Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

piątek, 5 maja 2017

Mój świąteczny maraton



Nigdy jeszcze nie miałem takich majowych świąt. Świat realny istniał tylko momentami  -  „w przerwach na reklamy”.  Mimo wszystko trzeba było coś zjeść i się napić.  Te przerwy były znacznie krótsze niż w programach sportowych „Polsatu”. Telewizja nie interesuje mnie od dawna, facebook  w moim pececie wyprawia takie hocki klocki, że szkoda nerwów. Dobrze funkcjonuje tylko poczta mailowa i strona blogowa. Odstawiłem więc na bok wszelką elektronikę. Postanowiłem spędzić te święta jak za dawnych dobrych czasów – w bezpośrednim, bliskim kontakcie z Nią.

Już w niedzielę kwietniową wieńczącą miesiąc plecień  w obliczu zbliżających się majowych świąt pomyślałem -  „carpe diem”. Taka okazja może się nie powtórzyć. Pogoda w kratkę, a świąt bez liku. Nie ma już obowiązkowych pochodów pierwszomajowych, trzeciomajowy maraton biegowy już nie dla mnie, kościół też mogę sobie odpuścić, bo to przecież nie Boże Narodzenie lub Wielkanoc. A przede mną  na honorowym miejscu czeka Ona -  wprawdzie już przeze mnie kosztowana, ale w przelocie, tak jak koneserzy kosztują świeże wino. Nadszedł czas by zrobić to detalicznie, powoli i z rozwagą. No i  wpadłem jak śliwka w kompot, tylko że to nie kompot, ale dobre wino. Trzeba je smakować  jak najdłużej, dlatego zwalniam tempo, powracam do „wypitych czarek”, by zbyt wcześnie nie zobaczyć dna omszałej butli. 

Mój „corpus delicti” liczy sobie z prologiem 905 stron, 7 ksiąg i niezliczoną ilość rozdziałów. Ciąży w ręce, gdy próbuję delektować się nim na fotelu. Mam pełną świadomość, że mam przed sobą prawdziwy skarb. Nie potrafię go ocenić, nie znam takiej miary. Gdyby znalazł się na giełdzie jego akcje rosły by tylko w górę, a zainteresowanie nimi przekroczyło nasze granice.

Nie, nie będę już dłużej trzymał moich Czytelników w napięciu. Odkrywam karty. Mój diament nosi prześliczny tytuł :

„Księgi Jakubowe” albo Wielka Podróż przez siedem granic, pięć języków i trzy duże religie, nie licząc tych małych. Opowiadana przez zmarłych, a przez Autorkę dopełniona metodą KONIEKTURY z wielu rozmaitych KSIĄG zaczerpnięta, a także wspomożona IMAGINACYJĄ, która jest największym, naturalnym Darem człowieka.

A w podtytule:

Mądrym dla Memoriału, Kompatriotom dla refleksji, Laikom dla nauki, Melancholikom zaś dla rozrywki.

Z satysfakcją  umieszczam się w trzech kolejnych grupach odbiorców, w pierwszej niestety nie, bo gdybym był mądry, to książka ta nie czekała by tak długo na jej „degustację”.

Jestem pewien, że wszyscy już się domyślamy, iż Autorką księgi jest nasza dwukrotna zdobywczyni najważniejszej w Polsce nagrody literackiej – „Nike”  -  Olga Tokarczuk.

Ten epitet „nasza” ma dla mnie podwójne znaczenie: nasza, czyli polska i nasza, bo  związana z Wałbrzychem i wiejskim ustroniem Krajanów pod Nową Rudą, gdzie znajduje się jej dom letni.

O Oldze Tokarczuk i jej książkach pisałem już kilkakrotnie w moim blogu. Zachwycałem się wszystkim, co wychodziło spod Jej ręki. Teraz po czytelniczym, kilkudniowym  maratonie jakim są „Księgi Jakubowe”  nie potrafię wyjść z podziwu. To jest książka oszałamiająca wszystkim co może Czytelnikowi dać znakomity powieściopisarz, a zarazem historyk, erudyta, człowiek tytanicznej pracy. Nie wyobrażałem sobie, że teraz na stare lata doświadczę  jeszcze czegoś podobnego jak w latach dziecięcych przy czytaniu H. Sienkiewicza „W pustyni i w puszczy”, a w kilka lat później  „Krzyżaków”, „Quo vadis” „Trylogii”, kiedy nie mogłem się oderwać od książki, zapominając o Bożym świecie.

Oczywiście, „Księgi Jakubowe” Olgi Tokarczuk, to jest rzecz na pograniczu beletrystki i opracowania popularno- naukowego, ale zrobiona tak kunsztownie, z talentem literackim i rozmachem, że wiem już na pewno, iż będę do niej powracał często i będę polecał moim Czytelnikom  bliższe poznanie tego majstersztyku.

Dla zachęty wybrałem drobny fragment z książki, który jak sądzę ilustruje dość wymownie jej walory poznawcze.

Rzecz dotyczy pewnego zdarzenia z lat młodości jednego z bohaterów książki, Żyda, Jakuba Lejbowicza Franka, który  z biegiem czasu stał się reformatorem religijnym wśród społeczności żydowskiej na Podolu i przywódcą nowego odłamu. Już wtedy dał się poznać  z dziwnego zachowania i niezwykłych zdolności zjednywania sobie zwolenników:

„Opowiadają, że jako piętnastoletni może chłopiec, jeszcze w Rumunii, przyszedł jakby nigdy nic do gospody, gdzie pobierano cła od towarów i zasiadłszy przy stole, polecił podać sobie wina i jedzenia, wyciągnął jakieś papiery, po czym rozkazał, żeby mu przyniesione towary do oclenia, spisał je skrupulatnie, a pieniądze zabrał dla siebie”.

Zdarzenie to wywołało różnicę zdań wśród starszyzny żydowskiej:

„Dla Nachmana jest jasne, że ten Jakub oszukał ludzi i odebrał im pieniądze, które mu się wcale nie należały.

- Dlaczego jesteś po stronie tamtych? – pyta go reb Mordke.

- Ba ja też muszę oddawać pogłówne, choć nic złego nie zrobiłem. Więc mi żal tych ludzi, którym zabrano to, co do nich należało. Gdy przyjdzie prawdziwy poborca będą musieli zapłacić jeszcze raz.

- A za co oni mają płacić, myślałeś?

- No jak to? – Nachmana  dziwi to, co mówi jego mistrz. – Jak to „za co płacić” – brakuje mu słów, tak bardzo to płacenie jest oczywiste.

- Płacisz za to, żeś Żyd, żyjesz na łasce pańskiej, królewskiej. Płacisz podatki, ale gdy ci się niesprawiedliwość dzieje, ani pan, ani król chętnie się za tobą nie wstawi. Czy gdzieś jest napisane, że twoje życie kosztuje? Że cenę ma twój rok i miesiąc, i każdy dzień da się przeliczyć na złoto? – mówi reb Mordke, spokojnie i starannie nabijając fajkę.

Daje to Nachmanowi do myślenia jeszcze więcej niż teologiczne dysputy. Jak to się stało, że jedni płacą, a drudzy zbierają? Skąd to się stało, że jedni mają ogrom ziemi, której nawet objechać nie zdołają, a inni arendują od nich kawałek, za który płacą tak wiele, że im na chleb już nie starcza? …

- Ale mnie się wydaje, że ziemi nie powinno się ani sprzedawać, ani kupować na własność. Tak samo jak wody i powietrza. I ogniem też nie pohandlujesz. To są rzeczy dane nam od Boga, nie każdemu z osobna, ale wspólne. Jak niebo i słońce. Czy słońce jest czyjeś, czy gwiazdy do kogoś należą?

- No nie, bo nie dają pożytku. To co niesie korzyść człowiekowi musi być czyjąś własnością – próbuje Nachman.

- A jakże to słońce pożytku nie niesie! – wykrzykuje Jeruchim – Gdyby tylko umiały go dosięgnąć  ręce chciwych, zaraz by je na kawałki pocięli, w skarbcu pochowały i w odpowiednim czasie sprzedawały innym”.

Jest w tej książce niezliczona ilość podobnych rozważań i dyskusji  religijnych, a także na różne tematy wzięte z życia tzw. ziem kresowych, które w II połowie XVIII wieku stanowiły prawdziwy konglomerat różnych narodowości, języków i religii.

W nocie bibliograficznej do książki Olga Tokarczuk wskazuje na obfitość różnorodnych materiałów źródłowych, które stanowią fundament tej, nie waham się tego nazwać – historycznej książki, a historia, jak pisze na końcu autorka „jest nieustanną próbą rozumienia tego, co się wydarzyło, i tego co mogło się wydarzyć”.


P.S. Myślę, że zacytowana przeze mnie rozmowa nie straciła na aktualności mimo, że upłynęło już ponad ćwierć wieku. Nasi rządzący są w trakcie przygotowania ustawy, która ma obciążyć chłopów kosztami wody spadającej z nieba. Jeszcze trochę i stanie się to samo z energią słoneczną (ogrzewanie termoenergetyczne). Są jeszcze inne możliwości obciążania ludu podatkami, np. karty wstępu do lasów państwowych na grzyby lub na trasy turystyczne. Dobrze byłoby wyemitować bilety wstępu do wszystkich biur poselskich PiS-u, gdzie można by obejrzeć w całej krasie polską mutację „Folwarku zwierzęcego” Georga Orwella. Podobnie jak w tamtym folwarku żyjemy rzekomo w wolnym kraju, gdzie obowiązuje konstytucja, a na jej straży stoi konstytucyjnie wybrany Trybunał. Mamy ogólnie dostępną telewizję państwową, za którą czy chcesz ją oglądać, czy nie chcesz, musisz płacić. Można też opodatkować obowiązkowe nauczanie w szkołach i obowiązkowe korzystanie z kaplic i  kościołów. Możliwości są nieograniczone. Żyjemy przecież w kraju demokratycznym, w którym politycy rządzącej partii mogą czerpać pełnymi garściami pieniądze z kieszeni podatników, by zapewnić sobie życie ponad stan i mieć za co kupić wyborców.

 Ale przynajmniej jedno jest w tym obiecujące – dziś to się nazywa „dobra zmiana”.


Fot. Zbigniew Dawidowicz

czwartek, 4 maja 2017

Droga do nikąd




 Tytuł dzisiejszego postu jest bardzo zagadkowy, może budzić różne refleksje, nawet natury filozoficznej na temat sensu naszego istnienia. Czy przypadkiem nasza droga życiowa nie prowadzi do nikąd? Ludzie religijni wierzą w nieśmiertelność duszy, wierzą że po śmierci ich dusza może trafić do nieba. Niestety, również do piekła i to jest mniej obiecujące. Ludzie niewierzący są w znacznie gorszej sytuacji, bo trudno im znaleźć odpowiedź na pytanie, po co człowiek żyje? Jaki jest sens życia na ziemi? 

Zamykam jednak ten wątek zbyt poważny, by się nim zajmować w blogu, którego celem jest promocja regionu wałbrzyskiego. Okazuje się, że to o czym chcę napisać jest znacznie prostsze i dotyczy sfery na wskroś materialnej, a nie duchowej. Chociaż co do tej drugiej, nie byłbym tak pewny, bo przecież rzecz dotyczy pewnego kościółka, o którym możemy przeczytać w niektórych informatorach turystycznych i materiałach kościelnych, a więc obiektu sensu stricto duchowego. Rzecz dotyczy też drogi do nikąd, ale o tym na samym końcu tego postu..

O istnieniu kościółka orientuje się niewielka ilość osób, głównie mieszkańców wsi Olszyniec w gminie Walim, którzy gromadzą się tam co niedziela na Mszy Świętej wczesnym rankiem o godzinie 8.30, a także wyjątkowo w innych porach przy okazji ważniejszych uroczystości religijnych. Wiedzą też o kościółku wytrawni turyści, osoby interesujące się historią tych ziem, nieliczni mieszkańcy okolicznych miejscowości. Są też tacy, którzy o nim słyszeli, ale nie orientują się, czy jeszcze nie popadł w ruinę i czy w ogóle odprawiają się tam jakieś obrzędy religijne. Starsi ludzie z najbliższej okolicy pamiętają kościółek, który był dobrze widoczny z drogi wiodącej z Jedlinki do Olszyńca, ale to wtedy, gdy jeszcze nie urosły tak wysokie drzewa i gęste krzewy, które zasłoniły do reszty mury i wieżyczki świątyni. Wiedzą też o tym, że dotarcie do kościółka nie było zbyt łatwe, bo wymagało dobrej kondycji by wspiąć się bezpośrednio ze wsi ścieżką pomiędzy drzewami pod górę, na wysoką skarpę, gdzie królował dom Boży, albo też podążyć znacznie dalszą drogą okrężną od skrzyżowania dróg do Jugowic i Wałbrzycha.

Powoli sprawa staje się jasna. Domyślamy się, że chodzi mi o promocję  tajemniczego zabytkowego kościółka Św. Anny w Olszyńcu,  usytuowanego wysoko na zboczu pnącego się nad wsią stromego wzniesienia. Kościółek stary, bo sięgający początków XIV wieku, a po przebudowie w 1593 wielokrotnie remontowany, ostatnio w 1964 i  2000 roku.

O późnogotycko-renesansowym kościele czytam w „Słowniku geografii turystycznej Sudetów”, że jest to budowla jednonawowa z wydzielonym  węższym prezbiterium, kryta dachem dwuspadowym z 8-mioma bocznymi sygnaturkami na kalenicy. Wieńczy ją wysoki hełm ostrosłupowy, a obok jeszcze druga drewniana wieżyczka. Portal wejściowy zamknięty półkoliście, zdobią stare drewniane wrota. Wewnątrz drewniany strop z 1611 roku z malowidłami J. Weisslera oraz bogate, zabytkowe wyposażenie, m.in. drewniana ambona i chrzcielnica z XVI wieku oraz barokowy dzwon z XVIII wieku.

Istotnie kościół robi wrażenie, bo jest dość duży i masywny, dobrze utrzymany i odnowiony. Otoczony jest dawnym cmentarzem, zarośniętym bujnymi trawami, na którym zachowało się kilka maleńkich, zapuszczonych grobów. To samo dotyczy resztek kamiennego muru okalającego plac kościelny z cmentarzem, 

Wiemy o tym, że w przeszłości pełnił on ważną rolę jako jedyny kościół katolicki w okolicy, a parafia obejmowała nie tylko Olszyniec i Jugowice, ale także Jedlinkę i Jedlinę-Zdrój. Było to głównie w XVII i XVIII wieku, kiedy to w tym obszarze przeważali ewangelicy, a wiernych kościoła rzymsko-katolickiego było znacznie mniej. Potem proporcje się zmieniły, co spowodowało budowę kościołów katolickich i w Jedlinie i w Głuszycy. Wówczas rola kościółka w Olszyńcu znacznie zmalała.

Kościół Św. Ąnny w Olszyńcu zdołał przetrwać trudne lata wojen światowych, a po wojnie jego rola i znaczenie spadły. Jest kościołem filialnym parafii w Zagórzu Śląskim, a ponieważ wieś Olszyniec nie jest zbyt duża i bogata, z trudem broni się przed popadnięciem w ruinę. Przeprowadzony  w 2000 roku remont znacznie poprawił kondycję techniczną obiektu, który jest cennym zabytkiem w gminie Walim.

Kościółek  ten od dawna budził moje zainteresowanie ze względu na swoje wyjątkowo atrakcyjne umiejscowienie. Wydawało się, że wisi na skarpie i może lada dzień podzielić los słynnego kościółka w Trzęsaczu nad brzegiem Morza Bałtyckiego, z którego zachowała się do dzisiaj tylko jedna ściana. Dobrych parę lat temu byłem w kościółku z wycieczką szkolną, zapamiętałem dość strome podejście sprawiające wrażenie wspinaczki na wysoką górę. Kościółek był wtedy w dość mizernym stanie, ale odległość od przepaści w dół była na tyle duża, że nie groziło mu żadne niebezpieczeństwo Z biegiem czasu strome zbocze wzniesienia zarosło wysokimi drzewami i kościółek utonął w bujnej zieleni.

Rozpisałem się o kościółku, do zwiedzenia którego gorąco zachęcam, zwłaszcza, że jak się okazuje, nie jest to na dzisiaj tak trudne zadanie. Do kościółka można dojechać drogą asfaltową, wprawdzie wąską, ale przejezdną. Obok kościoła znajdzie się miejsce na zaparkowanie. Przy tej drodze jest kilka gospodarstw rolnych, jeno z nich naprzeciw kościoła.

Moja wycieczka samochodem do Olszyńca jak się okazuje nie poszła na marne. Dziś już wiem, że można dojechać pod sam kościół. Ale mam za sobą jeszcze jedno dość osobliwe doświadczenie. I teraz właśnie docieram do najistotniejszej konkluzji wiążącej się z tytułem mojego postu. Dojechawszy asfaltową drogą do kościoła, zdecydowałem się pojechać tą drogą dalej. Spodziewałem się, że zjadę nią do Jedliny-Zdroju. Niestety, okazało się, że była to droga do nikąd. Kilkadziesiąt metrów za kościółkiem asfalt się skończył, a zarazem także droga, bo zobaczyłem przed samochodem usypaną szutrową górkę. Dobrze, że było gdzie nawrócić. Natomiast szkoda, że o tej niespodziance nie informuje żaden znak drogowy. 

Przypomniałem sobie zdarzenia z niedalekiej przeszłości. Bywało tak, że na czas wizyty I Sekretarza KC PZPR  budowano naprędce drogę, ale tylko do miejsca, gdzie miał być uroczyście witany. Być może do Olszyńca też zawitał biskup, trzeba więc było wyasfaltować drogę do kościoła, no i trochę dalej, by nie budzić podejrzeń. 

Oto jest konkretny  problem dociekań, nie mniej ważny od filozoficznych rozważań nad sensem istnienia. 

Okazuje się, że nie tylko na wyższych uczelniach, w naukowych gremiach uczonych i myślicieli, ale także w maleńkim, podwałbrzyskim Olszyńcu jak się dobrze postaramy możemy odnaleźć powód do głębokich filozoficznych medytacji, a powodem  jest najzwyklejsza  droga do nikąd.

wtorek, 2 maja 2017

Quo vadis Polsko?


Krzyżowa - dla pojednania


Nie jest to wyobrażalne dla Polaka. Przecież to nie jest możliwe. Kraj, w którym ludzie czują się szczęśliwi. Czy w ogóle jest taki kraj na świecie?

Co wiemy o maleńkiej enklawie w Himalajach, ledwo widocznej na mapie azjatyckiej? Jest ona wielkości naszego Śląska (Dolnego i Górnego), bo liczy sobie 47 tys. kilometrów. kwadratowych i znacznie, znacznie mniej mieszkańców, bo ok. 682 tys
.
To państewko w Azji Południowej, we wschodnich Himalajach, bez dostępu do morza, zamknięte pasmem niebotycznych Himalajów i graniczące  z azjatyckimi hegemonami  -  Indiami i Tybetem w  Chinach. Nosi nazwę oficjalną – Druk Jul (Królestwo Smoka), albo inaczej  -  Bhutan.  Mieszkańcy Bhutanu nazywają siebie Druk Pa  -  ludzie grzmotu. Jest to kraj górzysty, ponad połowa terytorium leży powyżej 3000 m. npm. 20 wierzchołków gór przekracza 7000 m npm., zaś najwyższy szczyt – Gangkhar Pensum – 7570 m. Największe rzeki, Lankosz i Manas spływają do Brahmaputry już na terytorium Indii. Klimat zwrotnikowy wilgotny, monsunowy. W Himalajach ostre zimy i   obszary wiecznego śniegu, w dolinach gorące, tropikalne lato.
Góry do 3500 m są pokryte lasami zajmującymi 67% powierzchni kraju. Na południu to lasy monsunowe z drzewem tekowym, wyżej lasy mieszane z dębem, sosną i jodłą. Powyżej 3500 m występują łąki alpejskie, a powyżej 4500 m wieczne śniegi i lodowce. Użytki zielone (łąki i pastwiska) stanowią 6% a grunty orne 2% pow. kraju.
Ochroną przyrody objęto jedną czwartą kraju. Utworzono 9 obszarów chronionych, w tym dwa parki narodowe: przy granicy z Indiami. Na północy Bhutanu utworzono 3 wysokogórskie obszary chronionego krajobrazu.

Czy w takim ekstremalnym miejscu na ziemi ludzie mogą być szczęśliwi?

 Odpowiadam od razu. Tak.

Bhutan należy do państw o najniższym poziomie rozwoju społeczno-gospodarczego. Dopiero w 1956 roku zniesiono niewolnictwo.  Z inicjatywy króla Jigme Single Wangchucka w roku 1972 zaczął powstawać HPI - Światowy Indeks Szczęścia  Coraz częściej brany jest on, zamiast PKB, za wyznacznik rozwoju społecznego krajów. Produkt Krajowy Brutto może dostarczyć wiedzy jedynie o gospodarczym rozwoju kraju, natomiast nie informuje, czy ludzie czują się szczęśliwi, a tym samym czy żyją w dobrobycie. Od tej pory w Bhutanie co pół roku przeprowadzana jest ankieta, w której poddani w skali od 0 do 10 odpowiadają na pytanie: czy jesteś zadowolony z życia?  Wyniki ankiety wskazują wyraźnie, że społeczeństwo Bhutanu należy do najszczęśliwszych na świecie.  Zdecydowana większość mieszkańców czynnych zawodowo jest zatrudniona w rolnictwie i leśnictwie (ok. 91%). Na wsi utrzymują się feudalne stosunki. Grunty orne zajmują niespełna 3% powierzchni kraju, a łąki i pastwiska – ok. 6%. Większość ziemi uprawnej jest w posiadaniu klasztorów buddyjskich i wielkich właścicieli. Uprawia się głównie ryż, pszenicę, jęczmień, proso i kukurydzę, poza tym ziemniaki, rośliny strączkowe, jutę, tytoń. Ludzie żyją oszczędnie i skromnie, dotyczy tu absolutnie wszystkich, także króla, który nie mieszka w pałacu a w willi, wylatuje zaś za granicę korzystając z rejsowego samolotu.

Od 1968 roku w Bhutanie istnieje lotnisko, które przyjmuje regularnie samoloty pasażerskie z Katmandu i Delhi. Od tego samego roku kraj jest przejezdny z zachodu na wschód dzięki wybudowaniu asfaltowej szosy. Aby przejechać przez Bhutan, trzeba wykazać się nie lada mocnymi nerwami. "Niebiański trakt stu tysięcy zakrętów" to 600 km nieustannych, ostrych zakrętów, nawrotów, przez cały czas na krawędzi głębokich przepaści. Na jego przejechanie potrzeba przynajmniej trzech dni. Zbudowany został pod nadzorem wojska hinduskiego, które odpowiada za jego utrzymanie. Przy budowie szosy zatrudniono tysiące robotników nepalskich i hinduskich, często z całymi rodzinami.

Obecnie w Bhutanie jest 15 tys. użytkowników Internetu i 23 tys. posiadaczy telefonów komórkowych. Wciąż jednak nie rozpowszechniły się np. Coca-Cola  czy dyskoteki, nie istnieją również żadne związki zawodowe, a do niedawna w Bhutanie nie było też partii politycznych. Telewizja była nieznana do 1995 roku, obecnie nie jest jeszcze rozpowszechniona. Można odbierać kanały radiowe. W roku 2005 wprowadzono pierwszy na świecie zakaz sprzedaży wyrobów tytoniowych. Jednocześnie zabronione jest palenie tytoniu w prywatnych domach.

Myślę, że to wystarczająca część informacji o samym Bhutanie. Znacznie więcej można znaleźć w książkach i w internecie. Dlaczego piszę dziś o Bhutanie? Czy tylko dlatego by wywołać refleksję, że ludzie mogą czuć się szczęśliwi żyjąc w warunkach zdecydowanie gorszych pod każdym nieomal względem od naszych?

Otóż nie tylko dlatego.

Miesiąc maj budzi co roku nadzieje. Rozpoczyna się świątecznie – 1, 3, potem jeszcze 9 maja, dni naznaczone wielkimi wydarzeniami. A wokół nas  - Wiosna, rodzące się życie przyrody po zimowym śnie. Wydawałoby się, że powinniśmy czuć się szczęśliwi. Od wielu lat nie ma wojen, kraj się bogaci i pięknieje. Mamy otwarte granice. Czujemy się bezpieczni dzięki NATO. Mamy szanse dalszego rozwoju jako członek Unii Europejskiej.

Tymczasem tej radości nie widać. Nie świętujemy tak jak powinniśmy. Ulicami Warszawy przetoczył się bojowy pochód ONR-u. Prezydent kraju postraszył dzieci i wnuków dawnych pracowników służb bezpieczeństwa, że za „grzech pierworodny” ich rodziców - zdrajców,. odpowiedzialność spada na nich. Wcześniej podzielił naród na dobrych i złych prezes PiS-u. Zamiast świętować wspólnie znów się dzielimy. Coraz bardziej zanurzamy się w drodze do nikąd.

Źle się dzieje. Idziemy w coraz to gorszym kierunku. Quo vadis Polsko ?

poniedziałek, 1 maja 2017

Majowy maraton świąteczny


  
Spojrzałem na kalendarz i poczułem radosne bicie serca. Przecież mamy wreszcie cudowny miesiąc maj. A maj może się mierzyć tylko z drugim podobnie świątecznym miesiącem w roku – z grudniem. Ale grudniowe świętowanie zaczyna się dopiero na Świętą Barbarę dnia czwartego, a w tym roku mamy labę już od niedzieli 30 kwietnia, po niej zaś „Święto Pracy” – 1 Maja, połączone z kościelnym Świętem Józefa Robotnika, a dalej wolny wtorek, zarazem święto Flagi Narodowej RP, a w dzień następny Święto Konstytucji 3 Maja, tym razem w  środę, ale to nie koniec, bo mamy jeszcze  weekend 6 i 7 maja, a po nim winniśmy świętować –  Dzień Zwycięstwa. A ponieważ są kontrowersje co do daty, czy 8, czy 9 maja, to najlepszym, kompromisowym rozwiązaniem jest świętowanie  w obydwa dni. Najrozsądniejsi Polacy zarezerwowali sobie pełną dekadę maja do świętowania, bo nasz patriotyzm z mlekiem matki wyssany tego wymaga.

 Przecież trudno sobie wyobrazić, że idziemy do pracy w Święto Pracy, a także wiadomo, że nie ma dla nas większej świętości niż Konstytucja 3-go Maja, stanowiąca fundament nienaruszalności naszej obecnej konstytucji, na straży której stoi powołany do jej ochrony Trybunał Konstytucyjny. No i cudowny Dzień Zwycięstwa, wreszcie coś podnoszącego na duchu wobec tradycji, która nakazuje nam czcić same klęski, powstania: kościuszkowskie, listopadowe, styczniowe, warszawskie.

Oj, będzie się działo w tegorocznym maju, już sama pierwsza dekada miesiąca zapowiada wyjątkowy czas.

No więc skoro mamy tyle świąt, to trzeba się do tego przygotować. Po niedzielnym jeszcze kwietniowym obiedzie postanowiliśmy w moim domu opracować w szczegółach plan działania. Czasu pozostało niewiele, a dobry harmonogram, to połowa sukcesu..

Najważniejsza rzecz w  obrządku domowym, to menu świąteczne. Jest to sprawa pierwszorzędnej wagi, bo wiemy, że „Biedronka” jest otwarta ostatniego kwietnia w niedzielę, lepiej więc zaplanować wszystko z góry i zrobić  zakupy na cały tydzień, bo w święta państwowe może być zamknięta.

Jeśli już nie uda się zaaranżować specjalnych świątecznych obiadów z dwóch dań i kisielu na deser, to przynajmniej pomyśleliśmy o uroczystych kolacjach.

A co byś chciał na taką kolację ? – zapytała moja najsłodsza dyplomatycznie dodając, że trzeba się liczyć z groszem, bo maj jest długi.

Moja droga, odpowiedziałem. Wiem, że nie jesteś w stanie przygotować świątecznych wiktuałów takich jak na uroczystości 25-lecia III Rzeczpospolitej na kolacji w Arkadach Kubickiego w Warszawie, gdzie prezydenta Obamę i wszystkich innych kilkuset dostojnych gości przyjęto specjalnym menu słynnych restauratorów Kręglickich, ale przecież możesz coś wymyślić. Nie musi to być jesiotr w trzech odsłonach, czyli płatki wędzonej ryby, plus kremowy mus z ikrą podaną z chrustem razowego chlebka na miodzie, możesz odpuścić sobie krem z białych szparagów z wiórkami sera korycińskiego, płatkami bławatków i tłoczonym na zimno olejem rzepakowym z góry Św, Wawrzyńca. Możemy podarować sobie szynkę z jagnięcia pieczoną z trawą żubrową, plus czerwoną kapustę z żurawinami. Damy sobie też spokój z musem chałwiowym z sezamkami i nitkami karmelu obsypanego świeżymi truskawkami, a także z najlepszym francuskim szampanem.

Mamy przecież możliwość nabycia super taniej  bułgarskiej „Kadarki” z „Biedronki”, a do tego zimnej pitzzy, którą zrobimy na gorąco. Nie chodzi przecież by się delektować specjałami dla wytwornych gości. Dla nas prostych zjadaczy przez dziesiątki lat PRL-u chleba z margaryną wystarczy świadomość, że coś się zmieniło. Mamy przecież wolność, a to oznacza możliwość wyboru. Jak cię stać  -  świętujesz, jak naftowy szeik w Riadzie, a jak cię nie stać, to w „Biedronce” znajdziesz najtańsze specjały do wyboru i koloru.

Nie możemy jednak dopuścić, by ta wyjątkowa dekada majowa miała wymiar powszedni. Tak więc w naszym kolacyjnym menu zaplanowaliśmy na kolejne dni świąteczne dania, według „Biedronki” najtańsze, a już z samej nazwy świadczące o ekskluzywnej, uroczystej diecie żywieniowej. A ponadto jest to menu oszczędnościowe, dostępne dla prawie każdej kieszeni:

1 maja - sałatka z ośmiornicą, roszponką i pieczoną papryką,
2 maja - bonduelle gotowane na parze z cieciorką i soczewicą, a do tego naleśniki z mąki wieloziarnistej,
3 maja - dorsz na puree z ciecierzycy i buraków ze świeżą kolendrą,
8 maja - stek z marlina na lekkiej sałacie z Rukoli z salsą owocową,
9 maja - grillowany tuńczyk na makaronie ze szpinakiem baby, czosnkiem i serkiem kremowym,
10 maja - lekki gulasz z 4 sznycli z piersi indyka,

To oczywiście zestaw dań głównych, a do tego na deser zdrowe koktajle owocowe z otrębami, napoje mleczne fru-vita O% tłuszczu, źródło wapnia, kefir Tola, sok wielowarzywny prowansalski i słoneczny Meksyk, chipsy owocowe plasterki jabłka i ciastka zbożowe +wafle Sunny Corn. Na gorąco – herbata Green Hills Sencha lub Yerba Mate.

Wszystkie wiktuały do zakupu w „Biedronce”, gdzie codziennie są niskie ceny.

Sporną kwestię stanowiło domowe musli (płatki owsiane, jaglane i orkiszowe+siemie lniane, jagody goji, rodzynki, wiórki kokosowe+ plus miód i olej rzepakowy z jogurtem greckim oraz opcjonalnie - brzoskwiniami, truskawkami i jagodami). Pani domu uznała to za fanaberię podnoszącą wyraźnie koszty świątecznego menu. Po owocnej wymianie zdań doszliśmy do wniosku, iż to danie przygotujemy tylko na ostatni wieczór, 10 maja, by utrwalić dobre wrażenie. 

Mam nadzieję, że tym świątecznym postem zachęcę moich Drogich Czytelników jeszcze bardziej niż oficjalne czynniki do uroczystego świętowania. Nich się święci 1,2,3, 7, 8, 9 i 10 maja. To dobry początek miesiąca. Żyć nie umierać.Wesołych Świąt !