Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

sobota, 27 maja 2017

Chlubne karty w historii Szczawna i Wałbrzycha




„Piękności natury cisną się tam zewsząd do naszego oka. I pozazdrościć ludowi, który tak czynnie, tak pracowicie, z takim przemysłem i wytrwaniem, korzystając ze skarbów złożonych tam na ziemi i jej łonie, każdy załomek gruntu, każdą dolinkę, którą zamieszkuje, stara się użyźnić, ulepszyć i ozdobić”.

Tak pisał o ziemi wałbrzyskiej w eseju „Spotkanie w Salzbrunn” w 1872 roku niejaki Józef Korzeniowski, znany w naszej historii literatury twórca głośnej powieści „ Kollokacja”.
Należy on do licznej plejady polskich kuracjuszy -  literatów, działaczy, uczonych z drugiej polowy XIX wieku, dla której ówczesne Szczawno-Zdrój stało się ulubionym miejscem spotkań i zachwytów. Łącząc pożyteczne z przyjemnym, przyjeżdżali tu całymi zastępami dla poprawy zdrowia, ale i dla komfortu przebywania w bliskim kontakcie z pięknem przyrody i tego co ręka ludzka stworzyła.

Pisze o tym z wielkim przejęciem nieodżałowany mieszkaniec Szczawna, jego miłośnik i adorator, dr Alfons Szyperski w książce ”Polacy w dawnym Szczawnie i Starym Zdroju”:

„Do Szczawna tej „Doliny Józefata”, jak ją nazwał H. Cegielski, jakby na zew trąby anielskiej ściągali pielgrzymi z bliska i daleka, z Prus, Polski, Rosji, Austrii, Rumunii, Holandii, Palestyny, obu Ameryk, ciągnęli pod Chełmiec jak do góry Mahometa – królowie, dygnitarze świeccy i duchowni, artyści, magnaci, szlachta i mieszczanie, wojskowi najwyższej rangi i studenci, działacze i poeci”.

I wymienia Szyperski co zacniejsze nazwiska znanych Polaków, którzy zapisali się w  sanatoryjnych księgach pacjentów, pozostawiając w ten sposób trwały, niezbywalny ślad swej bytności w szczawieńskim kurorcie.

Taką osobistością był Hipolit Cegielski, młody filolog i dziennikarz z Poznania, późniejszy przemysłowiec, opisujący swe dobre wrażenia z pobytu „u tutejszych wód” w  poznańskim „Tygodniku Literackim”:

„Filozofowie i chłopki, generałowie i prości, katolicy i żydzi, starzy i młodzi, płeć piękna i męska, wszystko to z wiarą podawało szklanki, a czworga ludzi z małej studzienki czerpiąc obficie wszystkim nalewało zdrowie”.

Z własną służbą i zaprzęgiem przybywały do  Salzbrunn  rodziny książąt Sanguszków z Tarnowa, Sułkowskich z Rydzyny, Radziwiłłów, Lubomirskich, Czartoryskich. A powozy hrabiowskie roiły Się na głównym trakcie szczawieńskim jak w jego rzeczułce pstrągi. Księgi ewidencyjne pęczniały od „grafów”, zwłaszcza szlagoneria wielkopolska upodobała sobie kąpielisko pod Chełmcem. Również z własnym ekwipażem i fraucymerem wylądowała tu wojewodzina warszawska i literatka, Anna Nakwaska. Lubiła ona piesze spacery, by podziwiać piękno przyrody. Oto co napisała w warszawskim „Pielgrzymie” o zamku Stary Książ i Szczawnie:

„Średniowieczny zameczek na stromej górze wśród lasu się wznoszący przedstawia nam obraz najwierniejszy ówczesnych zwyczajów. W sieni zastaliśmy młodą rumianą Ślązaczkę w skrzydlatym czepku i kusej odzieży, która z pękiem kluczy w ręku za cicerone służyć nam się ofiarowała.”… A dalej:
„Szczawno jest jeszcze w młodocianym rozkwicie. Jak szybkie postępy miejsce to od swego odkrycia uczyniło, świadczą piękna jego do spacerów galeria, salony, mnóstwo sklepów, domów dość wygodnych, znaczna liczba i piękne po górze się wijące spacery…Wysoka wieża ze starej urwiny odnowiona jest jakby czaso-miar kuracyją biorącym. Ubiegłość czasu wskazujący zegar jest zewsząd słyszany, ustawicznie o zmianie czynności przepisanych przez doktora ostrzega. Widok z tej wieży jest nader malowniczy, żebym wodom Szczawna należnego hołdu nie oddała”.

Osobną kartę w dziejach uzdrowiska zapisali działacze społeczni i rewolucjoniści, korzystający z pretekstu leczenia się „u wód” by móc swobodnie prowadzić rozmowy. Policja pruska nie była w stanie temu przeszkodzić. W roku 1843 na ziemi wałbrzyskiej zjawia się Edward Dembowski, publicysta i działacz rewolucyjny, organizator w 1846 roku powstania krakowskiego i przywódca ludowy. Miał tu okazję obok Szczawna poznać bliżej kopalnie wałbrzyskie i otaczające Jedlinę-Zdrój, a także zamek Książ, Kowary i okolice Jeleniej Góry.
Cała ta okolica, pisze Dembowski, gdzie mnóstwo jest wód mineralnych i znakomite fabryki, jest prawdziwie bogatą, a obok tego bardzo uroczą.

Na sezon kąpielowy 1845 roku zjechało do Szczawna sporo Polaków, toczyli tu narady przywódcy powstańczy z trzech zaborów: hrabia Adolf Bobrowski, Aleksander Brudzewski, Władysław Kosiński i najważniejszy z nich Walenty Stefański, członek Komitetu Narodowego w Poznaniu, twórca Związku Plebejuszy, najpotężniejszej, tajnej organizacji pod zaborem pruskim. To właśnie tutaj, w niemieckim Salzbrunn omawiano przygotowania do zbrojnego wystąpienia, którego celem miało być odzyskanie niepodległości przez Polskę, a więc powrót ziemi śląskiej do Macierzy. Taki cel przyświecał powstaniu wielkopolskiemu w trzy lata późnij w czasie Wiosny Ludów w 1848 roku.

W roku 1858 do zdroju wpadła Narcyza Żmichowska, uczestniczka ruchów rewolucyjnych lat 1846 i 1848, więziona potem przez trzy lata w Lublinie. Jak sama wspomina do Szczawna przyjechała nie dla ratowania zdrowia: „wody salcbruńskie wcale mi są niepotrzebne, mój najszanowniejszy medyk, który mi głównie do wystarania się paszportu dopomagał, wyraźnie przy wsiadaniu do wagonu upominał jeszcze, bym ich nie używała”. Prawdziwym powodem przyjazdu były kontakty polityczne z Sewerynem Elżanowskim, działaczem politycznym i konspiratorem  okresu Wiosny Ludów i powstania styczniowego, więźniem Moabitu wraz z Mierosławskim.
Jak pisze dr Szyperski: „gdyby szczawieńską kronikę podsumować paru powtarzającymi się nazwiskami Polaków, wymienilibyśmy trzy ciągle obecne na drukowanych szpaltach zasłużone nazwiska: Lucjan Siemiński, Hipolit Cegielski i Paulina Wilkowska. Ta trójka zadomowiła się w Górach Wałbrzyskich na dobre, a panią Paulinę możemy uznać za matkę chrzestną Szczawna”.

Zaglądając na karty historii, do książek i zapisków z przeszłości, przekonuję się wciąż, że można być dumnym nie tylko z przeszłości Szczawna-Zdroju, Wałbrzycha i całego regionu, ale także z tego, co się dzieje obecnie, o czym miałem okazję napisać szerzej w mojej książce "Wałbrzyskie powaby".

Mieszkamy w cudownym regionie podgórskim, otacza nas niezliczona ilość fascynujących miejsc krajobrazowych, zabytków historii i architektury, tajemnic i zagadek, mamy ogromne, niewyczerpane zasoby bogactw naturalnych, mamy też mądrych, wykształconych, utalentowanych, związanych emocjonalnie z tą ziemią ludzi. Czegóż więcej nam potrzeba? Obiektywizmu i optymizmu, i jeszcze poczucia emocjonalnego związku z tym miejscem, które już stało się  dla kilku pokoleń Polaków ziemią rodzinną. Potrzeba nam takiego zapału, jaki odnajdujemy w książkach i artykułach niezmordowanego piewcy naszego regionu, Alfonsa Szyperskiego.
 
Szczawno-Zdrój w ciągu ostatnich lat stało się miastem-kurortem, które tak jak dawniej potrafi zachwycić pięknem architektury i przyrody, ładem i porządkiem i wysokim poziomem lecznictwa uzdrowiskowego. A sąsiadujący z uzdrowiskiem duży Wałbrzych to nie jest już to miasto dymiących kominów i sypiących się domów, co w latach PRL-u. O tym jak dalece zmienił się Wałbrzych na lepsze, zwłaszcza w latach, gdy jego prezydentem jest Roman Szełemej, można by napisać nową książkę.

Z ogromną satysfakcją przyjąłem wiadomość, że prezydent Wałbrzycha, Roman Szełemej, został uznany we Wrocławiu na podsumowaniu konkursu Plebiscyt Roku za „Osobowość Roku” na Dolnym Śląsku.

Wyboru laureata dokonała Kapituła Konkursu, złożona z niezależnych przedstawicieli podmiotów gospodarczych i instytucji, które, podobnie jak Fundusz Regionu Wałbrzyskiego, za priorytet działalności stawiają sobie rozwój i promocję postaw przedsiębiorczych.

Laureaci otrzymali prestiżowe statuetki. Ich autorką jest Dorota Dziekiewicz-Pilich, artystka która zaprojektowała m.in. statuetkę nagrody muzycznej – Fryderyka.
Tegoroczna Gala Finałowa Plebiscytu Gospodarczego „Gwiazdy Biznesu” była dla Funduszu Regionu Wałbrzyskiego wyjątkowa, ponieważ została połączona z obchodami 25-lecia instytucji. Wspólnie z przedsiębiorcami FRW świętował ten piękny jubileusz.

 Plebiscyt „Gwiazdy Biznesu” w ciągu trzech lat zyskał rangę jednego z najważniejszych wydarzeń gospodarczych na Dolnym Śląsku. Co roku gromadzi blisko 500 znamienitych gości, w tym osobowości świata biznesu, polityki, kultury i sportu. Wszyscy jego uczestnicy przyczyniają się do realizacji szczytnego celu, jakim jest rozwoju przedsiębiorczości w naszym regionie.
                                                                                                                   




czwartek, 25 maja 2017

Ogródkowe filozofowanie



„O zieleni można nieskończenie.
Powielając dźwiękiem jej znaczenie,
Można kunsztem udatnych powieleń
Tworzyć światu coraz nowszą zieleń.

Nie dość słowo z widzenia znać. Trzeba
Wiedzieć jaka wydała go gleba,
Jak zalęgło się, rosło, pęczniało,
Nie - jak dźwięczy, ale jak dźwięczało,
Nie - jak brzmi, ale jakim nabrzmieniem
Dojrzewało, zanim się imieniem,
Czyli nazwą, wyrazem rozpękło,

W dziejach wzrostu słowa - jego piękno”…

(Julian Tuwim, „Zieleń”)

Słowo „zieleń” ma zapewne swą genealogię, ma także nieskończoną ilość skojarzeń i  znaczeń. Moje pojęcie zieleni jest bogate w obfitość barw od jasnej do ciemnej zieleni,  ale także jest bogate w rozmaitość odniesień wizualnych. A więc może to być łąka, albo łan wiosennego zboża, albo niedaleka kępa drzew obserwowana codziennie przez okno, albo też rozległe ściany zalesionych gór zamykających horyzont. Mam ten komfort, że mieszkam w górach, a moje miasto nie różni się wiele od wsi, zwłaszcza w tym miejscu, gdzie znajduje się mój dom.

O zieleni mógłbym nieskończenie, tak jak to sugeruje Tuwim w cytowanym wierszu. Może łatwiej byłoby dać sobie z tym spokój, gdyby nie wyjątkowość tegorocznej zieleni. Dobra pogoda wiosną,  ciepłe noce i obfitość deszczu spowodowały, że wszystkie pobocza dróg, łąki i polany leśne, ogródki domowe i trawniki zapełniły się obfitością zieleni. Będą mieli co robić pracownicy porządkowi, by zdążyć z koszeniem traw w parkach, przy drogach, klombach i budynkach mieszkalnych. Warkot kosiarek spalinowych słychać już za oknami non stop. Pełne ręce roboty mają właściciele ogródków działkowych, do których się zaliczam.

Ale prace w ogródku i wszystkie inne zajęcia na łonie natury mają swoją dodatkową wartość. Człowiek znajduje czas do spokojnych, niczym nie zakłócanych rozmyślań. Nie ma tu prasy, radia, telewizji, komputera, książek. Jest świeże powietrze, ciepło, cisza i wspaniała wokół przyroda. Jest zieleń w swych „udatnych powieleniach” i odcieniach. Jest naturalna egzemplifikacja tego co mieści się w najważniejszym pytaniu człowieka, skąd się wzięło życie na ziemi. Jak to się dzieje, że z maleńkiego nasionka wyrastają duże, dorodne rośliny, że korzonkami drzew i krzewów przenikają soki glebowe w górę aż do korony, zapełniając gałęzie gąszczem liści, kwiatów, a nieco później owoców? Jaka siła witalna to powoduje i skąd się ona bierze? A proces ten powtarza się jak wedyjska mantra co roku, nieprzerwanie, od zarania dziejów?

„Nie dość słowo z widzenia znać. Trzeba wiedzieć jaka wydała go gleba” – sugeruje poeta, Julian Tuwim, zachęcając do głębszego zastanowienia nad cudami natury.

Jeśli poprzez obserwację życia przyrody i życia człowieka pomyślimy, że wszystko co nas otacza jest dziełem niepojętej dla nas istoty, Stwórcy, czyli Boga, oznaczać to będzie, że jesteśmy wierzący, bo przecież wiara jest wtedy, gdy czegoś nie jesteśmy pewni. Istotą religii jest wiara w Boga, twórcę wszystkiego co nas otacza. Jest to zarazem najprostszy sposób wyjaśnienia wszystkich wątpliwości dotyczących sensu istnienia.

Okazuje się, że bardzo bliskie są sobie – praca fizyczna na ogródku i praca umysłowa, w tym przypadku filozofowanie. To tylko jedna z ogródkowych refleksji.

Oj, rodzi się tych pytań wiele w czasie kopania grządek i koszenia trawników. Trzeba wreszcie spokojnie je sobie zadać bez wgłębiania się w uczone paradygmaty religijnych mentorów lub laickich etyków. I najlepiej jeśli odpowiedź na nie odnajdziemy w sobie, we wnętrzu własnej duszy.


środa, 24 maja 2017

Nowa bajeczka dla grzecznych dzieci



Znamy to z czasów dziecięcych, przepiękna wierszowana kołysanka, słowna i śpiewana:

Z popielnika na Wojtusia
Iskiereczka mruga
Chodź opowiem Ci bajeczkę
bajka będzie długa.

Była sobie raz królewna
pokochała grajka
Król wyprawił im wesele
I skończona bajka.

Była sobie Baba-Jaga
Miała chatkę z masła,
A w tej chatce same dziwy
Psst, iskierka zgasła.


Ta piękna, wzruszająca rymowanka nie wiem dlaczego przyśniła mi się nad samym rankiem i zaczęła układać w nowej, współczesnej wersji:


Na Wojtusia z popielnika iskiereczka mruga,
choć opowiem ci bajeczkę, bajka będzie długa,
 działo się to lat dziesiątki jak senne marzenie
 dla seniorów i dla młodych radość i olśnienie:

Był przed laty mądry muzyk co sobie wymyślił,
by co roku do Opola zjeżdżali artyści,
z całej Polski piosenkarze grali i śpiewali,
a tłum widzów im skandował przy otwartej sali.

To był czas radości twórczej dla Polski i miasta…
Aż z Warszawy Baba Jaga popielnik zatrzasła !
I bajeczka się skończyła. Pstryk  -  iskierka zgasła !

Tego Wojtuś nie przebaczy iskiereczko miła,
że to przez tę Babę Jędzę bajka się skończyła …

Dedykuję tę nową wersję kołysanki wszystkim zawiedzionym miłośnikom polskiej piosenki, której jak się okazuje nie usłyszymy już w tym roku na festiwalu w Opolu. Pozostaje nam tylko na osłodę wysłuchać ponownie patriotycznej wiązanki śpiewanej przez  polityków PiS-u u Ojca Rydzyka w Toruniu.

 Ku chwale Ojczyzny!

poniedziałek, 22 maja 2017

Nad rybnym potokiem



To brzmi bardzo łagodnie  -  potok Rybnej. W Głuszycy jego ujście do Bystrzycy ma miejsce tuż przy skrzyżowaniu z boczną drogą do Mieroszowa przez Rynnicę Leśną, Unisław Śląski. Tedy dojechać możemy też do schroniska „Andrzejówka” przy Przełęczy Trzech Dolin. Tą drogą nie radzę jednak nikomu podróżować. Jedna z najatrakcyjniejszych dróg pod względem krajobrazowym jest odnowiona tylko do połowy – na obszarze gminy Mieroszów. Z Głuszycy do tego miejsca strach jechać, bo droga w wielu miejscach nad urwiskiem sypie się i wali. Tą drogą zapomnianą przez wszystkie władze (zwłaszcza zimą) jeździmy tylko i wyłącznie na własną odpowiedzialność.

Kręta, górska droga na odcinku kilku kilometrów biegnie wzdłuż rzeczki o historycznej nazwie Rybna, jednym z najpiękniejszych, ale i najniebezpieczniejszych potoków górskich. O swej nieograniczonej niczym mocy dał on znać w czasie lipcowej powodzi 1997 roku. Wówczas to maleńki, wijący się wstęgą w głębokim jarze strumyczek zamienił się w potężny, rozszalały żywioł pędzącej z ogromną siłą w dół, zmiatając po drodze wszystko, co stanowiło jakąkolwiek przeszkodę. A były w tym i zabudowania gospodarskie, mosty i kładki, drzewa i krzewy. Straż pożarna z największym trudem starała się w porę usuwać tworzone przez rozszalały żywioł zapory z drzew i krzewów, kłód i desek, przedmiotów użytkowych, by uchronić przed rozlaniem się wody na zewnątrz koryta. Ten kataklizm trwał przez całą dobę z 7 na 8 lipca, ale to samo działo się z wszystkimi potokami, które zbiera w obszarze gminy główna rzeka Bystrzyca. Ona też pokazała swój „lwi pazur”, podobnie jak królowa rzek na Dolnym Śląsku  -  Odra, o czym zapewne najlepiej pamiętają starsi mieszkańcy osiedla Kazanów we Wrocławiu.

Rzeka Rybna, zwana też potocznie Rybnym Potokiem w swym środkowym i dolnym biegu stanowi naturalną granicę pomiędzy Górami Suchymi i Wałbrzyskimi. Wypływa w centrum Gór Suchych, u podnóża Hali pod Klińcem, poniżej Przełęczy Trzech Dolin, na wysokości 790 m. npm. Dalej Rybna płynie głęboką doliną rozdzielając Graniczną i Bukowiec na zachodzie z Klinem na wschodzie. Mija kamieniołomy i dociera do górnych domów w Rybnicy Leśnej. Na końcu wsi przy skrzyżowaniu dróg do Wałbrzycha, Mieroszowa i Głuszycy, skręca gwałtownie w dół, na wschód, właśnie w kierunku Głuszycy. Potok tworzy tu głęboki przełom o stromych, często skalistych zboczach, porośnięty lasami świerkowo-bukowymi.

Powyżej potoku rozpościerają się strzeliste grzbiety Jeleńca i Rogowca, gdzie znajdują się ruiny piastowskiego zamku. Tędy właśnie wzdłuż krętej rzeczki prowadzi w dół przez Rynnicę Małą wspomniana powyżej skruszała do reszty asfaltowa dróżka.

W połowie drogi warto skorzystać za smażonej rybki w Łowisku Pstrąga i zarazem pensjonacie pod nazwą „Gościniec w Dolinie Rybnej”. To niezwykle atrakcyjne miejsce pod względem historycznym i architektonicznym,  pieczołowicie odbudowane i urządzone nowocześnie, ale z zachowaniem dawnego stylu i wielu pamiątek z czasów przedwojennych.
Właściciel pensjonatu nawiązał do dawnej niemieckiej tradycji  gościnnego domu, w którym można było odpocząć i posilić się domowym jadłem i smażoną rybką, jako że w potoku rybnym można było wyłowić pstrąga i inne smakowite rybki. I tak jest do dziś.

Stąd jest najbliżej na Rogowiec, gdzie można zobaczyć ruiny średniowiecznego zamku zbudowanego za czasów księcia świdnickiego Bolka Surowego, ale także zachwycić oczy rozległą panoramą górską widoczną z karkołomnej góry.

Piszę o nie do końca odbudowanej drodze, z cichą nadzieją, że może wreszcie uda się skruszyć serca jej właścicieli i przypomnieć, że stanowi ona zagrożenie w ruchu drogowym, a moim celem jest zachęcenie do zwiedzania tego zakątka ziemi wałbrzyskiej. Zwłaszcza piesza wycieczka brzegiem Rybnej lub wyznaczonymi górskimi szlakami może dostarczyć oczom takich widoków, że zastąpią one i Beskidy i Bieszczady.  Tu trzeba być i to zobaczyć. Prowadzą tędy atrakcyjne szlaki turystyczne, czerwony z Jedliny-Zdroju i niebieski z Wałbrzycha.



niedziela, 21 maja 2017

Połóżmy tamę karierowiczom !


Zacznę od cytatu z „Pana Jowialskiego” – Aleksandra Fredry:

Małpa w kąpieli

Rada małpa, że się śmieli,
Kiedy mogła udać człeka,
Widząc panią raz w kąpieli,
Wlazła pod stół - cicho czeka.
Pani wyszła, drzwi zamknęła;
Małpa figlarz - nuż do dzieła!
Wziąwszy pański czypek ranny,
Prześcieradło
I zwierciadło -
Szust! do wanny.

Pozostawiam do swobodnej spekulacji, co się dalej stało z sympatycznym małpiątkiem, które chciało poudawać człowieka. Oczywiście nasz nieśmiertelny komediopisarz, Fredro, pokazuje z pobłażliwością w dalszej części wierszowanej bajeczki jej kłopoty, kiedy to z rur popłynął do wanny strumień gorącej wody, która przelała się na podłogę łazienki  i kończy, jak to w bajkach bywa dającym wiele do myślenia morałem:

Dalej w okno!… Brzęk! – Uciekła!
Że tylko palce popiekła,
Nader szczęśliwa.
Tak to zwykle małpom bywa.


Przypomniałem sobie tę bajeczkę po obejrzeniu na Yuo Tube dwuminutowego nagrania z meczu piłki nożnej, w czasie którego mogliśmy usłyszeć emocjonalną reakcję jednego z kibiców na to, co się działo na boisku. To był przeraźliwy słowotok wulgarnych okrzyków i złorzeczeń pod adresem sędziego i piłkarzy przeciwnej drużyny.

Można by to puścić mimo uszu, bo niestety jest to dominujący język stadionowych kiboli, ale okazuje się, że tym sfrustrowanym krzykaczem był nie kto inny, ale cieszący się zaufaniem wyborców PiS-u i poparciem nowosądeckiego Kościoła – senator RP, niejaki Stanisław Kogut.

O „czcigodnym” senatorze, zaufanym totumfackim Ojca Rydzyka, częstym gościem TV „Trwam”, czytam w internetowych goglach:

Stanisław Kogut z PiS to człowiek renesansu: potrafi merytorycznie ocenić poziom sędziowania meczu piłkarskiego ("kretynie, do budy"), zawalczyć o miejsce na multipleksie dla o. Rydzyka ("Dworak chce wyrugować katolików"), ocenić katastrofę smoleńską ("Lecha Kaczyńskiego niszczą masoni") oraz poziom debaty o in vitro, w której przekonywał, że za bezpłodność odpowiada chęć robienia karier przez kobiety, a nawet proponowal reformę prawa (razem z Episkopatem).  Kontrowersyjny senator z Podhala  w senacie jest  Krystyną Pawłowicz w spodniach.

Okazuje się, że pan senator, to absolwent szacownej zawodówki o profilu mechanicznym, z korzeniami małopolskimi. Splot tych dwóch czynników dał nam osobowość zdecydowanie ponadprzeciętną, o gruntownej wiedzy i nienagannych manierach. Być może w tej zawodówce słabo wykładano etykę, a być może przyszły pan senator częściej bywał na wagarach niż w klasie, bo gdyby się uczył czegoś innego poza obróbką skrawaniem, to pewnie by wiedział, że in vitro po to właśnie jest, by ludzie mogli mieć dzieci. 

Senator Stanisław Kogut zwykł mawiać: „Jestem katolikiem i mam kręgosłup”. Niestety ten kręgosłup podtrzymuje jedynie pustą czaszkę. Gdyby na górze miła dekiel, byłaby zwykłym zbiornikiem na deszczówkę. 

Pomyśleć, że kiedyś słowo „senator” oznaczało człowieka statecznego, mądrego, prawego o dużej godności osobistej, człowieka, który miał za sobą osiągnięcia w pracy dla dobra wspólnego,  był autentycznym autorytetem w swoim środowisku.

Piszę o tym wszystkim nie dlatego, by atakować PiS, bo takich przypadków w naszym parlamencie mamy znacznie więcej i to we wszystkich ugrupowaniach partyjnych. Niestety, „Kariera Nikodema Dyzmy” Tadeusza Dołęgi- Mostowicza niczego nas nie nauczyła, wręcz odwrotnie. I to jest znacznie groźniejsze, niż incydent z małpą w kąpieli, bo ona tylko popiekła sobie palce, a konsekwencje takich karier jak senatora Koguta i jemu podobnych mogą się okazać znacznie bardziej bolesne, bo dotkną wielu obywateli, a mogą zadecydować o losach całego państwa. 

Ale to w dużej mierze skutek niedoskonałości naszej upartyjnionej ordynacji wyborczej.  Ogranicza ona wyraźnie możliwość kandydowania ludzi niezależnych od układów partyjnych. Niestety, ani w poprzednim, ani w obecnym parlamencie nie było i nie ma takiej siły, aby „ruszyć z posad bryłę” prawa wyborczego. Domyślamy się chyba wszyscy dlaczego? Bo obecna ordynacja pozwala partiom czerpać z budżetu państwa niebagatelne fundusze na przeprowadzenie akcji wyborczych i ułatwia uległym parlamentarzystom ponowny wybór nawet przez kilka kadencji. Między innymi skutkiem tego karierowicze mają się dobrze.

Wiem, że na ten temat napisano już wiele, ale to nie powód, by przechodzić nad tym do porządku dziennego. Trzeba dokonać gruntownych zmian w naszej demokracji, od tego zależy nasza przyszłość.