 |
| zaproszenie do zwiedzenia Wałbrzycha |
To retoryczne pytanie: czy można żyć bez historii, nie
budzi żadnych wątpliwości. Oczywiście, nie można żyć bez
historii. Wyobraźmy sobie kim byśmy byli nie znając przeszłości.
Całkowicie przypadkowym jestestwem, które znalazło się na tej
ziemi nie wiadomo skąd, po co i dlaczego. Historia odpowiada nam
przecież na nurtujące każdego myślącego człowieka pytanie -
co było wcześniej, co się działo przed nami, skąd się wzięło
to co nas otacza, kim jesteśmy i jak powinniśmy żyć. Bo przecież
historia jest nauczycielką życia, z jej nauk powinniśmy czerpać
wiedzę i doświadczenie.
To wszystko piękna
teoria. A obok niej funkcjonuje praktyka. Z jej obserwacji wynika, że
można żyć bez historii. Tak samo zresztą jak bez kultury,bez
religii, bez takich czy innych ideałów. Można ograniczyć wiedzę
historyczną do minimum, albo też spreparować ją dla własnych
potrzeb. Mistrzami w tej dziedzinie są politycy. Dla nich historia
jest przedmiotem, nie zaś podmiotem. Najlepiej się nią posłużyć
dla osiągnięcia własnych celów.
Od czasu do czasu rozlega
się wołanie o prawdę historyczną. My chcemy wiedzieć jak było
naprawdę. To już jest dobrze, gdy pojawiają się takie głosy.
Zwiastują one potrzebę poznania przeszłości bez kłamstwa i
pruderii. I byłoby całkiem dobrze, gdyby faktycznie o to właśnie
chodziło i gdybyśmy byli w stanie sprostać takiemu
zapotrzebowaniu. Okazuje się, że nie jest to takie proste i łatwe.
Dlaczego ? Otóż dlatego, że jak sądzą niektórzy historycy nie
ma czegoś takiego jak prawda historyczna. Po prostu nie da się
autorytatywnie odtworzyć i opisać tego co się działo w
przeszłości.. Prawdziwe są tylko fakty historyczne (jeśli i one
nie zostały spreparowane). Rzecz w tym, że historia jest nauką
społeczną, a w życiu społecznym nie da się jednoznacznie ocenić
kto ma rację. Dam prosty przykład - zwykły konflikt rodzinny
pomiędzy mężem i żoną - kto jest winien? Od razu pojawią się
co najmniej dwie wersje. Jedni powiedzą, że mąż, drudzy że żona
i każda ze stron wytoczy arsenał argumentów. Nie ma takiego sądu,
który byłby w stanie bezwzględnie orzec o winie jednej, czy
drugiej strony. Każdy wyrok jest względny i oprócz przepisów
prawa zależy od wielu innych czynników.
To samo dotyczy historii.
Jedyną prawdą historyczną są same fakty, zaś ich ocena, to
sprawa osobistej interpretacji. I z tego atrybutu korzystają
politycy interpretując fakty według własnego widzimisię. Nicią
przewodnią nauki historii jest dążenie do maksymalnie obiektywnego
opisywania faktów historycznych. Łatwo zauważyć jak daleko
badania naukowe odbiegają od propagandowej sieczki sporządzanej
przez partyjnych ideologów.
To wszystko, to ma być
wstęp do skomentowania dwóch wydarzeń, w których miałem okazję
uczestniczyć w mijającym tygodniu, a które zasługują na
szczególną uwagę. Nie są one egzemplifikacją powyższego wywodu,
a jedynie stały się jego impulsem. Obydwa wydarzenia odbieram jako
rzecz dużej wagi, są dla mnie wyznacznikiem pozytywnych zmian
jakie następują w Wałbrzychu, obydwa wiążą się ściśle z
historią, a dokładniej z próbą odsłonięcia tzw. prawdy
historycznej.
 |
| rynek wałbrzyski w wieczornej krasie |
Taką wymowę ideową ma
dla mnie wyjątkowy film „Tutejsi, od Waldenburga do Wałbrzycha”,
którego wielka premiera miała miejsce w środę 11 listopada b.r.
na scenie Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu w wypełnionej po brzegi
sali, z udziałem najważniejszych w mieście osób na czele z
Prezydentem i Starostą. Film jest dziełem Fundacji Księżniczki
Daisy von Pless, według scenariusza i reżyserii jej Prezesa,
Mateusza Mykytyszyna. Zarówno film jak i jego premiera wskazują,
że na firmamencie miejskim Wałbrzycha pojawiła się wschodząca
gwiazda, którą jest Mateusz, twórca filmu i organizator tej
wielkiej imprezy. Prezydent Wałbrzycha, Roman Szełemej miał nosa,
że na niego postawił i mu zaufał.
Film jak wspomniałem
wyżej jest wyjątkowy pod wieloma względami. Przede wszystkim
dlatego, że odważył się dotknąć tematu, który przez liczna
lata PRL-u był tematem tabu, a mianowicie przeszłości
przedwojennej Wałbrzycha. W tym mieście zaludnionym po wojnie
przybyszami z różnych ziem polskich i z całego świata, mieście
wielonarodowościowym i wielokulturowym, przyjęliśmy z łatwością
propagandowe hasło władzy ludowej - „Myśmy to nie przyszli,
myśmy tu wrócili” i pogodzili się z polskością Wałbrzycha
jako rzeczą naturalną. Oficjalnie rozpowszechniana historia tych
ziem koncentrowała się na czasach piastowskich Śląska, potem była
przerwa długości, bagatela, zaledwie 5 wieków i dalej dotyczyła
II wojny światowej i historycznego powrotu do Macierzy. Lepiej było
pominąć ten fakt, że Wałbrzych od samego początku był budowany
przez żywioł germański i wszystko co w tym mieście zastaliśmy po
wojnie było dziełem Niemców. Dotyczy to także naszych
największych atrakcji turystycznych, zamku Książ lub pałacu
Czettrytzów przy ulicy Zamkowej. Tematem tabu był exodus
przesiedleńców niemieckich z Wałbrzycha, którzy zmuszeni byli
opuścić miasto, pozostawiając dorobek swojego życia i życia
kilku pokoleń. Oczywiście, zgadzamy się z tym, że był to skutek
okrutnej wojny, tragicznej przede wszystkim dla Polaków, ale także
dla agresorów, większości Niemców, którzy stali się narzędziem
hitlerowskiej propagandy i zostali wciągnięci do tej wojny. Rzecz w
tym, by tej historii nie zasłaniać i zacząć wreszcie mówić o
tym głośno właśnie w imię tego, co określamy mianem prawdy
historycznej.
Film Mateusza
Mykytyszyna, to swego rodzaju przełom w powojennej kinematografii
dotykającej przeszłości Wałbrzycha. Mottem przewodnim filmu są
wspomnienia kilku starszych niemieckich autochtonów, którzy
odważyli się zaraz po wojnie przyjąć obywatelstwo polskie i
pozostać w mieście. Mieszkają w nim do dziś, a obecnie udzielają
się w Niemieckim Towarzystwie Kulturalnym. Mówią oni o
przywiązaniu do rodzinnych stron, o swoim dzieciństwie i młodości
przed wybuchem wojny, o ciężkich przeżyciach w czasie wojny, a
potem w pierwszych latach powojennych, kiedy to dla Polaków naród
niemiecki był największym wrogiem.
Monologi ( momentami
nieco przydługie) trzech staruszek i jednego też już dojrzałego
pana, wygłaszane po polsku, bo po tylu latach nauczyli się naszego
języka, są przeplatane wypowiedziami naszych dziewcząt i chłopców
z III Liceum Ogólnokształcącego w Wałbrzychu. Licealiści
wyrażają się z sentymentem o swoim przecież mieście, bo tu się
urodzili lub chodzą do szkoły, wskazują co im się w Wałbrzychu
najbardziej podoba, miejsca w których lubią spędzać wolny czas.
Mówią też o swoich planach na przyszłość, o kontaktach
uczuciowych z partnerami. Te rozmowy wyraźnie ożywiają film, a że
młodzi są elokwentni, mówią swobodnie, dowcipnie i bez
skrępowania, są więc okrasą fabuły filmowej.
I teraz jeszcze parę
słów o największym atucie tego filmu. Jest nim, przynajmniej dla
mnie, niezwykła oprawa zdjęciowa, urzekające widoki miasta dawniej
i dziś, barwne krajobrazy górskie, zabytki architektury, scenki z
życia mieszkańców, w ogóle ukazanie przemysłowego Wałbrzycha w
całej swej wyjątkowości. Jest to miasto o bogatej, interesującej
historii, miasto osobliwe, o czym niejednokrotnie pisałem. Prezydent
Szełemej nazwał je w krótkim zagajeniu na premierze miastem
magicznym. Film „Tutejsi, od
Waldenburga do Wałbrzycha” jest tego znakomitym potwierdzeniem.
Film
jest na stronie internetowej You Tube, zachęcam do obejrzenia i
skomentowania.
 |
| największa hala pod Osówką |
Drugim
wydarzeniem nieco mniejszej miary, ale również związanym z
historią, było piątkowe (15 listopada) spotkanie z Jerzym Cerą
w wałbrzyskiej Bibliotece Pod Atlantami. Jerzy Cera jest znany
dla wszystkich osób interesujących się tajemnicą kompleksu
„Riese” w Górach Sowich. To wytrwały poszukiwacz – odkrywca,
autor niezliczonych publikacji prasowych, książek i map, człowiek
na trwałe związany z autentyczną pasją swojego życia, której
poświęca czas wolny, a także pieniądze.
W
Galeryjce Pod Atlantami na II pietrze zabrakło miejsc, co dowodzi
dużego zainteresowania osobą emerytowanego ppłk. Wojska Polskiego,
który przybył na spotkanie bezpośrednio z Krakowa. Jerzy
Cera tam
mieszka od lat, ale wywodzi się z pobliskiej Bielawy, jest więc
emocjonalnie związany z Dolnym Śląskiem.
Nie
udało mu się przywieźć na spotkanie będącej w przygotowaniu do
druku nowej książki o historii eksploracji podziemnych kompleksów
w Górach Sowich, ale to właśnie był przewodni temat jego
prelekcji okraszonej ekspozycją historycznych już fotografii na
telebimie, ukazujących poszczególne etapy badań i ich uczestników,
bo jak się okazuje historia eksploracji jest niezwykle barwna i
fascynująca. Wyjaśnia ona w sposób klarowny i obiektywny przyczyny
powojennej stagnacji w poszukiwaniach i odsłanianiu tajemnicy Gór
Sowich.
W
spotkaniu uczestniczyło wielu znakomitych badaczy i odkrywców,
znanych w Wałbrzychu i na Dolnym Śląsku, padały ciekawe pytania,
pojawiły się też zapowiedzi nowych publikacji i książek. Daje to
nadzieję na coraz to bliższe dojście do prawdy, mam tu na uwadze
faktyczny cel tej największej inwestycji militarnej III Rzeszy pod
koniec wojny oraz tego, co się kryje w zakonspirowanych częściach
podziemi Gór Sowich.
Ze
spotkania powróciłem do domu późnym wieczorem pod wrażeniem
osoby Jerzego Cery i tego wszystkiego co mogłem tam usłyszeć i
zobaczyć. Mój skromny udział w odsłanianiu tajemnicy podziemi w
kompleksie Włodarza okazuje się coraz ważniejszy, bo temat „Riese”
nabiera już ogromnego znaczenia w skali europejskiej.
Ale
o tym wszystkim w kolejnych odcinkach mojego blogu.