Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

czwartek, 23 lutego 2017

Co by było, gdyby nie było Filipa Springera?



urok miasteczeka w górach


To pytanie może się okazać intrygujące, choć być może nie dla każdego, bo nie wszyscy pasjonują się naszym dziennikarstwem O Filipie Springerze już wspomniałem wcześniej, kiedy to pomyślnym zrządzeniem losu miałem okazje się z nim spotkać szukając  śladów Olgi Tokarczuk w zagubionej w górach wiosce, o znamiennej nazwie Krajanów.
Okazuje się, że wtedy, w 2007 roku, Filip Springer był dopiero na początku swej kariery. Wystarczyło parę lat, by stać się gwiazdą na firmamencie dziennikarskiej profesji. A że tak się stało przytoczę drobny fragment jego biografii:

Filip Springer (ur. 1982) —reporter i fotograf współpracujący z największymi polskimi tytułami prasowymi. Regularnie publikuje w tygodniku „Polityka”.  Swoje prace prezentował na wystawach w Poznaniu, Warszawie, Łodzi, Gdyni, Lublinie i Jeleniej Górze. Jego reporterski debiut – książka Miedzianka. Historia znikania – znalazł się w finale Nagrody im. R. Kapuścińskiego za Reportaż Literacki 2011 i był nominowany do Nagrody Literackiej Gdynia 2012. Jest także finalistą Nagrody Literackiej Nike 2012 i laureatem trzeciej edycji konkursu stypendialnego dla młodych dziennikarzy im. Ryszarda Kapuścińskiego. Kolejny reportaż Springera – Źle urodzone – wybrano do Plebiscytu 2012 w Radiowym Domu Kultury w Programie 3 Polskiego Radia w kategorii „Książka roku”. W 2013 został nagrodzony Medalem Młodej Sztuki. W 2016 otrzymał Śląski Wawrzyn Literacki za książkę "13 pięter".
Springer jest także autorem fotoreportaży: Miało być ładnie; Płacz nad rozlanym miastem (2009); Nie ma jeziora (2010).Mieszka i pracuje w Warszawie. Współpracuje z Instytutem Reportażu.

Skoro już wiemy o Filipie Springerze co nieco powracam do tytułowego pytania: co by się stało, gdyby go nie było?
Dla nas Dolnoślązaków Filip Springer okazał się odkrywcą fascynującej historii z miasteczkiem, które na oczach wielu jego mieszkańców i okolicznych świadków po prostu zniknęło z pola widzenia, tak jakby zapadło się pod ziemię.

Okazuje się, że nasz region jest naszpikowany tajemniczymi miejscami jak rodzynki w cieście. Chłonnym ciekawostek i paradoksów Czytelnikom proponuję głośny ostatnio temat, który zdumiewa i intryguje nie mniej niż Tajemnicze Podziemne Miasto „Osówka” w Głuszycy. Mowa o miasteczku widmie - Miedziance, miejscowości znanej przed wojną jako najmniejsze i najwyżej położone miasteczko Rzeszy, Kupferberg. 

Jadąc pociągiem z Jeleniej Góry do Wałbrzycha można dostrzec w pobliżu Marciszowa w gęstwinie leśnej wieżę kościoła z nieczynnym zegarem. To właśnie tu na Miedzianej Górze (420 m. npm.), w obecnej gminie Janowice Wielkie kwitło sobie spokojnym rytmem miasteczko przed i po wojnie, po którym dzisiaj nie ma śladu. Z cudem ocalałej w dokumentach po kopalnianych starej mapki można się dowiedzieć, że pod Miedzianką jest więcej korytarzy, tuneli i sztolni, niż wydaje się wszystkim poszukiwaczom skarbów i przygód razem wziętych na całym Dolnym Śląsku. Skąd się wzięły te podziemne labirynty, co się stało, że na miejscu dawnego miasteczka rosną dzisiaj jedynie bujne trawy, drzewa i krzewy?

W 1945 roku małe, pulsujące życiem poniemieckie miasteczko otrzymało nazwę Miedzianka.. Od 1949 roku było to miast górników. Nocą i dniem pracowali oni pod ziemią, ale nikt im nie mówił co kopią. Plotka głosiła, że wydobywają rudy miedzi, srebra i złota. To było prześliczne miasto, najpiękniejsze na Śląsku. Najstarsi ludzie, ci co pamiętają Kupferberg mówią, że najpiękniejsze na świecie. Niewielki rynek otaczały kamieniczki z podcieniami, na środku tryskała wodą rzeźbiona w kamieniu fontanna. Nocą odbijały się w niej światła gazowych latarni. Były w tym miasteczku dwa kina, dwa kościoły, dom kultury, apteka, sklepy kolonialne, restauracja, dwa bary, jadłodajnia górnicza, kawiarenki, hotele, punkty usługowe, słowem wszystko co potrzebne do życia. W 1967 roku żołnierze Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego wysadzili w powietrze zabudowania kościoła ewangelickiego. Świadkowie tego zdarzenia mówią, że widzieli jak kościół poleciał do nieba. Pod koniec lat sześćdziesiątych kontynuowano ewakuację i wyburzanie Miedzianki. Na początku siedemdziesiątych miejscowość opustoszała do reszty, pozostało po niej kilka bezładnie rozrzuconych domów, a w gąszczu krzaków wspomniany już kościół katolicki. Co spowodowało śmierć miasta? Jak to możliwe, że coś takiego mogło się wydarzyć w cywilizowanym państwie, nieopodal turystycznej Mekki Dolnego Śląska, Jeleniej Góry, w atrakcyjnej krajobrazowo okolicy Rudaw Janowickich.

Okazuje się, że przekleństwem miasteczka stało się to, co odkryli zwycięzcy sołdaci w głębi ziemi, w sztolniach nieczynnej poniemieckiej kopalni. A był to uran, rzecz bezcenna dla Radzieckiej Armii. Zaraz po wojnie ruszyła kopalnia uranu. Z różnych stron Polski, głównie ze wschodu, napływali ochotnicy do pracy. Rygor wojskowy nie przeszkadzał, bo radzieccy włodarze zapewniali niezłą płacę i rozrywkę. Nikt nie straszył skutkami bliskiego kontaktu z rudą uranu. One dały o sobie znać po kilku latach. Gdy możliwości eksploatacyjne stały się mniej korzystne, a trudne warunki pracy kończyły się nieuchronnie dla górników rakiem płuc, gruźlicą, pylicą, trzeba było jak najszybciej zakończyć wydobycie. Proces stopniowej likwidacji rozpoczął się już w roku 1953. Należało pozacierać wszelkie ślady. Najlepiej wyeksmitować ludność, zrównać miasto z ziemią.

Kto ostatecznie wydał wyrok na miasto, można się tylko domyślić. Wiadomo że UB i NKWD w czasach stalinowskich to był faktyczny, współpracujący ze sobą aparat władzy w Polsce. Ale miasto umarło dopiero na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Czy chodziło tylko i wyłącznie o ochronę ludzi przed skażeniem popromiennym? A może właśnie ukrycie prawdy o nieludzkiej eksploatacji złóż uranowych przez wschodniego sojusznika, zatarcie faktycznych skutków tej mistyfikacji. Mówił o tym na spotkaniu pod Osówką profesor Wilczur, wskazując na liczne dowody utajnionej ingerencji osób zainteresowanych zacieraniem śladów przestępczej działalności wojskowej. To symptomatyczne jak obydwie historie – podziemi Włodarza i Miedzianej Góry ze sobą się splatają.

„Gułag – Miedzianka”, tak zatytułował swój reportaż Michał Bońko na stronie internetowej „Forum Karpackich”. Cytuję znamienny fragment tego reportażu:

„To było miasto jak ze snu – mówi z zachwytem Irena Kamińska, przewodnicząca Gminnej Rady Narodowej w latach 1966 – 72, wice wojewodzina jeleniogórska w latach 1975-81, mieszkanka Janowic Wielkich. Niejedno miasto widziałam, ale każde z nich było gorsze, brzydsze, mniej rodzinne od Miedzianki. Tu o każdej porze dnia i o każdej porze roku było lepiej niż gdzie indziej.

Miasto jak ze snu było dla wielu osób miastem dzieciństwa. Tu chodziłem do szkoły, do kościoła, do sklepów, do fryzjera i do kawiarni, mówi Aleksander Królikowski, mieszkaniec Miedzianki. Na własne oczy widziałem sztolnie i górników uranowych. Widziałem jak po drabinach schodzili w dół i osrebrzeni powracali na powierzchnię. Potem widziałem jak to miasto wysadzali dynamitem w powietrze. To nie byli Rosjanie, to już byli na sowieckich służbach Polacy.”

Do dziś zachował się duży kościół, do którego zjeżdżają co niedziela ludzie z najbliższej okolicy, kilka domów „z odzysku”, których nie udało się do reszty unicestwić i pokaźna ilość zarośniętych włazów podziemnych. To jest raj dla poszukiwaczy skarbów, odkrywców tajemnic, ale być może także dla zwykłych ciekawskich, pobudzonych coraz to liczniejszymi publikacjami o miasteczku na którym tak sromotnie zaciążyło „uranowe przekleństwo”.

O zdumiewających losach Miedzianki można było przeczytać w przejmującym artykule „Polityki” dziennikarza Filipa Springera. Znajdziemy w nim więcej szczegółów, a także wzruszające refleksje byłych mieszkańców niemieckiego Kupferberga i radziecko-polskiej Miedzianki. Zarówno artykuł z „Polityki” jak i inne  merytoryczne informacje o pobliskim „mieście – widmie” odszukamy z łatwością w Internecie.
Filip Springer  nie poprzestał na tym . Wkrótce potem napisał osobna książkę - „Miedzianka. Historia znikania”.

To książka przejmująca, tak samo jak cały ten czas PRL-u, czas zakłamania i oszustwa sięgającego granic absurdu. Losy „Miedzianki”, o której dopiero dziś możemy się dowiedzieć prawdy, są niezwykle wymownym przykładem do czego może doprowadzić polityczne ubezwłasnowolnienie społeczeństwa w ramach komunistycznego systemu stworzonego tuż za miedzą u naszych wschodnich sąsiadów.
Nie wiem, czy moich słuchaczy temat ten zafascynował tak samo mocno jak mnie. Pamiętam, gdy się o tym wszystkim dowiedziałem wybrałem się natychmiast do Marciszowa, a tam odszukałem miejsce, gdzie nie tak dawno kwitło normalne małomiasteczkowe życie. Dziś mamy tu tylko uroczysko przyrodnicze ,trudno w gąszczu traw, krzewów i wszelakiej roślinności odszukać ślady ludzkiego bytowania. Ale naprawdę, znając już historię znikania dawnego miasta warto tu przyjechać i pomedytować nad nieobliczalnością naszego świata.

Serdecznie zachęcam do odszukania wiele mówiącej, zarośniętej Miedzianki!


wtorek, 21 lutego 2017

Turystyka duża i mała



jeden z salonów księżnej Daisy na zamku Książ

  
Turystyka ma różne przesłanki. Wybieramy się w podróż, bo chcemy rozkoszować się pięknem krajobrazów, albo też odkrywać cuda natury. Naszym celem mogą być szczyty górskie, zwłaszcza jeśli lubimy piesze wycieczki. Ruszamy chętnie w miejsca nieznane, frapujące niezwykłością i zagadkowością. Mogą one być związane z historią lub zjawiskami przyrodniczymi. Lubimy poznawać nowe miejscowości, a także ich mieszkańców. W ogóle chcemy na własne oczy zobaczyć świat, jego niepojętą rozległość i rozmaitość. Jego fenomenalność.

Wśród motywów skłaniających nas do turystyki od dawien dawna poczesne miejsce zajmuje tzw. turystyka kulturowa. Bliski, bezpośredni kontakt z zabytkami architektury, zamkami, pałacami, muzeami, budowlami sakralnymi, skansenami, wszystkim tym, co uchodzi za wytwory kultury, jest nierozłącznym celem wszelkich wypraw turystycznych.

Wraz ze wzrostem ilości czasu wolnego oraz zasobności naszych portfeli, zmieniają się preferencje wyjazdowe turystów i wycieczkowiczów. Jest to związane z przemianami w stylu życia, z postępem i oddziaływaniem medialnym agend promocyjnych. To skutek przeobrażeń naszej świadomości.

Powyższe refleksje nasunęły mi się przy okazji niedzielnej wycieczki do Książa. Książ przyciąga niedzielnych turystów zapierającą dech, zawieszoną nad przepaścią rezydencją sławetnej rodziny Hochbergów, a także nieprzemijającym urokiem wspaniałego parku ze starodrzewem. Na dodatek tuż obok zamku można się zachwycić architekturą zabudowań słynnej w kraju stadniny koni. W Książu miałem okazję być niezliczoną ilość razy. Pamiętam pierwsze wycieczki w głębokich czasach PRL-u, odbywane w spokoju i ciszy w otoczeniu nielicznych turystów. Doświadczyłem podobnie jak tysiące Wałbrzyszan i przyjezdnych z całego Dolnego Śląska „komfortu” goszczenia w zamku z okazji dorocznej wystawy kwiatów lub innych masowych imprez. Wiadomo, wtedy trudno uniknąć problemów z zaparkowaniem auta i trzeba liczyć się z  prawdziwym oblężeniem zamku przez zwiedzających, z przepełnionymi tarasami zamkowymi i alejkami parkowymi. Natomiast to, co ujrzałem tym razem w zwykłą niedzielę, bez żadnego festynu, mityngu, pokazu, wywołało moje zdumienie.  Zjechało tu setki osób, by pospacerować po parku, pooglądać gmaszysko zamkowe, obejrzeć tarasy, ale ponadto obejrzeć fascynującą wystawę fotografii nadwornego kucharza zamkowego z czasów, gdy panią na zamku była księżna Daisy.


Na stronie internetowej”gazety pl” czytam co następuje:

Fotografie wykonał Louis Hardouin, nadworny kucharz rodzinny Hochbergów. - Zdjęcia pochodzą z lat 1909 – 1926. Prezentują życie codzienne w rezydencji. To zdjęcia niezwykłe, pokazują zamek, jakiego już nie ma, uświadamiają, jaki był piękny i co straciliśmy – mówi Magdalena Woch, kuratorka wystawy „Książ od kuchni”. – Na zdjęciach widzimy nie tylko rodzinę książęcą, którą identyfikujemy z tym miejscem, ale cały sztab innych ludzi, którzy tu żyli i pracowali – kucharzy, służbę, ogrodników. Widzimy prawdziwe życie, jakie się tutaj toczyło. Dzięki nim uświadamiamy sobie, że zamek to nie tylko von Hochbergowie, ale setki zwykłych ludzi – dodaje Woch. Wystawa podzielona została na trzy części: sala I – „Zamek, Ziemia, Zieleń, Zwierzęta” (Książ i otaczająca go przyroda), sala II (dawna sypialnia Daisy) – „Hochbergowie i ich dwór” (życie codzienne książęcej rodziny i pracowników zamku), sala III – „Album Rodzinny Hardouinów” (losy głównego bohatera i jego najbliższych).

To duży sukces Fundacji imieniem księżnej działającej od paru lat przy zamku Książ, że udało się odnaleźć krewnych właściciela fotografii aż w Kanadzie i uzyskać zgodę na sporządzenie ekspozycji, która pozwala poznać bliżej czasy świetności pałacu Hohchbergów.

Niezwykłe tempo rozwoju człowieka zmieniło nasz stosunek do modelu spędzania czasu wolnego. Turystyka Anno Domini 2017 jest zjawiskiem na tyle uniwersalnym, że stało się prawie niemożliwym stosowanie dotychczasowych kryteriów i podziałów. Dawna turystyka kwalifikowana stanowi niewielki procent ogółu ruchu turystycznego. Pozostała część to najczęściej mariaż turystyki i wypoczynku, to najbardziej popularne, a tym samym masowe nurty spędzania wolnego czasu. Turystyka kulturowa pozostaje właściwie na usługach tych nurtów, zazwyczaj pełni rolę służebną, zapewniając intelektualne tło dla potrzeb indywidualnych.

To że Książ spełnia dzisiaj rolę o jakiej jeszcze niedawno można było tylko pomarzyć, jest zwiastunem nie tylko nowych trendów rekreacyjnych. To zasługa włodarzy miasta i zamku, którym udało się nie tylko wyrwać go z rąk angielskiej uzurpatorki, ale wykonać szereg niezbędnych prac remontowych, rozbudować bazę hotelową, zadbać o lepsza promocję. Mamy dziś na zamku siedzibę Fundacji Księżnej Daisy, która z powodzeniem zajęła się nowoczesną promocją kulturalną i  turystyczną zamku Książ.

Z wysokiego pułapu wałbrzyskiego monumentu trudno zejść do siermiężnej rzeczywistości małej Głuszycy. I nie chodzi tu o masowy ruch turystyczny na miarę Książa. Walorów zamku nad Pełcznicą nie jest w stanie zrównoważyć żaden zabytek w regionie. Warto się jednak zastanowić, czy napływającym na Osówkę wartkim strumieniem turystom  może zaproponować coś z obszaru turystyki kulturowej takie miasteczko jak Głuszyca? Czy zwiedzaniu podziemnych sztolni z czasów II wojny światowej nie powinien towarzyszyć szerszy, uzupełniający, komplementarny pakiet. Czy Głuszyca ma do zaoferowania coś podobnego ?

W centrum Głuszycy są zabytki godne zainteresowania ze względów architektonicznych. Zachowało się kilka okazałych pałacyków i willi fabrykanckich z II połowy XIX w., takich chociażby jak pałacyk w Parku Jordanowskim lub późnobarokowy pałac z końca XVIII wieku przy ul. Grunwaldzkiej 41. Tuż obok znajduje się zabytkowy gmach obecnego gimnazjum z salą gimnastyczną, a vis a vis willa słynnej rodziny niemieckich fabrykantów - Webskich. Nieopodal zaś najciekawszy budynek dawnego zajazdu „Pod Jeleniem” z 1784 roku. Warto też wymienić okazały gmach dawnego sądu przy ul. Grunwaldzkiej 55, dziś siedziba Urzędu Miasta i Gminy, a nieco dalej kościół parafialny MB Królowej Polski z 1741 roku. Podobnych zabytków jest więcej i powinny się one znaleźć w pakiecie turystycznym dla grup turystycznych zainteresowanych poznaniem miasta i jego historii. Niestety, większość z nich znajduje się w stanie opłakanym. Przez liczne lata powojenne niewiele zrobiono by uratować je przed zniszczeniem Cóż z tego, że są one objęte opieką konserwatora zabytków, skoro nie ma sił i środków by przywrócić im dawną świetność. Niektóre z nich znalazły się w rękach prywatnych, tak więc miasto nie ma już w tej sprawie wiele do powiedzenia. Ale o swoją siedzibę powinno zadbać. Zabytkowe gmaszysko przy ul. Grunwaldzkiej 55 też nie zaznało dotknięcia kielni i pędzla od czasów wojennych. Patrzymy więc z nadzieją na plan rewitalizacyjny miasta przewidziany do realizacji w oparciu o środki unijne. To jest szansa niepowtarzalna mając na uwadze  rozwój turystyczny miasta nad Bystrzycą.


niedziela, 19 lutego 2017

Agnieszka Holland w Berlinie




Przeczytałem właśnie o sukcesie Agnieszki Holland w Berlinie. Na 67 z kolei przeglądzie filmowym Berlinae wybitna nasza reżyser, Agnieszka Holland, została nagrodzona statuetką Srebrnego Niedźwiedzia za najnowszy jej film pt. „Pokot”. Nagrodę imieniem Alfreda Bauera przyznają w Berlinie jurorzy za filmy otwierające nowe perspektywy artystyczne.

Na konferencji prasowej tuż po uroczystej gali, na której odebrała statuetkę, Agnieszka Holland mówiła: 

„Ta nagroda znaczy, że film, który ją otrzymuje, otwiera nowe ścieżki dla filmu, jest wyzwaniem dla tradycyjnego kina. Co dla mnie ważne, to że tę samą nagrodę dostał mój mentor, wielki polski reżyser Andrzej Wajda. To trochę zobowiązanie do przekazania pałeczki młodszym. Przez ostatnie 20 lat kino stało się bardzo bezpieczne, jest podzielone na gatunki, dopasowane do publiczności... Są filmy dla całych rodzin, thrillery czy komedie romantyczne, ale także są filmy festiwalowe... Zawsze oczekiwałam, że to tam powinna się dziać awangarda, ale tego nie widzę.  Jest bardzo niewielu, którzy to robią. Ja wyszłam z mojej osobistej strefy komfortu, chciałam zrobić coś, czego jeszcze nie widziałam - opowiadała reżyserka.”

Holland mówiła też o zmianach, jakie w ostatnich latach zaszły w polskim kinie. Zaznaczyła, że w Polsce tworzyło kiedyś wielu ważnych reżyserów, takich jak np. Wajda czy Zanussi, że "ziemia jest żyzna" dla kina.  „Teraz modlimy się, by politycy nie przyszli i tego nie zepsuli.” 


Dlaczego ja o tym piszę? Informacja ta dotrze do wszystkich zainteresowanych kanałami medialnymi. Piszę dlatego, że właśnie my szczególnie mamy się z czego cieszyć.

Dla nas mieszkańców ziemi wałbrzyskiej jest to ważne z dwóch powodów.

Po pierwsze. Scenariusz nagrodzonego filmu Agnieszki Holland został oparty na fabule książki bliskiej naszemu sercu powieściopisarki Olgi Tokarczuk – „Prowadź swój pług przez kości umarłych."
 
Po drugie. Są w filmie pobudzające naszą wyobraźnię sceny nagrane w podziemiach  Osówki. Tak więc głuszycka atrakcja turystyczna znalazła się na  ekranie filmu, który zdobył prestiżową nagrodę jednego z najważniejszych na świecie festiwali.

Pisałem swego czasu o książce Olgi Tokarczuk, którą Agnieszka Holland zdecydowała się zaadaptować w swoim filmie „Pokot”. Przypomnę pokrótce jej treść.

W tajemniczych okolicznościach ginie mieszkaniec wsi położonej na skraju Kotliny Kłodzkiej. Jego sąsiadka, Janina Duszejko, emerytowana nauczycielka i obrończyni zwierząt, wpada na pewien trop  i zdradza go policji. Ale organa władzy nie traktują poważnie jej podejrzeń, mają złe zdanie o kobiecie, uchodzącej za ekscentryczkę, mieszkającej samotnie i pasjonującej się astrologią.. Okoliczności kolejnych morderstw skłaniają jednak policję do innego spojrzenia na sprawę.

Dla mieszkańców utopionych w górach takich chociażby wsi jak nasza głuszycka Łomnica, Zimna Woda lub Sierpnica, powieści Olgi Tokarczuk są nadzwyczaj swojskie, bo dzieją się jakby  tu, w ich wsi i są bliskie tutejszemu pojmowaniu świata i ludzi. Znamy z autopsji tę przyrodę, piękne krajobrazy, ale także uciążliwości życia górskich ustroni, zagubionych gdzieś w górach, odciętych od świata. 

Powieść „Prowadź swój pług przez kości umarłych” stawia jednak nowe, niezwykle intrygujące pytanie. Dotyczy ono naszego stosunku do otaczającej nas przyrody i zwierząt. Dotyczy istoty człowieczeństwa, w którym idea ochrony życia jako najwyższej wartości w odniesieniu do świata zwierząt jest tylko grą pozorów.

W tym maleńkim przysiółku, w którym przyszło żyć na stare lata bohaterce powieści, dzieją się rzeczy wzbudzające wstręt i oburzenie. Grupka myśliwych z lokalnego Kółka Łowieckiego na czele z komendantem policji i pod opiekuńczymi skrzydłami księdza proboszcza urządza sobie suto zakrapiane polowania, czując się  przy tym zupełnie bezkarnie. Tutaj nie obowiązują żadne okresy ochronne, strzela się do wszystkiego co popadnie i kiedy tylko nadarzy się okazja. Ofiarą myśliwych padły też dwie wierne i oddane suczki, jedyne towarzyszki życia mieszkającej na tym odludziu samotnej kobiety. Trudno się dziwić, że przechyliło to do reszty czarę goryczy. Bohaterka książki  podejmuje się walki o prawo do życia dla zwierząt z panującą wszędzie obojętnością , bezdusznością,   hipokryzją. Decyduje się sama być w tej sprawie i sędzią, i katem.  Jaki jest finał tej potyczki?  Odpowiedź na to pytanie poszukajmy  w powieści. Oto  urywki powieści, wprowadzające w istotę problemu:

„Teraz wydało mi się jasne, dlaczego wieże strzelnicze, które przecież bardziej przypominają wieże strażników z obozów koncentracyjnych, nazywa się ambonami. W ambonie Człowiek stawia się ponad innymi Istotami i sam przyznaje sobie prawo do ich życia i śmierci. Staje się tyranem i uzurpatorem…”

„Popatrzcie jak funkcjonują te ambony. To jest zło, trzeba ten fakt nazwać po imieniu: przemyślne, perfidne i wyrafinowane zło – budować paśniki, sypać tam świeże jabłka i pszenicę, wabić Zwierzęta, a kiedy się już oswoją i przyzwyczają, strzelać im z ukrycia, z ambony w głowę… „Gdy przechodzicie koło wystaw sklepowych, na których wiszą czerwone połcie poćwiartowanego ciała, to myślicie że co to jest? Nie zastanawiacie się, prawda? Albo gdy zamawiacie szaszłyk, czy kotlet – to co dostajecie? Nic w tym strasznego. Zbrodnia została uznana za coś normalnego, stała się czynnością codzienną. Wszyscy ją popełniają. Tak właśnie wyglądałby świat, gdyby obozy koncentracyjne stały się normą. Nikt by nie widział w nich nic złego…

A przecież Człowiek ma wobec Zwierząt wielki obowiązek – pomóc im przeżyć życie, a tym oswojonym – odwzajemnić ich miłość i czułość, bo one nam dają o wiele więcej, niż od nas dostają. I trzeba, żeby one przeżyły swoje życie godnie… Kiedy się je zabija, a one umierają w Lęku i Grozie, jak ten dzik, którego ciało leżało wczoraj przede mną i wciąż tam leży poniżone, ubłocone i oklejone krwią, zamienione w padlinę – wtedy skazuje się je na piekło i cały świat zamienia w piekło. Czy ludzie tego nie widzą? Czy ich rozum jest w stanie wyjść poza małe, samolubne przyjemności?

Żeby pojąć dokładniej i zrozumieć skąd te gwałtowne słowa protestu i oburzenia, trzeba przeczytać całą książkę. Zarówno splot wydarzeń składający się na warstwę fabularną jak i liczne, niezwykle głębokie i dające wiele do myślenia refleksje bohaterki powieści, a w domyśle  - jej autorki, czynią z tej pozycji ogromnie ważne wydarzenie w naszym życiu literackim.

Okazuje się, że mamy teraz kolejne ważne wydarzenie, którym jest berlińska nagroda dla filmu „Pokot” Agnieszki Holland. Rodzi się więc szczególnie intrygujące pytanie. W jakim stopniu reżyser filmu wykorzystała fabułę powieści, co pokazała w filmie, co spowodowało, że zyskał on uznanie na berlińskim festiwalu?

Na pytania te możemy znaleźć odpowiedź jednym tylko sposobem. Koniecznie trzeba obejrzeć film. Będzie on zapewne wyświetlany w naszych kinach i należy się spodziewać, że wzbudzi ogromne zainteresowanie. Zachęcam do tego zwłaszcza mieszkańców ziemi wałbrzyskiej.

Fot. Zbigniew Dawidowicz