Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

niedziela, 31 lipca 2011

Być optymistą



Kończy się tegoroczny lipiec, miesiąc wyjątkowy – w jednym miesiącu  pięć sobót i pięć niedziel, było kiedy świętować. A w dodatku to miesiąc urlopowy. I byłoby tak pięknie, gdyby nie anomalie pogodowe.
Patrząc na to co się działo i w Polsce, i na świecie, nie mam prawa narzekać. To nic że od wielu dni nie zdejmuję swetra, że ze słonkiem znamy się tylko z widzenia, że w szyby „deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny”. Mogło być przecież znacznie gorzej. Ominęły nas gwałtowne burze, wichury, trąby powietrzne, podtopienia i powodzie. Nie pozrywało linii energetycznych, nie brakowało prądu i gazu. Kalendarzowe lato jeszcze się nie skończyło, przed nami cały sierpień, a może i wrzesień, daj Boże słoneczny, ciepły, spokojny. Nie jest źle. Dość narzekania. Precz z malkontenctwem, ono nas dołuje, a przecież wokół nas majestatyczne góry. Polało  -  będą grzyby w lesie, będą cieple wieczory grillowe, będzie lato, bo musi być. Łaski nie robi.
Wpadł mi w oko grzbiet książki „Przygody dobrego wojaka Szwejka” Jarosława Haška. Nabyłem ją  bezpośrednio po którymś tam pobycie w Pradze. A książkę chciałem koniecznie mieć, gdyż tym razem miałem w Pradze okazję skorzystać z dobrodziejstw  gospody „Histinec u Kalicha”, niedaleko centrum „Na Bojišti 12-14”. To wesoły lokal, do którego gościnnie zaprasza manekin Szwejka przy wejściowej bramie. Złoty płyn chmielowy leje się tam strumieniami, a do tego smakowite dania mięsne, kotlety, gulasze, golonki, no i niezastąpiona niczym czeska gotowana kapusta o specyficznym słodkawo-kwaśnym smaku, a w ogóle obfity wybór wszystkiego czego dusza zapragnie, a kieszeń wytrzyma. No i oczywiście, czeska, nastrojowa muzyka sącząca się z głośników w równym tempie z kuflowym napojem. Być w Pradze, a nie być „u Kalicha”, to znaczy nigdy nie poczuć, nie doświadczyć i nie pojąć, skąd się brał ustawiczny, niewyczerpany, rozbrajający optymizm dobrego wojaka Szwejka. On się brał z prostego założenia, nigdy nie jest tak źle, aby nie mogło być jeszcze gorzej. Cieszmy się dniem dzisiejszym, nie myślmy o jutrze, tego nigdy nie da się przewidzieć, co będzie. Nie odkładaj na jutro tego dobrego,  co możesz przeżyć dziś. To najprostsze z prostych maksymy życiowe, a ile w nich głębokiej  mądrości życiowej. Pomyślmy przez chwilę o tym wszystkim, po dobrym obiedzie, przy niedzieli.

sobota, 30 lipca 2011

Chlubna przeszłość Tannhusen (Jedlinki)

Jedlinka, to dzisiaj część Jedliny-Zdroju, ale od dawien dawna była łącznikiem pomiędzy Głuszycą, a Jedliną. Niewielu z nas ma świadomość jak wielką rolę pełniła w przeszłości. Warto przyjrzeć się jej historii.
Na znane egzystencjalne pytanie, kto był pierwszy – jajko, czy kura,  znacznie trudniej odpowiedzieć, niż na pytanie związane z genezą Jedliny-Zdroju, a konkretnie, kto był pierwszy  -  centrum miasta z uzdrowiskiem, czy jego peryferie? Z porównania podstawowych faktów i dat odnotowanych w materiałach źródłowych jasno wynika,  że uzdrowisko rozwinęło się dopiero w XVII wieku  po odkryciu źródeł mineralnych u stóp Kobieli, gdzie w najbliższym otoczeniu pasły się dotąd krowy na łąkach i rosły bujne drzewa i krzewy. Natomiast w niżej położonych częściach obecnego miasta, w dolinie Bystrzycy i wzdłuż naturalnych traktów drogowych w kierunku Kłodzka, Świdnicy i  Wałbrzycha,  znacznie wcześniej budowano zagrody wiejskie, w których osiedlali się drwale, tartacznicy, myśliwi, hodowcy bydła lub trzody chlewnej oraz ludzie trudniący się innymi dziedzinami rolnictwa i rzemiosła.
W ten oto sposób powstała Jedlinka, (ostatnia niemiecka nazwa Tannhausen) prawdopodobnie już  w połowie XIII wieku, rozciągając się w dolinie Bystrzycy wśród rozległych lasów, przy czym jej górną część nazywano Blumenau, a część dolną Erlenbusch (dzisiejszy Olszyniec).Wchodziła ona w obręb dóbr zamku Grodno. Była to typowa osada leśna. Dopiero w XVI wieku rozpoczęto tu na granicy Jedlinki i Olszyńca wydobycie miedzi.
W XVII wieku Jedlinka była już dużą wsią i obejmowała  też obszar dzisiejszej Jedliny-Zdroju. Od 1619 roku właścicielem Jedlinki był Heinrich von Kuhl, a od 1648 roku słynna w Niemczech rodzina von Seher - Thoss. Dopiero  pod koniec XVII wieku posiadacz gruntów w górnej części Jedlinki Kasper Schäl zagospodarował  źródła wody mineralnej, które w 1723 roku przeszły w ręce barona von Seher-Thoss, a jego żona Charlotta ( z domu hrabina von Pückler) zbudowała tu uzdrowisko, zwane od jej imienia Charlottenbrunn.
W XVIII wieku możemy mówić o  ogromnym rozwoju Jedlinki. Obok rosnących jak grzyby po deszczu zabudowaniach części zdrojowej, w skład Jedlinki weszły też  rozwijające się kolonie - Suliszów i Glinica. Jedlinka dzieliła się wówczas na trzy części umownie zwane Jedlinką Dolną, Średnią i Górną. W 1748 roku, jak czytamy w Słowniku geografii turystycznej Sudetów pod redakcją Marka Staffy (cz. X), mieszkało w niej 26 kmieci oraz 66 zagrodników i chałupników, czynnych było 70 warsztatów tkackich. W 40 lat później wieś i uzdrowisko posiadały 2 kościoły (katolicki w Olszyńcu i ewangelicki w Jedlinie), 2 plebanie, 2 szkoły, ponadto był dwór, 2 folwarki, 4 młyny wodne, a mieszkało 26 kmieci, 23 zagrodników i 139 chałupników, wśród nich 42 tkaczy. Warto zwrócić na to uwagę jak stopniowo Jedlinka traci swój pierwotny charakter wiejski, stając się miejscowością rzemieślniczą, a nawet przemysłową. W 1742 roku uruchomiono w Jedlince kopalnię węgla kamiennego „Joseph”, a następnie w Glinicy kopalnię „Trost”, nie były one zbyt wydajne, ale zaopatrywały w węgiel mieszkańców okolicznych miejscowości, w tym także wsi stanowiących własność hrabiego von Hochberga z Książa. Obok tkactwa chałupniczego Jedlinka stara się dotrzymać kroku rozwojowi przemysłowemu bliskiego Wałbrzycha i całego Dolnego Śląska.
W 1840 roku właścicielem całego dominium stał się H.A.C. Menzel, wartość jego majątku szacowano na 61.200 talarów. W Jedlince Średniej było 98 domów, wśród nich pałac z browarem, 2 folwarki, wolne sołectwo, urząd celny, szkoła techniczna dla dziewcząt ufundowana przez kupca Gottlieba Wittiga. Funkcjonowały 2 młyny wodne, folusz, 2 tartaki i gorzelnia. Działało 11 warsztatów bawełnianych i 21 lniarskich. W Jedlince Dolnej było 27 domów, kościół katolicki i szkoła oraz młyn wodny, tartak, gorzelnia, 2 bielniki, 2 warsztaty bawełniane i 16 lniarskich oraz 8 rzemieślniczych i 3 handlowych. Z kolei w Jedlince Górnej było 56 domów, gorzelnia, 2 młyny wodne, 4 bielniki, 2 folusze, suszarnia, 7 warsztatów bawełnianych, 9 płócienniczych, 20 rzemieślniczych i 7 handlowych. Cała Jedlinka (nie licząc zdroju) była  już ogromną uprzemysłowioną wsią. Wyraźnie zaznacza się na tym obszarze postępujący rozwój inwestycyjny w kierunku Wałbrzycha, przy czym Jedlinka, Suliszów i Glinica, napotykają na swej drodze nowego „sukcesora”, jeszcze bliżej przemysłowego Wałbrzycha -  jest nim Kamieńsk.
Od połowy XIX wieku Jedlinka traci na znaczeniu, stając się zapleczem gospodarczo-usługowym uzdrowiska w Jedlinie-Zdroju i tak już pozostaje do chwili obecnej.
Ogromne znaczenie w rozwoju Jedlinki miały pałac i folwark położone na łagodnym wzniesieniu w centralnej części wsi, siedziba kolejnych właścicieli. O ich historii pisałem w poprzednich postach.
Uważnym Czytelnikom chcę  zwrócić uwagę, że wieś Blumenau sięgała w tym czasie aż po ujście Rybnego Potoku do Bystrzycy w dzisiejszej Głuszycy, włącznie z ulicą Ogrodową i częścią ulicy Sienkiewicza po lewej stronie Bystrzycy, a ulicą Górnośląską i Parkową  po stronie prawej. Wielkie fabryki włókiennicze Webskiego („Nortech”)  i Meyera Kaufmanna („Piast”) budowane były w II połowie XIX wieku w części administracyjnej Blumenau. W ten sposób Jedlinka stała się osadą robotniczą i łączyła w zręczny sposób różne funkcje gospodarczo-społeczne: przemysłową, uzdrowiskową i turystyczną. O tej ostatniej wiemy zbyt mało, ale to głównie dla turystów funkcjonowało tu kilka gospód, poczynając od tej przy browarze pałacowym, a na karczmie w Olszyńcu kończąc.  Przez Jedlinkę prowadziły popularne trasy turystyczne w Góry Sowie i Góry Suche. Korzystne położenie Jedlinki u zbiegu szlaków drogowych w trzech kierunkach – Kłodzko, Świdnica, Wałbrzych, sprzyjało rozwojowi tętniącej życiem wsi, której rola i znaczenie zmalały w XX wieku, w miarę rozwoju uzdrowiska w Jedlinie i  przemysłu w Głuszycy.
W okresie międzywojennym Jedlinka stanowiła część Głuszycy. Był tu hotel i 4 gospody, przyciągające turystów świetnie utrzymanymi ogrodami.
W okresie II wojny światowej zlokalizowano w niej obóz pracy, filię obozu Gross Rosen w związku z budową „Riese” w Górach Sowich. Pełnił on rolę szpitala dla chorych więźniów wyczerpanych morderczą pracą przy budowie podziemnych sztolni. W pałacu jak już wspomniałem znajdowała się siedziba komendantury.
Po wojnie Jedlinka znalazła się w granicach administracyjnych gromady Jedlina-Zdrój. Dawne tradycje rolnicze starała się podtrzymać rezydująca w pałacu Rolnicza Spółdzielnia Produkcyjna. Jej działalność przynosiła jednak więcej szkody niż pożytku, a dla kondycji pałacu okazała się zabójcza. W 1954 roku Jedlinkę Górną włączono do Głuszycy, która uzyskała status osiedla. Jedlinka Dolna stała się samodzielną wsią pod nazwą Olszyniec. Jedlinka Średnia utraciła swój rolniczo-przemysłowy charakter i swój odrębność, stając się nieodłączną częścią miasta Jedlina-Zdrój.
Mieszkańcy Jedlinki mogą być dumni z historycznych proweniencji, to właśnie tu znalazło się jajko, z którego wyrosła dojrzała , coraz głośniej gdacząca kura.

piątek, 29 lipca 2011

Czas na refleksję

 Ostatnie dni lipca, środek lata. Czekałem na nie z utęsknieniem. Ale coś się w przyrodzie dzieje niedobrego. Pomieszały się pory roku. Kolejny lipiec zieje grozą. W tamtym roku  -  powodzie, w tym  - burze, wichury i trąby powietrzne. Deszcze, chłodne noce, zachmurzenia. Słońca jak na lekarstwo.
W mediach bez przerwy straszą kryzysami finansowymi, spadającą wartością pieniądza, drożyzną. To że w Grecji, Portugalii, można zrozumieć, ale Stany Zjednoczone, Hiszpania, Włochy ? Nie ma mocnych. I nie ma winnych.
U nas przynajmniej wiadomo kto jest winien. Oczywiście  -  Tusk i PO. To przez nich drożeje benzyna. A ponieważ zbliżają się wybory trzeba znów przez kilka miesięcy gasić telewizję i radio, gdy nadają dzienniki i programy publicystyczne. To czyste szaleństwo  -  polityka w mediach. To nie jest tylko wina polityków, że rozmawiają jak Brudziński z Szeinfeldem lub Czarnecki z Niesiołowskim, winne są także media, które to wszystko aranżują i podsycają.
Przemysł nienawiści w Polsce trwa, to dzieło wspólne publicystów, polityków, internautów.
 Brakuje rozmów z ludźmi nauki, mądrymi, wykształconymi, cieszącymi się autorytetem. Choć takich w Polsce jest wielu, to jednak  nie są dostatecznie medialni, tak jak Julia Pitera, Beata Kępa, czy Nelli Rokita. Co zrobić, jak ratować polską demokrację? Tak dalej być nie może. To co się dzieje obecnie, mam tu na uwadze upartyjnioną ordynacje wyborczą, to takie samo oszustwo jak tzw. „władza ludu” w PRL-u.
Coraz wyraźniej to odczuwam, rozwiewają się idealistyczne sny o pięknych czasach wolności i demokracji. Śniliśmy o wolnych wyborach, o posłach, dla których najwyższą wartością jest dobro kraju i jego mieszkańców. Okazuje się, że nic z tego, liczy się tylko walka o władzę, polityczne rozgrywki międzypartyjne, wzajemne obrzucanie się błotem. Badania sondażowe pokazują jakim autorytetem cieszy się sejm, rząd i najważniejsze osoby w państwie. Ale to nikogo nie rusza. Wiadomo, i tak muszą być wybory, a w nich wybierzemy tych, co znajdą się na listach, bo wybory to gra polityków i partii. A cel, to wielkie pieniądze i zaszczyty bez względu na to, czy ktoś na to zasługuje, czy nie.
Norweska masakra każe spojrzeć na problem wolności jeszcze bardziej krytycznie. Przemieszczanie się ludności z krajów ubogich do krajów wysoko rozwiniętych rodzi coraz trudniejsze problemy społeczne. Tylko że Norwegowie, to zupełnie inny naród. Ich ta tragedia jednoczy i cementuje. Tam nie ma „polskiego piekła”,  zrzucania winy na przeciwnika politycznego i publicznego opluwania się. U nas po 16 miesiącach od smoleńskiej tragedii 10 kwietnia 2010 roku znów czeka nas „walka na noże” po opublikowaniu raportu rządowego, bo świadomie i metodycznie zbudowanych podziałów nie da się już teraz zburzyć i wyrównać.
Za parę miesięcy staniemy znów przed wyborem  -  pójść, czy nie pójść do lokalu wyborczego. I prawdopodobnie pójdziemy, aby wybrać mniejsze zło. A skutek będzie ten sam co dotąd, te same twarze polityków, ta sama retoryka, ta sama kultura walki politycznej.
Tylko że dziś nie ma co liczyć na nowy zryw solidarnościowy, na podobną jedność narodu jak w czerwcu 1989 roku. Cóż więc nam pozostaje? Czekać na cud, ponowny „cud nad Wisłą”. Chyba że zmądrzejemy, tylko wtedy musimy przestać wierzyć w cuda.

czwartek, 28 lipca 2011

Epitafium

 

 „Atramentem z serca mojego
literką rzymską i grecką
wypiszę trzciną na śniegu:
twarz twoja jest jak słoneczko

A wiosną  -  jaskrem wzdłuż drogi.
A w lecie  -  chmurami w lecie,
Przeczytają pisanie ptaki.
I rozniosą.  Po całym świecie.

A może i w inny czas
w inne serca i w inne okna,
w czyjąś noc sierpniową brzmiącą jak bas,
w księżyc, w księżyc, rozśpiewany jak sopran.

                             (K. I. Gałczyński, „Sanie”)

Nie potrafię coś sensownego robić, o czymś rozsądnym myśleć, zająć się jakąś czynnością, która pozwoli stłumić smutek i żal, i krzyk protestu wobec okrucieństwa losu. Wpadł mi w ręce tomik „Poezji” Gałczyńskiego, a w nim końcowe strofy wiersza. Pomyślałem, że warto dedykować je Monice. Monice, która jeszcze parę dni temu  w czasie miejskiego festynu próbowała wciągnąć dzieciarnię w Ogródku Jordanowskim do wspólnej zabawy  -  z kartonu, kolorowych papierów, kleju konstruowano kostki Rubika, później pokazano je na scenie jako przykład zdolności plastycznych dzieci i pożytecznego wykorzystania czasu.
Monika miała przed sobą całe życie. Dopiero wkraczała w nie z nadzieją, że wreszcie znajdzie swoje miejsce, by realizować mnóstwo pomysłów i ambitnych planów. Niestety, nawet w ostatnich momentach uciekającego życia nie mogła się zmartwić tym, że może utracić upragnioną  pracę, bo jej wciąż nie miała Ale Ona wtedy myślała zapewne tylko o jednym  -  o swym małym, jasnowłosym syneczku, Stasiu. Czy możemy sobie wyobrazić, co się dzieje w duszy ludzkiej wyrywanej tak nagle z codzienności bytowania na ziemi?
Wciąż nie mogę w to uwierzyć, że Monika odeszła. Była po studiach dziennikarskich w Opolu. Wspólnie redagowaliśmy lokalną gazetę na zasadzie pełnego wolontariatu. Miała ambitne plany organizowania ruchu obywatelskiego na rzecz rozwoju miasta. W tym celu była inicjatorką utworzenia Stowarzyszenia Twórczy Łącznik Umysłów („Tłum”), którego została Przewodniczącą.
Wieść o tym, że zniknęła tak nagle nie daje spokoju. Nie wiemy jak to się stało, dlaczego nie udało się Jej uratować w szpitalu, czy był to tak głęboki zawał?
To się wszystko okaże z czasem, ale to nic nie zmieni. Jej już nie ma. Pozostały wspomnienia
Moniki zafrasowanej, zagonionej, koleżeńskiej, aktywnej i mimo kłopotów często uśmiechniętej.
„Twarz Twoja jest jak słoneczko” I niech tak zostanie.

środa, 27 lipca 2011

Wielcy i możni pałacu w Jedlince


Postanowiłem napisać jeszcze parę słów o historii pałacu, a sprawiła to Dorota. Jej pozytywny komentarz do wczorajszego postu stanowi dostateczną zachętę. To jest nobilitujące, jeśli mogę choć na chwilę zatrzymać taką osobę jak Dorota przy lekturze mojego blogu i powodować, że ma ochotę do niego zaglądać dalej. A dlaczego? Bo to jest tak, jakbym cukiernika zachęcał do skosztowania jeszcze jednej porcji drożdżówki, albo kwiaciarkę obdarował bukiecikiem fiołków. Dorota rosła od dziecka równo z książkami. Im była większa, tym pojawiało się ich na rynku księgarskim coraz to więcej. Gdy stała się bibliotekarką, książkami można było zapełnić kilka ścian regałów. Teraz kiedy ileś tam lat jest kierowniczką jedlińskiej biblioteki można powiedzieć, że książka jest jej chlebem powszednim. Mało tego obok stosów książek, gazet i czasopism w zasięgu jej ręki znajduje się komputer, drukarka,  kserokopiarka i coraz to obszerniejsza szuflada kaset video. Obok świata materialnego – świat wirtualny. Książek, które przeczytała nikt nie zliczy. Nie da się zmierzyć ilości odczytanych stron w okienku monitora. Jeżeli jeszcze otwiera jakąś tam stronę podrzędnego blogowicza by coś tam poczytać o jej rodzinnym mieście lub regionie, to jest to albo przejaw zwykłej kurtuazji w stosunku do znajomego, albo urzędniczej rutyny. O to drugie Dorotę nie mogę posądzić, pozostaje mi cieszyć się z tego pierwszego. Jako niepoprawny marzyciel  snuję fantazję, że ta drożdżówka okazała się jednak dość smakowita, a fiołki oczarowały wonnym zapachem świeżości, więc mogę liczyć na dalszą wzajemność. Zapraszam więc do pałacu w Jedlince na maleńki rekonesans z kartami jego historii, a czynię to również z tego powodu, ze mi coś jako historykowi we wczorajszej notatce brakowało. Ten pałac na to zasłużył, by sięgnąć troszkę głębiej do jego przeszłości. Jego gospodarzami byli przez jaki czas wielcy i możni arystokraci ówczesnych Niemiec.
Historia pałacu zaczyna się w roku 1605, kiedy to przystąpiono do przebudowy małego zamku na dwór będący centrum kompleksu ziemskiego. Jego pierwszym znanym nam właścicielem był Heinrich von Kuhl (1619 rok). Około 1648 roku dobra przejęli panowie von Seherr-Thoss i władali nimi do 1786 r. Kolejno byli to Hans von Seherr-Thoss; Hans Heinrich von Seherr-Thoss; Gotfried von Seherr-Thoss, Johann Christoph von Seherr-Thoss i Johann August von Seherr-Thoss. Szczególnie Johann Christoph von Seherr-Toss zasłużył się dla  rozwoju  okolicznych wsi, m. in. był założycielem  kopalń węgla kamiennego w Suliszowie i Glinicy, a także wraz z żoną stali się założycielami tutejszego zdroju.
Rok 1723, to najważniejsza data w historii miasta i zdroju. W tym to roku parcelę ze źródłem wykupił właściciel Jedlinki, Johann Christoph baron von Seherr-Thoss i rozpoczął budowę uzdrowiska. Prawdziwą spiritus movens inicjatywy leczniczego wykorzystania wód na szerszą skalę okazała się jego żona, Charlotta Maximiliana hrabina von Seherr-Thoss, która osobiście nadzorowała postępy budowy. Zleciła wykonanie nowej kamiennej obudowy źródła, a po przeprowadzeniu stosownych badań wody w Świdnicy i uzyskaniu pozytywnej opinii, przystąpiła do budowy stylowej pijalni, łazienek, domu zdrojowego i innych obiektów towarzyszących. Baronowa czerpała wzory od najbliższych sąsiadów, z wałbrzyskiego Starego Zdroju i Szczawna-Zdroju. W roku 1737 zakończono prace i uzdrowisko ruszyło pełną parą. Otrzymało ono od imienia założycielki nazwę Charlottenbrunn.
W 1744 roku jedliński pałac zaszczycił swoją obecnością król pruski Fryderyk II Wielki. Przyjęła go żona zmarłego rok wcześniej feldmarszałka austriackiego Johanna Christopha, Charlotta Maximiliana von Seherr-Thoss.
W 1786 roku po bezpotomnej śmierci Johanna Augusta von Seherr-Thoss (jego jedyny potomek, syn Sigismund zmarł po przeżyciu niespełna roku w 1751 roku) pałac i dobra Jedlinka przejął jego siostrzeniec (syn Charlotte II von Pückler-Schedlau), prawnie przy tym adoptowany Karl Franz Christoph Erdman hrabia von Pückler. Nowy właściciel w 1791 roku rozbudował rezydencję, prawdopodobnie według projektu Carla Gottharda Langhansa, twórcy m. in. Bramy Brandenburskiej w Berlinie.
Pałac barokowy długo jednak nie przetrwał. Możliwe, że przyczynił się do tego brak należytej troski o jego stan ze strony kolejnych właścicieli. Po śmierci w 1796 roku Karla Franza dobra odziedziczył jego kilkuletni syn Erdmann Silvius hrabia von Pückler. W okresie jego niepełnoletności dobrami zarządzali opiekunowie prawni von Czettritz. Erdmann osobiście zarządzał dobrami 13 lat, gdyż zmarł przedwcześnie i bezpotomnie w 1826 roku. Jedlinkę przejęli wtedy członkowie spokrewnionego rodu von Burgahuass auf Laasan (linii z Łażan). Po zakończeniu przewlekłego postępowania spadkowego Ludwig Hermann Friedrich Nikolas von Burghauss sprzedał w 1834 r. majętność rycerską Benjaminowi Rothenbach. Od tego momentu kończą się arystokratyczni właściciele Jedlinki, których zastępują osoby wywodzące się ze szlachty i mieszczaństwa. W ciągu następnych 27 lat kilkakrotnie zmieniali się właściciele pałacu w Jedlince. Kolejno byli nimi Juliane Rothenbach, Hermann Menzel, Paul Engels. W sierpniu 1861 roku od tego ostatniego odkupił rezydencję właściciel fabryk porcelany Carl Krister. Przystąpił on do kompletnej przebudowy pałacu. Barokowa budowla została rozebrana niemal do fundamentów. Na jej miejscu wzniesiono klasycystyczna budowlę szkoły berlińskiej, urządzoną z wyjątkowym przepychem. Przebudowano budynki gospodarcze okalające dziedziniec. Wzniesiono dwie oficyny mieszkalne, jedna z nich mieściła browar z dużą salą, wzorowaną na pałacowej sali lustrzanej z pięknym tarasem widokowym. Dodatkowo wybudowano wozownię i stajnię-oborę. Mleko z folwarku pałacowego wykorzystywane było do słynnych kąpieli mlecznych stosowanych w uzdrowisku. Miało to miejsce w roku 1862, na siedem lata przed śmiercią wybitnej osobowości, jaką w historii Wałbrzycha i Jedliny-Zdroju był Carl Krister. Jego spadkobiercy władali Jedlinką do 1880 roku, kiedy nabył ją Max von Klitzing. Po dziewięciu latach jego syn i spadkobierca Arthur von Klitzing sprzedał pałac i dobra ziemskie Gustawowi Böhm. Przez 44 lata starannie dbał o pałac, miejsce swojego zamieszkania. Przekształcił wystrój wnętrz, nadając im różne style, dziedziniec przed pałacem ozdobił fontanną w kształcie trefla. Dbał o budynki gospodarcze i dobre funkcjonowanie folwarku. Gustaw Böhm, emerytowany podpułkownik kawalerii Landwery i kawaler Krzyża Żelaznego zmarł w 1933 r. Dobra odziedziczyli jego krewni, którzy jednak nie byli w stanie spłacić zobowiązań spadkowych wobec państwa.
W 1938 roku, czyli jeszcze przed wybuchem II wojny światowej pałac przejęła organizacja zajmująca się przygotowaniem zaplecza sanitarno-socjalnego przyszłej wojny. W czasie wojny pałac był siedzibą oddziału Organizacji Todt, a następnie dyrekcji i komendantury budowy militarnej inwestycji w Górach Sowich, „Riese”, tzn. „Olbrzym”.
Co było po wojnie o tym już wspomniałem w poprzednim poście, a co jest dzisiaj, koniecznie zachęcam przyjść i zobaczyć. I pałac z lśniącą elewacją oraz bogatymi zbiorami genealogii niemieckich rodów arystokratycznych, i nowo zbudowany zajazd mogą zainteresować i zachwycić.

wtorek, 26 lipca 2011

Pałac w Jedlince w odnowie




To jest temat szczególnie ważny dla wszystkich interesujących się przeszłością Jedliny-Zdroju. Okazuje się, że w powstaniu miasta-uzdrowiska ważną role odegrał wybudowany już z początkiem XVII wieku pałac w Jedlince. Jego gospodarze mieli w przeszłości znaczący wpływ na to wszystko co się działo w najbliższej okolicy. Zdewastowany do reszty w PRL-u, wyeksploatowany przez kolejnych zarządców, z Rolniczą Spółdzielnią Produkcyjną w Jedlinie Zdroju na czele, która wykorzystała obszerne pomieszczenia na magazyn zbożowy, historyczny pałac w Jedlince, znalazł wreszcie nie tylko dobrego gospodarza, ale i mecenasa..
Był taki moment w 1975 roku, gdy walorami architektury wnętrz zainteresował się dyrektor Dolnośląskiego Zagłębia Górniczego w Wałbrzychu. Do pałacu zjechali architekci by sporządzić inwentaryzację obiektu i przygotować projekt jego rewitalizacji. W zamyśle miał to być w przyszłości ośrodek rehabilitacyjny dla górników. Na ścianach poszczególnych sal zachowały się jeszcze stiuki zdobione freskami, a na sufitach polichromie, każda z sal w innym stylu. Sala lustrzana (balowa, niestety była już bez luster), ale elementy zdobnicze zachowały się jeszcze, podobnie jak zawieszony pod sufitem ozdobny podest dla orkiestry. Niestety, zainteresowany osobiście dyrektor wkrótce potem zmarł, a wraz z nim upadła próba ratowania zabytku.
Wcześniej dewastacji uległy obiekty byłego folwarku, oplatające z dwóch stron rozległy dziedziniec. Z dawnego wspaniałego parku pozostały zniszczone alejki i zarośla starych drzew i krzewów. Szary ze starości fronton pałacu i wyszczerbione głowy dwóch lwów strzegących portalu bramy wejściowej straszyły przybyszów.
W 2004 roku pałac nabyli przedsiębiorcy z Górnego Śląska, dwaj bracia Ledowie i przystąpili do jego ratowania. Powołali w tym celu Zespół Pałacowo-Parkowy Jedlinka, przed którym stoi trudne zadanie, a jest nim stopniowa rewaloryzacja pałacu i otoczenia, uczynienie z niego obiektu muzealnego, będącego atrakcją turystyczną, miejscem corocznych imprez kulturalnych, konferencji, konkursów historycznych, balów charytatywnych i różnego rodzaju spotkań. Już dziś można powiedzieć, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Wiele z wyżej wymienionych imprez ma już obecnie miejsce. Wykonano szereg prac renowacyjnych wewnątrz pałacu. Jest już nowa elewacja frontowa budynku.  Na ukończeniu jest przebudowa pomieszczenia gospodarczego, w którym znajduje się hotel z restauracją „Jedlinianka”. Nowych właścicieli pałacu można śmiało przyrównać do byłych niemieckich właścicieli, którzy dbali o piękno architektury, należyty wystrój wnętrz i właściwy stan zabudowań folwarcznych, czyniąc z pałacu jeden z piękniejszych obiektów w okolicy. Można o tym przeczytać na ciekawej, bogato ilustrowanej stronie internetowej pałacu w Jedlince.
Kilka lat temu kontakt z obecnymi gospodarzami pałacu i władzami Jedliny nawiązał Günter Boehm, bratanek Gustawa Boehma, ostatniego właściciela tej posiadłości. Okazało się, że jest on uczuciowo związany ze swoim miejscem pochodzenia. Urodził się w Mieroszowie, jego ojciec był górnikiem. W 1948 roku został wysiedlony do Saksonii (NRD). Po ucieczce w 1957 roku na Zachód, wyemigrował najpierw do Kanady, a następnie do Meksyku, w którym spędził ponad 20 lat. Od 1983 roku mieszka w Stanach Zjednoczonych. Od dawna interesuje się dziejami Śląska i swojej rodziny, o której napisał kronikę. W 2007 roku w pałacu w Jedlince odbył się zjazd rodziny Boehm, na który przybyli członkowie rodu z różnych stron świata, m. in. z dalekiej Namibii. Nowi właściciele pałacu otrzymali w darze cenne pamiątki i materiały źródłowe, które przybliżają historię pałacu i miasta Jedliny-Zdroju. Günter Boehm okazał się człowiekiem niezwykle sympatycznym, przyjaźnie nastawionym do Polaków. Władze miejskie zdecydowały się w uznaniu zasług przyznać mu honorowy tytuł Zasłużony Obywatel Miasta Jedlina-Zdrój, co miało miejsce w 2009 roku na pięknej uroczystości w sali lustrzanej pałacu w Jedlince.

Pałac jest otwarty do zwiedzania zarówno dla wycieczek grupowych jak indywidualnych turystów.

poniedziałek, 25 lipca 2011

Że komuś się chce




Zaproszony jako gość miałem okazję uczestniczyć w małym , sympatycznym wernisażu. Było to otwarcie wystawy bogatej już kolekcji przedwojennych pocztówek i zdjęć miasta i gminy Głuszyca. Kolekcjonerem – zbieraczem jest Grzegorz Czepil, obecnie znów mieszkaniec Głuszycy, bo jak sam wspomniał to właśnie kilkuletnia „emigracja” do Świdnicy pozwoliła mu lepiej dostrzec walory krajobrazowe i przyrodnicze swojej macierzystej kolebki. Kiedy się więc nadarzyła okazja, kupił zrujnowane budynki gospodarcze w Głuszycy Górnej, blisko przejścia granicznego do czeskich Janoviczek i teraz z zapałem remontuje dom i obiekty gospodarcze, snując dalekosiężna plany z przeznaczeniem wszystkiego na cele turystyczno-wypoczynkowe.
Wystawę urządził Grzegorz w dawnej oborze (kiedyś ma tu być kuźnia, już dziś udało mu się zgromadzić kilka kowalskich eksponatów). W stajennej scenerii zawisło na ścianach kilkanaście anatyram, a w nich najciekawsze pocztówki i zdjęcia z  Głuszycy i okolicznych wsi z najdawniejszych lat. Są takie, które sięgają  XIX wieku. Okazuje się, że nasi poprzednicy, niemieccy gospodarze tej ziemi, potrafili znakomicie promować swoje gniazdo rodzinne, a dawna Głuszyca, nie mówiąc o pięknie położonych śródgórskich wsiach, Łomnica, Sierpnica, Grzmiąca, Rybnica Mała. Kolce, no i oczywiście – Głuszyca Górna, urzeka urodą bujnej przyrody. Można się z tych zdjęć dowiedzieć, jak dużą wagę przywiązywali Niemcy do rozwoju turystyki, rekreacji i wypoczynku, a więc tych kierunków rozwojowych, które stały się obecnie priorytetem miasta i gminy z chwilą kiedy upadł przemysł – podstawa dotychczasowej egzystencji. W każdej wsi były gospody i miejsca noclegowe, pobudowano wieże widokowe, schroniska, wyznaczono szlaki turystyczne i ścieżki spacerowe. Uruchomienie linii kolejowej z Wałbrzycha do Kłodzka w 1880 r. przez Głuszycę Dolną i Górną, wybudowanie dworców kolejowych, to były doniosłe wydarzenia w historii miasta. Otwierały ona okno na świat.
 To czego dokonał Grzegorz Czepil, gromadząc przez lata materialne ślady dumnej przeszłości gminy, to jest rzecz bezcenna. Jego zbiory liczą sobie ponad 600 kartek pocztowych i fotografii z czasów przedwojennych. Z nich możemy wizualnie poznawać historię ziemi, na której przyszło nam mieszkać i pracować. Dla kilku pokoleń młodych jest to ich miejsce urodzenia.
Gospodarz wystawy zbiera też inne pamiątki z tamtych czasów. Być może uda się z biegiem czasu zorganizować kolejne muzeum domowe (podobne muzeum, jakie mamy obecnie na Łowisku Pstrąga w Łomnicy). Dobrze, że jest dziś internet, który ułatwia znacznie zbieractwo tego rodzaju pamiątek, ale wiąże się to z kosztami. Dla takich pasjonatów jak Grzegorz nie liczą się pieniądze. On wie, że obok nich są wyższe wartości, dla których warto poświęcić swe oszczędności..
Na otwarcie wystawy przybyło sporo gości, wielu z nich, to podobni jak Grzegorz pasjonaci, patrioci lokalni, emocjonalnie związani ze swoją małą ojczyzną. Zupełnie nowy mieszkaniec Głuszycy przybył nawet z saksofonem i urozmaicił uroczystość specjalną muzyczną improwizacją. Spróbujmy sobie wyobrazić niecodzienność sytuacji: dawna stajnia, w niej wiszące na bielonych ścianach, oświetlone płonącymi zniczami oszklone fotografie, do tego  koncert saksofonisty, a na zewnątrz w plenerze oczekujący na gości świeży chlebek własnoręcznie upieczony przez gospodarza według tajnej receptury babci, a do tego masełko, ogórek kiszony…    „Świat się śmieje”, ale śmieje radośnie, bo dzieje się coś dobrego.
Wesołość i entuzjazm wszystkich gasił nieco brak na tej uroczystości kogokolwiek z władz gminnych (radny Szostak przybył tutaj jako bliski sąsiad). Było nam wstyd, że tak bogata kolekcja i trud zorganizowania wystawy, spotkały się ze strony tych, którym najbardziej powinno na tym zależeć z brakiem zainteresowania. Nawet babcia z sąsiedniego domu wielce się dziwiła, że jest jeszcze taki, komu się chce.

P.S. Tekst ozdobiłem obrazkami ze zbiorów Grzesia Czepila.

niedziela, 24 lipca 2011

Książka tak piękna i ciekawa jak jej autorka i jej życie


 Dzięki uprzejmości pani Renaty z naszej Biblioteki Miejskiej trafiła w moje ręce książka Daisy Hochberg von Pless „Taniec na wulkanie 1873-1918, Pamiętniki, Wspomnienia, Biografie” w tłumaczeniu Marioli Palcewicz. (Wydawnictwo ARCANA w Krakowie, 2005 r.).
Nie tak dawno zainteresowałem się bliżej najciekawszą postacią z historii zamku Książ, słynną z urody i mądrości, tajemniczą i kontrowersyjną księżniczką Daisy. W niemieckim Książu znalazła się ta młoda, urodziwa Angielka jako świeżo poślubiona żona właściciela zamku Hansa Heinricha XV Hochberga.
Pisałem o niej w jednym z wcześniejszych postów, ale dla ułatwienia powtórzę kilka najważniejszych danych
Nazywa się księżna Maria Teresa Oliwia Hochberg von Pless, urodzona 28 czerwca 1873 roku, zwana pieszczotliwie Daisy, czyli Stokrotka – arystokratka angielska związana z pałacem w Pszczynie i zamkiem Książ, najstarsza córka pułkownika Williama Cornwallis-Westa,  właściciela zamku Ruthin  i posiadłości Newlands  oraz Marii Adelajdy z domu Fitz-Patrick.
Szczęśliwe dzieciństwo spędziła w zamku Ruthin w północnej Walii i w dworku Newlands. Była blisko związana z dworem króla Edwarda VII i Jerzego V, spokrewniona z największymi domami arystokratycznymi Wielkiej Brytanii.. Jej brat Jerzy był ojczymem Winstona Churchilla. Uważana była i wcale się temu nie dziwię, za jedną z najpiękniejszych kobiet w świecie arystokratycznym tych czasów.
Jej losy splotły się z domem Hohbergów podczas balu maskowego w Domu Holenderskim w Londynie, kiedy to poznała swojego przyszłego męża Hansa Heinricha XV, księcia von Pless. Owa znajomość zaowocowała dość szybko jak na wagę tego przedsięwzięcia i konieczność pokonania wielu obowiązujących w tak wysokich rodach konwenansów.
8 grudnia 1891 r. (po roku czasu od nawiązania znajomości) dziewiętnastoletnia donna poślubiła majętnego księcia pszczyńskiego Hansa Heinricha XV Hochberga, Ślub odbył się w londyńskim Opactwie Westminsterskim, a świadkiem był Edward, ks. Walii.
 I od tego momentu życie angielskiej księżniczki splotło się nierozerwalnie z rezydencją pałacową w Książu pod Wałbrzychem, choć także z pałacem w Pszczynie (ale w mniejszej skali), od którego nosiła tytuł von Pless. A było to życie tak barwne i ciekawe, obfitujące w niekończące się podróżowanie po świecie, gościny na najlepszych dworach, rezydencjach i pałacach władców, arystokratów, polityków, że w głowie się mąci po pierwszym czytaniu książki. I trzeba co rusz powracać do wcześniejszych wątków, żeby się w tym wszystkim nie pogubić i dobrze zrozumieć mądrość spostrzeżeń i opinii autorki. Najważniejszą w tej książce jest wojna, nazwana później pierwszą światową i jej wpływ na dalsze życie księżniczki, jej rodziny, krewnych i bliskich. Księżniczka Disy znalazła się w tej wojnie w szczególnej sytuacji, bo przecież wywodziła się z Anglii, która teraz stała się wrogiem Niemiec. A jej mąż był prawą ręką cesarza Wilhelma II. Z obydwoma, i mężem, i cesarzem, łączyły ją więzy uczuciowe, ale jako patriotka swej byłej ojczyzny nie mogła się godzić z pogardliwym odnoszeniem się do Anglików. Ta wojna uczyniła z Daisy głęboką pacyfistkę, a nawet skłoniła ją do dobrowolnej  służby w pociągach-lazaretach i szpitalach wojskowych jako pielęgniarka, wolontariuszka. To właśnie swoje "miotanie się" pomiędzy jedna stroną, a drugą w tej wojnie, nazwała Daisy "tańcem na wulkanie".
 Dla mnie szczególnie interesujące było stanowisko księżnej w sprawie polskiej. Daisy okazała się osobą przyjaźnie nastawioną zarówno do Polaków, jak i sprawy niepodległości Polski. Daje temu wyraz w wielu miejscach swej książki: „Polska zawsze była i będzie cierniem w tej części Europy – pisze księżna w swej książce - Przed wojną Niemcy były odpowiedzialne za wysoce represyjne prawodawstwo w stosunku do polskich poddanych na Śląsku. W sierpniu 1914 roku car szybko obiecał, że uczyni Polskę niezależnym królestwem. Ale oczywiście nic konkretnego nie zrobiono.” Tak komentuje księżna wiadomość o proklamowaniu w tzw. akcie 5 listopada 1916 roku przez cesarza niemieckiego Polski jako królestwa na ziemiach zaboru rosyjskiego. Sprawa stała się ważna, bowiem rozważano kandydaturę jej męża Hansa Heinricha XV lub ich najstarszego syna Hansa Heinricha XVII na polskim tronie. Jednym z powodów miało być rzekome pochodzenie Hochbergów od śląskich książąt piastowskich. Niestety, negatywnie nastawiony do Polaków mąż Daisy nie chciał o tym słyszeć. Być może zdawał sobie sprawę z tego, że było to przysłowiowe dzielenie skóry na niedźwiedziu.  Z dalszych losów księżnej (bo książka kończy się z chwila zakończenia wojny w 1918 roku) wiemy, że ten przyjazny stosunek do Polski znalazł dobitne potwierdzenie w losach jej synów. Synowie Daisy podczas II wojny światowej walczyli przeciw Hitlerowi – Hansel (Jan Henryk XVII) w armii brytyjskiej, Aleksander (Lexel} w polskim wojsku.
Znamy wiele faktów świadczących o negatywnej postawie księżnej Daisy wobec Hitlera i nazizmu po wybuchu II wojny światowej. Stać ją było, mimo ciężkiej sytuacji finansowej z powodu zadłużenia zamku, na organizowanie tajnych paczek żywnościowych dla więźniów obozu koncentracyjnego Gross-Rosen. Sztab Hitlera znalazł powody, by ją przesiedlić do Wałbrzycha i w ten sposób „oczyścić zamek”,  wobec którego były już przygotowane tajne plany o zupełnie innym, militarnym przeznaczeniu tej rezydencji. Ale o tym wszystkim, co było po roku 1918 dowiadujemy się już z innych źródeł.
Okazuje się, że księżna pozostawiła po sobie nieoceniony skarb w postaci świetnie napisanej, niezwykle mądrej i ciekawej książki, bogatej w informacje o całej plejadzie możnych świata politycznego tych czasów, w których przyszło jej żyć. Skarb ten okazał się bardziej trwały, niż jej legendarny naszyjnik z pereł, który najprawdopodobniej został splądrowany przez sowieckich czerwonoarmistów, którzy nie omieszkali rozłupać trumnę zmarłej w grudniu 1943 roku księżnej, pochowanej w mauzoleum rodzinnym w parku obok zamku Książ.
Szczególna wartość książki wynika stąd, że całą wiedzę zaczerpnęła autorka nie tylko z autopsji i notatek sporządzanych skrzętnie przez długie lata w pamiętniku, ale też licznie przytaczanych listów,  rodzinnych zdjęć i dokumentów. Nadaje to książce walor historyczny. Dla czytelnika wrażliwego na przymioty literackie, książka budzi podziw bogatym słownictwem, pięknem języka i stylu, ale też ogromną znajomością koligacji rodzinnych osób z wysokiego kręgu arystokratycznego i szczerością wypowiedzi.
Dla nas ta książka jest szczególnie ważna, bowiem jak żadna inna dotyczy największego skarbu  ziemi wałbrzyskiej, wspaniałego zamku-pałacu Książ. Księżna Disy w miarę upływu czasu związała się z tym pałacem i  całą okolicą, traktując je jak swoją małą ojczyznę (Heimat}, czyniła więc dużo dobrego dla ich rozwoju, zaś w książce poświęca im dużo miejsca.
W „zamiast zakończenia” książki, autorstwa Bogny Wernichowskiej, znajduję zdanie, które szczególnie mnie urzekło; krótka i piękna refleksja o niezwykłej postaci jaką jest autorka książki „Taniec na wulkanie”:
„Los obdarzył ją szczodrze  -  była urodziwa, pełna wdzięku, utalentowana i miła. Nie brakowało jej inteligencji, daru interesującej konwersacji i dowcipu. Blondynka o błękitnych oczach i zgrabnej figurze, ubrana w najmodniejsze toalety ze słynnych w tamtych czasach domów mody  - Poireta, Paquina, Wortha, swobodnie czuła się na europejskich dworach, w dyplomatycznych salonach, uzdrowiskach, odwiedzanych przez międzynarodową socjetę. Wszędzie tam, gdzie spotykali się dobrze urodzeni, bogaci i sławni… Tak było przez wiele dziesiątków lat.”
Aby o sobie nie dać zapomnieć napisała Daisy znakomitą książkę, niepodważalny corpus delicti jej wiedzy, inteligencji, mądrości, niezniszczalne zwierciadło życia sfer wyższych tamtych czasów. Tej książki nie jest w stanie zastąpić żaden podręcznik historii, napisało ją życie osoby wyjątkowej , godnej szacunku i uznania. Najwyższy czas by księżna Daisy stała się „dobrym duchem” nie tylko zamku Książ, ale i całego Wałbrzycha.
A zainteresowanych Czytelników odsyłam do mojego majowego postu „O księżniczce, która odważyła się być i piękną, i mądrą”. Być może stanie się to zachętą do przeczytania niezwykłej książki „Taniec na wulkanie”.

sobota, 23 lipca 2011

Z życia wzięte

Dziś przy sobocie postaram się napisać coś dla odprężenia . Nie wiem, czy mi się to uda, ale spróbuję. Życie obfituje w zdarzenia, które mogą wywołać zdziwienie, a często śmiech lub irytację. Aż się prosi, żeby o tym napisać.
Przejeżdżając samochodem z Lubina przez centrum wielkiej  Legnicy na próżno szukamy wzrokiem drogowskazu z napisem – Wałbrzych. Dla legnickich drogowców to miasto nie istnieje. Ważniejsze są Jelenia Góra i Bolków. Kierując się intuicją jedziemy tą drogą z nadzieją, że za miastem pojawi się napis, iż jest to również droga do Wałbrzycha.  Parę kilometrów dalej za autostradą Wrocław – Zgorzelec pojawia się na drodowskazie obok Jeleniej Góry i Bolkowa kolejne duże miasto – Jawor. To nas napawa optymizmem, że chyba jedziemy dobrze, bo Jawor jest blisko Strzegomia, a Strzegom Wałbrzycha. Wreszcie w Jaworze ktoś odważył się zawiesić na rozwidleniu dróg drogowskaz z napisem  -  Wałbrzych. Odetchnęliśmy z ulgą. Jeszcze Wałbrzych nie zginął, istnieje nie tylko na mapie. Mój znajomy za kierownicą skomentował to z sarkazmem: Nie dziwota, kto dziś jedzie do Wałbrzycha, wszyscy obierają kierunek odwrotny. Chyba że Legniczanie, ale oni nie  robią tego, bo nie mają drogowskazu !

Kalendarzyki domowe z wyrywanymi kartkami cieszą się powodzeniem wśród starszych wiekiem gospodyń domowych, ponieważ ułatwiają orientację co do aktualnej daty i imienin, a także można w nich znaleźć na odwrocie ciekawe przepisy kulinarne i inne informacje ważne w  gospodarstwie domowym. W takim kalendarzyku wydanym przez ”O-Press” sp. z o.o. w Kielcach zdarzyło mi się trafić na kartkę z datą 10 lipca b. r. Na odwrocie znalazłem notkę „Czerwone wino na zdrowie”. Lubię czerwone wino więc z zainteresowaniem zacząłem czytać tekst, z którego wynika, ze obecne w czerwonym winie polifenole wpływają korzystnie na układ krwionośny i serce, a katechiny zwane procyjanidynami normalizują nieprawidłową przepuszczalność i kruchość kapilar tętniczych i żylnych, ponieważ wzmacniają osłonę antyoksydencyjną naczyń. A dalej, że zwalczają one wolne rodniki tlenowe i dzięki temu zapobiegają utlenianiu tłuszczów we krwi, zwłaszcza cholesterolu i niszczeniu śródbłonka naczyń, w tym zastawek żylnych.
Pouczony tym przekonywującym wywodem udałem się do „Biedronki” („Codziennie niskie ceny!”) i kupiłem kilka butelek czerwonego „Cabernet Sauvignon”, circe 7.99 zł za butelkę. Po obiedzie nalałem po lampce wina i zaprosiłem stołowników do skosztowania cudownego napoju, który nie tylko gasi pragnienie, ale ma również właściwości lecznicze, ponieważ „polifenole wpływają korzystnie…” zacząłem tu powtarzać dobitnie treść uczonej notatki z   kalendarzyka  Nie skończyłem całej frazy, gdy żona przerwała mi dość ostro: A czy autor tej notatki nie był przypadkiem po kilku głębszych. Nikt trzeźwy by czegoś takiego nie napisał w kalendarzyku dla zwykłych gospodyń domowych.
No nie, dziś mamy wirtualną rzeczywistość – odpowiedziałem -  a każda z gospodyń domowych uczestniczyła już w kilku szkoleniach w zakresie gastrologii i farmakologii w ramach programów europejskich, mówienie do nich prostym, zrozumiałym językiem jest anachronizmem.

Oglądam film polski „Doskonałe popołudnie” z 2005 roku w reżyserii Przemysława  Wojcieszka, nagrodzonego w tym samym roku „Paszportem „Polityki” za oryginalne dzieła będące manifestem pokolenia trzydziestolatków szukających miejsca w naszej rzeczywistości. Jest on również scenarzystą tego filmu. Już na samym początku jeden z młodych bohaterów  filmu w rozmowie z wiozącym go samochodem kierowcą (Jerzy Stuhr), przyznaje, że jest z Wałbrzycha, ale tam nie wróci. Na pytanie dlaczego, odpowiada: „Był pan w Wałbrzychu? Od piętnastu lat tam się nic nie zmieniło!”
Otóż to, epatowanie opinii publicznej pejoratywnym obrazem Wałbrzycha stało się regułą. Film jest jednym z przykładów korzystania ze stereotypów o mieście, w którym tylko „szaro, buro i ponuro”, nędza i bezrobocie, byli górnicy giną wydobywając węgiel w bieda-szybach, żadnej nadziei na poprawę. Absurdalność tego zjawiska polega na wyolbrzymianiu negatywnych skutków przemian, a tuszowaniu pozytywów. Jak można mówić, że nic się nie zmieniło w Wałbrzychu od momentu przemiany ustrojowej w 1989 roku?  Właśnie w latach 90-tych upadł przemysł węglowy, co przyniosło za sobą złe, ale i dobre skutki. Było to swego rodzaju katharsis dla uprzemysłowionego, górniczego miasta, które utraciło fundamenty swej egzystencji. Z takiej zapaści nie da się od razu i bezboleśnie wyjść na drogę rozwoju. Ale Wałbrzych odzyskał czyste powietrze, przestały go osaczać kłęby dymiących kominów kopalń i koksowni, skończył się horror ciężkiej i niebezpiecznej górniczej harówki, powstał nowy przemysł utworzony od podstaw w zgodzie z naturą i aktualnymi potrzebami, zbudowano nowe dzielnice mieszkaniowe, rozwinęło się szkolnictwo wyższe, prężnie działają placówki kultury. Powoli, ale z coraz widoczniejszym skutkiem miasto leczy swoje rany. Nie będę mnożył przykładów pozytywnych przemian w ostatnich latach, są one widoczne gołym okiem. Coraz częściej pojawiają się artykuły w prasie, audycje radiowe i telewizyjne przedstawiające sukcesy miasta, a nie tylko negatywy. To nie jest to samo miasto, co w latach PRL-u. Wiadomo, że jest jeszcze wiele do zrobienia, potrzeba kolejnych lat spokoju i dobrego gospodarowania by odnowić budynki mieszkalne, wybudować drogi, zapomnieć o biedzie i bezrobociu, a Wałbrzych stał się miastem zadbanym i nowoczesnym. Ale już dzisiaj – wystarczy tylko przyjść do rynku mając w pamięci rynek sprzed lat, aby nieco optymistyczniej myśleć o Wałbrzychu.

Tylko legnickich drogowców nie da się chyba tak szybko przekonać, że Wałbrzych, to duże, bogate i piękne miasto. Nie gorsze niż Legnica.

piątek, 22 lipca 2011

Godne podziwu



Dostałem pocztówkę z Istambułu. Dawniej skakałbym z radości, bo jest na niej oryginalny znaczek Turkiye Cumhuriyeti Posta za 1.30 türk (ras), a widoczek zabytkowej części miasta barwny, przejrzysty, egzotyczny. Dziś cieszy mnie bardziej niż znaczek właśnie fotografia części miasta nad Cieśniną Bosfor z monumentalną  katedrą Hagia Sophia na pierwszym planie. Naczytałem się o tym zabytku sztuki bizantyjskiej, którego początki sięgają roku 325 n.e., czyli czasów Konstantyna Wielkiego, który jako pierwszy z cezarów rzymskich przyjął chrześcijaństwo i przeniósł stolicę Cesarstwa z Rzymu do Bizancjum, nazwanego później Konstantynopolem. Oglądałem w książkach zdjęcia świątyni przekształconej w 1453 roku przez sułtana Mehmeda II Zdobywcy w meczet, dobudowując minarety odchylone o 10 stopni w kierunku Mekki. Z czasem meczet otoczono kompleksem grobowców, bibliotek, fontann i innych obiektów, by w 1934 roku zamienić obiekt dotąd świątynny w muzeum.
Zawsze marzyłem by to cudo zobaczyć i doznać podobnych wrażeń jak wtedy, gdy z moim serdecznym druhem, Bronkiem z Piławy Górnej, wspinaliśmy się schodami Propyleje na ateńską górkę Akropol by podziwiać boską Atenę Promachos, Kariatydy dźwigające na barkach strop Erechtejonu i najważniejszą budowlę starożytną - światynię Partenon. Było to sporo lat temu, skoro naszą podróż odbyliśmy cudem ówczesnej techniki motoryzacyjnej, tyskim fiatem 126p, potocznie zwanym „maluchem”. Auto było po przeglądzie, toteż udało nam się po trzech dobach dojechać do Aten z kilkoma tylko przystankami remontowymi (wymiana łożyska, wyciek płynu hamulcowego). O drodze powrotnej nie będę wspominał, bo obiecałem sobie, że będę zawsze zapamiętywał rzeczy przyjemne. Przyjemną była satysfakcja, kiedy tubylcy w Atenach na widok naszej „maszyny” stukali się w czoło z podziwu, a może zdumienia. A najprzyjemniejsze to, że udało nam się dojechać do domu.
Istambuł widziałem na własne oczy, ale z okna samolotu. I było to nocą. Pilot obniżył znacznie pułap lotu i wtedy ujrzałem łuny świateł wielkiego miasta po obu stronach kanału, niekończące się girlandy oświetlonych ulic i placów, różnokolorowe neony i reklamy, poruszające się jak w mrowisku pojazdy, przycumowane do brzegu pudełka statków, coś czego się nigdy nie zapomni. Ale wtedy leciałem na „wyspę szczęścia”, gorący, olśniewający słońcem Cypr.

Kolorowa widokówka z Istambułu ożywiła wspomnienia z egzotycznych dla mnie podróży, których miałem niewiele i być może dlatego tak ważnych, pełnych podziwu i wzruszenia. Ale ta pocztówka budzi mój podziw jeszcze z innego powodu.
Przysłał mi ją nie kto inny, tylko Marek Juszczak, nasz rodzimy górnik – poeta, który swego czasu wyemigrował z Głuszycy do Knurowa, tam się zagnieździł na stałe, w kopalni Szczygłowice awansował na sztygara i wreszcie – dorobił się emerytury. Ma to tę zaletę, że teraz nie musi już czekać miesiącami na urlop, by realizować swoje uboczne „szaleństwo”. Taki właśnie epitet mi się nasunął, bo nazwanie tego co robi zwyczajnym hobby, to zdecydowanie za mało. Tak mógłbym nazwać inną jego pasję – pisanie wierszy. Natomiast Marek do Istambułu dotarł najtańszym, najbardziej ekologicznym, najzwyczajniejszym środkiem lokomocji,  a mianowicie rowerem. I to właśnie budzi mój nieustający podziw.

„Tu zostawiłem swoje serce, między górami, a doliną,
Łapałem wiatr jak czyjeś ręce, może to twoje były dziewczyno ?
Nocą, gdy księżyc oświetla rowy, a w rowach świerszcze cykają dysząc,
Na lasy spływa cień Wielkiej Sowy, jak sen nad uśpioną Głuszycą”

Tak pisał w jednym ze swoich wierszy Marek Juszczak, który teraz wraca rowerem z Istambułu, przemierza bezdroża południowej Europy pełen wrażeń i nowych doświadczeń. Obiecał mi, ze po powrocie się odezwie. Może znajdzie czas, by wpaść do Głuszycy. Wtedy dowiem się więcej o tej podróży i o tym co najciekawsze napiszę.

czwartek, 21 lipca 2011

Program wyborczy dla Wałbrzycha

 

Jako region turystyczny ziemia wałbrzyska wydaje się wciąż „terra incognita” w świadomości Polaków, nawet tych, którzy interesują się turystyką Wystarczy przeprowadzić sondaż na temat największych atrakcji turystycznych  Dolnego Śląska.
W odpowiedzi usłyszymy nazwy różnych miejscowości w różnych częściach Dolnego Śląska, poczynając od Wrocławia, poprzez  Kotlinę Jeleniogórską, Kłodzką na Górach Stołowych kończąc. Z naszych wałbrzyskich atrakcji może znaleźć się na liście zamek „Książ”, albo Palmiarnia w Lubiechowie, może ktoś wspomnieć o ruinach zamku Stary Książ lub Grodno. Z górskich atrakcji blisko Wałbrzycha, można  usłyszeć o Wielkiej Sowie, a z uzdrowisk o Szczawnie-Zdroju. Lata mijają, niełatwo dostrzec jakąkolwiek zmianę orientacji. Z trudem przebijają się w gąszczu innych zabytków militarno-wojskowych, takich jak Srebrna Góra lub Twierdza Kłodzka, niedawno udostępnione do zwiedzania podziemne trasy turystyczne kompleksu „Riese” („Olbrzym”) w Górach Sowich (w Walimiu i Głuszycy). Wciąż pozostaje w cieniu Muzeum Przemysłu i Techniki w Wałbrzychu. O naszych zamkach piastowskich słyszy się w programach lokalnych wycieczek turystycznych lub w rajdach pieszych organizowanych przez przewodników Oddziału PTTK w Wałbrzychu. Mniej – we Wrocławiu, jeszcze mniej w Warszawie, Krakowie, Poznaniu.
Okazuje się, że mamy wiele atrakcji turystycznych, niestety mało znanych, mamy interesujące zabytki z przeszłości, tym cenniejsze, że położone w otoczeniu urzekającej przyrody i krajobrazów, mamy wreszcie góry w dużej części wciąż jeszcze dziewicze. Musimy sami się  przekonać, że jest czym się szczycić i czym konkurować, a w dalszej kolejności poprowadzić na szerszą skalę nowoczesne działania promocyjne.

Przeczytałem z ogromnym zainteresowaniem program wyborczy jednego z  kandydatów na prezydenta Wałbrzycha (nie podaję nazwiska, by nie traktować tego jako udział w kampanii wyborczej). Nie spotkałem się dotąd z tak śmiałym i logicznie uzasadnionym uzależnieniem dalszego rozwoju miasta od  rozwoju turystyki.
„Wałbrzych ma niezwykły jak na polskie miasta potencjał  -  czytamy w programie wyborczym kandydata. Jest zielonym górskim przygranicznym miastem posiadającym olbrzymią liczbę ciekawych zabytków położonym w turystycznym regionie pomiędzy uzdrowiskami. Blisko dużego miasta będącego gospodarczą lokomotywą Polski oraz w dosyć bogatym Województwie. Wałbrzych ma też tradycje turystyczne, a niektóre dzielnice Wałbrzycha były w przeszłości miejscowościami turystycznymi. Głównym zadaniem w zakresie rozwoju turystyki jest wykorzystanie i rozbudowa istniejącego potencjału turystycznego (Książ, Uzdrowiska, Góry otaczające miasto) i wciągnięcie turysty do centrum i sprawienie, aby został w Wałbrzychu dłużej oraz wydał tu więcej pieniędzy”.

W dalszej części znajdujemy szczegółowe, konkretne zadania do realizacji w kilku segmentach rzeczowych, od których aż ciepło się robi na sercu, bo jest w tym programie wszystko co mogłoby uczynić Wałbrzych miastem turystycznym, wypoczynkowym i sportowym, prawdziwą stolicą regionu górskiego, nadać mu nowy impuls rozwojowy. O tym wszystkim mówi się od dłuższego czasu, pisze w strategii rozwoju miasta i w jego planach kadencyjnych, tylko że gdzieś to wszystko umyka w gąszczu codziennych problemów.

Dobrze by się stało, by taki program mógł się doczekać realizacji bez względu na to, kogo mieszkańcy Wałbrzycha wybiorą na prezydenta.

środa, 20 lipca 2011

Bliscy sąsiedzi Książa - Stary Książ


Stary Książ, to miejsce wyjątkowo atrakcyjne, godne polecenia wszystkim turystom wrażliwym nie tylko na zabytki z przeszłości, ale i piękno krajobrazów. Zachwyca położeniem na stromym wzgórzu, nad przepaścią krętego przełomu  rzeki Pełcznicy oraz widokiem  położonego vis a vis w otoczeniu wspaniałego parku -  monumentalnego zespołu zabudowań nowego Książa. Jeśli dodamy do tego prowadzącą krętymi ścieżkami, urozmaiconą trasę turystyczną do ruin zamku Stary Książ,  może się okazać, że wyprawa do zamku, to niezapomniane przeżycie.
Zamek Stary Książ zbudowany został na murach dawnego grodu piastowskiego przez Bolka I Surowego. Jeszcze wcześniej w X i XI wieku był tu gród warowny. Strzegł on szlaku handlowego prowadzącego przełomem Pełcznicy, bystrej rzeki płynącej krętym wąwozem w rozległej kotlinie górskiej. W ten krajobraz z urozmaiconą rzeźbą krętych jarów,  strzelistych brzegów i karkołomnych przepaści wkomponowany został zamek, który od 1290 roku na długi czas stał się siedzibą księcia świdnicko-jaworskiego, Bolka I Surowego. Z zamku korzystali też chętnie kolejni książęta śląscy, Bernard i Bolko II Mały. Dopiero po jego bezpotomnej śmierci  i śmierci jego żony Agnieszki w roku 1392, zgodnie z zawartym wcześniej układem, zamek przeszedł we władanie czeskie.
W 1428 roku został zdobyty przez husytów, a następnie był siedziba rycerzy-rozbójników. Aby położyć temu kres w 1484 roku został doszczętnie zniszczony. Dopiero w latach 1794 1797 właściciel  nowego zamku Książ, Jan Henryk VI von Hochberg zlecił architektowi Christianowi Tischbeinowi przebudowę istniejących resztek ruin w eklektycznym stylu, aby uwypuklić średniowieczne otoczenie wokół  nowego zamku. W nowej szacie architektonicznej przetrwał zamek do czasów II wojny światowej i był chętnie odwiedzany przez turystów lub kuracjuszy pobliskiego Szczawna-Zdrój,
Po wojnie w roku 1945 spłonął ten pieczołowicie chroniony zabytek, pozostały tylko kamienne mury głównego budynku z widocznym podziałem wewnętrznym i fragmenty wieży zamkowej. Zachowały się też dwa renesansowe portale i część muru dawnego zamku prowadzącego do kaplicy, z której pozostały tylko ściany i resztki przykaplicznej wieży. Ruiny zamku są jednak nadal celem wycieczek szkolnych i pieszych spacerów.

Cisy, Stary Książ i Nowy Dwór, to trzy niezwykłe pomniki piastowskiej przeszłości tej ziemi w bezpośredniej bliskości dzisiejszego Wałbrzycha. Jeśli dodamy do tego kolejne trzy niedaleko położone zamki Grodno, Rogowiec i Radosno  - świetność tego regionu w średniowiecznej Polsce zaświeci także dziś pełnym blaskiem.

wtorek, 19 lipca 2011

Bliscy sąsiedzi Książa - Cisy.



Miasto Wałbrzych leży w rozległej kotlinie Gór Wałbrzyskich. Z wielu otaczających miasto wzgórz najbardziej rzuca się w oczy Masyw Chełmca, z liczącą sobie 851 m. n.p.m. górą Chełmiec, będącą dla Wałbrzycha tym, czym Giewont dla Zakopanego. Nieco bardziej na północ zamyka nieckę wałbrzyską Masyw Trójgarbu i  kompleks leśny Książańskiego Parku Krajobrazowego. Park ten jest miejscem szczególnym, bo w jego obszarze znajduje się nie tylko największy zabytek ziemi wałbrzyskiej – monumentalny zamek Książ, jeden z największych zamków w Polsce, ale także ruiny dwóch zamków – Stary Książ i Cisy. O historii zamku Stary Książ napiszę w następnym poście. Dziś parę słów o Cisach, miejscu mniej znanym i odwiedzanym, a szkoda!
 W zachodniej  części tego Parku  na niewielkim skalnym wzgórzu,  nad rzeką Czyżynką, została wzniesiona w XIII wieku jeszcze jedna warownia obronna. To zamek Cisy, zwany też Cieszów, tak samo jak najbliższa wieś na trasie ze Starych Bogaczowic przez Chwaliszów do Świebodzic. Niemiecka nazwa  tego zamku Zeisburg.. Największym zaś jego walorem  jest bliska odległość od drogi i łatwość dotarcia na górkę, gdzie zachowała się stosunkowo duża część grubych, kamiennych murów z fragmentem wieży zamkowej, zbudowanej na planie koła o średnicy 10 m. Dostępu do zamku broniła fosa od południowego wschodu.
Pierwsza wzmianka o zamku pochodzi z 1264 roku. Pełnił on rolę podobną jak zamki Rogowiec, Grodno, Radosno, Nowy Dwór. Był więc kolejnym ogniwem łańcucha zamków strzegących rubieży księstwa świdnicko-jaworskiego. Budowę zainicjował  książę piastowski Bolko I Surowy, a zakończył Bolko II Mały. Największy okres świetności miał miejsce w II połowie XIV wieku, kiedy rezydował w nim Nikel Bolcze, kasztelan Strzegomia, blisko związany z dworem księżnej Agnieszki, która zresztą w Cisach często gościła. W XV wieku zamek przeszedł we władanie czeskie. Został wtedy rozbudowany. Podobnie jak Nowy Dwór stał się w XVI wieku własnością zamożnej rodziny Czetryców. Upadek zamku nastąpił w czasie wojny trzydziestoletniej w XVII wieku, kiedy został spalony przez Szwedów. Nie uległ doszczętnemu zniszczeniu, w następnych wiekach przechodził z rąk do rąk, ale nie udało się uchronić go przed stopniowym popadaniem w ruinę. W XIX wieku starano się nadać mu wartość zabytku historycznego, a w okresie międzywojennym przeprowadzono nawet prace konserwatorskie, rekonstruując część wieży i zewnętrzną bramę.
Zamek właściwy na planie czworoboku stanowił najstarszą część zespołu budowli. W obrębie budowli zachowały się pozostałości po budynku mieszkalnym. Na teren zamku można było się dostać przez zwodzony most  i bramę. Obecnie wchodzi się do niego przez długi most drewniany nad suchą fosą.
Do Cisów można dojść pieszo jednym z trzech szlaków turystycznych prowadzących przez Góry Wałbrzyskie. Od Książa dzieli go zaledwie 3 kilometry, niewiele więcej od dużej dzielnicy mieszkaniowej Wałbrzycha  -  Podzamcza, a także od Świebodzic.  Zamek jest chętnie odwiedzany przez turystów pieszych, rowerowych, zmotoryzowanych, rzadziej przez wycieczki autokarowe. Cisy otoczone ze wszystkich stron malowniczymi lasami są też znakomitym miejscem do grzybobrania.
Są też, co jest ważne dla interesujących się historią turystów i wycieczkowiczów  -  kolejnym śladem gospodarności piastowskich książąt  śląskich w czasach średniowiecza.

poniedziałek, 18 lipca 2011

Grodno jest w stanie zachwycić



Dziś wracam na "szlak zamków piastowskich" w regionie wałbrzyskim i chcę zachęcić Państwa na wycieczkę znacznie łatwiejszą, bo spacer w Zagórzu Śląskim pod niezbyt stromą w tym miejscu górę, może zająć 15 minut. Mowa oczywiście o zamku, którym interesował się parę lat temu sam Niki Lauda, austriacki mistrz Formuły 1. Nie był jednak w stanie pokonać barier naszej polskiej biurokracji. Może i dobrze, bo skutkiem tego zamek jest dostępny do zwiedzania dla wszystkich chętnych i nadal pełni bardzo ważną rolę materialnego świadka polskości tych ziem w czasach średniowiecznych.
Historia zamku jest burzliwa jak cała historia Dolnego Śląska. Jego budowę rozpoczął książę wrocławski Bolko I Wysoki już w 1198 roku. Kontynuował dzieło Bolko I Surowy (1254-1301), książę świdnicko-jaworski. Z roku 1315 zachował się dokument potwierdzający zarządzanie zamkiem w imieniu księcia przez burgrabiego  von Hauqvitza. W I połowie XIV wieku rozbudował zamek niezwykle zasłużony dla tej ziemi, książę Bolko II Mały. Po śmierci jego żony Agnieszki w 1392 roku zamek przeszedł do korony czeskiej. W I połowie XV wieku zawładnęli nim rycerze-rozbójnicy, podobnie jak Rogowcem. Zamek uniknął zniszczenia i po przepędzeniu rabusiów stał się własnością zasłużonej dla Wałbrzycha rodziny Czettritzów (1466-1535)., aby potem przez 10 lat zdobić czoła Karola I von Hochberga, pana na zamku Książ. Okres świetności zamku, to czas przejęcia go przez rodzinę von Lőgen z Ziemi Lubuskiej. Maciej z Łagowa jak go nazywają polscy historycy, starosta świdnicko-jaworski w latach 1545-1587 pobudował na dolnym dziedzińcu dom mieszkalny, piekarnię, łaźnię, wozownię, a jego synowie – biskup wrocławski, Jerzy i starosta świdnicki, Kacper – zadbali o lepsze wyposażenie i  wysoki standard posiadłości. Cieszyła się ona sławą i podnosiła prestiż rodziny.
Z początkiem XVII wieku kolejna zawierucha wojenna, wojna trzydziestoletnia (1618-1648), skończyła się dla zamku tragicznie. Zamek został splądrowany i spalony. Opustoszał  na  wiele lat. Jako nie użytkowane dobro przechodził w XVIII wieku z rąk do rąk. Dopiero w XIX wieku z ratunkiem pośpieszył profesor Jan Gustaw Busching z Wrocławia, miłośnik zabytków, który wykupił go i rozpoczął gruntowną renowację. W 1852 roku właścicielem zamku zostaje baronowa von Zedlitz z Czarnego Boru, spokrewniona z walimską rodziną Zedlitzów. Zarówno ona jak i cała rodzina nie szczędzili wysiłków i grosza na rekonstrukcję zabytku. To właśnie ich zasługą było uczynienie w tym miejscu Muzeum i udostępnienie go do zwiedzania w okresie międzywojennym.
Zamek przetrwał II wojnę światową, niestety w 1945 roku  został rozgrabiony przez nieznanych sprawców, skradziono zbroję, gobeliny, meble, obrazy, wszystko co stanowiło jakąkolwiek wartość. Dopiero w latach 50-tych został oddany pod opiekę  PTTK.
Wałbrzyski Oddział PTTK starał się jak mógł  restaurować zamek i utrzymywać jego funkcję turystyczną, ale możliwości te stawały się coraz to mniejsze. Od 2008 roku  właścicielem zamku stała się gmina Walim. Jej gospodarze widzą w zamku wspaniałą szansę dla promocji turystycznej gminy, stąd wiele poczynań i zamierzeń mających na celu rewaloryzację zabytku i przyciągnięcie do zwiedzania jak największej rzeszy turystów.
Zwiedzanie zamku Grodno z dobrym przewodnikiem rozpala wyobraźnię i dostarcza mnóstwa emocji.
W mrocznej czeluści niszy zamkowej zasuniętej żelazną kratą znajduje się przykuty do ściany szkielet kobiety. Jedna z legend mówi, że w ten sposób ukarał swą młodą małżonkę mściwy właściciel zamku, ponieważ nie chciała ona być mu posłuszną. Przywiązanej łańcuchem niewieście podawano na tacy posiłek w ten sposób, aby nie mogła go dosięgnąć. Inna legenda opowiada o Białej Damie pojawiającej się  nocami na murach zamkowych. To duch zakutej w lochu dziewczyny, zamęczonej przez rycerzy-rabusiów. W jeszcze innej legendzie Biała Dama jest duchem młodej dziewki strąconej z murów zamkowych przez kasztelana, który w ten sposób ukarał ją za niewierność. Znana sentencja mówi – do odważnych świat należy. Warto przyczaić się nocą pod murami zamku, a nuż uda nam się na jego murach dostrzec ducha Białej Damy.

Największą atrakcją zamku Grodno jest strzelista wieża zamkowa udostępniona do zwiedzania. Roztacza się z niej urzekający widok na rozciągające się u stóp góry zamkowej Jezioro Bystrzyckie, otoczone bujnym poszyciem lasów  na zboczach Gór Sowich, a także na rozległą panoramę niziny świdnickiej. Warto wybrać się do zamku by pobudzić do aktywności wyobraźnię śladami przeszłości, a także zachwycić się pięknem  przyrody i krajobrazów.

Zamek Grodno jest jedną z największych atrakcji gminy Walim. Odbywają się tam coraz częściej ciekawe imprezy turystyczne. Można o nich dowiedzieć się więcej na stronach internetowych, skąd pochodzą zdjęcia.
                                                                                                                                                                                                                        


niedziela, 17 lipca 2011

Weekend w stylu retro






Dawno już nie jechałem pociągiem. Moja młodość jest związana z tym środkiem komunikacji jak z żadnym innym. Mogę powiedzieć, że z okien pociągu poznałem świat i zrozumiałem czym jest miara odległości. Z podróżowaniem koleją, z oczekiwaniem na stacjach kolejowych, z perypetiami w pociągach i kasach biletowych, wiążą się liczne moje przygody.
Przejeżdżający pociąg budzi we mnie do dziś uczucie nostalgii i żalu. To tak jak wspomnienia młodości, jak wszystko to co było bliskie sercu i niestety, z biegiem lat przeminęło.
Na szczęście pozostał mi jeszcze jeden atut. W niedalekiej odległości od domu ciągnie się widoczny z okien nasyp kolejowy. Tedy przebiega słynna linia kolejowa Wałbrzych-Kłodzko. Słynna, bo jest jedną z najatrakcyjniejszych  w Polsce. To właśnie tędy pociąg przemierza aż trzy tunele, z których ten pierwszy tuż za stacją Wałbrzych Główny, jest najdłuższym tunelem w Polsce i liczy sobie ponad półtora kilometra. Trasa pociągu prowadzi przez wysokie wiadukty ponad drogami i dachami budynków, zboczami gór, pośród lasów, łąk i pól. Oczom podróżnych ukazują się coraz to inne krajobrazy, utopione w nich miasteczka i wsie, z których górnicza ongiś Nowa Ruda, może zachwycić niezwykłością położenia budynków i rozmaitością architektury.
Linia kolejowa Wałbrzych-Kłodzko wciąż jeszcze żyje. Co rusz przetaczają się po niej pociągi towarowe wypełnione kamieniem lub innymi ładunkami. Od niedawna przywrócony został ruch pasażerski specjalnym szynobusem. Kursuje on od rana do wieczora tam i z powrotem kilka razy dziennie.
Gdy tylko słyszę skrzyp kół wagonów po szynach, to zaraz podświadomość przypomina mi frazę z „Lokomotywy” Tuwima: „to para gorąca wprawiła to w ruch, to para co z kotła rurami do tłoków, a tłoki kołami ruszają z dwóch boków, i gnają, i pchają, i pociąg się toczy…”. Czuję wtedy sentymentalne wzruszenie i radość w sercu, że jeszcze wszystko nie zginęło.

Nasza dwuletnia wnuczka, Lenka, reaguje żywo na każdy ruch na torach. Woła natychmiast; Jedzie ciuchcia! I trzeba ją brać na ręce, by lepiej widziała z tarasu przejeżdżający pociąg.
Jak tylko wróci znad morza przy sprzyjającej pogodzie pojedziemy razem do Kłodzka. Jeśli się jej to spodoba, będziemy jeździć częściej. To znacznie lepiej, niż podróż samochodem. Z pociągu widać więcej i ma się więcej swobody. Zastanawiam się tylko, czemu tak rzadko korzystamy z tej możliwości podróżowania.
Weekend w stylu retro? Zachęcam, warto spróbować!

PS. W programie wycieczki warto umieścić Kłodzko.
To bardzo atrakcyjne, historyczne miasto, obecnie z roku na rok coraz piękniejsze i ciekawsze. Można nacieszyć oczy wyjątkową architekturą rynku i całego śródmieścia, a także znakomicie położonych na stokach gór dzielnic mieszkaniowych