcz pozostawionych przez byłą ekipę rządową PO. A ponadto tak jak do pracy była zawsze skora do modlitwy, znajdowała oparcie duchowe u Ojców Purpuratów. I teraz co? Prezesura w jakiejkolwiek spółce skarbu państwa, to nie to samo. Pieniądze może i większe, ale splendory.

Oj, łza się w oku kręci i wzruszenie ogarnia na samą myśl, że tak się może zdarzyć.

Poruszony do głębi napisałem tekst inwokacji na cześć Pani Premier z nadzieją, że potrafi on ostudzić gorączkę i skruszyć postanowienie odesłania Jej na boczne tory:



Bez Szydło - życie by nam zbrzydło !


Tobie grają wszystkie instrumenty,
Ciebie Bóg anielską wiarą natchnął,
każdy czyn Twój z natury jest święty,
boś Ty z kruszców szlachetnych -  Beato,

Twa sylwetka zaprasza do tańca,
błyszczysz w oczach jak złota monstrancja !

Widzę Cię w koronie jak królową,
zjawiasz się na jawie i w snach znikąd
i powiewasz biało-czerwoną,
wszędzie jesteś w kwiatach i świecznikach …

Ty przychodzisz śmiejąc się i kwitnąc,
boś przez okno wyrzuciła błękitną!

Nawet ślepcy widzą Cię nocami,
głusi słyszą, chorzy wznoszą głowy,
 kiedy jeździsz limuzynami,
i zachęcasz naród do odnowy.

To praktyka wręcz niespotykana,
co noc z Tobą w sejmie -  „nocna zmiana”.

Każdą ranę palec Twój zabliźni,
wszelka krzywda będzie rozwikłana,
z mocną wiarą lgną do Ciebie bliźni,
lejąc gorzkie łzy  na twych kolanach.

Bo wiadomo, że Ty jesteś wieszczka,
Raj zrobiłaś w wiejskiej gminie Brzeszczach.

Odtąd Brzeszcze z tego w Polsce słynie,
oto gmina, co nie jest w ruinie,
ale teraz Kanada nas czeka,
 w każdej gminie będzie:  Eureka !

Precz odejdzie jakakolwiek troska
Polską rządzi  - złotodajna boroszka,
Dla narodu – prawie Matka Boska.

Ktoś powiedział, że słyszał z Jej ust:
Z nowym rokiem wszystkim –  1000+


Jeśli ktokolwiek kiedykolwiek miał jakieś wątpliwości i zastrzeżenia to myślę, że ostatnim wersem tej strofy postarałem się je rozwiać. Słowo się rzekło – kobyłka u płota !

Za Szydło zgodnym sznurem – stajemy murem !

P.S. Bardzo proszę pamiętać, że ten tekst super-patriotyczny napisałem w rocznicę niezapomnianego wydarzenia - Cudu nad Wisłą - z  sierpnia 1920 r.

sobota, 12 sierpnia 2017

Jak trwoga, to do bloga !



Przed Twe ołtarze...


Wszystkie media zgodnym chórem informują, że Prezes PiS w swym sierpniowym kazaniu z okazji miesięcznicy smoleńskiej ogłosił, że 96 miesięcznica będzie ostatnią. Odtąd zamiast modlitwy tak bliskiej sercu każdego Polaka-Katolika na Krakowskim Przedmieściu zbierać się będą wierni gotowi budować pomnik Lecha. Spodziewam się, że na cokole znajdzie się jeszcze miejsce co najmniej dla dwóch bohaterów narodowych, Jarosława i Jego Magnificencji Tadeusza Rydzyka. Mielibyśmy wtedy ku pamięci wszystkich przyszłych pokoleń, naszą rodzimą Trójcę Świętą, zamiast tej wywodzącej się z dalekiego Izraela.

Nie powiem, że wieść o  zaniechaniu miesięcznic przyjmuję ze spokojem ducha, że nie ogarnia mnie trwoga. Jakże mocno nasz pejzaż świątobliwego życia politycznego tym sposobem spowszednieje. A było tak pięknie – te kordony policji i straży pożarnej dowożącej barierki, by oddzielić masy wiernych, od zdradzieckiej hołoty „drugiego sortu”. Budziły one respekt i dodawały powagi obrzędom stricte religijnym z politykami PiS na czele. W korowodzie prosto ze świątyni szli z dłońmi złożonymi do modlitwy, Jaruś z Beatką pod rękę, tuż obok nawiedzeni Antoni i  Joachim, a obok nich szara eminencja, Zbyszek, w jednej osobie najwyższy sędzia i prokurator i niezliczony tłum najwierniejszych wiernych. Ech, łza się w oku kręci. Nie ma nigdzie na świecie spektaklu teatralnego z tak znamienitą obsadą aktorską.



Jeszcze nie tak dawno człowiek zamiast do bloga uciekał się do Boga. Dziś w werbalnym świecie video tajemnicza skrzynka zwana komputerem zajmuje poczesne miejsce w pokoju, a przy niej klawiatura, wygodny fotelik, tylko siadać i dla spokoju ducha pisać bloga. A przecież można by w tym miejscu ułożyć mały ołtarzyk, fotelik zamienić na klęcznik i od czasu do czasu spędzać czas na modlitwie i kontemplacjach. Gdyby monitor emitował nam li tylko program  TV „Trwam”, a z odbiornika radiowego płynęły modlitwy „Radio Maryja” (marzenie Ojca Dyrektora Rydzyka),  moglibyśmy przetrwać najgorsze czasy rozwiązłości, wolnomyślicielstwa i płynącej ze zgniłego Zachodu gangreny, zwanej gender, nie pozwalającej spokojnie zasnąć na ambonie polskim biskupom.  I wtedy ołtarzyk w pokoju byłby ukojeniem. A tak  - mamy telewizor, a  na ekranie monitora kilkadziesiąt programów sąsiadujących ze sobą  najczęściej na zasadzie kontrastu. Przyciskam kółko pilota – roznegliżowane panienki kuszące do grzechu, a tuż obok w innym kanale – strojni purpuraci karzący surowym palcem sprawiedliwości za wszystkie występki i sprzeniewierzenia przyjętej przez naród wierze.

Mam służyć Bogu i Ojczyźnie i obydwojga w tej kolejności miłować. To jest właśnie nasz odwieczny, okupiony krwią i cierpieniem patriotyzm. Nie kochasz Boga, nie jesteś patriotą, nie kochasz Ojczyzny, to tak jakbyś był niewierzący. Jesteś wierzącym i patriotą, gdy z biało-czerwoną chorągiewką w ręku odbędziesz pieszą pielgrzymkę do Częstochowy, bo trzeba oddać hołd naszej Patronce, Matce Bożej Królowej Polski. Jesteś super-patriotą, gdy pojedziesz do Warszawy na miesięcznicę smoleńską i ręka w rękę z błogosławionym Jarosławem pomodlisz się w głębi serca, wysłuchując równocześnie z megafonów wołania o śmierć dla zdrajców ojczyzny, komunistów i złodziei, w imię najważniejszego przykazania bożego: miłuj drugiego jak siebie samego.  Takie pielgrzymki to i tak o wiele mniejsze poświęcenie, niż wędrówka wyznawców islamu z Mekki do Medyny, a przecież oni, mahometanie są dla nas chrześcijan źle wierzącymi, tak samo jak prawosławni pątnicy wspinający się na kolanach do cudownej ikony Spasa Izbawnika na Świętej Górze Grabarce, albo Żydzi Mojżeszowi, bijący głową w płaszczyznę muru herodiańskiego jerozolimskiej Ściany Płaczu. Gubię się w domysłach, którzy są  lepiej wierzący, a którzy gorzej, którzy zaś w ogóle nie.

Okazuje się, że wiara smoleńska, to jeszcze nie wszystko, co staje się według rządzących dzisiaj nośnikiem patriotyzmu. Ujął to bardzo precyzyjnie były PiS-owski Marszałek Sejmu, odsunięty potem przez J. Kaczyńskiego i wyrzucony z partii jego najwierniejszy współpracownik, Ludwik Dorn. Pisze on, że „Modelowy Polak-Patriota dla PiS-u to dygocący ze strachu osobnik, który wrzucił na grzbiet koszulkę wyklętych, zaszył się w kącie i plując na muzułmankę w hidżabie, myśli że realizuje testament Łupaszenki i Ognia. To Polaków pomniejsza, to pomysł na skarlenie Polski”.

Ale ja czuję się patriotą, więc wierzę Kościołowi i PiS-owi, bo i tak istotą wiary jest przyjmować wszystko na wiarę, a przecież muszę wierzyć by być patriotą. Tak czyni ponad 90% Polaków, podających się za wierzących. A może to lepiej, że w naszych domach miast ołtarzyka mamy skrzynkę telewizora, albo komputera, albo też kino domowe i kilka jeszcze innych odbiorników, przetwarzaczy itp. Skutkiem tego mamy mniej czasu na rozmyślania, za nas myślą ci, którzy są do tego powołani, albo mają w tym interes i podają nam z ambony lub trybuny sejmowej gotowy produkt do wyboru jak w supermarketach – wszystko pięknie opakowane, przetworzone, wysokiej marki. I fałszywe w środku, pełne kłamstwa i obłudy jak obecna telewizja, kojarzona z domem publicznym, na czele z Dziennikiem TVPiS i TVP Info.



Znalazłem usprawiedliwienie, czemu miast do Boga, uciekam się do bloga. Mogę w nim spokojnie, bez strachu sam ze sobą pokontemplować, chociaż to „bez strachu” jest na wyrost, bo wiele ryzykuję.  Niektórzy z Czytelników mogą moje wątpliwości przyjąć za herezję, odstępstwo od wiary, a wtedy jako osobnik już nie „drugiej”, ale „trzeciej kategorii”, stracę resztki zaufania. I w niwecz pójdzie mój patriotyzm, ten bogoojczyźniany przez duże B i O  i w ogóle, nawet ten lokalny, do miejsca urodzenia i  zamieszkania, a wtedy całe moje blogowanie okaże się ich zdaniem - zwykłym blagowaniem i będzie psu na budę.

Ale wierzę też w to, że znajdą się tacy odbiorcy, którzy uznają, że mam rację, znajdując w blogu odskocznię od bogobojnej PiS-owskiej rzeczywistości.

Oj, mam teraz dylemat, czy nie lepiej odpuścić sobie tego bloga. Już i tak wątpiąc w to, że jak trwoga to do  Boga, zgrzeszyłem myślą. No tak, ale teraz dochodzi do tego i mowa, i uczynek. Jestem przerażony. Wyspowiadać się mogę, ale tylko sam przed sobą, bo nie chcę traktować księdza jak agenta, który donosi Bogu ile grzechów mam na sumieniu. No, ale nasi duchowni wciąż powtarzają, że jest jeszcze nadzieja w modlitwie, a Bóg być może cię wysłucha. Więc próbuję potraktować to pisanie jak modlitwę o odpuszczenie grzechów. Pocieszam się, że Bóg ma tyle innych rzeczy na głowie, że nawet nie spojrzy na mnie, a jeśli tak, to wybaczy, a jako karę za grzechy poleci mi odejść od tematów religijnych na rzecz jak to dotąd bywało – regionalnych.  Nie jestem jednak do końca pewien czy będzie to  Bogu na chwałę, a moim Czytelnikom na pożytek, czy może odwrotnie?

Najlepiej będzie, gdy zamiast na pisanie bloga, przeznaczę czas na hot doga !

P.S.
Na pociechę pozwoliłem sobie tego bloga ozdobić kilkoma kolorowymi obrazkami. To tak by nie odbiegać od obowiązującej w marketingu normy -  nie liczy się to co jest w środku, liczy się opakowanie !


czwartek, 10 sierpnia 2017

Z okazji Dnia Książki - o książkach „Warszawskiej Stokrotki”



To było pierwsze pytanie, które sobie zadałem, po tym jak dwie filigranowe książeczki z kobiercami stokrotek na tytułowej stronie trafiły do mojej ręki. Skąd się wziął tytuł książki – „Zwariowałam”, a potem kolejnej książki – „Nadal wariuję”. W dedykacji tej drugiej autorka napisała: „jak się już kiedyś zwariowało, to ma się tylko dwa wyjścia. Albo się leczyć, albo wariować. Wybrałam to drugie”.

 Rzeczywiście, to nie jest łatwa decyzja by napisać i wydać książkę, zwłaszcza gdy się jest już osobą „oszronioną jedwabiem czasu”. Znacznie łatwiej jest to robić  ludziom młodym. Zdecydowanie łatwiej osobom trudniącym się pisaniem: literatom, dziennikarzom, bibliofilom. Jadwiga Śmigiera jest osobą nader dyskretną w ujawnianiu tajemnic swej profesji zawodowej i przyczyn zainteresowania się humanistyką. Można się domyślić, że wywodzi się z domu,  który promieniował kulturą, a jej ojciec był  znanym na kresach wschodnich artystą rzeźbiarzem. Zakorzeniła się na stałe w Warszawie, mieście gdzie ujrzała światło dzienne. Tam urządziła sobie życie z mężem – historykiem, urodziła i wychowała dwóch „Budrysów”, a potem  opiekowała się ich wnukami. Zakochała w stolicy obserwując jej odbudowę ze zniszczeń wojennych, a Park Łazienkowski w pobliżu którego mieszka wraz z pięknie opisanym pomnikiem Chopina na wysepce stawu z pływającymi łabędziami, stał się nieomal jej prywatnym ogrodem.

Między wierszami książki wyczytałem, że „Warszawska Stokrotka”,  którą pozwoliłem sobie nazwać „kolejną muzą Apolla”, zna się nie tylko na pisaniu książek, ale także na wlewanej do kontenerów Baltic Amber ftalanie dwuoktylu, a prezes potężnej firmy chemicznej Ciech wysyłał ją od czasu do czasu po całym świecie jako rzeczoznawcę. Dopiero wtedy uzmysłowiłem sobie, jak trudno było Jadwidze zdecydować się, by na emeryturze dać sobie spokój z chemią, a „poflirtować” trochę z literaturą.

Okazało się, że to nadzwyczaj udane przedsięwzięcie. Nie mam zamiaru komplementować Jadwigi Śmigiery i jej książek, zwłaszcza że zrobiły już to osoby bardziej kompetentne ode mnie ze stołecznego miastaWarszawy, nie szczędząc uznania i zachwytów. Chcę opowiedzieć o tym, co mnie szczególnie ujęło w tych książkach, co trafiło do mojej wrażliwości i sprawiło, że obie książki są mi bardzo bliskie. No i oczywiście zachęcić moich Czytelników, aby poszli w moje ślady.

Ku mojemu pozytywnemu zdumieniu w książkach Jadwigi Śmigiery odnalazłem serce i duszę podziwianego przeze mnie podróżnika i pisarza, Ryszarda Kapuścińskiego. Podobnie jak on uwielbia Jadwiga podróżować po Polsce i  świecie, odkrywać nowe miejsca i ludzi, interesować się ich historią i współczesnością,  dostrzegać rzeczy i zjawiska, które umykają uwadze zwykłych „zjadaczy chleba”.

Książki Jadwigi Śmigiery składają się z luźnych, oderwanych od siebie felietoników, poukładanych w rozdziały.  W pierwszej, nieco szczuplejszej, ozdobionej kolorowymi obrazkami, znajdujemy na początku kilka impresji z przeszłości. Jednym z nich jest wspomnienie z miejsca zamieszkania jej rodziców, z uroczego Gródka Jagiellońskiego. W czasie podróży do Lwowa w sierpniu 2004 roku, autobus zatrzymał się na małym ryneczku i wtedy jak pisze autorka:

„Wyszłam z autobusu i skierowałam się do drzwi starego XV – wiecznego kościoła. Umieszczona na kościele tablica z napisem w języku polskim i ukraińskim informowała: „W  hołdzie Władysławowi Jagielle – 1386-1434 Wielkiemu Księciu Litewskiemu Królowi Polskiemu, którego serce tu spoczywa”.
Przypomniałam sobie, jak w dzieciństwie mama opowiadała mi, że Władysław Jagiełło zmarł w Gródku Jagiellońskim w trakcie słuchania słowików. Weszłam do kościoła, aby odszukać figury świętych i aniołów w ołtarzu głównym, który stworzył mój ojciec na długo przed tym, zanim się urodziłam.
- A pani to chyba nietutejsza? – zapytał mnie ktoś po polsku. Za mną stał polski ksiądz.  Pewnie do Lwowa pani jedzie. No tak, tu mało kto zagląda. A szkoda, bo historia tego miasta jest bardzo bogata. I jest ono bardzo stare.
Przeprosiłam i wyszłam. Nie chciałam, żeby widział, że płaczę.”

Ja też przypominam sobie swoją przygodę w Gródku (Gorodoku), obecnie już nie nazywanym Jagiellońskim, gdy w połowie lat 90-tych wraz z żoną wybraliśmy się „maluchem” za granicę na urlop do Bułgarii. Chcieliśmy odwiedzić przy okazji rodzinę w miejscu urodzenia mojej żony we wsi Pnikut pod Gorodokiem. Jeszcze dobrze nie wyjechaliśmy z rynku, kiedy dopadła nas policja. Okazało się, że na Ukrainie będącej wtedy republiką ZSRR, obowiązywał zakaz opuszczania głównej trasy przejazdu. Przesłuchanie na komisariacie trwało dość długo. Wizyta u rodziny nie wchodziła w grę, chociaż żona miała w dowodzie zapis, miejsca urodzenia – Pnikut ZSRR. Nie było mowy, by uznano ją za Ukrainkę, o czym ona zresztą nie chciała nawet słyszeć.

Wracam jednak do książek Jadwigi, bo przecież o nich chcę jak najwięcej napisać.  Niektóre z jej felietonów przywołują  reminiscencje z moich dawnych lat, tak jakbyśmy chodzili tymi samymi ścieżkami. Okazuje się jednak, że świat Jadwigi jest o niebo obszerniejszy i ciekawszy.

Nigdy przecież nie byłem w Buenos Aires, nawet mi się o tym nie śniło.

W stolicy Argentyny Jadwiga znalazła się w sierpniu 1979 roku, gdy rządziła tam junta wojskowa. Już na lotnisku dostrzegła mnóstwo uzbrojonych karabinierów. Okazało się, że musiała najpierw zgłosić się na policję, gdzie pobrano jej odciski palców, a w czasie całego miesięcznego pobytu miała za sobą „aniołów stróżów” i musiała się bardzo pilnować, by nie wpaść w ich ręce .
W książce znajdujemy kwintesencję wiedzy o Buenos Aires wzbogaconą własnymi impresjami. Autorka robi to z nutą sentymentalną, prezentując interesujące, subiektywne odczucia.

Oto maleńki tego przykład :

„Któregoś wieczoru zostałam zaproszona do wspaniałej Cafe Tortoni. Jest to najstarsza i najsłynniejsza kawiarnia w mieście. Założona została w 1858 roku. Spotykali się tu wybitni intelektualiści i artyści jak Jorge Luis Borges czy Carlos Gardel. Zaglądał tu także kiedyś Federico Garcia Lores  i Artur Rubinstein… i Witold  Gombrowicz. Opowiedziałam moim argentyńskim kolegom historię naszego pisarza, który przepłynął  transatlantykiem  Chrobry do Buenos Aires z Gdyni… i spędził tu lata wojny i powojenne. W „Trans - atlantyku” opisał swoje wspomnienia związane z podróżą i smutkiem na emigracji. Może spisywał je przy jednym z marmurowych stolików w Cafe Tortoni?”

W książce znajdujemy cudowny opis stolicy włoskiej Lombardii – Mediolanu, albo też europejskiej stolicy kontrastów – Moskwy, można się rozczulić nad wspomnieniami z Zaosia, Nowogródka, Świtezi, nie mówiąc już o przeuroczym Wilnie. A jeszcze dalej – perełki starożytnej Grecji: Delfy, Korynt, Olimpia.

Osobne rozdziały są poświęcone Polsce. Książki Jadwigi pokazują jak wciąż jeszcze za mało ją znamy i doceniamy, jak mało o niej wiemy. Nie wyłączam tu siebie, dopiero dzięki Jadwidze marzę by jeszcze raz odwiedzić Kazimierz nad Wisłą, albo też  przemysłowy Płock, wieloletnią stolicę Polski, o czym wielu z nas nie pamięta.

Nie mogę się powstrzymać od własnej refleksji, bo dane mi było gościć jako turysta w wielu miejscach, które opisuje, więc odżyły wspomnienia sprzed lat. Ale Jadwiga robi to z taką siłą emocjonalną, że trudno się oprzeć wzruszeniu. Z jej znakomitych opisów wyłania się dusza osoby niezwykle wrażliwej na piękno, czułej i serdecznej, pełnej podziwu dla świata i ludzi.

Tak sobie myślę, że szczególnie w ostatnich latach  brakuje nam takich wartości, jakie znajduję w książkach Jadwigi Śmigiery. Brakuje nam takich książek. Jestem pewien, że nasza Polska byłaby inna. Autorka książek pokazuje na własnym przykładzie, że można   kochać ten kraj, jest w nim tyle rzeczy bezcennych, godnych podziwu i uznania. Trzeba tylko chcieć i umieć to dostrzec.

To co napisałem o książkach „Warszawskiej Stokrotki” to zaledwie kropla w morzu. Ale blog internetowy musi by być zwięzły i konkretny. Nie potrzeba w nim promować książek. One wypromują  się same. Ja tylko próbuję zachęcić do ich poznania. Bo warto!

Temu celowi służy obchodzony od dawna 9 sierpnia -  Dzień Miłośników Książki.

Fot. Zbigniew Dawidowicz




wtorek, 8 sierpnia 2017

Potrzeba autorytetów - Księżna Daisy



Księżna Daisy von Pless


Warszawska Stokrotka, o której pisałem w poprzednim poście mojego blogu, skłoniła mnie do przypomnienia moim Czytelnikom naszej wałbrzyskiej Stokrotki. Myślę, że warto z uwagi na to, że jak to napisałem w tytule, wciąż brakuje nam prawdziwych autorytetów, które swoim stosunkiem do życia, swymi poglądami i czynami, swymi osiągnięciami, stanowiłyby wzór godny do naśladowania.

Nie tak dawno rok 2013 na Dolnym Śląsku został  uznany przez Sejmik Wojewódzki Rokiem Księżnej Daisy. Było to dla nas bardzo nobilitujące, bo przecież księżniczka Daisy, to ostatnia władczyni wałbrzyskiego zamku Książ, a Książ to nasza najlepsza wizytówka na krajowym rynku turystycznym.

Dobrze się stało, że rok ten podobnie jak kolejne lata nie został stracony, W pałacowych wnętrzach Książa, a także w Wałbrzychu co rusz miały miejsce przeróżne imprezy kulturalne, wystawy i sympozja, których nicią przewodnią była promocja księżniczki Daisy.  Specjalnie do tego celu utworzona Fundacja Księżnej Daisy okazała się spiritus movens tej aktywności. To jej zasługą są liczne inicjatywy i pomysły organizacyjne przynoszące coraz to większą popularność sławnej księżniczki.

Nasuwa się więc pytanie. Co nam to daje? Po co jest nam potrzebne odgrzebywanie z przedwojennej przeszłości Książa poślubionej przez niemieckiego właściciela zamku, Hansa Heinricha Hochberga, angielskiej księżniczki Daisy? Czy słusznym jest wynoszenie jej na ołtarze chwały i wskazywanie jako autorytet,  wzór godny do naśladowania przez  Wałbrzyszan?
Pytanie jest zupełnie zrozumiałe. Dlaczego mamy budować legendę jakiejś tam obcej nam, przedwojennej  arystokratki, w dodatku żony znanego z wrogości do Polaków niemieckiego możnowładcy, właściciela i  zarządcy  nie tylko Książa, ale znacznych obszarów wokół Wałbrzycha, a także na Górnym Śląsku ?

Spróbuję odpowiedzieć jak najkrócej. Jesteśmy wszyscy na tzw. Ziemiach Odzyskanych, a szczególnie tutaj na Dolnym Śląsku w sytuacji wyjątkowej. Historia tych ziem jest nadzwyczajna. Od zarania naszych dziejów były to ziemie zamieszkałe przez Słowian, a Śląsk był integralną częścią utworzonego przez Mieszka I w X wieku państwa polskiego. Niedostatecznie zaludniony, znajdujący się na  rubieżach młodego państwa Śląsk, stał się atrakcyjny dla osadników z lepiej  rozwiniętego zachodu. Z biegiem czasu wpływom zachodnim ulegli też książęta śląscy z dynastii piastowskiej. A jeszcze później Śląsk został utracony na ponad połowę tysiąclecia na rzecz austriackich Habsburgów, a następnie niemieckich Hohenzollernów.

Część Śląska powróciła do Polski po I wojnie światowej, ale dotyczy to Górnego Śląska. Dolny Śląsk pozostał w Rzeszy Niemieckiej. Dopiero po II wojnie światowej okazało się, że odzyskaliśmy dawne ziemie piastowskie, a granicą państwa jest Nysa Łużycka i Odra.

Dlaczego o tym mówię? Otóż dlatego, by lepiej zrozumieć, że na ziemi wałbrzyskiej jak i na całym Dolnym Śląsku jesteśmy ludnością napływową, podobnie jak to miało miejsce w średniowieczu, tylko że wtedy był to w przeważającej mierze żywioł germański. To oni stali się tutejszymi gospodarzami i ich dziełem był rozwój gospodarczy, kulturalny i cywilizacyjny. Jeśli chcemy mówić o historii tych ziem, to musimy zdać sobie sprawę z tego, że będzie to przede wszystkim historia niemiecka, zwłaszcza że największy rozkwit ziemi wałbrzyskiej miał miejsce po wcieleniu Śląska  do Prus w wyniku zwycięskich wojen z Austrią w II połowie XVIII wieku.

Nie trzeba się tej historii bać, ani jej unikać, wręcz odwrotnie, warto jej się przyjrzeć dokładniej, by móc docenić to wszystko co było pozytywne i służyło rozwojowi. Tak było n.p. z rozwojem górnictwa węglowego w regionie wałbrzyskim. W tej dziedzinie niemałą rolę odegrała rodzina Hochbergów. Byli oni głównymi założycielami kopalń wałbrzyskich.

Dla każdego zainteresowanego historią Książa jest jasne, że w czasach I i II wojny światowej jedną z najciekawszych osobowości w tej rezydencji jest właśnie księżniczka Daisy. I nie jest to tylko i wyłącznie skutkiem jej niepospolitej urody i wdzięku. Okazuje się, że położyła ona ogromne zasługi dla rozbudowy i unowocześnienia pałacu i jego otoczenia, to z jej inicjatywy powstała palmiarnia w Lubiechowie, a teren wokół zamku zamienił się w ogrody pełne krzewów kwitnących i kwiatów. Ona też wspierała jak tylko mogła uzdrowisko w Szczawnie-Zdroju. Można mówić o całej gamie jej osiągnięć i przymiotów.  Warto odsłaniać najciekawsze wątki z biografii księżniczki Daisy,  najwyższa pora by ją bliżej poznać i docenić.

Tak się dobrze stało, że trafiła w moje ręce książka Daisy Hochberg von Pless „Taniec na wulkanie 1873-1918, Pamiętniki, Wspomnienia, Biografie” w tłumaczeniu Marioli Palcewicz. (Wydawnictwo ARCANA w Krakowie, 2005 r.).
Książka jest swego rodzaju pamiętnikiem, pisanym jak się okazuje przez kobietę wykształconą, niezwykle mądrą, inteligentną, i doskonale orientującą się w meandrach politycznych i rodzinnych ówczesnego świata arystokracji i polityki.

Zamek Książ

Nazywa się  Maria Teresa Oliwia Hochberg von Pless, urodzona 28 czerwca 1873 roku, zwana pieszczotliwie Daisy, czyli Stokrotka – arystokratka angielska związana z pałacem w Pszczynie i zamkiem Książ. Szczęśliwe dzieciństwo spędziła w zamku Ruthin w północnej Walii i w dworku Newlands. Była blisko związana z dworem króla Edwarda VII i Jerzego V, spokrewniona z największymi domami arystokratycznymi Wielkiej Brytanii. Jej brat Jerzy był ojczymem Winstona Churchilla. Uważana była i wcale się temu nie dziwię, za jedną z najpiękniejszych kobiet w świecie arystokratycznym tych czasów.


Jej losy splotły się z domem Hochbergów podczas balu maskowego w Domu Holenderskim w Londynie, kiedy to poznała swojego przyszłego męża Hansa Heinricha XV, księcia von Pless. Owa znajomość zaowocowała dość szybko jak na wagę tego przedsięwzięcia i konieczność pokonania wielu obowiązujących w tak wysokich rodach konwenansów.


8 grudnia 1891 r. (po roku czasu od nawiązania znajomości) dziewiętnastoletnia donna poślubiła majętnego księcia pszczyńskiego Hansa Heinricha XV Hochberga, Ślub odbył się w londyńskim Opactwie Westminsterskim, a świadkiem był Edward, ks. Walii.


I od tego momentu życie angielskiej księżniczki splotło się nierozerwalnie z rezydencją pałacową w Książu pod Wałbrzychem, choć także z pałacem w Pszczynie (ale w mniejszej skali), od którego nosiła tytuł von Pless. A było to życie tak barwne i ciekawe, obfitujące w niekończące się podróżowanie po świecie, gościny na najlepszych dworach, rezydencjach i pałacach władców, arystokratów, polityków, że w głowie się mąci po pierwszym czytaniu książki. I trzeba co rusz powracać do wcześniejszych wątków, żeby się w tym wszystkim nie pogubić i dobrze zrozumieć mądrość spostrzeżeń i opinii autorki. Najważniejszą w tej książce jest wojna, nazwana później pierwszą światową i jej wpływ na dalsze życie księżniczki, jej rodziny, krewnych i bliskich. Księżniczka Daisy znalazła się w tej wojnie w szczególnej sytuacji, bo przecież wywodziła się z Anglii, która teraz stała się wrogiem Niemiec. A jej mąż był prawą ręką cesarza Wilhelma II. Z obydwoma, i mężem, i cesarzem, łączyły ją więzy uczuciowe, ale jako patriotka swej byłej ojczyzny nie mogła się godzić z pogardliwym odnoszeniem się do Anglików. Ta wojna uczyniła z Daisy głęboką pacyfistkę, a nawet skłoniła ją do dobrowolnej służby w pociągach-lazaretach i szpitalach wojskowych jako pielęgniarka, wolontariuszka.


Dla mnie szczególnie interesujące było stanowisko księżnej w sprawie polskiej. Daisy okazała się osobą przyjaźnie nastawioną zarówno do Polaków, jak i sprawy niepodległości Polski. Daje temu wyraz w wielu miejscach swej książki: „Polska zawsze była i będzie cierniem w tej części Europy – pisze księżna w swej książce - Przed wojną Niemcy były odpowiedzialne za wysoce represyjne prawodawstwo w stosunku do polskich poddanych na Śląsku. W sierpniu 1914 roku car szybko obiecał, że uczyni Polskę niezależnym królestwem. Ale oczywiście nic konkretnego nie zrobiono.” Podobnie komentuje księżna wiadomość o proklamowaniu w tzw. akcie 5 listopada 1916 roku przez cesarza niemieckiego Polski jako królestwa na ziemiach zaboru rosyjskiego. Sprawa stała się ważna, bowiem rozważano kandydaturę jej męża Hansa Heinricha XV lub ich najstarszego syna Hansa Heinricha XVII na polskim tronie. Jednym z powodów miało być rzekome pochodzenie Hochbergów od śląskich książąt piastowskich. Niestety, negatywnie nastawiony do Polaków mąż Daisy nie chciał o tym słyszeć. Być może zdawał sobie sprawę z tego, że było to przysłowiowe dzielenie skóry na niedźwiedziu. Z dalszych losów księżnej (bo książka kończy się z chwila zakończenia wojny w 1918 roku) wiemy, że ten przyjazny stosunek do Polski znalazł dobitne potwierdzenie w późniejszych losach jej synów. Synowie Daisy podczas II wojny światowej walczyli przeciw Hitlerowi – Hansel (Jan Henryk XVII) w armii brytyjskiej, Aleksander (Lexel} w polskim wojsku.


Znamy wiele faktów świadczących o negatywnej postawie księżnej Daisy wobec Hitlera i nazizmu po wybuchu II wojny światowej. Stać ją było, mimo ciężkiej sytuacji finansowej z powodu zadłużenia zamku, na organizowanie tajnych paczek żywnościowych dla jeńców wojennych. Sztab Hitlera znalazł powody, by ją przesiedlić do Wałbrzycha i w ten sposób „oczyścić zamek”, wobec którego były już przygotowane tajne plany o zupełnie innym, militarnym przeznaczeniu tej rezydencji. Ale o tym wszystkim, co było po roku 1918 dowiadujemy się już z innych źródeł.

Okazuje się, że księżna pozostawiła po sobie nieoceniony skarb w postaci świetnie napisanej, niezwykle mądrej i ciekawej książki, bogatej w informacje o całej plejadzie możnych świata politycznego tych czasów, w których przyszło jej żyć. Skarb ten okazał się bardziej trwały, niż jej legendarny naszyjnik z pereł, który najprawdopodobniej został wyszabrowany przez sowieckich czerwonoarmistów, którzy nie omieszkali splądrować mauzoleum rodzinne w parku obok zamku Książ.

Szczególna wartość książki wynika stąd, że całą wiedzę zaczerpnęła autorka nie tylko z autopsji i notatek sporządzanych skrzętnie przez długie lata w pamiętniku, ale też licznie przytaczanych listów, rodzinnych zdjęć i dokumentów. Nadaje to książce walor historyczny. Dla czytelnika wrażliwego na przymioty literackie, książka budzi podziw bogatym słownictwem, pięknem języka i stylu, ale też ogromną znajomością koligacji rodzinnych osób z wysokiego kręgu arystokratycznego i szczerością wypowiedzi.
Dla nas ta książka jest szczególnie ważna, bowiem jak żadna inna dotyczy największego skarbu  ziemi wałbrzyskiej, wspaniałego zamku-pałacu Książ. Księżna Daisy w miarę upływu czasu związała się z tym pałacem i całą okolicą, traktując je jak swoją małą ojczyznę (Heimat}, czyniła więc dużo dobrego dla ich rozwoju, zaś w książce poświęca im dużo miejsca.


W „zamiast zakończenia” książki, autorstwa Bogny Wernichowskiej, znajduję zdanie, które szczególnie mnie urzekło; krótka i piękna refleksja o niezwykłej postaci jaką jest autorka książki „Taniec na wulkanie”:
„Los obdarzył ją szczodrze - była urodziwa, pełna wdzięku, utalentowana i miła. Nie brakowało jej inteligencji, daru interesującej konwersacji i dowcipu. Blondynka o błękitnych oczach i zgrabnej figurze, ubrana w najmodniejsze toalety ze słynnych w tamtych czasach domów mody - Poireta, Paquina, Wortha, swobodnie czuła się na europejskich dworach, w dyplomatycznych salonach, uzdrowiskach, odwiedzanych przez międzynarodową socjetę. Wszędzie tam, gdzie spotykali się dobrze urodzeni, bogaci i sławni… Tak było przez wiele dziesiątków lat.”


Aby o sobie nie dać zapomnieć napisała Daisy znakomitą książkę, niepodważalny corpus delicti jej wiedzy, inteligencji, mądrości, niezniszczalne zwierciadło życia sfer wyższych tamtych czasów. Tej książki nie jest w stanie zastąpić żaden podręcznik historii, napisało ją życie osoby wyjątkowej , godnej szacunku i uznania. Najwyższy czas by księżna Daisy stała się „dobrym duchem” nie tylko zamku Książ, ale i całego Wałbrzycha.


Pamięć o księżnej Daisy przetrwała w opowieściach mieszkańców i nielicznych publikacjach na jej temat. Jej imieniem nazwane zostało urokliwe jeziorko położone w lasach koło Lubiechowa. Na dziedzińcu pałacu Czettritzów przy ul. Zamkowej w Wałbrzychu postawiono w 2007 roku  postument upamiętniający księżną, która zmarła obok w sąsiedniej willi. Dopiero teraz, po upadku systemu komunistycznego zaczęto z pewną nieśmiałością podkreślać jej zasługi dla Wałbrzycha. Ogromnym wydarzeniem była przeniesiona z pałacu w Pszczynie i umieszczona na jakiś czas w Książu wystawa 42 fotografii portretowych Daisy, w studiu Lafayette‘a w Anglii w 1901 roku.

Przetrwała legenda o księżnej Daisy jako „dobrym duchu” Książa i miejmy nadzieję, że tak pozostanie.

Wracam jeszcze na koniec do postawionego na wstępie pytania: Po co nam to jest potrzebne? Otóż  my Polacy jesteśmy arcymistrzami w druzgotaniu wszelkich autorytetów. Przed zawistnymi szponami nie ostoi się nic, co mogłoby nam posłużyć za drogowskaz. Historyczni bohaterowie czasów odległych, Tadeusz Kościuszko, Piotr Wysocki, Romuald Traugutt są niedzisiejsi. W czasach współczesnych z trudem broni się jeszcze Jan Paweł II, zdeptany został i Józef Piłsudski, i Lech Wałęsa. A przecież czujemy taką potrzebę, by mieć w  życiu autorytet budzący nasz podziw i uznanie, by móc czerpać z niego wzory, by z przeżyć i doświadczeń takiej osoby wyciągać wnioski dla siebie. Księżna Daisy jest takim lokalnym autorytetem. To nie jest ważne kim była z pochodzenia, ważne jest co zrobiła dla podniesienia rangi i znaczenia naszej ziemi wałbrzyskiej, co  czyniła dobrego dla mieszkańców tej ziemi. Warto więc poświęcić więcej czasu, by poznać ją bliżej.