Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

środa, 27 czerwca 2018

Nasze polskie dziwowisko !



Od urodzin naszych wszystko – dom, kościół, szkoła, każą nam cieszyć się życiem, traktować to jako dar płynący z nieba. Co to jest to niebo – czysta abstrakcja, chyba że uwierzymy w to, co mówią o niebie ci, co je wymyślili. To jest raj, kraina wiecznej szczęśliwości. Rodzi się wobec tego pytanie, co to jest szczęście? Mogą na to pytanie odpowiedzieć ci, co wygrali miliona w totolotka. Im się wtedy wydaje, że osiągnęli zenity szczęścia. Tylko że to szczęście ostatecznie kończy się tak samo jak u wszystkich innych ludzi znacznie mniej szczęśliwych – na cmentarzu. Ale w mogile złożone jest tylko ciało człowieka, zaś jego dusza według religii ulatuje w kosmos  i albo trafia do raju, albo do czyśca, a najczęściej  do piekła. W piekle jest miejsce dla tych dusz, co w życiu grzeszyły myślą, mową i uczynkiem. Nie znam takich dusz, które byłyby wolne od tego grzechu, ale  to nie jest moja sprawa, by orzekać, tak jak to zrobił Dante w „Boskiej komedii”, kto sobie zasłużył na niebo, kto na czyściec, a kto na piekło.

Okazuje się, że są  ludzie, którzy przyznali sobie takie kompetencje, by to orzekać wcześniej już tu na ziemi. Oni właśnie decydują, kto jest świętym, a wiadomo, że dusze świętych trafiają po śmierci od razu do nieba. Nie potrzebny jest w tej sytuacji Sąd Ostateczny, w domyśle Niebiański Trybunał. U nas w PiS-owskiej Polsce, gdzie trybunały i sądy stały się atrapą, a o wszystkim stanowi uznany przez hierarchów Kościoła namiestnik Chrystusa, błogosławiony Jarosław Wszechwładny - Odnowiciel, ta furtka w nominowaniu świętych jest szczególnie spektakularna. 

Nie zdziwiłem się wcale tym, co przeczytałem i zobaczyłem na obrazku w facebooku, że przy mogile Świętych Marii i Lecha Kaczyńskich w Krakowie, oddawał hołdy „poległym” w katastrofie lotniczej, kolejny predysponowany do  najwyższych zaszczytów nie tylko ziemskich, ale i niebiańskich, niejaki Andrzej, zwany Długo-PiS-em. Jeśli się temu wydarzeniu dziwisz, to powiem, że towarzyszył im w tej ceremonii sam kardynał Dziwisz.

Okazuje się, że orszak naszych świętych się rozszerza. Przez kogo namaszczonych, można się domyślić.

Czytam w „Księgach Jakubowych” Olgi Tokarczuk fragment ostatniego listu Elżbiety Drużbackiej ( pisarki i poetki) z klasztoru Bernardynek w Tarnowie do zaprzyjaźnionego z nią księdza kanonika Benedykta Chmielowskiego w Firlejowie. W liście szukała ona odpowiedzi na pytania o sens życia: „dlaczego? i w jakim celu?”

„A przecież nie mogę powstrzymać się, by ich nie stawiać. Więc odpowiadam sobie, że Pan Bóg chce nas stworzonych i grzeszących ze stworzeniem, właśnie przez stworzenie ukarać. Sam zaś ręce umywa, by dobroć swoją ochronić w naszych oczach. Szuka sposobów naturalnych do wygubienia nas pośrednio, przez jakąś rzecz naturalną, aby lżejsze było uderzenie, niż gdyby sam uderzył, bo tego byśmy zrozumieć nie mogli.
Mógł przecież Bóg Naamona z Tradu uleczyć jednym słowem, ale kazał mu iść się kąpać w  rzece Jordan. Mógł ślepego uzdrowić swoją wszechwładnością, ale przecie ślinę z błotem mieszał i kładł mu na oczy. Mógł każdego od razu uzdrowić, a stworzył aptekę, medyka, zioła lecznicze. Jego świat to wielkie dziwowisko”.

Od listu Drużbackiej minęły wieki, a świat jak był, tak pozostaje wielkim dziwowiskiem. Dziś mamy je przed oczyma w całej swej okazałości u nas w Polsce Scena polityczna stanowi teatr, w którym rozgrywa się mrożąca krew w żyłach sztuka „science fiction”, jakiej nie można było sobie wcześniej wyobrazić. Miliony Polaków oglądają ten spektakl z rozłożonymi bezradnie rękami. Jak to mogło się stać, jak to jest możliwe? Jeszcze dobrze nie okrzepliśmy po latach zniewolenia w PRL-u i znów wracamy do tego samego. W PRL-u rządząca partia czerpała podbudowę ideologiczną z marksizmu- leninizmu, a wszystko co się działo miało na celu dobro ludu pracującego miast i wsi. Jak faktycznie było i jak to się skończyło pamiętamy.

Wielki, spontaniczny protest pod sztandarem „Solidarności” przyniósł zwycięstwo. Naród polski uwierzył, że to co najgorsze mamy już za sobą. 

Nie trzeba było długo czekać,  wracamy znów do tego samego. W Rzeczpospolitej PiS-owskiej  to wszystko, co się dzieje ma podbudowę ideologiczną wziętą rzekomo z ewangelii, skutkiem tego znajduje uznanie hierarchii kościelnej. Cel pozostał ten sam – dobro wierzącego ludu. Hasła są te same i tak samo kłamliwe. W obu przypadkach celem monopartii (dawniej PZPR, a obecnie PiS) była i jest troska tylko o jedno, jak nie stracić władzy i utrzymać naród w posłuszeństwie. Dziś staje się to łatwiejsze w kraju, gdzie mamy fikcyjną demokrację, a miliony wiernych ufa wszystkiemu, co powiedzą księża.

Przeczytałem z zainteresowaniem  wywiad  dziennikarki Angeliki Swobody z Tadeuszem Bartosiem,  filozofem  i teologiem,  profesorem Akademii Humanistycznej w Pułtusku. Wywiad był zamieszczony na portalu internetowym „gazeta pl”. Profesor mówi tam, co następuje:

- Zapisy w konkordacie są na niekorzyść państwa. To jednostronne zobowiązania Polski bez poważnych zobowiązań Watykanu… Wygląda to tak: biskupi mówią, że należy zrobić to czy tamto, a ministrowie uniżenie opowiadają, co się da i kiedy załatwić. To świetnie pokazuje strukturę zależności. Faktycznie hierarchowie kościelni mają wyższą pozycję niż władze państwa.
Przy takim uprzywilejowaniu jednej instytucji nie ma co się dziwić dominującym władczym zachowaniom duchownych. Jeśli dziś narzekamy, że politycy kłaniają się w pas księdzu Rydzykowi, to musimy sobie zdawać sprawę, że doszło do tego z powodu wadliwej konstrukcji prawnej naszego ustroju. A talenty biznesowe oraz wpływy księdza Rydzyka pozwoliły mu to umiejętnie wykorzystać.

Ta struktura jest pana zdaniem wystarczającym wytłumaczeniem na obecne zachowanie Kościoła?  - pyta prowadząca wywiad Angelika Swoboda:

- Tak. Ludzie, kiedy nie stawia się im granic, rozpuszczają się. Psują się. Kościół w Polsce jest zepsuty i rozpuszczony. Jest ponadpaństwowy. A politycy zależni w swych decyzjach są od opinii biskupów. Religia w krajach takich jak Polska ma olbrzymią siłę oddziaływania. Stąd potrzeba regulacji ograniczającej wpływy takiego kolosa, który ma pozycję jakby monopolistyczną w kwestii tego, jak myśleć w różnych sprawach, także dlatego, że argumentuje na poziomie dobra, zła, zbawienia, potępienia.
I w związku z tym każdy, kto chce zostać wójtem czy prezydentem, musi najpierw pójść do proboszcza. Bo on ma największą ambonę i największą publiczność. A to oznacza, że właściwie proboszcz wybiera kandydata, a nie ludzie. To patologia.


Oczywiście są w kraju również wśród duchownych osoby widzące w tym co się dzieje nie tylko odstępstwo od wiary zapisanej chociażby w Piśmie Świętym, ale też niebezpieczeństwo dla kraju.
Znany nam zdroworozsądkowo myślący biskup Tadeusz Pieronek określił to co się wyprawia pod pretekstem tragedii smoleńskiej najprostszymi słowami:

„Te marsze i wypowiedzi przed Pałacem Prezydenckim nie mają charakteru religijnego. Miesięcznice smoleńskie to czysta polityka. Podczas przemówień nie ma słów o ofiarach katastrofy i samym Smoleńsku. Nie chodzi już o zmarłych. Chodzi o politykę. To, co się tam słyszy podczas wystąpień, to włosy dęba stają na głowie”.

Teraz rozumiem skąd się wziął nagrobek Świętych Marii i Lecha w świętym mieście Krakowie. Chodzi o politykę, a nie o wiarę. Ofiara katastrofy smoleńskiej miała tyle samo z religią chrześcijańską, co postumenty Lenina lub Stalina w powojennej Polsce z faktyczną  ówczesną polską demokracją i wolnością.

 I nie ma się czemu dziwić, skoro nasz kraj, to wielkie dziwowisko !

wtorek, 26 czerwca 2018

Co ma wspólnego "Ucho Prezesa" z "Księgami Jakubowymi" Olgi Tokarczuk ?



Jeśli ktoś jeszcze wątpi w przesłanie, że historia lubi się powtarzać, to proponuję koniecznie zajrzeć do „Ksiąg Jakubowych” Olgi Tokarczuk. Ze zdumieniem odkrywam w wydarzeniach wysupłanych przez autorkę tej epopei historycznej z drugiej połowy XVIII wieku, analogie do tego wszystkiego, co się dzieje dzisiaj w Polsce. A dzieje się to w Rzeczpospolitej już nie „obojga narodów”, nie imperium od morza do morza, nie monarchii, w której faktyczną władzę sprawują magnaci, ale w rzekomym państwie wolnym, niepodległym i  demokratycznym. 

Nie potrafię się połapać w tym, czy to jest jeszcze III, czy już IV Rzeczpospolita. Dla mnie jest to tandetna odbitka PRL-u, kraju, w którym wszelkie jego fundamenty ustrojowe stanowiły atrapę, a w wyborach osiągano nieomal 100% frekwencji.  Tak samo jak w PRL-u oficjalnie sprawujący władzę zapewniają, że działają „dla dobra ludu” zgodnie z konstytucją i  że są  emanacją państwa prawa i sprawiedliwości, ale żeby zrobić porządek po wcześniej rządzących liberałach, to trzeba podporządkować sobie wszystkie organy władzy, w tym trzeci filar – wymiar sprawiedliwości, czyli zignorować fundament praworządności – nietykalność sędziów, Trybunału Konstytucyjnego i podeptać konstytucję. A faktycznie chodzi tylko i wyłącznie o władzę, ktora przynosi niewyobrażalne dla przecietnego "zjadacza chleba" przywoleje i profity.

Pisałem już o tym, że głównym bohaterem „Ksiąg Jakubowych” jest charyzmatyczny żydowski reformator religijny, Jakub Lejbowicz Frank. Tajemniczy przybysz z odległej Smyrny zaczyna głosić na Podolu nową, wymyśloną przez siebie ideę, która szybko dzieli  napływową społeczność żydowską. Dla jednych heretyk, dla innych zbawca, gromadzi wokół siebie krąg oddanych sobie uczniów i dość liczne rzesze zwolenników nie tylko wśród Żydów, dla których stał się kolejnym mesjaszem, ale także wśród osób innych narodowości. W „Księgach Jakubowych” poznajemy frapujące, wręcz nieprawdopodobne koleje jego losów. Warto się z nimi zapoznać czytając książkę, choć trudno by mi było w to wszystko uwierzyć, gdyby nie fakt, że Olga Tokarczuk napisała tą powieść rzetelnie, w oparciu o materiały źródłowe.

Nie mam zamiaru pisać apologii na cześć samej autorki i jej dzieła, bo wymagałoby to obszernego elaboratu. Chcę w moim lapidarnym felietonie zainteresować Czytelników drobniutkim fragmentem powieści, który „wypisz wymaluj” nasunął mi się w nawiązaniu do pikantnych scenek z kabaretu „Ucho Prezesa”. Dostrzegłem w książce zaskakującą parantelę do naszej dzisiejszej rzeczywistości.

W dalekim od Podola niemieckim Offenbachu, gdzie u kresu swego burzliwego żywota wielki rabbi Jakub zamieszkał wraz ze swoją świtą oddanych mu wiernych w odbudowanym z ruin zamku, rolę pani Basi z „Ucha Prezesa” pełnił niejaki Antoni Czerniawski. Czytamy o nim w rozdziale 29 „Ksiąg Jakubowych”:

„Czerniawski zdaje sobie sprawę, że wśród wszystkich historii, które dotąd zdarzyły się na świecie, historia ich machiny i ich kompanii pod wodzą Jakuba jest wyjątkowa; zwykle myśli w liczbie mnogiej: „my”, co przypomina rodzaj jakiejś piramidy, której wierzchołkiem jest Jakub, a podstawą cały ten tłum, tutaj w Offenbachu snujący się po krużgankach, ale i tam w Warszawie, na całych Morawach, w Altonie i w Niemczech, w Pradze czeskiej…”

I dalej:

„Czerniawski zarządza, że wchodząc na audiencję do Pana, trzeba najpierw paść na twarz i czekać na pańskie słowo. Pilnuje pańskiej diety. Zamawia dla niego szaty. Im słabszy jest Jakub, tym Czerniawski staje się bardziej pewnym swego, ale nie chodzi mu o jakiś interes, nie chce rządu dusz. Wystarczy, że bez niego nie może się Pan obejść, że woła go zniecierpliwiony o każdą drobnostkę…
Rozlokował się tuż przy komnatach pańskich i teraz każdy, kto chce z Panem mówić, musi się najpierw u niego zameldować. Pilnuje porządku żelazną ręką; sam dobiera Panu lekarzy i prowadzi korespondencję Ewy. To jego Pan wysyła z poselstwem do Warszawy. I to za jego wstawiennictwem udało się zdobyć część pieniędzy na przeprowadzkę do Offenbachu.

Teraz właściwie czuje się jak pies pasterski, taki, jak chłopi mieli na Wołoszczyźnie, który zgarnia wszystkie owce do kupy i pilnuje, żeby się nie rozlazły.”


W „Uchu Prezesa” kabaretowi twórcy poszli nieco dalej. Przy drzwiach Pana dyżuruje obok wiernej odźwiernej jeszcze drugi lowelas Andreas, mówią że bezwolna marionetka pana Prezesa, a to wszystko co się dzieje w gabinecie, to już samorodna twórczość artystyczna animatora kabaretu Roberta Górskiego. A dzieje się tam wciąż coś frywolnego by w ten sposób  pokazać błazenadę układów i układzików, które niestety mają faktycznie miejsce na autentycznej scenie rządowej oraz krotochwilne portrety osób rządzących tym krajem.


W kabarecie to jest bardzo śmieszne, ale w rzeczywistości nie ma się z czego cieszyć, jeśli coraz wyraźniej zdajemy sobie z tego sprawę, że ten współczesny kabaret władzy może przynieść ze sobą fatalne skutki dla nas wszystkich.

poniedziałek, 25 czerwca 2018

Wiele krzyku - na sejmowym dywaniku



Romans posła PiS Stanisława Pięty z młodszą od siebie o kilkanaście lat Joanną, byłą wolontariuszki wspierającą obóz „dobrej zmiany”, wywołał polityczne trzęsienie w naszych mediach. Sama Joanna (wymieniana też jako Izabela Pęk) potwierdza, że Piętę poznała w kwietniu 2017 r. na obchodach rocznicy katastrofy smoleńskiej a miesiąc później polityk, który ściągnął ją z Gdyni do Warszawy już proponował jej nocleg w sejmowym hotelu (miała wówczas odmówić). Dziewczyna zwierzyła się z tego, jak poseł ją uwodził: „Opowiadał mi, że jego małżeństwa praktycznie nie ma. A gdy ja się otworzyłam i zdradziłam, że marzę o rodzinie i dzieciach, uczepił się tego. I tym mnie zdobył”. Dodaje jeszcze: „całe życie szukałam faceta, który się mną zaopiekuje, zatroszczy... czułam że złapałam Pana Boga za nogi. Że Staszek zostawi rodzinę i będzie miał ze mną dzieci. A on mnie w tym utwierdzał”.

To historia rodem z telenoweli, tyle że – jak donosi "Fakt" – zdarzyła się naprawdę. Stanisław Pięta, spokojny i konserwatywny poseł PiS, okazał się w rzeczywistości partyjnym Don Juanem. Dziennik podaje, że polityk zbałamucił kobietę z prowincji, którą poznał podczas rocznicy katastrofy smoleńskiej, a później bez słowa ją zostawił.

I byłoby całkiem normalnie, cicho i po kryjomu, gdyby kochanka nie zdecydowała się sprawy upublicznić, gdy okazało się, że została przez posła porzucona.

Incydent przez kilka dni nie schodził z tapety gazet i telewizji. Być może nie wywołałby takiej sensacji, gdyby nie to, że poseł Pięta dał się poznać w mediach jako wzorowy, dający dobry przykład polityk i katolik, zaufany prezesa PiS i Zarządu tej partii i czołowy poseł, przewodniczący jednej z ważnych komisji sejmowych.

Nic więc dziwnego, że posłużyło mi to do napisania tekstu mową wiązaną jako przestrogę dla naszych, rodzimych „modliszków”:


Tarapaty posła Pięty

Słońce w PiS-ie z lekka zgasło
no bo prezes chodzi z laską,
w „dobrą zmianę” Szydło wierzy,
bo ministrom się należy.

Sławę zdobył poseł Pięta,
nowy polski Podbipięta,
chciał żyć z żoną w celibacie,
młódka mu ściągnęła gacie.

Odtąd się Rodacy szczycą
polską Joanną – dziewicą,
bez broni, dla zwykłej psoty
podbiła uosobienie cnoty.

Nie dla nas model turecki
głosi premier Morawiecki,
wyplenimy wnet  haremy,
dla monogamów – tantiemy!

Bo Polska rodziną stoi,
niech  każdy podrywacz się boi.
To w PiS-ie rzecz niepojęta
by się tak zapamiętać,
jak  Pięta

Musimy bez zwłoki z powrotem
zrechrystianizować Europę,
precz z multikulti i gender
Polak to nie Holender

Nie bierzcie przykładu z Pięty,
choć to polityk był wzięty.
Nasz Prezes aczkolwiek kulawy
nie pozwoli zhańbić Warszawy.

Sejm to nie Bundestag niemiecki
by tracić głowę dla kiecki,
więc Piętę się wytnie z kretesem
zostanie w Orlenie prezesem…

Albo co bardziej radosne
zostanie europosłem
będzie podrywał w Brukseli,
zaś my będziemy weseli.

Niech czuwa Opatrzność nad nami:
Kurdesz, kurdesz, nad kurdeszami !


PS. To dla odprężenia dla wszytkich malkontentów, którzy podobnie jak ja nie mogli spać tej nocy pod wrażeniem  występów naszych piłkarzy na Mundialu . Współczuję każdemu zgnębionemu Rodakowi -  jak nie Piętą go, to piłką!

sobota, 23 czerwca 2018

Jakub Frank - Mesjasz fenomen?




Motto:
„Już po drodze słyszeli o Jakubie z ust podróżnych – że jest taki uczeń u Isochara i że jest słynny wśród Żydów, choć nie bardzo wiadomo dlaczego. Czy dzięki swej bystrości i dziwnemu zachowaniu, które łamie wszelkie ludzkie zasady? Czy może dzięki mądrości, niezwykłej u młodego człowieka? Podobno on sam ma się za prostaka i tak każe do siebie mówić: amoryc, prostak. Twierdzą, że nie lada z niego cudak”.
(„Księgi Jakubowe”- Olga Tokarczuk)

W „Księgach Jakubowych” Olga Tokarczuk wyłoniła na światło dzienne magiczny świat wielonarodowościowej, wieloetnicznej, wielokulturowej Rzeczpospolitej w przededniu rozbiorów. O świecie tym niewiele wiemy, a o wielu zjawiskach i osobach w ogóle nie słyszeliśmy. To wtedy właśnie ksiądz Benedykt Chmielowski próbuje opisać cały świat w swojej ogromnej księdze „Nowe Ateny”, a w domu Eliszy Szora pobożni Żydzi czekają na nadejście Mesjasza. I pojawia się na Podolu młody, przystojny, charyzmatyczny Żyd – Jakub Lejbowicz Frank, dla jednych heretyk, dla innych wybawca, a rebelia którą wywołał mogła odmienić bieg historii i zmienić kształt tej części świata.

Otóż to, kim właściwie był Jakub Frank i dlaczego stał się bohaterem literackim grubej, liczącej ponad 900 stron, wielotomowej i wielowątkowej epopei ? Odpowiedź na to pytanie stanowi zarazem klucz otwierający drzwi do łatwiejszego poruszania się w tej gigantycznej gmatwaninie wątków i osób, którym autorka przywróciła na powrót życie.

Przemysław Czapliński, prof. Uniwersytetu Poznańskiego mówi o nim następująco:

W drugiej połowie XVIII w., pośród wojen, grabieży, pogromów i rozbiorów, pojawił się człowiek, który wyprowadził Żydów z niewoli. Wyprowadził niewielu, kilkuset, może kilka tysięcy, ale dokonał z nimi i dla nich rzeczy niezwykłej: zapewnił im bezpieczeństwo i szacunek. "Oto nikt już ich nie nazywa (...) przechrztami, i z tej pogardy, która była przecież częścią powietrza, jakim wtedy oddychali, nic już nie zostało.
Mesjaszem tym był Jakub Frank, który urodził się jako podolski Żyd, a zmarł jako polski arystokrata. "Spośród wszystkich historii, które dotąd zdarzyły się na świecie, historia ich kompanii pod wodzą Jakuba jest wyjątkowa", stwierdza skarbnik frankistów Antoni Czerniawski. I ma rację. Pod wodzą Jakuba Żydzi przyjęli w 1759 r. we Lwowie chrzest, a w 1773 r. wyjechali na Morawy i osiedlili się w Brnie, gdzie zyskali znaczną autonomię. Już po śmierci Franka urzędnik wiedeńskiego dworu pisał: "Udało się tutaj stworzyć tej sekcie swego rodzaju państwo w państwie, które rządzi się swoimi prawami, ma swoją gwardię, a rozliczenia w większości prowadzi poza jakimkolwiek systemem bankowym".

A Agata Szwedowicz w wywiadzie z Olgą Tokarczuk publikowanym na internetowej stronie „Cultury” dodaje:

Natchniony żydowski mistyk, który czcił Matkę Boską, zręczny hochsztapler, ale i utalentowany polityk, człowiek, który doprowadził dużą grupę polskich Żydów do przyjęcia chrztu w 1759 roku - taki był Jakub Frank, bohater nowej powieści Olgi Tokarczuk pt. "Księgi Jakubowe".

A sama Olga Tokarczuk dodaje od siebie:

Trudno go ocenić jednoznacznie, to postać ambiwalentna, kontrowersyjna. Zapamiętano go w bardzo różny sposób: zwolennicy, jako pięknego, wysokiego, charyzmatycznego mężczyznę, przeciwnicy - jako obrzydliwego garbusa, który nie potrafi sklecić zdania. Tak naprawdę to sama nie wiem, kim był Jakub Frank. Na pewno był zdolnym politykiem, na pewno wywarł ogromny wpływ na rzesze ludzi, także na polskich arystokratów, był żydowskim mistykiem, choć wykorzystywał religię do celów politycznych.

W książce Olgi Tokarczuk dowiadujemy się, że Jakub Frank był wiernym uczniem i wyznawcą Sabataja Cwi, mistyka i kabalisty, który w 1648 roku ogłosił się Mesjaszem, a na koniec życia dokonał konwersji na islam. Obydwaj uważali się za świętych mężów nawiedzonych, przy czym Frank traktował Sabataja Cwi jako kolejnego po Chrystusie Mesjasza, ale ponieważ i jemu nie udało się zbawienie ludzkości, należy więc czekać na kolejnego prawdziwego Mesjasza. 

Jakub Frank znalazł się za kratkami w klasztorze na Jasnej Górze w Częstochowie, gdzie przebywał 13 lat, ponieważ został zadenuncjowany jako człowiek, który przyjął katolicyzm tylko powierzchownie. Podczas przesłuchania wyszło na jaw, że jego rozumienie wiary katolickiej jest dalekie od standardowego i że głosi poglądy heretyckie także z katolickiego punktu widzenia. Dla ratowania swej reputacji wprowadził do swojej doktryny postać bóstwa żeńskiego, żeńskiego Mesjasza. W Matce Boskiej Częstochowskiej zobaczył wcielenie żydowskiej Szechiny. Z  Częstochowy uwolnili go Rosjanie podczas konfederacji barskiej.  Wtedy Jakub wyjechał na Morawy, potem osiadł w Offenbach, blisko Frankfurtu nad Menem. Tam działał jego dwór i tam zjeżdżali jego zwolennicy z całej Europy.

Z powieści Olgi Tokarczuk możemy poznać wszystkie szczegóły tych zdarzeń, a cała droga mistyczna Jakuba Franka jest wpleciona w koronkowy rozwój towarzyszących mu perypetii, uwarunkowań historycznych i napotkanych na swej drodze osób.

Oto jeszcze jeden fragment z wypowiedzi prof. Czaplińskiego: 

Historia Franka jest tak dziwna, że aż niewiarygodna. Można się domyślić, że w przypadku Tokarczuk wystarczyła fascynacja, by pisanie zacząć. Ale trzeba było metodycznego szaleństwa, by powieść ukończyć. Komponowanie książki trwało sześć lat - wierzę jednak, że "Księgi Jakubowe" pozostaną w polskiej literaturze na trwałe.
A dalej dodaje:
Lektura szybko uświadamia, dlaczego tak wieloznaczna postać doczekała się tak niewielu opracowań. Frank współtworzył dzieje diaspory żydowskiej, ale w dziejach tych jest traktowany jak Luter w Kościele katolickim - jako twórca najniebezpieczniejszego rozłamu. Należy do historii wszystkich państw Europy Środkowej XVIII w. - Polski, Rosji, Austrii, Niemiec - ale żadna z tych historii nie potrafi przetłumaczyć go na język wspólny. Należy do wszystkich po trochu i do nikogo w zupełności.
Już od dawna powieści Olgi Tokarczuk robiły na mnie duże wrażenie. Podziwiałem jej talent pisarski, mądrość życiową i niepospolitą erudycję. Jej ostatnie dzieło „Księgi Jakubowe”, tworzone przez wiele lat traktowane jest przeze mnie nieomal jak Biblia. Nie oznacza to, że przyjmuję je jak drogowskaz wiary, ale dlatego, że czytałem tę księgę parę tygodni, z przerwami i powrotami do wcześniejszych fragmentów, bo tej księgi jak Biblii nie da się przeczytać od razu. A poza tym jest to wolumen dość pokaźny, bo liczy sobie  906 stron, aż 7 ksiąg, 31 części, a  każda po kilkanaście rozdziałów. To książka bardzo trudna w odbiorze nawet dla historyka, ale zarazem uderzająca bogactwem szczegółów, których nie odnajdziemy w dotychczasowej historiografii.
Odbierając za powieść w 2015 roku nagrodę, Olga Tokarczuk mówiła: 

Wymyśliliśmy historię Polski jako kraju tolerancyjnego, otwartego, jako kraju, który nie splamił się niczym złym w stosunku do swoich mniejszości. Tymczasem robiliśmy straszne rzeczy jako kolonizatorzy, większość narodowa, która tłumiła mniejszość, jako właściciele niewolników czy mordercy Żydów".

Mega powieść Olgi Tokarczuk nie jest dziełem naukowym z dziedziny historii. To książka napisana na podstawie opracowań historycznych oraz dostępnych materiałów źródłowych. Perypetie jej bohaterów są wytworem wyobraźni powieściopisarki, podobnie jak w powieściach historycznych Kraszewskiego, Sienkiewicza, Prusa. Olga Tokarczuk postawiła sobie ambitny cel – opisać w sposób sugestywny i ekspresyjny dzieje jednego z licznych odłamów religii żydowskiej. Okazuje się, że Żydzi mieli wielu Mesjaszy, a są też tacy, którzy nadal czekają na spełnienie się zapisów Starego Testamentu.  

Pisarkę zalała fala hejtu, ignoranckiej nienawiści ze strony prawicowych propagandzistów PiS-u, domagających się wykreślenia jej z historii literatury polskiej jako anty patriotki ubliżającej  naszym narodowo-chrześcijańskim wartościom. Olga Tokarczuk próbowała się bronić, podkreślała, że jej powieść odwołuje się do wrodzonej potrzeby zrozumienia drugiego człowieka, że literatura to być może najgłębszy z istniejących sposobów komunikacji:

 "Opisanie świata w całym jego skomplikowaniu i niejednoznaczności stroni od biało-czarnych podziałów i trywialnych prawd. Być może właśnie dlatego denerwuję tych, którzy są ślepi na kolory" – napisała Olga Tokarczuk.

Po stronie Olgi Tokarczuk są miliony wielbicieli jej książek. To właśnie ona zdobyła w Polsce już czterokrotnie nagrodę czytelników jako autorka najlepszych powieści, dwukrotnie nagrodę literacką Nike, a teraz dochodzą nagrody poza granicami kraju, dlatego jest już powieściopisarką o sławie światowej.

A jej „Księgi Jakubowe” to bezsprzecznie wybitne dzieło w literaturze polskiej, które nie ma sobie równych.



 Fot. Zbigniew Dawidowicz