Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

piątek, 17 marca 2017

Co znaczy Osówka dla Głuszycy ?


obiekt administarcyjno-socjalny na Osówce

„Marzy mi się Głuszyca jako jeden z ważniejszych na Dolnym Śląsku ośrodków rekreacyjno-wypoczynkowych i turystycznych, a okoliczne wsie, Głuszyca Górna, Sierpnica, Kolce, Łomnica, Grzmiąca, jako miejsca letniskowe i ośrodki sportów zimowych. Czy to jest realne? Myślę, że nieuchronne… Ufam, że tą książeczką uda mi się wyzwolić poczucie dumy i satysfakcji współmieszkańców z tego, co  już udało się osiągnąć, a Głuszyca nie jest pustą głuszą, jakby to wynikało z przetłumaczenia niemieckiej nazwy Wüstegirsdorf. Stała się ona jasnym punktem na mapach turystycznych Polski, wiele już napisano, a jest szansa, aby jeszcze nieraz było o niej głośno. Może również za sprawą tej książki”.

Oto cytat z posłowia mojej broszury zatytułowanej „Niezwykłości Osówki” napisanej dwanaście lat temu w 2005 roku, a wydanej przez Zakład Turystyczny „Osówka” w Głuszycy. To jedna z pierwszych moich książeczek, ale jak na wykwintną broszurę przystało – pięknie wydana w  miejscowej drukarni Leopolda Krysińskiego, z grafikami zmarłego już Kazimierza Śmigielskiego. Była to próba kondensacji dotychczasowej wiedzy i informacji zawartych w literaturze i prasie na temat „podziemnego miasta Osówka”, napisana na kanwie osobistych doświadczeń jako długoletniego mieszkańca Głuszycy, a także burmistrza miasta w latach 1994- 1998 . Osówka stała się wówczas atrakcją turystyczną i weszła na stałe na mapy turystyczne Dolnego Śląska.

Książeczka „Niezwykłości Osówki” licząca sobie 42 strony stanowi dziś unikat. Być może znajduje się jeszcze na półkach u niektórych mieszkańców Głuszycy. Jest też dostępna w miejskiej bibliotece. Od tamtego czasu pojawiło się na rynku wydawniczym wiele innych książek, różnych autorów na temat kompleksu „Riese” w Górach Sowich. Pisałem o tym w „Głuszyckich kontemplacjach” (część I i II), a potem w „Wałbrzyskich powabach” i w wydanej dwa lata temu książce „Głuszyca – miastem włókniarzy”, także w artykułach prasowych. Temat ten powraca od siedmiu lat w porannych audycjach  wałbrzyskiej rozgłośni radia „złote przeboje” oraz w moim blogu internetowym „tu jest mój dom”. Ale  książeczka „Niezwykłości Osówki” wydaje mi się szczególnie wartościowa, bo pisana pod wpływem najświeższych emocji, jakie towarzyszyły nam w trakcie odkrywania tajemnic Osówki i problemów z jej zagospodarowaniem turystycznym.

Osówka dziś pęka w szwach od nadmiaru turystów. Co roku w majowe święta (1 i 3 maja), a także w pogodne weekendy letnie i jesienne przeżywa prawdziwe oblężenie. Kawalkady samochodów ciągną się przez całą Sierpnicę. Osówka się rozbudowuje. Dotychczasowy obiekt administracyjny i  socjalny dla turystów nie wystarcza. W tym roku planuje się dobudowę toalet i  pomieszczeń sanitarnych.

Pisałem już nieraz o różnego rodzaju nagrodach i wyróżnieniach, którymi szczyci się dyrektor Osówki, Zdzisław Łazanowski. To wszystko sprzyja promocji Turystycznego Miasta Osówka, o którą tak mocno zabiegaliśmy, od momentu otwarcia jej  dla turystów. Wspomnę tutaj dla przykładu jedno ciekawsze wydarzenie.

To było, bagatela, dwadzieścia lat temu. Nie do wiary jak ten czas ucieka. Usiłowaliśmy wtedy nawiązać kontakt ze świeżo promieniejącą gwiazdą medialną, redaktorem Bogusławem Wołoszańskim z Warszawy. To co robił na ekranie polskiej telewizji było nie mniejszą sensacją niż tematy, którymi potrafił nie tylko zainteresować, ale wręcz zafascynować, a tym samym odrodzić od nowa pasję poznawania tajemnic II wojny światowej. Program telewizyjny Bogusława Wołoszańskiego dotyczył w ogóle sensacji tego okrutnego XX wieku, ale koncentrował się głównie na zagadkach ostatniej wojny. A przecież żyliśmy wtedy w Głuszycy nieomal na co dzień odsłanianiem niezwykle emocjonującej tajemnicy, kryjącej się w podziemiach niewielkiej góry, Osówki, w masywie Włodarza w Górach Sowich. Zagospodarowanie turystyczne Osówki, jak to się oficjalnie nazywało w programach gminnych, pozwoliło przekonać się nieomal namacalnie, że pod tą górą znajdują się dwa poziomy podziemnych sztolni i hal. Ten wyższy, liczący sobie ok. 2 km. udało się uporządkować, zabezpieczyć i udostępnić do zwiedzania, ten niższy, gdzie na początku podziemnego korytarza znajdowała się wartownia i kilka obetonowanych pomieszczeń, zablokowany był zawałem. Nie ma wątpliwości, że był to zawał spowodowany celowo przez Niemców po to by zamknąć dojście do tej części podziemnej inwestycji. Jak ona wygląda i co się w niej znajduje, oto jest pytanie, które nurtuje do dziś wszystkich zainteresowanych kompleksem „Riese”, a jest ich coraz więcej. Wielu jednak powoli traci nadzieję, że uda się kiedykolwiek uchylić przynajmniej rąbka tej tajemnicy.

W 1996 roku staraliśmy się przyciągnąć do Głuszycy redaktora Wołoszańskiego. Gdyby się to udało, być może zagadka tzw. „ostatniej kwatery Hitlera” stałaby się głośna w całej Polsce, a może i jeszcze dalej. Niestety, red. B. Wołoszański nie miał wtedy czasu, zajęty pracą w telewizji i pisaniem książek, by móc do nas przyjechać. Na pocieszenie przysłał mi drugą część wydanej właśnie książki „Ten okrutny wiek” z cyklu „Sensacje XX wieku” z imienną dedykacją i list z zapewnieniem, że zrobi wszystko, by u nas zagościć.

„Co się odwlecze, to nie uciecze”, głosi znane przysłowie. Red. B. Wołoszański pojawił się w Głuszycy po parunastu latach, kiedy kręcony był głośny film „Tajemnice twierdzy szyfrów”, ale wtedy był zainteresowany poszukiwaniem miejsc, które mogły stanowić atrakcyjne tło do fabuły filmu, nie mającej nic wspólnego z tajemnicą kompleksu „Riese”. Jak się okazuje nie była to jego ostatnia wizyta.

8 stycznia 2013 roku odwiedził Głuszycę po raz kolejny. Tym razem celem wizyty były przygotowania do realizacji kolejnych odcinków realizowanego w „Polsacie” serialu „Skarby III Rzeszy”.
 
Ekipa programu była pełna podziwu dla wielkości obiektu, wybetonowanych pomieszczeń, oraz miejsc w których Niemcy mogli ukryć skarby przed zakończeniem wojny. Po wizycie stało się jasne, że podziemia Osówki znajdą się w kolejnych odcinkach zdobywającego popularność filmu emitowanego przez telewizję Polsat.

No i właśnie stało się to, o czym trudno było nawet pomarzyć. Myślę o sukcesie Agnieszki Holland w Berlinie. Na 67 z kolei przeglądzie filmowym Berlinae wybitna nasza reżyser, Agnieszka Holland, została nagrodzona statuetką Srebrnego Niedźwiedzia za najnowszy jej film pt. „Pokot”. Nagrodę imieniem Alfreda Bauera przyznają w Berlinie jurorzy za filmy otwierające nowe perspektywy artystyczne. Są w filmie pobudzające naszą wyobraźnię sceny nagrane w podziemiach  Osówki. Tak więc głuszycka atrakcja turystyczna znalazła się na  ekranie filmu, który zdobył prestiżową nagrodę jednego z najważniejszych na świecie festiwali.

Czy ktoś ma jeszcze wątpliwości co do tego, że Głuszyca  dzięki Osówce stała się ważna ?

czwartek, 16 marca 2017

Wałbrzyski Argonauta



 
Już wcześniej miałem o nim napisać wskrzeszając pamięć z dawnych dobrych czasów, kiedy to miałem zaszczyt stykać się z nim częściej. Oliwy do ognia dolała wiadomość o rozprawie sądowej, w której oskarżonym jest właśnie bohater mojego dzisiejszego felietonu. O tym  politycznym procesie informują media. Szkoda, że zbyt mało możemy się z nich dowiedzieć o człowieku, któremu „Tygodnik Wałbrzyski”  jesienią 2011 roku poświęcił trzyodcinkowy artykuł pod intrygującym tytułem „Kim jest Roman Gileta?”
Autorem wywiadu-rzeka jest jego koleżanka po piórze, Elżbieta Gargała. Ponieważ obydwoje nie szczędzili czasu i miejsca w kolejnych trzech numerach gazety, możemy powiedzieć, że o Romanie dowiedzieliśmy się prawie wszystkiego. Oczywiście prawie, bo jest to człowiek o biografii niezwykle bogatej, a jego aktywność na polu kulturalnym, literackim i dziennikarskim w Wałbrzychu to taki ogrom wydarzeń, których sam nie jest w stanie spamiętać.
Życiorys Romana Gilety nie jest prosty, droga poetycka również, nie cierpiąca, na szczęście, na megalomanię. Najcenniejszą jest w jego wierszach autentyczność i wiarygodność. Znać, że pisane są z potrzeby, a nie na pokaz. Przyobleczone w prostą, komunikatywną formę narracji dotyczą spraw egzystencjalnych” - napisała Zofia Gebhard o „Nokturnie domowym”.
Z czasem Roman Gileta stawał się w Wałbrzychu coraz bardziej człowiekiem – legendą. Dobrze, że udało się zapisać w gazecie sowitą garść wspomnień i osobistych refleksji ukazujących człowieka z krwi i kości, aktywnego i niezmordowanego, pełnego pomysłów i inicjatyw, gromadzącego wokół siebie ludzi podobnie jak on niespokojnych i zdeterminowanych w sprawach lokalnego życia kulturalnego.
Nie mam zamiaru snuć panegiryku o jego zasługach i dokonaniach twórczych. Zainteresowanych odsyłam do gazety. Natomiast myślę, że warto się podzielić z Czytelnikami DB 2010 dwoma wspomnieniami z nie tak znów odległej przeszłości.
Pierwsze z nich, to niezapomniany wieczór w styczniu 2000 roku, kiedy to w kawiarence Wyższej Szkoły Zarządzania i Przedsiębiorczości na Sobięcinie miała miejsce promocja tomiku poezji czterech wałbrzyskich poetek, p. t. „Kareta dam”. Tytułowe damy, to: Elżbieta Gargała, Danuta Góralska, Teresa Misior-Zalewska, Wiesława Raczkiewicz. Spiritus movens tej publikacji był jej redaktor, Prezes Wałbrzyskiego Stowarzyszenia Środowisk Twórczych, właśnie Roman Gileta. Była to pierwsza książka wydana przez Stowarzyszenie, sfinansowana ze środków Urzędu Miasta Wałbrzycha. W wieczorze promocyjnym brała udział sławna już wówczas powieściopisarka, Olga Tokarczuk. Zdobyłem się na odwagę i przeczytałem wówczas napisany przez siebie okolicznościowy wiersz o nieco przydługim tytule: „Apokryf na wieczną pamiątkę publikacji tomiku wierszy „Kareta dam”:

zamajaczyła w przestrzeni
mojej wyobraźni
kareta dam
niczym cztery błyszczące kola
Wielkiego Wozu

pierwsza gwiazda
- piękna metafora
biedna jak mysz kościelna
w dziurawych butach
i platonicznej rozterce
mrówki
wątpiącej w człowieka
domatorka licząca komary

druga gwiazda
- otwarta dla wszystkich
niewolnica
grzesząca inaczej
dzieło sztuki
korzące się wstydem
przed portretem Mony Lisy

trzecia gwiazda
- różyczka
spragniona pieszczot deszczu
wtulona w ciszę nocy
płonąca blaskiem miłości
poszukiwaczka
niespełnionej przyjaźni

czwarta gwiazda
- złakniona ciała
kanibalka
naga
w akcie tworzenia
apologetka Królowej Śniegu
przemykającej vis a vis nocnego sklepu
zaplątana
w poszukiwaniu straconego czasu
niedoszła samobójczyni

z taką karetą
wyruszył odważnie
w dionizyjskiej wenie
wałbrzyski Argonauta
Romek Gileta
po złote runo
edytorskiej sławy

Drugie wydarzenie miało miejsce w dwa lata później, również w styczniu, w rynkowej piwnicy piwnej, a był to wieczór promocyjny tym razem tomiku wierszy Romana Gilety „Profile”. Była to już czwarta publikacja Stowarzyszenia Środowisk Twórczych Wałbrzycha, a redaktorem tomiku tym razem był najbliższy druh poety, Henryk Król. W jednym z wierszy tego tomiku Roman Gileta napisał:

Gdy starczy mi sił
wysieję wszystkie ziarna prawdy
czasu nie mam wiele
lecz słów mi starczy na dłużej
dłużej tak nie może być…”

Wtedy to dokonałem ponownie próby wysławienia Romana wierszem. Z uwagi na autentyzm tekstu przytoczę go w całości:

Wiem, że nie wiesz Romku
o jakiej godzinie,
oliwa sprawiedliwa
na wierzch nam wypłynie

wtedy się okaże,
że Ty jesteś szycha,
że nie masz równego
wśród elit Wałbrzycha

Prosimy Cię Romku
z całym sentymentem
odłóż w kąt „Profile”
zostań prominentem

wówczas dla kultury
miną czasy marne
a poetom staną
otworem piwiarnie

tam trafi z salonów
panisko kultura
już nie będziesz musiał
„żyrować” u Króla

już nie będziesz czekał
jak niechciana psina,
aż Ci groszem kapnie
sam Leszek Gadzina

składamy Ci Romku
przyrzeczenie święte
będziemy głosować
byś był prominentem !

I stało się to, co było naszym życzeniem w przełomowych czasach nowego tysiąclecia. Romek Gileta stał się prominentem na polu wałbrzyskiej kultury, a „Tygodnik Wałbrzyski” to potwierdził w całej rozciągłości. Bo o takich „poetach Argonautach” nie można zapomnieć, trzeba ich cenić i szanować za nieugiętość w dążeniu do celu.
To przykre, że za żartobliwy komentarz w facebooku pod adresem tych radnych, którzy nie potrafili uszanować i docenić zasług wybitnej powieściopisarki, Olgi Tokarczuk, znalazł się Roman na sali sądowej. Ten precedens, jak sądzę, pozwala tylko jeszcze bardziej docenić zasługi Romana dla wałbrzyskiej kultury i rozszerzyć grono jego przyjaciół i sojuszników.

Niestety, znajdujemy się w sytuacji, w której coraz trudniej mieć zaufanie do naszego wymiaru sprawiedliwości. Wybitny polski filozof prawa, prof. Jerzy Zajadło stwierdza, że dzisiejsza Polska jest niedemokratycznym państwem bezprawia. Nie ma się więc co dziwić, że z trudem pasuje do aksjologii leżącej u podstaw Unii Europejskiej. Oto jak uzasadnia swoją opinię:

„Po pierwsze, proces legislacyjny zamienił się w farsę. Sejm, Senat i prezydent stali się organami, które bezkrytycznie i bezwolnie akceptują projekty ustaw powstające wprawdzie formalnie w ramach obowiązujących procedur, ale faktycznie będące emanacją kapryśnej i nieprzewidywalnej woli tzw. centralnego ośrodka decyzji politycznej. Wszystko to odbywa się bez jakichkolwiek konsultacji społecznych i bez brania pod uwagę głosu opozycji parlamentarnej, nawet tam, gdzie prawo wyraźnie tego wymaga…

Po drugie, projektowane zmiany statusu Krajowej Rady Sądownictwa i reorganizacji systemu organów wymiaru sprawiedliwości wyraźnie zmierzają już nie tylko do naruszenia zasad podziału władzy (art. 10 konstytucji) i odrębności władzy sądowniczej (art. 173 konstytucji). Ich celem jest wręcz przekształcenie sędziów i sądów w posłusznych wykonawców woli wspomnianego centralnego ośrodka – w równym stopniu, w jakim się to już stało udziałem władzy ustawodawczej i wykonawczej. Tak pojęte sądy przestaną być sądami i trudno znaleźć odpowiednie słowo na określenie ich istoty. Nie mamy więc do czynienia wyłącznie z reinterpretacją pojęć, ale z ich całkowitą negacją…”

W artykule znajdujemy oczywiście szersze uzasadnienie tego rodzaju paradygmatu. A rzecz cała kończy się pointą:

„Stoimy więc w obliczu gigantycznego paradoksu, ponieważ przyszło nam chronić prawo i sprawiedliwość przed Prawem i Sprawiedliwością”. 

Mimo wszystko trzymamy Romku kciuki i wierzymy, ze wyjdziesz z tej sprawy obronną ręką.

środa, 15 marca 2017

Moje rymowanki



Są takie chwile, kiedy zachodzi potrzeba by jakieś ważne wydarzenie, jakąś rocznicę, uroczystość, osobę, uczcić  tak zwaną „mową wiązaną”, czyli wierszem. Jeśli  napisze się o tym do rymu, brzmi to okazalej, donioślej, milej. Najczęściej takie tekściki pachną grafomaństwem, zwłaszcza jeśli nie ma w nich czegoś innego od zwykłej paplaniny, a rymy są zbyt proste. Mówi się, że są to rymy „częstochowskie”, ale dlaczego, nie wiem. Jest bardzo niewyraźna granica pomiędzy grafomaństwem, a prawdziwą sztuką poetycką, często trudna  do wyjaśnienia. Dotyczy to zresztą nie tylko słowa pisanego, ale i malarstwa, i muzyki, i innych dziedzin sztuki.

Dla zwykłych „zjadaczy chleba” myślę, że ważne powinno być tylko jedno kryterium, czy nam się to podoba, czy też nie. I tym powinniśmy się kierować czytając z zainteresowaniem tekst pisany, słuchając muzyki,  czy też wieszając jakiś obraz na ścianie. Jeśli dokonujemy takiego wyboru tylko dlatego, bo ktoś nam powiedział, że to jest dzieło sztuki  -  to jest to snobizm. Tego powinniśmy unikać. Nie powinniśmy też narzucać swoich upodobań innym odbiorcom.

Sztukę uprawia się po to, by uczynić świat piękniejszym, bliższym człowiekowi, zrozumialszym. Sprawą twórcy jest umiejętność trafienia do odbiorcy, ale też świadomość, że nie uda się trafić do każdego.

Dla zachęty proponuję moje dwa wierszyki. Czy Wam się spodobają, czy też nie, rzecz gustu. Ale poczytać można.

Na Nowy Rok  -  życzenie niekonwencjonalne


Lekkości, uroku
w Nowym Roku!
Niech się dobrze dzieje,
bo nam dowcip zaśniedzieje.
Bez humoru więdnie dusza,
zmieniasz się w kaktusa.
Bez uśmiechu tracisz wszystko
jesteś jak wykopalisko.
Niech twój uśmiech nas ogarnia
jak morska latarnia.
Twe oczy się śmieją,
najbliżsi szaleją,
są w zapale zrobić wiele
by było weselej.
No i wtedy rok upłynie
jak Wieprz w Szczebrzeszynie !



Być szczęśliwym

Rozszumiały się wierzby jak co dzień,
bo je wicher obudził dobrodziej
i po listkach się plątał od rana
wyśpiewując dziękczynne hosanna

Usłyszały ten koncert poranny
lśniące rosą złociste dziewanny,
więc zwróciły się twarzą do słońca,
by nasycać się ciepłem bez końca

Tylko łopian się skulił zaspany,
w  kroplach rosy srebrzystych skąpany,
lecz wicherek go suszył powiewem,
czemu łopian był smutny, ja nie wiem.

Wystarczyło obejrzeć się wkoło
 i od razu się poczuć wesoło,
bo oplotły źdźbła traw niczym wata
pajęczyny „babiego lata”


Gdy tak łąką idziemy do lasu
oszronieni jedwabiem czasu,
złote słońce wychyla się z nieba,
co nam jeszcze do szczęścia potrzeba?


Są wśród nas nienasyceni pięknem przyrody, którym karmi nas matka-natura. Nie wystarczy im patrzeć, czuć, oddychać. Oni muszą o tym wszystkim napisać. No i dobrze, siadajcie przy klawiaturze (ongiś siadło się przy stole) i piszcie. To naprawdę przednia zabawa. A dziś łatwo się podzielić z innymi swoimi osiągnięciami, bo przecież mamy portale społecznościowe, chociażby fecebook. Zachęcam do takiej twórczości, kosztuje trochę czasu, ale przynosi wiele satysfakcji. No więc – do dzieła !

Fot. Zbigniew Dawidowicz

wtorek, 14 marca 2017

Krajobraz po bitwie o Tuska




Wpadł mi w ręce z lekka omszały już miesięcznik „Literatury”, numer 2 z 2000 roku, a w niej artykuł z paryskiej „Kultury” p.t. „Dewaluacja słów”, autorstwa nie byle kogo, bo wybitnego publicysty katolickiego – Andrzeja Micewskiego. Dokonuje w nim zwięzłej lecz przenikliwej analizy miejsca i stanu naszych umysłów u progu dwutysięcznego roku. Uderzyła mnie niezwykła trafność wysnuwanych już wtedy opinii i ocen w odniesieniu do minionego dziesięciolecia, a co szczególnie zasługuje na uwagę - końcowy wniosek:

„Nie zapominam o żadnej krzywdzie w naszej przeszłości, lecz racja stanu państwa nakazuje Polakom poświęcić główne wysiłki przyszłości, choć będzie ona wymagać od społeczeństwa polskiego jeszcze większej determinacji w dążeniu do godnej pozycji wśród możnych tego świata. Dawnego PRL-u i dawnej „Solidarności” już praktycznie nie ma, bo były to fenomeny historyczne. Natomiast w Polsce, jak we wszystkich krajach demokratycznych, istnieje lewica i prawica polityczna, a także ważne - według mnie – formacje centrowe. Nasza odpowiedź na wyzwania przyszłości powinna wyrażać się w kulturze politycznej, która zakłada istnienie odmienności poglądów i umiejętności choćby porozumienia się  i debaty między prawdziwymi i poważnymi centrami politycznymi. Żeby zaistnieć silnie i trwale w układach międzynarodowych powinniśmy czasem mówić jednym głosem w sprawach dobra i rozwoju państwa. Taki obowiązek spada na prawdziwych polityków, którzy nie będą chcieli tkwić wiecznie w zaściankach i sporach przeszłości.

A wniosek z tego tylko jeden. Należy powściągnąć w sobie emocje i nienawiść polityczną, bo prowadzi ona do tragedii gorszących cały świat. Nie powinniśmy mieć wrogów w gronie polityków, lecz tylko przeciwników, po prostu ludzi inaczej myślących. Państwu trzeba czasem służyć  wspólnie, niezależnie od podziałów ideowych, czy politycznych. Jeśli nie będziemy tak służyć Polsce, to przegramy jej szanse, jakich od dawna nie miała.

Andrzej Micewski patrzy na to, co się dzieje złego w naszej polityce pod kątem naszej pozycji w polityce światowej. 

A ja dodałbym od siebie jako nauczyciel fatalne skutki wychowawcze dla młodzieży wynikające z obserwacji tego co się dzieje w najważniejszych organach państwowych. Jestem dzieckiem PRL-u, w tym systemie byłem wychowywany przez rodziców i szkołę. Wyniosłem z niej przeświadczenie o niepodważalnym autorytecie takich organów państwowych jak Prezydent, Sejm, Rząd. Przypominam sobie jak zwracano mi uwagę, że powinno się to pisać dużą literą. Dziś nie widzę takiej potrzeby, ale  jest to zasługą tych, którzy z trybuny sejmowej  zrobili pomieszczenie magla lub baru piwnego. Rząd stał się bezwolnym narzędziem, zaś prezydent marionetką poruszaną palcem prestidigitatora politycznego, który skutkiem niemadrych przepisów prawa wyborczego znalazł pole do realizacji osobistych fobii.  Tylko że w maglu nie wisi na ścianie godło państwowe i krzyż, a w sali sejmowej zajmują one czołowe miejsca.

Szkoda, że wiele podobnych przestróg i apeli wybitnych ludzi jak A. Micewski, trafia w próżnię. A jest ich krocie i padają z ust najwybitniejszych przedstawicieli inteligencji w naszym kraju. Trzeba robić wszystko, by wyrwać się ze ślepego zaułku politycznego chamstwa i głupoty, jaką prezentuje nasza obecna władza. Postawa 27 krajów Unii Europejskiej wobec przedłużenia kadencji byłego premiera Polski, Donalda Tuska mówi sama za siebie. Trzeba mieć nie po kolei w głowie, by z tej nauczki nie wyciągnąć rozsądnych wniosków. Jak na razie na to się nie zanosi. 


Spektakularna katastrofa dyplomatyczna rządu Beaty Szydło w Brukseli wymaga jednak zastosowania nowych środków wyrazu, bo klęska została uznana przez prezesa PiS za wielkie zwycięstwo. I wyznawcy wiedzą już, co mówić. Choć tutaj tak łatwo już nie mają, jednak wynik 27:1 robi wrażenie. Ekwilibrystyka w szukaniu odpowiednich słów budzi nawet szczególny rodzaj podziwu, bo naprawdę trzeba się natrudzić, żeby ten brukselski blamaż opisywać w kategoriach wygranej. I posypały się banały – o wstawaniu z kolan, o odzyskiwaniu podmiotowości, o łamaniu zasad przez Unię Europejską, o złym Tusku. Pojawiły się antyniemieckie fobie  i z trudem skrywana antyeuropejskość.

Niestety, krajobraz po tej bitwie nie wróży Polsce nic dobrego. Jestem przekonany, że jest to zdanie zdecydowanej większości Polaków. Czekamy na mądre ruchy opozycji. Najwyższy czas by się zjednoczyć i tak jak to było w sierpniu 1980 roku pokazać obecnie rządzącym gdzie jest ich miejsce. 

Fot. Zbigniew Dawidowicz