Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

sobota, 10 listopada 2012

Jak Jedlina stała się zdrojem ?




uroki dawnego Zdroju  -  miło popatrzeć



O odkryciu zdrowotnych właściwości wód  w górnej części Jedliny pisałem  w mojej książce „U źródeł Charlotty”. Miałem jednak na uwadze zasadniczy cel wydawnictwa, którym był kolorowy album z możliwie krótkim, przejrzystym i łatwym w odbiorze opisem przeszłości i współczesności miasta. Nie mogłem więc zbyt szczegółowo rozwodzić się o jego historii. Dziś przy okazji zaprosin na uroczystość Święta Niepodległości w Jedlinie-Zdroju przerzuciłem dostępne materiały źródłowe, poszukując informacji na temat domu straży ogniowej przy ulicy Warszawskiej 7a. Właśnie ten zabytek o bardzo interesującej architekturze został obecnie odrestaurowany w ramach realizacji projektów unijnych, a w świąteczną niedzielę 11 listopada 2012 roku zaplanowano jego uroczyste otwarcie.
Znalazłem tylko tyle, że w 1829 roku zbudowano drewnianą remizę strażacką z dzwonnicą i wozownią, a było to skutkiem powodzi w tym właśnie roku, która zniszczyła wszystkie mosty i drogi, zniosła też dom straży miejskiej. Był on usytuowany w niższej części miasta przy głównej ulicy prowadzącej do zdroju. W tym właśnie miejscu osiem lat później zbudowano szkołę ewangelicką.  Natomiast bardzo ważną dla miasta remizę strażacką zdecydowano się wybudować wyżej, w miejscu które nie było zagrożone żywiołem. W ten oto sposób miasto -  uzdrowisko zyskało niezbędny obiekt publiczny, służący bezpieczeństwu mieszkańców i kuracjuszy.  Drewniana strażnica została połączona z murowanym budynkiem mieszkalnym w 1910 roku i w tej postaci przetrwała do dziś Ze względu na pogarszający się stan techniczny po wojnie  strażnica została wyłączona z użytkowania. Dziś przywrócono jej walory zabytkowe zgodnie ze wskazaniami konserwatora zabytków.
Jedlina-Zdrój wzbogaciła się więc o kolejną atrakcję turystyczną, ale też kulturalną, bo w zamyśle jest zgromadzenie w tym budynku jak najwięcej zabytków muzealnych, fotografii i pocztówek z przeszłości miasta.

Warto przypomnieć przy tej okazji ciekawsze szczegóły związane z powstaniem miasta-uzdrowiska, które w 1743 roku otrzymało nazwę, Chartloten brunn, co znaczy żródło Charlotty, a w 1910 roku Bad Charlottenbrunn, a więc to samo z dodatkiem Zdrój.

Pierwszą ważną datą dla powstania późniejszego miasta-zdroju jest rok 1697. W tym roku uznano oficjalnie wytryskującą wodę żródlaną za leczniczą i ze względu na kwaśny, szczawiany odczyn wody, nazwano ją Sauerborn lub Tannhauser Sauerbrunnen. Znajdowało się ono w  górnej części wsi na terenie pastwisk Caspara Schala z Jedlinki. Właściciel parceli założył przy źródle kram z wiktuałami, a w 1723/1724 roku postawił tam dom mieszkalny Grundhof. Budynek ten (w południowo-zachodniej części dzisiejszego Placu Zdrojowego) był wielokrotnie przekształcany, przetrwał do roku 1945 i wtedy został rozebrany.
W 1724 roku parcela ze źródłem została wykupiona przez właścicieli dóbr w Jedlince. Wydarzenie to zostało uznane jako historyczny moment założenia uzdrowiska. Wokół źródła postawiono pierwsze budynki, które dały początek uzdrowisku. W dwa lat później medyk Georg Jachmann ze Świdnicy jako pierwszy opracował opis składu mineralnego i właściwości leczniczych źródła. Kolejne charakterystyki wód wykonano w 1789 r. (Chemik Klaptoth z Berlina) i w 1825 r. (Carl Beinert, aptekarz i biolog z Jedliny).
W 1743 roku Charlotenbrun uzyskało prawa wsi targowej wraz z przywilejami dla mistrza łaziennego, piekarza, rzeźnika i szewca. Wkrótce w centrum kurortu pojawiły się kramy handlowe i przybywało coraz to więcej kuracjuszy.
Właścicielką zdroju była Charlotta Maximiliana, hrabina von Seher-Thoss, z domu Pűckler, wdowa po marszałku polnym, baronie Hansie Christophie z pałacu w Jedlince. Od jej imienia utworzona przy źródle kolonia otrzymała właśnie nazwę Charlottenbrunn.
Do 1746 roku  Charlotta von Seher-Thoss  przeprowadziła szereg inwestycji w Jedlinie, zyskując sobie miano założycielki kurortu. Przy Placu Zdrojowym (dom nr 6)  postawiła niewielki barokowy dwór (Schlőssel), pełniący rolę pensjonatu dla swojej rodziny (również rozebrany po 1945 roku).
W uznaniu zasług hrabiny w 1743/1744 roku w czasie wojny prusko-austriackiej o Śląsk przebywał w pałacu w Jedlince na kwaterze cesarz Fryderyk II, nadzorujący ruchy wojsk Pobyt cesarza w pałacu w Jedlince, to duży honor dla jego właścicielki, Charlotty, jak również dla nowo powstałego uzdrowiska.
Kolejną ważną datą jest rok 1768, w którym to roku Chrlottenbrunn otrzymało prawa miejskie. Jest więc Jedlina i miastem, i uzdrowiskiem stosunkowo młodym, w porównaniu do wielu podobnych kurortów w Sudetach i na całym Śląsku. Jej rola i znaczenie podupadły na skutek II wojny światowej i w czasach PRL-u. Dziś podnosi się z trudem i stara się odbudować dawną świetność i renomę. Ale o tej świetności, o wielu ogromnie ciekawych zdarzeniach z dalszej przeszłości uzdrowiska  -  w kolejnym poście. Zapraszam.

piątek, 9 listopada 2012

Świętujemy Niepodległość ?




obchody Święta Niepodległości w Głuszycy

Najlepiej wyjechałbym gdzieś na Karaiby. Postarałbym się by w tych dniach być z dala od mediów polskojęzycznych. Mam tę przewagę nad młodymi Polakami, że nie znam angielskiego. Dzięki temu nawet gdybym gdziekolwiek na wyspach szczęśliwych natknął na CNN i tak nie odbierałbym „radosnych” sygnałów o tym,  jak moi znakomici Rodacy świętują w stolicy Święto Niepodległości.
Na podróżowanie po świecie jestem już za stary. Na uroczyste świętowanie w kontakcie z moimi krajowymi mediami też. Doświadczyłem już  na własnej skórze jak daleko odbiegają media od rzeczywistości.. Fenomenalni dziennikarze TVN lub Polsatu, a także TVP są tylko tam, gdzie dzieje się coś w stylu amerykańskich horrorów. Bohaterami newsów stają się tylko i wyłącznie ci, którzy atakują z wulgarnymi okrzykami na  ustach policję i wyzywają od najgorszych władze państwowe. Gwiazdorami TV są też beznadziejni, zużyci politycy, których dewizą jest, by jak najboleśniej przyłożyć adwersarzowi nie bacząc na wiarygodność swej wypowiedzi. Warszawa Jarosława Kaczyńskiego już od dwóch lat po tragedii smoleńskiej udowadnia, że wszelkie idee niepodległościowe, demokratyczne i katolickie, to czysta kpina.  Mogę właśnie jej zawdzięczać, że otrząsnąłem się z magii symbolu Św. Krzyża jako uosobienia wiary, która głosi miłość do bliźnich i gotowość przebaczenia win. „Miłuj bliźniego swego jak siebie samego” powtarzamy jak mantrę w kościelnych modlitwach. „I odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy”, to słowa codziennej modlitwy wiernych chrześcijan. Spójrzmy na to co się dzieje w polityce Jeżeli niepodległość ma polegać na tym, że szafuje się Świętym Krzyżem tylko i wyłącznie w celach politycznych, angażując do tego świadomie i perfidnie ludzi wierzących, a jeszcze dalej wykorzystując w celu zdobycia władzy tak tragiczne zdarzenie, jak katastrofa lotnicza z samolotem wypełnionym czołowymi politykami na czele z prezydentem i dowództwem wojskowym państwa, to ja jestem pierwszym przeciwko takiej niepodległości. Jeżeli. Wolność  ma polegać na tym, ze Wielki Polityk namaszczony przez  hierarchię kościelną,  spod znaku chrześcijańskiego radia Maryja, potrafi zarzucić najwyższym osobom w państwie, że są zbrodniarzami, nie mając na to żadnych dowodów, to ja jestem przeciw takiej Wolności.
A tymczasem jestem skazany na to, by święcić 11 listopada. Na szczęście mieszkam w Głuszycy i zostałem zaproszony na obchody Święta Niepodległości w moim mieście. W dodatku będzie to dzień szczególnie uroczysty, bo w tym roku mija 50-lecie nadania Głuszycy praw miejskich. Ma być uroczysta sesja Rady Miejskiej związana z historią 50-lecia miasta, a w części artystycznej wystąpią uczniowie szkoły podstawowej nr 2. Będą śpiewali pieśni patriotyczne i recytowali wiersze o miłości ojczyzny.
W tym samym czasie w stolicy rozwydrzone falangi bojówkarzy będą szukać zwady z kimkolwiek, najlepiej z policją lub innymi grupami manifestantów, zaś fanatyczne tłumy wiernych poniosą transparenty z napisem: Boże, ratuj Polskę! Rzeczywiście, potrzeba Polsce ratunku  -  przed głupotą.


zasłuchani uczestnicy Święta Niepodległości w moim mieście

Muszę przyznać, że z przyjemnością będę uczestniczył w naszej, lokalnej uroczystości. W moim mieście dzieje się dużo dobrego. Co rusz zaskakują mnie pozytywne zmiany. Potwierdzają one, że miasto nie umarło mimo agonii przemysłu włókienniczego. Zniknął z pejzażu jeden z newralgicznych  budynków zakładowych dawnego GPCz „Argopol” w centrum miasta. Na jego miejscu zagnieździła się „Biedronka” i trzeba przyznać z powodzeniem. Duży niepokój budził sąsiedni biurowiec dawnego „Argopolu” z pomieszczeniami produkcyjnymi. Od paru tygodni obiekt znalazł nowego gospodarza. Trwają intensywne prace adaptacyjne i remontowe. To co najbardziej cieszy, to postępująca renowacja elewacji obiektu, który straszył wyglądem przechodniów i przejeżdżających przez miasto podróżnych.. Wieść gminna głosi, że nowy gospodarz poszukuje szwaczek i pracowników administracyjno-obsługowych, a więc znajdą się nowe miejsca pracy, a miasto uratuje budynek, który był i jest jego symbolem. To nie ważne ile jest w tym zasługi obecnej pani burmistrz i samorządu gminnego, a ile kogoś innego. Ważne że to się dzieje.

Zapamiętałem słowa kandydata na prezydenta Stanów Zjednoczonych, Mitta Romneya, w dzień po przegranych wyborach: „Będę się modlił o pomyślność Stanów Zjednoczonych”. A ja chcę świętować 11 listopada pełen wiary w pomyślność mojego miasta i gminy Głuszyca.


P.S.  Mam także sympatyczne zaproszenie na Święto Niepodległości w mojej drugiej ojczyźnie  -  w Jedlinie-Zdroju. Godziny się nie pokrywają. Nie tylko skorzystam z przyjemnością także z tego zaproszenia, ale postaram się o nim napisać, bo wiąże się ono z otwarciem zabytku architektury, zrewaloryzowanej starej strażnicy strażackiej.

czwartek, 8 listopada 2012

Wąskotorówka w budowie "Olbrzyma"




fragment podziemnej sztolni w Rzeczce
 
O podziemnej militarnej inwestycji III Rzeszy w Górach Sowich wiemy już sporo, ale wciąż nie wszystko. Lata mijają, a wojskowa klauzula tajności związana z  kompleksem „Riese” ("Olbrzym") nadal święci triumfy. Niedostępne są niemieckie archiwa wojskowe, zwłaszcza projekty budowlane, które pozwoliłyby znaleźć udokumentowaną odpowiedź na pytanie, jaki był faktyczny cel tej inwestycji i jakie ona pochłonęła koszty. Nie wiemy też, co znajduje się w archiwach wojskowych Rosjan, którzy byli tu pierwsi po wojnie i mogli zagarnąć teczki z dokumentami.
Obok pytania o cel i koszty inwestycji wielu badaczy zadaje sobie jeszcze drugie ważne pytanie: jak można było przerwaną nagle przez Niemców na wiosnę 1945 roku w związku z ofensywą wojsk frontu wschodniego budowę, pozostawić, jak to się mówi potocznie  -  „na pastwę losu”. Przecież to nie było takie sobie zwykłe przedsięwzięcie budowlane, ale  niespotykanych rozmiarów inwestycja wojskowa, a więc rzecz, którą musiały zainteresować się wywiady wielu państw. Absolutnie nie mogę się pogodzić z tym, że wywiady wojskowe, sowiecki, i amerykański przyjęły bezkrytycznie uknutą przez Niemców wersję, że to miała być kwatera Hitlera. Trudno jest uwierzyć, że tylko dlatego, by uchronienić nieukończoną podziemną kwaterę wodza III Rzeszy, Niemcy zdecydowali się na oddanie Wałbrzycha i okolicznych miejscowości bez jednego strzału. Niedaleki Strzegom zamienili nieomal w twierdzę, trudną do zdobycia, a uprzemysłowiony po zęby Wałbrzych opuścili jak spłoszone szczury.
Dziwną też wydaje się irytująca bierność władz polskich, które nie czyniły nic przez całe dziesięciolecia po wojnie, aby zabezpieczyć ślady budowy i uczynić wszystko co możliwe, by wyjaśnić tę zagadkę. Przecież to nie jest taka sobie zwykła rzecz. Na tej budowie zginęły dziesiątki tysięcy jeńców wojennych i więźniów obozu koncentracyjnego Gross-Rosen. Do dziś nie odkryto, gdzie znajdują się zbiorowe mogiły więźniów, ginących jak muchy z głodu, chorób i wycieńczenia, przede wszystkim Żydów, ale też osób innych narodowości. Mało tego, nie były podejmowane w sposób zorganizowany tego typu próby. Cmentarze w Kolcach lub w Walimiu mają znaczenie bardziej symboliczne, niż faktyczne miejsca pochówku tysięcy zmarłych. W badaniach naukowych m. in. Wałbrzyskiego Muzeum Gross Rosen  mówi się, że budowa „Riese” pochłonęła ponad 20 tysięcy więźniów.

O gigantycznych rozmiarach tej budowy pisał już w 1947 roku w „Słowie Polskim” Zbigniew Mosingiewicz. Zwracał uwagę na olbrzymie ilości materiałów budowlanych zużytych już do budowy lub zgromadzonych na placach składowych. Wyliczył, że pozostawiono około 10 milionów worków  po 50 kg  cementu w niszczejących barakach drewnianych, a obok tego duże ilości, bo około 40 tysięcy ton cegły, żelaza i stali oraz innych materiałów budowlanych. Były one w latach 1946-47 wykorzystywane do odbudowy kraju. Co najmniej 100 wagonów po 15 ton cementu wywieziono do zniszczonej Warszawy.
Albert Speer, minister do spraw uzbrojenia i przemysłu wojennego III Rzeszy w wydanych po wojnie wspomnieniach pisał, że na realizację programu „Riese” wykorzystano m. in. 237 tys. m3 betonu, a więc więcej niż na budowę schronów w całej Rzeszy. Pisał też, że wydrążono 213 m3 podziemnych sztolni,  wybudowano 58 km dróg z sześcioma mostami, przeciągnięto 100 km. rurociągów. Oczywiście nasuwają się od razu wątpliwości, że miała to być li tylko kwatera Hitlera. Kto buduje niezupełnie potrzebną kwaterę za taką cenę?

W Biuletynie Informacyjnym Zarządu Parków Krajobrazowych w Wałbrzychu nr 17 z 1998 roku znajduję ciekawą informację o roli transportu szynowego w przedsięwzięciu budowlanym w masywie Włodarza. Trzeba było przecież te przeogromne ilości materiałów budowlanych czymś dostarczać na miejsce budowy. Robiła to kolej szerokotorowa w trzech głównych bazach przeładunkowych przy stacjach kolejowych w Głuszycy Górnej, Olszyńcu i Jugowicach.
Dostawy materiałów do kompleksu „Osówka” i „Soboń” rozładowywano na stacji kolejowej w Głuszycy, natomiast do kompleksów „Włodarz” i „Jugowice Górne” – w Olszyńcu, zaś „Rzeczka” otrzymywała dostawy ze stacji w Jugowicach. Stąd transportowano je „Kolejką Walimską” lub wagonikami kolejki wąskotorowej.
Oczywiście trzeba było najpierw taką kolejkę wybudować w szybkim tempie, przezwyciężając trudności w urozmaiconej rzeźbie terenu..  Podobnie jak przy pracach prowadzonych pod ziemią również i tu setki więźniów przepłaciło to życiem. W sumie kolejka okrążająca masyw Włodarza liczyła sobie ponad 15 kilometrów i pokonywała wzniesienia wysokości 250 m. Na małych ciekach wodnych budowano przepusty, a jary i wąwozy pokonywano budując mosty i wiadukty o długości od 25 do 100 m. Na całej trasie wybudowano 8 takich mostów o długości 365 m. Osobne torowiska budowano w prowizorycznych kamieniołomach i żwirowniach, a także w drążonych sztolniach. W kilku miejscach trzeba było ze względu na ukształtowanie terenu wybudować kolejki linowe, n.p. na Osówce, gdzie takie budowle jak „Kasyno Hitlera” lub „Siłownia” wznoszone były na wierzchołku góry.
Cały ten system transportowy pozostawiony został przez uciekających Niemców w pełnej sprawności. Liczyli oni na szybki powrót by kontynuować dalej budowę „Riese”. Po wojnie w miarę upływu lat pozostawiona sieć kolejki wąskotorowej uległa zniszczeniu. To co się dało wykorzystywała w różnym celu miejscowa ludność. Trasa kolejkowa zniknęła w gąszczu poszycia leśnego. Pracownicy Parków Krajobrazowych w Wałbrzychu pod przewodem Bolesława Fary dobrze się natrudzili by odtworzyć na mapach i opisać przebieg tej kolejki. To bardzo ważny szczegół dla dogłębnego poznania historii szaleńczej inwestycji militarnej III Rzeszy w Górach Sowich pod koniec II wojny światowej.

wtorek, 6 listopada 2012

Wieś wsi nierówna - Jugowice




uroki Gór Sowich były i są magnesem dla turystów

Powiedzenie - wieś wsi nierówna - z powodzeniem może się odnosić do największej  i najludniejszej wsi w gminie Walim. To Jugowice, ciągnące się na przestrzeni kilku kilometrów nad rzeką Bystrzycą, a jej górna część  - nad Jaworzyną, w dolinie tej rzeki na wysokości 370-400 m. npm.
Wieś jest pięknie położona w przełomie rzecznym rozdzielającym Góry Sowie od wschodu i Góry  Wałbrzyskie od zachodu, ponadto w rozwidleniu dróg z Głuszycy i Jedliny-Zdrój do Świdnicy przez Zagórze Śląskie lub do Pieszyc i Dzierżoniowa przez Walim i Rzeczkę.
To korzystne położenie Jugowic czyniło z nich ważną  i bogatą wieś zarówno w przeszłości, jak i w czasach PRL-u , a szczególnie dziś, kiedy to nowoczesność wkroczyła dość prężnie do tej górskiej miejscowości.
Jugowice (niemiecka nazwa Hausdorf) mają te wszystkie walory, jakie potrzebne są dla współczesnego rozwoju wsi. Już wcześniej były wsią rolniczo-przemysłową i letniskową, mając niezłe zaplecze handlowo-usługowe i bogatą infrastrukturę techniczną. We wsi jest poczta, szkoła, restauracje, kilka drobnych zakładów produkcyjno-usługowych, są miejsca noclegowe w hotelach i w gospodarstwach agroturystycznych.  Zbudowano tu dużą oczyszczalnię ścieków, jest zakład uzdatniania wody i wytwarzania prefabrykatów w dawnej cegielni. Zlikwidowano natomiast miejscową gazownię i zawieszono, niestety, kursowanie pociągów na jednej z najatrakcyjniejszych linii kolejowych z Jedliny-Zdroju przez Jugowice, Bystrzycę Górną do Świdnicy.
Jugowice dzięki swemu korzystnemu położeniu stają się coraz wyraźniej wsią rekreacyjno-wypoczynkową. Niedaleko stąd znajduje się Jezioro Bystrzyckie z mostem linowym (w remoncie) i olbrzymią tamą zaporową, a także zabytkowy zamek Grodno w Zagórzu Śląskim.
Z Jugowic Górnych prowadzi droga do podziemnych sztolni „Włodarza”, a także szlaki turystyczne na Wielką i Małą Sowę oraz inne atrakcyjne miejsca w Górach Sowich i Wałbrzyskich.
Jak wiele innych okolicznych miejscowości, także Jugowice mogą się szczycić bogatą w wydarzenia historią, bo ich początek sięga XIII wieku, kiedy to mała jeszcze wówczas osada weszła w skład dóbr zamku Grodno. Ożywiony okres rozwoju wsi miał miejsce w drugiej połowie XV wieku. Właścicielem Grodna i dóbr przynależnych do zamku stał się wówczas wielce zasłużony dla Wałbrzycha, Georg Czettritz. Wiek XVI i XVII był dość burzliwy dla wsi, bowiem często zmieniali się właściciele zamku. Każdy z nich był zainteresowany czerpaniem korzyści z zamkowych dóbr ziemskich, co powodowało ubożenie chłopów. Doprowadziło to do buntu chłopskiego w 1680 roku, w którym uczestniczyli też mieszkańcy Jugowic.
Po przejęciu Śląska przez Prusy w 1740 roku nastąpiła rozbudowa wsi w związku z rozwojem tkactwa lnianego i bawełnianego. Jak czytamy w „Słowniku geografii turystycznej Sudetów” pod redakcją Marka Staffy w 1785 roku w Jugowicach była szkoła ewangelicka, 2 młyny wodne, 3 bielniki, a mieszkało w niej 25 kmieci, 5 zagrodników, i 22 chałupników.
W 1825 roku wieś liczyła już 69 domów, było też wolne sołectwo, szpital-przytułek, 3 bielniki, 2 suszarnie, 2 folusze, 3 młyny wodne, 2 młyny do mielenia kory dębowej i 2 magle. Pracowało 8 warsztatów bawełnianych i 46 płócienniczych. Świadczy to wymownie o stosunkowo wysokim rozwoju przemysłowym wsi, która wyróżniała się w tym rejonie. Rolnictwo nie miało tu decydującego znaczenia, chociaż rozwijała się hodowla bydla. W 1861 roku Jugowice liczyły już 141 domów, ale z Jawornikiem i Dołkami, które stanowiły ich kolonie.
Od polowy XIX wieku w związku z upadkiem tkactwa chałupniczego coraz większego znaczenia nabiera we wsi turystyka. Korzystne położenie Jugowic sprzyja napływowi turystów. We wsi była gospoda, uruchamiano w domach miejsca noclegowe i gastronomiczne. Z początkiem XX wieku Jugowice stały się popularną w regionie wałbrzyskim wsią letniskową. Duże znaczenie miał rozwój komunikacji. W 1904 uruchomiono linię kolejową z Jedliny-Zdroju do Świdnicy, a w Jugowicach wybudowano dworzec kolejowy. W 1914 roku powstała elektryczna „Kolejka Walimska” długości 5 kilometrów, łącząca Jugowice z Walimiem. Mimo wojny ze względu na swą atrakcyjność krajobrazową przyciągała ona licznych turystów, umożliwiała też dojazd mieszkańców Jugowic do pracy w zakładach włókienniczych Walimia.
Okres międzywojenny umocnił pozycję Jugowic jako wsi o charakterze przemysłowo-letniskowym. Czynnych było kilka gospód, największa z nich na skrzyżowaniu dróg do Zagórza i Walimia dysponowała ośmioma miejscami noclegowymi. Druga miała taką samą ilość miejsc noclegowych, a trzecia miała ich aż 18. Koło wiaduktu kolejowego w obszernej piwnicy-lochu uruchomiono lodownię, która również stanowiła miejscową atrakcję turystyczną.
Gdyby nie rozwój przemysłu lniarskiego w Walimiu, mogłyby Jugowice z powodzeniem pełnić rolę wiodącą pod względem administracyjnym na tym obszarze. Niestety, nie posiadając kościoła należały do parafii w Walimiu. Istniała tu jedynie kaplica cmentarna z dzwonnicą, która jako zabytek przetrwała do czasów dzisiejszych.
Pod koniec II wojny światowej Jugowice podobnie jak Walim, Głuszyca, Jedlina-Zdrój, położone w obrębie masywu Włodarza, stały się miejsce usytuowania obozów pracy dla jeńców wojennych, a potem więźniów obozu koncentracyjnego Gross-Rosen. Miało to związek z tajną inwestycją militarną III Rzeszy w podziemiach Gór Sowich, znaną pod kryptonimem „Riese”, czyli „Olbrzym”. W Jugowicach, Jaworniku i Dołkach były osobne obozy pracy, a jeden z kompleksów sztolni umiejscowiony był w pobliżu Jawornika. Oczywiście w czasie wojny był to teren zamknięty dla ludności, a prowadzone prace objęte całkowitą konspiracją.
Po 1945 roku Jugowice zachowały swój przemysłowy charakter, choć losy dawnych zakładów przemysłowych i usługowo- rzemieślniczych zmieniały się jak w kalejdoskopie. W pierwszych latach powojennych rola turystyczno-letniskowa wsi zeszła na plan dalszy.
W latach 1972- 1980 zbudowano w górnej części wsi dużą oczyszczalnię ścieków i stację uzdatniania wody, która przywróciła właściwości rekreacyjne Jeziora Bystrzyckiego.
Kolejka Walimska funkcjonowała do lat 60-tych, a ostatecznie zlikwidowano ją w 1872 roku.
Znany w naszym regionie wałbrzyskim i w Sudetach, badacz tych gór i turysta prof. M. Orłowicz, zachwycał się kolejką, nazywając ją „tramwajem elektrycznym”.

Jugowice pozostały dużą i ważną wsią w powiecie wałbrzyskim. W ostatnich latach po przemianach ustrojowych w Polsce daje się zaobserwować w Jugowicach znaczny postęp w kierunku uczynienia ze wsi ważnego centrum rekreacyjno-wypoczynkowego i turystycznego nie tylko dla gminy Walim, ale dla całego regionu wałbrzyskiego. Wieś wsi nierówna, w odniesieniu do Jugowic możemy mówić tylko i wyłącznie o równaniu w górę i to bardzo wysoką górę, co najmniej jak Wielka Sowa.

niedziela, 4 listopada 2012

Małe bywa nie mniej piękne i gospodarne.





tam za siódmą górą i siódmą rzeką jest mój kraj lat dziecięcych

Na Wszystkich Świętych odwiedzam opolską wieś, gdzie spędziłem lata dzieciństwa. Tam znajdują się groby  moich rodziców. Mam też rodzinę, z którą miło się spotkać przynajmniej raz w roku. Owa wieś Trzeboszowice, ongiś gromadzka, a nawet gminna, znajduje się w pobliżu Jeziora Otmuchowskiego. Dziś należy do gminy Paczków, a mogła by też  należeć do Otmuchowa,  w obie strony jest ta sama odległość - 7 kilometrów.
Do Paczkowa jeździłem rowerem po skończeniu podstawówki, bo tam zostałem uczniem Zasadniczej Szkoły Metalowej. Tak, tak, to nie żarty. Zanosiło się, że pochodzę tam dwa lata i będę miał w ręku zawód ślusarza lub tokarza. Szkoła mieściła się w budynku położonym nieco wyżej od słynnego gotyckiego kościoła-twierdzy, umiejscowionego obok murów obronnych miasta.
Paczków to stare, zabytkowe miasteczko, „śląskie Carcassonne”, jak to pięknie określa się w przewodnikach. Zachował się w nim nie tylko średniowieczny rynek z ratuszem i pokaźną częścią murów obronnych z 19 basztami i 3 wieżyczkami, ale też klasyczny układ centrum miasta z ulicami równolegle prowadzącymi na wszystkie cztery strony świata. Jest w Paczkowie wiele zabytków i wiele innych atrakcji turystycznych. Od mojego kuzyna, konserwatora zabytków z Legnicy, dowiedziałem się o rewelacyjnym muzeum techniki gazowniczej w Paczkowie, ze wskazaniem, aby je koniecznie odwiedzić. Warto tutaj przyjechać i zatrzymać się na dłużej.

Szkołę w Paczkowie wspominam z sentymentem i wzruszeniem. Zimą zamieszkałem nawet tam na stałe w internacie. To było dobre przetarcie się przed późniejszą burzliwą karierą szkolną, kiedy to po roku doświadczenia postanowiłem zostać jednak nauczycielem. Nie rozwijam już dalej tego wątku biograficznego, bo nie jest celem mojego postu. Wspomnę tylko, że uczyłem się w trzech liceach pedagogicznych  -  w Starym Sączu (rok), w Brzegu nad Odrą (trzy lata) i w Limanowej (rok), akurat objął mnie pięcioletni cykl nauczania. Pokochałem wszystkie miasta, gdzie dane mi było się znaleźć w szkole i w internacie.

Do grona moich bliskich miasteczek należy też Otmuchów. Tam miałem okazję pracować rok czasu jako nauczyciel, ale nie w samym Otmuchowie, lecz obok we wsi o historycznej nazwie – Maciejowice. Było to moje pierwsze miejsce pracy po drugiej stronie jeziora, nad którym leży moja rodzinna wieś. Gdyby funkcjonowała przeprawa wodna, to do Maciejowic mógłbym codziennie dopływać do pracy. A tak mieszkałem na pięterku w maleńkiej szkole w Maciejowicach, a w Otmuchowie robiłem zakupy. Miałem okazję poznać zabytki tego miasteczka, ciekawy architektonicznie ratusz w rynku z unikatowym zegarem słonecznym, majestatycznie położony barokowy kościół Św. Mikołaja, a w pobliżu muzeum w starym zamku biskupim. Otmuchów słynie również  z atrakcyjnej bazy rekreacyjnej nad jeziorem oraz corocznie organizowanego na początku lata święta kwiatów.

Dziś obydwa miasteczka, Paczków i Otmuchów, to prawdziwe perełki w bogatym sznurze korali miejskich uroczej Opolszczyzny. Może nie jest to oficjalne, ale takie się odnosi wrażenie, że od dawna rywalizują ze sobą w rozwoju gospodarczym i w promocji turystycznej. Efekty tego są widoczne. To miasta niezwykle urocze, atrakcyjne i budzące podziw. Naprawdę warto je bliżej poznać, choć trudno powiedzieć, które z nich jest ładniejsze. Ja nie potrafiłbym dokonać takiego wyboru.  
Darzę szczerym sentymentem Opolszczyznę, krainę moich lat dzieciństwa i młodości.  Stanowi ona wzór gospodarności i dbałości o czystość i estetykę. Widoczne to jest na każdym kroku. Każdą nieomal wsią na Opolszczyźnie można się zachwycić. Parę z nich bliżej Opola cieszy się sławą w całej Polsce, to wsie bogate, zadbane, uderzające pięknem ukwieconych zabudowań gospodarskich. W wielu z nich pielęgnowane są tradycje z czasów przedwojennych. Niewątpliwie to żywioł autochtoniczny, niemiecki, wywierał wpływ na taki, a nie inny charakter życia wiejskiego. Tak było już w PRL-u, a dziś to prawdziwy Zachód.

Kocham moją obecną „małą ojczyznę”  -  region wałbrzyski, zachwycam się krajobrazami górskimi, dostrzegam piękno zabytków architektonicznych i historycznych. Dowodów tego nie trzeba daleko szukać. Temu celowi służy od samego początku cały mój blog. Będę zawsze twierdził i uzasadniał, że Wałbrzych jest jednym z najpiękniej położonych pod względem krajobrazowym miast w Polsce, że oglądany z góry może zachwycić i wzruszyć. Ale dziś pod wpływem związanych z moim wyjazdem na wieś impulsów i reminiscencji zachęcam bardzo gorąco na wycieczkę nad Jezioro Otmuchowskie i zwiedzenie Paczkowa i Otmuchowa. Okaże się niezawodnie, że małe też może być piękne.

P.S. Nie kopiuję zdjęć z Paczkowa i Otmuchowa, można je obejrzeć w internecie i dowiedzieć się więcej o ich historii .

czwartek, 1 listopada 2012

O czymże dumać 1 listopada, w ten dzień żałobny




Niobe, Abraham Bloemert, 1591

Niobe, Ruchhoft Plau Neusterlitz
 Wiem, że nie jest to dzień właściwy do zachwytów nad pięknem otaczającego nas świata przyrody. Nie jest to dzień do dzielenia się swymi fascynacjami nad dziełami, które stworzyła ręka ludzka. Nie jest to dzień pogodny, nawet wtedy, gdy zaświeci słońce. Nie jest to święto Wszystkich Świętych, bo wtedy powinniśmy się radować ich życiem, które okazało się tak miłe Bogu, że pozwoliło ich wynieść na ołtarze. A my tymczasem w tym dniu Wszystkich Świętych gromadzimy się kto tylko żyw na cmentarzach, by tam na grobach naszych bliskich układać kwiaty,  rozpalać znicze i szeptać słowa modlitwy.
Zostawmy jednak tą rozbieżność liturgiczną jako mniej ważną na boku. Ważne jest to, że jest taki dzień, w którym niewielu z nas pozostaje w domu. Udajemy się na cmentarz, bo trzeba przynajmniej raz w roku oddać cześć, tym którzy odeszli.


Dzień 1 listopada nie jest też dniem, w którym mogę się spodziewać, że znajdą się tacy „frustraci”, którzy zdecydują się, by zajrzeć do mojego blogu. Jeżeli tak się stanie, to chcę zaproponować odrobinę dobrej poezji i w podzięce przypomnieć parę przejmujących strof z jednego z najpiękniejszych poematów, jakie znam, a poświęconego tragicznym losom nieszczęsnej matki, którą bogowie Olimpu za to, że się chełpiła swymi dziećmi pokarali najokrutniej jak tylko można sobie wyobrazić, zabijając na jej oczach z łuku jej siedmiu synów i siedem córek.
Oczywiście, była to bogini Niobe, córka okrutnego Tantala, żona Amfiona, króla Teb, z którym miała tak liczną gromadę dzieci. Na widok tego mordu Niobe zamarła z przerażenia, robiła wrażenie jakby straciła zmysły. Zeusa ogarnęła litość, więc by nie cierpiała więcej, umieścił ją na górze Sypilos i zamienił w skałę, a z jej oczu spływały strumieniem łzy. Odtąd Niobe stała się symbolem matki boleściwej, uosobieniem wszystkich innych matek doświadczonych tak okrutnie przez los.
Konstanty Ildefons Gałczyński zachwycił się marmurową głową Niobe, która szczęśliwym trafem znalazła  się w Muzeum w Nieborowie. Posąg Niobe postawili Rzymianie w czasach średniowiecznych w Bizancjum, ale po wkroczeniu do miasta Mahometa II statuę powalono na ziemię i głowa odłupała się. Odnaleziona po latach na brzegu Morza Azowskiego przez ekspedycję uczonych carowej Katarzyny II dostała się w XVIII wieku w ręce rodziny Radziwiłłów.

Niobe, Charles Gabriel Lemonnier, 1770

 Oto wybrane fragmenty czteroczęściowego poematu „Niobe” K.I. Gałczyńskiego:

Uwertura:

Nieforemna, niewesoła
dzień i noc nad brzegiem morza
stoi w skałę przemieniona

biedna córa Tantalowa
biedna żona Amfiona
Niobe, nieszczęsna rodzica –

siedmiu synów, siedem córek
Diana z Apollonem z łuku
rozstrzelali jej o świcie.

Wokół pustka bezroślinna
żadnych świateł elektrycznych
na kamieniu stoi kamień.

Niebo patrzy zimno w Niobe,
ciemna chmura błyska spodem
woda kamień ochlapuje…

Stoi Niobe z wielką głową
śnieg nad głową zakołował
głową żony muzykanta

głową żony Amfionowej,
głową córy Tantalowej
tyle śniegu na powiekach

Nie padają łzy kamienne,
nie rozświeca się poranek,
tylko mewy wrzeszczą.

Mała fuga

Jaki wiatr, jaki los cię porwał
Europy drogami na postrzał?
Kto cię w ręku miał, kto cię podziwiał,
Najpiękniejsza z głów słowiańsko-grecka?

Kto cię woził w karecie przez zaspy?
Kto morzami ciągnął na dnie kufra?
Jaki biskup urwał „Pater Noster”,
by zapatrzyć się w ciebie jak w obraz?

Świadkiem byłaś, głowo,  jakim zbrodniom?
W jakich krajach, państwach, w której stronie?
Jaki łotr w nos ci błyskał pochodnią,
W nos twój piękny jak słoneczny promień?

Może właśnie Tycjan w noc wenecką
patrząc w ciebie oszalał z zachwytu
i od stołu wstał i na szyderstwo
włosy twoje przybrał w wianek z mirtu?

Wielka głowo, wielkiego posągu
Jaka burza? Majowa? Śniegowa?,
By przez Morza Czarnego szmaragdy
Płynąc, gwiazdą spaść na brzeg Azowa?

Nieborów
Duży koncert skrzypcowy

Jest lampa na łańcuchach, co dotknięta skrzypi,
kobieta z parą rogów i ogonem rybim,

zowią ją meluzyną, czasem bergamaską,
pod stropem nad cieniami jakby płynie płasko

i światłami przemawia jak słowami człowiek.
Właśniem pod taką lampą siedział w Nieborowie,

W twarz Niobe zapatrzony. Niobe z Nieborowa.
iskry od meluzyny biegły wzdłuż belkowań

i listopad nadchodził w zabłoconych butach,
z liściem klonu we włosach,
z resztką słońca w sercu….

Zacząłem w Nieborowie po pokojach brodzić
i od Niobe odchodzić i znów do niej schodzić,

Powracać i uciekać przez korytarz przykry,
Meluzyna w twarz Niobe upuszczała iskry,

Z choinki Beethovena cacka spadające,
które Chopin pozbierał i przemienił w słońce…


 To tylko drobne wycinki poematu, w którym wzniosły nastrój i nadzwyczajna melodyjność splotły się z głęboką refleksją nad tragicznym losem nieszczęsnej bogini Niobe, matki boleściwej, pokaranej z bezwzględnym okrucieństwem przez swoich bliźnich z Olimpu. Mitologia grecka jest cyniczna i bezlitosna, świat bogów nie daje ani schronienia ani nadziei - i zapewne dlatego jest tak przejmująco prawdziwa. Ludzie skazani są na samych siebie, muszą podejmować rozpaczliwe decyzje, odpowiadać na pytania, na które nie ma odpowiedzi i rozwiązywać problemy, które nie mają rozwiązania. Tragedia mogła narodzić się tylko w Grecji.
Przytoczyłem tylko drobne fragmenty poematu, który jak wielki koncert symfoniczny brzmi mi w uszach, kiedy tylko pomyślę o niegodziwościach tego świata. Wracam do tych strof już z pięćdziesiąt lat i podobnie jak przejmujący szlagier  „Dziwny jest ten świat” Czesława Niemena, mogę czytać i słuchać bez końca. Są doskonałe dzieła wielkich artystów, dzięki którym życie staje się łagodniejsze, piękniejsze i wartościowsze. To jest właśnie odpowiedź na pytanie o potrzebę sztuki  Myślę, że w takim dniu jak 1 listopada warto też o tym pomyśleć.

Fot. z internetu

środa, 31 października 2012

Zapomniany kamień





 Jest takie miejsce pod Świerkami, niewielkiej wsi w gminie Nowa Ruda, gdzie 15 lutego 1807 roku w czasie wojen napoleońskich doszło do bitwy pomiędzy oddziałem pruskim dowodzonym przez mjr Stőssela, a wojskami bawarskimi wchodzącymi w skład armii napoleońskiej gen Lefebrve. Prusacy zostali zmuszeni do ucieczki za granicę czeską, ale tam  Austriacy rozproszyli oddział i wzięli większość żołnierzy do niewoli.
Bitwa miała miejsce w przełęczy pod Słoneczną Kopą, gdzie dziś znajduje się duży kamieniołom, a wówczas była tu niewielka wieś Granicznik (Markgrund), po której zostało obecnie tylko kilka domów. Stoczona potyczka miała istotne znaczenie militarne, bowiem zmusiła Prusaków do opuszczenia tej części hrabstwa kłodzkiego.
Po bitwie na granicy ustawiono kamień pamiątkowy, który w 1895 roku  zastąpiono nowym pomnikiem. Jego resztki widoczne są do dzisiaj. Przy pomniku odtąd odbywały się rocznicowe obchody kombatanckie, także w okresie międzywojennym.
Turyści podążający tędy uczęszczanym dość często zielonym szlakiem granicznym do Włodowic i Nowej Rudy mogą bez trudu odnaleźć pamiątkowy kamień, lecz nie jest łatwo zorientować się o jego znaczeniu.
Trudno się dziwić, że kamień nie spełnia już obecnie swojej roli, choć dla nas Polaków kampania napoleońska w 1807 roku jest ważna. Przyniosła ona w ostatecznym efekcie odzyskanie niepodległości przynajmniej na skrawku dawnego państwa polskiego, w wyniku utworzenia przez Napoleona Księstwa Warszawskiego.


Podobny do kamienia los spotkał wieś Granicznik położoną malowniczo w Górach Suchych na wysokości 610-650 m. npm. pomiędzy Leszczyńcem, a Słoneczną Kopą. Z jej terenu roztacza się rozległy widok na przeciwległe Góry Sowie. Dziś ten przysiółek  przynależny do wsi Świerki jest wyludniającą się osadą. Pozostało zaledwie kilka domów Nie ma do niej nawet dojazdu utwardzoną drogą. Praktycznie utraciła już swoją nazwę, którą można jeszcze spotkać na szczegółowych mapach tego terenu.
Tę samą nazwę,  Granicznik, nosi jeszcze szczyt góry (801 m. npm.) dobrze znanej turystom pieszym i mieszkańcom Łomnicy, położonej w sąsiedztwie Ruprechtickiego Szpiczaka, a więc na granicy z Czechami.
Wieś Granicznik powstała dość późno w drugiej połowie XVIII wieku, jako kolonia Świerków w dobrach barona von Stillfrieda z Nowej Rudy. Od początku była osadą tkaczy. Na początku mieszkało tu 17 zagrodników, w tym 12 tkaczy. Rozwijała się nadzwyczaj prędko i z początkiem XIX wieku podwoiła swoją liczebność. Wówczas to stała się sceną  potyczki bitewnej, o której wspominam na wstępie. Sama bitwa nie spowodowała  większych zniszczeń i nie zahamowała rozwoju wsi. W 1840 roku liczba domów wzrosła do 40. We wsi była gorzelnia, pracowało też 21 krosien bawełnianych i 15 lnianych, a więc wszyscy mieszkańcy utrzymywali się z tkactwa chałupniczego. Dopiero rozwój przemysłu włókienniczego skutkiem mechanizacji tkalni i przędzalni i uruchomienia dużych fabryk włókienniczych w pobliskiej Nowej Rudzie i Głuszycy pociągnęły za sobą w drugiej połowie XIX wieku zubożenie i wyludnienie wsi.
Po II wojnie światowej i wysiedleniu ostatnich niemieckich gospodarzy wieś opustoszała. Nie było amatorów skłonnych osiedlić się w tej głuszy. Z biegiem czasu uratowało się 6 gospodarstw rolnych, ale nie ma tu korzystnych warunków glebowo-klimatycznych do rozwoju rolnictwa. W miarę upływu czasu wieś Granicznik tak samo jak kamień pamiątkowy przechodzą w zapomnienie.
Dlaczego więc o tym wszystkim piszę? Bo sądzę, że warto o tym wiedzieć. Znacznie lepiej czujemy się na szlaku turystycznym, jeśli wiemy o tym, co spotykamy po drodze jak najwięcej. Dobrze też pamiętać mimo upływu czasu i pielęgnować miejsca, w których historia odegrała swą nieprzeciętną rolę. Zupełnie inaczej spojrzymy na przełęcz pomiędzy Leszczyńcem, a Słoneczną Kopą wiedząc, że jest to miejsce, w którym kwitło nie tak dawno burzliwe życie wiejskie, a w dodatku miejsce to zapisało się na kartach historii.