Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

środa, 18 października 2017

Świat idealny, a świat realny


Od dawien dawna marzyłem o świecie w którym nie ma wojen, ludzie są dla siebie braćmi, starają się wzajemnie wspierać, udzielać  pomocy gdy trzeba i jako istoty, które różnią się tym od zwierząt, że posiadają rozum, starają się spełniać bez wyjątku uniwersalne przykazania boskie:  miłuj drugiego jak siebie samego, nie czyń drugiemu co tobie nie miłe. Codziennie ludzie pobożni szepcą w najważniejszej modlitwie „Ojcze nasz” słowa:  i odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy . Powiem tak, gdybyśmy spełnili to najważniejsze przykazanie miłości bliźniego, nie byłoby win i potrzeby ich odpuszczania. 

W naszym na wskroś katolickim kraju wydawałoby się, że te fundamentalne zasady wiary są dla nas jak chleb powszedni, to my, naród tak głęboko katolicki, powinniśmy właśnie promieniować ich przestrzeganiem, dawać przykład dla innych narodów. 

Mogę powiedzieć, że jestem w czepku urodzony. Nie miałem nigdy karabinu w ręce, nawet na lekcjach przysposobienia obronnego w liceum pedagogicznym uchodziłem za wywrotowca, kiedy nie godziłem się strzelać do tarczy. Tłumaczyłem się, że ja chcę być nauczycielem i uczyć dzieci, że człowiek nie ma prawa strzelać do drugiego człowieka, a wojna to wymysł szatański, by zniszczyć godność człowieka. Służby wojskowej udało mi się uniknąć z powodu gruźlicy płuc, dzięki temu nie miałem na sobie nigdy w życiu munduru z czego jestem dumny.

Później dowiedziałem się, że są tacy jak ja odmieńcy, nazywają się pacyfiści. To tacy sami idealiści jak ci co wierzą, że świat można zmienić, a człowieka ucywilizować.

Dziś u schyłku żywota już nie jestem pacyfistą, bo wiem ze świat  jaki sobie wtedy wymarzyłem to utopia. Nigdy nie było, nie ma i nie będzie świata idealnego, bo nie ma ludzi idealnych. Żyjemy w świecie realnym, a w nim jak się okazuje jest wciąż miejsce dla takich indywiduów jak  Hitler, Stalin, Putin, jak terroryści islamscy i wielu innych imperatorów, o których dowiadujemy się z historii.

W „Księgach Jakubowych” Olga Tokarczuk wyłoniła na światło dzienne magiczny świat wielonarodowościowej, wieloetnicznej, wielokulturowej Rzeczpospolitej w przededniu rozbiorów. O świecie tym niewiele wiemy, a o wielu zjawiskach i osobach w ogóle nie słyszeliśmy. To wtedy właśnie ksiądz Benedykt Chmielowski w swej encyklopedii „Nowe Ateny” próbuje opisać cały świat, a w domu Eliszy Szora pobożni Żydzi czekają na nadejście Mesjasza. I pojawia się na Podolu młody, przystojny, charyzmatyczny Żyd – Jakub Lejbowicz Frank, dla jednych heretyk, dla innych wybawca, a rebelia którą wywołał mogła odmienić bieg historii i zmienić kształt tej części świata

Już od dawna powieści Olgi Tokarczuk robiły na mnie duże wrażenie. Podziwiałem jej talent pisarski, mądrość życiową i niepospolitą erudycję. Jej ostatnie dzieło „Księgi Jakubowe”, tworzone przez siedem lat traktowane jest przeze mnie nieomal jak Biblia. Nie oznacza to, że przyjmuję je jak drogowskaz wiary, ale dlatego, że czytałem tę księgę już parę tygodni, z przerwami i powrotami do wcześniejszych fragmentów, bo tej księgi jak Biblii nie da się przeczytać od razu. A poza tym jest to wolumen dość pokaźny, bo liczy sobie  906 stron, aż 7 ksiąg, 31 części, a  każda po kilkanaście rozdziałów. To książka bardzo trudna w odbiorze nawet dla historyka, ale zarazem uderzająca bogactwem szczegółów, których nie odnajdziemy w dotychczasowej historiografii. 

Dziś nie piszę więcej o monumentalnym dziele Olgi „Księgi Jakubowe”, chcę natomiast przytoczyć fragmenty wywiadu zamieszczonego dwa lata temu we wrocławskim tygodniku GW pt. „Tokarczuk – to ja jestem patriotką”, wskazujące na wyraźny rozdźwięk, jaki istnieje  pomiędzy światem idealnym , a realnym.

 Na pytanie prowadzącej wywiad dziennikarki Magdy Piekarskiej, a czym jest dla pani europejskość? Olga Tokarczyk odpowiada.

- To idee demokracji, praw człowieka, emancypacji kobiet, laickiego państwa, opieki nad słabszymi, dużej roli kultury, tolerancji i otwartości wobec innych. Może to idealistyczna wizja, ale te wartości mocno tkwią w naszym życiu, choć czasem ich nie zauważamy, tak oczywiste się wydają. Także idea państwa praworządnego, które chroni swoich obywateli. Wystarczy na chwilę opuścić granice Europy, żeby przekonać się, że żyjemy w wyjątkowym miejscu, którego warto bronić.

A dalej Olga Tokarczuk dzieli się osobistymi refleksjami:

- Ostatnio wracam z takich długich podróży z dobrym nastawieniem. I już na lotnisku cieszę się, że jestem w domu. Widzę, jaki fajny jest nasz kraj. Przy Guadalajarze Warszawa wydaje się najpiękniejszym miastem na świecie. Polska bardzo się zmieniła, żyje się tutaj coraz lepiej i naprawdę warto czasem wyjechać tak daleko, żeby się o tym przekonać. Potencjał, żeby się tu wspaniale żyło, mieszkało i tworzyło, jest ogromny. Ja w każdym razie nie zamierzam tego odpuścić i nie dam sobie nic odebrać.
Chcę dla swojego kraju wszystkiego, co najlepsze, i to ja jestem patriotką. A także ludzie, którzy protestują przeciwko paleniu kukły Żyda. Bo przecież to, co się stało na wrocławskim Rynku, jest zaprzeczeniem patriotyzmu, ośmieszaniem naszego kraju, działaniem na szkodę państwa i jego obywateli, szczuciem przeciwko sobie i kompletną głupotą. Patriotyzm trzeba odzyskać, bo został nam ukradziony. 

Ale jak ?  pyta dziennikarka?

- Może na początek trzeba jasno powiedzieć, kim jest patriota.

Kim?

To ktoś, kto chce, żeby jego kraj był bezpieczny, co według mnie znaczy - w Unii Europejskiej. Kto ma szacunek dla współobywateli, jest z nimi solidarny i odpowiedzialny, leży mu na sercu dobro wspólne. Kto szanuje swoją kulturę, chce, żeby się rozwijała, żeby była otwarta i wolna. Jest przeciwko cenzurze. Chce państwa, którego współobywatele nie będą piętnowani i wykluczani. Nie ma kompleksów, ma poczucie silnej kultury, której nie jest w stanie zagrozić uchodźca. Czuje się bezpieczny, więc jest w stanie przyjąć z otwartymi rękami kogoś, kto jest od niego słabszy. 

Jest pani w bojowym nastroju? 

- Jestem człowiekiem łagodnym i nastawionym pacyfistycznie. To, co się ostatnio w Polsce wydarzyło, traktuję jako rodzaj dreszczy, jak nazwała to Agnieszka Holland. Jako symptom niebezpiecznej choroby, z której jeszcze możemy się wyleczyć.

Ma pani na nią lekarstwo? 

- Mam wrażenie, że w momentach zagrożenia kultura nagle odzyskuje istotną rolę. Bo w spokojnych czasach staje się rozrywką, przyjemnością. Teraz stawia się wobec niej inne oczekiwania. Trochę jak w czasach komuny. I zastanawiam się, co mogę zrobić. Chyba przede wszystkim pisać.

Pozwoliłem sobie przytoczyć te fragmenty wywiadu, bo wiem, że nie wszyscy mogli do niego dotrzeć, a poza tym tak łatwo zapominamy to, o czym przeczytaliśmy w gazecie. Jak się okazuje słowa Olgi Tokarczuk powinny być ewangelią głoszoną  w kościołach, w mediach, w szkołach i na każdym kroku, bo czas jest ku temu, a zjawisko takie jak Jarosław Kaczyński budzi nie mniejszy niepokój niż Jakub Frank w osiemnastowiecznej Rzeczpospolitej.

Fot. Zbigniew Dawidowicz






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz