Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Po wyborach 2015 roku




W dość chłodny poniedziałkowy poranek dla ocieplenia i osłody proponuję, jak widać, optymistyczny w swej treści mój limeryk powyborczy:

Po wyborach 2015 roku

Idzie zima, Tuska nie ma, za to mróz się mocno trzyma.
Przyszła wiosna, rzecz radosna, a z nią także  hossa
przez PiS wyimagowana -  dla dzieciatych „dobra zmiana” .

Nie trzeba zdzierać zelówek, za każde dziecko pięć stówek.
Biorą się chłopy do roboty, bo czują wiosnę  niecnoty,
wiedzą, że oprócz kielicha, liczy się seks i zagrycha.

Łaskawa to Pani, ta Szydło, przez nią nam życie nie zbrzydło.
Poszliśmy  hurmem do urny, na nic Platformy nokturny,
iskierka nadziei wciąż tli się w „dobrym wujaszku” PiS-ie.

Kochamy ich wodza – Jarka, mamy co wrzucić do garnka,
na flaszkę też coś zostanie. Żyj „sto lat” nam „dobry Panie”!
Od dziś już ślemy supliki, by tobie stawiać pomniki.

Niech w każdej karczmie zawiśnie twój portret – jak w Szwejka ojczyźnie,
bo przecież jest wśród nas wielu, co marzą o Peerelu,
jak  ten manewr się uda, to wtedy zagramy na dudach !

A będzie to slang  o ułudach… Chyba, że zdarzą się cuda.
O cudach spisano tomy, słyszymy o nich z ambony,
więc się Polaku nie martw. Znów spadnie nam manna z nieba.

 Dla chleba, Panie, dla chleba !


niedziela, 23 kwietnia 2017

Księżna, która może zadziwić !





Nie tak dawno zainteresowałem się bliżej najciekawszą postacią z historii zamku Książ, słynną z urody i mądrości, tajemniczą i kontrowersyjną księżniczką Daisy. W niemieckim Książu znalazła się ta młoda, urodziwa Angielka jako świeżo poślubiona żona właściciela zamku Hansa Heinricha XV Hochberga.

To dobrze, że trafiła w moje ręce książka Daisy Hochberg von Pless „Taniec na wulkanie 1873-1918, Pamiętniki, Wspomnienia, Biografie” w tłumaczeniu Marioli Palcewicz. (Wydawnictwo ARCANA w Krakowie, 2005 r.) Skutkiem tego mogę o „dobrym duchu zamku Książ” coś więcej przekazać moim Czytelnikom.

Autorka tej książki, to właśnie księżna Maria Teresa Oliwia Hochberg von Pless, urodzona 28 czerwca 1873 roku, zwana pieszczotliwie Daisy, czyli Stokrotka – arystokratka angielska związana z pałacem w Pszczynie i zamkiem Książ, najstarsza córka pułkownika Williama Cornwallis-Westa,  właściciela zamku Rutin  i posiadłości Newlands  oraz Marii Adelajdy z domu Fitz-Patrick.

Szczęśliwe dzieciństwo spędziła w zamku Ruthin w północnej Walii i w dworku Newlands. Była blisko związana z dworem króla Edwarda VII i Jerzego V, spokrewniona z największymi domami arystokratycznymi Wielkiej Brytanii. Jej brat Jerzy był ojczymem Winstona Churchilla. Uważana była i wcale się temu nie dziwię, za jedną z najpiękniejszych kobiet w świecie arystokratycznym tych czasów.

Jej losy splotły się z domem Hohbergów podczas balu maskowego w Domu Holenderskim w Londynie, kiedy to poznała swojego przyszłego męża Hansa Heinricha XV, księcia von Pless. Owa znajomość zaowocowała dość szybko jak na wagę tego przedsięwzięcia i konieczność pokonania wielu obowiązujących w tak wysokich rodach konwenansów.

8 grudnia 1891 r. (po roku czasu od nawiązania znajomości) dziewiętnastoletnia donna poślubiła majętnego księcia pszczyńskiego Hansa Heinricha XV Hochberga, Ślub odbył się w londyńskim Opactwie Westminsterskim, a świadkiem był Edward, ks. Walii.

I od tego momentu życie angielskiej księżniczki splotło się nierozerwalnie z rezydencją pałacową w Książu pod Wałbrzychem, choć także z pałacem w Pszczynie (ale w mniejszej skali), od którego nosiła tytuł von Pless. A było to życie tak barwne i ciekawe, obfitujące w niekończące się podróżowanie po świecie, gościny na najlepszych dworach, rezydencjach i pałacach władców, arystokratów, polityków, że w głowie się mąci po pierwszym czytaniu książki. I trzeba co rusz powracać do wcześniejszych wątków, żeby się w tym wszystkim nie pogubić i dobrze zrozumieć mądrość spostrzeżeń i opinii autorki. Najważniejszą w tej książce jest wojna, nazwana później pierwszą światową i jej wpływ na dalsze życie księżniczki, jej rodziny, krewnych i bliskich. Księżniczka Disy znalazła się w tej wojnie w szczególnej sytuacji, bo przecież wywodziła się z Anglii, która teraz stała się wrogiem Niemiec. A jej mąż był prawą ręką cesarza Wilhelma II. Z obydwoma, i mężem, i cesarzem, łączyły ją więzy uczuciowe, ale jako patriotka swej byłej ojczyzny nie mogła się godzić z pogardliwym odnoszeniem się do Anglików. Ta wojna uczyniła z Daisy głęboką pacyfistkę, a nawet skłoniła ją do dobrowolnej  służby w pociągach-lazaretach i szpitalach wojskowych jako pielęgniarka, wolontariuszka.

Dla mnie szczególnie interesujące było stanowisko księżnej w sprawie polskiej. Daisy okazała się osobą przyjaźnie nastawioną zarówno do Polaków, jak i sprawy niepodległości Polski. Daje temu wyraz w wielu miejscach swej książki: „Polska zawsze była i będzie cierniem w tej części Europy – pisze księżna w swej książce - Przed wojną Niemcy były odpowiedzialne za wysoce represyjne prawodawstwo w stosunku do polskich poddanych na Śląsku. W sierpniu 1914 roku car szybko obiecał, że uczyni Polskę niezależnym królestwem. Ale oczywiście nic konkretnego nie zrobiono.” Tak komentuje księżna wiadomość o proklamowaniu w tzw. akcie 5 listopada 1916 roku przez cesarza niemieckiego Polski jako królestwa na ziemiach zaboru rosyjskiego. Sprawa stała się ważna, bowiem rozważano kandydaturę jej męża Hansa Heinricha XV lub ich najstarszego syna Hansa Heinricha XVII na polskim tronie. Jednym z powodów miało być rzekome pochodzenie Hochbergów od śląskich książąt piastowskich. Niestety, negatywnie nastawiony do Polaków mąż Daisy nie chciał o tym słyszeć. Być może zdawał sobie sprawę z tego, że było to przysłowiowe dzielenie skóry na niedźwiedziu.  Z dalszych losów księżnej (bo książka kończy się z chwila zakończenia wojny w 1918 roku) wiemy, że ten przyjazny stosunek do Polski znalazł dobitne potwierdzenie w losach jej synów. Synowie Daisy podczas II wojny światowej walczyli przeciw Hitlerowi – Hansel (Jan Henryk XVII) w armii brytyjskiej, Aleksander (Lexel) w polskim wojsku.

Znamy wiele faktów świadczących o negatywnej postawie księżnej Daisy wobec Hitlera i nazizmu po wybuchu II wojny światowej. Stać ją było, mimo ciężkiej sytuacji finansowej z powodu zadłużenia zamku, na organizowanie tajnych paczek żywnościowych dla więźniów obozu koncentracyjnego Gross-Rosen. Sztab Hitlera znalazł powody, by ją przesiedlić do Wałbrzycha i w ten sposób „oczyścić zamek”,  wobec którego były już przygotowane tajne plany o zupełnie innym, militarnym przeznaczeniu tej rezydencji. Ale o tym wszystkim, co było po roku 1918 dowiadujemy się już z innych źródeł.

Okazuje się, że księżna pozostawiła po sobie nieoceniony skarb w postaci świetnie napisanej, niezwykle mądrej i ciekawej autobiografii, bogatej w informacje o całej plejadzie możnych świata politycznego tych czasów, w których przyszło jej żyć. Skarb ten okazał się bardziej trwały, niż jej legendarny naszyjnik z pereł, który najprawdopodobniej został splądrowany przez sowieckich czerwonoarmistów, którzy nie omieszkali dobrać się do trumny zmarłej w grudniu 1943 roku księżnej, pochowanej w mauzoleum rodzinnym w parku obok zamku Książ.

Szczególna wartość książki wynika stąd, że całą wiedzę zaczerpnęła autorka nie tylko z autopsji i notatek sporządzanych skrzętnie przez długie lata w pamiętniku, ale też licznie przytaczanych listów, dokumantów rodzinnych, i  zdjęć. Nadaje to książce walor historyczny. Dla czytelnika wrażliwego na przymioty literackie, książka budzi podziw bogatym słownictwem, pięknem języka i stylu, ale też ogromną znajomością koligacji rodzinnych osób z wysokiego kręgu arystokratycznego i szczerością wypowiedzi.

Dla nas ta książka jest szczególnie ważna, bowiem jak żadna inna dotyczy największego skarbu  ziemi wałbrzyskiej, wspaniałego zamku-pałacu Książ. Księżna Disy w miarę upływu czasu związała się z tym pałacem i  całą okolicą, traktując je jak swoją małą ojczyznę (das Heimat}, czyniła więc dużo dobrego dla ich rozwoju, zaś w książce poświęca im dużo miejsca.

W „zamiast zakończenia” książki, autorstwa Bogny Wernichowskiej, znajduję zdanie, które szczególnie mnie urzekło; krótka i piękna refleksja o niezwykłej postaci jaką jest autorka książki „Taniec na wulkanie”:
„Los obdarzył ją szczodrze  -  była urodziwa, pełna wdzięku, utalentowana i miła. Nie brakowało jej inteligencji, daru interesującej konwersacji i dowcipu. Blondynka o błękitnych oczach i zgrabnej figurze, ubrana w najmodniejsze toalety ze słynnych w tamtych czasach domów mody  - Poireta, Paquina, Wortha, swobodnie czuła się na europejskich dworach, w dyplomatycznych salonach, uzdrowiskach, odwiedzanych przez międzynarodową socjetę. Wszędzie tam, gdzie spotykali się dobrze urodzeni, bogaci i sławni… Tak było przez wiele dziesiątków lat.”

Aby o sobie nie dać zapomnieć napisała Daisy znakomitą książkę, niepodważalny corpus delicti jej wiedzy, inteligencji, mądrości, niezniszczalne zwierciadło życia sfer wyższych tamtych czasów. Tej książki nie jest w stanie zastąpić żaden podręcznik historii, napisało ją życie osoby wyjątkowej , godnej szacunku i uznania. To dobrze, że księżna Daisy stała się „dobrym duchem” nie tylko zamku Książ, ale i całego Wałbrzycha.
                                                                                                                       

sobota, 22 kwietnia 2017

W góry, w góry miły bracie...!


schronoskoe górskie "Andrzejówka"

Lubimy podróżować, poznawać otaczający nas świat i ludzi. Wszyscy mamy w sobie ciekawość świata. Czasami  mniejszą, czasami większą, zwykle nieuświadomioną. – ona przejawia się w naszych marzeniach, w naszych kontaktach z innymi ludźmi. Podróżowanie, to najwyższy sens mego życia, mawiał jeden z najwybitniejszych polskich pisarzy-podróżników, Ryszard Kapuściński. Wtóruje mu też ustawicznie podróżująca po Polsce i świecie Olga Tokarczuk w swojej książce „Bieguni”. Ci co pozostają stale w jednym miejscu są jak ludzie pozbawieni wolności, nie znają i nie czują wartości życia, tego niezwykłego daru, którego doświadczamy tylko raz.

Są ludzie, których świat w ogóle nie interesuje. Żyją światłem własnego wnętrza. Konfucjusz mówił, że świat najlepiej  poznawać nie wychodząc z własnego domu. Jest w tym jakaś prawda. Można odbywać wędrówki w głąb własnej duszy. Zdecydowanie więcej jest jednak ludzi, którzy wolą poznawać naszą kulę ziemską z autopsji. Nie da się tego zrobić inaczej, jak  przez podróże. Im lepiej poznajemy  świat, tym bardziej rośnie w nas poczucie jego nieznajomości, przekonanie o jego nieogarnionych głębiach, zwłaszcza w dziedzinie kultury, obyczajowości, cywilizacji. Nie da się niczym zastąpić widoków przyrody i krajobrazów jak tylko za pomocą własnego oka i osobistego doznania. Czujemy potrzebę, aby poznać świat jeszcze dokładniej. Każda zakończona podróż staje się asumptem do podjęcia nowej.

W dzisiejszym świecie podróżowanie stało się łatwiejsze. Przyczyniła się do tego masowość turystyki i rozwój komunikacji. Samochodem możemy przemieszczać się szybko i sprawnie w kraju i za granicą. Na dalsze wojaże wybieramy się samolotem lub okrętem. Można też podróżować autokarem, pociągiem. Albo rowerem, jak to się dzieje w wielu krajach na zachodzie Europy, a i u nas staje się coraz popularniejsze.

 „W góry, w góry miły bracie, tam przygoda czeka na cię”… głosi znane hasło promujące górskie wycieczki.

Maj i czerwiec w naszych górach, to najlepszy moment zobaczenia przyrody górskiej w chwili jej odradzania się, powrotu do intensywnego życia. Tylko na wiosnę zieleń drzew  jest najzieleńsza, a kwitnące pęki krzewów mają niepowtarzalny woń i powab.  Wtedy właśnie czujemy dławiący nozdrza zapach wiosny, a  przejrzyste powietrze pozwala dostrzec uroki krajobrazów i położenia górskiego w najczystszej formie. Wielu z nas to wszystko wie i czuje, ale ciężko się zmobilizować i zebrać rodzinę na wycieczkę w góry. A w najbliższym otoczeniu leży skarb nieprzebrany. Wciąż jeszcze za mało znamy i  nie doceniamy walorów przyrodniczych i krajobrazowych regionu wałbrzyskiego. Kiedy decydujemy się na weekendową wycieczkę w góry, nasz wybór jest zwykle ten sam – Szklarska Poręba, Karpacz, ewentualnie Góry Stołowe plus uzdrowiska Kotliny Kłodzkiej, Polanica, Duszniki, Kudowa.

Pytam się kto z Państwa był na Ruprechtickim Spicaku ? Widzę jak podnosi się las rąk, ale tylko w Mieroszowie i Głuszycy, skąd najbliżej w Góry Suche. Blisko jest też z „Andrzejówki”, a właśnie to schronisko powinno być najczęstszym celem wyjazdów sobotnio-niedzielnych Wałbrzyszan. Można tu pozostawić samochód i pieszo wyruszyć na Waligórę, a potem nieco dalej na Szpiczaka, to wcale nie jest daleko. Około dwugodzinny spacer dostarczy nam mnóstwo wrażeń estetycznych i emocjonalnych.

Waligóra, to najwyższy szczyt Gór Kamiennych, liczący 936 . Dobrze widoczny ze wszystkich stron  wyrasta w postaci stromego stożka z wydłużonym spadającym w dół grzbietem. Sąsiaduje bezpośrednio z czeskim Szpiczakiem (880 m.), na którym nasi sąsiedzi postawili wieżę widokową, cel licznych wycieczek pieszych, zarówno czeskich jak i polskich.

Już w XIX w. Waligóra zdobył sobie duży rozgłos jako punkt docelowy licznych wycieczek, był wtedy odsłonięty i stanowił znakomity punkt widokowy na całą okolicę. W okresie międzywojennym istniał na wschodnim zboczu, 10 minut od szczytu, domek myśliwski, szumnie zwany zameczkiem. Być może stąd się wzięły błędne informacje w niektórych polskich przewodnikach, podające jakoby na Waligórze były ruiny dawnego zamku. Po 1945 roku stała tam na zarośniętym już wówczas szczycie wieża triangulacyjna, służąca jako widokowa. Później uległa zniszczeniu i została rozebrana. To przykre, że nie ma kto takiej wieży postawić, bo Waligórą nie interesuje się zarówno gmina Głuszyca, w granicach administracyjnych której leży, jak również dużo większy Wałbrzych, dla którego Waligóra powinien być tak samo ważny jak Chełmiec, Borowa czy Trójgarb, a „Andrzejówka” winna być oczkiem w głowie wszelkich powiatowych i miejskich programów turystycznych.

Panorama z wieży widokowej na Spicaku może zachwycić najbardziej odpornych na piękno przyrody i krajobrazów. Najlepiej widać stąd Mieroszów i Głuszycę, nieco gorzej Bromowskie Stieny i pochowane w gąszczu drzew zabudowania czeskich wsi. Przy okazji warto się pokłonić naszym czeskim pobratymcom, od których powinniśmy się uczyć jak można najprostszym sposobem wznosić takie wieże widokowe w najciekawszych miejscach górskich. Czesi wykorzystali inwestorów telefonii komórkowej przy okazji stawiania masztów. Zgoda na maszt była wydawana pod warunkiem zbudowania wieży. W ten sposób udało się wieżami widokowymi wypełnić najciekawsze wierzchołki gór.

Amatorom wycieczek samochodowych proponuję jako punkt docelowy „Andrzejówkę”, bo w drodze powrotnej można tu w schronisku odpocząć i skorzystać z bufetu. Ale takie możliwości są też w innych miejscach startowych, np. w głuszyckiej wsi Łomnica. Jeśli podjedziemy samochodem pod domek myśliwski w Ustroniu, zwanym też Radosna, na Szpiczaka mamy niecałą godzinkę spaceru. A z powrotem można zatrzymać się  w zawieszonej  na zboczu Słodnej obok wyciągu narciarskiego, całej w drewnie, nowo zbudowanej „Łomnickiej Kolibie”, albo też w osławionym Łowisku Pstrąga” przy wyjeździe ze wsi Łomnica do Głuszycy. W Łomnicy wiele się zmieniło na lepsze. Już nie jest tak jak dawniej w PRL-u, kiedy jedyną atrakcją wsi letniskowej było jej urzekające otoczenie lasów i gór. Łomnica, szczególnie w  części górnej jest rzeczywiście miejscem niezwykle urokliwym, a teraz dochodzą do tego nowo zbudowane lub wyremontowane domki letniskowe, gospodarstwa agroturystyczne i lokale gastronomiczne.

Nie, mie ma  lepszej alternatywy w wiosenne wykendy jak wycieczka w góry.



czwartek, 20 kwietnia 2017

Najlepsza książka Olgi Tokarczuk



„Mam kilka lat. Siedzę na parapecie, wokół mnie porozrzucane zabawki, przewrócone wieże z klocków, lalki o wytrzeszczonych oczach. W domu jest ciemno, powietrze w pokojach powoli studzi się, przygasa. Nikogo nie ma; odeszli, zniknęli, słychać jeszcze ich słabnące glosy szurania, echa kroków i odległy śmiech. Za oknem – puste powietrze. Ciemność łagodnie spływa z nieba. Osiada na wszystkim jak czarna rosa.
Najbardziej dotkliwy jest bezruch: gęsty, widzialny – zimny zmierzch i słabe światło sodowych lamp, grzęznące w mroku w odległości zaledwie metra od swego źródła.

Nic się nie wydarza, marsz mroku ustaje przed drzwiami do domu, cały zgiełk ciemnienia ucicha, tworzy gęsty kożuch, jak na stygnącym mleku. Kontury budynków na tle nieba rozciągają się w nieskończoność, tracą powoli ostre kąty, winkle, krawędzie. Gasnące światło zabiera z sobą powietrze – nie ma już czym oddychać. Mrok sączy się teraz przez skórę. Dźwięki zwinęły się w sobie, cofnęły ślimacze oczy; orkiestra świata odeszła i przepadła w parku ten wieczór jest krańcem świata, wymacałam go przez przypadek w czasie zabawy, niechcący. Odkryłam, ponieważ zostawili mnie na chwilę samą, nie ostrzegli. Jest jasne, że oto znalazłam się w pułapce, zamknięta. Mam kilka lat, siedzę na parapecie, patrzę na ostygłe podwórze… Chciałabym wyjść, ale nie mam dokąd. Tylko moja obecność nabiera wyraźnych konturów, które drżą, falują i to boli. W jednej chwili odkrywam prawdę: nic już nie da się zrobić – jestem.”

Oto początek powieści o intrygującym tytule  -  „Bieguni”,  za którą  Olga Tokarczuk otrzymała literacką nagrodę „Nike”. Po przeczytaniu tego króciutkiego rozdziału  pomyślałem sobie – ta książka, to jest coś doskonałego, wystarczy ten drobny  urywek, by oniemieć z zachwytu nad pięknem języka i  stylu, nad nadzwyczajnym sposobem obrazowania zmysłowego widzenia świata przez małe dziecko. Już tylko ten fragmencik książki mógł wystarczyć członkom komisji konkursowej, by uznać Olgę Tokarczuk za artystę pióra.

„Bieguni” to powieść o egzystencjonalnej potrzebie podróżowania, o konieczności ruchu w celu poznawania świata i ludzi. Nie można tego osiągnąć siedząc na miejscu. Nie da się zastygnąć w bezruchu, jeśli chociaż raz doświadczyło się korzyści ze zmiany miejsca pobytu.

W istocie człowieka tli się iskra poznawcza, pobudzająca wszystkie zmysły, jeśli uda nam się ją zapalić. Wystarczy ruszyć z miejsca, najpierw kilka kroków od miejsca zamieszkania, a potem dalej i dalej pociągiem, samochodem, samolotem, a wszędzie gdzie się zatrzymamy także własnymi nogami. Ci co to doświadczają, to są właśnie „bieguni”, choć sama nazwa wywodzi się od odłamu prawosławnych starowierców, którzy uważali, że świat jest przesiąknięty złem. Jedynym sposobem ratunku przed złem jest podróż, ustawiczny ruch ku nowemu. 

I właśnie książka Olgi Tokarczuk jest konglomeratem jej osobistych doświadczeń, wrażeń i odczuć z nieustającej podróży po świecie:

„Ta książka – jak stwierdza sama autorka – stara się być lojalna wobec kakofonii i dysonansu naszego doświadczenia świata, wobec niemożliwości jego ujednolicenia, wobec jego chaosu, rozpadania się i ponownego tworzenia nowych konfiguracji.”

Niestety, nie da się tej książki streścić, jak wiele innych książek o jednolitej linii fabularnej, o rozwijającej się akcji prowadzonej konsekwentnie do punktu kulminacyjnego. Powieść Olgi Tokarczuk, to artystyczna układanka różnorodnych zdarzeń i wątków kunsztownie nizanych jak sznur korali, którym można ozdobić szyję osoby, nie znającej spokoju stabilnego bytowania w jednym miejscu na świecie. 

„Ale nie jest to książka o podróży. Nie ma w niej opisów zabytków i miejsc. Nie jest to dziennik podróży ani reportaż. Chciałam raczej przyjrzeć się temu, co to znaczy podróżować, poruszać się, przemieszczać. Jaki to ma sens? Co nam to daje? Co to znaczy” - mówi sama Tokarczuk - pisanie powieści jest dla mnie przeniesionym w dojrzałość opowiadaniem sobie samemu bajek. Tak jak to robią dzieci, zanim zasną. Posługują się przy tym językiem z pogranicza snu i jawy, opisują i zmyślają”. 

5 października 2008 Olga Tokarczuk otrzymała za „Biegunów” Nagrodę Literacką „Nike. Zwyciężyła także w głosowaniu czytelników.

By doświadczyć promieniejącego czaru obcowania z literaturą najwyższego lotu, trzeba tę książkę osobiście wziąć do ręki i  przeczytać.

„Może to jest najlepsza książka Olgi Tokarczuk” – powiedział znany krytyk i historyk literatury z Warszawy, Jerzy Jarzębski. Ale mówił to zanim pojawiły się największe w rozmiarach, monumentalne pod każdym względem „Księgi Jakubowe”, nagrodzone w roku 2015 w konkursie literackim „Nike”. Olga Tokarczuk została wtedy po raz drugi nagrodzona w Polsce, a w styczniu 2017 r. odebrała Międzynarodową Nagrodę Literacką samorządu Sztokholmu za tę samą książkę.

„Jesteś naszym dobrem narodowym, dość dodać, że w rocznicę śmierci Wisławy Szymborskiej jej sekretarz Michał Rusinek powiedział, że kiedy rozmawiał z członkami Akademii Królewskiej w Sztokholmie i pytał o następnego Nobla dla Polski, to większość nie miała wątpliwości, że to będzie Nobel dla ciebie” – powiedziała Dorota Wodecka w rozmowie z Olgą Tokarczuk, opublikowaną we wrocławskim dodatku „Gazety Wyborczej” z 14 kwietnia br.

Z rozmowy tej dowiaduję się rzeczy przeogromnie intrygującej. Olga Tokarczuk zapowiedziała, że zakiełkował w jej duszy projekt napisania książki związanej z Dolnym Śląskiem:

„On się pojawił już wtedy, kiedy mieszkałam w Wałbrzychu, przez osiem lat, dawno temu. Mój były teść przyjechał tam jako dziecko z Francji i cała rodzina była wielką wspólnotą tych reemigrantów francuskich ze swoimi historiami. Ale też, mieszkając w Wałbrzychu, od razu zdałam sobie sprawę, że jest to bardzo szczególne miejsce w Polsce, bo Wałbrzych w soczewce pokazuje właściwie to, jak Polska stawała na nogi po II wojnie światowej, w sensie socjologicznym. Jak w tym tyglu mieszały się różne języki, kultury, przyzwyczajenia, tradycje i chyba nie ma takiego miasta w Polsce jak Wałbrzych, które by miało aż tyle różności w sobie”.

To fascynująca zapowiedź Olgi Tokarczuk. Jestem pewien, że jej deklaracja stwarza nadzieję, iż nasze miasto stanie się znów centrum zainteresowania sięgającym nawet poza granice kraju, bo Olga Tokarczuk jest pisarzem już nie tylko polskim, ale europejskim.

Już wiem, że ze wszystkich książek Olgi Tokarczuk, ta właśnie o Wałbrzychu, będzie dla mnie najlepszą!

Fot. Sabina Jelewska