Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

poniedziałek, 18 listopada 2013

Mój benefis !


Tak to się rozpoczęło


Byłem już prawie wszystkim - ministrantem, kościelnym, listonoszem, nauczycielem dyrektorem, inspektorem, burmistrzem, prezesem, redaktorem. Byłem pewien, że na tym się skończy. Niestety nie. W niedzielę okazało się, że jestem benefisantem. Słowniczek wyrazów obcych wyjaśnia, że jest to osoba na cześć której odbywa się przedstawienie. Finezja organizatorów mojego benefisu polega na tym, że zupełnie bezwiednie i spontanicznie dałem się wciągnąć do tej gry i sam stałem się w niej głównym aktorem. Od razu oświadczam, że w tej roli czułem się całkiem dobrze. Ktoś powiedział nawet, że jestem bohaterem wieczoru. Strasznie mi to pochlebiało, bo w najśmielszych marzeniach sennych nie osiągnąłem nigdy takiego zaszczytu.

Poproszono mnie o zajęcie eksponowanego miejsca na scenie. W świetle jupiterów ogarnęło mnie poczucie ważności. Dostałem do ręki mikrofon. U nas wiadomo, kto ma mikrofon ten ma władzę. Mogłem wstać z fotelika i na wszystkich popatrzeć z góry. A tam na sali same tuzy. I Starosta, i pani Burmistrz, dyrektorzy szkół i innych instytucji, moi bliscy przyjaciele i znajomi. Przyjechał nawet Marek Juszczak, poeta - górnik, sztygar kopalni „Szczygłowice” z Knurowa. A z Wałbrzycha sam Bartek Ranowicz, księgarz, przewodnik górski, wykładowca wyższej uczelni. Wypełniła się sala po brzegi tak więc trudno się dziwić, że zrobiło mi się miękko na sercu. Przecież nie można zawieść takiej widowni. Strach pomyśleć, gdyby miała to być li tylko prelekcja o moich „Głuszyckich konfrontacjach” część II. Książkę można zachwalać, ale i tak jej wartość okaże się „w praniu”. Albo się ją przeczyta, albo nie.



Pani dyrektor CK MBP (Cesarsko - Królewska Mość Benefisu Pismaka) okazała się wspaniałomyślna. Pozwoliła mi na moment ochłonąć, a na scenę wkroczyła Maja Nowicka, o której pisałem w blogu, że czeka ją kariera Anny German. Śpiewa nieomal jak ona.



Wtedy pojąłem wreszcie na czym polega ta gra. Promocja książki jest ważna, ale by ją osiągnąć trzeba to robić według sprawdzonych wzorów jak w królewskim mieście Krakowie. A że trafił się akurat idealny benefisant, nestor środowiska lokalnych wolno-myślących seniorów, o medialnym nazwisku, więc na co czekamy. Robimy po raz pierwszy w mieście głuszycki benefis.




Benefisant wyraźnie wzruszony




No i poleciało wszystko jak z płatka. Najpierw była promocja książki "Głuszyckie kontemplacje", ale potem ważniejszą okazała się nobilitacja jej autora. Jak w najlepszych telewizyjnych wydaniach krakowskich benefisów była rozmowa z nestorem, była ekspozycja na telebimie jego kariery zawodowej i osiągnięć twórczych, były peany na cześć jubilata ze strony najważniejszych gości. To wszystko przeplatane muzyką i śpiewem rodzimych artystów. Były też na koniec gratulacje i życzenia, najważniejsze trofeum - "Pióro Głuszca", dzieło rodzimego artysty-rzeźbiarza H. Janasa, były kosze kwiatów i upominki, no i także „złota księga” z wpisami osób obecnych na sali. Powodzeniem cieszył się poczęstunek przygotowany przez renomowaną kuchnię „Łomnickiej Chaty”.

Cieszy to, że można było zaobserwować duży popyt na książkę i autografy, miałem więc pełne ręce roboty.



Bartosz Ranowicz skupił się na walorach książki



laudację na cześć jubilata sklada Marek Juszczak


Nie da się ukryć, o czym wspomniałem w finale imprezy, że moje miasteczko śmiało podąża śladami wielkiego Krakowa. Mamy w jadłodajni „Finezja” galerię pocztówek,fotografii i obrazów niczym w „Jamie Michalikowej”, a od niedzieli możemy mówić, że przetarta została ścieżka dla kolejnych benefisów. Benefisantów jest wielu. Zgadnijmy na kogo przyjdzie teraz kolej.



P.S. A teraz już na poważnie - dziękuję jak najcieplej wspaniałej załodze CK MBP na czele z Panią Dyrektor, Moniką Bisek, Panią kierownik Biblioteki, Renatą Sokołowską i wszystkim pracownikom za znakomity pomysł, wkład pracy i serdeczną atmosferę.



Dziękuję za obfitość życzeń i gratulacji, za kwiaty, upominki i pamiątki, za życzliwość, która emanowała od wszystkich osób na sali.



Dziękuję Pani Burmistrz, Alicji Ogorzelec i Panu Staroście, Józefowi Piksie, że swą obecnością nadali tej imprezie znaczenia i blasku.



Wszystkim obecnym na tej uroczystości serdecznie dziękuję



I ja tam byłem, lecz wina nie piłem,

a com przeżył i doświadczył - w poście umieściłem.



Fotografie świeże jak barszcz - Violetty Torbackiej

niedziela, 17 listopada 2013

Czy można żyć bez historii ?


zaproszenie do zwiedzenia Wałbrzycha


To retoryczne pytanie: czy można żyć bez historii,  nie budzi żadnych wątpliwości. Oczywiście, nie można żyć bez historii. Wyobraźmy sobie kim byśmy byli nie znając przeszłości. Całkowicie przypadkowym jestestwem, które znalazło się na tej ziemi nie wiadomo skąd, po co i dlaczego. Historia odpowiada nam przecież na nurtujące każdego myślącego człowieka pytanie - co było wcześniej, co się działo przed nami, skąd się wzięło to co nas otacza, kim jesteśmy i jak powinniśmy żyć. Bo przecież historia jest nauczycielką życia, z jej nauk powinniśmy czerpać wiedzę i doświadczenie.

To wszystko piękna teoria. A obok niej funkcjonuje praktyka. Z jej obserwacji wynika, że można żyć bez historii. Tak samo zresztą jak bez kultury,bez religii, bez takich czy innych ideałów. Można ograniczyć wiedzę historyczną do minimum, albo też spreparować ją dla własnych potrzeb. Mistrzami w tej dziedzinie są politycy. Dla nich historia jest przedmiotem, nie zaś podmiotem. Najlepiej się nią posłużyć dla osiągnięcia własnych celów.

Od czasu do czasu rozlega się wołanie o prawdę historyczną. My chcemy wiedzieć jak było naprawdę. To już jest dobrze, gdy pojawiają się takie głosy. Zwiastują one potrzebę poznania przeszłości bez kłamstwa i pruderii. I byłoby całkiem dobrze, gdyby faktycznie o to właśnie chodziło i gdybyśmy byli w stanie sprostać takiemu zapotrzebowaniu. Okazuje się, że nie jest to takie proste i łatwe. Dlaczego ? Otóż dlatego, że jak sądzą niektórzy historycy nie ma czegoś takiego jak prawda historyczna. Po prostu nie da się autorytatywnie odtworzyć i opisać tego co się działo w przeszłości.. Prawdziwe są tylko fakty historyczne (jeśli i one nie zostały spreparowane). Rzecz w tym, że historia jest nauką społeczną, a w życiu społecznym nie da się jednoznacznie ocenić kto ma rację. Dam prosty przykład - zwykły konflikt rodzinny pomiędzy mężem i żoną - kto jest winien? Od razu pojawią się co najmniej dwie wersje. Jedni powiedzą, że mąż, drudzy że żona i każda ze stron wytoczy arsenał argumentów. Nie ma takiego sądu, który byłby w stanie bezwzględnie orzec o winie jednej, czy drugiej strony. Każdy wyrok jest względny i oprócz przepisów prawa zależy od wielu innych czynników.
To samo dotyczy historii. Jedyną prawdą historyczną są same fakty, zaś ich ocena, to sprawa osobistej interpretacji. I z tego atrybutu korzystają politycy interpretując fakty według własnego widzimisię. Nicią przewodnią nauki historii jest dążenie do maksymalnie obiektywnego opisywania faktów historycznych. Łatwo zauważyć jak daleko badania naukowe odbiegają od propagandowej sieczki sporządzanej przez partyjnych ideologów.

To wszystko, to ma być wstęp do skomentowania dwóch wydarzeń, w których miałem okazję uczestniczyć w mijającym tygodniu, a które zasługują na szczególną uwagę. Nie są one egzemplifikacją powyższego wywodu, a jedynie stały się jego impulsem. Obydwa wydarzenia odbieram jako rzecz dużej wagi, są dla mnie wyznacznikiem pozytywnych zmian jakie następują w Wałbrzychu, obydwa wiążą się ściśle z historią, a dokładniej z próbą odsłonięcia tzw. prawdy historycznej.



rynek wałbrzyski w wieczornej krasie



Taką wymowę ideową ma dla mnie wyjątkowy film „Tutejsi, od Waldenburga do Wałbrzycha”, którego wielka premiera miała miejsce w środę 11 listopada b.r. na scenie Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu w wypełnionej po brzegi sali, z udziałem najważniejszych w mieście osób na czele z Prezydentem i Starostą. Film jest dziełem Fundacji Księżniczki Daisy von Pless, według scenariusza i reżyserii jej Prezesa, Mateusza Mykytyszyna. Zarówno film jak i jego premiera wskazują, że na firmamencie miejskim Wałbrzycha pojawiła się wschodząca gwiazda, którą jest Mateusz, twórca filmu i organizator tej wielkiej imprezy. Prezydent Wałbrzycha, Roman Szełemej miał nosa, że na niego postawił i mu zaufał.
Film jak wspomniałem wyżej jest wyjątkowy pod wieloma względami. Przede wszystkim dlatego, że odważył się dotknąć tematu, który przez liczna lata PRL-u był tematem tabu, a mianowicie przeszłości przedwojennej Wałbrzycha. W tym mieście zaludnionym po wojnie przybyszami z różnych ziem polskich i z całego świata, mieście wielonarodowościowym i wielokulturowym, przyjęliśmy z łatwością propagandowe hasło władzy ludowej - „Myśmy to nie przyszli, myśmy tu wrócili” i pogodzili się z polskością Wałbrzycha jako rzeczą naturalną. Oficjalnie rozpowszechniana historia tych ziem koncentrowała się na czasach piastowskich Śląska, potem była przerwa długości, bagatela, zaledwie 5 wieków i dalej dotyczyła II wojny światowej i historycznego powrotu do Macierzy. Lepiej było pominąć ten fakt, że Wałbrzych od samego początku był budowany przez żywioł germański i wszystko co w tym mieście zastaliśmy po wojnie było dziełem Niemców. Dotyczy to także naszych największych atrakcji turystycznych, zamku Książ lub pałacu Czettrytzów przy ulicy Zamkowej. Tematem tabu był exodus przesiedleńców niemieckich z Wałbrzycha, którzy zmuszeni byli opuścić miasto, pozostawiając dorobek swojego życia i życia kilku pokoleń. Oczywiście, zgadzamy się z tym, że był to skutek okrutnej wojny, tragicznej przede wszystkim dla Polaków, ale także dla agresorów, większości Niemców, którzy stali się narzędziem hitlerowskiej propagandy i zostali wciągnięci do tej wojny. Rzecz w tym, by tej historii nie zasłaniać i zacząć wreszcie mówić o tym głośno właśnie w imię tego, co określamy mianem prawdy historycznej.

Film Mateusza Mykytyszyna, to swego rodzaju przełom w powojennej kinematografii dotykającej przeszłości Wałbrzycha. Mottem przewodnim filmu są wspomnienia kilku starszych niemieckich autochtonów, którzy odważyli się zaraz po wojnie przyjąć obywatelstwo polskie i pozostać w mieście. Mieszkają w nim do dziś, a obecnie udzielają się w Niemieckim Towarzystwie Kulturalnym. Mówią oni o przywiązaniu do rodzinnych stron, o swoim dzieciństwie i młodości przed wybuchem wojny, o ciężkich przeżyciach w czasie wojny, a potem w pierwszych latach powojennych, kiedy to dla Polaków naród niemiecki był największym wrogiem.
Monologi ( momentami nieco przydługie) trzech staruszek i jednego też już dojrzałego pana, wygłaszane po polsku, bo po tylu latach nauczyli się naszego języka, są przeplatane wypowiedziami naszych dziewcząt i chłopców z III Liceum Ogólnokształcącego w Wałbrzychu. Licealiści wyrażają się z sentymentem o swoim przecież mieście, bo tu się urodzili lub chodzą do szkoły, wskazują co im się w Wałbrzychu najbardziej podoba, miejsca w których lubią spędzać wolny czas. Mówią też o swoich planach na przyszłość, o kontaktach uczuciowych z partnerami. Te rozmowy wyraźnie ożywiają film, a że młodzi są elokwentni, mówią swobodnie, dowcipnie i bez skrępowania, są więc okrasą fabuły filmowej.
I teraz jeszcze parę słów o największym atucie tego filmu. Jest nim, przynajmniej dla mnie, niezwykła oprawa zdjęciowa, urzekające widoki miasta dawniej i dziś, barwne krajobrazy górskie, zabytki architektury, scenki z życia mieszkańców, w ogóle ukazanie przemysłowego Wałbrzycha w całej swej wyjątkowości. Jest to miasto o bogatej, interesującej historii, miasto osobliwe, o czym niejednokrotnie pisałem. Prezydent Szełemej nazwał je w krótkim zagajeniu na premierze miastem magicznym. Film „Tutejsi, od Waldenburga do Wałbrzycha” jest tego znakomitym potwierdzeniem.
Film jest na stronie internetowej You Tube, zachęcam do obejrzenia i skomentowania.



największa hala pod Osówką



Drugim wydarzeniem nieco mniejszej miary, ale również związanym z historią, było piątkowe (15 listopada) spotkanie z Jerzym Cerą w wałbrzyskiej Bibliotece Pod Atlantami. Jerzy Cera jest znany dla wszystkich osób interesujących się tajemnicą kompleksu „Riese” w Górach Sowich. To wytrwały poszukiwacz – odkrywca, autor niezliczonych publikacji prasowych, książek i map, człowiek na trwałe związany z autentyczną pasją swojego życia, której poświęca czas wolny, a także pieniądze.
W Galeryjce Pod Atlantami na II pietrze zabrakło miejsc, co dowodzi dużego zainteresowania osobą emerytowanego ppłk. Wojska Polskiego, który przybył na spotkanie bezpośrednio z Krakowa. Jerzy
Cera tam mieszka od lat, ale wywodzi się z pobliskiej Bielawy, jest więc emocjonalnie związany z Dolnym Śląskiem.
Nie udało mu się przywieźć na spotkanie będącej w przygotowaniu do druku nowej książki o historii eksploracji podziemnych kompleksów w Górach Sowich, ale to właśnie był przewodni temat jego prelekcji okraszonej ekspozycją historycznych już fotografii na telebimie, ukazujących poszczególne etapy badań i ich uczestników, bo jak się okazuje historia eksploracji jest niezwykle barwna i fascynująca. Wyjaśnia ona w sposób klarowny i obiektywny przyczyny powojennej stagnacji w poszukiwaniach i odsłanianiu tajemnicy Gór Sowich.
W spotkaniu uczestniczyło wielu znakomitych badaczy i odkrywców, znanych w Wałbrzychu i na Dolnym Śląsku, padały ciekawe pytania, pojawiły się też zapowiedzi nowych publikacji i książek. Daje to nadzieję na coraz to bliższe dojście do prawdy, mam tu na uwadze faktyczny cel tej największej inwestycji militarnej III Rzeszy pod koniec wojny oraz tego, co się kryje w zakonspirowanych częściach podziemi Gór Sowich.
Ze spotkania powróciłem do domu późnym wieczorem pod wrażeniem osoby Jerzego Cery i tego wszystkiego co mogłem tam usłyszeć i zobaczyć. Mój skromny udział w odsłanianiu tajemnicy podziemi w kompleksie Włodarza okazuje się coraz ważniejszy, bo temat „Riese” nabiera już ogromnego znaczenia w skali europejskiej.


Ale o tym wszystkim w kolejnych odcinkach mojego blogu.

wtorek, 12 listopada 2013

Poznajmy lepiej "swój dom"




Zamieszczam powyżej kopię plakatu z zaproszeniem na spotkanie promocyjne mojej książki, „Głuszyckie kontemplacje” część II, bo jest to rzadka okazja, by porozmawiać o naszym mieście, o jego walorach krajobrazowych, o tym z czego powinniśmy być dumni i czego nam jeszcze brakuje do pełnego zadowolenia.
Tak widzę to spotkanie autorskie. Nie autor będzie w nim najważniejszy, ale jego książki o Głuszycy, jedyne jak dotąd na rynku wydawniczym, z których możemy się dość sporo dowiedzieć o przeszłości i współczesności naszego miasta, o otaczających je wsiach, górach i rzekach, o atrakcjach turystycznych, zabytkach i miejscach godnych odwiedzenia, a także ludziach tworzących współczesną historię.
Najważniejszymi są też uczestnicy spotkania, bo to dla nich napisałem te książki.

Dowiaduję się, że organizatorzy Centrum Kultury i Miejska Biblioteka Publiczna, a także Podziemne Miasto „Osówka” szykują też niespodzianki, by spędzić ten niedzielny wieczór w atmosferze świątecznej i koncertowej.

Tak więc zapraszam bardzo gorąco także we własnym imieniu wszystkich wiernych Czytelników mojego blogu z tą nadzieją, że nie będzie to wieczór stracony i przyniesie satysfakcję z uczestnictwa.

 Do miłego zobaczenia !

Powtarzam informację z plakatu: niedziela 17 listopada, godz. 17.00, sala widowiskowa CK MBP. Wstęp wolny !

Nowe odkrycia w kompleksie "Riese" w Ludwikowicach Kłodzkich





Wiemy już o tym , że sudecki kompleks "Riese" tworzyły bunkry, schrony i podziemne budowle połączone tunelami, że wszystko to miało miejsce w masywie Włodarza, najstarszej części Gór Sowich, że był to i jest do dziś dla Niemców temat „ściśle tajny”. Wiemy też, że odsłonięciem tej tajemnicy byli zainteresowani zaraz po wojnie przede wszystkim Rosjanie i oni byli pierwszymi odkrywcami podziemnych labiryntów. Ale im też nie udało się do końca odgadnąć prawdziwego przeznaczenia tej inwestycji wojennej. Na temat celu tej gigantycznej, podziemnej budowy historycy mają mnóstwo teorii. Wielu z nich odrzuca lansowaną przez Niemców, oficjalną wersję, że w kompleksie miała znajdować się kwatera wodza III Rzeszy, Adolfa Hitlera. Bardziej prawdopodobną jest hipoteza o tajnej fabryce "cudownej broni" Hitlera, która miała przeważyć losy wojny i zapewnić zwycięstwo Niemiec. Wiadomo, że „Riese” było budowane z ogromnym nakładem sił i środków zwłaszcza pod koniec wojny w 1944 i 45 roku. Mimo pracy kilkunastu tysięcy jeńców wojennych, a potem więźniów obozu koncentracyjnego Gross-Rosen budowy nie udało się skończyć, ponieważ Niemcy musieli uciekać przed Armią Czerwoną. Prawdopodobnie w czasie odwrotu wysadzili wejścia do sztolni, tym samym na kilkadziesiąt lat zamykając dostęp do podziemnych tajemnic. Jak dotąd z kompleksu "Riese", wydrążonego w okolicach Walimia, Jugowic, Głuszycy, Sokolca, Ludwikowic Kłodzkich, czy Jugowa odkryto zaledwie część szacowaną na 30-40 procent całości.
Rzeczą dość osobliwą jest to, że przez długie lata PRL-u zainteresowanie kompleksem „Riese” ze strony władz polskich było niewielkie. Prawdopodobnie trzymały nad tym rękę sojusznicze komendatury wojsk radzieckich w Polsce, które dokonywały na własną rękę wywiadowczych wypadów w Góry Sowie. Dopiero w latach siedemdziesiątych w związku z rosnącym zainteresowaniem mediów wywoływanym przez samodzielnych poszukiwacz pojawiły się tutaj ekspedycje wojsk polskich. Jedną z nich kierował ppłk. Jerzy Cera.
Dopiero przemiany ustrojowe w Polsce po roku 1989 pozwoliły na zagospodarowanie turystyczne sztolni w Walimiu (Rzeczka i Włodarz) i w Głuszycy (Osówka), co dało asumpt do niebywałego zainteresowania wojenną tajemnicą Gór Sowich.
Dzieje się wiele w kierunku odsłonięcia prawdy o „Olbrzymie” w Górach Sowich. Obok coraz to bogatszej i wielowątkowej literatury naukowej, popularno-naukowej i sensacyjnej coraz częściej temat ten jest przedmiotem zainteresowania mediów. Ogromna rolę odgrywają samoistne grupy poszukiwaczy, którym udaje się pozyskiwać wsparcie takich czy innych sponsorów. Skutkiem tego dowiadujemy się o coraz to nowszych odkryciach, a nasza wiedza o kompleksie „Riese” znacznie się poszerza.


Nie tak dawno dowiedzieliśmy się o ciekawej penetracji ukrytych sztolni pod Soboniem w masywie Włodarza. To miało miejsce w lutym tego roku. Latem zaś tematem wiodącym stały się tajemnice podziemne w obszarze gminnym Ludwikowic Kłodzkich.
To właśnie tam zagospodarowano i udostępniono dla turystów tajemniczą inwestycję militarną tzw. „Muchołapkę”. Pisałem o tym szerzej w moim blogu.
Równocześnie dowiadujemy się o nowym odkryciu dokonanym tam przez grupę eksploratorów Stowarzyszenia „Riese”. Czytam o tym na stronie internetowej:
- Jesteśmy na terenie jednej z większych poniemieckich fabryk amunicji. Odkryliśmy ciekawy kanał technologiczny. Jesteśmy pierwszymi, którzy od czasów wojny tutaj weszli - relacjonuje Sławomir Tarnowski, jeden z odkrywców stowarzyszenia "Riese". Przy pomocy strażaków wypompowaliśmy wodę z kanału. Dzisiaj jeszcze wyciągamy znaleziska ze środka. Obiekt prawdopodobnie łączy się z innymi - dodaje.
- Wcześniej tunel był badany specjalistycznym sprzętem, a potem musieliśmy wypompować wodę. W ubiegłym tygodniu udało się tam wprowadzić specjalną sondę. Uzyskane dzięki niej zdjęcia wskazują, że za niewielkim zawaliskiem, które blokuje jeszcze przejście, znajdują się wnętrza ze śladami oryginalnego wyposażenia - mówi Tarnowski.
Odkrywcy oczyszczali kanał o długości ponad 7 metrów i szerokośći 3,5 metra. Wyciągnęli z niego m.in. butelkę i bagnet. - Z pewnością nie skończymy dzisiaj. Chcemy odkryć jak najwięcej i rozgryźć tajemnicę "Riese". Odkryciami będziemy również chcieli podzielić się z innymi miłośnikami historii.

Nie pozostaje nic innego jak ponownie zachęcić moich Czytelników na wycieczkę do Ludwikowic Kłodzkich. To kolejne niezwykłe miejsce związane z frapującą zagadką podziemi Gór Sowich.

Fot. Robert Janusz





czwartek, 7 listopada 2013

Co się kryje w Górach Sowich ?



Góry Sowie są bez wątpienia polską Mekką dla tropicieli tajemnic i badaczy historii. Niemiecka inwestycja militarna w Górach Sowich, znana pod kryptonimem „Riese”, czyli „Olbrzym”, stanowi wciąż zagadkę trudną do rozszyfrowania. Podziemne budowle z końca II wojny światowej stały się popularne dzięki badaniom Jerzego Cery. Jest on bezsprzecznie jednym z pionierów prac badawczych w tym rejonie Sudetów. Wobec zalewu mniej lub bardziej rzetelnych publikacji, warto poznać bezsprzecznego klasyka i odkrywcę tematu.
Jerzy Cera jest autorem interesującej książki „Tajemnice Gór Sowich”, o której Bogumił Nowak napisał:
Proteus, to mitologiczny bożek, który zmieniał swój kształt i wygląd ulegając stałym metamorfozom. Jednym ze współczesnych Proteusów jest Jerzy Cera, człowiek niezwykłej aktywności i energii. Z zawodu żołnierz przez wiele lat oficer 6 Pomorskiej Dywizji Powietrzno-Desantowej, to także filmowiec, turysta, animator kultury, twórca zespołu estradowego „Czasza”, motor napędowy wielu wydarzeń kulturalnych w wojsku. Jedną z niezwykłych fascynacji, której oddał się bez reszty jest próba rozwikłania zagadki, która brzmi: „Co kryją w sobie Góry Sowie?”


Jerzy Cera, zawodowy żołnierz i uczestnik oficjalnych badań podziemnych kompleksów Gór Sowich, przedstawia w książce efekty swoich prac w terenie, rozmów ze świadkami i poszukiwań w archiwach. Poważne potraktowanie tematu umożliwiło powstanie solidnego źródła wiedzy o tym, co naprawdę kryją tajemnicze podziemia i które z wielu hipotez znajdują naukowe potwierdzenie.


 

W moim blogu pisałem swego czasu o tej sprawie, co następuje:

Pytanie o to, co się kryje w podziemiach Włodarza i jaki był faktyczny cel „Riese” nie pozwala spocząć na laurach badaczom i odkrywcom tajemniczej inwestycji militarnej III Rzeszy w Górach Sowich. Jedni szukają odpowiedzi w materiałach wojskowych, ale dotarcie do archiwów wojennych w Niemczech napotyka na podobną barierę jak ruch bezdewizowy Polaków do Stanów Zjednoczonych – w obu przypadkach na przeszkodzie stoją restrykcyjne przepisy tamtejszego prawa. Drudzy usiłują osiągnąć cel w sposób bardziej praktyczny – poprzez odblokowanie dolnego pokładu pod Osówką. Konsekwentnym propagatorem takiego rozwiązania jest długoletni badacz i poszukiwacz tajemnic Gór Sowich, autor wielu artykułów prasowych, książek, map, związany bardzo mocno z Głuszycą, emerytowany pułkownik, Jerzy Cera z Krakowa. To właśnie z jego inicjatywy prowadzone są metodyczne badania ścian skalnych w podziemiach Osówki przez naukowców Akademii Górniczo-Hutniczej z Krakowa, by wskazać najbardziej optymalne miejsce do górniczej penetracji. O kolejnych etapach tych prób badawczych dowiadujemy się z mediów, ale badania to nie wszystko. W dalszej kolejności potrzebne są siły i środki by wykonać pracochłonne roboty górnicze.
Po drugiej wojnie światowej nie zachowały się żadne dokumenty, na podstawie których można by ustalić jak naprawdę miał wyglądać „Olbrzym” i jakie było jego faktyczne przeznaczenie. Na ten temat pojawiło się mnóstwo hipotez, wypowiedziało się wiele autorytetów. Spróbujmy przyjrzeć się niektórym z nich:
Wojciech Stojak, zmarły niedawno poszukiwacz skarbów, autor filmu o „Riese”:
Z materiałów, które znajdują się w Archiwum Federalnym w Koblencji, wynika, że kompleks „Riese” miał być kwaterą dla dowództwa III Rzeszy… Ja skłaniałbym się raczej ku produkcji zbrojeniowej, ale do końca nie mam własnego zdania. W materiałach Pentagonu „Riese” jest wymienione jako kwatera Hitlera z dużym znakiem zapytania.”

Jacek Wilczur, były członek Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce:
W Niemczech oraz w Polsce funkcjonuje wersja kolportowana przez różnych ludzi, jakoby owe podziemne obiekty w rejonie Walimia, Jugowic, Sierpnicy, Osówki, Kolc – tunele i hale różnych wymiarów – przeznaczone były na siedzibę Adolfa Hitlera bądź na pomieszczenia Sztabu Generalnego niemieckiej armii…
Większość liczonych w kilometrach chodników podziemnych, hal typowo produkcyjnych, nie konferencyjnych, konstrukcja i technika ich budowy, położenie w terenie blisko źródeł wody i minerałów, bliskość kopalń węgla i hut oraz węzłów kolejowych, komunikacji podziemnej, pozwalają przyjąć, że podziemne obiekty w Górach Sowich, stanowić miały w zamysłach i planach przywódców III Rzeszy, decydentów w zakresie polityki zbrojeniowej – gigantyczny koncern obejmujący swym zasięgiem cały Dolny Śląsk. Miała to być największa ze znanych we współczesnym świecie zbrojownia i arsenał III Rzeszy.”

Igor Witkowski, autor książki „Super tajne bronie Hitlera”:
Na wagę rejonu Sudetów dla programu produkcji broni odwetowej wskazuje fakt ulokowania tutaj dwóch bardzo ważnych centrów dowódczych: ośrodka planowania działań strategicznych z użyciem broni sterowanych radiem w rejonie Liberca i Jablonca w Czechach oraz dużego centrum sztabowego w zamku Książ i pod nim (prawdopodobnie wraz z kwaterą Hitlera), mającego stanowić integralną część kompleksu „Riese”… Wszystko wskazuje również na to, że właśnie w tym obiekcie zamierzano połączyć program produkcji broni „V” z programem produkcji broni jądrowej.”

W magazynie „Słowa Polskiego” Joanna Lamparska przeprowadziła wywiad z Jerzym Cerą pod znamiennym tytułem „Tajna skrytka III Rzeszy”. Oto co na pytanie, czego możemy się spodziewać z chwilą ewentualnego odblokowania wejść do ukrytych podziemi Osówki, powiedział indagowany poszukiwacz, Jerzy Cera:

Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Na pewno spodziewam się dalszych tuneli, betonowych, gotowych hal. Jestem przekonany, że zamierzano tu robić głowice do V-2, być może znajdą się tam laboratoria. Umiejscowienie tego kompleksu w Górach Sowich nie było przypadkowe. To góry położone na uboczu, stare, pozbawione ruchów tektonicznych, a więc bezpieczne. Poza tym kilka kilometrów stąd była kopalnia uranu. W dokumentach przeczytałem, że w czasie wojny w jednej z kopalń wałbrzyskich zbudowano stos atomowy. Mało kto o tym wie…
To co do tej pory odnaleźliśmy w Górach Sowich, to niewielka część całości. Ta całość musi być na tyle ważna, że poświęcono wiele trudu, aby ją ukryć. Gdyby nie było żadnej zagadki, nie byłoby anonimów. Dziwną rzeczą jest, że do dzisiaj nie wypłynęły żadne dokumenty dotyczące budowy… Wydaje mi się, że sporo racji ma Mieczysław Mołdawa, były więzień Gross-Rosen. Pan Mołdawa, który z racji inżynierskiego wykształcenia – architekt i chemik – miał w obozie dostęp do części dokumentacji projektowej kompleksu ”Riese”, twierdzi, że Niemcy pracowali nad specjalnymi broniami elektronicznymi wysokiej częstotliwości, oscylatorami oraz podzespołami do rakiet, a zwłaszcza elektronicznego systemu ich naprowadzania.
Na co więc trafimy? Na coś ważniejszego niż złoto i Bursztynowa Komnata. Na coś bardzo ważnego dla istnienia III Rzeszy. W 1944 r. pewna grupa wiedziała już, że wojna jest przegrana. Hitler Hitlerem, ale naród musi przetrwać. Zaczęto więc się przygotowywać do fazy po przegranej wojnie. Zakładano, że to co jest istotne dla III Rzeszy, należy dobrze przechować”.
Czy za zwaliskiem skalnym blokującym wejście do niższego pokładu podziemnych korytarzy kryje się najskrytsza tajemnica dowództwa wojskowego III Rzeszy? Czy znajdują się tutaj gotowe, wybetonowane hale produkcyjne, laboratoria, maszyny i urządzenia, a być może także dokumenty budowlane, których nie udało się odtransportować do Niemiec? Czy liczne przykłady konspiracyjnych działań ludności autochtonicznej, mających na celu ukrycie śladów, zamaskowanie wejść i zmylenie badaczy co do faktycznego celu inwestycji, ma swoje uzasadnienie istnieniem gigantycznej skrytki właśnie tutaj, w podziemiach Osówki?
Co się kryje w nie odkrytych podziemiach Osówki – to pytanie może spędzić sen z oczu. Dlatego tak ważne są wszelkie próby ostatecznego rozwikłania tej zagadki.


 



Możemy się spodziewać, że na wałbrzyskim spotkaniu z Jerzym Cerą w Bibliotece Pod Atlantami (w piątek 15 listopada b.r. o godz. 17.00) będziemy mogli dowiedzieć się na ten temat coś więcej, bo od momentu napisania książki pod koniec lat 90-tych, do chwili obecnej jej autor nie spoczął na laurach, podejmując różnorakie próby odkrycia prawdy o sowiogórskim „Olbrzymie”.

Fot.  Robert Janusz

środa, 6 listopada 2013

Tajemnice "Riese"

podziemna sztolnia pod Osówką

    Powracam do tajemnic kompleksu wojennego „Riese” w Górach Sowich, bo mimo że czas upływa, a ilość badaczy zainteresowanych ich odkryciem rośnie, wciąż jeszcze tkwimy w domysłach i żyjemy nadzieją, że uda się wreszcie dotrzeć do sedna sprawy. Największą zagadkę kryją w sobie podziemia Pałacu Książ, nadal jednak nie mamy stu procentowej pewności co do tego, jakiemu celowi służyła przeogromna inwestycja militarna w masywie Włodarza i co się znajduje w dużej części nieodkrytych, celowo zablokowanych zawałami sztolniach.
    Myślę, że interesującym będzie organizowane przez Bibliotekę Pod Atlantami  w Wałbrzychu 15 listopada o godzinie 17.00 spotkanie z Jerzym Cerą, historykiem amatorem, wytrwałym poszukiwaczem-odkrywcą tajemnic „Riese”, autorem książek i licznych publikacji. Na to spotkanie dostałem zaproszenie i o tym, co będzie najciekawsze jak najszybciej napiszę.


    Dziś w celu lepszego poznania tematu zamieszczam moją relację ze spotkania z inną, ogromnie ważną i niezwykłą osobą, wpisaną na trwałe w historię odkrywania tajemnic Riese - prof., Jackiem Wilczurem.

mini-muzeum broni pod Osówką

    Z promocją nowej książki, „Raport Wilczura”, przebywał swego czasu w Głuszycy jej autor, profesor Jacek Wilczur z Warszawy. Spotkanie autorskie miało miejsce w obiekcie obsługi ruchu turystycznego przy podziemiach Osówki. Salka wypełniła się po brzegi: dorośli, młodzież, członkowie stowarzyszeń zajmujących się odkrywaniem tajemnic Gór Sowich. Niezwykły gość, jeden z pierwszych odkrywców i badaczy podziemi w masywie Włodarza, dr Jacek Wilczur, rozpoczął spotkanie od wspomnień z początków swej kariery zawodowej. Działo się to właśnie tutaj, na Dolnym Śląsku, w latach sześćdziesiątych. Jako pracownik naukowy Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich, zajmował się badaniem kompleksu „Riese” w Górach Sowich. Jak sam powiada, zdarł niejedne buty przemierzając podziemne korytarze tajemniczej inwestycji wojskowej III Rzeszy. To co dało się odkryć i zobaczyć przeszło najśmielsze oczekiwania. Ogrom tej nie do końca rozpoznanej, zagadkowej zbrojowni, utkwił na zawsze w jego pamięci. Jest to więź i mentalna, i emocjonalna. Profesor Wilczur określił ją dzisiaj po tylu latach, że czuje się jakby powrócił do rodziny zastępczej.
wybetonowana hala pod Osówką - ekspozycja muzealna


Najnowsza pozycja serii Militarne Sekrety Wydawnictwa Technol z Krakowa , „Raport Wilczura- Tropem Skarbów, Schowków i Zbrodniarzy Wojennych”, to pasjonująca książka wzięta z osobistych przeżyć i doznań Jacka Wilczura, jednego z najmłodszych żołnierzy Zgrupowań Partyzanckich Kedywu Armii Krajowej w okręgu „Jodła” pod dowództwem Jana Piwnika - „Ponurego” w Górach Świętokrzyskich.
Dwukrotnie ranny w walkach z Niemcami, dwukrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych, dwukrotnie osadzony i skazany na karę śmierci, odbity z więzienia tuż przed egzekucją - Jacek Edward Wilczur, historyk, prawnik, politolog, specjalista w zakresie niemcoznawstwa, dziejów Ukrainy i Litwy w latach II wojny światowej, o swojej książce mówi, że jej ukazanie się, to tylko i wyłącznie zasługa niezwykłej odwagi wydawcy. Wprawdzie nie ma już cenzury, ale pozostał strach przed prawdą, a strach okazuje się nie gorszym parasolem ochronnym, niż dawny aparat cenzury. Hańbą dla słowa nauka jest to, że z każdą zmieniającą się ekipą rządzącą zmienia się interpretacja faktów historycznych
Profesor J. Wilczur w gorzkich słowach ocenił traktowanie prac Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce jak piąte koło u wozu. A przecież jest to sprawa wagi państwowej – dotarcie do prawdy, odsłonięcie utajnionych mechanizmów zbrodni na narodzie polskim w czasie II wojny światowej. To jest sprawa narodu, a nie zmieniających się jak w kalejdoskopie polityków, rządów, prezydentów.
W skład zespołu, któremu profesor przewodniczy wchodzą najlepsi znawcy tematu, badacze, specjaliści. Ich zadaniem jest oddzielenie prawdy od fałszu, tak jak w durszlaku. Plonem badań są książki, artykuły, raporty naukowe, bibliografia.
Sam profesor jest autorem wielu książek i opracowań naukowych. Opublikował w kraju i za granicą ponad 500 artykułów dotyczących zbrodni wojennych Niemiec Hitlerowskich i UPA na Ukrainie. Do najważniejszych jego książek należą: „Śmiertelny sojusz Hitler – Mussolini”, „Do nieba nie można od razu”, „Anglosasi nie jesteście Aryjczykami”, „Ścigałem „Iwana Groźnego – Demianiuka”.
Najnowsza książka J. Wilczura, to trzymający w napięciu raport z poszukiwań Bursztynowej Komnaty, tuszowania prawdy, zacierania śladów, usuwania świadków, raport z osobistych przeżyć niezwykłego człowieka, który pragnie pozostawić po sobie plon swych osobistych dociekań.
Prof. Wilczur stwierdził, że kompleks militarny „Riese” pozostanie jeszcze na długo tajemnicą, a to co udało się dotąd odkryć, to tylko surogat gigantycznej, niemieckiej inwestycji. „Olbrzym” stanowił zresztą tylko jeden z elementów rozległego planu budowy kompleksowego zaplecza militarno-wojskowego obejmującego cały Dolny Śląsk. Naukowcy z Głównej Komisji poszukiwali wszelkiego rodzaju śladów materialnych i pisanych, materiałów źródłowych, archiwaliów, by udokumentować zbrodniczą działalność hitlerowców. Niestety, wcześniej zrobili to sowieci, zrabowali i wywieźli wszystko, co stanowiło jakąkolwiek wartość. Robili to przez wiele lat po wojnie. Demontowali szyny, mosty, fabryki, grabili dobra kultury. Czuli się zupełnie bezkarnie. To się działo pod skrzydłami władzy, nazwijmy to umownie – polskiej. Dlatego tak trudno jest odkryć i udokumentować prawdę. Podobnych jak w podziemiach Gór Sowich, zagadkowych, niewyjaśnionych, zdumiewających historii mamy jeszcze krocie. Od wojny minęło już sporo czasu, ale to nie znaczy, że powinniśmy dać sobie spokój i zaniechać dalszych poszukiwań i badań. To bardzo dobrze, że pojawiają się wciąż nowi, młodzi ludzie, którzy próbują iść tym tropem, pasjonują się odkrywaniem tajemnic wojennych w Górach Sowich i na całym Dolnym Śląsku.


Jerzy Cera jest kolejnym poszukiwaczem i badaczem podziemi Włodarza.  Jego przygoda z "Riese" rozpoczęła się w latach siedemdziesiątych i trwa do dziś. O tym wszystkim w kolejnych odcinkach mojego blogu.

Fot. Robert Janusz

niedziela, 3 listopada 2013

To już nie tylko światełko w tunelu - to uderzająca w oczy iluminacja





zamek Książ w otoczeniu przyrody

Dawny Wałbrzych - miasto kopalń węglowych


Staram się unikać w moim blogu dublowania informacji ogólnie dostępnych. Często jednak odnoszę wrażenie, iż ważne informacje gubią się w gąszczu całego szeregu drobnych, mniej ważnych newsów, a dostrzeżenie ich rangi i znaczenia zależy tylko i wyłącznie od inteligencji odbiorcy. Tak było w czasie przeglądania najświeższych informacji na stronie internetowej „wałbrzyszek com”
Tam właśnie czytam i oczom nie wierzę. Członek zarządu województwa dolnośląskiego, nasz wałbrzyski zresztą radny sejmiku, dr Jerzy Tutaj, podpisał umowy o dofinansowanie ze środków Regionalnego Programu Operacyjnego dwóch wałbrzyskich projektów innowacyjnych niezwykle ważnych dla rozwoju wałbrzyskiej turystyki. To projekty na ogólną kwotę 4,7 mln.zł., w tym 3,3 mln. zł. wynosi dofinansowanie unijne.
Z tych pieniędzy wyposażony będzie ośrodek muzealno-kulturalny Parku Wielokulturowego Stara Kopalnia w Wałbrzychu, a także, to drugie zadanie - zmodernizowany zostanie szlak przyrodniczo-edukacyjny „Ścieżka Hochbergów”.
W ramach pierwszego zadania mieści się m in. doposażenie obiektu muzealnego w sprzęt informatyczny i oprogramowanie z montażem i konfiguracją. Będą one służyć do prawidłowego funkcjonowania  i zarządzania Parkiem, a także do organizacji wydarzeń kulturalnych i wystaw.
Planuje się zakup komputerów stacjonarnych i laptopów, projektorów multimedialnych, monitorów, kamer, skanerów i oprogramowania komputerów. Zakupiony sprzęt posłuży do projekcji interaktywnych, pasywnych, spektakli w oparciu o wykrywanie ruchu oraz do skanowania ekspozycyjnego i inwentaryzacji muzealiów. Wartość projektu to 3 356 425,44 zł, z czego dofinansowanie wyniesie 2 319 208,12 zł.
W ramach projektu - modernizacja „Ścieżki Hochbergów” - planuje się m. in. oczyszczenie i profilowanie ścieżek, zabezpieczanie skarp, wykonanie barierek i uchwytów, modernizacja platform, pomostów i kładek, modernizacja schodów, budowa platformy widokowej, wykonanie stopni i modernizacja schodów terenowych.
Dzięki temu turyści będą mogli korzystać ze specjalnie przygotowanych dla nich miejsc, nie niszcząc obszarów przyrodniczo chronionych. Projekt jest realizowany na obszarach chronionych (rezerwat przyrody i obszar Natura 2000) oraz atrakcyjnych turystycznie - w okolicach Zamku Książ. Wartość projektu to 968 506,92 zł, z czego dofinansowanie wyniesie 669 208,40 zł.

Informację medialną, którą dostrzegłem na lokalnych stronach internetowych, można przyjąć jako rzecz normalną. Skoro modernizuje się „Stara Kopalnia”, a także zamek „Książ”, to wiadomo, że pieniądze spadają z nieba. Okazuje się, że nie jest to takie proste, a pozyskanie unijnych środków finansowych wymaga nie tylko specjalistycznej pracy nad tworzeniem projektów, ale także uznania w oczach decydentów, którzy dokonują podziału środków z programów operacyjnych. Dobrze, że mamy w zarządzie sejmiku dr Jerzego Tutaja. Pozwala to patrzeć na przyszłość turystyki w regionie wałbrzyskim nieco bardziej optymistycznie.
Realizacja tych zadań, to niezwykle ważne przedsięwzięcie pozwalające w sposób kreatywny promować miasto Wałbrzych jako atrakcję turystyczną dużej wagi. Muzeum górnictwa węglowego w stolicy nie tak dawno Zagłębia Dolnośląskiego, jak również niezwykle atrakcyjna pod każdym względem trasa turystyczna przełomem Pełcznicy pod zamkiem Książ, to prawdziwe rewelacje dla wielu turystów, a sam Park Wielokulturowy „Stara Kopalnia” może się okazać nie mniej frapujący dla turystów przyjezdnych jak i dla mieszkańców Wałbrzycha i okolic.