Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Czego nam brakuje w Wałbrzychu ?



a parki czekają



O właśnie. Zastanawiałam się, czego nam do szczęścia brakuje, i już wiem:  narodowo-polskich parków rozrywki. Nowoczesną sieć dróg, bezpieczne i szybkie koleje, skuteczną służbę zdrowia i posażną, wielodzietną rodzinę już nam wkrótce zapewni PiS z prezesem Jarosławem Kaczyńskim, jako I Sekretarzem KC PiS (Dowcipni twierdzą, że w tej nazwie PiS, tylko „i” jest prawdziwe). Wiemy o tym na 100% z kampanii wyborczej, a obecnie już z programu rządowego i rocznych osiągnięć Beaty Szydło.

Ale w kraju powszechnej zamożności trzeba mieć gdzie spędzać czas wolny od pracy i od myślenia. Ultranowoczesna kościelna kruchta nam nie wystarczy skoro jesteśmy wasalem Unii Europejskiej i chcąc nie chcąc ulegamy jej wpływom. Już w tej chwili corocznie ok. 150 tysięcy Polaków wyjeżdża do zagranicznych parków rozrywki. Najwięcej do Disneylandu pod Paryżem. Popularny jest też Europa-Park w Niemczech przy granicy z Francją, Heide Park między Hamburgiem a Hanowerem czy włoski Gardaland w okolicach Werony. A co będzie za parę lat jak staniemy się gospodarczą potęgą pod rządami PiS-u? Czy mamy nadal szukać frywolnej rozrywki tam, gdzie na każdym kroku grozi nam zło i  zgorszenie, będące jak głosi najwyższy autorytet, ksiądz Oko, szatańskim produktem ideologii gender?

Paryski Disneyland jest z tych parków najdroższy! 1000 zł za jeden dzień dla czteroosobowej rodziny. Ludzie mimo wszystko chcą tam jeździć, bo jest najbardziej rozpoznawalny. Nasiąkli  liberalną doktryną Kongresu Liberalnego Tuska, że człowiekowi wszystko wolno, zwłaszcza to, co mu sprawia przyjemność.

Polacy, którzy z natury są gotowi przyjmować bezkrytycznie zachodnie wzory, szukają więc rozrywki za granicą. Część z nich połknęła zachodniego bakcyla i chce spędzać czas wolny w takich parkach, które spełnią ich specyficzne gusty. Wiele parków bazuje na bohaterach z filmów fabularnych i animowanych oraz na postaciach popkultury. Przykładowo w parkach Disneyland czy Universal Studios można znaleźć i Harry'ego Pottera, i Indianę Jonesa, i Jemesa Bonda. Takie atrakcje robią piorunujące wrażenie, nawet na największych malkontentach.

Trudno się dziwić, że znaleźli się inicjatorzy utworzenia naszego rodzimego parku rozrywki na stu kilkudziesięciu hektarach pięknej puszczy pod Grodziskiem Mazowieckim (park krajobrazowy!). Twierdzą oni, że w ten sposób przynajmniej las ocaleje przed wyrębem, czyli morderczą egzekucją realizowaną bezpardonowo i skutecznie przez samowładną instytucję biznesową o nazwie Lasy Państwowe.

Ideą naszego parku rozrywki winno się stać ograniczenie naśladownictwa wzorów zachodnich. To że zidiociali Francuzi mają swój kretyński park Asterixa nie znaczy że mamy ich małpować i  trzeba mieć sieczkę w głowie żeby się podniecać plastikowymi krokodylami i kukłą Indiany Jonesa.

Nie wiemy dokładnie jakie pomysły wpadną do głowy inwestorom, którzy wydeptują ścieżki organów rządowych, by zdobyć koncesję na to oryginalne przedsięwzięcie. Dobrze byłoby urządzić taki park na kanwie znanej powieści dla dzieci i młodzieży, „O krasnoludkach i sierotce Marysi”, ale ostatnie odkrycia dotyczące skłonności lesbijskich jej autorki dyskwalifikują ten pomysł w zupełności. Można się spodziewać, że w tej sytuacji spróbują oni skorzystać skrzętnie z pomocy elit ekipy rządzącej. Wiele mądrego mogłaby podsunąć prawdziwa intelektualna  tęcza Sejmu, wybitna posłanka PiS-u, Krystyna Pawłowicz, tylko zachodzi obawa, że może się zapamiętać i obrzucić przy okazji szatańskich liberałów wychodkowymi epitetami. W odwodzie pozostaje jak dotąd niezbyt skutecznie wykorzystany specjalista w zakresie moralności, doświadczony w boju, internacjonalista - europoseł Richard Henry Francis Czarnecki, który z niejednego pieca chleb jadł, zna się na wszystkim i stanowi kwintesencję pisowskiego guru. On to właśnie z emfazą zaproponuje, żeby był to park pod wezwaniem Jarosława Wielkiego, żeby było w nim dziesięć karuzeli z imionami najwybitniejszych Polaków, czyli polityków z  PiS-u, a dodatkowo mini-karuzelka na cześć, wszakże wyklętej, ale stojącej na czele krucjaty przeciwko gehennie gender, Beatki Kępy z SP. W całym parku zagrzmią megafony, jak na słynnych Parteitagach NSDAP, z audycjami radia Maryja, a przy karuzelach stać będą kapliczki - świątynie dumania, gdzie pobożni turyści z całymi rodzinami znajdą miejsce wytchnienia i modlitwy. To jest tylko zarzewie pomysłów na urządzenie narodowo-polskiego Parku Rozrywki jako antidotum na zło i zgniliznę moralną, którą niesie ze sobą zachodnia cywilizacja. Jest szansa, że ten projekt spotka się z aprobatą obecnego ministra kultury i dziewictwa narodowego, bo park  byłby miejscem kultu najlepszych Polaków, można się więc spodziewać wsparcia pieniężnego na ten zbożny cel.

Nie będę snuł dalej rozważań nad projektem, zwłaszcza że nie chciałbym ograniczać inwencji   osób kreatywnych. Myślę, że jednak trafiłem celnie w odpowiedzi na pytanie – czego nam brakuje do szczęścia? No właśnie – rodzimego, patriotycznego Parku Rozrywki. Najpierw chyba jednak w Toruniu imieniem Magnificencji Ojca Rydzyka.

Taki  Pisoland przydałby się  w Wałbrzychu,, np.  na bazie któregoś z licznych w tym mieście parków, najlepiej na Sobięcinie, bo tam mamy już zniewalającą zachodnim błyskiem „Viktorię”, to teraz jako antidotum przydałby się refleksyjno-rekreacyjny  park patriotyczno-narodowy spod znaku „Świętej Rodziny”.

To jest dla Wałbrzycha sprawa honoru, bo wstyd, że małomiasteczkowe Kłodzko ma już czym zaimponować nawet zmanierowanym turystom z Zachodu, a była stolica województwa, Wałbrzych, afiszuje się tylko zamkiem Książ i Starą Kopalnią, a przecież tam nie przyjeżdżają ludzie potrzebujący rozrywki. Kłodzki Euroland jest przynajmniej magnesem dla rodzin z dziećmi i młodzieży szkolnej. Wałbrzyski Park obok tego, co napisałem powyżej, mógłby się zapełnić różnego rodzaju kapliczkami, ołtarzykami, statuetkami osób pobożnych, mogłyby to być miniaturki miejsc świętych z całego świata. Co za gratka dla wszelakiej maści parafialnych aktywistów w kraju i za granicą – pielgrzymki do Wałbrzycha jak do Lichenia.

Mam nadzieję, że przedsiębiorczym aktywistom wałbrzyskiego PiS-u zapaliłem zielone światło. Tylko bardzo proszę pamiętać, że ja jestem pomysłodawcą.

sobota, 11 czerwca 2016

Szczawieński Noblista, cz II

szczawieński Park Zdrojowy

Dobrze zapowiadające się małżeństwo Gerharta Hauptmanna stanęło pod znakiem zapytania z powodu fascynacji inną kobietą.
14 listopada 1893 r. z okazji prapremiery dramatu "Hanusa” w Berlinie Gerhart spotyka młodą, osiemnastoletnią Margarethę Marschalk, którą znał już jako podlotka. Jej brat Max był autorem muzyki do "Hanusi", a młoda, pełna życia i obyta w świecie Margaretha utalentowaną, debiutującą skrzypaczką. Początkowe zauroczenie Margarethą przyjmuje z czasem coraz poważniejszą formę i w styczniu 1894 r. Gerhart wynajmuje w Berlinie-Charlottenburg dwa pokoje, gdzie może swobodnie spotykać się z ukochaną. Żona Gerharta, Maria, dowiaduje się o jego romansie. Podejmuje więc dramatyczną decyzję o wyjeździe z dziećmi do Ameryki. Oznajmia to Gerhartowi w liście pożegnalnym, który zostaje dostarczony przebywającemu w Paryżu pisarzowi: ...”nie wyjeżdżam, aby zaostrzyć nasze rozstanie... mam nadzieję, że to cięcie pozwoli zbudować drogę, która nas do siebie poprowadzi, nawet jeśli okrężną ścieżką, ... Żegnaj, moje najlepsze życzenia będą zawsze z Tobą." 

Nie czekając na paryską premierę "Hanusi" Gerhart wyrusza niezwłocznie za żoną do Nowego Jorku na pokładzie Elby. Ponowne połączenie rodziny ma miejsce u przyjaciela Alfreda Ploetza w Meriden, gdzie Hauptmannowie spędzają resztę pobytu w Ameryce. Po powrocie rodziny do Niemiec w końcu maja, Gerhart prowadzi przez całe lato niespokojne życie między Szklarską Porębą, Berlinem i Dreznem, nie mogąc podjąć żadnej decyzji. Ma do rozwiązania dylemat uczuciowy, moralny i obyczajowy. Więź rodzinna z żoną i dziećmi stanęła na szali z powodu miłości do młodej, bliskiej pisarzowi mentalnie i emocjonalnie skrzypaczki, której nieopacznie zawrócił w głowie Jesienią rozpad małżeństwa staje się już faktem, wspólne gospodarstwo w Szklarskie Porębie zostaje przerwane, Maria przeprowadza się z synami do Drezna, a Gerhart z powrotem do Berlina. 

Formalnego związku z Margarethą nie udaje się zalegalizować, ponieważ żona Maria, z którą Gerhart nadal utrzymuje przyjazne stosunki i którą odwiedza w Dreźnie, liczy mimo wszystko  na zmianę uczuć swego męża.

W 1897 roku z nową miłością swego życia, młodszą o 13 lat Margerethą, odbywa Gerhart romantyczną podróż do Włoch. Wzmocniła ona fascynację pisarza młodą, piękną i subtelną, towarzyszką podróży. Po powrocie Gerhart buduje dla Marii i synów dom w Dreźnie-Blasewitz, sam zaś w roku 1900  nabywa w Jagniątkowie łąkę zwaną „Wiesenstein”. Berliński architekt Hans Grisebach projektuje przyszły dom. Gerhart z Margarethą wprowadzają się rok później do willi, która spełnia marzenia ich obojga o zamieszkaniu w zaciszu górskim u stóp uwielbianych  Karkonoszy. W tym samym roku przychodzi na świat wspólny syn Gerharta i Margarethy, Benvenuto, ale Maria Thienemann wciąż żyje nadzieją, że to wszystko przeminie i jej mąż powróci na łono swej pierwszej rodziny. Na rozwód  zgadza się dopiero w 1904 roku. Zgodnie z aktem rozwodowym pisarz zobowiązuje się zwrócić Marii w ratach w ciągu 10 lat jej wniesiony w małżeństwo majątek i płacić alimenty na nią i na synów do czasu ukończenia przez nich szkół. 18 września tego właśnie 1904 roku  Gerhart poślubia Margarethę w swoim nowo wybudowanym domu Wiesenstein. "Nowe, ciche piękno wypełnia nasz dom." – napisze o tym w liście do brata.

Rozpad małżeństwa dotknął także jego brata, Carla Hauptmanna i podobnie jak w przypadku Gerharta pierwsza żona Carla, Martha z Thienemannów, mimo rozstania, do końca życia pozostała jednak najbliższą przyjaciółką i powierniczką zamieszkałego w Szklarskiej Porębie pisarza-filozofa. 

Okazuje się, że w obu przypadkach Hauptmannów  ich związek z bogatymi mieszczkami był pomyłką. W miarę upływu lat dystans intelektualny, światopoglądowy i emocjonalny pomiędzy małżonkami stawał się nie do wytrzymania. Skutkiem zdobytej sławy, rosnącej pozycji w świecie artystycznym, a także poprawy sytuacji materialnej Carl i Gerhard Hauptmannowie mogli sobie pozwolić na ułożenie dalszego życia zgodnie z potrzebą serca. 

 
Twórczość i postać Carla, dramaturga i filozofa, to osobny temat godny uwagi osób interesujących się literaturą. Warto jednakże wspomnieć o jego zasługach w naszej polskiej literaturze. Otóż jego anonimowa korekta stylistyczna „Chłopów” przyczyniła się do otrzymania literackiej nagrody Nobla przez Władysława St. Reymonta w roku 1924. W niemieckiej wersji powieści Boryna i Antek posługują się dialektem z Karkonoszy, którym doskonale władał doktor filozofii ze Szczawna-Zdroju.

Jak już wspomniałem wyżej w 1904 roku Gerhart rozwodzi się z swoja pierwszą żoną i zawiera związek małżeński z Margariethą. W rok później spotyka go ogromny  zaszczyt, otrzymuje tytuł doktora honoris causa Uniwersytetu w Oksfordzie.

W 1907 roku odbywa niezwykle ważną i inspirującą do dalszej twórczości podróż po Grecji Znajduje to odbicie w napisanych po tej podróży utworach literackich, nawiązujących do przebogatej kultury antyku.  Równocześnie jednak nie brakowało w twórczości Hauptmanna motywów, postaci i miejsc związanych z Karkonoszami. Wyszukiwał w górach elementy magiczne, baśniowe i osadzał w nich opowieści ocierające się zgoła o antyk czy stylizację biblijną. 

Decyzja Akademii Szwedzkiej z roku 1912 o przyznaniu Gerhardowi Hauptmannowi literackiej nagrody Nobla za odważnie podjęty temat wyzysku robotników przez kapitalistów w  dramacie p.t. „Tkacze”, spadła na niego jak grom z jasnego nieba. W uzasadnieniu wskazywano na wyjątkową „płodność” pisarza. I rzeczywiście Gerhard Hauptmann to tytan pracy pisarskiej.

W swej twórczości często przedstawia środowiska nizin, biedę, wyzysk i niesprawiedliwość społeczną, obnaża ponadto upadek moralny mieszczańskiej klasy średniej. Jest mistrzem charakteryzacji przy pomocy subtelnych środków. W późniejszej twórczości szuka nowego stylu, wynikiem czego jest eklektyczna mieszanka środków naturalistycznych z motywami baśniowymi, jak chociażby w dramacie Zatopiony dzwon (1896).

 Pierwszy jego poemat epicki "Promethidenlos" (1885) nie wywarł wrażenia. Pisarz stał się znany dopiero dzięki dramatowi społecznemu "Vor Sonnenaufgang" (1889), którego inscenizacja w Berlinie rozpętała ogromną burzę. Pod wpływem Ibsena napisał kilka dramatów rodzinnych. Najgłośniejszym i najważniejszym dziełem Hauptmanna jest wspomniana już sztuka "Tkacze" ("Die Weber") z 1892 r. przedstawiająca znane w historii powstanie tkaczy śląskich z Pieszyc i Bielawy w 1844 roku, pełen wstrząsającej siły dramat o nędzy i wyzysku tkaczy - chałupników, którzy za tkanie płótna we własnych warsztatach otrzymywali głodowe wynagrodzenie. Doprowadzeni do ostateczności demonstranci demolowali maszyny w tkalniach mechanicznych, upatrując w nich przyczynę swoich nieszczęść. Powstanie krwawo stłumione przez policję i wojsko odbiło się szerokim echem w całej Europie. Następnie Hauptmann wydał cały szereg dramatów, część z nich podobnie jak „Tkacze” w stylu naturalistycznym. Hauptmann pisał również prozą liczne opowiadania. Wydał ponadto powieść autobiograficzną "Buch der Leidenschaft" (1929), 2 tomy) oraz parafrazę szekspirowskiego "Hamleta" (1929).

Nie wymieniam tutaj więcej tytułów, bo zajęłoby to dużo czasu, większość z nich jest w języku niemieckim, a tłumaczenia polskie dotyczą tylko nielicznych utworów. Na uwagę zasługuje fakt, że wspomnianą wyżej „Hanusię” tłumaczyła na język polski Maria Konopnicka, a kilka innych dramatów – Jan Kasprowicz.  Zainteresowani słuchacze znajdą łatwo wszystkie informacje na ten temat na stronach internetowych.

Wracam jeszcze na chwilę do biografii pisarza.

I wojna światowa i upadek dotychczasowych porządków w Niemczech przyczyniły się do wycofania się Hauptmanna z życia publicznego. Dopiero po powstaniu Republiki Weimarskiej, do głosu na krótko powrócił dawny „Hauptmann-demokrata”; w tym czasie otaczał się także czołowymi przedstawicielami świata literackiego i artystycznego, którzy częstokroć byli gośćmi przeciągających się długo w noc kolacji w Jagniątkowie. Z wolna główny punkt zainteresowań i fascynacji „pana Gerharta” (jak nazywała go okoliczna ludność) przenosił się na świat antyczny – w tym współczesnym robiło się bowiem coraz  „ciaśniej”.

Od 1916 roku Gerhart często przebywa w Kloster na wyspie Hiddensee. To jego kolejne miejsce obok Jagniątkowa, gdzie czuje się wolny, odizolowany od natarczywości dziennikarzy, fotoreporterów, polityki. W kilkanaście lat później decyduje się kupić dom na tej wyspie o nazwie „Seedorn”.

Jakkolwiek pisarz nie odciął się wyraźnie od postępującego w ówczesnych Niemczech narodowego socjalizmu, to z pewnością nie należał do zwolenników brunatnego reżimu. Brak wyraźnej postawy wobec Hitlera i nazizmu zarzucało nobliście wielu twórców, którzy po roku 1933 wyjechali z Niemiec. Wśród krytycznych emigrantów był m.in. Tomasz Mann, którego Hauptmann wprowadził na szerokie wody literackiego świata. Zachowały się urodzinowe telegramy Hauptmanna do wysokich urzędników III Rzeszy, ale obchody jego 80-tych urodzin w roku 1942 nie odbyły się w Berlinie (z którym wszak przez dłuższy czas był związany), ale w dość ograniczonym gronie w Wiedniu i Wrocławiu.

Przed wybuchem II wojny światowej Gerhard odbył jeszcze drugą podróż do Ameryki (1932), a następnie do Włoch (1938-39), gdzie na dłużej zatrzymał się w Rapallo, znanym ośrodku turystyczno-wypoczynkowym nad Morzem Liguryjskim.

Był to zresztą czas, kiedy starzejący się pisarz z rzadka opuszczał zaciszne Jagniątkowo. Dopiero w styczniu 1945 wyjechał na kurację do sanatorium w poddrezdeńskim Loschwitz. Tam właśnie zastało go bombardowanie stolicy Saksonii. Obserwując płonące Drezno Hauptmann zapisał w swoim dzienniku: „Kto zapomniał już łez, w Dreźnie może ich nauczyć się na nowo”. Przez Jablonec nad Nysą Łużycką Margaretha Marschalk i Gerhart Hauptmann wrócili do Jagniątkowa i w niepewności oczekiwali wkroczenia Armii Czerwonej. Na szczęście w Jagniątkowie pojawił się pułkownik Sokołow, wielki admirator dzieł Hauptmanna. Dla bezpieczeństwa wystawił straż przy domu, dla ochrony pisarza przed wybrykami zdobywców, ale i pojawiającymi się w okolicy szabrownikami.

Hauptmann pozostał tu nie tylko do śmierci (6 czerwca 1946), ale i przez  kolejnych 6 tygodni. Tyle czasu potrzebowano bowiem na wydanie zgody na wywóz zwłok za granicę. Na wyraźne bowiem życzenie żony, wspieranej przez stronę niemiecką, a wbrew woli pisarza, postanowiono pochować go na bałtyckiej wyspie Hiddensee, gdzie od roku 1930 znajdowała się letnia rezydencja Hauptmannów. Specjalny pociąg wyruszył z Jeleniej Góry 19 lipca 1946 roku przez Forst do Stralsund, wioząc nie tylko zwłoki pisarza, całą jego bibliotekę i wyposażenie domu, ale także sześć niemieckich rodzin z sąsiedztwa willi Wiesenstein.  Gerhart Hauptmann został pochowany wedle swojego życzenia w habicie franciszkańskim z osobistym egzemplarzem autobiograficznej „Przygody mojej młodości”  28 lipca 1946 roku na wyspie bałtyckiej Hiddensee.

W roku 1957 zmarła Margaretha Marschalk, zaś w początkach lat sześćdziesiątych w zachodnioniemieckiej prasie opisywano sprzedaż sporej części biblioteki Hauptmanna przez jednego z jego synów. W tym samym czasie willa w Jagniątkowie stała się domem wczasów dziecięcych „Warszawianka”, choć początkowo rozważano także przekazanie jej pod zarząd Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, a później – w posiadanie Leopolda Staffa. Od roku 2001 „Muzeum Miejskie – Dom Gerharta Hauptmanna” poza funkcją wystawienniczą, prowadzi także działalność dydaktyczną, badawczą oraz organizuje przedsięwzięcia kulturalne, związane głównie z obszarem wymiany kulturalniej między Polską a Niemcami.

Oto cała jak najkrócej ujęta biografia wielkiego pisarza. Przedstawiając ją skorzystałem z artykułu Emila Mendyka na stronie internetowej Karkonosze i Sudety, ale także z innych tekstów zamieszczonych w goglach. W pierwszej chwili wydawało się, że jest tej wiedzy o pisarzu bardzo dużo, dopiero potem przyszła refleksja, że właściwie dalej nie wiem o nim zbyt wiele.

To nie jest takie proste, poznać pisarza z suchych notek biograficznych. Znacznie więcej można by się dowiedzieć z jego twórczości, ale i ona nie wyjaśni wszystkiego, zwłaszcza jeśli dotyczy tak bogatego i barwnego życia tak wielkiego literata, intelektualisty, wiecznego podróżnika, po trosze filozofa, artysty, bibliofila, a na koniec wywodzącego się z naszej dolnośląskiej gleby laureata nagrody Nobla.






piątek, 10 czerwca 2016

Szczawieński Noblista, cz. I

uroki Szczawna


Już od dawna staram się zainteresować Czytelników ciekawymi wydarzeniami z przeszłości regionu wałbrzyskiego, w których główne role odgrywali nasi wielcy rodacy  - Hugo Kołłątaj, Zygmunt Krasiński, Henryk Wieniawski, Benedykt Łączyński, rodzina Radziwiłłów z Antonina. Miejscem akcji moich opowieści były wałbrzyskie uzdrowiska Stary Zdrój, Szczawno-Zdrój, a także monumentalny zamek Książ. Zainteresowanie polskimi śladami z przeszłości tego regionu nie umniejsza roli i znaczenia żywiołu niemieckiego w rozwoju gospodarczym, cywilizacyjnym i kulturowym tych ziem,  zwłaszcza że trwało to ponad połowę tysiąclecia Obydwa wspomniane uzdrowiska jak również książański zamek są dziełem ówczesnych niemieckich gospodarzy, a dużą rolę w ich rozwoju odegrali wybitni niemieccy artyści i uczeni. Spośród licznego grona literatów związanych z szczawieńskim uzdrowiskiem na czoło wysuwa się pisarz o światowej sławie, laureat nagrody Nobla, gorący miłośnik i gloryfikator piękna krajobrazów sudeckich, wywodzący się bezpośrednio z  Bad Salzbrunn, czyli Szczawna-Zdroju.  Nazywa się  -  Gerhart Hauptmann.


Myślę, że wielu z Państwa słyszało już to nazwisko, być może zwróciliście też uwagę przy okazji bytności w Szczawnie-Zdroju na tablicę pamiątkową umieszczoną przy bramie wejściowej do budynku zdrojowego „Korony Piastowskiej”, w którym to urodził się i mieszkał w dzieciństwie i młodości późniejszy wielki niemiecki pisarz. Jego nazwisko stanowi nadal tytuł do chwały  dla samego Szczawna, ale także dla pobliskiej Jeleniej Góry, na pobrzeżach której w Jagniątkowie znajduje się zabytkowa willa, stanowiąca ostatnią życiową przystań  Gerharta Hauptmanna, zaś w Szklarskiej Porębie zabytkowy dom, w którym mieszkali dwaj bracia Hauptmannowie,  Gerhard i Carl, zapisani złotymi zgłoskami w literaturze niemieckiej.
Warto poznać nieco bliżej osobę i twórczość znakomitego pisarza i intelektualisty, a jeśli Państwo wytrwają do końca tej opowieści, a zapewniam że warto, to okaże się, że znajdziemy w niej również niezwykle interesujący wątek  romantyczny, co z uwagi na rozkwitającą wiosnę, wydaje się bardzo na miejscu.


A więc zapraszam na spotkanie z wybitnym pisarzem, związanym  nierozerwalnie całym swoim życiem i twórczością z bliskim nam regionem podsudeckim. Zacznijmy od poznania najciekawszych faktów z barwnej biografii szczawieńskiego noblisty, Gerharta Hauptmanna.


Otóż urodził się 15 listopada 1862 roku, jak już wspomniałem, w Szczawnie-Zdroju, jako czwarte dziecko tamtejszego hotelarza, Roberta Hauptmanna, syna tkacza z Malinnika. W prowadzonym przez rodziców pensjonacie „Zur preußischen Krone” (dziś „Korona Piastowska”) spędził kilkanaście lat do rozpoczęcia nauki w Szkole Realnej przy dzisiejszym pl. Teatralnym we Wrocławiu. Już wtedy marzył o karierze artysty, próbował nawet swoich sił w rzeźbie, w czym wspierał go starszy brat, Carl, studiujący filozofię w Zurychu i rozpoczynający tam działalność literacką. Gerhart okazał się niezbyt  dobrym uczniem. Usunięty ze szkoły w 1874 roku próbował swoich sił w innych dziedzinach nauki i sztuki.

W lipcu 1880 r. starszy brat Gerharta Hauptmanna Georg zaręcza się z Adelą Thieneman, jedną z pięciu córek drezdeńskiego handlarza wełną Bertholda Thienemanna. W październiku tego samego roku Thienemann niespodziewanie umiera w swojej siedzibie Hohenhaus w Dreźnie-Radebeul i pozostawia swoim córkom pokaźny majątek. We wrześniu 1881 r. Gerhart zostaje zaproszony na ślub swojego brata Georga z Adelą. W czasie pobytu w Hohenhaus wielkie wrażenie na Gerharcie wywiera południowa uroda Marii Thienemann. Rezultatem tego spotkania są potajemne zaręczyny, a Gerhart nazwie Hohenhaus później "gniazdem pełnym rajskich ptaków". 

W styczniu 1882 r. Maria Thienemann odwiedza Gerharta we Wrocławiu i przekonuje się naocznie o rozpaczliwej sytuacji finansowej swojego ukochanego. Od tego momentu kłopoty Gerharta się kończą , Maria pokrywa nie tylko koszty jego utrzymania, lecz także umożliwia mu liczne podróże i studia w dziedzinie nauk przyrodniczych na Uniwersytecie w Jenie. W 1883 r. trzeci z braci Hauptmannów Carl zaręcza się w Hohenhaus z Martą Thienemann. W lutym tego samego roku Gerhart przerywa ostatecznie studia w Jenie i przeprowadza się do Berlina, gdzie spotyka się często z Marią. Po wspólnej wizycie u rodziców Gerharta w Hamburgu młoda para wyrusza w podróż do Włoch, która wywiera na Gerharcie ogromne wrażenie. Po powrocie, zafascynowany sztuką antyczną, Gerhart podejmuje w Hohenhaus ponownie próby rzeźbiarskie, a Maria, przekonana o jego plastycznych talentach, namawia go do wyjazdu do Rzymu. Od października 1883 r. Gerhart pracuje w Rzymie jako rzeźbiarz, lecz nie może poszczycić się większymi sukcesami. Ogromna statua germańskiego wojownika, nad którą pracuje, zawala się z powodu wadliwej konstrukcji w ciągu jednej nocy, a on sam przypłaca ten nadmierny wysiłek tyfusem. Ciężka choroba, która Gerharta omal nie kosztuje życie, zmusza go do rychłego powrotu do Niemiec, gdzie z okazji ślubu swojego trzeciego brata Carla z Marthą Thienemann, pisze sztukę okazyjną "Korowód weselny". W październiku 1884 r. Gerhart i Maria ogłaszają oficjalnie swoje zaręczyny a w rok później 5 maja 1885 roku Gerhart poślubia Marię w Kościele Św. Jana w Dreźnie. Po ślubie małżonkowie przeprowadzają się wpierw do mieszkania czynszowego w berlińskiej dzielnicy Moabit, a jesienią z powodów zdrowotnych do wynajętego piętra w willi Lassen w Erkner pod Berlinem. Gerhart prowadzi tu sielskie, wolne od kłopotów finansowych, nieskomplikowane życie. Obserwuje w tym czasie również bacznie swoje otoczenie i zbiera literackie pomysły, które zaowocują "Dróżnikiem Thielem", jednym z najlepszych jego opowiadań.


Skupiłem się w tym momencie życia Gerharta na szczegółach, a to dlatego, że okazują się dość wyjątkowe. Zwróćmy uwagę – trzech braci Hauptmannów z rodziny średnio zamożnej w maleńkim Salzbrunn, zdobywa względy kolejnych córek bogatego przemysłowca z Drezna,  zyskując tym sposobem możliwość urządzenia sobie życia na niewyobrażalnym dotąd poziomie. Zadajemy sobie w tym momencie pytanie, jak to wszystko potoczy się dalej, czy ta niezwykła więź rodzinna przetrwa pojawiające się w życiu wielkich ludzi, jak to określił Goethe „ czas burzy i naporu”?


Dzięki posażnej żonie życie młodego Gerharta uległo zupełnemu przeobrażeniu. Może bez problemów poświęcić się realizacji swoich pasji życiowych, wśród których oprócz pisarstwa wędrówki górskie i podróże zagraniczne odgrywały niepoślednią rolę. Odbywają razem podróż poślubną na bałtycką wyspę Hiddensee Wkrótce zamieszkują w pobliżu Berlina, w Chrlottenburg. Jakiś czas korzysta  Gerhart z gościnności brata Carla w Zurichu, dzięki czemu poznaje uroki Szwajcarii. W 1890 r. Gerhart z żoną oraz z bratem Carlem i bratową odwiedzają Świeradów Zdrój i przechodzą w czasie swoich wędrówek górskimi szlakami przez Szklarską Porębę. Rezultatem tej wędrówki jest zauroczenie Karkonoszami i spontanicznie podjęta decyzja o wspólnym kupnie drewnianego domu w Szklarskiej Porębie Średniej. 9 sierpnia 1891 roku., po remoncie i rozbudowie tego skromnego, wiejskiego domu, Gerhart i Maria wprowadzają się do swojej nowej siedziby, Carl i Martha uczynią to nieco później. Tu właśnie obok innych utworów, („Wniebowzięcie Hanusi”, „Futro bobrowe”) powstaje najgłośniejsze dzieło Gerharta Hauptmanna, dramat naturalistyczny „Tkacze” („Die Weber”,  a w dialekcie śląskim „Die Waber”), za który w 1912 roku otrzymał  nagrodę Nobla..


Zanim jednak powiem coś więcej o dramacie tak wysoko ocenionym przez szwedzką Akademię, trochę czasu poświęcę przyziemnym, acz bardzo spektakularnym sprawom sercowym bohatera tej opowieści.
Obiecałem  Czytelnikom interesujący wątek romansowy, a ponieważ rzecz dotyczy tak wielkiego pisarza, znawcy literatury, autora znakomitych sztuk teatralnych i dramatów, wydaje się on szczególnie frapujący.

Ale o tej części biografii pisarza jak również o dalszej twórczości w kolejnym poście…

czwartek, 9 czerwca 2016

Być pisarzem



„Pisarz to człowiek, któremu pisać jest trudniej, niż wszystkim innym ludziom” – napisał Tomasz Mann.  Ile trzeba było lat spędzić przy biurku nad białymi nie zapisanymi arkuszami papieru, by stały się one książkami rozchwytywanymi przez czytelników na całym świecie? A ile czasu na medytacje, by w końcu dojść do sentencji odnotowanej na wstępie?

Ponieważ pisać jest mi coraz trudniej, wniosek nasuwa się sam – chyba jestem pisarzem. Ale od razu proszę Czytelników posądzających mnie w tym momencie o megalomanię, poczekajcie z tym osądem do końca tego postu.

Być pisarzem, to było moje marzenie od dziecka. Zrodziło się wtedy, gdy do moich rąk trafiła książka nie byle jaka, a mam ją do dziś i skrywam jak talizman, choć to książka, którą dzisiejsza Święta Inkwizycja, zwana dla niepoznaki IPN-em, skazała by  na spalenie na stosie. To jeden z pierwszych powojennych podręczników do nauki języka polskiego, wydany w 1946 roku  przez Państwowe Zakłady Wydawnictw Szkolnych w Warszawie, a nosi tytuł „Nie rzucim ziemi… Czytanka do użytku kursów dla dorosłych na Ziemiach Odzyskanych”.

Wbrew temu czego można by się spodziewać nie jest to książka przesiąknięta do reszty ideologią komunizmu, wręcz odwrotnie można by się z niej uczyć patriotyzmu, szacunku dla mowy ojczystej, dla wielkich twórców polskiej literatury. Poczesne miejsce w niej zajmują i Mickiewicz, i Słowacki, i Sienkiewicz, i Żeromski, i Maria Konopnicka, i wielu jeszcze innych znanych pisarzy polskich. Są to oczywiście wypisy, które jak pisze we wstępie wydawca, mają służyć „jako pomoc nauczycielowi kursów dla dorosłych w doborze odpowiednich tematów.  Które czytanki nauczyciel wykorzysta jako materiał pomocniczy dla siebie, a które przeznaczy bezpośrednio dla słuchaczy – zależeć będzie od jego uznania i stopnia przygotowania zespołu”.

W słowie wstępnym odwołuje się wydawca do wspaniałej postaci księdza Karola Miarki, naczelnego redaktora najpopularniejszego na G. Śląsku w II połowie XIX wieku polskiego pisma „Katolik”, który jako pierwszy zaszczepił w sercach i głowach Polaków poczucie wspólnoty narodowościowej z Polakami w zaborze rosyjskim i austriackim i wolę walki o niepodległość i powrót do Macierzy. Nosi to w historii nazwę – Odrodzenie narodowościowe Polaków na Górnym Śląsku. Motto książki stanowi wiersz Leopolda Staffa, „Mowa ojczysta”, zaczynający się od słów: „Bądź z serca pozdrowiona, ojczysta, święta mowo”.

 Nie będę się rozwodził na temat treści książki, jest ona przebogata w teksty lub wycinki tekstów literackich i publicystycznych,  najlepsze wiersze i pieśni patriotyczne, są też fragmenty przemówień i artykułów prasowych o charakterze politycznym. Jest rzeczą jasną, że idea przewodnia książki wynika z sytuacji politycznej ówczesnej Polski, a powrót Ziem Zachodnich do Polski, uznają jej wydawcy za spełnienie się sprawiedliwości dziejowej.

Książka ta znalazła się w moich rękach, gdy byłem w czwartej, piątej klasie szkoły powszechnej. Uczyłem się z niej czytać i to czytać ze zrozumieniem, czego tak brakuje dzisiejszym politykom. Ale największe wrażenie zrobiły na mnie wiersze „Boże coś Polskę” Feliksa Felińskiego (Tak, był ten wiersz w tym podręczniku, bo znalazło się w nim prawie wszystko co było w podtekście antyniemieckie), „Śmierć Pułkownika” Adama Mickiewicza o wodzu powstańców – Emilii Plater, „Pozdrowienie z Tatr” Kazimierza Przerwy-Tetmajera, „Oj, śliczna ta ziemia, to nasze Mazowsze” Teofila Lenartowicza, „Daremne żale” Adama Asnyka, „Koncert Jankiela” z „Pana Tadeusza”, którego fragmenty znam jeszcze na pamięć, był cały „Janko Muzykant”, czytany przeze mnie wielokroć i zroszony łzami, była „Pieśń o żołnierzach Westerplatte” Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, a także „Co mi tam troski” Władysława Broniwskiego. I  jak można się spodziewać książkę zamyka nieśmiertelna „Rota” – Marii Konopnickiej.

Z tej książki zapamiętałem ustęp opowiadania Zofii Kossak-Szczuckiej, ”Mazur z zagranicy”, w którym mała dziewczynka z Mazur, Greta, zaśpiewała w śląskiej gospodzie zamiast „Ich habe einen Garten”,  polską piosenkę:

„Stoi najmilejsy, gdzie roza przekwita,
Tam jego najmilsa w złotej księdze cyta
Lubenko, lubenko, uchyl mi okienko,
Co jesce obace, gdzie twoje ocenko.
W okienku stojała, śneptuskiem kiwała,
Wróć się, mój namilsy, bede cie kochała…”

Do dziś jeszcze nie doszedłem do tego, co znaczy mazurskie „śneptuskiem”, ale bardzo mi się to słowo spodobało.

Przyszedł później czas na czytanie wielu innych książek, ale ta pierwsza zapadła na długo w pamięci. Te dziecięce, a potem młodzieńcze kontakty z literaturą miały wpływ na całe moje życie, choć jak łatwo się domyśleć dawne marzenia o powtórzeniu drogi Żeromskiego lub Reymonta spaliły na panewce. Zawód nauczyciela pochłonął mnie bez reszty, potem był epizod działalności samorządowej, lata prysły jak bańka mydlana. I wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że przecież coś z tych marzeń się spełniło. Jestem pisarzem, ale takim, jakim nazwał Sienkiewicz bohatera swego opowiadania „Szkice węglem” Zołziółkiewicza  -  pisarzem prewentowym.  Rzeczywiście specjalizowałem się w ostatnich latach, bo taka była konieczność, w pisaniu pism urzędowych, protokółów zebrań, sprawozdań, przemówień, odpowiedzi na krytykę prasową.

A ponieważ pisanie przychodzi mi coraz trudniej, to chyba, idąc za złotą myślą Tomasza Manna -  mogę się uznać co najmniej pisarzem blogowym. I co Wy na to moi wierni Czytelnicy?



środa, 8 czerwca 2016

"Kiedyż ja powrócę do swojej wioseczki?"




Na początek oddaję głos słynnemu historykowi angielskiemu Normanowi Davisowi, który historię Polski uczynił ideą fix swej pracy naukowej W jednej z książek przytacza on wzruszający sonet francuskiego poety, Joachima du Bellay, który wywarł na nim niezatarte wrażenie:

„Szczęśliwym ten, co jak Ulisses z pięknej podróży,
lub ten, kto złote runo zdobył,
powraca w doświadczenie i mądrość bogatszy
żyć wśród bliskich do końca dni swoich !

Kiedyż jednak ja powrócę do mojej wioseczki,
by dym z komina ujrzeć, i kiedy
zobaczę znów ubogą zagrodę,
co dla mnie więcej od pałaców znaczy?

Bardziej mnie cieszy chałupa rosochata
niż dumne fasady rzymskich patrycjuszy,
bardziej niż marmury cieszy mnie podłoga z desek heblowanych.

Wolę moją galijską Loarę od łacińskiego Tybru,
wolę moją małą Lirę, od wzgórz Palatynu,
a od morskiej bryzy wolę andegaweńską łagodność”.


Jest coś, co napawa optymizmem, podnosi na duchu, budzi nadzieje. Pisałem już o tym kilkakrotnie, ale wciąż myślę, że trzeba do tego tematu powracać i powtarzać po raz enty, bo nie ma nic ważniejszego i piękniejszego jak przywiązanie i sympatia do swego rodzinnego gniazda. Miałem i mam wciąż dowody mickiewiczowskiej nostalgii ze strony wielu „emigrantów” głuszyckich, których los rozrzucił po różnych krajach i kontynentach, a którzy pamiętają o swoim „kraju lat dziecięcych” i piszą do mnie maile, wspominając swoje miasto z żalem i  wzruszeniem. 

Głuszyca ma także swoich piewców, ma admiratorów, którzy umieją odmalować wierszem piękny obraz lat dzieciństwa i młodości tu właśnie przeżytych. Do tej pory odkryliśmy troje takich twórców – Natana Tenenbauma, Marka Juszczaka, Romanę Więczaszek. Pierwszy z nich, to poeta sławy krajowej. Z rodzinnego miasta, Głuszycy, w której przyszło mu spędzić lata dzieciństwa tuż po wojnie, pozostawił w swej twórczości maleńkie, choć bardzo sympatyczne akcenty. 

Marek Juszczak i Romana Więczaszek, to Głuszyczanie z krwi i kości, tu się urodzili, tu chodzili do szkoły i tu jest miejsce ich pierwszej pracy. Marek – z zawodu górnik i Romana – nauczycielka, są z nami, odkąd nawiązaliśmy bliższe kontakty i zaczęliśmy się razem spotykać na imprezach kulturalnych w Głuszycy. Marek, który „za chlebem” wyemigrował na Górny Śląsk do Knurowa, wydał u nas w Głuszycy dwa tomiki wierszy – „Łowienie czasu” i „Świadomość podświadomości”. Romana – nauczycielka polonistka, działaczka kultury i animatorka poezji w Brzegu nad Odrą. Tam wydała już cztery tomiki poezji. Pośród wielu innych wierszy, zarówno u Marka, jak i Romany, znajdujemy piękne, wzruszające strofy o rodzinnym mieście – Głuszycy.

Z Romaną Więczaszek i Markiem Juszczakiem spotykamy się corocznie w Centrum Kultury i w szkołach na jesiennych spotkaniach z poezją pod hasłem -  „Głuszyca – moje miasto”. W spotkaniach uczestniczy młodzież z gimnazjum, a także szkół podstawowych pod opiekuńczymi skrzydłami swych nauczycieli-polonistów i dyrektorów.  Uczestniczą w nich także osoby dorosłe zainteresowane poezją, bliscy i znajomi naszych gości i co warto podkreślić z szacunkiem – władze miejskie. „Głuszyckie spotkania z poezją”, w których obok ludzi starszych uczestniczy tak licznie młodzież, pokolenie najsilniej związane z miejscem swego urodzenia, miejscem dzieciństwa i młodości, mają szczególne znaczenie. Tu jest ich „gniazdo rodzinne”. Stąd być może wyruszą w „szeroki świat”, tak jak to się stało z Natanem, Romaną i Markiem, lecz więź z „krajem lat dziecinnych” będzie mocna jak „pierwsze kochanie”, będzie powracała w pamięci tak silnie i pięknie, jak w wierszach naszych gości. Kiedyś powrócą do swej Itaki, bo jak to pięknie ujęła Romana Więczaszek, posługując się sentencją hiszpańskiej powieściopisarki Rosy Montero – „dzieciństwo, to miejsce gdzie mieszka się przez całe życie”.

Romana i Marek powracają do nas jak Ulisses z pięknej podróży, w doświadczenie i mądrość bogatsi, by dym z komina ujrzeć i swą zagrodę, która więcej od pałaców znaczy. Wolą deski heblowane od marmurów i nieokiełznaną Bystrzycę od rozłożystej Odry w Brzegu lub stawu Moczury w Knurowie.

„Nasyciłam się wiatrem
co pozbierał łąkowe zapachy
nad Bystrzycą

Oczami zbierałam
krajobrazy dzieciństwa
Tu stał uśmiechnięty krasnal
w czerwonym kubraczku
tu stał…

Nasyciłam swe piersi
młodością
nad stawem trzecim
intymnym

Krople ze źródła
włączyłam w jadłospis
i w krem
do stosowania na noc
koniecznie

A serce?

Serca nie umiem nasycić


 -  pisze w jednej ze swoich miniaturek Romana Więczaszek.


A Marek Juszczak  wierszem rymowanym:

„Tu zostawiłem swoje serce, miedzy górami a doliną,
Łapałem wiatr jak czyjeś ręce, może to twoje były dziewczyno.

Puszczałem łódki do rwącej wody by z marzeniami poszły w dal,
Bystrzyco, rzeko ciągłej przygody, czy je zaniosłaś tam, gdziem chciał ?

Nocą gdy księżyc oświetla rowy, a w rowach świerszcze cykają dysząc
Na góry spływa cień Wielkiej Sowy, jak sen nad uśpioną Głuszycą

Na stawach raki i gwiazdy w wodzie, strumień, wodospad i słodka cisza,
Lubiłem tam przychodzić co dzień, czasem płakałem, gdy nikt nie słyszał.

Szumiące świerki, dzwony kościoła, od tego świata nie chcę więcej,
Znad gór tęsknota za mną woła: tu zostawiłem moje serce !


Czy trzeba ciągle tak gnać? Gonić w pospiechu przed siebie?  - pisze w posłowiu do tomiku wierszy Romany Więczaszek „Krąg”, recenzenta Renata Blacharz – Może warto się czasami zatrzymać i rozejrzeć?
Warto sięgnąć po tomiki poezji Romany i Marka. Ich wiersze to delikatne rysunki, subtelne szkice ołówkiem, ciepłe kolorowe pastele. Czytając je, zastanawiamy się, czy trzeba ciągle gonić w pośpiechu,  może warto się czasem zatrzymać… Nad wierszem.

Myślę, że warto.


Już wkrótce przed nami lato, a po nim fascynująca kolorami drzew - „złota polska jesień”. Co roku jesienią spotykamy się w naszym CK z Romaną i Markiem. Jestem pełen optymizmu, że w tym roku będzie to spotkanie jeszcze bardziej okazałe niż dotąd, bo w naszej gminnej kulturze dzieje się coraz to ciekawiej.
Jeśli ktoś ma wątpliwości nich poogląda i poczyta na stronie internetowej o tym co się działo w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Głuszycy w czasie „nocnego czytania książki”. 
                                                                                                              


wtorek, 7 czerwca 2016

Las państwowy, czyli niczyj




„Tam w macierzystym lesie,
Kędy wąsate wiją się porosty,
Na podścielisku miękkich mchów
Słuchałem nocnej gędźby sów
Przez długie i błogie lata.
A byłem prosty! Byłem jak mąż prosty!”

Dęby nie rosną bezmyślnie, jak czasem bezmyślnie zdają się żyć ludzie. Bo to bezmyślność ludzi doprowadziła do jego „zagłady".
Ten wiersz i  konkluzja pochodzą od mojego stałego komentatora, Henryka, w ostatnim poście „Życie ma sens”, a dotyczą powalenia się najstarszego 800-letyniego dębu  „Bolesław” w Lesie Kołobrzeskim. 
„Drzewo jest jak człowiek. Można na nie spojrzeć inaczej. Od wewnątrz. Był palony słońcem, gładzony mgłą i siekany deszczem. Nie uskarżał się jednak. Nie żądał wynagrodzenia. Nie chciał podziękowań. On był za darmo”.
.
Odnoszę wrażenie, że w tzw. gospodarce leśnej bezmyślność, a także bezsilność ludzi za nią odpowiedzialnych, przekracza wszelkie granice.

Ale teraz przytoczę jeszcze jeden fragment wiersza:

„Wonna mięta nad wodą pachniała,
kołysały się kępki sitowia,
brzask różowiał i woda wiała,
wiew sitowie i mięte owiał.

Nie wiedziałem wtedy, że te zioła
będą w wierszach słowami po latach
i że kwiaty z daleka po imieniu przywołam
zamiast leżeć zwyczajnie nad wodą na kwiatach.

Boże dobry moich lat chłopięcych,
moich jasnych świtów Boże święty!
Czy już w życiu nie będzie więcej
pachnącej nad stawem mięty?

Czy to już tak zawsze ze wszystkiego
będę słowa wyrywał w rozpaczy,
i sitowia, sitowia zwyczajnego
nigdy już zwyczajnie nie zobaczę ?”

Julian Tuwim, „Sitowie”

Nie potrafię wytłumaczyć dlaczego właśnie te strofy wiersza nasunęły mi się samorzutnie gdy po upływie paru lat znalazłem się na Graniczniku w znanych mi górnych partiach lasu państwowego w okolicach Radosnej (Ustronia). Określenie, znalazłem się w lesie, jest zupełnie nieadekwatne do sytuacji. Znalazłem się w byłym lesie, tak trzeba by to nazwać, bo w miejscu gdzie ongiś był las, teraz jest „gołoborze”, jak to dosadnie nazwano w podręcznikach geografii. Co się stało z drzewostanem, który radował serce i cieszył oczy. Znajomy z Łomnicy mówi, że część drzew zmiotła wichura, a resztę „załatwili wozacy” prowadzący wyrąb lasu na zlecenie Nadleśnictwa Państwowego. 


Jak się dowiedziałem Nadleśnictwo jest  instytucją państwową, której statutowym zadaniem jest ochrona lasu, ale rozliczana jest przede wszystkim z wykonania zadań gospodarczych dotyczących wyrębu drzewa na sprzedaż, by zrealizować indeks zagranicznych zamówień eksportowych, a w dalszej kolejności wewnętrznych, krajowych. Jest to zarazem instytucja samowładna, bo nie podlega nikomu, tylko samej sobie. Urzędnicy  tej instytucji sami dokonują oceny realizacji przez siebie zadań gospodarczych, a zarazem dotyczących ochrony lasu. Do realizacji zadań gospodarczych instytucja ta zatrudnia prywatne firmy, które sama nadzoruje. Nadzór nad ludźmi pracującymi w lesie nie jest łatwy. By go poprowadzić należycie  trzeba odpowiedniej liczby niepodatnych na korupcję gajowych. Wieść gminna głosi, ze takich gajowych nie ma. Po prostu nie ma. Nie było ich w PRL-u i nie będzie w żadnej Rzeczpospolitej, obojętnie czy to będzie III, czy IV, pokąd będą lasy państwowe, czyli niczyje.

Nie będę się dalej rozwodził nad widocznym jak na dłoni stanem rzeczy. Oczywiście nie mam racji, tak okrzykną profesjonaliści, czyli specjaliści Lasów Państwowych, inaczej mówiąc reprezentanci państwa w państwie, które jest ich pracodawcą. W lasach ich zdaniem prowadzona jest rozsądna gospodarka leśna. Stare drzewa trzeba wycinać, tak samo jak te w Puszczy Białowieskiej, zagrożone kornikiem. To tak samo, jakby kazać ścinać głowę tym wszystkim ludziom, którzy mają w niej pchły.

Mogę tylko pisać o własnych, subiektywnych odczuciach. Olbrzymie połacie wyciętego w pień lasu, po którym zostały resztki konarów drzew, połamane gałęzie, fragmenty pni, niesamowite koleiny i zdruzgotane drogi, słowem jedno wielkie „gruzowisko”, to obraz który może poruszyć najbardziej odpornego na klęski natury człowieka. Nie potrafię sobie wyobrazić leśnika, który jest w stanie przechodzić koło tego obojętnie.


Ale to widocznie skutek mojej chorej wyobraźni. Panowie w zielonych uniformach nie mają sobie nic do zarzucenia. Zrobili swoje, wykonali zadania produkcyjne. Przecież  premier Szydło nie przyjedzie tu swoim „Szydłobusem”,  a gdyby nawet, to i tak elokwentni urzędnicy Lasów Państwowych przekonają ją, że tak musi być. Lasy trzeba wycinać w pień, bo drzewo to podstawa gospodarki leśnej, nie to drzewo, co rośnie, ale to co ścięte, a gałęzie rozsiane po całym byłym lesie, są konieczne dla powstania ściółki leśnej, na której za kilkadziesiąt lat wyrosną nowe drzewa, jeśli znajdzie się ktoś, kto je posadzi. Póki co, mamy co wycinać, bo przed nami byli Niemcy, dziwny naród, zamiast wycinać sadzili drzewa.

A na Ruprechtickim Spicaku z polskiej strony wycięto drzewa by odsłonić widok z czeskiej wieży widokowej. Teraz pełni ona funkcję promocyjną, zachęca turystów do pieszych wędrówek, o tyle przyjemniejszych, że drzewa nie przysłaniają już widoku słońca.

Wiem, popełniam bezeceństwo, bo wypowiadam się krytycznie w temacie, który jest zarezerwowany dla profesjonalnych urzędników lasów państwowych, cieszących się szacunkiem i uznaniem władz i całego społeczeństwa.

Nie będę już dalej kontynuował tej jeremiady. Powrócę do lirycznej apostrofy z wiersza Juliana Tuwima i zapytam: czy już w życiu nie będzie więcej pachnących w lasach  sosen, świerków, buków, czystej ściółki leśnej, nie zarzuconej połamanymi konarami i zrytej koleinami ściąganych pni, a więc  tego wszystkiego, co czyniło z tych lasów naturalny świat przyrody ożywionej? Jestem pewien, że to pytanie zadaje sobie wielu zwykłych zjadaczy chleba, których dobre duchy powiodą do lasu.

A leśnikom dedykuję lapidarny dwuwiersz, ku przestrodze:

Był las, nie było nas.
Drzew ściętych przybędzie, lasu nie będzie!