Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

sobota, 20 września 2014

Śladami Olgi Tokarczuk


Olga Tokarczuk z prawej z Romą Więczaszek



Chcę napisać o Oldze Tokarczuk, ale o Oldze i o wszystkim co jest z nią związane nie można pisać od tak sobie, zwykłą prozą. Trzeba żeby było szczególnie lirycznie, w klimacie jej urzekających nastrojową nutą książek.

Dlatego zacznę wierszowanym mottem, które napisałem w niezwykłym dwutysięcznym roku jako część Wielkanocnej Szopki zamieszczonej w Tygodniku Wałbrzyskim w numerze 16.



Motto:

Olga Tokarczuk śpiewa na melodię „Karuzeli z madonnami” Ewy Demarczyk:


Słuchajcie madonny, madonny,

kreatorki ludzkich marzeń dozgonnych,

ludzie prości ciągle żyją nad ziemią

tam uroki i fantazje ich drzemią,

wszystkie barwnie malowane

w przepstrokate pąki

od spichlerza

od sadu

od łąki



Słuchajcie madonny, madonny,

mój głos czysty niczym klejnot koronny,

póki śpiewam pieśni dzienne i nocne,

czuję dźwięki krystaliczne i mocne,

każda nuta wypełniona blaskami zenitu

od południa

od zmierzchu

od świtu…



Słuchajcie madonny, madonny,

w mej kaplicy zalśnił klejnot koronny,

tak jak pierwszy promyczek nad Pietnem

wnet ozłocił to miejsce sławetne

teraz tłumy tu szukają od nocy do świtu

zapomnienia,

wytchnienia,

zachwytu …





To czym chcę dzisiaj zainteresować moich Czytelników miało miejsce w siedem lat od napisania powyższego wiersza, bo jesienią 2007 roku. To właśnie wtedy pojawił się w moim domu taki sobie zwyczajny turysta, w spodniach dżinsowych, z plecakiem na ramionach i powiedział:
 

- Chyba dobrze trafiłem. Nazywam się Filip Springer. Jestem z Panem umówiony.

- Oczywiście, że tak, czekam na Pana, zapraszam!


Nie wiem, czy gość z Poznania dostrzegł kątem oka moje zaskoczenie. Spodziewałem się podjeżdżającego pod dom co najmniej opla cadetta i wysiadającego stamtąd dostojnego dziennikarza krajowego pisma „Magazyn Turystyki Górskiej npm”, osobę w garniturze i z koszulą w krawacie, coś na kształt Bogusława Wołoszańskiego, a tu mam przed sobą zwykłego zdrożonego, bardzo młodego piechura.


To było wszystko rzeczywiście bardzo intrygujące, najpierw sygnał mailowy od Sebastiana Linka, założyciela strony internetowej miłośników Głuszycy, potem telefon Grzegorza Czepila, prezesa Stowarzyszenia Przyjaciół Głuszycy, sławnego dziś na Dolnym Śląsku kolekcjonera przedwojennych pocztówek i fotografii : 
 

- Przyjeżdża do nas znany w kraju dziennikarz, Filip Springer z Poznania, interesuje go Pietno z powieści Olgi Tokarczuk „Dom dzienny, dom nocny”, miejsce gdzie słońce kryje się jesienią za górami na cała zimę i można je ponownie zobaczyć dopiero na wiosnę. Czy mogę pomóc dziennikarzowi w poszukiwaniach?


Odpowiedziałem, że tak, bo znam Krajanów, pierwotne miejsce zamieszkania pisarki, przejeżdżałem tamtędy wielokroć skracając drogę do Polanicy-Zdroju przez Wodzisław, Wambierzyce i za każdym razem powracały w mej wyobraźni niczym w kalejdoskopie fascynujące obrazy życia bohaterów tej książki. Usiłowałem odnaleźć „zaczarowany”, pełen melancholii dom, w którym spełnił się cud tworzenia, a w przechodzących kobietach doszukiwałem się chociażby perukarki Marty, zapracowanej, niezmordowanej półanalfabetki, zdumiewającej mądrością życiową. To właśnie ona była elementem natury, odprawiającej swój rytuał powtarzających się co roku, niezmiennie pór roku. Być może zapadała nawet w sen zimowy, by zbudzić się jak słońce w Pietnie dopiero na wiosnę.
 

To fakt, że ukryty w głębokiej kotlinie u podnóża Wzgórz Włodzickich Krajanów, ma swój niepowtarzalny urok i specyfikę, ale podobnych miejsc zatopionych w górach, gdzie słońce zimą się chowa, jest więcej, także w naszej gminie Głuszyca. Może uda się, pomyślałem, namówić go na krótki rekonesans do Łomnicy, Sierpnicy lub Rybnicy Małej.
 

Filip Springer zjawił się w uzgodnionym terminie jak już wspomniałem pieszo z ogromnym plecakiem. Obok odzieży, przyborów toaletowych i sprzętu fotograficznego miał ze sobą jak się okazuje książki Olgi Tokarczuk, wśród nich ostatnio wydaną powieść „Bieguni”. By nie tracić czasu, zadzwoniłem do Grzegorza Czepila, który przyjechał po nas samochodem i zdecydowaliśmy się na początek poszukać Pietna najbliżej jak to możliwe tuż obok Głuszycy. 
 

I takim oto sposobem znaleźliśmy się w przeuroczym miejscu, u Jerzego Marszała w górnej Łomnicy, na początku drogi prowadzącej do Ustronia, skąd po półgodzinnej wspinaczce można dotrzeć do przejścia granicznego z Czechami i nowo zbudowanej wieży widokowej na Ruprechtickim Spicaku.

To nie był żaden przypadek, wybór tego miejsca. Już sam stylowy budynek w drewnie ozdobiony płaskorzeźbami może wzbudzić zainteresowanie przechodniów. Ale to co przy słonecznej pogodzie budzi zachwyt i powala z nóg, znajduje się obok budynku. To piękny ogród nad stawem i bystrym potokiem górskim, a w nim pod rozłożystymi kasztanami - naturalna pracownia rzeźbiarska, bo Jerzy Marszał rzeźbi w pniach i konarach drzew wizerunki ludzkie tu właśnie w plenerze i porozstawiał część swoich prac w różnych miejscach, gdzie się tylko dało. Wszystko jest bardzo naturalne, wtapia się i harmonizuje z przestrzenią przełomu górskiego, wąskiej i krętej kotlinki na dnie której z trudem starczyło miejsca na drogę, potok i kilka zabudowań. A poza tym jest to miejsce, o którym zapewne myślała powieściopisarka, Olga Tokarczuk, rysując obraz tajemniczego Pietna.


Najwyższy jednak czas, aby oddać głos naszemu gościowi, bo jak łatwo się domyśleć, ukazał się niezwykle interesujący plon jego wyprawy reporterskiej w grudniowym numerze „NPM” pt. „Szukając Pietna”:


„Tu słońce najwcześniej pojawia się na drodze przed domem, około 16 lutego zagląda przez okno w kuchni i wtedy Jerzy Marszał, artysta rzeźbiarz, patrzy na te pierwsze promienie i nachodzi go wielka ochota na rzeźbienie. Potem świetlista plama pełznie przez ogród, z każdym dniem jest coraz dalej. W końcu przekracza strumyk i zabiera się za lód, który co roku skuwa niewielki stawek. Pod koniec lutego dociera do pracowni i dalej pnie się po stoku…

„Jeszcze będąc w wojsku wymarzył sobie pokój, w którym wszystkie ściany pokryte będą jego rzeźbami. Pracował w Bielsku, składał tam syrenki w Fabryce Samochodów Małolitrażowych. Miał książeczkę mieszkaniową, odkładał na nią każdy grosz, aby potem mieć swoje „M” w bloku w Nowej Rudzie, a może nawet w Wałbrzychu. A gdy już prawie uzbierał, pomyślał o Łomnicy i wiedział, że wróci do cienia.

- Bo ja kocham ten cień i życia sobie bez niego nie wyobrażam. To jest cały mój świat – zaciągnie się jeszcze raz papierosem, popatrzy w niebo i poklepie kolejnego drewnianego świątka po lipowym czole.”


Jerzy Marszał, głuszycki Wit Stwosz, jak go niektórzy nazywają, zasługuje na bliższe poznanie. W maleńkiej Łomnicy zaszył się w ustronnej głuszy wraz ze swoimi ludzikami i zgodnie z porzekadłem – „nikt nie jest prorokiem w swoim kraju”, znalazł jak dotąd wzięcie w Stanach Zjednoczonych, Niemczech, Holandii, odwiedzają go chętnie zagraniczni turyści i kupują za grosze jego rękodzieła. W samej Głuszycy poznał się na jego talencie tylko Andrzej Indrian i wykorzystał do ozdobienia drewnianymi ludzikami placu przy wejściu do fabrycznego biurowca. Centrum Kultury urządza od czasu do czasu wystawę jego rzeźb, bywa też zapraszany na coroczne Festiwale Pstrąga. Ludzie przychodzą, oglądają rzeźbione figurki, których Jerzy Marszał ma niezłą kolekcję i na tym się to zwykle kończy.


Na cześć Jerzego Marszała ułożyłem swego czasu drobny panegiryk. Myślę, że warto go przytoczyć:



Jerzy Marszał - łomnicki Wit Stwosz z Ustronia


(Za Konstantym Ildefonsem Gałczyńskim)


Gdy go matka rodziła
zimowego wieczora,
nie wiedziała, ze synek
będzie w drzewie się porał…


Synku, weź dłuto w dłonie,
uczyń sławnym Ustronie !


Usiadł Jerzy na przyzbie,
przyjrzał się ojcowiźnie,
góry wokół do nieba,
z tego nie będzie chleba,
jął dłubać w drzewie nożem
i odkrył „iskrę bożą”.


Matko, rylec mi podasz,
ja teraz rzeźbię obraz …


Rzeźbi w lipie wytrwale,
stał się sztuki wasalem,
piękne świątki, figurki,
pnie zamienia w laurki,
ozdobił ogród cały,
w domu ściany, powały,
altankę pod kasztanem.


Teraz Jerzy jest panem.


Znawcy sztuki go znają,
co roku odwiedzają,
gdzieś za morzem już słynie,
tylko nie w swojej gminie…


Tutaj czas wolno płynie,
ale w jedno lud wierzy
dzięki takim jak Jerzy
Polska nie zaginie !



Filip Springer dotrzymał słowa. Obiecał, że napisze o Jerzym Marszale w swoim piśmie i tak się stało. Być może wybierze się jeszcze nie raz w te strony w poszukiwaniu tematów do swych reportaży, bo zarówno zetknięcie się z miejscem, twórczością i osobą Jerzego Marszała, jak i w dalszej kolejności z Walerianem Urbaniakiem i jego niezwykłym Pensjonatem w Rybnicy Małej, a wreszcie obejrzenie znakomitej kolekcji widokówek i fotografii Głuszycy Grzegorza Czepila, wywarły jak sam to stwierdza, duże wrażenie.

Moich Czytelników interesuje, jak sądzę, odpowiedź na zasadnicze pytanie, gdzie jest Pietno z powieści naszej wałbrzyskiej pisarki, zdobywczyni nagrody „Nike”, Olgi Tokarczuk? Czy udało się dziennikarzowi poznańskiego „NPM” odnaleźć to zagadkowe miejsce?
 

Zrobiłem wszystko co możliwe, by ułatwić to zadanie. Zawiozłem go do Krajanowa, tam niżej kościółka wskazałem miejsce, gdzie należałoby pójść, pytając miejscowych o dalszą drogę. Trzeba było się śpieszyć, bo już zmierzchało. Na szczęście nasz gość był w pełni przygotowany do noclegu w tutejszym gospodarstwie agroturystycznym. Mogłem pozostawić go samego. Jaki był skutek tej niezwykłej peregrynacji?
 

Oddaję głos ponownie Filipowi Springerowi:


„Tuż za kościołem trzeba odbić w prawo z głównej drogi. Szosa pobiegnie pod górę, między szpalerami drzew, a my zostaniemy na rozstaju. Szutrową drogą możemy zejść łagodnie w dół, z lewej popluska zarośnięty pnączami potok .Wyżej na szczytach Wzgórz Włodzickich będzie widać rude drzewa o zmierzchu zahaczane o ostatnie promienie słońca. Trzeba mocno zadzierać głowę do góry, żeby to zobaczyć. Samego słońca próżno jednak szukać na niebie. W dolinie od dawna będzie panował cień. Można iść tak drogą, szukać pomrowików w trawie i ślizgać się w rudym błocie. Wystarczy przejść „niezwykły kamienny, łukowaty mostek” i już będzie się w Pietnie… Gdzieś tu jest też dom Olgi Tokarczuk… Dzwonię do Olgi,

- Mówiła pani, że Pietna nie ma, żeby go nie szukać ?

- Znalazł Pan? Prawda, że tam pięknie.”



Jest pięknie, choć słońce jest tutaj szczególnym darem. I może właśnie dlatego los obdarzył Krajanów osobą dość wyjątkowej miary, wybitną powieściopisarką i jak się okazuje wspaniałym człowiekiem. Olga Tokarczuk nie zapomniała skąd się wywodzi. Napisała mi o tym Romana Więczaszek, wywodząca się z Głuszycy polonistka, a zarazem autorka kilku tomików wierszy, która miała okazję rozmawiać z Olgą na spotkaniu literackim w Brzegu nad Odrą. Oto, co napisała mi mailem Romana W. :



"Gdy ludzie się rozchodzili, przechodziłam kolo drzwi, przy których stała Olga T. Powiedziała: Dzień dobry! I mocno uścisnęła mi dłoń.

- Olga Tokarczuk.

- Wiem, wiem. Tak długo czekałam, żeby Panią poznać. Pochodzę z Głuszycy, chodziłam pani ścieżkami.

- To cudnie. Przepraszam, bo paliłam, nieładnie pachnę.

- Nie szkodzi, sama niedawno paliłam. Mam dla pani prezent, swój tomik. Czy mogę teraz podarować.

- To cudnie. No, jasne, bardzo proszę.

Przeczytałam dedykację, a ona zaczęła kartkować. Pochwaliła jakość wydania. Z radością patrzyła na zdjęcia z Głuszycy. Podarowałam jej edycję z fotkami.



Zwierzam się na bieżąco, bo nie mam komu. To spokojna, empatyczna osoba, bardzo miła dla ludzi. Oczarowała mnie erudycja i łatwością mówienia o trudnych sprawach..Głównie mówiła o nowej powieści.

Pozdrawiam ! WR"



Dzięki Romanie mogłem zamieścić w moim blogu bezcennego selfa obu Pań. Myślę, że może się podobać.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz