Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

poniedziałek, 23 maja 2016

Odkryj Krzyżową


pałac w Krzyżowej - miejsce spotkań seminaryjnych

Wszyscy słyszeliśmy o Krzyżowej. Na dźwięk tej nazwy mamy przed oczyma dwie znamienne, powiedziałbym symboliczne postaci  we wzajemnym uścisku – olbrzymi Helmut Kohl i tonący w jego ramionach miniaturowy Tadeusz Mazowiecki. To jak uścisk Goliata z Dawidem. Ale w tym przypadku jest to wyraz autentycznego szacunku, sympatii  i przyjaźni, której materialnym ucieleśnieniem w całej swej okazałości stała się Krzyżowa.

Krzyżowa to miejsce imponujące. Pulsuje historią, bo jest jej nieodrodnym dzieckiem. To właśnie naukowcy - historycy przywrócili ją do życia. Poruszyli niebo i ziemię, by umierający  PRL-owski PGR, dawną posiadłość niemieckich rodów von Moltke i von Burt odrestaurować, ale do pełnienia zupełnie nowej roli. Powinna ona się stać miejscem pojednania i przyjaźni pomiędzy Niemcami i Polakami. Pomysł trafił na pożywny grunt idei współpracy Polski z Niemcami w rodzącej się wspólnocie europejskiej.

Choć wydawało się to nieprawdopodobne by maleńka, zaniedbana wiosczyna pomiędzy Świdnicą i Dzierżoniowem w niczym nie pretendująca do nowej roli, miała nagle spełnić tak ważną misję, a zrujnowane gospodarstwo wymagało przecież kolosalnych pieniędzy by je przywrócić do świetności, to jednak taka decyzja zapadła. Jeszcze wtedy na samym początku nikt nie był pewien, że to się uda, a miejsce to okaże  się tak wyraźnym i znamiennym symbolem polsko-niemieckiego pojednania.

Założona w 1990 r. Fundacja Współpracy Polsko - Niemieckiej przeznaczyła na odbudowę Krzyżowej i utworzenie Domu Spotkań Młodzieży 29 mln marek. Po przeprowadzeniu prac renowacyjnych w latach 1990- 1998 cały obiekt wygląda imponująco.

Przede wszystkim zachwyca zrekonstruowany XVIII-wieczny pałac z rodzinnymi herbami byłych niemieckich właścicieli przy wejściu, ozdobnymi freskami na ścianach klatki schodowej i bogatym wyposażeniem wnętrz przeznaczonych do zwiedzania. Stare zabudowania gospodarcze: stajnie, powozownie, obory, zostały zamienione na sale konferencyjne i sportowe, stołówkę, bazę noclegową. Obiekt jest bardzo nowocześnie i wygodnie zaprojektowany i robi dobre wrażenie. Tuż obok pałacu rozciąga się park założony pod koniec XIX w., zwiedzić można także mauzoleum oraz rodowy cmentarz. Na terenie obiektu działa punkt informacyjny, restauracja i hotel.

Właścicielem obiektu jest Fundacja „Krzyżowa” dla Porozumienia Europejskiego, niezależna polska organizacja pozarządowa działająca na rzecz tolerancji, pokoju, porozumienia i przepojonej wzajemnym szacunkiem współpracy wszystkich narodów europejskich. Profesjonalne zaplecze konferencyjne i baza noclegowa a także możliwości rekreacyjne i osobliwości regionu sprawiają, że Krzyżowa jest idealnym miejscem wypoczynku, konferencji, spotkań biznesowych, integracyjnych i rodzinnych.


Krzyżowa pachnie historią. Dzieje się tak nie tylko dlatego, że jest to zabytek z dawnych czasów. Już w XVI w. istniał tu zapewne dwór, który został zniszczony w 1633 r. w czasie wojny trzydziestoletniej. Dzisiejszy pałac zbudowano z inicjatywy Sigismunda von Zedlitz und Lepie około 1720 r. przetrwał do zakończenia II wojny światowej. Mało tego, pod koniec wojny odegrał historyczna rolę. W czasie II wojny światowej pałac był miejscem tajnych spotkań niemieckiej antynazistowskiej grupy "Kręgu z Krzyżowej”, założonej m.in. przez właściciela - hrabiego Helmutha James von Moltke. . W wyniku zdemaskowania organizacji po nieudanym zamachu na Hitlera w Wilczym Szańcu, jej członkowie wraz z właścicielem pałacu feldmarszałkiem Helmutem von Moltke zostali straceni.

Zdarzenie to miało istotne znaczenie dla pomysłu zbudowania w tym miejscu domu łączącego i jednoczącego Polaków z najbliższymi zachodnimi sąsiadami.

 Od 1945 r. niemiecki Kreisau stał się polską Krzyżową. W tej nazwie niestety kryje się smutna prawda o losach poniemieckiej posiadłości w komunistycznym kraju. Użytkowany w coraz mniejszym stopniu pałac popadał w ruinę, tak samo jak otaczające go dawne pomieszczenia gospodarcze. PGR w Krzyżowej  podzieliłby niewątpliwie swój los z wielu innymi tego typu gospodarstwami rolnymi po przemianach 1989 roku, czyli uległ całkowitej ruinie, gdyby nie nadzwyczajna szansa ratunkowa. Spadła ona jak szczęśliwa gwiazdka z nieba. A stało się to w dwa dni po zburzeniu muru berlińskiego, dzielącego Niemcy na dwa światy. 

12 listopada 1989 odbyło się w Krzyżowej spotkanie premiera Polski Tadeusza Mazowieckiego i kanclerza Niemiec Helmuta Kohla. Z tej okazji  odprawiono "Mszę Pojednania", a na cały świat poleciał elektryzujący news o spotkaniu i niezapomniana fotka z obejmującymi się z czułością premierami rządów obu krajów.
Wybór Krzyżowej do spotkania okazał się niezwykle trafny bo osoba feldmarszałka von Helmuta von Moltke potwierdza, że nie tylko Polacy byli ofiarami Hitlera, ale byli nimi także Niemcy. Mamy więc w naszej wspólnej historii coś, co nas łączy. I to jest fundament naszej przyszłości, a Krzyżowa jest jego symbolem.

Ale Krzyżowa promieniuje do dziś historią także z tego powodu, że tę historię tworzy. To właśnie  tu odbywają się  liczne międzynarodowe spotkania młodzieży. Zaś w 25 rocznicę pamiętnego spotkania kanclerza Kohla i premiera Mazowieckiego, 12 listopada 2014 roku miało miejsce w Krzyżowej kolejne historyczne wydarzenie. Było nim spotkanie kanclerz M. Merkel z premier rządu E. Kopacz, a Mszę Świętą Pojednania celebrował ten sam co 25 lat temu dostojnik kościoła, opolski arcybiskup Alfons  Nossol.

W tym samym dniu miało miejsce oficjalne otwarcie wystawy plenerowej „Odwaga i Pojednanie” poświęconej niełatwej drodze Polaków i Niemców do pojednania i partnerstwa w Europie. Wystawa ta nie tylko upamiętnia kolejne wydarzenia i etapy historycznych przemian, ale przede wszystkim w nowoczesnej, atrakcyjnej edukacyjnie formie, zachęca młodych ludzi do rozmowy o historii swojej i stosunków polsko-niemieckich. To nie jest taka sobie zwykła galeria foto i napisów. Ta wystawa na wolnej przestrzeni obok pałacu, to dzieło artystów, potrafi zaciekawić,  zachwycić i wzruszyć. Odczułem takie wzruszenie w miejscu wydawałoby się zupełnie absurdalnym. To samotnie rosnące drzewko w otoczeniu nagich ścian labiryntu murów z tablicami, o tej porze roku odarte z liści, żałosne i wołające o pomstę do nieba. Nie piszę więcej o wystawie. Tu trzeba być i przeżywać ją subiektywnie, zgodnie ze swoją wrażliwością.

Trzecim elementem upamiętniającym wydarzenia sprzed 25 lat była niedawna międzynarodowa konferencja pt. „25 lat polsko-niemieckiego pojednania. Znaczenie dla Europy i przykład dla świata”, o której szeroko informowały media.

Ukazał się drugi z kolei, niezwykle interesujący rocznik wydany przez Fundację „Krzyżowa” dla porozumienia europejskiego” p.t. „Rok w Krzyżowej”. Chodzi oczywiście o rok 2015. W roczniku mamy wiedzę elementarną nie tylko o tym co się ważnego działo w minionym roku, ale także o wszystkim co dotyczy funkcjonowania fundacji. Rejestr instytucji wspierających finansowo jak i merytorycznie w realizacji projektów oraz firm, urzędów, szkól, uczelni wyższych, organizacji partnerskich współpracujących z fundacją może podnieść na duchu. To nie jest tak, że dla sensownej, odpowiedzialnej i pożytecznej działalności nie można znaleźć zrozumienia i pomocy wielu różnego rodzaju organizacji, instytucji i osób.
W artykule Małgorzaty Wojtyni, menedżer Międzynarodowego Centrum Konferencyjnego „Krzyżowa” p.t. „Odkryj Krzyżową” czytamy :

„Wszystkich, którzy znają Krzyżową jako miejsce, w którym polsko-niemiecka historia zatoczyła swój krąg, zachęcamy do odkrycia Krzyżowej jako jednego z większych zapleczy konferencyjno-hotelowych w swoim regionie.
W położonej nieopodal Świdnicy i Wrocławia wsi Krzyżowa, na terenie byłego majątku rodziny von Moltke, usytuowany jest nowoczesny obiekt szkoleniowo-konferencyjny wraz z Hotelem „Spichlerz” i Restauracją „U Hrabiego”. XVIII-wieczny Pałac i budynki skupione wokół dziedzińca, to także siedziba Fundacji „Krzyżowa” … (i szeregu innych instytucji, które działają dla realizacji celów Fundacji).
Całość zabudowań tworzy niepowtarzalną atmosferę, a lokalizacja na wsi zapewnia ciszę i spokój oraz kontakt z naturą”.

Krzyżowa tworzy i promuje historię na różne sposoby.  Miałem właśnie okazję uczestniczyć po raz któryś w funkcjonującym od paru lat pod patronatem szefa Akademii Krzyżowej, dr Kazimierza Wóycickiego, seminarium pod nazwą Historia Wielka i Mała. Gospodarzami seminarium są wybitni naukowcy-historycy, którym przewodzi historyk Uniwersytetu Wrocławskiego  dr Włodzimierz Suleja, a uczestnikami związani z lokalną historią regionu zaproszeni goście. Celem seminarium jest rozbudzenie zainteresowań historią najbliższego regionu, zachęta do prób badawczych i popularyzatorskich w miejscu swojego zamieszkania. Podstawową formą seminariów są dyskusje panelowe, w których mogą uczestniczyć wszyscy obecni, a grono uczestników jest otwarte i stale się powiększa. O to właśnie chodzi, by skupić wokół siebie ludzi zainteresowanych „małą” historią własnego miejsca zamieszkania, która może się okazać „wielką”.

W odbytym właśnie kolejnym, dwudniowym seminarium (20 ni 21 maja) mieliśmy okazję przekonać się ewidentnie  do tego, że mamy w naszym regionie Dolnego Śląska - Świdnicy, Dzierżoniowa i Bielawy wielu ludzi oddanych bezinteresownie sprawie odkrywania i popularyzacji historii lokalnej, sprawie budowania tożsamości narodowej,  polskiej, na ziemiach, jak to podkreślano z powagą -  uzyskanych, a nie odzyskanych, w której to historii nie możemy zapominać, że jest to zarazem połowa tysiąclecia historii naszego zachodniego niemieckiego sąsiada i nie da się tego wymazać z pamięci.

Dla wszystkich chętnych do uczestnictwa w seminarium drzwi są otwarte. Nie potrzeba nic więcej jak tylko zgłosić swój udział i przyjechać. Informacje o kolejnych seminariach ukażą się w mediach. Krzyżowa będzie miała wkrótce swoją stronę internetową na facebooku.

Kolejne seminarium – planowane jest w październiku.

niedziela, 22 maja 2016

Księżna Daisy o sobie



Pojawiła się ważna informacja o nowym dziele Barbary Borkowy p.t. „Siostry”, książce poświęconej księżnie Daisy von Pless i jej siostrze, wzbogacającej nas w nowe informacje o coraz bardziej bliskiej naszemu sercu ostatniej gospodyni na zamku Książ i stanowiącej znakomite uzupełnienie wcześniejszych wydawnictw poświęconych księżnej i jej rodzinie.

O wcześniejszej, cennej pozycji wydawniczej pisałem już w lutym 2015 roku, co następuje:

Książka „Lepiej przemilczeć. Prywatne pamiętniki Księżnej Daisy von Pless z lat 1895-1914” przełożona z angielskiego przez Barbarę Borkowy była dużym osiągnięciem wydawniczym młodej jeszcze Fundacji Księżnej Daisy von Pless, działającej przy zamku Książ. Po ukazaniu się jej pod koniec 2013 roku, i zaprezentowaniu na spotkaniach promocyjnych w Książu, pojawiły się o tym wydarzeniu pozytywne informacje i recenzje w lokalnych mediach, a potem sprawa jakby przycichła. A szkoda, bo książka jest niewątpliwie osiągnięciem wydawniczym, do czego przyczynił się wydatnie prezes Fundacji Księżnej Daisy von Pless, a zarazem redaktor prowadzący Mateusz Mykytyszyn wraz z prezesem  spółki Zamek Książ, Krzysztofem  Urbańskim. Książka  dużego formatu w twardej oprawie jest wzbogacona w cenne fotografie i przypisy oraz indeks miejsc i nazwisk jak przystało na solidne opracowanie o charakterze historycznym.

Księżna Daisy jest mi  bliska już po lekturze pierwszej części jej pamiętnika „Taniec na wulkanie”, a losy zamku-pałacu Hochbergów w Książu interesowały mnie od dawna. A teraz mamy drugą część, jak widać z cytowanych fragmentów wciągającą w pompatyczny świat życia wyższych sfer jak bajki z tysiąca i jednej nocy. Ale ten świat jest prawdziwy, realny, a w nim ważą się losy wielu narodów i krajów ówczesnej Europy. Warto dodać, że rodzina Hochbergów była jedną z najbogatszych w ówczesnych Niemczech, a mąż Daisy książę  Hans Heinrich XV Hochberg von Pless, bliskim doradcą i totumfackim cesarza niemieckiego.


O swojej książce  "Lepiej przemilczeć "Daisy napisała:

„Jeżeli nie mogę się pochwalić, że żyłam w samym środku wielkich wydarzeń, to z pewnością mogę stwierdzić, że przebywałam w ich orbicie.  Dlatego może to, co myślałam i powiedziałam było więcej niż prywatnym zdaniem. Wszyscy  żywimy nadzieję lub ułudę, że to, kim  jesteśmy i co robimy ma znaczenie. Pragniemy pozostawić po sobie pewien, jakkolwiek skromny, memoriał, który przetrwa próbę czasu i utrzyma o nas pamięć żywą i pachnącą jak kwiat, kiedy nie będzie już na ziemi tych, których znaliśmy i kochaliśmy. Jest to jeden z powodów publikacji mojej następnej książki.”

A jeszcze dalej księżna Daisy von Pless tak oto uzasadnia motywy parafrazy własnego pamiętnika w formie książkowej: „Jedną ze znamiennych i niepodważalnych wartości prowadzonego przeze mnie dziennika, którego kartki przewracam, jest możliwość osądzenia samej siebie na podstawie własnego rejestru wydarzeń” .

O walorach książki pisze Barbara Borkowy we wstępie:

„Wraz ze śmiercią wybitnych osób żyjących w tamtych czasach historycy piszący ich biografie odkryli na nowo pamiętniki księżnej Daisy von Pless, znajdując w nich bezcenne źródło informacji. Jej książki dały im i ciągle dostarczają unikalną wiedzę na temat życia i charakteru ich bohaterów, nie mówiąc o możliwościach przytoczenia anegdot i odtworzenia kolorytu epoki o której wszyscy mamy przeświadczenie, że była niepowtarzalną. To że księżna Daisy, będąc naocznym świadkiem tamtych czasów, pozostawiła nam ich bogatą dokumentację, jest chyba największą po niej spuścizną”.


„Lepiej przemilczeć” Daisy von Pless, to książka która może zachwycać, ale też zdumiewać. W najwyśmienitszych snach o życiu arystokracji nie byłem w stanie wyobrazić sobie tego, o czym opowiada w swym pamiętniku tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu, rok po roku, jego autorka.

Jest to po prostu skrupulatny rejestr setek, a może nawet tysięcy podróży po Europie i świecie, nieustannych wizyt na cesarskich, królewskich i magnackich dworach, wykwintnych przyjęć i bali, mnóstwa polowań, regat żeglarskich, wyścigów, na koniec imprez dobroczynnych, ale te ostatnie już tu na miejscu w Książu, Szczawnie-Zdroju, Wałbrzychu, bo obdarowywanie ubogich i ułomnych osób sprawiało księżnej Daisy dużą satysfakcję i przyjemność.

Na kartach książki przewija się liczna plejada najważniejszych ludzi ówczesnej Europy, a nawet i z innych kontynentów, tych wszystkich którzy czynnie uczestniczyli w europejskim życiu wyższych sfer, a udział w tym życiu był filarem arystokratycznego konwenansu. W pamiętnikach Daisy von Pless możemy odnaleźć wzmianki o nieomal wszystkich liczących się w świecie arystokratycznym i dyplomatycznym osobach, nie licząc dworów monarszych, na czele z ich głowami. Oczywiście prym wiodą dwory angielskie, niemiecko - pruskie, austriackie, francuskie, rosyjskie. Dla mniej wytrawnego czytelnika po prostu dwoi się w głowie od nazwisk, tytułów, powinowactw, zwłaszcza gdy korzystamy z pedantycznie sporządzonych przypisów.

Daisy jest osobą, która nigdzie nie może dłużej zagrzać miejsca. Gdyby sporządzić skrupulatnie harmonogram jej wojaży z każdego roku począwszy od 1902 do 1910, to uzbierałoby się na same podróże tysiące kilometrów i setki miejsc pobytu. Nie mówię o przyjęciach, balach, polowaniach, spotkaniach towarzyskich. Europę zjeździła Daisy wzdłuż i wszerz. Wszędzie gdzie się znalazła starała się jak najwięcej zwiedzić i zobaczyć. Oto fragment jej pamiętnika z 9 października  1905 roku:

„Przez ostatnich kilka dni widziałam więcej Berlina, niż kiedykolwiek przedtem. Odwiedziłam kilka cudownych galerii z obrazami; podziwiałam Rubensa o wiele piękniejszego od jego płócien w Galerii Drezdeńskiej. Zatelegrafowałam do Eulenburga po specjalne pozwolenie na zwiedzanie Pałaców Królewskich: Pałacu w Berlinie (nigdy nie oglądałam jego sypialni), Charlottenburga, Nowego Pałacu, Pałacu Miejskiego oraz Sans Souci w Poczdamie. Wszędzie, podejmowani przez królewskich „zarządców”, spędzaliśmy przyjemnie czas”.

Dopiero po 1910 roku następuje regres w światowym życiu Daisy, a jest to skutkiem zmęczenia przychodzącego z wiekiem,  pogarszającej się sytuacji rodzinnej, a także politycznej przed I wojną światową.

Uwagę Czytelników chcę dzisiaj skupić na wydarzeniu z roku 1905, bowiem ilustruje ono dość wyraźnie stosunek księżnej Daisy do Polaków.

Otóż pod koniec października tego roku Daisy wybrała się do Łańcuta na zaproszenie hrabiny  Elżbiety Potockiej. Po drodze zatrzymała się w swoim drugim pałacu, w Pszczynie.

Zamek Pszczyński, jedna z rezydencji zamożnej rodziny Hochbergów, stał się na wiele lat domem dla Angielki, podobnie jak podwałbrzyski Książ. W latach przed I wojną światową, Daisy i jej mąż prowadzili wystawny styl życia pełen dworskich uroczystości, przyjęć, polowań i podróży po świecie. Zarówno Książ jak i Pszczyna były miejscem gościnnym, otwartym dla osób bliskich i znajomych. Wielu przyjaciół Daisy należących do rodzin królewskich i arystokracji europejskiej, włącznie z księżną Elżbietą Potocką (z domu Radziwiłł) – małżonką ordynata łańcuckiego Romana Potockiego, odwiedzało ją na Śląsku. Księżna Elżbieta Potocka (zwana Betką) znała osobiście wielu ludzi z kręgu Daisy.

Księżna Daisy tak oto relacjonuje w swojej książce wrażenia z pobytu, najpierw w Pszczynie, a następnie w Łańcucie:

„Oni tam bardzo mili i prawdziwie ich kocham, ale będąc Niemcami, nie wiedzą jak żyć... Vater zarządził specjalne strzelanie tylko dla mnie i dla siebie, aczkolwiek obecnych było na nim około tuzina Ober-Jagmeisters (nadleśniczych). Zostało tak starannie przygotowane, jakby było dla samego Cesarza. Odstrzeliliśmy dwieście zajęcy i parę innych zwierząt. Każdego ranka jeździłam konno z Anną, rozpędzając rumaki do szaleńczego galopu, z czego ona i  -  ku mojemu zdziwieniu – jadący za nami Ober-coś tam-rittmeister bardzo się cieszyli. Po drodze tutaj spędziłam noc w Solzie z Larischami. Robili wszystko by mnie zatrzymać, ale nie mogłam zostać, bo przyrzekłam stawić się w Łańcucie w oznaczonym dniu i nie chciałam zawiść uprzejmej Betki Potockiej, która odwiedza Książ każdego roku, podczas gdy ja byłam u niej ostatnim razem bardzo dawno temu z Shelagh i wujkiem Patem.
Abstrachując od wszystkiego innego, jest to naprawdę piękny dom ze ślicznymi przedmiotami i kwiatami. Niektórzy myślą, że Polacy są prymitywni. Nie rozumiem dlaczego, ale tak jakoś się utarło na świecie. W rzeczywistości są błyskotliwi i inteligentni, z dobrą znajomością obcych  języków, a ich kobiety są jak Austriaczki tryskające życiem, ubrane w Paryżu i szeroko podróżujące. Łańcut jest zapełniony obrazami i porcelaną przywiezioną przez hrabinę Branicką, której rodzina miała powiązania z Marią Antoniną. Miejsce to jest cudownie utrzymane przez Betkę i jej męża, którzy posiadają zarówno dobry gust jak i pieniądze”.


Już ten drobny fragment z pamiętnika Daisy jest dowodem jej pozytywnego stosunku do Polaków, czego potwierdzenie znajdziemy w innych miejscach książki, a także w losach jej synów w czasach  II wojny światowej. W książce co rusz  znajdujemy przykłady wydawałoby się niebywałego przepychu i komfortu życia ówczesnej arystokracji, jak się okazuje nie tylko angielskiej lub niemieckiej, ale też i polskiej. Można by o nim powiedzieć - „życie jak w Madrycie”. Jak się jednak okazuje to życie wymagało jednak ogromnego hartu i poświęcenia. Podróże wtedy były czasochłonne i męczące. Obowiązujące konwenanse życia dworskiego wymagały ustawicznej czujności i uwagi nad tym co się robi i mówi i cierpliwości w dotrzymywaniu towarzystwa. Mnóstwo czasu pochłaniały zakupy odzieży i strojów, do czego przywiązywano dużą wagę w kręgach towarzyskich. A w ogóle taki styl życia był niezwykle kosztowny. W miarę upływu lat Daisy coraz  wyraźniej  dostrzegała małostkowość i próżność życia arystokracji, niestety nie miała ani sił, ani możliwości, aby się z tego uwolnić.

Nie mniej interesujące niż dramatyczne dzieje rodu Hochbergów z Książa mogą się okazać losy młodszej siostry księżnej Daisy. Wiemy, że Daisy utrzymywała przyjacielskie kontakty z nie mniej od niej  urodziwą  Shelagh, wiemy też  o tym, że jej losy nie były usłane li tylko różami. Pomimo, że siostry bardzo różniły się od siebie w wyglądzie i charakterze, były sobie bardzo bliskie. Często się odwiedzały, razem podróżowały. Młodsza siostra również nie miała szczęścia w miłości. Jej pierwsze dziecko, pięcioletni chłopiec zmarł na skutek choroby. Kiedy Shelagh urodziła córeczkę, mąż nawet nie chciał na nią patrzeć. W konsekwencji, małżeństwo to zakończyło się rozwodem. 

Czego jeszcze dowiemy się o Daisy i Shelagh  w „Siostrach” Barbary Borkowy? Oto jest pytanie. Odpowiedź na nie znajdziemy w nowej książce, do przeczytania której gorąco zachęcam. 

24 czerwca b.r. na zamku Książ będzie miała miejsce premiera książki "Siostry" autorstwa Barbary Borkowy o Daisy von Pless i Shelagh Westminster. Książka ukaże się nakładem wydawnictwa Fundacji Księżnej Daisy von Pless i będzie do nabycia zarówno na zamku  jak i w wałbrzyskich księgarniach.

piątek, 20 maja 2016

Ginące piękno - kultura ludowa



na pierwszym planie - dom Jerzego Marszała



„Wyzwól mnie Apollinie
od literackich dziwactw, nich zginie
we mnie ta mania na zawsze,

Bo kiedy siostra twa Diana
świeci, ja się od rana
w różnych dziwactwach babrzę.

A tymczasem o paradoksie,
choć staram z roku na rok się
choć pielę chwasty w mym ogrodzie,

Choć nie szczędzę sił ni pracy,
to jednak jak mówi Horacy
nie zawsze to, com chciał, wychodzi.

Jam dziecię twe. Pomóż dziecięciu
a ja każdej z twych muz dziewięciu
jeszcze dziś  wyrzeżbię kapelusz.

Więc ulecz mnie Apollinie
ty możesz, ty jedynie,
przecież budzę się i zasypiam z twym imieniem.

Ty który oświecasz i uśmiercasz
tchnij mi, Srebrnołuki, do serca
treść prostą jak twe struny i promienie.

To o takim artyście – rzeźbiarzu jak łomnicki dłubacz w drewnie, filigranowy Jerzy Marszał, pisał Konstanty Ildefons Gałczyński w wierszu „Hymn do Apollina”. Lata uciekają jak bystry strumyk pędzący z gór, które oddzielają kilka najwyżej położonych gospodarstw wsi polskiej Łomnica od zagranicznych, czeskich sąsiadów. A nad tym nurtem krynicznym pod rozłożystym kasztanem przy dobrej pogodzie można dostrzec klęczącego  mężczyznę, pochylonego nad kawałkiem lipowego drewna z dłutem w ręku. I w ten oto sposób odbywa się cud tworzenia, dzieje się to co uczeni zwykli nazywać – kulturą ludową.

 Jerzy Marszał - głuszycki rzeźbiarz, amator. Od urodzenia związany z rodzinnym domem we wsi Łomnica – Ustronie. Długoletni pracownik Zakładów Przemysłu Włókienniczego „Piast” w Głuszycy. Rzeźbił w drewnie od dzieciństwa, ale na dobre rozwinął swój talent w latach dziewięćdziesiątych po przejściu na emeryturę. Dom, w którym mieszka zwraca uwagę zabytkową architekturą i drewnianymi płaskorzeźbami umieszczonymi na frontonie budynku. Jeszcze większe zainteresowanie budzi „warsztat pracy” w ogrodzie „pod chmurką”, a dokładniej, pod rozłożystym kasztanem, nad rwącym górskim potokiem, wśród bujnej przyrody, zwisających skał, wznoszących się wysoko lasów, tworzących naturalną scenerię dla pracowni artysty - rzeźbiarza. Jeśli dodamy do tego tu i ówdzie rozsiane jakby od niechcenia drewniane figurki i wydłubane w pniach, zatroskane twarze posążków, a wreszcie drewnianą altankę, pełną różnego rodzaju rzeźb i ozdób, to można szczerze powiedzieć, że jest to miejsce godne podziwu. To niezwykła, wyjątkowa choć słabo wypromowana atrakcja turystyczna gminy Głuszyca.


By zaś pomóc w tej promocji głuszyckie Centrum Kultury przygotowało wystawę prac rzeźbiarskich Jerzego Marszała, której uroczyste otwarcie miało miejsce w czwartkowy wieczór 19 maja br. Informowały o tym kolorowe plakaty i anonsy internetowe, choć jak się okazało nie wpłynęły one na duże zainteresowanie mieszkańców Głuszycy. A szkoda, bo było i jest co oglądać. Jest, bo wystawa ma być otwarta w godzinach pracy CK co najmniej przez miesiąc czasu, warto więc skorzystać z tej okazji.

Ale Jerzy Marszał mógł się pocieszyć tym, że tego wieczoru w CK było rojno i gwarno. W naszym mieście gościli mieszkańcy czeskiej Rokitnicy, gminy zaprzyjaźnionej z Głuszycą od roku, a był ich pełny autobus na czele ze starostą, aby zaś uprzyjemnić im pobyt na scenie sali widowiskowej CK mogliśmy posłuchać piosenek w wykonaniu naszego chóru, działającego z coraz to większym rozmachem przy głuszyckim Centrum Kultury.

Jerzy Marszał jest klasycznym przykładem kultury ludowej, która we wczesnych początkach dziejów narodu była jedyną kulturą, a przez wieki utrzymywała się jako dział kultury tworzonej przez prostych ludzi nie dla mecenasów, czy na anonimowy rynek, ale dla zaspokojenia własnych potrzeb. Stroje, meble, ozdoby, wycinanki, pieśni, różne elementy tej kultury funkcjonowały w życiu twórców, którzy sami byli jej konsumentami. W XX wieku kultura masowa wypycha kulturę ludową z życia rodzin chłopskich, dlatego mówi się często o ginącej kulturze ludowej. Okazuje się, że nie do końca, wciąż jeszcze możemy się pocieszać, że piękno tej kultury przetrwało i powraca do naszych domów, tak jak to ma miejsce w łomnickiej chacie Jerzego Marszała.

Pisałem o tym już wcześniej w lirycznym wierszu, który warto jak sądzę na koniec przytoczyć:


Jerzy Marszał  - łomnicki Wit Stwosz
(Za Konstantym Ildefonsem Gałczyńskim)

Gdy go matka rodziła
zimowego wieczora,
nie wiedziała, ze synek
będzie w drzewie się porał…

Synku, weź dłuto w dłonie,
uczyń sławnym Ustronie !

Usiadł Jerzy na przyzbie,
przyjrzał się ojcowiźnie,
góry wokół do nieba,
z tego nie będzie chleba,
jął  dłubać w drzewie nożem
i odkrył „iskrę bożą”.

Matko, rylec mi podasz,
ja teraz rzeźbię obraz …

Rzeźbi w lipie wytrwale,
stał się sztuki wasalem,
piękne świątki, figurki,
pnie zamienia w laurki,
ozdobił ogród cały,
 w domu ściany, powały,
altankę pod kasztanem.

Teraz Jerzy jest panem.

Znawcy sztuki go znają,
co roku odwiedzają,
gdzieś  za morzem już słynie,
tylko nie w swojej gminie…

Tutaj czas wolno płynie,
ale w jedno lud wierzy
dzięki takim jak Jerzy
Polska nie zaginie !

środa, 18 maja 2016

Pomarzyć można, najlepiej w takt melodii "ody do radości"



początek Głuszycy - miasta


Niestety, jestem parszywym uosobieniem Polaka „drugiego sortu”. Nie potraktowałem poważnie sygnału płynącego od najważniejszej osoby w państwie, zwanej konfidencjonalnie „Broszką”, której pierwszą, najważniejszą czynnością po wejściu do gabinetu premiera rządu było zerwanie ze ściany niebieskiej flagi Unii Europejskiej. Nie potrafiłem się wyzwolić z brzmiących  w moim uchu melodyjnych dźwięków hymnu UE - „Ody do radości” z poematu Fryderyka Schillera do melodii z IX symfonii Ludwiga van Bethowena. Mało tego, one powracają z coraz to większą natarczywością, staram się je zagłuszyć patriotycznym - „ Przed Twe ołtarze zanosim błaganie, Ojczyznę, wolność racz nam wrócić Panie”, ale nic z tego, tamta melodia powraca jak bumerang. Co mam robić? Myślę sobie, przecież powinniśmy się cieszyć, że nie jesteśmy już  w Europie krajem  „trzeciego świata”, że Unia nam zapewnia rozwój gospodarczy jakiego dotąd nie było i co najważniejsze – skakać z radości, że mamy rząd „dobrej zmiany”, tak więc oda do radości powinna być O,key!

Skoro jednak flaga unijna na szczeblu Jej Wysokości, pani premier jest na indeksie, to ja jako posłuszny obywatel - patriota zrobię wszystko by ją wykarczować z pamięci tak samo jak słowa pieśni, której w szkole uczyłem się od dziecka – „My ze spalonych wsi, my z głodujących miast”, albo też niechlubny hymn naszego najważniejszego sojusznika ze wschodu: "Niezłomny nasz związek republik swobodnych, co wielka Ruś w bojach wydała na świat, niech żyje stworzony nam z woli ludów, braterski, zwycięski, potężny Kraj Rad!"

Zrobię to wszystko niepomny słów naszego wielkiego Reja z Nagłowic, który wprawdzie wszem i wobec ogłosił, „iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają”, ale gdzie indziej z bezkrytyczną otwartością głosił: „Nędza z bidą z Polski idą, ale z Polski nie wynidą”.

No dobrze, zgadzam się wyeliminować z mej pamięci „odę do radości”, gdy pomyślę o kolejnych wyczynach naszych rządzących, bo nie ma rzeczywiście czym się cieszyć. Ale pozostawiam sobie odrobinę swobody, by w momentach właściwych zanucić ją sobie we wnętrzu własnego Ego, w odniesieniu do tego, co się dzieje w moim „gnieździe rodzinnym”.

I teraz przechodzę do meritum sprawy.

Od wczoraj pochmurno i wietrznie na dworze. Mam więc alibi co do chwilowej przerwy w próbie wgłębiania się w strukturę gleby mojego ogródka. Odkładam łopatę i gracę na zaś, a wieczorem z entuzjazmem oddaję się w sferę emanacji głuszyckiej historii.

Zarówno Głuszyca, dzieląca się do dziś na Górną i Dolną, jak też pobliskie wsie, Sierpnica, Kolce, Łomnica, Grzmiąca, Rybnica Mała okazują się na kartkach pocztowych i starych fotografiach jak z krainy ułudy. W okresie międzywojennym (1918 – 1939) Głuszyca stała się jednym z najpiękniejszych zakątków Dolnego Śląska. Było to niewątpliwie skutkiem prosperity gospodarczej drugiej połowy XIX wieku, niebywałego rozkwitu przemysłu lekkiego, ale przede wszystkim walorów krajobrazowych i korzystnego położenia Głuszycy nad przełomem Bystrzycy, rzeki która wyznaczała naturalny szlak komunikacyjny z południa na północ, a więc z Kłodzka do Wałbrzycha lub Świdnicy.
To właśnie wtedy Głuszyca przeżyła niezwykły boom inwestycyjny. Wybudowano dziesiątki domów mieszkalnych, obiektów publicznych, administracyjnych, nie mówiąc o najnowocześniejszych na owe czasy fabrykach włókienniczych Kaufmanna, Reichenbacha, Webskiego. Wprawdzie Głuszyca za Niemców nie zdołała osiągnąć rangi miasta, ale już wtedy do tego pretendowała. 

Zwróćmy uwagę na fakt, że Głuszyca Górna i Dolna to były przez wieki zaszyte w górach, wielokrotnie tragicznie doświadczane przez wojny i epidemie wsie, o których niemiecka nazwa mówi sama za siebie: Wüstegiersdorf (pusta głucha wieś). Aż tu nagle stało się coś, co można uznać bez przesady za rewelację. Wystarczyło trzydzieści lat (1850-1880), by w tej rozległej kotlinie śródgórskiej urodził się prężny i znaczący dla całej Rzeszy Niemieckiej ośrodek przemysłowy. Obok fabryk włókienniczych (bawełnianych, lniarskich i wełnianych) pojawiły się, co jest rzeczą oczywistą, nowoczesne budynki mieszkalne, a przy nich urzędy, szkoły, przedszkola, szpitale, przytułki, restauracje, hotele, szlaki kolejowe i dworce, no i piękne wille fabrykantów, słowem to wszystko, co potrzebne jest do życia kilkutysięcznej zbiorowości ludzkiej. Zdajemy sobie sprawę z tego, że to wszystko pojawiło się nagle, cieszyło oczy świeżością i nowoczesnością. W otoczeniu cudownej przyrody można się było tym wszystkim zachwycić.

Obok przemysłu Głuszyca postawiła na turystykę. Atrakcyjnie położone w górach okoliczne wsie rozwijają bazę gastronomiczną i wypoczynkową. Coraz większym zainteresowaniem cieszą się sporty zimowe. W kolekcji Grzegorza Czepila oglądamy mnóstwo rozsianych po całej okolicy restauracyjek z miejscami noclegowymi, pokojów gościnnych, schronisk. Ciszą oczy atrakcje turystyczne, chociażby takie jak wieże widokowe, drewniane kościółki, ruiny zamków, itp.

Pocztówki i fotografie poniemieckie w całej swej rozciągłości emanują zachwytem i podziwem tych, którzy je utrwalali na kliszy. To był powód do dumy, a zarazem sławy i chwały. W wielu z nich przebija chęć promocji Głuszycy nie tylko ze względu na piękno krajobrazów, ale także osiągnięć w budownictwie, infrastrukturze miejskiej i autentycznej satysfakcji z tego powodu jej mieszkańców.

Dziś patrzymy na te obrazki czarno-białe, ale i kolorowe z największym zdumieniem. Nasze miasto w niczym nie przypomina uroków fotografii. Wprawdzie mamy miejsca pozwalające cieszyć się pięknem architektury budynków i otaczającej je przyrody, ale jest to kropla w morzu szarości, zaniedbania i tandety sypiących się ze starości domów, których nie tknęła ręka murarza przez całe stulecie. Pięćdziesiąt lat PRL-u, to czas stracony. To były najpierw dziesiątki lat tymczasowości, bo wciąż wisiała groźba powrotu Niemców na utracone ziemie. A kiedy już zyskaliśmy pewność, że status powojenny jest nienaruszalny, to po prostu nasz system własności państwowej okazał się niedostosowany do potrzeb. Dominował chroniczny brak pieniędzy na remonty budynków komunalnych. W znacznej skali przetrwało to do dziś.

Mało jest takich gmin jak Jedlina-Zdrój, w których nieomal w stu procentach uwłaszczono mieszkańców budynków komunalnych, powołując do życia wspólnoty mieszkaniowe. A skutek jest taki, że Jedlina może się szczycić nowymi dachami i elewacjami budynków, podczas gdy Głuszyca straszy kawalkadą szarych, brudnych, tąpniętych bloków wzdłuż kilkukilometrowej promenady wiodącej przez miasto. Tylko gdzieniegdzie można dostrzec zadbane, cieszące oko elewacje własnościowych domów. Nawet Urząd Miejski nie może się doczekać gruntownej odnowy na zewnątrz budynku, choć zrobiły to inne gminy ziemi wałbrzyskiej. Można odnieść wrażenie, że miasto umiera dotknięte nieuleczalną chorobą, podobnie jak jego mieszkańcy, w zdecydowanej większości renciści lub emeryci, bo młodzież i ludzie w sile wieku z inicjatywą i odwagą do podjęcia ryzyka uciekają stąd jak najprędzej.

Na szczęście nie umierają góry i lasy, trzyma się krzepko okalająca miasto przyroda, niewzruszona w swych rozlicznych powabach i dostojeństwie. To co nas ze wszech stron otacza tej wiosny w słonecznej tkance złotego sloneczka może przyprawić o palpitację serca. Głuszyca może zachwycić, gdy oglądamy ją z góry, tak samo jak Wałbrzych. Oba miasta położone w pierścieniach przecudownych gór, mogą się szczycić rzadko spotykanym pięknem krajobrazów. Jeśli uda się z biegiem czasu w Głuszycy tak jak w Jedlinie-Zdroju czy Wałbrzychu odwrócić trend umierania miasta, to szemrząca w dolinie Bystrzyca zacznie nucić unijną odę do radości, a spadające z nieba krople deszczu przestaną być łzami tej ziemi.

W ciągu kilkunastu ostatnich miesięcy w Głuszycy coś drgnęło. To jakby ożywczy symptom zdrowotny przekonujący nas, że ta epidemia, która dotknęła miasto, jest uleczalna. Obok pożytecznej działalności Centrum Kultury i Biblioteki Miejskiej, pojawiają się co rusz nowe inicjatywy i nowe pomysły gospodarcze. Coś się dzieje dobrego, tak sądzę, w budynku mojej pierwszej pracy nauczycielskiej, byłym Zespole Szkółókienniczych przy ul. Parkowej, odzyskanym dla miasta po zlikwidowaniu przez powiat jedynej szkoły średniej. Mamy zapowiedź kilku innych przedsięwzięć gospodarczych. Nie będę ich wymieniał w tym poście, przyjdzie na to czas. Głuszyca ma zadatki by stać się sławną jak przed laty, a kreatorzy takiego ruchu cieszyć się zasłużoną chwałą.
A ja uzurpuję sobie swobodę do zanucenia jeszcze nieraz, gdy przyjdzie na to czas unijnej „ody do radości”, w odniesieniu do mojego miasta. I nie zdziwię się, jeśli w oknach urzędu miejskiego zobaczę obok siebie dwie flagi : biało-czerwoną i niebieską !