Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

poniedziałek, 6 marca 2017

Anthony Dalmus - inżynier do specjalnych poruczeń

budynek administracyjny i usługowy dla turystów pod Osówką

To brzmi niezwykle atrakcyjnie – Ostatnia Kwatera Hitlera w Górach Sowich na Dolnym Śląsku. Ma posmak tajemniczości i sensacji. Od razu wywołuje zaciekawienie, chęć bliższego poznania. 

Hitler miał liczne kwatery rozsiane po całej Rzeszy, a także na Ukrainie. W Polsce było i jest głośno o takiej kwaterze, ale na Mazurach koło Kętrzyna. Wszyscy już oswoiliśmy się z widokiem betonowego bunkra prowadzącego do kętrzyńskich podziemi, wiemy że tam właśnie miał miejsce 20 lipca 1944 r. ostatni nieudany zamach na wodza III Rzeszy w wykonaniu szefa sztabu Armii Rezerwowej, płk. Clausa Schenka von Stauffenberga. Hitlera uratowała dębowa noga dużego stołu, która zamortyzowała siłę ładunku wybuchowego umieszczonego w walizce podłożonej pod stołem przez zamachowca. W Wilczym Szańcu spędził Adolf Hitler z przerwami 880 dni podczas II wojny światowej. To jest więcej niż dwa lata. Czuł się tam dobrze i bezpiecznie. Po co potrzebna mu była kolejna Kwatera, budowana zresztą od podstaw w miejscu nie tak wyludnionym jak Gierłoż?

Potrzeby i ambicje Adolfa Hitlera na Dolnym Śląsku mógł z powodzeniem zaspokoić ogromny zamek Książ pod Wałbrzychem wraz z potężnymi schronami w podziemiach zamkowych. Niezwykle trudna i kosztowna budowa „Olbrzyma” w masywie Włodarza polegająca na drążeniu podziemnych korytarzy promieniście z różnych stron, zmierzających do wspólnego centrum w środku masywu, to przedsięwzięcie przerastające potrzeby zarówno kwatery jak i podziemnego schronu dla sztabu wojskowego III Rzeszy. Dlatego logicznym wydaje się, że  celem tej inwestycji mogło być coś ważniejszego.

Tymczasem odkrycie tajemniczej inwestycji militarnej „Riese” w Górach Sowich już od samego początku utożsamiano z budową kolejnej kwatery. Takie przeznaczenie tej budowy sugerował Zygmunt Mosingiewicz w swoich artykułach z 1947 roku w „Słowie Polskim”, a później wielu innych dziennikarzy, badaczy, autorów książek.

Mieszkający we Wrocławiu emerytowany pułkownik, Józef Piszczek, od lat stara się sprowadzić dyskusję dotyczącą prawdziwego celu budowy na właściwe tory. Denerwują go autorytatywne opinie naukowców, autorów książek, a także przewodników wycieczek turystycznych o „ostatniej kwaterze Hitlera w Górach Sowich”. To właśnie Józef Piszczek nazwał te opinie legendą, a faktycznie – mistyfikacją, twierdząc że nie mają one nic wspólnego z rzeczywistością. I przedkłada przekonywujące, logiczne przesłanki o zupełnie innym przeznaczeniu obiektów. Warto się przyjrzeć bliżej jego argumentom, aby być bardziej ostrożnym w formułowaniu sądów.

Na początek trzeba powrócić do osoby inż. Antoniego Dalmusa towarzyszącego Zygmuntowi Mosingiewiczowi w jego wyprawach w Góry Sowie. Oto co pisze Józef Piszczek na ten temat:

„O Dalmusie napisano już dużo, ale nie ustalono kim on faktycznie był i co robił w czasie wojny, np. inż. Mazur w sprawozdaniu z 28. 05. 1947 r. napisał, że przesłuchiwał Austriaka o nazwisku Dalmus. Inspektor penetracyjny Przedsiębiorstwa Poszukiwań Terenowych we Wrocławiu, Marian Biatasik w sprawozdaniu z 31. 03. 1948 r. też potwierdza, że Dalmus był Austriakiem, a inny inspektor tego samego przedsiębiorstwa, Feliks Pluciński w sprawozdaniu z 27. 11. 1948 r. napisał, że Dalmus był Niemcem.

Również funkcja służbowa (stanowisko pracy) i zakres wykonywanej przez niego pracy w Górach Sowich były opisywane niejednoznacznie. Mosingiewicz pisał, że Dalmus był projektodawcą, a w innym miejscu napisał, że był on jednym z współtwórców tego podziemnego miasta. Inż. Mazur napisał, że Dalmus był kierownikiem budowy obiektu w Głuszycy, przewidzianego na kwaterę Hitlera. Sprawozdanie władz wojskowych z 10. 11. 1954 r. ma takie zakończenie: „Powyższe dane opracowałem na podstawie wywiadu miejscowych władz terenowych oraz inż. Dalmusa Antoniego, który pracował przy budowie w.w. obiektów jako jeden z inżynierów budowy i po wyzwoleniu pozostał w Polsce (nie umie mówić po polsku).”

Dalmus urodził się w Wiedniu i ukończył dwie wyższe uczelnie. Dlatego trudno zrozumieć dlaczego ten wykształcony Niemiec pozostał po wojnie w Polsce, a także dlaczego Dalmus „poszedł pracować dla resortu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego”, a funkcjonariusze SB darzyli go tak wielkim zaufaniem.

Ciekawa jest również sprawa, dlaczego dziennikarze „w ciemno” powtarzali opowiadania Dalmusa bez najmniejszej wątpliwości, chociaż na zdrowy rozum było widać, że opowiada bzdury…

Pierwsze informacje o kwaterze Hitlera w Górach Sowich ukazały się w r. 1947. Dalmus opowiadał i pokazywał obiekty w górach, a dziennikarze i urzędnicy państwowi bezkrytycznie z tego korzystali. Był on jedynym źródłem informacji, bardzo wiarygodnym, bo był „budowniczym” tych obiektów, mógł więc mówić i pokazywać to co chciał.”

Warto dodać, że tajemnicą pozostają dalsze losy inż. Dalmusa, gdzieś się rozpłynął pod koniec lat 50-tych, kiedy już spełnił swoje zadanie.

W dalszej części listu, który otrzymałem od Józefa Piszczka, przytacza on szczegóły jak rozwijała się w prasie i publicystyce „złota myśl” wywodząca się od inż. Dalmusa o wyłącznym przeznaczeniu inwestycji jako kwatery Hitlera. Tę tezę przejął Leon Kucharzewski, który w marcu i kwietniu 1951 roku w „Słowie Polskim” konfabulował jeszcze dalej, pisząc o budowanej z pośpiechem w Górach Sowich nie tylko „jaskini Hitlera”, ale o pomieszczeniach dla wszystkich rodzajów wojsk Wehrmachtu. Warto przytoczyć za J. Piszczkiem kilka frapujących cytatów z artykułów Kucharzewskiego:
- „ogromne, podziemne miasto, przeznaczono na siedzibę głównej kwatery wojsk hitlerowskich i na kryjówkę największych zbrodniarzy świata”,
- „natknęliśmy się najpierw na kwaterę głównodowodzącego flotą”,
- „do podziemnej siedziby Goeringa prowadzi pięć wejść w Jugowicach. Goering budował miasteczko większe od osiedla Hitlera. Trzecia co do wielkości jest kwatera Goebbelsa...”
- „Keitel wybrał dla siebie miejscowość Ludwikowice, gdzie miała powstać główna kwatera piechoty i …kawalerii”,
- „Główna kwatera Hitlera… prowadzą do niej dwa wejścia: jedno z Walimia, drugie z Kolc”,
- „Kwatera Hitlera składa się z trzech obiektów: jednego na powierzchni ziemi i dwóch pod ziemia. Oddziały te wyglądają jak trzy miasteczka stojące jedno nad drugim. Miała je wszystkie łączyć winda”.

Trudno się dziwić fantazjom dziennikarza, skoro i jego wyraźnie zaskoczył ogrom i rozmach tej inwestycji, daleko wykraczającej poza potrzeby samego sztabu generalnego wodza III Rzeszy.

A potem – kwatera Hitlera w Górach Sowich – zakorzeniła się na stałe w publikacjach zarówno popularnonaukowych jak i naukowych. Potwierdzeniem tej tezy były cytaty z dostępnych wypowiedzi dygnitarzy z otoczenia Hitlera na czele z Albertem Speerem, ministrem do spraw uzbrojenia i amunicji III Rzeszy. Wszyscy oni zgodnym chórem utrzymywali, że była to kolejna FHQ (Führerhauptquartier), czyli Główna Kwatera Führera.

Tymczasem wiele na to wskazuje, że był to tylko kamuflaż. Chodziło o utajnienie faktycznego celu budowy, aby się nie powtórzyła historia z Penemünde, gdzie angielskie Lancastery 17 i 18 sierpnia 1943 r. zbombardowały doszczętnie także przecież utajnioną fabrykę nowoczesnych rakiet V1 i V2, rozwiewając na zawsze mit o potędze niemieckiej Wunderwaffe. Inż. Dalmus mógł mieć poruczone specjalne zadanie zmylenia tropu, zwłaszcza że w momencie wycofania się Niemców z terenu Gór Sowich istniała nadzieja na szybki powrót i dalszą kontynuację inwestycji, od której mógł zależeć sukces militarny Niemiec w tej wojnie.

Anthony Dalmus, to postać niezwykle zagadkowa i charakterystyczna To mistrz kamuflażu. Będąc na usługach wywiadu niemieckiego udało mu się pozyskać zaufanie naszych władz bezpieczeństwa. Dzięki temu osiągnął to, co zamierzał, skutecznie pozacierał ślady wielkiej inwestycji militarnej, dla Polaków tworząc atrakcyjną fikcję o budowie kolejnej kwatery Adolfa Hitlera w Górach Sowich.

Sprawa inż. Anthona Dalmusa jest tylko jednym z wielu argumentów stawiających pod znakiem zapytania faktyczny cel i przeznaczenie budowy podziemnego miasta w masywie Włodarza.

 P.S. Anthony Dalmus, to nazwisko podawane jest przez niektórych autorów jako Anton Dolmuss lub po prostu Dolmus, m.in. przez Z. Mosingiewicza.

sobota, 4 marca 2017

Kryptonim "Riese", czyli "Olbrzym"

 Podziemne sztolnie pod Osówką

Rok 1947 stał się rokiem, w którym po raz pierwszy o Głuszycy zrobiło się głośno na całym Dolnym Śląsku. A stało się to za sprawą młodego dziennikarza, Zygmunta Mosingiewicza z Wałbrzycha, korespondenta wrocławskiego „Słowa Polskiego”. Jesienią 1947 roku zamieścił on w „Słowie” siedem odcinków relacjonujących wstrząsające doznania z penetracji głuszyckich lasów w masywie Włodarza w towarzystwie  niejakiego Antona Dolmussa, austriackiego inżyniera z czasów wojny, specjalisty od budowy rakiet V1 i V2, nadzorującego bezpośrednio prace przy budowie tajemniczego kompleksu „Riese”, czyli „Olbrzym” w Górach Sowich.

Już same tytuły kolejnych korespondencji mogą spowodować zawrót głowy: „Podziemne miasto w Głuszycy”, „Asy reżimu hitlerowskiego chciały w nim szukać schronienia”, „Gigantyczne miasto podziemne, w którym mieścił się mózg III Rzeszy”, „W przepastnych korytarzach”, „10 milionów worków cementu”, „Akcja Adolfa i luksusowe oranżerie”, „2000 wagonów cegieł”, „Co przygotował Hitler w Głuszycy?”

Reportaże Mosingiewicza mają dziś dla nas wartość bezcenną. Po pierwsze – były pisane „na gorąco”, bezpośrednio po dokonanych wyprawach w głąb lasu. Po drugie – były to relacje stosunkowo świeże, bo zaledwie po dwóch latach od momentu zakończenia wojny. Po trzecie – redaktor Mosingiewicz miał przy sobie nie byle jakiego przewodnika, jednego z głównych inspektorów na budowie tej niezwykłej militarnej inwestycji III Rzeszy.

Przejdźmy teraz do meritum sprawy. Co zobaczył autor reportaży w głuszyckich lasach? Dlaczego były to spostrzeżenia sensacyjne, wywołujące dreszcze emocji? Skąd się pojawiło skojarzenie tego co można było ujrzeć wewnątrz masywu górskiego z „podziemnym miastem”?

Oddajmy głos redaktorowi Mosingiewiczowi:

„Od historycznej restauracji „Pod Jeleniem”, siedziby Fryderyka Wielkiego, zbudowanej w pierwszej połowie XVIII wieku, jedziemy polną drogą w kierunku na Nową Rudę. Już kilometr dalej widzi się po obu stronach drogi, ślady rozpoczętej budowy. Wala się tu wiele żelaznych konstrukcji, stosowanych do budowli betonowych, dziesiątki wózków kolejki wąskotorowej, jakaś unieruchomiona lokomotywa. Rzuca się również w oczy olbrzymi plac z niedokończoną budową mostu betonowego. Sieć szyn kolejowych z gotowymi nastawnicami świadczy o tym, że mieścić się tu musiał dworzec podziemnego miasta. Prace nad ukończeniem dworca przerwał koniec wojny, ale nie zdołał wyratować 18-tysięcznej rzeszy jeńców i więźniów politycznych, którzy znaleźli tutaj wspólny wielki grób. Inż. Dolmus twierdzi, że zginęło ich tu 13 tys. i całą winę zwala na pracowników aprowizacyjnych, którzy małe racje przyznawane przez Berlin w niemiłosierny sposób uszczuplali”.

I dalej:

„Po pięciu minutach jazdy minąwszy przecinające się stale szyny wąskotorowej kolejki i szereg prymitywnie zbitych baraków dla jeńców, zatrzymujemy się przed olbrzymim placem. Zbocze górskie schodzi ku niemu prawie prostopadle. Olbrzymie głazy zawieszone nad placem wyglądają tak, jakby się miały stoczyć za chwilę w dół. Rozległy plac zasłany jest stosami najrozmaitszych kamieni, wśród których zwracają uwagę połyskujące srebrnawo kamienie z dużą zawartością miki. Świadczą one dobitnie o bogactwie tej ziemi. U stóp prostopadłego zbocza, na którym szumią iglaste drzewa znajduje się wysokie na trzy metry i szerokie na dwa wejście do Głównej Kwatery Hitlera”
Ale to jest dopiero początek rewelacyjnych doniesień redaktora Mosingiewicza. Co dalej odkryli i dostrzegli uczestnicy wyprawy, dlaczego budzi to zdumienie i przerasta najśmielsze oczekiwania?

Dzisiejsza nazwa atrakcji turystycznej pod Osówką w gminie Głuszyca „Tajemnicze Podziemne Miasto” jest wzięta z artykułu Zygmunta Mosingiewicza w „Słowie Polskim” z 28 października 1947 roku. W miejsce „gigantyczne” wprowadzono nazwę „tajemnicze”. Użycie tej nazwy jest całkowicie uzasadnione w kontekście tego, co widział i opisał w „Słowie Polskim” – niestety, nie żyjący już – znany dziennikarz „Trybuny Wałbrzyskiej”. Powyżej cytowałem ciekawsze fragmenty z dwóch pierwszych artykułów „Słowa”, a było ich aż siedem. Każdy kolejny artykuł wprowadza nas w świat nieomal fantasmagorii. Można by puścić wodze fantazji i wymyślić kolejny sensacyjny serial na podobieństwo „Tajemnicy Twierdzy Szyfrów” wg scenariusza Bogusława Wołoszańskiego, tylko że głuszyckie podziemia, to nie jest temat sensacyjno-rozrywkowy. Tu pracowali w strasznych warunkach, ginąc z głodu i wycieńczenia, setki tysięcy więźniów. Jest to miejsce zbrodni hitlerowskiej, realizacja jednej z wielu opętańczych wizji psychopaty, wznoszona kosztem ludzkiego życia, ludzkich cierpień i bólu za pomocą nieludzkich praktyk.

Powracam do niezwykle frapujących relacji Z. Mosingiewicza. Opisuje on wrażenia z bezpośrednich penetracji podziemi w towarzystwie wspomnianego już inżyniera austriackiego, Antoniego Dolmussa:

„Potężne pale dębowe podpierające stropy wzbudzają zaufanie. System podmurowania chodników podobny jest do systemu stosowanego w kopalnictwie. W miarę posuwania się w głąb chodnika ciemność się powiększa i mały prostokąt światła za nami jest coraz mniejszy. Chodnik ten, od którego rozchodzą się dopiero boczne korytarze, kryjąc sale i pokoje sztabu Hitlera – ciągnie się przez 3 km. Nie wiemy, jak długo idziemy. Chodnik gwałtownie obniża się w dół i skręca nagle w prawo. Do głównego chodnika przylega mały tunel. Inż. Dolmuss wprowadza nas do niego i po przejściu mniej więcej 200 metrów wchodzimy do dużej sali. Miała to być sala posiedzeń. Przy zainstalowanym świetle, eleganckim umeblowaniu – sala ciepło ogrzana centralnym ogrzewaniem (gdyż i ono było przewidziane w programie budowy) – na pewno wyglądałaby inaczej. Teraz panuje w niej cisza, chłód i ciemność. Rozlegle korytarze podziemnego miasta, ziejące ciszą i chłodem, kryją zapewne w swoim wnętrzu niejedną tajemnicę. Ostatnie miesiące istnienia Trzeciej Rzeszy cechował bowiem chaos. Postanowiono między innymi ukryć w labiryncie korytarzy podziemnego miasta mnóstwo maszyn, aby je w odpowiednim momencie wysadzić w powietrze. W ostatniej prawie chwili rozkaz wycofano i postanowiono maszyny uratować. Trzy dworce w Głuszycy przeładowywały dziennie 70 wagonów maszyn najrozmaitszego typu. Nie zdołano jednak wszystkiego wywieźć i wiele maszyn pozostało na miejscu. Część z nich służy już Polsce, część (jak owe sześć motorów Diesla, które dopiero w tych dniach odnaleziono) – czeka na swego odkrywcę.”

Z relacji Z. Mosingiewicza nie wiemy, czy do podziemi Osówki prowadziło w 1947 roku tylko jedno wejście, czy tak jak obecnie dwa. Można wnioskować, że tylko jedno górne, a dolne było już w tym czasie zablokowane. Usunięcie zwaliska skalnego u progu wejścia do dolnych korytarzy było jednym z najbardziej pracochłonnych zadań w momencie realizacji zagospodarowania turystycznego Osówki w 1995 i 96 roku. Niestety, ze względu na duże koszty, usunięto tylko część zwaliska, wznosząc nad pozostałym zboczem drewniany pomost, łączący dolne wejście z górą. Różnica poziomów pomiędzy dolnym, a górnym wejściem do podziemi stanowi obecnie jedną z największych zagadek. Logika wskazuje, że dolny korytarz mógł prowadzić do zasypanej części podziemnej budowli, być może już otynkowanej i wykończonej, w której mogą się znajdować maszyny i urządzenia, a nawet amunicja, czekające już 70 lat na swego odkrywcę. W ostatniej chwili przed ewakuacją Niemcy zdecydowali się wysadzić wejście i w ten sposób zablokować podziemną kwaterę. Jest to bardzo prawdopodobne jeśli zdamy sobie sprawę z tego, że Niemcy byli przeświadczeni, że ich ucieczka jest tylko chwilowa, a Hitler zastosuje nadzwyczajną broń rakietową, aby stawić opór wojskom nacierającym i za parę miesięcy można będzie powrócić do przerwanych robót.

Odkrycie tej zagadki wiąże się z koniecznością usunięcia dalszej części zwaliska. Nikt nie jest w stanie określić jaki to jest zakres robót, ani też zapewnić na 100%, że istnieje dolny pokład korytarzy i że kryją się w nim prawdziwe skarby.

Nie jest to jedyna zagadka związana z podziemiami Osówki, dlatego nadano im nazwę Tajemnicze Podziemne Miasto. Warto wspomnieć jeszcze o innych intrygujących szczegółach i zaskakujących odkryciach redaktora Zygmunta Mosingiewicza:

„10 milionów worków cementu pozostało jeszcze z zapasów, jakie nagromadzono w Głuszycy” Hałdy worków cementowych zalegały place budów na zboczach góry. Niedaleko szczytu wysłannicy gazety dostrzegli „olbrzymie bunkry, stosy żelaznych konstrukcji, betoni­arki, pogłębiarki, potężne kolejowe trawersy i na pół ukończone roboty nad pomieszczeniami biur.”
A nieco dalej: „wybiegają ze szczytu wzgórza równolegle do świerków leśne stalowe pręty. Jest ich całe mnóstwo. Wyras­tają one jak drzewa z betonowej pod­stawy bunkrów, które rozsiadły się na wierzchołku wzgórza. Poniżej znaj­duje się wejście, do którego dochodzi się po wąskiej kładce.”

Relacje dzien­nikarza odbiegają tak dalece od obecnego stanu naziemnych budow­li, że trudno się zorientować, czy nie­dokończona budowla, opisywana dalej przez red. Mosingiewicza, to „Kasy­no Hitlera”, czy najbardziej trudna do rozszyfrowania jeśli chodzi o jej prze­znaczenie tzw. „Siłownia”. „Kasyno”, to olbrzymia budowla żelbetonowa, jednokondygnacyjna, długości ponad 50 m. i 14 m. szerokości. Posiada 8 po­mieszczeń połączonych ze sobą i jest pokryta betonowym zadaszeniem z wnęką umożliwiającą wypełnienie jej ziemią i nasadzenie roślinności w celu zamaskowania.

„Siłownia” jest blokiem beton­owym o wymiarach 30 x 30 m. wypeł­nionym zbiornikami wodnymi, ka­nałami i włazami, siecią rur kamio­nkowych, elementami hydrauliki przemysłowej, studzienkami, śluza­mi. Przez włazy ze stalowymi klam­rami można się dostać do wew­nętrznych pomieszczeń o niejasnym przeznaczeniu. Naziemna część kompleksu Osów­ka była najbardziej rozbudowana spośród wszystkich w Górach Sowich. Budowle główne – „Kasyno” i „Si­łownia” – są oddalone od siebie o ok. 150 m i leżą na różnych wysokościach. Obiekty te w nienajgorszej kondycji dotrwały do dziś. Piotr Kruszyński w jednej z najwcześniejszych książek poświęconych kompleksowi „Riese” p.t. „Podziemia w Górach Sowich i Zamku Książ”, wymienia jeszcze kilka innych obiektów. Pisze więc o podziemnym tunelu łączącym „Ka­syno” z szybem, biegnącym pod cią­giem sześciu żelbetonowych zbiorników przeznaczonych do magazyno­wania kruszyw, a także o zbiorniku na wodę oddalonym około 450 m. na pn. - wsch. od szczytu Osówki oraz dużym składzie materiałów budowlanych i magazynów leżących około 250 m. od zbiornika. W pobliżu są ślady ze­społu baraków mieszkalnych oraz fundamenty budynków.

Zygmunt Mosingiewicz w „Słowie Polskim” wspomina o niedokoń­czonej budowie windy w ok. 150-ciometrowym leju, która miała ułatwić komunikację z dołu do góry, gdzie znajdowały się biura położone nieco poniżej „Kasyna”. W pobliżu tego miejsca usypano pagórek szu­trowy, 40 tys. m3 szutru, obok któ­rego rozpoczęto budowę „szklanych oranżerii Hitlera”, jak je nazwał autor artykułu:
„Jesienny wiatr hula sobie teraz po nich do woli. Ot, niemiecka pedanteria, w takich momentach budować kosztem wysiłku tysięcy ludzi – luksusowe oranżerie. W do­datku w takich warunkach terenowy­ch było to prawdziwym szaleństwem. Cienkie druty z nawleczonymi na nie sztucznymi liśćmi, doskonale ma­skują złożony na ziemi żelbeton. Na terenach, które zwiedzamy, a które ciągną się na przestrzeni prawie 30 km. jest tego 200 ton. Żelazo, które widzimy jest tylko częścią materiałów potrzebnych do budowy podziemn­ego miasta; budowy zwanej „Akcją Adolfa”. 300 ton trafiło już na właś­ciwe miejsce. Odjechało do Warsza­wy. Mam nadzieję, że i pozostałe 200 ton będzie należycie użyte... Ostatecz­nie okazuje się, że do apartamentów wodza Trzeciej Rzeszy prowadziły dwa wejścia podziemne oraz trzy z nawierzchni góry, skąd do wnętrza trzeba było zjeżdżać specjalnymi win­dami”.
Ale to jeszcze nie wszystko. Wę­drując duktami leśnymi w masywie Włodarza, napotykamy co rusz na ślady różnych budowli, wykopy i leje przeróżnych kształtów, składowiska materiałów budowlanych, a także resztki sieci transportowych. Obecnie po 60 latach nie są one tak wyraźne jak w 1947 roku, kiedy tu znalazł się dziennikarz „Słowa Polskiego”.

W styczniowym numerze Biule­tynu Informacyjnego Zarządu Pa­rków Krajobrazowych w Wałbrzychu z 1998 r. Bolesław Fara i Aleksander Grzybowski publikują mapkę ilustrującą trasę kolejki wąskotorowej zaopatrującej dwie budowy kom­pleksu „Riese” – pod Osówką i Soboniem. Koleją szerokotorową dostarczano materiały budowlane do trzech stacji kolejowych w Głuszycy Górnej, Olszyńcu i Jugowicach. Stąd trans­portowano je kolejką wąsko­torową, której długość sza­cuje się na po­nad 16 km., przy różnicach wzniesień terenu od 200 do 300 m. Bu­dowa tej ko­lejki nie była łatwa, pro­wadzona była w morderczym tempie i kosztowała wiele ofiar. Torowisko układano wy­korzystując do maksimum istniejącą sieć dróg leśnych i ukształtowanie terenu. Na całej trasie wybudowano 8 mostów o długości 365 m. Kolejki wąskotoro­we budowane były również bezpo­średnio w korytarzach podziemnych, a w miejscu, gdzie ukształtowanie terenu na to pozwalało zainstalo­wano też kolejkę linową, łączącą sta­cję kolejową w Głuszycy Górnej z Osówką, długości 400 m. przy różnicy wysokości 560-670 m.
Większość publikacji związanych z tajemnicą „podziemnego miasta w Głuszycy” koncentruje się na Osówce, pozostawiając w cieniu drugie, równie intensywne miejsce budowy – Soboń. Mając na uwadze budowle naziemne, miejsce to wydaje się nie mniej ważne i interesujące.

piątek, 3 marca 2017

Co się kryje w podziemiach Osówki ?


hala z szalunkami w podziemiach Osówki

Najważniejsza atrakcja turystyczna Głuszycy - podziemia Osówki ma się dobrze. Corocznie odwiedza ją dziesiątki tysięcy turystów. Ostatnio stała się miejscem akcji nagrodzonego na festiwalu w Berlinie Srebrnym Niedźwiedziem filmu Agnieszki Holland "Pokot" opartym na książce Olgi Tokarczuk.
Czy to co możemy zobaczyć w podziemiach Osówki, to wszystko. Czy jest to tylko drobna część podziemnych labiryntów, a to najważniejsze zostało ukryte przez Niemców zawałem skalnym, trudnym do usunięcia?

To frapujące pytanie nie pozwala spocząć na laurach badaczom i odkrywcom tajemniczej inwestycji militarnej III Rzeszy w Górach Sowich, znanej pod kryptonimem „Riese”, czyli „Olbrzym”. Jedni szukają odpowiedzi w materiałach wojskowych, ale dotarcie do archiwów wojennych w Niemczech napotyka na podobną barierę jak ruch bezdewizowy Polaków do Stanów Zjednoczonych – w obu przypadkach na przeszkodzie stoją restrykcyjne przepisy tamtejszego prawa. Drudzy usiłują osiągnąć cel w sposób najbardziej praktyczny – poprzez dotarcie do dolnego pokładu pod Osówką.

Konsekwentnym propagatorem takiego rozwiązania jest długoletni badacz i poszukiwacz tajemnic Gór Sowich, autor wielu artykułów prasowych, książek, map, związany bardzo mocno z Głuszycą, emerytowany pułkownik, Jerzy Cera. To właśnie z jego inicjatywy prowadzone są metodyczne badania ścian skalnych w podziemiach Osówki przez naukowców Akademii Górniczo-Hutniczej z Krakowa, by wskazać najbardziej optymalne miejsce do górniczej penetracji. O kolejnych etapach tych prób badawczych dowiadujemy się z mediów i to jest element pokrzepiający. Czyżby nadeszła chwila, gdy od słów przechodzimy do czynów? Tyle lat zmarnowanych, może wreszcie uda się dotrzeć do sedna sprawy.

Czytelnikom mniej zorientowanym w temacie należy się informacja, dlaczego tak nam zależy na wyjaśnieniu tej zagadki. Co się może znajdować w nie odkrytych podziemiach Osówki, jeśli takowe w ogóle istnieją?

I tutaj pojawiają się najbardziej fascynujące hipotezy, zapierające dech w piersiach, wywołujące palpitację serca, a przynajmniej pobudzające do puszczenia wodzów fantazji.

Posłużę się obszernym materiałem prasowym na całą dużą szpaltę wrocławskiego „Słowa Polskiego” z 20 listopada 1998 roku, jaki ukazał się w magazynie piątkowym „Do czytania w wygodnym fotelu”, którego redaktorem jest znana na Dolnym Śląsku dziennikarka i autorka książek sensacyjnych związanych z dziejami naszego regionu, Joanna Lamparska.

Autorka rozpoczyna od fundamentalnego stwierdzenia: zdaniem badaczy znamy tylko jedną trzecią wydrążonych podziemi. Gigantyczna pajęczyna podziemnych hal i sztolni rozciąga się w masywie Gór Sowich na powierzchni około dwustu kilometrów kwadratowych. Niemcy budowali ten kompleks rękami jeńców wojennych i więźniów od 1943 roku, ale według niektórych źródeł „Riese” zaczął powstawać od 1936 roku. Już wtedy pojawił się projekt wykorzystania Gór Sowich do celów militarnych. Być może właśnie w tym czasie otrzymał on nazwę „Riese”.

Po drugiej wojnie światowej nie zachowały się żadne dokumenty, na podstawie których można by ustalić jak naprawdę miał wyglądać „Olbrzym” i jakie było jego faktyczne przeznaczenie. Na ten temat pojawiło się mnóstwo hipotez, wypowiedziało się wiele autorytetów. Spróbujmy przyjrzeć się niektórym z nich:
Wojciech Stojak, poszukiwacz skarbów, autor filmu o „Riese”:

„Z materiałów, które znajdują się w Archiwum Federalnym w Koblencji, wynika, że kompleks „Riese” miał być kwaterą dla dowództwa III Rzeszy… Ja skłaniałbym się raczej ku produkcji zbrojeniowej, ale do końca nie mam własnego zdania. W materiałach Pentagonu „Riese” jest wymienione jako kwatera Hitlera z dużym znakiem zapytania.”

Jacek Wilczur, były członek Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce:

„W Niemczech oraz w Polsce funkcjonuje wersja kolportowana przez różnych ludzi, jakoby owe podziemne obiekty w rejonie Walimia, Jugowic, Sierpnicy, Osówki, Kolc – tunele i hale różnych wymiarów – przeznaczone były na siedzibę Adolfa Hitlera bądź na pomieszczenia Sztabu Generalnego niemieckiej armii. Większość liczonych w kilometrach chodników podziemnych, hal typowo produkcyjnych, nie konferencyjnych, konstrukcja i technika ich budowy, położenie w terenie blisko źródeł wody i minerałów, bliskość kopalń węgla i hut oraz węzłów kolejowych, komunikacji podziemnej, pozwalają przyjąć, że podziemne obiekty w Górach Sowich, stanowić miały w zamysłach i planach przywódców III Rzeszy, decydentów w zakresie polityki zbrojeniowej – gigantyczny koncern obejmujący swym zasięgiem cały Dolny Śląsk. Miała to być największa ze znanych we współczesnym świecie zbrojownia i arsenał III Rzeszy.”

Igor Witkowski, autor książki „Super tajne bronie Hitlera”:

Na wagę rejonu Sudetów dla programu produkcji broni odwetowej wskazuje fakt ulokowania tutaj dwóch bardzo ważnych centrów dowódczych: ośrodka planowania działań strategicznych z użyciem broni sterowanych radiem w rejonie Liberca i Jablonca oraz dużego centrum sztabowego w zamku Książ i pod nim (prawdopodobnie wraz z kwaterą Hitlera), mającego stanowić integralną część kompleksu „Riese”… Wszystko wskazuje również na to, że właśnie w tym obiekcie zamierzano połączyć program produkcji broni „V” z programem produkcji broni jądrowej.”

W wymienionym wyżej magazynie „Słowa Polskiego” Joanna Lamparska przeprowadziła wywiad z Jerzym Cerą pod znamiennym tytułem „Tajna skrytka III Rzeszy”. Oto co na pytanie, czego możemy się spodziewać z chwilą ewentualnego odblokowania wejść do ukrytych podziemi Osówki,  powiedział indagowany poszukiwacz:
„Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Na pewno spodziewam się dalszych tuneli, betonowych, gotowych hal. Jestem przekonany, że zamierzano tu robić głowice do V-2, być może znajdą się tam laboratoria. Umiejscowienie tego kompleksu w Górach Sowich nie było przypadkowe. To góry położone na uboczu, stare, pozbawione ruchów tektonicznych, a więc bezpieczne. Poza tym kilka kilometrów stąd była kopalnia uranu. W dokumentach przeczytałem, że w czasie wojny w jednej z kopalń wałbrzyskich zbudowano stos atomowy. Mało kto o tym wie”.

To co do tej pory odnaleźliśmy w Górach Sowich, to niewielka część całości. Ta całość musi być na tyle ważna, że poświęcono wiele trudu, aby ją ukryć. Gdyby nie było żadnej zagadki, nie byłoby anonimów. Dziwną rzeczą jest, że do dzisiaj nie wypłynęły żadne dokumenty dotyczące budowy.

Wydaje mi się, że sporo racji ma Mieczysław Mołdawa, były więzień Gross-Rosen. Pan Mołdawa, który z racji inżynierskiego wykształcenia – architekt i chemik – miał w obozie dostęp do części dokumentacji projektowej kompleksu ”Riese”, twierdzi, że Niemcy pracowali nad specjalnymi broniami elektronicznymi wysokiej częstotliwości, oscylatorami oraz podzespołami do rakiet, a zwłaszcza elektronicznego systemu ich naprowadzania.

Na co więc trafimy? Na coś ważniejszego niż złoto i Bursztynowa Komnata. Na coś bardzo ważnego dla istnienia III Rzeszy. W 1944 r. pewna grupa wiedziała już, że wojna jest przegrana. Hitler Hitlerem, ale naród musi przetrwać. Zaczęto więc się przygotowywać do fazy po przegranej wojnie. Zakładano, że to co jest istotne dla III Rzeszy, należy dobrze przechować.

Czy za zwaliskiem skalnym blokującym wejście do niższego pokładu podziemnych korytarzy kryje się najskrytsza tajemnica dowództwa wojskowego III Rzeszy? Czy znajdują się tutaj gotowe, wybetonowane hale produkcyjne, laboratoria, maszyny i urządzenia, a być może także dokumenty budowlane, których nie udało się odtransportować do Niemiec? Czy liczne przykłady konspiracyjnych działań ludności autochtonicznej, mających na celu ukrycie śladów, zamaskowanie wejść i zmylenie badaczy co do faktycznego celu inwestycji, ma swoje uzasadnienie istnieniem gigantycznej skrytki właśnie tutaj, w podziemiach Osówki?

Co się kryje w nie odkrytych podziemiach Osówki ? – to pytanie może spędzić sen z oczu. Dlatego tak ważne są wszczęte poszukiwania. Uwieńczenie ich sukcesem może stanowić punkt zwrotny w uczynieniu z głuszyckiej Osówki atrakcji turystycznej przekraczającej daleko zasięg krajowy, a nawet europejski.

środa, 1 marca 2017

Pisać każdy może...



 
„Pisarz to człowiek, któremu pisać jest trudniej, niż wszystkim innym ludziom” – napisał Tomasz Mann.  Ile trzeba było lat spędzić przy biurku nad białymi nie zapisanymi arkuszami papieru, by stały się one książkami rozchwytywanymi przez czytelników? A ile czasu na medytacje, by w końcu dojść do sentencji odnotowanej na wstępie? Oto są pytania.

Ponieważ pisać jest mi coraz trudniej, wniosek nasuwa się sam – jestem pisarzem. Ale od razu proszę Was  posądzających mnie w tym momencie o megalomanię, poczekajcie z tym osądem do końca tego felietonu.

Być pisarzem, to było moje marzenie od dziecka. Zrodziło się wtedy, gdy do moich rąk trafiła książka nie byle jaka, a mam ją do dziś i skrywam jak talizman, choć to książka, którą dzisiejsza „Święta Inkwizycja”, zwana dla niepoznaki IPN-em, skazała by  na spalenie na stosie. To jeden z pierwszych powojennych podręczników do nauki języka polskiego, wydany w 1946 roku  przez Państwowe Zakłady Wydawnictw Szkolnych w Warszawie, a nosi tytuł „Nie rzucim ziemi… Czytanka do użytku kursów dla dorosłych na Ziemiach Odzyskanych”. Wbrew temu czego można by się spodziewać nie jest to książka przesiąknięta do reszty ideologią komunizmu, wręcz odwrotnie można by się z niej uczyć patriotyzmu, szacunku dla mowy ojczystej, dla wielkich twórców polskiej literatury. Poczesne miejsce w niej zajmują i Mickiewicz, i Słowacki, i Sienkiewicz, i Żeromski, i Maria Konopnicka, i wielu jeszcze innych znanych pisarzy polskich. Są to oczywiście wypisy, które jak pisze we wstępie wydawca, mają służyć „jako pomoc nauczycielowi kursów dla dorosłych w doborze odpowiednich tematów.  Które czytanki nauczyciel wykorzysta jako materiał pomocniczy dla siebie, a które przeznaczy bezpośrednio dla słuchaczy – zależeć będzie od jego uznania i stopnia przygotowania zespołu”.

W słowie wstępnym odwołuje się wydawca do wspaniałej postaci księdza Karola Miarki, naczelnego redaktora najpopularniejszego na G. Śląsku w II połowie XIX wieku polskiego pisma „Katolik”, który jako pierwszy zaszczepił w sercach i głowach Polaków poczucie wspólnoty narodowościowej z Polakami w zaborze rosyjskim i austriackim i nieprzepartą wolę walki o niepodległość, o powrót do Macierzy. Nosi to w historii nazwę – Odrodzenie narodowościowe Polaków na Górnym Śląsku. Motto książki stanowi wiersz Leopolda Staffa, „Mowa ojczysta”, zaczynający się od słów: „Bądź z serca pozdrowiona, ojczysta, święta mowo”. Nie będę się rozwodził na temat treści książki, jest ona przebogata w teksty lub wycinki tekstów literackich i publicystycznych,  najlepsze wiersze i pieśni patriotyczne, są też fragmenty przemówień i artykułów prasowych o charakterze politycznym. Jest rzeczą jasną, że idea przewodnia książki wynikała z sytuacji politycznej ówczesnej Polski, a powrót Ziem Zachodnich do Polski, uznają jej autorzy za spełnienie się sprawiedliwości dziejowej.

Książka ta znalazła się w moich rękach, gdy byłem w czwartej, piątej klasie szkoły powszechnej. Uczyłem się z niej czytać, ale czytać ze zrozumieniem, czego tak brakuje dzisiejszym politykom.  Największe wrażenie zrobiły na mnie wiersze „Boże coś Polskę” Feliksa Felińskiego (Tak, był ten wiersz w tym podręczniku, bo znalazło się w nim prawie wszystko co było w podtekście antyniemieckie), „Śmierć Pułkownika” Adama Mickiewicza o wodzu powstańców – Emilii Plater, „Pozdrowienie z Tatr” Kazimierza Przerwy-Tetmajera, „Oj, śliczna ta ziemia, to nasze Mazowsze” Teofila Lenartowicza, „Daremne żale” Adama Asnyka, „Koncert Jankiela” z „Pana Tadeusza”, którego fragmenty znam jeszcze na pamięć, był cały „Janko Muzykant”, czytany przeze mnie wielokroć i zroszony łzami, była „Pieśń o żołnierzach Westerplatte” Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, a także „Co mi tam troski” Władysława Broniewskiego. I  jak można się spodziewać książkę zamyka: Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród…, czyli nieśmiertelna „Rota” – Marii Konopnickiej.

Z tej książki zapamiętałem ustęp opowiadania Zofii Kossak-Szczuckiej, ”Mazur z zagranicy”, w którym mała dziewczynka z Mazur, Greta, zaśpiewała w śląskiej gospodzie zamiast „Ich habe einen Garten”,  polską piosenkę:

„Stoi najmilejsy, gdzie roza przekwita,
Tam jego najmilsa w złotej księdze cyta
Lubenko, lubenko, uchyl mi okienko,
Co jesce obace, gdzie twoje ocenko.
W okienku stojała, śneptuskiem kiwała,
Wróć się, mój namilsy, bede cie kochała…”

Do dziś jeszcze nie doszedłem do tego, co znaczy mazurskie „śneptuskiem”, ale bardzo mi się to słowo spodobało.

Przyszedł później czas na czytanie wielu innych książek, ale ta pierwsza zapadła na długo w pamięci. Te dziecięce, a potem młodzieńcze kontakty z literaturą miały wpływ na całe moje życie, choć jak łatwo się domyśleć dawne marzenia o powtórzeniu drogi Żeromskiego lub Reymonta spaliły na panewce. Tych dwóch pisarzy cenię sobie szczególnie, Żeromskiego ze względu na „Dzienniki”, a Reymonta za „Chłopów” i „Ziemię obiecaną”. A poza tym ich życiorysy są mi bardzo bliskie. Zawód nauczyciela pochłonął mnie bez reszty, potem był epizod działalności samorządowej, lata prysły jak bańka mydlana. I wtedy, gdy znalazłem się na bocznym torze życia publicznego zdałem sobie sprawę z tego, że przecież coś z tych marzeń może się spełnić. Nie ukrywam. Największą zachętą stała się możliwość swobodnego pisania na ekranie monitora i  dokonywania korekt w napisanym tekście. Był czas kiedy wydawało mi się to bardzo łatwe. Pisywałem więc coraz więcej. Wziąłem sobie do serca sentencję, że pisać każdy może… trochę lepiej lub gorzej. Rzecz w tym, by znaleźć czytelników. Już prawie 6 lat prowadzę blog internetowy, w którym koncentruję się na ukazywaniu ciekawostek z historii oraz piękna przyrody i krajobrazów naszego regionu. I to jest trafny wybór. Wielu z nas żyjących tu na ziemi wałbrzyskiej czuje potrzebę jej bliższego poznania. Kiedy zaś zdałem sobie sprawę z tego, że bez pisania nie mogę żyć i że warto byłoby to wszystko utrwalić w formie książkowej, zacząłem się bawić w pisanie książek.  Ale pisanie przychodzi mi coraz trudniej. Tak więc idąc  za złotą myślą Tomasza Manna - chyba mogę się uznać  pisarzem, przynajmniej regionalnym, blogowym.

I co Wy na to moi wierni Czytelnicy?  Kocham Was, bo inaczej moje pisanie nie miałoby sensu. Najchętniej pokiwałbym do Was, moje lubenki,  śneptuskiem, tylko że nie jestem nadal pewien, czy to jest chusteczka haftowana, czy coś innego… A poza tym druga część tego słowa może wywołać dziś  u protagonistów Małego Kaprala z Żoliborza uczucia ambiwalentne.

Ale zapamiętajcie to, co stanowi meritum tego felietonu: pisać każdy może -  i czytać, i słuchać też.

Fot. Zbigniew Dawidowicz