Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

wtorek, 20 marca 2018

Jak to na wojence ładnie...


 
śląskie uzdrowisko - Bad Charlottenbrunn 

Swego czasu, a było to dobrych 40 lat temu,  trafiłem na pasjonują książkę ”Fanfary i werble. Kulisy II wojny światowej” Ireny Bednarek i Stanisława Sokołowskiego. Zaskoczyło mnie miejsce odnalezienia tuż po wojnie przez autorów książki dzienniczka młodego Niemca, a także jego niezwykle intrygująca treść. Postaram się jak najkrócej wprowadzić Czytelników w sedno sprawy:
 
Na wiosnę 1946 roku wśród stosów hitlerowskiej makulatury, wyrzuconej na dziedziniec jednego z domów w Jedlinie-Zdroju, autorzy wyżej wymienionej książki znaleźli dwa zwykłe, oprawione w płótno notesy. Z niemałym trudem udało się im po dłuższym czasie odtworzyć frontowe zapiski żołnierza Wehrmachtu, które jak zaznaczają, stanowią cenne, bo autentyczne uzupełnienie znanych pamiętników niemieckiego generała, szefa Sztabu Generalnego wojsk lądowych, Franza Haldera oraz  adiutanta Adolfa Hitlera, Nicolasa von Bocka a także włoskiego Ministra Spraw Zagranicznych w rządzie Benito Mussoliniego, Galleazzo Ciano.

Kim był właściciel notesów? Wiemy tylko, że pochodził z Bad Charlottenbrunn, (Jedlina-Zdrój), nazywał się Karl Peters, liczył sobie 20 lat, gdy wyruszył na front, był w miarę wykształconym, inteligentnym człowiekiem, a notatki sporządzał przez cały czas kampanii wojennej Niemiec na ZSRR niezwykle skrupulatnie i z dużym zacięciem literackim. Autorzy książki nazwali te zapiski „Dziennikiem żołnierza”. Piszą o nim, że ten chłopak, jak tysiące mu podobnych młodych Niemców, wierzył ślepo w Hitlera i narodowy socjalizm, nauki Goebbelsa przyjmował za dogmat, do szpiku kości był przesycony zatrutą ideologią nazizmu. Na wojnę wybrał się jak na spacer, traktował ją jak niezwykłą przygodę, z góry usposobiony negatywnie do wszystkiego, co może go spotkać na Wschodzie. Teoria „nadludzi” i „rasy niewolników” na dobre zaszumiała mu w głowie. „Sami wymierzyliśmy sprawiedliwość – pisze ze spokojem ducha o mordzie popełnionym na ludności cywilnej. „Kilku politrukowych komisarzy rozstrzelaliśmy na miejscu” – stwierdza w innym miejscu. „W odwet za dwóch niemieckich wartowników zastrzelono trzystu Żydów”– wspomina mimochodem i zaraz potem przechodzi do opisu krajobrazów, jedzenia, warunków koszarowych.

Z czasem niejednemu spośród tych młodych ludzi – jednym szybciej, drugim wolniej – zaczęły spadać łuski z oczu. Sielanka rychło przemieniła się w piekło. Maszerująca na Moskwę 9 armia pod dowództwem feldmarszałka von Bocka, w składzie której znalazł się nasz „bohater”, dostała solidne cięgi, zanim zdołała dobrnąć na przedpola stolicy ZSRR. Coraz mocniej dawały się we znaki trudy codziennej marszruty, dziesiątki, setki kilometrów pieszo. Wertepy, tumany kurzu, lasy i bagna, fatalne odżywianie, brak snu. A ponadto zacięty opór Rosjan, opuszczone miasta i wsie. Coś ze znanej w historii kampanii napoleońskiej na Moskwę. Historia lubi się powtarzać.

Notatka naszego żołnierza - radiotelegrafisty z 25 czerwca 1941 roku:

„Idziemy dalej – następne 50 km, do Reiss (Cimochy – Prusy Wschodnie), gdzie zmienia się kierunek marszu. 12 kilometrów z powrotem. Koło Finsterwalde (Stare Cimochy) przekraczamy granicę rozpaczliwej Rosji (dawnej Polski). Aż do Augustowa raz po raz natrafiamy na świeże groby niemieckich bohaterów. O godz. 9.00 na miejscu postoju. Dopiero o 10.30 można było się położyć spać. W ciągu ostatnich trzech dni spałem tylko 6 godzin. 72:6 – co za idiotyczny stosunek! Gonią tych piechurów, ależ gonią, za to podczas odpoczynku „pozwalają” obierać ziemniaki. Kucharz jak zwykle, udaje ważniaka. No, ale dzięki Bogu o 16.45 wyruszamy dalej. Trzeba przecież „wykorzystać” upał.”

Notatka z 1 lipca 1941, po przekroczeniu Niemna:

„Pamiętny 1 lipca! Ciekaw jestem, kto potrafiłby powtórzyć ten wyczyn. O godz. 3.00 wymarsz ze sprzętem (40 funtów na plecach). 30 km przez lasy, błota i bagna. Co chwila grzęzną pojazdy. Komary tną niemiłosiernie. Przeczesujemy lasy w poszukiwaniu Rosjan. Niewielu jeńców. Po 18.00 nareszcie coś do jedzenia. Na przykrywce od garnka polowego – fasola. Nic więcej. Po 20 godzinach głodowego marszu docieramy do D… Na domiar złego leje jak z cebra.”

10 lipca oddział Karla Petersa wkroczył do Wilna. „Tu już większa kultura – stwierdza autor notatek. Widać to po budowie domów (dachy kryte dachówką) i po uprawie pól. Teraz rozumiem dlaczego Litwa zawsze domagała się obszaru wileńskiego.”

W Wilnie nasz „bohater” spędził kilka dni, które pozwoliły na moment zapomnieć o trudach ekspedycji. Smaczne obiady, zwiedzanie miasta, wieczory w restauracjach, dobra muzyka, piwo, rozrywka. Ale to wszystko przeminęło, gdy tylko nastąpił dalszy wymarsz w głąb Rosji.

W notatce z 29 lipca czytamy: „Po raz pierwszy odkrywamy pchły i wszy. Rozmnażają się szybko i dają nam odczuć na własnej skórze, jak wyglądają rozkosze w Rosji. W D. po raz pierwszy zajadam się smażonymi kartoflami i to przyrządzonymi własnoręcznie.”

Notatka z 16 sierpnia: „Samoloty Czerwonych panują w powietrzu. Bombardują nasze transporty. 35 km wędrówki nocą. Zaskoczyła nas burza. Piorun trafia w naszą kolumnę.”

Notatka dzień później: „O godzinie 16.00 na „niedzielny popołudniowy spacer” w rejon natarcia. Ach, jak chętnie szedłbym teraz ulicą Roesnergrund do Neue Strasse! Ale Charlottenbrunn daleko, a Rosja olbrzymia. Piękny spacer – liczył sobie 35 km.”

Im bliżej do Moskwy, tym bardziej dają się we znaki rosyjskie bombowce i artyleria. Rosjanie mają przewagę w powietrzu. Przemarsze wojsk niemieckich są możliwe tylko pod osłoną nocy. Niemcy ponoszą coraz większe straty. Giną bliscy Petersa. On sam cudem wychodzi z opałów.

Notatka z 1 - 4  września: „Dwa lata wojny. Zaczęło się na Wschodzie i znowu o ten Wschód się bijemy. 48 godzin bez odrobiny strawy. Do tego brud, chłód i deszcz. Wytrwamy! Musimy wytrwać! Czekamy na kuchnię polową. W ciągu dnia nęka nas ogniem sowiecka artyleria.”

Niemcy dotarły pod Moskwę, ale był to sukces o nader problematycznej wartości. Von Bockowi nie udało się osiągnąć celów strategicznych. Zawiodły rachuby na rozbicie wojsk sowieckich jak również na zdobycie Moskwy. Niemieckie straty w ludziach i sprzęcie przeszły najgorsze prognozy. Mówi się o stracie ponad 450 000 żołnierzy oficerów i przeszło połowie sprzętu wojsk zmotoryzowanych i pancernych.

W kolejnych zapiskach owiniętego szmatami, wyziębionego Petersa pojawia się coraz wyraźniej nuta rozczarowania i zwątpienia. Już dawno umarła myśl o przygodzie wojennej. Kiedy nadeszła niewyobrażalna dla młodego Niemca rosyjska zima, a w dodatku brak odpowiedniej odzieży i możliwości ogrzania się w kilkudziesięciostopniowym mrozie, granice wytrzymałości psychologicznej i ideologicznej prysły jak bańka mydlana.

„Dziennik żołnierza” obejmuje także niezwykle interesujące notatki z roku 1942, aż do 23 października, w którym to czytamy: „nareszcie w wiedeńskim pociągu, który przez Gliwice – Wrocław dowiezie mnie do domu.” To było spełnienie najskrytszych marzeń – powrót do domu, ucieczka z frontu, zamknięcie tego rozdziału w życiu raz na zawsze.

Nie znamy dalszych losów Karla Petersa, czy wrócił do rodzinnego Charlottenbrunn, czy dane mu było przespacerować się Roesnergrund, zanim skończyła się wojna, czy potem podzielił los przesiedleńców niemieckich. Jak to się stało, że jego dzienniki znalazły się na stosie makulatury w poniemieckim domu?

Pytania te zadajemy sobie z ciekawości, ale nie to jest najważniejszą refleksją wynikającą z dziennika Karla Petersa.

Przytoczony przykład wspomnień jedlińskiego żołnierza Wehrmachtu dowodzi jednego – bezsensu wojny, jej tragicznych skutków dla zwykłego człowieka. Ci co jej doświadczyli wciąż krzyczą do nas ludzkim głosem: nie chcemy wojny, ona nie jest nikomu potrzebna, ona nic nie rozwiązuje, żadnych rachunków krzywd, żadnych problemów, nie mieści się też w żadnych normach moralnych. Dlaczego jest tak, że tego wołania wciąż nie słyszą ci, od których zależą losy pokoleń i w Europie i na świecie.





2 komentarze:

  1. Przede wszystkim bardzo Ci dziękuję za ten tekst.
    Oczywiście, że te wspomnienia dotyczą bezsensu wojny.
    Ale dla mnie przerażające jest tez to, że byli /i pewnie zawsze będą ludzie/, ktorzy potrafią manipulować milionami swoich rodaków.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to prawda. To jest największy paradoks historii. Każda wojna jest wywoływana przez żadnych jeszcze większej sławy i pieniędzy wodzów, którzy potrafią manipulować świadomością ludzi i bez skrupułów prowadzą ich na stracenie. Nadal są na świecie ludzie oddajacy cześć Hitlerowi lub Stalinowi i nie dociera do nich, że byli oni największymi zbrodiarzami jakich zna historia. Myślę, że trzeba wciąż o tym mówić i pisać, przynajmniej po to, żeby mieć czyste sumienie.

      Usuń