Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

środa, 10 maja 2017

Myślenie ma przyszłość



„Bez jedzenia ludzie potrafią przeżyć kilkanaście dni, a bez sensu  -  całe życie”. Oto jedna z tzw. „złotych myśli”. Ekscytujemy się takimi słownymi paradoksami, potrafią one nas zadziwić, dają też dużo do myślenia. Co to znaczy - żyć bez sensu? Czy w ogóle nasze życie ma sens ? Czy nie jest tak, że sami sobie ten sens wymyślamy i możemy się wówczas pocieszać, że nasze życie ma sens?

Ludzie wierzący znajdują sens życia w przestrzeganiu prawd wiary, ale wiara jest stworzona przez ludzi. Czy wobec tego można sądzić, że ci co nie wierzą, żyją bez sensu?

Sens życia, to pojęcie wręcz abstrakcyjne. Poszukiwaniem sensu życia zajmuje się nauka zwana filozofią. Rezultaty badań naukowych i dociekań są mizerne. Wciąż nie potrafimy sobie odpowiedzieć na pytanie – jak powstał świat, a w nim życie biologiczne na ziemi, no i   człowiek – istota fizyczna, ale też duchowa, a zwłaszcza na pytanie po co to wszystko?

Podobnych pytań jest więcej, dotyczą one całej organizacji życia ludzkiego, problemu wojen i śmierci, nierówności społecznych, rozwoju nauki i techniki. Popaść możemy w zupełną konsternację, jeśli próbujemy dociekać sensu w istnieniu całego kosmosu. Badania uczonych przynoszą nam w każdej dziedzinie nauki wciąż nowe, rewelacyjne odkrycia, poczynając od anatomii, a kończąc na budowie wszechświata. Ale to wszystko nie niweluje naszej niewiedzy na temat sensu bycia.

Co w tej sytuacji robić? Niestety, skazani jesteśmy na to, by żyć bez sensu, albo też ten sens sobie wymyślić. I tak właśnie czyni znaczna liczba mieszkańców tego globu. Sens życia znajdujemy w pracy przynoszącej dobro dla siebie, swojej rodziny i bliźnich, w życiu zgodnym z powszechnie przyjętymi normami etyki, w czynieniu dobra, w pomaganiu innym, albo też w religii, która do wyżej wymienionych wartości dodaje wiarę w Boga.

Znaczna część ludzi godzi się na to, by żyć bez sensu. Po prostu nie zadaje sobie w ogóle pytania, skąd się wzięło życie i po co żyć? Żyją, bo muszą.  Czy to oznacza, że należy ich życie przekreślić, czy mamy prawo uznać je za mniej wartościowe i mniej ważne? Zarówno ci co żyją z wyimagowanym przez siebie sensem, jak i ci, co nie zwracają na to uwagi, znajdą się kiedyś w tym samym położeniu, bo każde życie kończy się śmiercią.

Tym wszystkim, którzy nie przejmują się tym po co żyją proponuję dla podniesienia na duchu jedną ze złotych myśli: „Fakt, że meduza przeżyła 650 milionów lat bez mózgu daje nadzieję wielu ludziom”.

Na temat sensu lub bezsensu istnienia napisano już nieskończenie wiele. Zdaję sobie sprawę, że nie powiedziałem nic nowego. Dlaczego więc to poruszam?

Myślę że warto od czasu do czasu odskoczyć od problemów dnia codziennego i spojrzeć na nasze życie z góry. Pomogą nam w tej wspinaczce wielcy myśliciele.

 „To co zdobyliśmy z największym trudem, najbardziej kochamy  -  powiedział filozof rzymski  -  Seneka.

A nie mniej sławny filozof chiński,  Konfucjusz, radzi nam, co następuje: „Największą chlubą nie jest to, aby nigdy się nie potknąć, ale to, aby po każdym upadku dźwignąć się i stanąć na nogach”.

„Człowiek jest wielki nie przez to co posiada, lecz przez to kim jest, nie przez to, co ma, lecz przez to czym się dzieli z innymi”  - powiedział nasz największy autorytet, papież Jan Paweł II.

Szkoda, że nie wszyscy biorą to sobie do serca, zwłaszcza ci, co w pierwszej kolejności powinni dawać dobry przykład.

„Pobożność jest bardzo ważna, lecz rozumu nie zastąpi”  -  powiedział wiecznie żywy w naszej pamięci ksiądz J. Tischner. A inny ksiądz Alfred Wierzbicki dodaje: „Bóg jest wszędzie, ale w naszym kościele niestety jest tylko PiS”.

Uzbierało by się tych złotych myśli sporo, można by je cytować bez końca i nad każdym deliberować, do czego zresztą  gorąco zachęcam. Ktoś kiedyś słusznie powiedział, że myślenie ma kolosalną przyszłość.

A ja na koniec przytoczę ważne dla osób poszukujących pracy dowcipne ogłoszenie: „Słońce, piasek woda... Zatrudnię przy betoniarce !” Tak czy owak opalić się można.

A ponieważ przed nami gorące lato, najlepsza pora do opalania, proponuję robić to z rozmysłem, czyli wykorzystać słoneczne kąpiele do spokojnych medytacji, co moglibyśmy w tym czasie zrobić dla dobra wspólnego.  Słonecznego lata !

Fot. Zbigniew Dawidowicz

wtorek, 9 maja 2017

A ja nie mogę, bo mam boja !




„Gdy chodzi o kreację mitów, przewiduję dzień, w którym nowoczesne ludy będą miały boga przyrządzonego z amerykańska, boga który istniał i który zostanie potwierdzony świadectwami gazet. Będzie figurował w kościołach, a obraz jego nie będzie zdany na kaprys artysty, ale utrwali się go fotograficznie. W tym dniu cywilizacja dosięgnie swego szczytu, wówczas będą pływały po Wenecji parowe gondole”.

Oto zdanie wypowiedziane przez Teofila Gautiera w rozmowie na „obiedzie literackim u Magny” w Paryżu, w drugim dziesiątku lat Cesarstwa. Założycielami jego byli bracia Goncourt, rysownik Gavarni, pisarz Sainte-Beuve, filarami Saint-Victor, Berthelot i inni. Schodzili się co sobotę. Przetrwał ten obiad aż do katastrofy roku 1870.
W tym obiedzie, z którego pochodzi cytowany fragment padło jeszcze wiele niezwykle trafnych, ciekawych sentencji, oddających ducha epoki.

Obiady literackie w Paryżu, to coś podobnego jak „obiady czwartkowe” w  Warszawie na dworze króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, tylko że paryskie obiady nie były inspirowane przez żadnego reprezentanta władzy, były wolnym, niezależnym zgromadzeniem ludzi nauki i kultury, swobodną wymianą myśli, poglądów, opinii .

-Byliście na Wystawie? To ostatni cios zadany przeszłości: amerykanizacja Francji, przemysł bijący sztukę, parowa wyżymaczka rozpierająca się kosztem obrazu, kontynuuje Gautier,

-Ja widziałem na Wystawie rzecz straszliwą: porcelanowe wieńce z nieśmiertelników. Wspomnienia i żale zamienione w jednorazowy wydatek,  dołączył się do rozmowy Berthelot,

-Znałem pewnego ateistę. Poszedł z przyjacielem na ryby. Przyjaciel zarzucił wędkę i wyciągnął kamień, na którym było napisane: „Nie istnieję”. Podpisane: „Bóg”. Na to ateista mówi: „A widzisz!”. Kiedy niedowiarstwo staje się wiarą, głupsze jest od religii – powiedział Flaubert.

Saint-Beuve wtrąca, że pogaństwo było zrazu ładną rzeczą, ale potem zmieniło się w istną zgniliznę, syfilis. Chrystianizm był rtęcią na ten syfilis, ale za dużo jej użyto, a teraz trzeba, żeby ludzkość leczyła się z lekarstwa.

Widzicie – ciągnie Gautier – nieśmiertelność duszy, wolna wola, to bardzo zabawne zajmować się tym do dwudziestego roku życia, ale potem to nie uchodzi. Trzeba postarać się mieć kochankę, urządzić wygodnie u siebie, mieć ładne obrazy, a zwłaszcza dobrze pisać. Najlepiej metafory, to ozdoba egzystencji. Religie starożytne to były religie radości, uczty życia. To jest różnica taka jak między wieńcem z róż a chustką do nosa. Religia chrześcijańska służy, kiedy się płacze. A u kobiety religia jest częścią płci.

-Och ten spleen – włącza się Taine – to choroba naszego wieku. Trzeba zwalczać spleen wszystkimi środkami higieny, moralności, metody!

Przytoczyłem urywki niezwykłych rozmów toczonych w atmosferze często bardzo gorącej, emocjonalnej przez francuską plejadę najwybitniejszych umysłów tej epoki. To jest prawdziwa uczta duchowa, śledzić tok dysputy, delektować się zaskakującymi pointami, poznawać poglądy i temperamenty uczestniczących w tej zabawie luminarzy.

Komu to wszystko zawdzięczam? Powinienem to zrobić na samym początku. Wymienić znakomite nazwisko autora i tytuł jego książki, którą  cenię sobie jak drogocenny skarb. To zasłużony dla Krakowa poeta, krytyk literacki i tłumacz literatury francuskiej okresu Młodej Polski, filar osławionego kabaretu „Zielony Balonik” związanego z wyjątkową cukiernią artystyczną w Krakowie, niemniej słynną „Jamą Michalikową”.

Już chyba wszystkim jest wiadome, nie może być inaczej, chodzi o Tadeusza Boya Żeleńskiego, z zawodu lekarza, który przypadkowo stał  się literatem. Moim skarbem jest 13-sty tomik serii wydawniczej Państwowego Instytutu Wydawniczego dzieł wszystkich Tadeusza Boya Żeleńskiego z 1958 roku, p. t. „Obiad Literacki. Proust i jego świat”. 

Piszę z sentymentem o tej książce, która wywarła na mnie ogromne wrażenie, bo relacja z paryskich obiadów jest zręcznie sporządzoną kompilacją „Dzienników Goncourtów”, dwóch braci, Edmunda i Juliusza, zaliczanych do awangardy literatury i sztuki drugiej połowy XIX wieku we Francji. Boy Żeleński zrobił to po mistrzowsku, wybrał prawdziwe klejnoty myśli, powiedzeń, anegdot, dowcipów z obszernych notatek Goncourtów i wzbogacił je własnymi uwagami i komentarzami. Nie jest moim zamiarem rozpisywać się szerzej o Boyu Żeleńskim. Dla wielu  Czytelników jest wiadomo, że był on osobą dość kontrowersyjną, trudną do zaakceptowania dla konserwatywnej części klerykalnego Krakowa, a później także zacofanych środowisk całej porozbiorowej Polski. Z bogatej literatury francuskiej, której był admiratorem przemycał idee i poglądy laickie, tropił w swych wierszach i artykułach obłudę i zakłamanie mieszczaństwa i kleru kryjące się pod pozorami dostojeństwa i patriotyzmu.

Nasuwa się pytanie, po co o tym wszystkim piszę?  Co to ma wspólnego z tytułem blogu?  Przechodzę do konkluzji.

Przypomniał mi się dwuwiersz, nie pamiętam już kogo (czy to  był  Kern, czy Załuski ?):

„Człek chciałby czasem w ślad iść Boya,
Ale nie może, bo ma boja !”

Otóż to, całe życie mam boja. Dziś, tak samo jak dawniej nie mogę napisać nic dobrego o obecnej władzy mojego miasta, bo mogę się narazić opozycji, nie mogę napisać nic złego, bo będzie to wyglądało, że się jej podlizuję. Nie mam pewności, czy obecna opozycja nie sięgnie po władzę w kolejnych wyborach, a obecna władza nie stanie się opozycją. Tymczasem lata lecą. Z niepokojem obserwuję jak wypełnia się cmentarz komunalny pięknie położony na górce w pobliżu kościoła Najświętszej Marii Królowej Polski. Wszystkie miejsca widokowe już prawie zajęte. A ja chciałbym znaleźć przynajmniej miejsce pod płotem, ale po właściwej, wewnętrznej stronie. Wprawdzie nie wiem jeszcze kiedy to nastąpi, ale „przezorny zawsze ubezpieczony”. 

 Podobnie jak Lew Tołstoj w Jasnej Polanie, nie chcę żadnych kamiennych nagrobków. Nie dość, że cię zasypią ciężkim gruzem, to jeszcze przycisną granitowymi płytami, ciężko oddychać. Nie chcę też porcelanowych wieńców z nieśmiertelników, wystarczą wiosenne bratki i jesienne liście. Czy to nie pięknie, skromnie i oszczędnie. Tym co zmarli wystarczy ludzka pamięć, byle była to dobra pamięć, ale tak zwykle bywa,  o zmarłych mówi się lepiej niż za ich życia, więc na to liczę. 

Zanim to jeszcze nastąpi chciałbym poczytać od nowa „Księgi Jakubowe” Olgi Tokarczuk, „Riese, tam gdzie śmierć ma sowie oczy” Jolanty Kalety, no i oczywiście „Obiad Literacki” Tadeusza Boya Żeleńskiego, dodając koniecznie do tego jego „Słówka”. Niestety mogę spotkać  się z anatemą, wiadomo z czyjej strony, a wtedy mogę mieć problem z miejscem na cmentarzu. Trzeba naprawdę wielkiej determinacji, by iść w ślad Boya, a ja nie mogę, bo mam boja.

 Fot. Zbigniew Dawidowicz

poniedziałek, 8 maja 2017

Maj - miesiąć zakochanych


 
Ty przychodzisz jak noc majowa...
Biała noc, noc uśpiona w jaśminie...
I jaśminem pachną twe słowa...
I księżycem sen srebrny płynie...
Kocham cię...
Nie obiecuję ci wiele...
Bo tyle co prawie nic...
Najwyżej wiosenną zieleń...
I pogodne dni...
Najwyżej uśmiech na twarzy...
I dłoń w potrzebie...
Nie obiecuję ci wiele...
Bo tylko po prostu siebie... 


Tak mi z samego rana zaszumiało w głowie wierszem Bolesława Leśmiana, poety z końca okresu Młodej Polski i z czasów dwudziestolecia międzywojennego, gdy spojrzałem przez okno, a tam nad łąkami kłębią się białe, puszyste tabuny mgieł, przez które prześwituje nieśmiało poranne słońce. W tej srebrnej poświacie świeża zieleń drzew i krzewów utworzyła barwną mozaikę, tylko brać do ręki pędzel i próbować przenieść to na płótno, albo utrwalić na kliszy, tak jak to czynią nasi głuszyccy arcymistrzowie fotografiki, Wiesław Jaranowski, Robert Janusz lub Andrzej Kieda.

Tak właśnie, poranki majowe u takich jak ja „oszronionych jedwabiem czasu” melancholików, budzą wspomnienia z czasów młodości, kiedy to człowiek gotów był dać wszystko, byle tylko zyskać przychylność swego ideału.

Są momenty niepowtarzalne dziejące się w przyrodzie, podobnie jak w życiu ludzkim, o którym pisała Wisława Szymborska w wierszu „Nic dwa razy się nie zdarza”. To dobrze, że możemy takie piękno, jak to poranne majowe zwiastowanie, mam nadzieję, słonecznego dnia, uchwycić aparatem i odtworzyć na fotografii. Są wśród nas osoby wrażliwe na piękno przyrody, ba – jest ich coraz to więcej. To dla nich poeci piszą wiersze, a mistrzowie pędzla  malują obrazki, zaś mistrzowie fotografiki wyczyniają „cuda – niewidy”, bo dobra fotografia, to także dzieło sztuki.

Miesiąc maj ma to do siebie, że w sposób szczególny działa na naszą psychikę. Wyzwala uśpione w zimie instynkty i pobudza je do życia podobnie jak rodzące się od nowa życie przyrody. Nic dziwnego, że od wieków uznaje się maj za miesiąc zakochanych.

To właśnie o takim zauroczeniu pisał Konstanty Ildefons Gałczyński w swoich „Pieśniach”:

Pochylony nad mym stołem
we wschodzącej zorzy łunie
ręce twoje opisuje
serce twoje opisuje;

Smak twych ust jak morwa cierpki
i głosu pochmurną słodycz
i uszy twe jak wysepki,
które z dala widział Odys.

Ten obłok jest twoją twarzą,
ten horyzont, ta akacja.
Pióro maczam w kałamarzu
i litery wyprowadzam.

Niech staną rządek przy rządku
jak ptaki złote i modre,
by z najprawdziwszego wątku
powstał najprawdziwszy portret.

Minął dzień. Wciąż prędzej, prędzej
szybuje czas bez wytchnienia,
a ja chciałbym twoje ręce
ocalić od zapomnienia.


Miesiąc maj może kojarzyć się nie tylko z ożywieniem emocjonalnym, które wzmacnia więzi uczuciowe zakochanych.

Wiersz Leśmiana wykorzystał sprytnie „rewolucjonista”, Władysław Broniewski wyznaczając poezji, która „przychodzi do nas jak noc majowa” zupełnie nową rolę. Ma ona według Broniewskiego być werblem, który zagrzewa do marszu:  


Ty przychodzisz jak noc majowa,
biała noc, uśpiona w jaśminie,
i jaśminem pachną twoje słowa,
i księżycem sen srebrny płynie,

płyniesz cicha przez noce bezsenne
- cichą nocą tak liście szeleszczą-
szepcesz sny, szepcesz słowa tajemne,
w słowach cichych skąpana jak w deszczu...

To za mało! Za mało! Za mało!
Twoje słowa tumanią i kłamią!
Piersiom żywych daj oddech zapału,
wiew szeroki i skrzydła do ramion!

Nam te słowa ciche nie starczą.
Marne słowa. I błahe. I zimne.
Ty masz werbel nam zagrać do marszu!
Smagać słowem! Bić pieśnią! Wznieść hymnem! 


Poezja romantyczna, której nuty pobrzmiewają w wierszu Leśmiana, zapełniała scenę jaśminem, księżycem, ciszą. Poezja Broniewskiego pobrzmiewa hukiem, sztandarami, pieśnią, pochodniami. Kojarzy się z wojną i rewolucją. I słusznie, ponieważ tak ma się kojarzyć.
Wiersz Broniewskiego jest często interpretowany jako polityczny ukłon wobec władzy ludowej, która wzywała do walki z tzw. wrogiem klasowym w pierwszych latach powojennych Polski. To odbicie jej ideologicznych haseł. Ten wiersz powinien być szczególnie bliski  obecnie rządzącym, którzy tak samo jak wówczas nie mogą żyć bez wroga. W tej chwili tym wrogiem są zdrajcy-komuniści i nieokreślone bliżej ciemne masy „drugiego sortu”.

Mam nadzieję, że miesiąc maj pozostanie w naszej imaginacji miesiącem radosnym, w którym dominują uczucia miłości i podziwu dla cudów przyrody, tak właśnie jak to czuł Leśmian lub Gałczyński. A emocje polityków starajmy się odrzucić jak najdalej. Dziś jeszcze są, a jutro już ich może nie być. Trzeba wierzyć w rozwagę Polaków i naturalną potrzebę życia w zgodnej harmonii i wzajemnym poszanowaniu, a maj jest i będzie jak dawniej miesiącem zakochanych.








niedziela, 7 maja 2017

Nasz mistyczny świat



Chcę się podzielić dzisiaj z moimi Czytelnikami kilkoma refleksjami, które nasunęły mi się przy okazji wnikliwej lektury „Ksiąg Jakubowych” nieocenionej Olgi Tokarczuk. Jest to zarazem próba oddania hołdu powieściopisarce za Jej monumentalną rozprawę literacko-historyczną. Oczywiście, to o czym piszę, to zaledwie drobne krople z oceanu, jaki wypełnia po brzegi niebotyczne rozmiary tej książki.

Zdecydowałem się pisać własnymi słowami czerpiąc obficie z tego dobrodziejstwa, którym obdarza nas autorka „Ksiąg Jakubowych”. Pozwalam sobie przy tej okazji na osobiste odniesienia do  współczesnej, mistycznej rzeczywistości.


W mistycznym świecie polityki

Zacznijmy od wydarzeń, które wstrząsnęły krajem, w którym znów stało się aktualna powiedziana po łacinie XVIII-wieczna sentencja: Polonie est paradisus Judaeorium:


Tymczasem oprócz hakkarat panim – znajomości fizjonomii, a także sidrej szirtutin – znajomości chiromancji, pewni wybitni politycy, do których już zaliczają się i chacham Jarosław, i  ben Andrzej, i broszka Beata, i reb Antoni, no i tuchanbejowicz Wicia, poddają się tajnikom czarnej magii i w zupełnej tajemnicy nocą w bet midrasz na Nowogrodzkiej odbywają seanse spirytystyczne. Zapalają tylko dwie świece w małym pokoju i siadają na podłodze po turecku. Głowa musi iść między kolana. Ciało człowiecze wraca wtedy do tej samej pozycji, którą miało w brzuchu matki, która nie uległa pokusie aborcji. Gdy tak się siedzi kilka godzin oddając się pobożnym kontemplacjom, gdy oddech powraca do płuc i słyszy się bicie własnego serca, ludzki umysł zaczyna przejawiać niespotykaną dotąd przejrzystość. To właśnie wtedy rodzą się najlepsze pomysły, jak np. ten, by najważniejsze decyzje sejmowe podejmować nocą. Naród śpi, opozycja gaśnie z wyczerpania, a my dzięki temu jesteśmy w pełnej ekspresji twórczej.

Nasi współcześni mistycy


Wielki Mędrzec Jarosław nigdy nie mówi tak jak kaznodzieje, długimi, skomplikowanymi zdaniami, w których pełno jest rzadkich słów i powoływania się na cytaty. To właśnie jego słowa będą cytować wszystkie agencje prasowe i to jest ważne, to się liczy. Jarosław mówi prosto i zwięźle jak ktoś kto żyje z handlu na rynku lub powozi furą. Nazywa rzeczy po imieniu. Kto nie jest z nim - jest zdrajcą, odszczepieńcem, kreaturą, a w najlepszej sytuacji - drugim sortem. Kiedy żartuje, to nie wiadomo, czy to są żarty, czy poważne sądy. Zwykle jego uporczywe, niejako ptasie – orle, sokole, sępie – spojrzenie wprawia rozmówców w konfuzję. Odwracają wzrok, plączą się. Bywa, że Jarosław wybucha śmiechem, ni stąd, ni zowąd, a wtedy wszyscy wokoło czują ulgę i też pozorują uśmieszek na twarzy. Bywa też grubiański, opryskliwy, ale nawet najbardziej soczyste epitety można przyjąć bez wstydu, złożywszy to na karb słusznego wieku i pozycji wodza narodu.


Cacko – Marionetka Jędruś, zwany Klęczonem podróżuje po kraju. Gdzie by nie przybył drzwi świątyń otwierają się na ościerz. Ci co uwierzyli w jego posłannictwo dzień powszedni zamieniają na dzień świąteczny. To jest dla nich Wielkidzień, a po nim Wielkanoc. Kobiety myją włosy i suszą je na powietrzu, sprzątają domy i obejścia, umajają je kwiatami i gałązkami mirtu, żeby Mesjasz mógł wejść w schludny świat. W tym dniu rodzi się bowiem światło. Izajasz mówił: „wieniec zamiast popiołu, olejek radości zamiast szaty smutku, pieśń chwały, zamiast zgnębienia na duchu”. I dobrze, delikwenci wszelakiej maści „wyższego sortu” w nieustających pokłonach, a dzieciarnia z ochronki z siostrami kółka różańcowego rzucają mu pod nogi kwiaty stokrotek i niezapominajek. Chór szkolny wyśpiewuje pod ratuszem „Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród”, a potem w kościele po mszy: „Ojczyznę, wolność, racz nam wrócić Panie”. „Wróciłeś” woła skonfudowany ksiądz na ambonie. „Wróciłeś nam Panie”!


Prawowierny Wicia Wielocyped podróżuje po świecie, jest ciągłym biegunem. Świat stał się dla niego podwórkiem, a on sam pępkiem świata. Ostatnio odwiedził egzotyczne  San Escobar. Orient stał się dla niego spełnieniem pasji zbieracza-kolekcjonera sztuki. Przywiózł walizkę, a w niej kilimki, kutasiki, frędzle, guziki z masy perłowej, drobna broń ozdobna, tabakierki z laki, wachlarze z obrazkami, fajki, drogie kamienie, a nawet słodycze: chałwa i rachatłukum. Ale to tylko podręczny bagaż. W tym właściwym, przywiezionym z lotniska transporterem, znalazły się wyroby skórzane, włochate ręczniki, brokaty, szale chorasańskie i kermińskie, które wprawiają w zachwyt wyszywanymi na nich lwami i pawiami.  Ze stert kilimów dobywa się jakaś woń specyficzna, być może kiedyś wydawałaby się obca, ale teraz po nawiązaniu znajomości z elitą wyspy San Escobar zapach ten budzi w nim tylko ekstazę.


Ostrzeżenie przed lewicą


Współcześni ideolodzy spod znaku TV „Trwam” okazują się wiernymi zaleceniom żydowskiej księgi Zohar. Jest tam napisane, że należy się wystrzegać by w drodze do bożnicy nie przylgnęły do człowieka złe duchy.  Czyhają one na człowieka wyłącznie z lewej strony, bo mezuza jest przybita tylko od strony prawej, a w mezuzie jest napisane: „I Szaddaj będzie na twoich odrzwiach”, a to znaczy, że nie dopuści on do ciebie upiorów. 

Powietrze jest pełne oczu. Patrzą na ciebie. Nie uda ci się zasłonić przed ich penetracją. Dojrzą twe ukryte ciągoty, by usłyszeć, co mówią duchy z lewej strony. A wtedy popełniasz grzech pierworodny. Prowadzi on do tego co złe, co nie jest pisane przez Boga. Przyjrzyj się światu od prawej strony, dojrzysz doskonałość boskiego dzieła we wszystkim co cię otacza. I w tej glinianej dróżce, która prowadzi nad rzekę, i w samym jej nurcie, który bierze się nie wiedzieć z czego, i w roślinach, i w drzewach, i w tym co zrobiła ręka ludzka.
Tak więc – wystrzegaj się lewicy, patrz tylko w prawo. A tam dojrzysz jedynie słuszny, dogłębnie prawicowy, kanał telewizyjny „Trwam” Ojca Dyrektora Magnificencji Rydzyka, jak dobrze pójdzie przyszłego papieża, a przepowiadają to Jego prorocy w studiu telewizyjnym, którzy jak wiadomo przekazują wiadomości dobre i złe, ale zawsze prawdziwe.


Sprawdź, jakim jesteś Czytelnikiem!


Niejaki Isochar, żydowski nauczyciel, wyznawca Szabtaja Cwi, twórcy nowego odłamu religii Mojżeszowej w dalekiej Smyrnie, mówił, że są cztery rodzaje czytelników. Jest czytelnik gąbka, jest  lejek, jest cedzidło i jest sito. Gąbka wchłania w siebie wszystko jak leci; jasne jest, że potem dużo z tego pamięta, lecz nie umie wydobyć najważniejszego. Lejek – przyjmuje jednym końcem, drugim zaś wszystko co przeczytane z niego wylatuje. Cedzak przepuszcza wino, a zatrzymuje winny osad; ten w ogóle nie powinien czytać i lepiej żeby zajął się rzemiosłem. Sito zaś oddziela plewy, żeby otrzymać najlepsze ziarno. 


Wnoszę, że moi Czytelnicy stanowią tylko i wyłącznie tę ostatnią grupę. Mają ten przywilej, że już wcześniej to co przeczytałem przeszło przez drobniutkie sito. To co im dostarczam, to najlepszy gatunek ziarna, z którego mogą piekarze upiec pieczywo najprzedniejszej próby, może też to ziarno stać się zasiewem obfitych łanów zboża dla przyszłych pokoleń czytelników. Salem alejkum!