Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

sobota, 11 marca 2017

W górę serca !



Udało mi się uchronić przed unicestwieniem numer 15 „Polityki” z kwietnia 2006 roku. Intensywnie barwna okładka z rudowłosą Marią Magdaleną, jak wiadomo jawnogrzesznicą, oblubienicą Jezusa, ikoną feministek, była wystarczającym powodem, by ten egzemplarz znanego periodyku odłożyć na zaś. Ale to nie ona wzbudziła moje największe zainteresowanie, choć epitet  -  jawnogrzesznica  - wydaje się bardzo frapujący. 

W tym świątecznym numerze z okazji Wielkanocy już na samym początku jest obszerny artykuł Adama Szostakiewicza pod tytułem - „Życie po życiu”. Otóż to, czy możemy sądzić jak nakazuje nam religia chrześcijańska, że po śmierci nasza dusza ulatuje gdzieś daleko i albo czekają  na nią Aniołowie, by otworzyć jej wrota do rajskiej krainy ułudy, albo musi odcierpieć w czyśćcu za swoje grzechy i czekać cierpliwie na łaskę boską, albo też jest skazana na wieczne potępienie w czeluściach piekielnych? Czy są na to racjonalne przesłanki? Co o tym mówią naukowcy? Czy odrzucają kategorycznie przypowieści biblijne, uznając że nie ma na nie empirycznych dowodów, czy też próbują odnaleźć przynajmniej logiczne uzasadnienie, wskazujące na istnienie życia po śmierci?

Faktem jest, że obecnie nauka przestaje traktować to pytanie jako tabu, którym po prostu nie warto się zajmować. Jest więc wielu ludzi nauki, którzy dokonują różnych badań i dociekań filozoficznych i na tej podstawie formułują swoje opinie i wnioski. Łatwo się domyślić, że ta egzystencjalna zagadka znajduje zdeklarowanych scjentystów, odrzucających jakąkolwiek możliwość życia po śmierci, jak i  uczonych konformistów, skłonnych do kompromisu z  prawdami głoszonymi przez Kościół. 

Wybitny filozof, publicysta, Ojciec prof. Józef Maria Bocheński przyznaje, że pragnienie nieśmiertelności i wynikająca stąd wiara w życie po śmierci, nie jest zabobonem, tylko wytworem ludzkiej psychiki. Ale z tego, że coś pragniemy, nie wynika że coś jest. Mimo wszystko ten zdroworozsądkowy sceptycyzm wcale nie musi wykluczać chrześcijańskiej wiary w zmartwychwstanie.

Nie będę relacjonował szczegółowej treści artykułu, bo nie da się streścić tego, co już w swej istocie jest streszczeniem badań i opinii różnych uczonych, zresztą na ogół kontrowersyjnych. Najważniejszą jest końcowa konkluzja zatytułowana: jak się nie dać zwariować?

Przytoczę tutaj zasłyszaną przeze mnie anegdotę, oddającą dowcipnie brak jednoznacznej naukowej wykładni na  temat istnienia życia po śmierci. 

Pewnego starszego wiekiem uczonego prezentującego aktualny stan badań naukowych w tej dziedzinie, studenci na koniec wykładu zapytali wprost: No dobrze, ale co pan, profesorze o tym sądzi, czy jest życie po śmierci, czy też nie ? Oczywiście, że tak, odpowiedział bez wahania profesor. I dodał. Przecież ja wkrótce umrę, ale wy wszyscy będziecie żyli nadal na tej planecie.

Wracam jeszcze na moment do końcowych wniosków artykułu. Otóż zdaniem autora, wiara w życie po życiu jest ludzka, bo tak samo ludzki jest ruch obronny człowieka przed śmiercią.  Życie ma sens, dlatego nie godzimy się z myślą, że kończy się ono z chwilą śmierci. Inaczej mówiąc, gdyby nie było śmierci, a życie trwało bez końca, już dlatego byłoby pozbawione sensu.

Nie jestem pewien, czy ta filozoficzna hipoteza potrafi nas w pełni usatysfakcjonować. Na co dzień szukamy sensu życia w tym jak żyjemy, co robimy, jak sobie radzimy z kłopotami i nieszczęściami. Każdy człowiek tworzy sobie swój własny sens życia, często bardzo przyziemny, materialny, wynikający z  wychowania w rodzinie i środowisku.

Na ogół widzimy sens życia u ludzi, którzy coś tworzą, budują, przekształcają, a z chwilą śmierci coś po sobie zostawiają, jeśli już nie trwałego, to przynajmniej duchowego, czyli w pamięci i sercach swoich bliskich. A może właśnie to jest  tym objawionym przez Boga życiem po śmierci.

Moje dzisiejsze rozważania mają swoje uzasadnienie nie tylko zbliżającymi się świętami Wielkanocy i nadchodzącą niedzielą, która zgodnie z tradycją religijną winna być dniem kontemplacji dla wiernych. Po tym, co miało miejsce w Brukseli dobrze by ta niedziela była  odskocznią od gorzkiej mizerii naszego życia politycznego. Rząd pięknego, dobrze rozwijającego się 38-milionowego kraju  w środku Europy stał się pośmiewiskiem dla całego świata, a twórca tego blamażu bez wstydu i skruchy oświadcza, że on to zrobił dla Polski, by Polska pokazała światu, że jest suwerenna. Powinna więc zerwać wszystkie więzi z 27-oma krajami Unii Europejskiej, zamknąć granice i dusić się we własnym sosie. Unia potrzebuje Polski jako przyjaźnie nastawionego partnera i wspólnika. Uosobieniem takiej Polski jest Donald Tusk i dlatego zyskał poparcie wszystkich krajów unijnych z wyjątkiem pisowskich mścicieli z Polski. 

Niebo zasnute mgłą, ciemno, chłodno, ponuro. Strach pomyśleć, co będzie dalej. Czy są jakieś granice szaleństwa człowieczka, który stracił poczucie realizmu tak ważne i niezbędne w rządzeniu państwem?

 Najlepszy czas na medytacje. Myślę, że są one potrzebne, bo życie tylko wtedy ma sens, gdy potrafimy zdać sobie sprawę z tego, po co żyjemy i potrafimy pamiętać o tym, że żyjemy nie tylko dla siebie.
Ale nie martwmy się. Przeżyliśmy komunę, w której rządzący też wszystko robili w imię dobra narodu polskiego, przeżyjemy czas „pisowskiej burzy i naporu”. 

Nie ma złego, co by na dobre nie wyszło. Sursum corda !

czwartek, 9 marca 2017

Co się kryje pod Soboniem ?


Tak wygląda odkryta sztolnia na Soboniu


To już jest wiadome dla wszystkich interesujących się tajemnicą niemieckiej, wojennej inwestycji w Górach Sowich, znanej pod kryptonimem „Olbrzym” („Riese”), że w masywie Włodarza i w najbliższym jego otoczeniu budowano równolegle 7 kompleksów: „Rzeczka”, „Jugowice Górne”, „Włodarz”, „Osówka”, „Sokolec”,  „Książ”, no i także – „Soboń”. Ten ostatni jest najmniej znany, trudno powiedzieć dlaczego, bo przecież z Głuszycy jest tutaj najbliżej. Wystarczy wybrać się na pieszą wycieczkę na ulicę Gdańską do przysiółka Zimna Woda,  stamtąd parę kroków wyżej do lasu i w niewielkiej odległości natrafimy na ślady prowadzonych na szeroką skalę prac przy drążeniu podziemnych sztolni i naziemnych budowli.

Faktem jest, że ponad 50 lat od przerwania robót, to czas wystarczający, by przyroda i ludzie pozacierali te ślady, ale wytrawni poszukiwacze i obserwatorzy mogą jeszcze odnaleźć wloty do trzech sztolni na wysokości 630 – 652 m. przy drodze okalającej masyw Sobonia. Natomiast nie ma żadnych trudności z natrafieniem na dobrze zachowane pozostałości dwóch jednokondygnacyjnych budowli żelbetonowych o wymiarach 24,5 x 11,5 m., a dalej na nieduże składy materiałów budowlanych oraz jeszcze jedną budowlę o połowę mniejszą niż wcześniejsze. Nieco dalej w kierunku północno-wschodnim znajdziemy zbiornik na wodę, zasilany z leżącego 70 metrów niżej niewielkiego stawu na Marcowym Potoku. Obok stawu wybudowano fundamenty dużej stacji kompresorów.

Jeden z pierwszych autorów książek o podziemiach w Górach Sowich, Piotr Kruszyński, zgromadził wiele szczegółów dotyczących wszystkich trzech sztolni pod Soboniem. Były one drążone z trzech różnych stron, dwie pierwsze łączyły się chodnikami pod kątem prostym, trzecia umieszczona po przeciwnej, północnej stronie góry, znajdowała się w początkowej fazie budowy. Jeszcze w latach 70-tych można było penetrować sztolnie i chodniki, choć niektóre z nich były już wtedy blokowane obwałami.

Dziś zagospodarowanie turystyczne Sobonia wymaga odsłonięcia tych miejsc i oznakowania, wytyczenia trasy pieszych wycieczek z  tabliczkami opisowymi. Ułatwiłyby one zwiedzanie kolejnych atrakcji ukrytych w  poszyciu leśnym. A przecież obok śladów podziemnych sztolni i budowli naziemnych w otoczeniu Sobonia, mamy jeszcze do obejrzenia miejsce na samym początku przysiółka, gdzie umieszczona była prymitywna filia obozu koncentracyjnego Gross-Rosen, opisana z wstrząsającą dokładnością w książce Abrama Kajzera „Za drutami śmierci”. Przebywało w nim ok. 2000 więźniów rozlokowanych w pięciu barakach. Więźniowie byli wykorzystywani do pracy przy budowie sztolni i chodników pod Soboniem i Osówką.

Dobrze się stało, że parę lat temu skutkiem pełnych poświęcenia i determinacji wysiłków grupy zapaleńców udało się dokonać wstępnych poszukiwań i zainteresować Soboniem szerszy krąg odkrywców, a także opinię publiczną.

Eksploratorzy z Sowiogórskiej Grupy Poszukiwawczej pracowali nad tym cztery miesiące. Skorzystali ze specjalistycznej wiertnicy, uzyskując potwierdzenie o istnieniu sztolni przy pomocy kamery wizyjnej. Wtedy trzeba było obudować deskami kilkumetrowy szyb w dół  i stamtąd dotrzeć do kanału sztolni. Niestety, tylko część sztolni, licząca 80 metrów jest dostępna, dalej jest zawał, podobnie jak pod Osówką celowo spowodowany  przez Niemców. Budzi to jeszcze większe emocje. Co mieli do ukrycia niemieccy realizatorzy projektu „Riese”?

„Do odkrytej sztolni, prawdopodobnie nikt nie zaglądał od polowy 1945 roju – mówi Dariusz Tomalkiewicz, wiceprezes Sowiogórskiej Grupy Poszukiwawczej.

– Sztolnia wygląda tak, jakby niedawno przerwano w niej prace. Są w niej torowiska, system wentylacji, instalacje elektryczne z lampami oraz narzędzia robotników – mówi Piotr Kałuża, prezes Sowiogórskiej Grupy Poszukiwawczej, inicjatora poszukiwań.

Wałbrzyski portal internetowy „Nasz Wałbrzych” zatytułował swojego newsa bardzo intrygująco: „Kluczem do zagadki Riese może być sztolnia na Soboniu. Sowiogórska Grupa Poszukiwawcza dokonała sensacyjnego odkrycia”.

Dalej jest mowa o udanym eksperymencie, efektem którego jest odkrycie części podziemnej sztolni pod Soboniem. Stało się to z początkiem 2013 roku, wieść o odkryciu zelektryzowała polskie media, bo informacje o tym wydarzeniu pojawiły się we wrocławskich „Faktach” i ogólnokrajowym Teleekspresie. Na portalu You Tube można obejrzeć filmową relację z Sobonia fotoreportera wrocławskich „Faktów” Macieja Maciejewskiego. Warto przyjrzeć się bohaterom tej akcji i lepiej pojąć ich trud i poświęcenie.

Tak więc kolejna zagadka rozpala naszą wyobraźnię do czerwoności. Wszystkie oczy są zwrócone na grupę niestrudzonych poszukiwaczy. Czy dadzą radę, czy uda im się pozyskać pomoc osób i instytucji, dla których odsłonięcie tajemnic  ukrytych w czeluściach masywu Włodarza winno stać się sprawą najwyższej wagi. Trudno przewidzieć jak duży jest ten zawał, czy w ogóle uda się go usunąć, czy starczy sił i środków. W 1995- 1996 roku zawał pod Osówką usuwało specjalistyczne przedsiębiorstwo robót wiertniczych z Lubina, a i tak nie udało się dokończyć robót. Zabrakło pieniędzy. Nie było też odpowiedniego zainteresowania opinii publicznej i mediów. Dziś, wydaje się, klimat jest sprzyjający. Stało się to, na co czekaliśmy z niegasnącą nadzieją i niepokojem. Wiadomo, czas robi swoje. Z każdym rokiem odkrywanie tajemnic podziemi masywu Włodarza staje się trudniejsze. Ale to, co udało się odkopać i odkryć pod Soboniem napawa optymizmem.

No właśnie, uciekło nam ponad pół wieku, a przecież tylko odsłaniając  ukryte celowo przez Niemców podziemne sztolnie pod Osówką i Soboniem możemy rozszyfrować zagadkę dotyczącą faktycznego celu tej gigantycznej militarnej inwestycji.





wtorek, 7 marca 2017

Uczcijmy ten Dzień - 8 marca, bo panie na to zasługują




Pamiętajcie o kobietach

przecież po te jesteśmy

byśmy mogli w lirycznych duetach

tworzyć piękno co się nie śni



Pamiętajcie o dziewczynach

na ich widok serce skacze,

w każdym słowie, uśmiechu i czynach

nabierają nowych znaczeń



Pamiętajcie, bez kobiety

życie traci na wartości,

więc ten kwiatek w Dzień Kobiet, niestety,

to drobniutki akt wdzięczności...


To apel oczywiście do mężczyzn i zupełnie zrozumiały, bo przecież w kalendarzu - 8 marca, Dzi Kobiet, 
 czy się to komuś podoba, czy nie, jest to okazją by naszym Paniom bliskim i dalszym w tym dniu się świątecznie pokłonić.

Ród ludzki składa się z dwóch różnych płci - kobiet i mężczyzn. I nikt tego nie zmieni. Nie da się z kobiety zrobić mężczyzny i odwrotnie. Różnice anatomiczne, psychiczne i mentalne wyznaczają tradycyjny podział ról pomiędzy kobietą i mężczyzną. Źle, że w wielu społecznościach wykształcił się model dominacji mężczyzn nad kobietami. Powoli, choć wciąż jeszcze zbyt wolno i zbyt mało skutecznie ten stereotyp ulega zmianom. Mamy coraz więcej okazji, by do tego tematu powracać i przekształcać w konkretne poczynania. Jedną z takich okazji jest Dzień Kobiet.

Dobrze, że choć raz w roku mamy okazję do głębszej refleksji nad rolą i znaczeniem kobiet w naszym życiu. A jeszcze lepiej, jeśli staramy się, mówię o mężczyznach, w tym dniu okazać swoim bliskim paniom więcej niż zwykle ciepła, miłości i poszanowania.

Ze względów politycznych i być może ideologicznych pojawiły się tendencje by 8 marca jako Dzień Kobiet wykreślić z kalendarza. Wyśmiewa się ukształtowane w czasach PRL-u zwyczaje obdarowywania w tym dniu kobiet pracujących przysłowiowym goździkiem i paczuszką z rajtuzami. Mimo wszystko tradycja obchodów Dnia Kobiet w Polsce się przyjęła. Ma ona swoje historyczne korzenie i jest uznawana w wielu krajach na świecie. Póki co nie wymyślono nic lepszego. Amerykańskie Walentynki mają zdecydowanie inny charakter, są świętem młodych, zakochanych. Ponieważ jestem mężczyzną „starej daty” nie zrezygnuję z tej okazji, by w tym pięknym dniu zwiastującym nadchodzącą Wiosnę (też płci żeńskiej) złożyć Paniom jak najsłoneczniejsze życzenia:

Życzę Wszystkim Paniom, bliskim i dalekim, by nabrały wewnętrznego przekonania, że są o wiele bardziej ważne i potrzebne od mężczyzn.
Życzę Paniom by miały jak najwięcej powodów do pogody ducha i uśmiechu, bo wtedy są o niebo bardziej urodziwe i pociągające.
Życzę by każdy mężczyzna uświadomił sobie, że świat byłby mniej ciekawy i brzydszy, gdyby nie było w nim kobiet.
Życzę by mężczyźni pogodzili się z tym, że kobieta jest na pierwszym miejscu w życiu rodzinnym, nawet gdy nie pracuje zawodowo lub mniej zarabia, bo ona strzeże ogniska domowego i dba o wychowanie dzieci.
Życzę wreszcie na koniec, by Dzień Kobiet był dniem codziennym przez cały długi rok i stało się rzeczą naturalną, że zaczyna się on od pogodnego spojrzenia i uśmiechu Panów do każdej Pani w domu, na ulicy i w pracy.

I by było uroczyściej z okazji 8 marca pozwolę sobie złożyć Paniom najserdeczniejsze życzenia wierszem:



By śnieżynki Was olśniły śnieżną bielą w marcu,
by Wam kwiecień tak zapachniał jak powietrze w Harcu,
by słoneczko Was muskało złotą smugą w maju,
a zaś czerwiec się okazał cudotwórcą z raju,
by energii Wam starczyło na wywczasy w lipcu,
by przy grillu nie zabrało likieru i chipsów,
aby sierpień błysnął brązem jak słońce na Cyprze
bo lubimy brąz na ciele, muzykę na cytrze,
wrzosowiska w piaskach Łeby, spacery we wrześniu
babie lato w październiku i sny co się nie śnią,
złote liście z drzew spadają, wieczory zbyt smętne,
tylko noce są jak w bajce, długie i namiętne,
niech listopad Was nie stłamsi, nie roztkliwi więcej,
przecież grudzień już za pasem, najlepszy z miesięcy.
Staropolska cud- tradycja nigdy się nie zmienia,
w grudniu sobie znów złożymy najlepsze życzenia !



Wszystkiego naj…naj…naj… !

Tajemnica Wunderwaffe von Brauna



W zamieszczonym na pierwszej stronie artykule pt. „Czy kryptonim ‘Wielka Sowa’ kryje w sobie tajemnicę Wunderwaffe von Brauna?” czytamy: „po przeczesaniu terenu o przestrzeni kilkunastu kilometrów zlokalizowanych zostało 19 wejść i otworów podziemnych tuneli, zamaskowane i ukryte w lasach, prowadzące w głąb ziemi sztolnie, prostokątne bunkry wielkości kamienicy wbudowane w ziemię, sztuczny las posadzony w beczkach dla zamaskowania terenu, pozostałości obozowych baraków, resztki wysadzonych budynków, wykopy, nasypy, bunkry. Samo przejście labiryntu, a raczej szachownicy podziemnych korytarzy, gdyż przecinają się one ze sobą pod kątem prostym i dokładne ich zbadanie – to robota na wiele tygodni dla kilku takich grup jak nasza. A przecież warto by jeszcze spróbować usunąć z drogi przeszkody i przynajmniej w kilku miejscach przebić się przez zwały kamiennego gruzu, w głąb zasypanych podziemi, aby przekonać się, co usiłowali ukryć przed ludzkim okiem ci, którzy je zawalili.”

I dalej bardzo znamienna refleksja autorów artykułu:

„Jedno jest pewne: jeśli hitlerowski przemysł zbrojeniowy wyczerpawszy niemal wszystkie rezerwy stali i betonu na budowę wału atlantyckiego i umocnień na wschodzie, podjął się zakrojonej na tak wielką skalę budowy podziemnych i naziemnych instalacji urządzeń wojennych, to musiała to być na pewno sprawa o pierwszorzędnym znaczeniu strategicznym.”


Trzeba z powagą odnieść się do tej konstatacji. Autorzy artykułu B. Świątkiewicz i B. Węgierski, nie ulegli pogłoskom o kwaterze Hitlera w Górach Sowich. Wyciągnęli wnioski z obserwacji poczynionych przez grupę poszukiwaczy, z których wynikało jasno, że tak szeroko zakrojona i z takim rozmachem prowadzona inwestycja musiała służyć znacznie poważniejszym celom.

Duża część artykułu w „Kulisach” poświęcona jest makabrycznym warunkom, w jakich wykonywane były roboty górnicze i budowlane przez dziesiątki tysięcy najpierw jeńców wojennych z całej Europy, a następnie więźniów obozu koncentracyjnego Gross-Rosen. Cytowane są listy Czytelników, byłych więźniów pracujących przy drążeniu tuneli w Górach Sowich, którym cudem udało się uratować życie. Interesujące jest zakończenie artykułu, w którym odkrywamy zagadkę zasygnalizowaną w jego tytule, a dotyczącą tajemnicy Wernhera von Brauna:

„Jest pewien człowiek w Ameryce, który mógłby uchylić rąbka tajemnicy i powiedzieć, jakim celom służyły instalowane tu żelbetonowe urządzenia. Znamy jego adres i wiemy, że dalej interesuje się tymi sprawami, i pracuje w tym samym zawodzie – na innym terenie. Tym człowiekiem jest Wernher von Braun, dyrektor techniczny paliw płynnych i wyrzutni rakietowych w Peenemünde, generalny dowódca i ekspert od tych spraw w hitlerowskiej III Rzeszy, a obecnie obywatel amerykański, zamieszkały w stanie Alabama i będący na usługach USA. On wie na pewno, jakie założenia kryły się pod kryptonimem „Grosse Eule” (Wielka Sowa) i my wiemy z historii, że Wunderwaffe von Brauna nie uratowała Niemiec hitlerowskich od ostatecznej klęski.”

Możemy się domyślić, że nie było takich możliwości, by dotrzeć i cokolwiek wydobyć od pracującego wówczas dla amerykańskiej NASA niemieckiego naukowca von Brauna. Był to czas „zimnej wojny” pomiędzy Wschodem i Zachodem, a tajemnice hitlerowskich planów produkcji zbrojeniowej chronione są przez wszystkie wywiady państw zainteresowanych do dziś, mimo że mamy już NATO i Unię Europejską.

Ale „Kulisy” nie zrezygnowały tak łatwo z frapującego tematu-zagadki: co się kryje w tajemniczych podziemiach Włodarza? W kilka lat później, w 1971 roku, przybyła tutaj następna grupa wywiadowcza, tym razem złożona z uczniów IV Liceum Ogólnokształcącego nr 5 w Warszawie oraz członków klubu turystyki pieszej „Nietoperz” z Wałbrzycha. Akcja „Sowa 71” miała na celu penetrację i sporządzenie planów podziemi w Walimiu i okolicach oraz zebranie materiałów na temat przemysłu zbrojeniowego III Rzeszy.

Głównym organizatorem ekspedycji był młody licealista z Warszawy, Zbyszek Dawidowicz, zainspirowany artykułami na ten temat w stołecznej prasie. To właśnie jemu w dużej części poświęciła swój artykuł w „Kulisach” Lilianna Olchowik. Oto co dowiadujemy się o efektach wyprawy, która rozpoczęła się 26 czerwca z udziałem 13 uczestników, zaopatrzonych przez Ligę Obrony Kraju w niezbędne narzędzia i sprzęt:

„Spędzili w Walimiu ponad miesiąc. Udało im się przy pomocy Kazimierza Fedorowicza, przewodniczącego Koła ZBoWiD w Walimiu, który praktycznie sam usiłuje opiekować się olbrzymim terenem, przemierzyć kilkadziesiąt kilometrów tuneli. Odkryli nieznane jeszcze odcinki lochów na zboczu Jawornika, dotarli do komory składającej się z trzech sal, w której gazowano więźniów spalinami, mierzyli głębokość sztolni ukrytych w lesie, zbierali relacje mieszkańców okolicznych miejscowości, troskliwie zabezpieczali każdy ślad męczeństwa więźniów drążących ongiś fortecę.”

Zbyszek Dawidowicz miał wielkie plany zabezpieczenia i ochrony miejsc, gdzie prowadzone były roboty w kompleksie „Riese”. Postanowił jednak wcześniej skończyć studia historyczne na Uniwersytecie, później dopiero zająć się tajemnicą Gór Sowich. Wiemy, że pozostał wierny swej młodzieńczej pasji. Interesował się odkryciami innych badaczy w Górach Sowich, pisał na ten temat artykuły w „Odkrywcy”, właśnie niedawno ukazała się jego książka – „’Riese’. Hitlerowskie Podziemia Śmierci” w serii wydawniczej „Militarne Sekrety”.

Wiemy też, że zabezpieczenie terenu wymagało działań natychmiastowych, zwłaszcza że upływający czas zacierał ślady. Nie podjęto takich kroków zaraz po wojnie, wręcz odwrotnie, działy się tu rzeczy, które można uznać za kolejny, zakonspirowany, tajemniczy ciąg wydarzeń. Oto co możemy przeczytać w zakończeniu artykułu:

„W roku 1947 zaczęto usuwać ślady po byłych obozach koncentracyjnych – zeznaje Kazimierz Fedorowicz – Robili to ludzie z terenowego przedsiębiorstwa zajmującego się jakimiś poszukiwaniami. Wśród nich był inż. Dalmus – Niemiec, Witkowski Andres lub Andreas. Robiono to bardzo szybko. Usunięto wszystkie baraki, ponad 16 żelbetonowych bloków SS-mańskich z Jugowic Górnych. Porozbierano baraki z materiałami budowlanymi, a natomiast pozostawiono sam materiał.
Zagadka Gór Sowich nie kończy się więc z końcem wojny, wręcz przeciwnie, wydaje się gmatwać. Dlatego też brak jakichkolwiek długotrwałych i systematycznych działań zmierzających do jej wyjaśnienia martwi i niepokoi”.

Przez wiele lat po wojnie podziemia Gór Sowich pozostawiono samym sobie. Od czasu do czasu pojawiały się tu samochody wojskowe polskie i rosyjskie. Jaki był cel tych penetracji, co robiły w  gęstych lasach, tego nie da się ustalić. Dopiero w latach siedemdziesiątych można było zaobserwować większe zainteresowanie tajemnicą Gór Sowich. Ale intrygującej zagadki o tym, co się kryje w zablokowanej części podziemi, nikt już nie był w stanie rozszyfrować.

Konia z rzędem należałoby też podarować badaczowi, który potrafi odkryć i udokumentować prawdziwe zamiary Führera i jego zaufanych współpracowników w odniesieniu do podziemnej inwestycji w Górach Sowich. Wciąż nie znamy odpowiedzi na to pytanie, ani też nie mamy pewności, czy ktokolwiek i kiedykolwiek na nie odpowie.