Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

sobota, 23 września 2017

Myślenie ma przyszłość




A jednak jeszcze żyjemy, świat się nie zawalił, warto więc zająć się sprawami ziemskimi.

Już wkrótce przed nami jesienny miesiąc – październik. Kto mógł wymyślić taką ponurą nazwę dla miesiąca, który bardzo często okazuje się być jednym z najpiękniejszych miesięcy w roku?  Próbuję odgadnąć  źródłosłów słowa październik. Zaglądam  do słownika,  paździerz    zdrętwiałe części suchych łodyg lnu lub konopi odpadające z włókien przy międleniu. I to niestety stanowi  o nazwie miesiąca?
Październik bywa miesiącem kapryśnym, od czasu do czasu czaruje pięknem słonecznej pogody, co daje się odczuć zwłaszcza w otoczeniu lasów i gór, a zdarza się, że zasmuca ponurym, mglistym niebem, zasnutym czarnymi chmurami.

Z październikiem u nas w kraju wiąże się nieodłącznie określenie „złotej polskiej jesieni”. Bywa, że przesuwa się ono w czasie sięgając połowy listopada. To jest czas, kiedy w obszarach górskich doświadczamy tego, co moglibyśmy sobie  wyobrazić jako niebiańskie rozkosze raju. Świat wokół nas staje się przecudowną mozaiką kolorów. W blasku słońca lub wieczornych zórz staje się on niepojęty, olśniewający. 

Na temat tego. co dzieje się wokół nas jesienią mamy wiele egzystencjonalnych lub filozoficznych  dywagacji. I właśnie dlatego myśl o Bogu, stwórcy tego wszystkiego co nas otacza  jest absolutnie w tym czasie na miejscu. Ktoś przecież stworzył te niepojęte dziwy przyrody. Próby wytłumaczenia, że stało się to w drodze ewolucji są tak samo abstrakcyjne jak zapisy Pisma Świętego mówiące o tym, że Wielki Bóg jest twórcą świata, że zrobił to w ciągu sześciu dni, a siódmy przeznaczył na odpoczynek.

Powinniśmy traktować poważnie wytwory żydowskich mędrców, rzekomo natchnionych przez Boga, którzy spisali dzieje narodu żydowskiego w Starym Testamencie, a  przy okazji postarali się  wytłumaczyć, skąd się wziął świat  i człowiek na ziemi, komu  i czemu ma służyć. Czyta się to wszystkim jak bajki z tysiąca i jednej nocy, napotykając liczne wątpliwości. Trudno przecież pogodzić z logiką opowieść o grzechu Adama i Ewy, którzy pokusili się mimo zakazu Stwórcy zerwać jabłko z drzewa  mądrości.  Skutkiem tego zostali oni ukarani zesłaniem z niebiańskiego raju  na ziemię. Stali się pierwszymi ludźmi na tym padole płaczu, a na ich potomstwie, czyli całej ludzkości  aż do dziś ciąży grzech pierworodny, za który musimy pokutować. Nawet będąc człowiekiem dobrej wiary nie jesteśmy w stanie tego pojąć.

Wciąż nurtuje nas zasadnicze pytanie  -  po co człowiek żyje na ziemi, skoro to wszystko co doświadczymy i osiągniemy kończy się tak samo, nieodwracalnie  - śmiercią . Czy żyjemy tylko po to, by oddawać cześć Bogu, a jeśli będziemy żyli zgodnie z jego przykazaniami, to możemy sobie zasłużyć na powrót do raju? A gdzie jest ten raj, wiadomo że w niebie, chyba więc gdzieś tam w kosmosie. A kim to jest ten Bóg i po co mu to było, ten świat i wszystkie niegodziwości życia ludzkiego ? 
  
Rodzi się tych pytań tysiące i trudno znaleźć na nie logiczne odpowiedzi.  Dla wielu z nas wiara w Boga jest ratunkiem, ona pozwala ominąć wszystkie wieloznaczności Pisma Świętego, bo przecież wiara nie potrzebuje żadnych logicznych uzasadnień. Po prostu, to czego nie potrafimy zrozumieć przyjmujemy na wiarę.

Przypominam sobie anegdotę z książki młodopolskiego pisarza Tadeusza  Boya Żeleńskiego „Obiad literacki. Proust”:  spotkali się nad jeziorem dwaj wędkarze, wierzący i ateista. Ten pierwszy zarzucił wędkę i po chwili wyciągnął ją, ale zamiast ryby na haczyku wisiała kartka z napisem: Nie istnieję. Bóg. A na to ateista mówi: A widzisz ! Zapamiętał się ateista w przeświadczeniu, że znalazł argument namacalny dla swoich przekonań. Ale przecież kartkę podpisał Bóg.  Kiedy niedowiarstwo staje się wiarą, głupsze jest od religii.

W dalszej części dyskusji  przy literackim, stole z udziałem kilku wybitnych paryskich pisarzy i myślicieli, jeden z braci Goncourt oświadcza: Największa siła religii chrześcijańskiej tkwi w tym, że ona jest religią smutków, nieszczęść, zgryzot, chorób, wszystkiego, co utrapia duszę, serce, ciało… Zwraca się do tych, co cierpią. Przyrzeka pociechę tym , co jej potrzebują, nadzieję tym, co są zrozpaczeni. Religie starożytne to były religie radości człowieka, uczty życia. To jest różnica taka, jak między wieńcem z róż, a chustką do nosa.  Dlaczego więc najbardziej religijne są kobiety. A dlatego, że religia jest u kobiety częścią płci.

Religia dowartościowuje kobiety, jest dla nich miejscem spełniania się ukrytych, mistycznych ciągot.

 Nie znam nic piękniejszego, mówi Saint Victor, niż wielkie święto w Katedrze Św. Piotra w Rzymie : kardynałowie czytający swe brewiarze, rozwaleni w fotelach. Tak, religia katolicka to w gruncie rzeczy bajeczna mitologia. Spektakl teatralny najwyższej wody. Aktorzy – doświadczeni mistrzowie sceny. W świetle jupiterów stanowią doskonałe uosobienie mądrości i pokory. A do tego poprzebierani ministranci, kadzidła, muzyka organowa, śpiew  i modlitwy. Nikt nie roztrząsa kim są w rzeczy samej kardynałowie. Dla nich dogmaty wiary, to jak reguły w wiście, trzeba im się poddać, ale nie przywiązują do nich wagi. Dogmaty są dla wiernych, a rolą kardynałów jest umieć przekonać wiernych do ich przestrzegania.

Zapędziłem się trochę w tym październikowym rozmyślaniu. Ktoś może się zadziwić dlaczego akurat teraz. Za miesiąc będzie lepsza okazja - 1 listopada. Prawie wszyscy będziemy obchodzić uroczyście radosny Dzień Wszystkich Świętych -  na cmentarzu. Niestety, taką mamy tradycję. Trudno pojąć dlaczego na cmentarzu już pierwszego listopada, a nie drugiego w Dzień Zmarłych, ale nie jest to najważniejsze. Idziemy tam z zupełnie innych powodów. I przy tej okazji skupiamy się mimo woli nad sensem (lub bezsensem) życia ludzkiego.

Nasuwające się skojarzenie nazwy października od paździerzy, czyli jak wspomniałem na wstępie od „zdrętwiałych części suchych łodyg, odpadających przy międleniu” ma w sobie znaczenie symboliczne. Przypomina, że wszystko co może nam się wydawać najważniejsze i najwartościowsze ulegnie z czasem zmiędleniu. Nie przywiązujmy więc uwagi tylko do rzeczy materialnych, zapominając o duchowych. Uwierzmy, że śmierć nie jest końcem wszystkiego. Jak dobrze jest pomyśleć, że dusza jest nieśmiertelna i gdzieś tam daleko spotkamy się wszyscy w kosmosie.

I tym optymistycznym akcentem zakończę tę przed październikową dywagację, jak się okazało dającą dużo do myślenia. Warto od czasu do czasu pomyśleć, bo przecież myślenie ma kolosalną przyszłość !

Fot. Zbigniew Dawidowicz

piątek, 22 września 2017

Koniec świata bliski



Przeczytałem na stronie internetowej wiadomość, która zamroziła mnie do szpiku kości. To nie żarty. Trzeba by się jak najszybciej pakować, tylko gdzie można uciec. Ani na księżyc, ani na Marsa. Wciąż jeszcze nie wiadomo, czy tam jest możliwe życie, a poza tym ruch rakietowy w tamtą stronę jest słabo rozwinięty.
Powodowany uczuciami humanitarnymi mogę zrobić tylko jedno, powiadomić o tym moich wiernych Czytelników. Lepiej być  przygotowanym na wszystko.

Proponuję ten czas, który nam jeszcze pozostał wykorzystać maksymalnie. Koniecznie pożegnać się ze wszystkimi najbliższymi. Zjeść dobrą kolację. Usiąść i na wszelki wypadek napisać testament, aby mieć czyste sumienie. Wieczorem zapalić świeczki obok łóżka, ubrać się w porządne ciuchy, niczym nie krępujące swobodę ruchów, uzbroić się w cierpliwość i czekać. Jeśli ktoś ma lunetę, to warto obserwować ruchy meteorów. Jeśli tylko dostrzeżemy w kosmosie asteroidę Florence, to znak że Apokalipsa jest nieunikniona. Nie pozostaje nam już nic innego, tylko modlić się i płakać.

Stare proroctwa wiele mówią o różnego rodzaju kataklizmach i innych nieszczęściach, jakie spotkają ludzkość przed końcem świata.

Zwracając się do swoich uczniów, Jezus mówił, że przed końcem świata "wydadzą was na udrękę i będą was zabijać, i będziecie w nienawiści u wszystkich narodów, z powodu mego imienia" (Mat. 24:9).


Z raportu przedstawionego przez grupę Open Doors USA wynika, że liczba zdarzeń uznawanych za prześladowania chrześcijan alarmująco wzrasta. W 2016 roku 90 tys. chrześcijan zostało zabitych z powodu wiary, a 600 mln nie mogło praktykować swojej wiary na skutek zastraszania, wymuszonej konwersji, uszkodzenia ciała lub nawet utraty życia. 

W ostatnim czasie mieszkańcy Karaibów i Florydy musieli zmierzyć się z niezwykle niszczycielską mocą huraganu Irma. Po nim spustoszenie sieje z kolei huragan Maria. Potężne trzęsienia ziemi nawiedziły w ostatnich dniach także Meksyk.

Z doniesień wojskowego wywiadu wynika, że Kim Dzong Un posiada już zminiaturyzowaną głowicę nuklearną. Jednocześnie Pjongjang nie łagodzi swojej konfrontacyjnej postawy względem USA. Ale to nie wojna nukrealna stanie się przyczyną końca swiata.

Zgodnie ze słowami Apokalipsy św. Jana przed końcem świata ma się ukazać "Niewiasta przyobleczona w Słońce, z Księżycem pod stopami, w koronie z dwunastu gwiazd". Ma się pojawić także Smok będący ucieleśnieniem szatana i niemniej złowieszcza Bestia. Wielki znak Kobiety opisany w Księdze Objawienia powstaje i trwa tylko przez kilka godzin. Zgodnie z wygenerowanymi komputerowo modelami astronomicznymi ten symbol nie pojawił się nigdy przedtem w historii ludzkości - wyjaśnia autor nazywający się "biblijnym numerologiem". Pojawi się tylko raz 23 września 2017 roku.

Numerolog nie określa  wyraźnie wyglądu tej kobiety, ale ma to być niewiasta klęcząca, rozmodlona, ubrana dostatnio ale z umiarem, z oczu ma jej patrzeć dobrze, a obok Słońca nad jej głową przyobleczoną w koronę z dwunastoma gwiazdami i Księżyca u stóp, w ręku jej ma się znajdować artystyczne szydło. W tle objawionego obrazka można będzie ujrzeć postać jasnogłowego człowieczka przyobleczonego w biało-czerwoną nieprzemakalną pelerynę sięgającą do ziemi i jeszcze jego duchowego opiekuna w szacie zakonnej z włosami rudymi jak rydz.

Gdy to się stanie, Ziemia znajdzie się bezpośrednio przed momentem złamania Szóstej Pieczęci. W zderzeniu z ziemią potężna asteroida Florence, której średnica wynosi ponad 4 km. wywoła niewyobrażalny kataklizm.

Ułożenie gwiazd przewidziane w Księdze Objawienia wskazuje na to, że koniec świata nastąpi 23 września 2017 roku.
  
To właśnie z tego powodu miało miejsce w Belwederze dzisiejsze spotkanie męzów stanu - prezesa i prezydenta. Można się domyślić, że obaj schronią się w najmocniej strzeżonym miejscu w tym kraju przy Ul. Nowogrodzkiej (dokladny adres zastrzeżony z wiadomych względów).

Na wszelki wypadek żegnam się z moimi wiernymi Czytelnikami nie tracąc już czasu na rozleglejsze epitafium. Oczywiście życzę dobrego zdrowia! Sto lat! Trzymajcie się! Nie upadajcie na duchu. W razie czego głowa do góry. Chciałoby się żyć, nie umierać, ale nizbadane są wyroki niebios!
Przecież spotkamy się na tamtym świecie! Ari vederci !


czwartek, 21 września 2017

Jesienią cuda się plenią...



O czymże dumać z początkiem jesieni, która nadchodzi do nas roniąc z nieba rzęsiste łzy. To chyba z powodu tych nawałnic, które zdruzgotały ogromne połacie Pomorza i innych części Polski, wczesna jesień zalała się lzami.  No dobrze, niech trochę popłacze, ale nie odbiera nam nadziei na złotą polską jesień. Tak bardzo nam potrzeba słońca, by w jego blasku pocieszyć się urokami naszych gór i lasów. To jest to, co podnosi na duchu i pozwala uciec od ponurej aury politycznej dżungli, w której gubimy się na co dzień i od święta.

Wielu Polaków przyjmuje z nutą optymizmu to co się dzieje w kraju. Najważniejsza persona w Polsce, poseł Jarosław Wielki pokazał się elektoratowi na miesięcznicy smoleńskiej, jak zwykle otoczony barczystymi ochraniarzami i wygłosił homilię w duchu ewangelicznym. To samo zresztą powtarza jak mantrę od wielu lat, obrzucając na koniec inwektywami wszystkich tych, którzy znaleźli się poza ogrodzeniem zbudowanym nocą przez oddziały policji i straży pożarnej, żeby zapewnić posłowi i jego wielbicielom nienaruszalność obrządku religijnego. Nieoficjalny król polski, bożyszcze narodu, a także „oczko w głowie” wielebnych Kościoła, zamiast zgodzić się na to, by lud boży umieścił go w lektyce i przeniósł na rękach z kościoła na mównicę w pobliżu Pałacu Namiestnikowskiego, ufa jednak bardziej BOR-owcom i odbywa pielgrzymkę pieszo. W ten sposób potwierdza skromność swojej osoby i pokorę godną faktycznej głowy państwa, a zarazem zapewnia sobie bezpieczeństwo, by Broń Boże nie stało się coś, co mogłoby pokrzyżować postępującą „dobrą zmianę” tak bardzo pożądaną przez ogół społeczeństwa.

Oglądam na facebooku obrazki z tego, co się działo w Warszawie przy okazji kolejnej miesięcznicy. Nie, nie mogę w to uwierzyć, że coś takiego może mieć miejsce w prawie czterdziestomilionowym kraju nad Wisłą. To tak jakbym oglądał Charliego Chaplina w amerykańskich czasach filmu niemego. To po prostu najwyższej klasy polski film  science fiction. Stanisław Lem czegoś takiego by nie wymyślił. Wygrodzona część miasta stołecznego, szwadrony policji i ochraniarzy rozwalających kontr manifestantów po to by maleńki człowieczek, podobny do włoskiego Benito M. mógł sobie przemaszerować ze swą świtą przyboczną, wynieść się na podwyższenie i wykrzyczeć słowa nienawiści i groźby.

 Przecież w tym kraju są miliony mądrych, inteligentnych, wykształconych ludzi. Czy oni nie widzą absurdalności tej parodii. Komu ona jest potrzebna? Chyba tylko tej fanatycznej rzeszy omamionych propagandowym kłamstwem Warszawiaków, którzy wprost od ołtarza gotowi byliby pójść z pięściami, pluć i wyzywać tych, którzy myślą inaczej. Przecież ten karykaturalny seans na ulicach Warszawy nie ma nic wspólnego z religijnym oddaniem czci ofiarom katastrofy. To perfidne wykorzystywanie tragedii lotniczej tylko i wyłącznie dla celów politycznych.

Nie ma takiego drugiego kraju, który mógłby wymyślić coś podobnego. Jeśli miesięcznice smoleńskie miały odrobinę sensu za rządów PO jako sposób na pokazanie siły opozycyjnej partii, to dziś kiedy ona ma władzę niepodzielną, kontynuowanie takiego kabaretu ulicznego jest niedorzecznością.

Ale przecież to tylko jedno ze spektakularnych wydarzeń sprawiających wrażenie, że tym krajem rządzą ludzie niespełna rozumu. Nie będę mnożył przykładów, bo w zasadzie wystarczy jeden, a dotyczy on polityki zagranicznej państwa polskiego, w tym stosunku do Unii Europejskiej, której jesteśmy jeszcze członkiem.

Lepiej byłoby o tym wszystkim nie myśleć i zdać się na cud, który nastąpi nagle i pozwoli Polsce otrząsnąć się z tego marazmu politycznego. Pozostaje nam wierzyć w cuda, bo  opozycja  nie wydaje się mądrzejsza, a nawet na dalekim horyzoncie nie widać męża opatrznościowego, który potrafiłby tak, jak kiedyś Wałęsa pobudzić naród do czynu i zjednoczyć we wspólnym działaniu. A marzy się nam Polska jako normalny kraj, lubiany i szanowany, gościnny dom dla wszystkich Polaków, a także przybyszów z innych stron.

Póki co nadzieję pokładamy w złotej polskiej jesieni. Ona jest mniej zawodna niż politycy.
Pragniemy słońca i ciepła choć przez miesiąc w październiku, zwłaszcza że jak twierdzą synoptycy – czeka nas długa, mroźna zima. Mówią, że nieszczęścia chodzą parami, ale tak głoszą tylko niepoprawni malkontenci. Dobrze byłoby, aby i jesienią i zimą było cieplej zarówno w aurze jak i polityce.


Fot. Zbigniew Dawidowicz

poniedziałek, 18 września 2017

Internetowy "misz masz"


Rządzący Polską !


Wziąłem sobie do serca  sentencję  Denisa Diderota :

„Ludzie przestają myśleć, kiedy przestają czytać”

Ta „złota myśl” francuskiego pisarza, krytyka literatury i sztuki, filozofa i encyklopedysty okresu Oświecenia, przyświeca mi od dłuższego czasu, zwłaszcza że mam go teraz na stare lata znacznie więcej niż dawniej. Czytam wszystko co mi wpadnie pod rękę, a nieomal obowiązkowo portale internetowe. Tam znajduję świat o jakim przez całe moje lata młodości i dojrzałego życia nawet mi się nie śniło.

Biskup Ignacy Krasicki pisał swego czasu o miasteczku, w którym było „klasztorów dziewięć i gdzieniegdzie domki”. Ale to było bardzo dawno temu. Dziś gdyby żył, to musiałby klasztory zamienić na markety. To tutaj koncentruje się życie materialne i duchowe współczesnego laikatu.
Najlepiej to widać, gdy zbliżają się jakiekolwiek święta, a najwyraźniej na Boże Narodzenie. To właśnie te ubogacone wielowiekową tradycją, staropolskie  święta, które kojarzą się wszystkim przede wszystkim z suto zastawionym stołem, ożywiają naszą energię i   pozwalają wyekspediować wszystkie zasoby pieniężne, byle tylko w świątecznej w lodówce, na stole i pod choinką niczego nie zabrakło.

Aż miło znaleźć się tuż przed świętami w „Tesco”, „Auchan”. „Kauflandzie” „Biedronce”. „Dino”. „Eco”,  itd. itp. A święta w marketach już od początku listopada, zachęcają do obfitych zakupów specjalne, wydzielonymi segmentami różnokolorowych, błyszczących stroików i świecidełek, a także prezentami pod choinkę.
Wszędzie rojno i gwarno, można obcować bezpośrednio z bogatym światem luksusu, można odurzyć się urzekającą atmosferą przepychu i  blichtru, spotkać dawno nie oglądanych znajomych, wymienić uśmiechy i ukłony. Wizyty w supermarketach dostarczają nowych, dotąd nieznanych, niezwykłych przeżyć.

Niestety brzmi to groźnie, bo lud Boży może się zmanierować i ograniczyć swoje świętowanie do marketów. Być może kolejni biskupi zaczną zamykać świątynie podobnie jak tę w Jasienicy, ale to z tego powodu, że nie będzie wiernych. Przykład francuski mówi: wszystko to być może … Chyba, że (na co się nie zanosi) biskupi zejdą z piedestału i jak to radził Ignacy Krasicki  poziomem życia zbliżą się do ludu.
Nasi rządzący mają na to inny pomysł, najlepiej pozamykać te handlowe „świątynie rozpusty” we wszystkie święta i wtedy pobożny ludek pójdzie zamiast do marketu, to do kościoła.. A niepobożni niech siedzą w domu i słuchają radia Maryja.

A oto kolejny przykład handlowego „misz masz”:


- Najzdrowszy wykwit lokalnego patriotyzmu: „Piast Mocne” to kwintesencja siły i charakteru Dolnego Śląska  -  czytam drobnym druczkiem objaśnienia na puszce piwnej browaru Carlsberg Polska Sp. z o. o. w Warszawie. Na samej górze zaś czerwonymi literami; Z miłości do Dolnego Śląska. Otóż to, czego się nie robi z miłości? „Złocista Barwa”, czytam dalej, „Chmielowy Aromat”, „Produkt Regionalny”. Oto atrybuty puszki piwa. Kocham Dolny Śląsk, złotą barwę i aromat chmielowy, więc nie mam wyboru. „Piast Mocne” , to jest to...
Po „Piaście” czuję się patriotą lokalnym jak nigdy przedtem, ale niestety gorzej ze mną jeśli chodzi o patriotyzm krajowy. Chciałbym być polskim patriotą, ale okazuje się że nie mogę, bo Polak patriota, to katolik ślepo wierzący w to wszystko co powiedzą w TV „Trwam”.

Zwycięzca wyborów -  PiS -  ogłasza wszem i wobec, że jest za Kościołem, ale po cichu kopie pod nim dołki, bo coraz dobitniej i głośniej agituje Polaków do nowej wiary. To jest wiara w zamach smoleński. Okazuje się, że kto nie wierzy w ten zamach, nie jest patriotą. Ksiądz  Stanisław Małkowski wierzy, mógł więc z godnością czynić publicznie egzorcyzmy pod Pałacem Namiestnikowskim po to, by wypędzić zeń złe duchy. Złe duchy powodują, że coraz więcej Polaków traci wiarę. Ale w Pałacu mamy pobożnego prezydenta, a premier rządu każdy dzień rozpoczyna na klęczkach, więc będzie lepiej, Odżegnujemy się wyraźnie od przymierza z Zachodem, bo przecież wiadomo, że moce nieczyste przylatują  z Zachodniej Europy. Dlatego trzeba zrobić wszystko by je przepędzić popierając PiS, z pełną świadomością, że flaga unijna to szmata. Tak oświadczyła wybitna ideolog PiS-u, niejaka Pawłowicz. Rzecz w tym, żeby tę Unię Europejską rozwalić od środka, a dzięki poparciu USA nic nam nie grozi. W najgorszym przypadku damy sobie radę sami. Jesteśmy mistrzami świata w powstaniach zbrojnych przeciw zaborcy.

Idziemy dalej:

- Nasz polski świat mediów i polityki przypomina chorego idiotę po narkotykach i po flaszce wódki.
Politycy zdolni są wypowiadać horrendalne bzdury, aby zdobyć poklask tłumów i znaleźć się w mediach. Te zaś chętnie z tego korzystają by poprawiać wyniki oglądalności. Odbiorca mediów jest bezradny, bo trudno się odciąć od współczesnego świata wirtualnego. Wciska się on drzwiami i oknami odkąd w nasze codzienne życie wdarła się technika radiowa, telewizyjna, internetowa,  a do tego prasa bulwarowa i oszałamiające bilbordy.

Każde wybory, to wyścig w sztuce robienia wyborcom wody z mózgu. A przecież chodzi tylko i wyłącznie o fotele dla tej samej grupy ludzi, którzy dorwali się do władzy. Nie ma takiej siły, która byłaby w stanie przerwać ten chocholi taniec zwany przekornie demokracją. Dziś Wyspiański napisałby te same słowa, co pod koniec XIX stulecia w Polsce rozbiorowej,  ale tym razem pod adresem wielkiego ruchu „Solidarności”: „Miałeś chamie złoty róg...”

Ale nasze media stać na odskocznię od mizerii życia politycznego. Pojawiają się newsy przejmujące swoją głębią filozoficzną i  humanitaryzmem. Na przykład portal gazeta pl podaje z ulgą, że Wiedźmin z Hollywood to liga B , a nawet C, a więc nie jest już taką ikoną jak nam się wydaje. Czas więc dać sobie spokój z importowanym Wiedźminem skoro w naszej codziennej politycznej rzeczywistości mamy okazy o niebo lepsze – vide – plejada pisowskich ministrów z wyrokami sądowymi, albo chlubną przeszłością z głębokiego PRL-u. Wygląda na to, że u Jarka liczą się  głównie ci, co mają coś na sumieniu.

To jednak nic wobec promocji  Opolskiego Festiwalu, a zarazem TVPiS w wykonaniu piewcy nowego wzoru życia  patriotycznego, warszawskiego idola sztuki kabaretowej – Jana Pietrzaka. Oglądaliśmy go w zaciszu amfiteatru festiwalowego w Opolu wypełnionego po brzegi pustymi miejscami. To z powodu złej pogody, stwierdził niepozbawiony nigdy humoru artysta Pietrzak, któremu na koniec sprawiło owację ok. dwustu PiS-owskich klakierów sędziwego wieku. Ktoś dowcipny napisał: jaka władza, taki błazen. A ja przypomniałem sobie bardzo trafny tytuł jednego z moich felietonów w DB 2010: Nie tylko słońce miewa zaćmienia.


Nic się nie stało, twierdzą lektorzy TVP Kurskiego, mimo że on sam nie wytrzymał do końca koncertu Pietrzaka, tak więc absurdalny świat upartyjnionych mediów funkcjonuje nadal i czuje się dobrze, a jak pokazuje doświadczenie, to jego możliwości rozwoju są znacznie bardziej ekspansywne niż proces ewolucji w przyrodzie dostrzeżony przez Karola Darwina.

Wciąż jednak wisi nad nami jak miecz Damoklesa kolejna zapowiedź Nostradamusa:

 Zaraza przeszła, świat staje się mniejszy
 Przez długi czas lądy zamieszkiwane będą w pokoju
 Ludzie będą bezpiecznie podróżować przez niebo, lądy i morza
 Potem wojny wybuchną na nowo.

Pocieszmy się jednak, że mamy jeszcze sporo czasu na podróżowanie przez niebo, lądy i morza zanim wybuchną wojny, zresztą wojna to dla nas pestka z chwilą kiedy minister od wojny Antoni Macierewicz wprowadzi powszechny obowiązek służby wojskowej, a dalej ogłosi nowe przetargi na zakup broni i zbuduje system obrony terytorialnej kraju.

Proszę więc moi Czytelnicy, bądźcie spokojni, niech nic nie zakłóci Wam radosnego przeżywania nadchodzącej złotej polskiej jesieni. Mówią, że będzie gorąco!.



piątek, 15 września 2017

Co można było zobaczyć na budynku siedziby PiS?



Rok temu opisałem w moim blogu refleksje płynące z artykułu jaki się ukazał w styczniu 2016 roku w „Gazecie Wyborczej. „Wojcieszek o Polsce” – to tytuł artykułu w „Tygodniku Wrocław”, a w podtytule mrożące krew w żyłach uzupełnienie -  „Demony wojny według PiS”. Pomijam sensacyjny podtytuł wywiadu i nie on pobudził mnie emocjonalnie. 

Zafascynowała mnie rozmowa redaktor Magdy Piekarskiej z osobami, o których przyznam się czytałem już wcześniej, ale gubiły się one w coraz to nowych plikach sensacyjnych informacji o wyjątkowo inspirującej postaci dyrektora legnickiego Teatru Modrzejewskiej, Jacka Głąba.


Przemysław Wojcieszek, zapisał się złotymi zgłoskami w historii legnickiego teatru jako twórca spektaklu „Hymn narodowy”, którego tekst napisał wspólnie z Emilią Piech, studentką PWST.
Ale tematem wywiadu jest nowy film p.t.   „Knivest out”, dzieło tej samej spółki autorskiej. W luźnej rozmowie domowej po przeczytaniu artykułu pomyliłem nazwisko Emilii Piech, i nazwałem ją Emilią Plater. Po tym wszystkim co przeczytałem o obydwojga twórcach nowego filmu myślę, że wcale to nie było na wyrost.

Zacznę od króciutkiej rekomendacji bohaterów mojego postu: 

Przemysław Wojcieszek, scenarzysta, reżyser, dramaturg. Autor kilku filmów, a także głośnego spektaklu wystawionego w legnickim  Teatrze Modrzejewskiej „Made in Poland”.

Emilia Piech, studentka IV roku wrocławskiej PWST, gdzie można ją oglądać w spektaklu „Biesy”. Współautorka pisanego wspólnie z Wojcieszkiem tekstu „Hymn narodowy”, a także nowego filmu „Knivest out”

O nowym filmie wrocławskiego reżysera powiem krótko to, co dowiedziałem się z obszernego wywiadu w „Tygodniku Wrocław”. Film jest artystycznym odbiciem aktualnej sceny politycznej, a jego bohaterami są młodzi wyborcy prawicowych partii.

Szóstka dwudziestoparolatków spotyka się w sezonowym domu nad jeziorem. To ich pierwsze spotkanie od czasu matury. Część zrobiła kariery, część nie. Część korzysta z przyjemności życia, część daje upust skrywanym frustracjom. Siódmą postacią jest młoda Ukrainka Solomija, pracująca w firmie jednego z bohaterów wieczoru - Igora. Solomija jest obca i z czasem staje się obiektem nienawiści Huberta, który namawia pozostałych bohaterów, pijanych i zagubionych, do aktu przemocy wobec dziewczyny. W filmie wystąpili Michał Surówka, Natalia Łągiewczyk, Kacper Sasin, Lucyna Szierok, Emilia Piech, Anna Kończal oraz Anastazja Borkoniuk.

 Z rozmowy wyłowiłem najciekawsze opinie Przemysława i Emilii na temat naszej współczesnej sytuacji w kraju.

O motywach zrobienia filmu jego twórca mówi bardzo dosadnie:

„To były wybory prezydenckie, które wygrał pozbawiony kompetencji prawnik, który ma zupełnie bzdurny, nie trzymający się kupy program, a poza tym jest człowiekiem znikąd? Kiedy stał się prezydentem manekinem, podpisującym wszystko co mu się podsunie pod nos? Kiedy niedługo potem wybory parlamentarne wygrała partia sterowana z tylnego siedzenia przez demonicznego starca, który przegrał wszystko w ciągu ostatnich 10 lat? A może gdy okazało się, że ten wehikuł ciągnie za sobą rekordową liczbę miernot, które są kompletnie pozbawione poczucia wstydu i pną się coraz wyżej?”


Przemysław Wojcieszek przymierzał się wcześniej do filmu, którego akcja toczyłaby się w Afryce, ale doszedł do wniosku, że w Polsce stało się znacznie ciekawiej. Bohaterami filmu nie są jednak nasi politycy z górnej półki, ale paru młodych ludzi z kręgu tych co głosowali na Dudę, Kukiza i PiS. Co skłoniło młodych Polaków do takiego wyboru?

”To wydawało mi się intrygujące – mówi Przemysław Wojcieszek - Do tego wybuchła histeria związana z muzułmanami. Ludzie zaczęli się gotować. To napięcie wciąż rośnie, po Nowym Roku przybrało wymiar zbiorowej schizofrenii.”

Tak więc fabuła filmu sprowadza się do pokazania poglądów i mentalności sześciu Polaków i Ukrainki,  którzy spotykają się kilka lat po maturze i spędzają razem wieczór. Podczas tego wieczoru wychodzi na jaw nacjonalistyczna schiza, która się w nich nakręciła. Film trzyma w napięciu, dialogi są spiritus movens tego majstersztyku. Ideę filmu potwierdza Emilia Piech, która wywodzi się z kręgu młodych adeptów sztuki teatralnej, oto co mówi w wywiadzie na ten temat:

„Wielu moim rówieśnikom blisko do nacjonalizmu. I nie rozumiem tego. Jak można dziś, żyjąc w demokratycznym kraju, chcieć się tak zamykać? Jak można chcieć unifikacji jednej żelaznej ręki władzy?”

A reżyser filmu dodaje:

„To nie jest propisowski spektakl, ani też prokodowski, atakujemy wszystkich. Opowiadamy o władzy PiS i buntownikach KOD. I o dawnym związkowcu, legendzie opozycji, o którego się szarpią te dwie siły”.

I dalej Przemysław stwierdza:

„Moim zdaniem trzeba zbudować alternatywę polityczno-społeczną. Nie daje jej ani PO, która się kurczy i zanika, ani mistrzunio od kredytów we frankach, ani partie lewicowe, w tej chwili bardzo słabe. Bo dopóki nie będzie alternatywnego programu społecznego, ludzie będą głosować na prawicę.

Na pytanie Magdy Piekarskiej: Która postać ci poszła najlepiej – Jarosław (Kaczyński), Krystyna (Pawłowicz), Antoni (Maciarewicz), Paweł (Kukiz)? Przemysław odpowiada:

„Największą frajdę sprawił mi Paweł. To najbardziej obłąkana postać, pełna sprzeczności. Resztę można dość jednostronnie potraktować, obśmiać, ale on jest w jakiś sposób inspirujący. Jest jak kameleon, co chwila zmienia zdanie na każdy temat. Musiałem to wykorzystać”.

I dalej : 

„Nagle okazało się, że Polska nie przestaje mnie zadziwiać. Ale towarzyszy mi pesymizm, przyzwolenie na prawicową wizję świata…”. 


"Knives Out" w reżyserii Przemysława Wojcieszka, opowiadający o polskiej ksenofobii, to jeden z najbardziej dyskutowanych filmów, które w ubiegłym roku można było obejrzeć na wrocławskim festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty. Wojcieszek obecnie jeździ z tym filmem po Polsce, pokazując go w wybranych kinach, jednak czasem decyduje się na jeszcze bardziej szalone formy dystrybucji, np. wyświetlając film na... budynku siedziby Prawa i Sprawiedliwości. 

O tym wydarzeniu czytam w ulotce promocyjnej uzasadniającej ten pomysł: 

Dlaczego tam? Zrobiliśmy film o podłej zmianie, pokazujemy go na budynku partii, która zawdzięcza swój sukces żerowaniu na ksenofobii i nienawiści do imigrantów. Raz jeszcze wchodzimy z filmem w przestrzeń miejską. Sztuka, która nie wychodzi na ulice, jest współwinna coraz głębszej społecznej apatii. Weszliśmy w okres normalizacji rządów autorytarnych. Trzeba zrobić wszystko, aby z tym skończyć. Dołączcie do nas!

Już nie pierwszy raz "Knives Out" było wyświetlane na fasadzie budynku. Wcześniej taka sytuacja miała miejsce w Gdyni.


Muszę przyznać, że zarówno wywiad w gazecie jak i to wszystko co dowiedziałem się potem o dystrybucji filmu zrobiło  na mnie duże wrażenie i doszedłem do wniosku, że nie należy przejść wobec tego obojętnie. Wielu z nas nie ma czasu na czytanie gazet. A jak się okazuje można z nich się dowiedzieć, co sądzą inni Polacy o tym co się dzieje w kraju, a także o tym co się dzieje dobrego i ciekawego w naszej dolnośląskiej kulturze.

Od ukazania się filmu minęło już sporo czasu, ale nie stracił on nic na swej aktualności, tak samo jak to co powiedzieli w wywiadzie Przemysław Wojcieszek i Emilia Piech. Warto o tym pomyśleć i wyciągnąć wnioski zwłaszcza że czas szybko ucieka.