Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

piątek, 11 maja 2012


Taka sobie wiosczyna  -  Przygórze


 Gdyby nie to, że wieś leży nad Piekielnicą u podnóża środkowej części Gór Sowich, a ponadto jej górna,  dawniej uprzemysłowiona część,  wciśnięta w głęboką dolinę pomiędzy Wolicą, Dziczką i Garncarzem, całkowicie zagubiona w gąszczu górskiej przyrody, dawała dodatkowy asumpt, by dać sobie spokój z powiązaniem pierwotnej nazwy wsi  -  Kőpperning(1787), a nastepnie  -  Kőpperich (!816) z nazwiskiem nie byle kogo, bo samego Mikołaja Kopernika. Gdyby więc nie  to,  dzisiejsze Przygórze byłoby miejscem niekończących się wycieczek, a być może i miejscem kultu genialnego astronoma, który „wstrzymał słońce, ruszył ziemię, a według naszej wiedzy -  polskie wydało go plemię”. W literaturze niemieckiej można spotkać do dziś niezbyt pewną informację, że to właśnie z Przygórza miała się wywodzić rodzina naszego kanonika warmińskiego i astronoma,  Mikołaja Kopernika, stąd zbieżność nazwy miejscowości z jego nazwiskiem.. I to wystarczyło, by przez cały XIX wiek kultywować to miejsce, a  gospoda pod nazwą „Zum Koppernikus” wraz z domem noclegowym nie cierpiały na brak konsumentów. Dla nas jest jasne jak słońce, które Kopernik umieścił we właściwym miejscu w układzie ciał niebieskich, że Niemcy szukali na siłę pretekstów, by wymyślić  Mikołajowi Kopernikowi niemieckie korzenie. Drugim takim miejscem jest wieś Koperniki koło Nysy. Dziś, kiedy polskość Kopernika, urodzonego w Toruniu, a związanego przez całe lata z biskupstwem w Lidzbarku Warmińskim i Fromborkiem, gdzie spędził ostatnie lata swego życia, jest  uznana przez cały naukowy świat, nie musimy ukrywać i chronić przed ciekawskimi zaszytego w górach przysiółka, który w opinii niemieckiej predysponował do rangi rodowej kolebki  autora nieśmiertelnej rozprawy „O obrotach ciał niebieskich”. 

kościółek w Przygórzu z 1936 roku
 Ale to nie rzekomy związek Kőpperich z rodem Koperników był faktycznym powodem prosperity gospody „Zum Koppernikus”. Ma ona swoje źródła w rozwoju kopalnictwa węgla kamiennego już od końca XVIII wieku. W 1797 roku baron von Hemm von Hemmstein założył w Przygórzu kopalnię „Rudolph”, która przeszła później na własność barona von Magnusa z Bożkowa. Węgiel z tej kopalni uchodził  za najlepszy jakościowo w całym zagłębiu noworudzkim. Z początkiem XIX wieku rozwinęło się  także tkactwo chałupnicze, a Przygórze awansowało do rangi osiedla przemysłowego, stanowiąc cały czas kolonię Woliborza, dużej wsi pod Nową Rudą. W połowie XIX wieku powstała w Przygórzu huta żelaza „Barbara-hutte”, przekształcona w jakiś czas potem w zakład naprawczy maszyn kopalnianych. Sama kopalnia weszła z końcem XIX wieku w skład gwarectwa noworudzkiego i zwiększyła znacznie wydobycie. Tak było też  po II wojnie światowej, kiedy to szyb „Bolesław” stał się częścią kopalni „Piast” w Nowej Rudzie.
Przygórze jest więc przez ponad półtora wieku miejscem tętniącym życiem przemysłowym, już w 1840 roku liczy sobie 36 domów, a w dodatku dwa młyny wodne i tartak. W okresie PRL-u wzniesione zostały nowe bloki mieszkalne dla górników, pojawiły się domki jednorodzinne. Upadek górnictwa węglowego w Nowej Rudzie, jak i  na całym Dolnym Śląsku w latach 90-tych XX wieku spowodował unieruchomienie kopalni i innych zakładów przemysłowych Przygórza. Bujne życie przysiółka zamarło. Jedyną pamiątka przemysłowych tradycji jest zespół zabudowań naziemnych dawnej kopalni „Rudolph”, stanowiący zabytek techniczny oraz postawiony w centrum wsi pomnik górnika na wysokim cokole postawiony w 1966 roku, noszący cechy sztuki socrealistycznej, z napisem „!000 lat Państwa Polskiego”. O dawnej nazwie wsi związanej z nazwiskiem astronoma, Mikołaja Kopernika, nikt już dzisiaj nie pamięta.


Muzeum górnictwa w Nowej Rudzie

Widok z Góry Św. Anny w Nowej Rudzie

Warto odwiedzić Przygórze po drodze z Woliborza do Jugowa, dziś jego dolna część wiąże się z Zatorzem, dzielnicą Nowej Rudy. Stąd jest  blisko do dawnego osiedla przemysłowego Przygórza i można podziwiać uroki Obniżenia Noworudzkiego oraz południowo-zachodnich zboczy Gór Sowich i „znak czasów” -  umarłe dawne osiedle fabryczne.


Fot. z domowego albumu i galerii zdjęć z Nowej Rudy.

czwartek, 10 maja 2012


Okruchy moich wspomnień



 Przeglądając stary numer „Literatury” z lutego 2000 roku (parę numerów z tego roku udało mi się przechować z uwagi, że było to początek nowego stulecia) natknąłem na wiersz „Rada starego jogina” Łukasza Nicpana, wiersz który natchnął mnie do wspomnień z dzieciństwa.

Oto pełny  tekst wiersza:

Tak w telewizji radził stary jogin:
jeśli chcesz dożyć sędziwego wieku
jeszcze raz przeżyj jeden dzień z dzieciństwa
godzinę po godzinie, minutę po minucie
odgrzebując spod gruzu wspomnień

wytężam pamięć, opuszczam powieki
przygasa światło w lożach półkul obu
cichnie dyskretne kasłanie lektorów
w czyjejś lornetce ćmi połysk ostatni
następnie ciemność z wolna się rozjaśnia

rozwibrowawszy mydliny w miednicy
babka z rozmachem w gąszcz pokrzyw je chluśnie
pokrzywy zasyczą się pianą w szeleście –
i na tym scena nagle się urywa

co było dalej?
co było na obiad?
prażuchy?
babka ta czy może tamta?

nic nie pamiętam
tylko te mydliny
i szelest pokrzyw

nie dożyję setki


 Wytężam pamięć. Usiłuję przywołać obrazy z dzieciństwa. Inny poeta, Tymoteusz Karpowicz, nazwał je pięknie  -  powidoki. Niestety, znalazły się już teraz za podwójną zasłoną. Jedna zasłona to upływ lat, wielu dziesiątków lat, druga, to zużycie pamięci. Obie działają jak gruba kurtyna, której nie można ruszyć.
Ale przy wzmożonym wysiłku coś tam się wyłania.
To piękna, duża wieś na Ziemiach Odzyskanych. Przypominam sobie niemiecka nazwę  -  Schwamelwitz. Nasi "językoznawcy", którzy tworzyli polskie nazewnictwo na ziemiach odzyskanych powinni otrzymać medale z kartofla za ich samorodną twórczość. (nie wiem czy nie właściwiej byłoby ich nazwać - jezykooprawcy). Tę wieś na Opolszczyźnie, pomiędzy Paczkowem, a Otmuchowem nazwali nie wiadomo dlaczego - Trzeboszowice.
Nasz dom murowany, prawie że nowy, obok stodoła, obora, a za nimi ogród z drzewkami owocowymi, krzewami porzeczek i agrestu, grządkami warzyw i kwiatów. Ten powidok jest całkiem wyraźny, namacalny, nie uległ degresji czasu. Ale to nie on jest tutaj najważniejszy.
Moje wspomnienie wiąże się z mało znaczącą efemerydą, która nie wiadomo dlaczego  utrwaliła się w pamięci. To był rok 1945. Nie miałem jeszcze pełnych siedmiu lat, ale poszedłem we wrześniu do szkoły. Nadeszła zima. Spadł śnieg, rzeka płynąca przez wieś zamarzła. Można było się ślizgać po lodzie. Nie miałem w czym, bo zaraz po wojnie była bieda. Jedyne buty skórzane matka chroniła jak talizman, żeby było w czym pójść do kościoła W poniemieckim domu jeszcze przez kilka miesięcy wraz z nami mieszkała rodzina niemiecka, zanim została objęta akcją przesiedleńczą.
Potrzebowałem butów na co dzień. We wsi był taki człowiek:  Antoni -  „złota rączka”. Tak go nazywano. Mama zamówiła u niego buty. Pewnego ranka przyniósł je owinięte w gazetę. To były drewniaki, bo tylko takie mógł zrobić. Góra była z rdzawej skóry, a podeszwy drewniane, od wewnątrz osłonięte płótnem. Ubrałem je natychmiast i pogoniłem zadowolony do szkoły. Dobrze się ślizgały i wydawały się nie do zdarcia. Po lekcjach poszedłem nad rzekę. Z kolegami wydeptaliśmy zjazd z wysokiego brzegu na lodową taflę rzeki. Jeździło się znakomicie. Do czasu. W pewnym momencie jadąc z górki uderzyłem nogami tak mocno w lód, że się załamał. Wpadłem do rzeki. Nie było głęboko, ale zamoczyłem nowe drewniaki. W takich ociekających z wody pognałem do domu. Mokre buty zostawiłem pod schodami, bo chciałem uniknąć skarcenia przez mamę. Niestety, na drugi dzień „wyszło szydło z worka”. Okazało się, że skóra w drewniakach napęczniała i powykrzywiała się na wszystkie strony. Była nadal mokra. Nie dało się ich ubrać. Nie miałem w czym iść do szkoły. Musiałem włożyć o dwa numery większe „walonki” mojego starszego brata. Ale najgorsze było to, że straciłem takie dobre buty do ślizgania. Żadne inne nie potrafiły ich zastąpić.
Moje wspomnienie, zdaję sobie z tego sprawę, jest na dzisiejsze czasy tak anachroniczne, że aż wstyd o nim pisać. Jeśli dodam do tego jeszcze jeden mały szczegół (choć może on mieć znaczenie nieomal epokowe), a więc jeśli  powiem, że do pierwszej klasy szkoły powszechnej w mojej wsi poszedłem „uzbrojony” w tabliczkę ebonitową do pisania i specjalny rysik, to oczywiście nikt w to nie uwierzy. A moje okruchy wspomnień wskazują, że pełny kałamarz i obsadkę z metalowym piórkiem użytkowałem dopiero w klasie trzeciej. Podłogi w szkole były pokryte tak zwanym pyłochłonem, czyli były wymoszczone czarną mazią. Wchłaniała ona nie tylko kurz, ale była też odporna na rozlewany dość obficie atrament, cieknący strumykami z dębowych ław szkolnych. Na przerwach graliśmy na podwórku „szmacianką”, czyli imitacją piłki zrobionej z mocno związanej szmaty. W ogóle prawdziwa piłka skórzana była moim niedościgłym marzeniem. Skończyłem szkołę powszechną i dalej marzyłem o tym, że może kiedyś uda mi się zaimponować kolegom prawdziwą piłką. W szkole średniej było już lepiej, bo mogliśmy na „wuefie” i na zajęciach sportowych grać prawdziwymi piłkami

.
Dzikie kaczki na mojej ulicy, to nie dziennikarska kaczka. Fot. Viola Torbacka
Pognaliśmy niewyobrażalnie daleko do przodu. Takie jak wyżej wspomnienia budzą nie tylko zdziwienie, ale i nieufność. On to chyba wymyślił, praczłowiek, nie z tego wieku. Ileż on może mieć lat, chyba ze sto, albo i więcej. 
Nie, nie mam jeszcze setki i jej nie osiągnę. Przecież z  cytowanego powyżej wiersza wiem już co powiedział jogin. Niestety, nie pamiętam szczegółów ani jednego całego dnia z dzieciństwa. Tylko wyrywki.
Ale ponieważ nie pamiętam, więc przestaję się martwić tym, że nie dożyję setki. Życie bez pamięci to wegetacja. Nie chcę wegetować. Zresztą nie mam w tej sprawie nic do gadania. Będzie to, co będzie.
Moim Czytelnikom proponuje jednak, próbujcie odświeżać swoje wspomnienia z minionych lat. Nie poddawajcie się upływowi czasu i zacieraniu pamięci. Dzielcie się swymi wspomnieniami z innymi. To bardzo ludzkie, nobilitujące. Miłych wspomnień i wyrozumiałych interlokutorów !

Fot.(trzy pierwsze) Stasysa Eidrigeviciusa


wtorek, 8 maja 2012


„U Czorta na kuliczkach”



 Karczma „Nad Potokiem”,  to  michałkowska brama do raju. Trudno się oprzeć wrażeniu, że to co pojawiło się powyżej gospodarstwa agroturystycznego Jerzego Rodaka i jeszcze powyżej, aż całkiem na wysokiej skarpie, pod lasem, to faktycznie ma miejsce tu na ziemi wałbrzyskiej, nie tam gdzieś w górskich uroczyskach Austrii lub Szwajcarii. A znajduje się u nas, parę kilometrów od Wałbrzycha, jeszcze bliżej od Walimia, a więc takich dwóch miejscowości,  które medialni niewolnicy sensacji upodobali sobie jako synonim marazmu, degrengolady i ubóstwa. Wymieniam Wałbrzych jako powiat, Walim zaś jako gminę, w której leży wieś Michałkowa, wieś o której w pierwszych latach PRL-u miejscowi przesiedleńcy z kresów mówili: „u Czorta na kuliczkach”. Rdzenni Polacy powiedzieli by, „tam gdzie diabeł mówi dobranoc”. Ale i w jednym i drugim powiedzeniu jest trochę przesady. Michałkowa zaraz po wojnie budziła respekt, tak jak każda wioska zaszyta w górach, bo był to teren partyzanckiej działalności Wehrwolfu i innych band strzegących tajemnic niemieckiej inwestycji militarnej „Riese”, czyli Olbrzym w Górach Sowich. Była też narażona na nocne „wizyty” różnej maści szabrowników i bandytów. Na prowadzenie gospodarstw rolnych w trudnych warunkach górskich zaraz po wojnie decydowali się albo desperaci, albo cwaniacy, których celem było szybkie wzbogacenie się i ucieczka stąd jak najdalej. Toteż takie wsie jak Michałkowa, Glinno, położone w górskiej przełęczy z dala od  dróg przejezdnych i większych miejscowości podupadały coraz bardziej. Pozostały wsiami tylko z nazwy. I byłoby całkiem źle, gdyby nie agroturystyka, ale to dopiero w latach 90-tych. Ona otworzyła nowe drogi dla ludzi odważnych i przedsiębiorczych. Kilku takich pionierów agroturystyki znalazło się w Michałkowej, a wśród nich Jerzy Rodak. Miał ze sobą parę ważnych atutów  -  dom leżał tuż przy drodze, nad bystrym potokiem, u stóp płaskowyżu pnącego się w górę do zielonej ściany mieszanych lasów. Ale to nie wszystko  -  w ogóle to miejsce jest dziełem sztuki, który może być wytworem tylko jedynego super artysty na świecie  -  Stwórcy. To tylko On mógł otulić ten dom tak cudownym ornamentem drzew, krzewów, kwiatów, roślin, urzekających o każdej porze roku.



 Dostrzegli to w porę inni inwestorzy i rozpoczęła się wspinaczka w górę, by ujarzmić wolne, nadające się do zagospodarowania miejsca. Dziś mamy tu już kilka stylowych, znakomicie wkomponowanych w przyrodę domków letniskowych z pokojami do wynajęcia, na czele z najwyżej położoną „Oazą”. Razem tworzą wyjątkowej urody „miasteczko”, właśnie przypominające letniskowe oazy na Zachodzie Europy.
Ale Michałkowa cieszy się całym strumieniem łask natury. Spływają one z góry wsi na sam dół podobnie jak Michałowski Potok i Młynówka. Skutkiem położenia wsi po obu stronach niewielkiego grzbietu Działu Michałowskiego, otoczonego ze wszystkich stron grzbietami Gór Sowich, Wałbrzyskich, Bystrzyckich, z każdego nieomal budynku tu postawionego rozpościerają się malownicze widoki. Najpiękniejsze  -  w jej górnej części, skąd można podziwiać rozległą panoramę od północy -  części Gór Sowich, od wschodu - Przedgórza Sudeckiego ze Ślęzą, od południa - masywu Wielkiej i Malej Sowy. Tu jednak kończy się wieś Michałkowa, a droga prowadzi do położonej niedaleko bliźniaczej wsi Glinno, a dalej na Przełęcz Walimską i do Walimia.
Michałkowa należy do najstarszych wsi w okolicy. Powstała jako wieś książęca na początku XIV wieku. Jej nazwa wywodzi się najprawdopodobniej od imienia zasadźcy i jako Michelsdorf przetrwała całe wieki. Po 1945 roku spolszczono jej nazwę. Była to wieś uboga przez kilka stuleci. Dopiero w XIX wieku wieś ożyła skutkiem rozwoju tkactwa metodą chałupniczą. W 1840 roku pracowały tu 172 krosna, wieś liczyła 119 domów. Był w niej kościół, szkoła ewangelicka, folwark, szpital-przytułek, gorzelnia, browar, 2 młyny wodne i tartak W 1870 roku liczba domów wzrosła do 169. Korzystne zmiany przyniósł rozwój turystyki. Michałkowa znalazła się na licznie uczęszczanej trasie z zamku Grodno w Zagórzu Śląskim na Wielką Sowę. Uruchomiono więc gospodę z miejscami noclegowymi, także w sąsiednich przysiółkach, Borecznem i Młyńsku. W dolnej części wsi wzniesiono pierwsze pensjonaty i wille. Rozwojowi wsi z początkiem XX wieku sprzyjała budowa zapory wodnej na Bystrzycy w 1911 i 12 roku i utworzenie Jeziora Bystrzyckiego. W okresie międzywojennym wieś godziła  funkcję rolniczą z letniskową. II wojna światowa odcisnęła swoje piętno także na tej zaszytej w górach wsi, która w znacznej mierze opustoszała. Po wojnie nie było lepiej, o czym już wspomniałem powyżej. W 1988 roku było tu 21 gospodarstw rolnych, a wyłącznie z pracy na roli utrzymywało się tylko 47% ludności zawodowo czynnej. W dawnych gospodach i pałacu ulokowały się zakładowe ośrodki wczasowo-kolonijne. Niestety, najcenniejszy zabytek, pałac w dole wsi spłonął, dewastacji ulegały też inne zabytkowe budynki. Zlikwidowano też dużą owczarnię wzniesioną w latach 70-tych.
 W nowej rzeczywistości ustrojowej III Rzeczpospolitej Michałkowa staje się coraz bardziej wsią nowoczesną, zamieniając dawną funkcję rolniczą na rekreacyjno-wypoczynkową. Wiele dawnych gospodarstw rolnych przekształciło się w gospodarstwa agroturystyczne. Pojawiły się też osobne pensjonaty i wypoczynkowe dacze. Tak jak „Karczma nad Potokiem” otwierająca w dole wsi bramę do raju, tak zamyka ją u góry nowoczesny, wybudowany od podstaw pensjonat  „Biała Sowa” - symptomy przemian, które każą spojrzeć na Michałkową zupełnie innymi oczyma. Ta wieś ma przed sobą świetlaną przyszłość.



 Fot. Violi Torbackiej

poniedziałek, 7 maja 2012


Jednoroczne dziecię


 W komentarzu do ostatniego postu o naszym znakomitym hymnie piłkarskim „Koko” anonimowy (-a) R. przypomniał mi, ze to już roczek od „narodzenia się” mojego blogu.
Sprawdziłem, rzeczywiście tak. 5 maja 2011 ukazał się mój pierwszy, nieśmiały, pełen wątpliwości zapis. A wydaje mi się, że to było już tak dawno. Tyle się w ciągu tego roku w moim życiu zmieniło. To znaczy – w sytuacji rodzinnej nie zmieniło się nic, poza tym że jesteśmy starsi o rok, a nasza wnusia, trzyletnia Lenka, już „nawija” jak nakręcona, gdy rok temu nie można  było jej skusić do gadania. Zmiana dotyczy mojej osobistej sytuacji intelektualno-duchowej. Znalazłem dodatkowy cel w życiu. Jest nim pisanie do blogu, dzielenie się swoimi spostrzeżeniami i jak to nazwałem w podtytule blogu  -  fascynacjami -  z Czytelnikami. A ponieważ mam swoje okienko także w lokalnej, wałbrzyskiej rozgłośni radia „złote przeboje”, mogę realizować swoją misję podwójnie,  zachęcając w blogu, i w radio, czytelników i słuchaczy do bliższego poznania  naszej ziemi wałbrzyskiej, na której przyszło nam żyć.
Jeśli piszę o metamorfozie w mojej codzienności życia emeryta, to trochę przesadzam, bo do tej pory będąc przez cztery lata redaktorem lokalnej gazety „Głos Głuszycy” miałem też pełne ręce roboty. Różnica polega na tym, że tamten trud spotykał się z obojętnością zarówno mieszkańców miasta i gminy, jak i ich władz. Nie miało to żadnego znaczenia, że robiliśmy to kosztem dużej ilości czasu, a nawet fizycznego wysiłku całkowicie nieodpłatnie. Odchodzące władze nawet nie powiedziały normalnego słowa, dziękuję. Nowe władze „w uznaniu zasług” przejęły tytuł i formułę gazety w ten sposób, że zaczęły ją wydawać z pominięciem dotychczasowego zespołu redakcyjnego. Znaleźliśmy się bezwiednie na tzw. „bocznym torze”. Dla mnie było to cios bolesny, zwłaszcza że zadany przez bliskie mi osoby. W miarę upływu czasu zrozumiałem, że żyjemy w czasach, w których rzeczą normalną jest, że ludzie starsi jak ja są  zbędnym rupieciem i należy je wymienić na coś młodszego, a ze względów kurtuazyjnych w ogóle się o tym nie rozmawia.
Założenie własnego blogu było zbawieniem dla mojej niespokojnej duszy. Poczułem wyraźnie, że mogę robić to co lubię całkowicie niezależnie od politycznych układów. Jedynym weryfikatorem mojej roboty są Czytelnicy, a sprawdzianem mojej efektywności jest liczba wyświetleń stron, a także liczba komentarzy. Doszły do tego pozytywne sygnały od czytelników na portalu facebook.
Wielkim wydarzeniem w mojej nowej „zabawie” okazały się niespodziewane sukcesy: drugie miejsce w konkursie na najlepszy blog dolnośląski w roku 2011 we Wrocławiu i zwycięstwo w konkursie na najlepszy blog ogłoszonym przez Biblioteki w powiecie wałbrzyskim. Zupełnie niespodziewanie udało mi się znaleźć sponsora, a był nim Fundusz Regionu Wałbrzyskiego i przy pomocy Stowarzyszenia Przyjaciół Głuszycy wydaliśmy na początku tego roku moją książkę „Głuszyckie kontemplacje”, która czekała cierpliwie już ponad dwa lata na łaskawego protektora. Nie będę się wypowiadał o znaczeniu tej książki ze względu na być może subiektywną ocenę. Piszę o tym jak o brzemiennych wydarzeniach, które w sposób znaczący wpłynęły na moje życie od maja ubiegłego roku do chwili obecnej.
Przy tej okazji jubileuszowej nie sposób pominąć danych, które są  powodem mojej radości i dumy. Właśnie „strzeliło” na liczniku -   59 tysięcy wyświetlonych stron, a liczba komentarzy wynosi  -  637 i są to na ogól pozytywne komentarze, ja w tym zakresie nie robiłem żadnej selekcji. Mam Czytelników, którzy piszą o blogu „tu jest mój dom” same superlatywy i zachęcają do dalszej „zabawy”. Czekam z nadzieją na moją nową książkę „U źródeł Charlotty” z historii i współczesności miasta Jedlina-Zdrój, które jest moim „drugim domem”. Dowiedziałem się, że już się drukuje. Będzie to spełnienie moich marzeń, by jakiś choćby drobny ślad po sobie zostawić. I tyle bądź co bądź optymistycznych  zwierzeń z okazji dzisiejszego małego jubileuszu.
Dziękuję Violi i Robertowi z Głuszycy, Ewie (ikropka) z Wrocławia i wszystkim tym, którzy ozdobili moje zapiski pięknymi fotografiami. A Paulowi z Warszawy szczególne dzięki za to, że nie pomija ani jednego mojego postu bez komentarza.
Pozdrawiam dziennikarkę "GW", Lucynę Róg z Wrocławia, która swego czasu pofatygowała się przyjechać do Głuszycy, aby opisać moje blogowanie w gazecie i w internecie. Wszystkiego miłego !

sobota, 5 maja 2012


Dzięki „Koko” o Euro jestem Spoko


mój pojazd na Euro, fot. Robert Janusz

Trzeciomajowe święto w tym roku ubarwiły dodatkowo dwa brzemienne dla przyszłości kraju wydarzenia: Polacy wybrali oficjalny, przebojowy hit, który będzie zagrzewał do boju narodową reprezentację na Euro 2012,  a polski selekcjoner piłkarski z należytą celebrą ogłosił potencjalny skład reprezentacji. Obydwa trafienia okazały się bardzo relaksujące. Praktycznie wiemy już wszystko co najważniejsze, by oczekiwać finałów w należytym spokoju.
Mnie osobiście najbardziej utwierdził w tym przekonaniu salomonowy wybór hitu biało-czerwonych dokonany przez widzów telewizyjnych. Jest nim piosenka przaśnego chóru „Jarzębina” z lubelskiej wsi Kocudzo, gmina Dzwola w powiecie janowskim pod tytułem „Koko Euro Spoko”.  A oto jej pełen niewysłowionej głębi filozoficznej, alegoryczny, drobiarski tekst:

raz na ludowo
Cieszą się Polacy, cieszy Ukraina,
Że tu dla nas wszystkich Euro się zaczyna,
Że tu dla nas wszystkich Euro się zaczyna.
Hej!

Kokokoko Euro Spoko,
Piłka leci hen wysoko,
wszyscy razem zaśpiewajmy, naszym doping dajmy. /2x

Nasi dzielni chłopcy to biało-czerwoni,
Wygrać im się uda
Ucieszy się Smuda
Wygrać im się uda
Ucieszy się Smuda
Hej!

Kokokoko Euro Spoko,
Piłka leci hen wysoko,
wszyscy razem zaśpiewajmy, naszym doping dajmy. /2x


Orzełki biegajcie żwawo po murawie,
Zdobywajcie gole i będzie po sprawie
Zdobywajcie gole i będzie po sprawie

Kokokoko Euro Spoko,
Piłka leci hen wysoko,
wszyscy razem zaśpiewajmy, naszym doping dajmy. /2x
Nie myśl sobie bracie, że rady nie damy
Nie kłopocz się siostro
My Euro wygramy.


W pierwszej chwili po wysłuchaniu i obejrzeniu wykonawców przeboju ogarnął mnie rubaszny humor. Gdyby ten zespół nosił nazwę „Jarzębina Biało -  Czerwona” , a piosenka zaśpiewana 1 kwietnia, uznałbym że jest to znakomity kawał primaaprilisowy. Niestety, okazuje się, to nie jest żart, a  wręcz odwrotnie  - oficjalny początek naszego udziału w Euro 2012.
Hit „Koko” został wybrany większością głosów telewidzów TVP i radia "zet" biorących udział w głosowaniu.
A w regulaminie telewizyjnym było powiedziane – decyduje większość głosów. Pełna demokracja. A ponadto jest głosem ludu, a lud ma swoją zbiorową intuicję i nigdy się nie myli. Po prostu dokonał wyboru piosenki zgodnie z poziomem naszego PZPN, selekcjonera, reprezentacji i kibiców. To wybór doskonały, daje szanse zachować tym wszystkim organom idealną harmonię: koko, koko euro spoko, wygrać się uda, ucieszy się Smuda (a jak się nie uda, to też winien Smuda). To równocześnie wybór odsłaniający z prostotą i dowcipem medialną megalomanię tej imprezy. Mecz nasze orły rozpoczną z patosem. Wysłuchają  „Mazurka Dąbrowskiego” , a potem:  "koko - dak !"  spod kurnika lubelskiego.
Trafność intuicji wyborców hitu piłkarskiego na Euro 2012 okaże się tak samo prorocza jak łatwa i prosta w swej wymowie jest piosenka i nastąpi po pierwszych meczach w grupie, po których naszym piłkarzom pozostanie już tylko jeden tytuł do chwały, właśnie ten hit, łatwy do zapamiętania i przekazania swoim dzieciom i wnukom jako jedyna pamiątka z mistrzostw. Ale przynajmniej hit to mieliśmy najlepszy!
Po głębszym namyśle pojąłem sens wyboru tego przeboju przez lud śpiewający zwykle na trybunach meczowych. To nie tylko osobisty urok sióstr muzułmanek z chóru parafialnego  (bo takie wrażenie zrobiły ich folklorystyczne stroje z białymi kwefami na głowach). Po prostu pozwala on od razu się pośmiać z naszego Euro 2012, zanim okaże się, że  już nie ma z czego. Dziękuję widzom TVP za taki intuicyjny wybór. Dzięki niemu nie mam złudzeń. O Euro 2012 jestem „spoko”. Nie przegramy tych mistrzostw. Hit „Koko” pozostanie na zawsze w naszej pamięci, a to jest równoważne zwycięstwu. Za parę lat zaśpiewamy: koko, koko Mundial spoko.  Ten hit jest uniwersalny. Chyba że go zastąpimy "Kogutem" zespołu "Śląsk", dodamy tylko refren : "Koko- dak,  koko-dak, znak futbolu, Polski znak!"
Miłego weekendu!!!

piątek, 4 maja 2012


Wałbrzyski korkociąg



 Myśl napisania o „wałbrzyskim korkociągu” jak to sam umownie nazwałem, kiełkowała we mnie już od dawna. Wreszcie zdecydowałem się, a bezpośrednią przyczyną są sympatyczne fotografie miss piękności w kolejnictwie, starej ale nadal pociągającej lokomotywy parowej. Otrzymałem je od Violi i Roberta z naszego Koła Foto przy CK w Głuszycy zaledwie parę dni temu. Wtedy właśnie miała miejsce paradna pokazówka niewyczerpanej mocy muzealnego już eksponatu, który przedefilował żwawo, ciągnąc za sobą kilka wagonów wypełnionych wycieczkowiczami. A miało to miejsce na słynnej w całej Polsce trasie kolejowej  Wałbrzych  -  Kłodzko. Może się to wydawać dziwne, zwłaszcza młodzieży, ale dla nas, ludzi z tamtego wieku, znajomy turkot pociągu z parskającym na całą okolicę parowozem, z buchającą co rusz parą  i  świszczącym pogwizdywaniem, okazał się wręcz wzruszający.
Pisałem już kiedyś o tym, że z pociągiem wiążą się moje niezliczone wspomnienia z przeszłości, że kolej to było dla mnie okno na świat, że w ten sposób, podróżując po Polsce, dojeżdżając do różnych miast średniej szkoły, a potem na studia do Wrocławia, poznałem nasz kraj i ludzi znacznie lepiej niż potem z okien samochodu.


Tyle tytułem wstępu. Nie chciałem, żeby był patetyczny, a jednak. Ale to może i dobrze, bo to o czym napiszę potrzebuje słów wzniosłych.
Pisząc niedawno o Wałbrzychu, jego wielokilometrowej rozciągłości od Podzamcza na południu do Podzamcza na północy, przypomniałem sobie, że to miasto na początku lat sześćdziesiątych minionego wieku poznałem z okien pociągu. Tu właśnie przeżyłem największe zauroczenie urozmaiconą zabudową miasta jadąc pociągiem z Wałbrzycha Głównego do Wałbrzycha Miasta. Ten zachwyt towarzyszył mi wielokroć potem, kiedy tylko miałem okazję odbywać taką podróż i delektować się niezwykłymi widokami. Stało się tak zanim jeszcze gdzieś tam przeczytałem, że ten odcinek kolejowy był znany w całej Rzeszy, że pisano o nim hymny pochwalne, że był sukcesem projektantów i budowniczych, którzy w jego budowie potrafili wyeksponować to co stanowiło piękno i specyfikę przemysłowego, górniczego miasta.
Pamiętam te podróże na trasie wijącej się serpentynami, powodującej nieustannie konieczność dokonywania wyboru, czy stać przy oknach po prawej, czy lewej stronie. Bo z okien po obu stronach pociągu rozpościerały się urzekające widoki zabudowań kopalnianych, miejskich kamienic, ulic i placów i przepięknych parków (bo Wałbrzych jest miastem aż siedmiu parków, o czym często nie pamiętamy), a także pięknych krajobrazów wokół miasta. Już zaraz od dworca głównego pociąg robił zadziwiającą woltę jak na rondzie skrzyżowania pnąc się gdzieś w kierunku dzielnicy Gaj, a dalej  kolejną serpentyną okrążał  szyby kopalni Chrobry, gdzie zatrzymywał się w samym sercu kopalni na stacji Wałbrzych Fabryczny. Dalsza trasa pociągu to Sobięcin i pole kopalni Thorez (Julia) na Białym Kamieniu, skąd obok szybu Chwlibóg docierał do efektownego dworca Wałbrzych Miasto. To była jazda szczególnie ekscytująca, bo pociąg wlókł się zwykle powoli, a przejazd z jednego końca Wałbrzycha na drugi zajmował co najmniej pół godziny. I co najważniejsze, wciąż było co oglądać, bo za każdym razem wychwytywało się nowe rzeczy.
Trasa pociągu z dworca Głównego do dworca Miasta mimo upływu lat nie uległa zmianie. Nadal jest tak samo atrakcyjna, choć miasto zmieniło się nie do poznania, miejscami straszy ruinami dawnych kopalń, sypiącymi się murami budynków, złym stanem ulic i dróg. Niestety, nie podróżujemy już pociągami tak jak dawniej, a jak sądzę większość dzieci i młodzieży nie ma pojęcia, że taka możliwość istnieje i że może być interesującym przeżyciem. Co ciekawe, zapomniano też o walorach krajobrazowych tego odcinka kolejowego. Nawet się o tym nie mówi i nie pisze. Przejrzałem wałbrzyskie albumy, foldery turystyczne, przewodniki. Ani słowa o wałbrzyskiej „spirali kolejowej”. Po prostu utknęła w korku jak korkociąg. Jakże łatwo jest nam zaprzepaszczać sukcesy i zdobycze byłych, niemieckich gospodarzy miasta, które przynosiły mu chlubę i chwałę.


Myślę, że uruchomienie specjalnego pociągu, najlepiej z parowozem, takim jak na fotografiach, po to, by obsługiwał wycieczki szkolne, byłoby krokiem w dobrym kierunku. W ten sposób można byłoby zobaczyć Wałbrzych zupełnie inaczej niż pieszo lub samochodem. A jest czym oczy nacieszyć, oglądając nasze historyczne miasto z okien  „starożytnej” ciuchci. To, że przez wiele lat nic się w tej sprawie nie dzieje jest  przykładem nie tylko degrengolady naszych państwowo-prywatnych kolei, ale także tego, że ambitne zapowiedzi uczynienia rozwoju turystycznego miasta zadaniem priorytetowym są wciąż tylko pobożnym życzeniem..

Fot. Viola Torbacka, Robert Janusz

wtorek, 1 maja 2012


Majowa rozgrzewka


Tegoroczny koniec kwietnia stanowił rozkoszne preludium do majowego długiego weekendu.
Poczuliśmy jednocześnie i wiosnę i lato. Prognozy pogody są optymistyczne także na pierwsze dni majowe. Nie ma rady. Ruszamy w plener. Szukamy miejsca nad wodą. Nie brakuje imprez plenerowych. Książ jak co roku wabi nas wystawą kwiatów.  Jaworzyna Śląska zaprasza na bogaty program zabawowy dla dzieci i młodzieży w Muzeum Kolejnictwa. We wszystkich miastach i gminach propozycji różnego rodzaju imprez i festynów jest bez liku.
Trudno będzie pobić popularnością imprezę plenerową  pałacu w Jedlince w sobotę 28 kwietnia, która zgromadziła tysiące ludzi. Organizatorzy trafili z pogodą, która sama w sobie zachęcała na wycieczkę w plener. Miejsce inscenizacji fikcyjnej bitwy 8 maja 1945 roku, na sam koniec wojny,  pomiędzy atakującymi wojskami radzieckimi, a broniącym pałacu oddziałem szturmowym SS, wyśmienite, oczywiście dla tysięcy widzów. Rozległa polana otoczona lasem, odkryta od strony pałacu i nowo zbudowanego hotelu z restauracją, stanowiła nie mającą sobie równych, znakomitą scenę do tego rodzaju teatru. Latające w powietrzu bombowce i śmigłowce, wybuchy min i płonące gdzieniegdzie ogniska były dostatecznie plastycznym  tłem do inscenizowanej bitwy. Na wielu uczestnikach,a zwłaszcza dzieciach i młodzieży robiły też wrażenie zgromadzone eksponaty broni i ciężkiego sprzętu z czasów wojny.
To impreza niezwykle mocna jak na początek długiego weekendu, odbiła się szerokim echem w całym kraju, m. in. dzięki ekipie TVN. Jedlina-Zdrój znów była na ustach całej Polski.
Zdaję sobie sprawę z tego, że ten słoneczny, ciepły i prawdziwie wiosenny majowy weekend nie zachęca do zaglądanie na ekran monitora. Postanowiłem zrobić małą przerwę. Dla najwierniejszych i niczym nie dających się odciągnąć od ekranu moich Czytelników załączam serię fotografii z jedlińskiej imprezy  -  do pooglądania.
Spotykamy się po weekendzie.