Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Życie ma sens


Udało mi się uchronić przed unicestwieniem numer 15 „Polityki” z kwietnia 2006 roku. Intensywnie barwna okładka z rudowłosą Marią Magdaleną, jak wiadomo jawnogrzesznicą, oblubienicą Jezusa, ikoną feministek, była wystarczającym powodem, by ten egzemplarz znanego periodyku odłożyć na zaś. Ale to nie ona wzbudziła moje największe zainteresowanie, choć epitet  -  jawnogrzesznica  - wydaje się bardzo frapujący.

W tym świątecznym numerze z okazji Wielkanocy już na samym początku jest obszerny artykuł Adama Szostkiewicza pod tytułem - „Życie po życiu”. Otóż to, czy możemy sądzić jak nakazuje nam religia chrześcijańska, że po śmierci nasza dusza ulatuje gdzieś daleko i albo czekają  na nią Aniołowie, by otworzyć jej wrota do rajskiej krainy ułudy, albo musi odcierpieć w czyśćcu za swoje grzechy i czekać cierpliwie na łaskę boską, albo też jest skazana na wieczne potępienie w czeluściach piekielnych? Czy są na to racjonalne przesłanki? Co o tym mówią naukowcy? Czy odrzucają kategorycznie przypowieści biblijne, uznając że nie ma na nie empirycznych dowodów, czy też próbują odnaleźć przynajmniej logiczne uzasadnienie, wskazujące na istnienie życia po śmierci?

 Faktem jest, że obecnie nauka przestaje traktować to pytanie jako tabu, którym po prostu nie warto się zajmować. Jest więc wielu ludzi nauki, którzy dokonują różnych badań i dociekań filozoficznych i na tej podstawie formułują swoje opinie i wnioski. Łatwo się domyślić, że ta egzystencjalna zagadka znajduje zdeklarowanych scjentystów, odrzucających jakąkolwiek możliwość życia po śmierci, jak i  uczonych konformistów, skłonnych do kompromisu z  prawdami głoszonymi przez Kościół.

Wybitny filozof, publicysta, Ojciec prof. Józef Maria Bocheński przyznaje, że pragnienie nieśmiertelności i wynikająca stąd wiara w życie po śmierci, nie jest zabobonem, tylko wytworem ludzkiej psychiki. Ale z tego, że coś pragniemy, nie wynika że coś jest. Mimo wszystko ten zdroworozsądkowy sceptycyzm wcale nie musi wykluczać chrześcijańskiej wiary w zmartwychwstanie.

Nie będę relacjonował szczegółowej treści artykułu, bo nie da się streścić tego, co już w swej istocie jest streszczeniem badań i opinii różnych uczonych, zresztą na ogół kontrowersyjnych. Najważniejszą jest końcowa konkluzja zatytułowana: jak się nie dać zwariować?

Przytoczę tutaj zasłyszaną przeze mnie anegdotę, oddającą dowcipnie brak jednoznacznej naukowej wykładni na  temat istnienia życia po śmierci.

Pewnego starszego wiekiem uczonego prezentującego aktualny stan badań naukowych w tej dziedzinie, studenci na koniec wykładu zapytali wprost: No dobrze, ale co pan, profesorze o tym sądzi, czy jest życie po śmierci, czy też nie ? Oczywiście, że tak, odpowiedział bez wahania profesor. I dodał. Przecież ja wkrótce umrę, ale wy wszyscy będziecie żyli nadal na tej planecie.

Wracam jeszcze na moment do końcowych wniosków artykułu. Otóż zdaniem autora, wiara w życie po życiu jest ludzka, bo tak samo ludzki jest ruch obronny człowieka przed śmiercią. Tylko życie ma sens, dlatego nie godzimy się z myślą, że kończy się ono z chwilą śmierci. Inaczej mówiąc, gdyby nie było śmierci, a życie trwało bez końca, już dlatego byłoby pozbawione sensu.

Nie jestem pewien, czy ta filozoficzna hipoteza potrafi nas w pełni usatysfakcjonować. Na co dzień szukamy sensu życia w tym jak żyjemy, co robimy, jak sobie radzimy z kłopotami i nieszczęściami. Każdy człowiek tworzy sobie swój własny sens życia, często bardzo przyziemny, materialny, wynikający z  wychowania w rodzinie i środowisku.

Na ogół widzimy sens życia u ludzi, którzy coś tworzą, budują, przekształcają, a z chwilą śmierci coś po sobie zostawiają, jeśli już nie trwałego, to przynajmniej duchowego, czyli w pamięci i sercach swoich bliskich. A może właśnie to jest  tym objawionym przez Boga życiem po śmierci.

Tak więc by przedłużyć nasze istnienie na ziemi róbmy coś pożytecznego, coś co po nas zostanie jeśli już nie na zawsze, to przynajmniej na jakiś czas.

Pocieszam się tym, że po mnie pozostanie to co napisałem, tylko mój optymizm zakłóca świadomość, iż nie będę już wtedy mógł liczyć na to, że przynajmniej przeczyta to jedna osoba, czyli sam autor.

sobota, 4 czerwca 2016

"Zdaje się, iż cała Polska przenosi się do wód"


szczawieński dom zdrojowy "Gigant"

„Oto znowu widzimy
przyjemne ogrody,
za nimi wyglądają
domy Starej Wody,
w których co roku
bardzo wiele gości bawi
i owych mineralnych wód
skuteczność sławi.

Przez wdzięczność
odzyskawszy zdrowie utracone,
zamieszkują czas dłuższy
tę cudowną stronę,
w której drogi są gładkie
i ścieżki ubite
prowadzą najdogodniej
w miejsca rozmaite.

A wszędzie wypoczynki,
wszędzie coś nowego,
szwajcarskim gustem
mile przyozdobionego.

Lekarze owe wody
chlubnie opisali,
a rysownicy sztuką swą
cześć im oddali.

Te w czternastym stuleciu
wody były znane
i z jak najpomyślniejszym
skutkiem używane…

Z poematu „Śląsk. Podróż malownicza” w 21 pieśniach Bogusza Zygmunta Stęczyńskiego (1814-1890).

Ta niezwykle interesująca refleksja „zdaje się, iż cała polska przenosi się do wód” z listu Józefa Wybickiego do żony z 1803 roku, świadczy o rosnącej popularności lecznictwa balneologicznego wśród Polaków pod zaborami.  O tym, że Józef Rufin Wybicki herbu Rogala (1747 – 1822), polski pisarz i polityk, szambelan Stanisława Augusta Poniatowskiego w 1780 roku, jest autorem słów polskiego hymnu narodowego – „Mazurek Dąbrowskiego”, nie muszę tutaj przypominać, ale warto zwrócić uwagę na zasługi tego wybitnego patrioty: Reformator praw w Polsce przedrozbiorowej uczestniczył wprawdzie w konfederacji targowickiej, potem jednak był uczestnikiem insurekcji kościuszkowskiej, a następnie współpracownikiem i przyjacielem gen. Jana Henryka Dąbrowskiego, z którym wziął udział w wyprawie na pomoc powstańcom w Wielkopolsce w 1794, a później współdziałał w Legionach Polskich we Włoszech. Wtedy właśnie w 1797 napisał słowa pieśni, która stała się później polskim hymnem narodowym. Był uczestnikiem wojen napoleońskich, w 1807 roku przyczynił się do utworzenia Księstwa Warszawskiego, którego był jednym z czołowych polityków. Podczas wojny polsko-austriackiej w 1809 organizował obronę Wielkopolski przed wojskami nieprzyjaciela. Po kongresie wiedeńskim współtworzył Królestwo Polskie. Autor wspomnień, wielu pism politycznych i utworów literackich (dramatów, oper, komedii, wierszy), z których w powszechnej świadomości Polaków zachował się jedynie „Mazurek Dąbrowskiego”.

Co było powodem  refleksji Józefa Wybickiego o exodusie Polaków do wód leczniczych już na początku XIX stulecia  i to jak się okazało w najbliższe rejony sudeckie? Otóż to, że uzdrowiska w Sudetach były najbliżej, zwłaszcza Wielkopolski, znacznie bliżej niż Szkło, Lubień, Druskiennik i Truskawca na Litwie,  Drużbak na Spiszu, Bardiowy na Słowacji, Eger na Węgrzech, Teplice, Karlsbad i Marienbad w Czechach, a zabiegi balneologiczne stały się z początkiem XIX stulecia zbawieniem, zwłaszcza dla leczenia chorób i ran wojennych. Ruch podróżniczy „do wód” w kierunku Pogórza Karpackiego lub nad Wisłę, gdzie pojawiły się pierwsze polskie uzdrowiska, takie jak Busko, czy Ciechocinek miał miejsce dopiero w II połowie XIX wieku? 

Stało się więc tak, że uzdrowiska Pogórza Sudeckiego z początkiem  XIX wieku wypełniły się polskimi kuracjuszami.

Pisze o tym wszystkim z przejęciem Ryszard Kincel, absolwent Wydziału Filozoficzno-Historycznego krakowskiej Jagiellonki, doktor nauk humanistycznych, a od 1979 roku, aż do przejścia na emeryturę  w 2000 roku dyrektor Miejskiej Biblioteki Publicznej w Raciborzu.  Jego znaczącym osiągnięciem jest książka „U Szlaskich Wód”, wydana przez oficynę „Silesia” w Raciborzu w 1994 roku.

W książce tej obok zwięzłej historii sudeckich zdrojów, takich jak Lądek, Cieplice, Stary Zdrój, Szczawno, Duszniki, Świeradów, Kudowa, Polanica, Czarkowa, Jastrząb, Goczałkowice, znajdujemy mnóstwo ciekawostek związanych ze wzrostem popularności uzdrowisk śląskich wśród Polaków ze wszystkich trzech zaborów.

Ważne miejsce w bogato ilustrowanej książce – albumie zajmują nasze wałbrzyskie uzdrowiska – Stary Zdrój i Szczawno-Zdrój. Cieszyły się one dużą sławą i były licznie odwiedzane nie tylko z powodów zdrowotnych, podobnie jak cudownie położona rezydencja rodu Hochbergów -  zamek Książ.
Spośród wielu innych  informacji zwróciłem uwagę na zgromadzone w rozdziale „Zbawienne wody Starego i Szczawna-Zdroju”  interesujące  wpisy w księgach pamiątkowych polskich kuracjuszy, sławiące uroki i  walory tych uzdrowisk, a także Książa:

„Każdy tu znajdzie upodobania i uciechy, co natury piękności przyjacielem szczerym. Zawżdy twe kraśne o sławny Fürstenstein wierzchoły twych gór i doliny ładne wsławię! Żyj podług wiary, pij podług miary, a zdrów będziesz”
                                                                                (5 lipca 18000, Fryderyk Gutt z Wiednia)
„W szczęśliwości sobie żyłam,
Póki Ciebie nie widziałam,
Zawsze moje serce będzie,
Kochać ciebie zawsze wszędzie”

(12 września 1810 r. Helena Rogozińska z Poznania)

„Nad cudami natury się tu zastanawiam,
Wszystkich co tu byli z radością pozdrawiam”

(Kapitan, nieczytelny podpis, 12 oktober 1814 r.)

Autor książki przytacza znacznie więcej podobnych wpisów obrazujących pozytywne wrażenia polskich gości, ale jeszcze bardziej zaskakujące są wpisy tekstów patriotycznych, przypominających polską przeszłość Śląska i wróżących powrót Polaków na dawne ziemie piastowskie:

„Wszystko co mnie otacza podziwienie wzbudza,
Kraino, byłaś nasza, teraz jesteś cudza!
(T.R. 1820 r)

„Józef Szaniawski z Królestwa Polskiego tutejsze miejsce dnia 20 maja 1823 roku z największym podziwieniem oglądywał przypominając sobie stare polskie czasy”.

„Piękne strony lecz o ileż milszemi
Gdybym je znalazł w mej ojczystej ziemi !”

(J. Szmidecki, Aleksander Mianowski z Królestwa Polskiego, 1830 r)

D. 17 sierpnia 1836  w towarzystwie M. Sokolnickiego, studenta z Wrocławia – Władysław Niegolewski, A. Małachowski, W. Zitelman:”
„Bóg cuda czynił nigdy nie pojęte,
Iż Polska nieraz powstała z niczego,
Słowa się sprawdzą, bo są święta,
Że Polak będzie panem kraju swego”.


„Któraż kraina jest tak oddaloną,
Żeby nie była Polaków dotknioną?
Tak też jeszcze i Furstenstein będzie w ręku potomka Piasta.

Zaświadczamy – Władyslaw, Antoni, Wincenty, Ignacy, 17 sierpnia 1836).

„Kochajmy się.
Nie dajmy się. Vivat Polonia !" (rok 1836)

„Pyszne te góry, cudne doliny, ale mnie milsze polskie krainy” napisał Antoni Majer, akademik z Wrocławia, a podobnych wpisów w szczawieńskiej księdze pamiątkowej znajdujemy znacznie więcej. Okazuje się, że pamięć o dawnej polskości Śląska nie opuszczała Polaków podobnie jak nadzieja na jego powrót do Macierzy. Oczywiście autor książki „U szlaskich wód” przytacza ich znacznie więcej.

Zachęcam gorąco do przeczytania książki Ryszarda Kincela, bo można w niej znaleźć wiele podnoszących na duchu informacji z przeszłości naszych śląskich zdrojów, pozwalających z dumą i podziwem odnieść się do tego, że nie zmarnowaliśmy dorobku niemieckich gospodarzy tych ziem, a Polacy tak jak to dawniej bywało z satysfakcją przyjeżdżają do wód, teraz już naszych, polskich, by nie tylko podreperować swoje zdrowie, ale także nacieszyć oczy urokami tej ziemi. Dlatego zamieszczony na początku  fragment poematu „Śląsk. Podróż malownicza” nie stracił nic na swej aktualności.

czwartek, 2 czerwca 2016

Czy daleko nam, czy blisko - o polskim sarmatyźmie


jest nad czym deliberować



O polskim sarmatyzmie napisano już wiele. Trzeba wracać do tego tematu, bo jest taka potrzeba, zwłaszcza w ważnym momencie przedwyborczym do naszego parlamentu

„Święty Jan Ewangelista mawiał: „Dziateczki, kochajcie jedni drugich”” - a ja wam to mówię, a raczej wymówię, że tak nie robicie. „Kochamy Ojczyznę” - mówicie, a między sobą w ciągłych swarach! Piękna to miłość, ojczyzny ziemię kochać, a z jej mieszkańcami się wadzić?

(Z kazania księdza Marka 4 listopada 1769 roku  w kościele Ojców Bernardynów w Kalwarii z udziałem całej świty ówczesnych możnowładców wspierających konfederację barską )

To tylko jeden z interesujących wątków z historycznej książki „Pamiątki Soplicy”. Znajdziemy w niej 25 opowiadań znakomitego gawędziarza Seweryna Soplicy, cześnika parnawskiego, które zebrał i opracował do druku nieco później żyjący cioteczny wnuk po mieczu Radziwiłła Panie Kochanku, po kądzieli Tadeusza Rejtana  -  Henryk Rzewuski.

Podobnie jak w słynnych „Pamiętnikach” Jana Chryzostoma Paska mamy w tej książce z życia wzięty, realistyczny i wymowny obraz ówczesnej szlachty polskiej, przenikniętej do szpiku kości sarmackim duchem sobiepaństwa i prywaty. Do czego to doprowadziło wszyscy wiemy z lekcji historii. Ale o upadek olbrzymiej Rzeczpospolitej od morza Czarnego do Bałtyckiego skłonni jesteśmy winić  wszystkich innych, najczęściej naszych zaborców – Rosję, Prusy i Austrię, byle tylko nie siebie samych. Dokładne prześledzenie losów Polski od konfederacji barskiej do targowickiej może przyprawić o ból głowy i żołądka. Aż dziw bierze, że nikt temu co się działo na skutek wewnętrznej, ustawicznej, destrukcyjnej wojny o władzę nie potrafił postawić tamy.

Bo to był świat w każdym calu stanowy. Rządził nim egoizm warstw posiadających, które na swój użytek wykształciły prawa i obyczaje, normy moralne i reguły życia codziennego im właśnie służące. Liczyli się tylko „ dobrze urodzeni”, osoby herbowej kasty, „błękitnej krwi”, reszta to masa poddanych, wprawdzie już nie niewolnicy, ale wasale całkowicie zależni od swych mocodawców.

Skąd my to dzisiaj znamy? Czy w obserwacji współczesnej sceny politycznej nie widzimy z tamtym światem wyraźnych paranteli?

Rzetelny dziedzic nie obciążał nadmiernie poddanych. Ktoś musiał przecież mieć siły i motywację by pracować na dobrobyt powiatowych urzędników i bajeczne fortuny senatorów.
W ograniczonym do „urodzonych” świecie panowała równość. Mówi się o niej nieustannie, powtarza do znudzenia, zachłystuje się nią szlachecka „gołota”. Nobilitacja tej równości (dziś byśmy dodali do tego  - wolności i  demokracji” ) przynosiła namacalne korzyści, pozwalała sterować masami wyborców pod dyktando własnych interesów.

Złudność ówczesnej równości szlacheckiej razi każdego myślącego obserwatora tak samo jak złudność naszej upartyjnionej demokracji. Dawniej pozwalała ona wyższemu stanowi czerpać korzyści i apanaże, dziś służy wąskiej grupie „arystokracji politycznej” rozgrywającej między sobą swe polityczne boje o władzę, a więc o płynące stąd zaszczyty i pieniądze.

Kariera Soplicy, który wspina się od zaścianka do zasobnej egzystencji na kilku tłustych folwarkach, jako najpierw pokojowiec Ogińskich, potem pełnomocnik sądowy i klient Radziwiłłów, zawsze uległy i posłuszny, padający do nóg, ściskający za kolana swoich dobrodziejów i protektorów, przypomina kariery wielu naszych polityków, zależnych od liderów partyjnych.

Seweryn Soplica, typowy sarmacki warchoł i gawędziarz jest klasycznym przedstawicielem mas szlacheckich ówczesnej Nowogródczyzny. Wszystko co o nim wiemy da się odnieść do środowiska, w którym żyje, które go ukształtowało i któremu pozostaje wierny. W przeciwieństwie do współczesnych „Pamiątkom” młodych romantyków, takich jak Zan, Mickiewicz, uważa on swój zastany i dobrze rozpoznany świat za wspaniały, nie widzi potrzeby „by ruszyć z posad bryłę świata”. Pomaga mu w tym ugruntowany światopogląd Polaka – katolika. Nic więc dziwnego, że był najgorętszym propagatorem  konfederacji barskiej, a jego bohaterami stali się dwaj jej uczestnicy, chłop Pawlik, eks-rozbójnik, ustylizowany na Wołyńskiego Janosika oraz niczym legendarny Bogdan Chmielnicki, Kozak Sawka,  pod komendą którego przyszło mu służyć.

Nieskomplikowana mądrość życiowa zawarta w maksymie: „czyj się chleb je, tego bronić trzeba”, stanowiła  główną wskazówkę postępowania Sopliców wobec Radziwiłłów. I nie było to efektem cynizmu, czy wyrachowania. Gmin szlachecki, choć w teorii i we własnym mniemaniu na zagrodzie równy wojewodzie, w praktyce uważał magnata za istotę nieporównywalnie wyższą, szczerze go uwielbiał i równie szczerze ubierał w wyimaginowane cnoty.


Czy trzeba szukać ze świeczką  przykładów w naszym współczesnym świecie politycznym takiego płaskiego wazeliniarstwa. Tylko że dziś nie da się powiedzieć, że nie ma w tym cynizmu i wyrachowania.
Ale współczesny ogół wyborców niewiele się różni od sarmackiego. Tak samo jest bezkrytyczny i łatwowierny, ulega zbyt łatwo propagandowym sztuczkom bilbordów, medialnym trikom i sloganom. Niestety, w obecnie funkcjonującym systemie wyborczym jest zdeterminowany w najlepszym przypadku na wybór mniejszego zła, a w gorszym -  na wybór pomiędzy dżumą i cholerą.

Nie będę się rozwodził o ordynacji wyborczej, dokumencie perfidnie ułożonym przez naszych wybrańców, którzy okazali się na tyle inteligentni, by zbudować fundamenty do swojej nieusuwalności (aż do śmierci).

Przykro mi, ale wszystkie słowa krytyki, apele i postulaty pod adresem posłów i senatorów są przysłowiowym uderzeniem grochem o ścianę. O absurdach w obecnie obowiązującej ordynacji wyborczej pisałem już nieraz w moim blogu. Jest to temat dyżurny w setkach tysięcy komentarzy na stronach internetowych. Pokąd nie będzie zmian, które przekonają  wyborcę, że jego głos się liczy, że nie trzeba oszczędzać na zelówkach, tylko trzeba wziąć udział w wyborach, potąd zapewnienia o naszej demokracji nie przestaną być absurdalną spuścizną sarmackiej przeszłości.

Nie próbuję rozwijać dalej tego tematu, blog internetowy nie jest najlepszym miejscem na  tego rodzaju dywagacje. Na temat Rzeczpospolitej szlacheckiej mamy obecnie mnóstwo interesujących książek. Zdumiewające jest to, że wciąż nie potrafimy z naszej historii wyciągać sensownych wniosków.

W tym poście skorzystałem z książki wydanej w 1978 roku w Warszawie przez Bibliotekę Klasyki Polskiej i Obcej z  „Posłowiem” opracowanym przez Zofię Lwinównę.

środa, 1 czerwca 2016

Smutne refleksje !




Pisałem o tym w 2012 roku a teraz uważam za niezwykle ważne, aby o tym przypomnieć.

Był uosobieniem sztuki, był jej alter ego. Był też natchnieniem niezliczonych mas Polaków, którzy zjednoczeni pod sztandarem „Solidarności” znaleźli w tym ruchu swoje ideały. Jego muzyka i Jego śpiewanie były jak balsam na skołotane serce, przynosiły ulgę, ale też niezapomniane wzruszenie i najszczersze łzy. Tak samo jak Jacek Kaczmarski, ukochany przez ówczesne młode pokolenie Polaków, odszedł od nas  -  Przemysław Gintrowski.
Pieśniarz i kompozytor, współtwórca "Murów", nieformalnego hymnu Solidarności - zmarł w sobotę 20.10.2012 r. w wieku 61 lat.

„Każdy człowiek, gdy przychodzi na świat, ma w sobie potrzebę pewnej estetyki, czegoś, co nie jest li tylko biologią naszego życia. Jedni tę potrzebę rozwijają, a drudzy wręcz przeciwnie - zabijają. Bez sztuki żyć się nie da. Jestem o tym głęboko przekonany” – powiedział w niepublikowanej dotąd rozmowie z Tomaszem Barańskim z PAP w 2003 roku.
W tej rozmowie Przemysław Gintrowski czuł rozczarowanie do tego, co się w Polsce dzieje:
„Myślałem, że Polska jest krajem ludzi mądrzejszych. Dziś potrzeba nam solidnej klasy politycznej. Nie stanowią jej na pewno ci pseudopolitycy, którzy uprawiają prywatę kosztem Polski. 50 lat komunizmu zabiło też w nas etos pracy. Jako społeczeństwo nie potrafimy pracować”.
Był Gintrowski tytanem pracy, tak go wspominają ci wszyscy, którzy mieli zaszczyt z nim się zetknąć i poznać bliżej. Dawał z siebie wszystko w czasie koncertów. To nie było zwykle śpiewanie, to było wykładanie duszy i wyrywanie z serca wszystkich najgłębszych uczuć.
Jego twórczym ideałem był Zbigniew Herbert, najwybitniejszy nasz poeta współczesny. Do jego tekstu dorabiał muzykę i śpiewał je na koncertach.
Nie będę rozpisywał się więcej o Przemysławie Gintrowskim. Możemy o nim przeczytać w Wikipedii i poszukać w internecie. Chcę wykorzystać tę okazje, by wspomnieć jeszcze jednego idola  czasów „Solidarności”, człowieka związanego z naszą ziemią wałbrzyską, a ściślej z Głuszycą. Nazywa się Natan Tenenbaum.
O Natanie miałem okazję pisać już wiele razy. Ostatnio z powodu jego śmierci. Ale dobre wspomnienia o Natanie to jest nasz głuszycki obowiązek. Dlatego pozwalam sobie po raz któryś wypunktować kilka szczegółów jego życiorysu:

Natan Tenenbaum -  satyryk, poeta, z wykształcenia archeolog śródziemnomorski. Dzieciństwo i młodość spędził w Głuszycy. W latach sześćdziesiatych zasłynął  jako autor tekstów warszawskiego STS-u i „Hybryd”. Publikował utwory w „Szpilkach”. Kilka tekstów związanych z „wydarzeniami marcowymi” ukazało się anonimowo w paryskiej „Kulturze”. Od 1969 roku przebywał na emigracji w Szwecji, gdzie m.in. prowadził w Sztokholmie polski kabarecik literacki „Krakowskie Przedmieście”. W czasach „Solidarności” jego wiersz „Modlitwa. O wschodzie słońca”, z muzyką Przemysława Gintrowskiego cieszył się dużą popularnością. Był śpiewany przez samego Przemysława, a także Jacka Kaczmarskiego i Jacka Wójcickiego w krakowskiej „Piwnicy pod Baranami”. Poza występami w Szwecji autor wielokrotnie występował w Polsce, szczególnie po roku 1988,  m. in. w kabarecie Jana Pietrzaka „Egida”, w gdańskim klubie „Żaczek” i w krakowskiej „Piwnicy”. Znane są dwa tomiki jego wierszy; „Chochoł i róża” z 1992 oraz „Imię Twoje Rzeczy Pospolitość” z 1997 roku.
Natan Tenenbaum był gościem  Centrum Kultury w Głuszycy w 2002 roku. Miałem okazję z nim rozmawiać, darował mi swój tomik wierszy „Imię Twoje Rzeczy Pospolitość” z autografem. Trzymam go sobie pod ręką jak najcenniejszy talizman.

Tak się składa, że nie ma wśród nas ani Przemysława Gintrowskiego, ani Jacka Kaczmarskiego, ani Natana Tenenbauma. Nie słychać nic o Andrzeju Garczarku, o którym pisałem w ostatnim poście. I co najsmutniejsze, odnosimy wrażenie, że ich trud, że ich wszystkie nadzieje, że ich życie  poszło na marne. Zdeptał je Jarosław Kaczyński, a wraz z nim cały PiS. Zaciera się świadomie i perfidnie  znaczenie i rolę jaką odegrali w zwycięskim ruchu „Solidarności”. Zaciera się ich ideały, bo nie służą obecnej klasie politycznej, która uznała, że metody z czasów PRL-u są najlepszym sposobem sprawowania władzy.