Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

wtorek, 11 lutego 2014

Książ - oczyma księżnej Daisy


Książ z dalszej perspektywy

urzekająca urodą Daisy
To niewątpliwie interesujące, jak widziała swój nowy dom na Śląsku młoda Angielka, świeżo poślubiona przez niemieckiego arystokratę, Jana Henryka XV z możnego rodu Hochbergów? Jakie wrażenie wywarło na niej monumentalne zamczysko „Fűrstenstein”, zawieszone jak dziupla na wysokiej skale nad urwiskiem, w otoczeniu lasów i gór?
W swej książce-pamiętniku „Lepiej przemilczeć” pisze o tym księżna Daisy, zwana od swej niepospolitej urody Stokrotką, z wyraźną szczerością i godnym podziwu talentem. Zdecydowałem się więc przytoczyć najciekawsze fragmenty z tej książki, mając pełną świadomość, że niewielu Czytelników mojego blogu zdołało do niej dotrzeć. Jestem pewien, że tym sposobem mogę jednakowoż zachęcić do jej przeczytania w całości, a myślę że warto.
Na początek Daisy zwraca na to uwagę, że Anglikowi lub Amerykaninowi trudno byłoby wyobrazić sobie życie jakie Hochbergowie wiedli w „starożytnym” Książu. Zamek należał do rodziny od ponad czterystu lat. Zbudowany na początku XIII wieku przez księcia śląskiego Bolka I, przebudowany w XV, a następnie w XVII wieku w stylu renesansowym, był rozległą budowlą, przekraczającą potrzeby jednej rodziny.
Nie lubię olbrzymich rezydencji – pisze księżna Daisy. Zawsze żywiłam pogardę wobec ograniczonych ludzi, przekonanych, że świat ich zignoruje, jeśli nie będą posiadaczami wielkich domów z całą świtą, etykietą i bezsensownym przepychem. Pod tym względem ja i mój mąż nigdy nie mogliśmy się zgodzić... Według mnie, to że dusza człowieka może być przytłoczona masą zwykłych kamieni, mebli, obrazów i innych bogactw jest rzeczą obrzydliwą i przygnębiającą. Jeśli przekroczona zostanie pewna granica i skromny stopień świetności, to dom przestaje być domem i staje się muzeum”.

Ale mimo wszystko księżna Daisy pokochała to miejsce od razu, bo jak pisze „Śląsk jest śliczną i romantyczną prowincją Niemiec, a piękno jego gór przebijają jedynie Bawarskie Alpy. Masywna grań, na której stoi zamek, zwisa nad głębokim wąwozem. Budynek prawie nieosiągalny z trzech stron, dostępny jest przez most przerzucony nad tą przepaścią”.

Wprawdzie Daisy przyznaje się do tego, że nigdy nie policzyła, ile w nim jest pokoi, ale chyba około sześćset, wie jednakowoż, że z okien każdego z nich rozpościerają się widoki zapierające dech :
Dziki, przestronny krajobraz tej części Śląska jest nie do opisania przepiękny. Może gdy czytelnicy moich pamiętników trafią w nich na jego opisy, docenią go i pokochają na równi ze mną. Wiosną, która przychodzi do wschodniej Europy później, niż gdzie indziej, eksplozja owocowych i innych kwitnących drzew jest oszałamiająco urocza; piękno lata leży w jego przemożnym bogactwie; jesienią lasy śpiewające nutami tysiąca kolorów przenoszą nas do niebios, a zima z kryształowymi drzewami wyskakującymi ze śniegowych pustyni, jest jedną niekończącą się krainą baśni”.

Oprócz podróżowania po świecie jej pasją stały się ogrody. Kreowała je wszędzie, gdzie się znalazła na dłużej. W Książu miała ich kilka, w każdym kwitły kwiaty tylko jednego koloru. Oczywiście Daisy była ich spiritus movens. Wszystkie sama zaprojektowała i czuwała jak dobry duch nad ich ukształtowaniem. Pod wpływem mody na Daleki Wschód nazwała je „Ogrodem Kamy”. Rozległy park otaczający zabudowania zamkowe w miejsce dotychczasowej nazwy „Schwarzengarben”, czyli „czarna mogiła” otrzymał nazwę „Ma Fantaisie”:

Ma Fantaisie” - jak pisze Daisy – zaprojektowana całkowicie przeze mnie i w pełni wyrażająca mojego ducha, była chyba jedną rzeczą w Książu, która należała wyłącznie do mnie. Spędziłam w niej wiele szczęśliwych chwil z dziećmi, rodzicami i wybranymi przyjaciółmi”.

W wydzielonej części parku zbudowała Daisy dla siebie uroczy domek, jak mówią Niemcy „wiejską chatę”. Umeblowała ją starymi dębowymi sprzętami, prostą ceramiką i ulubionymi drobiazgami przywiezionymi z różnych stron świata. To miejsce traktowała Daisy nieomal jak drugi dom. Był dla niej namiastką rodzinnego dworku w Newlands, za którym tęskniła niezmiennie mimo upływu lat. Pełne ciężkich mebli, złoconych sufitów i dekoracji, kryształowych żyrandoli, luster, rzeźb, salony Książa, czy bliźniaczego pałacu w Pszczynie, przytłaczały ją swoim przepychem i obcością. W miarę upływu lat żelazny rytuał dworskiego życia na zamku, ścisłe trzymanie się konwenansu, wspólne posiłki, obowiązkowe dotrzymywanie towarzystwa gościom, od których nie zamykały się pałacowe bramy przez cały boży rok, a poza tym wiele innych niedogodności, to wszystko złożyło się na coraz to silniejszą potrzebę ucieczki z pałacowych salonów na łono natury.
O swoim sekretnym ogrodzie w Książu pisze Daisy z niezwykłą skrupulatnością i pietyzmem jak by to był najcenniejszy skarb:

Po jego obu stronach i na końcu znajdowały się podwójne zielone rabatki, przedzielone pasami krótko przystrzyżonego trawnika, na których pośrodku stały stare zegary słoneczne. Gdzieniegdzie spoza przyciętego żywopłotu z cisów, wyskakiwały rzeźby. Na tyłach najdalszej rabatki posadziłam wszelkiego rodzaju bzy, azalie, złotokapy, wonne jaśminowce, japońskie pigowce, białe i różowe głogi oraz kwitnące drzewa i krzewy...
Z każdego rogu ogrodu wychodziła żwirowa ścieżka zwieńczona kwiecistymi łukami z róż, klematisów i dzikiego wina.
Na końcu ogrodu znajdowała się zielona skarpa, przekształcona później w rosarium, przez całą szerokość której biegły stopnie, albo raczej wąskie tarasy z różami na szczytach i bluszczem na przednich ścianach...
Lubię swój ogród, ponieważ przypomina mi dzieciństwo, a poza tym wiem doskonale, gdzie rośnie w nim każdy kwiatek”.

To oczywiście drobniutki wycinek zachwytów Daisy nad urządzonymi przez siebie ogrodowymi tarasami. W jej książce roi się od artystycznych opisów otaczającej zamek Książ przyrody i górskich krajobrazów, zmieniających się jak w kalejdoskopie w zależności od pory roku:

Stojąc na skale Riesengrab ( czyli Garb Olbrzyma, popularny wśród odwiedzających Książ punkt widokowy), patrząc w dół na dolinę z głębokim wąwozem rzeki, zamkiem z jego migotającymi światłami, mając nad sobą ciemnopurpurowe niebo z księżycem, połyskujący śnieg pod nogami i błyszczące gałęzie nad głową i przy twarzy, czułam się jak Księżniczka z Bajki. Tak zresztą nazywali mnie czasem inni ludzie. Uśmiechałam się wtedy, bo choć byłam młoda, wiedziałam już, że świat przemawia do nas swoim pięknem, ale czyni niewiele, by uratować nas przed samym sobą”.

Bardzo często barwne opisy przyrody lub zdarzeń, relacje z podróży lub z wizyt u wysoko postawionych osób okrasza Daisy różnego rodzaju subiektywnymi refleksjami natury filozoficzno- obyczajowej. Pozwala nam to znacznie lepiej ją poznać i docenić. To jest właśnie specyfika książki-pamiętnika, w której autor jest zarazem jej głównym bohaterem.
Oto na koniec klasyczny przykład takiej refleksji, świadczący o głębokiej nostalgii, która towarzyszyła jej w życiu, a wydawałoby się, że jako osoba mająca wszystko co dusza zapragnie, powinna być bez reszty szczęśliwą:

Życie w Niemczech przyniosło mi wiele radosnych i szczęśliwych przeżyć. Odniosłam tam wielki sukces towarzyski i być może, zrobiłam trochę dobrej roboty politycznej i społecznej. Urodziłam trzech synów. Spędziłam miłe i pogodne chwile z przyjaciółmi i rodziną. Jednakże, nie udało mi się nigdy uciszyć głębokiego bólu emigracji, jaki towarzyszy nieomal wszystkim Anglikom, którym przyszło żyć w obcym kraju. Ma on swoją przyczynę w niezaspokojonej tęsknocie za irlandzkimi moczarami, walijskimi górami i ciężarną ciszą angielskich ogrodów”.

Ten emigracyjny ból nie jest obcy innym narodowościom, znamy go i my Polacy jeśli nie z autopsji, to z literatury, tęsknimy na obczyźnie za tym miejscem, „gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała, gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała”.

Daisy von Pless w dalszych kolejach swego życia, o których nie wspomina w pamiętnikach, bo kończą się one wcześniej, miała okazję doświadczyć na własnej skórze wielu innych bolesnych przeżyć. Nękana nieuleczalną chorobą, opuszczona przez męża, rodzinę, bliskich i znajomych, pozbawiona środków do dostatniego życia, zdruzgotana tragiczną śmiercią najmłodszego syna, wysiedlona z zamku, umiera w samotności w 1943 roku w Wałbrzychu. Nie udało się jej powrócić do rodzinnych pieleszy w dalekiej Walii. Umarła w swojej drugiej ojczyźnie, na Dolnym Śląsku, który jednak jak to widzimy w jej książkach był bliski jej sercu.

niedziela, 9 lutego 2014

Rzecz, której nie wolno przemilczeć


fasada zamku Książ
 Takie odnoszę wrażenie, że nasze wałbrzyskie środowisko kulturalne i dziennikarskie potraktowało zbyt poważnie przesłanie wynikające z tytułu książki Daisy von Pless - „Lepiej przemilczeć”. Wydarzenie, które powinno być gromem z jasnego nieba i wywołać głośne, nieprzebrzmiewające echa, ucichło wkrótce po jego zaistnieniu Nie potrafię sobie tego wytłumaczyć, że tak świetnie wydana, intrygująca i mądra książka, w dodatku rzecz tak ściśle związana z nieodległą historią zamku Książ i jego niezwykłą pierwszą damą, księżną Daisy, stała się podrzędnym egzemplarzem wydawniczym do ułożenia na ozdobnej półce. Trudno sądzić, że została przez wielu nabywców przeczytana od deski do deski, bo wtedy książka wywołałaby żywszą reakcję, skłoniła do podzielenia się wrażeniami, obojętnie jakie by nie były, przyczyniła do szerszego nagłośnienia i promocji. Nie można takiego wydarzenia przemilczeć i przejść spokojnie do porządku dziennego.




księżna Daisy von Pless

Mówię o tym powodowany zachwytem i wzruszeniem wywołanym książką, być może dlatego, że księżna Daisy jest mi bliska już po lekturze pierwszej części jej pamiętnika „Taniec na wulkanie”, a losy zamku-pałacu Hochbergów w Książu interesowały mnie od dawna. A teraz mamy drugą część wciągającą w pompatyczny świat życia wyższych sfer jak bajki z tysiąca i jednej nocy. Ale ten świat jest prawdziwy, realny, a w nim ważą się losy wielu narodów i krajów ówczesnej Europy. Warto dodać, że rodzina Hochbergów była jedną z najbogatszych w ówczesnych Niemczech, a mąż Daisy książę Hans Heinrich XV von Pless, bliskim doradcą i totumfackim cesarza niemieckiego.
Obie części pamiętnika pisanego przez osobę obracającą się w wysokich kręgach wladzy, na dworach monarszych i w najświetniejszych salonach, to wierna kopia tego wszystkiego, co się działo w okresie ćwierćwiecza, przed wybuchem I wojny światowej.



Książka „Lepiej przemilczeć. Prywatne pamiętniki Księżnej Daisy von Pless z lat 1895-1914” przełożona z angielskiego przez Barbarę Borkowy jest dużym osiągnięciem wydawniczym młodej jeszcze Fundacji Księżnej Daisy von Pless, działającej przy zamku Książ. Ukazała się pod koniec 2013 roku, była zaprezentowana na spotkaniach promocyjnych w Książu, pojawiły się o tym wydarzeniu pozytywne informacje i recenzje w lokalnych mediach, a potem sprawa jakby przycichła. A szkoda, bo książka jest niewątpliwie osiągnięciem wydawniczym, do czego przyczynił się wydatnie prezes Fundacji Księżnej Daisy von Pless, a zarazem redaktor prowadzący Mateusz Mykytyszyn wraz z prezesem spółki Zamek Książ, Krzysztofem Urbańskim. Książka dużego formatu w twardej oprawie jest wzbogacona w cenne fotografie i przypisy oraz indeks miejsc i nazwisk jak przystało na solidne opracowanie o charakterze historycznym.
O swojej książce sama Daisy napisała, co następuje:

Jeżeli nie mogę się pochwalić, że żyłam w samym środku wielkich wydarzeń, to z pewnością mogę stwierdzić, że przebywałam w ich orbicie. Dlatego może to, co myślałam i powiedziałam było więcej niż prywatnym zdaniem. Wszyscy żywimy nadzieję lub ułudę, że to, kim jesteśmy i co robimy ma znaczenie. Pragniemy pozostawić po sobie pewien, jakkolwiek skromny, memoriał, który przetrwa próbę czasu i utrzyma o nas pamięć żywą i pachnącą jak kwiat, kiedy nie będzie już na ziemi tych, których znaliśmy i kochaliśmy. Jest to jeden z powodów publikacji mojej następnej książki.”

A jeszcze dalej księżna Daisy von Pless tak oto uzasadnia motywy parafrazy własnego pamiętnika w formie książkowej: Jedną ze znamiennych i niepodważalnych wartości prowadzonego przeze mnie dziennika, którego kartki przewracam, jest możliwość osądzenia samej siebie na podstawie własnego rejestru wydarzeń” .

O walorach książki pisze Barbara Borkowy we wstępie:

„Wraz ze śmiercią wybitnych osób żyjących w tamtych czasach historycy piszący ich biografie odkryli na nowo pamiętniki księżnej Daisy von Pless, znajdując w nich bezcenne źródło informacji. Jej książki dały im i ciągle dostarczają unikalną wiedzę na temat życia i charakteru ich bohaterów, nie mówiąc o możliwościach przytoczenia anegdot i odtworzenia kolorytu epoki o której wszyscy mamy przeświadczenie, że była niepowtarzalną. To że księżna Daisy, będąc naocznym świadkiem tamtych czasów, pozostawiła nam ich bogatą dokumentację, jest chyba największą po niej spuścizną”.

Przemienione w książki pamiętniki Daisy von Pless znajdowały ( zwłaszcza w Anglii) i znajdują czytelników, którzy czytają je jednym tchem. Obok barwnych opisów życia na zamku Książ i w europejskim świecie arystokratycznym niezwykle interesujące okazują się znakomite relacje z podróży po nieomal całym globie, a także ciekawe próbki literackie dotyczące zwłaszcza opisów egzotycznej przyrody.

O swojej pasji podróżniczej pisze Daisy, co następuje:

Moją życiową potrzebą były zawsze podróże. Pragnęłam ich tak bardzo, jak mężczyzna pragnie wina. Uwielbiałam przemieszczanie się na piechotę, koniem, automobilem, samolotem, ale chyba najbardziej statkiem. Ciągle tęskniłam za nieznanymi scenami, ludźmi i przeżyciami...”

Pociągały ją niezwykłe zjawiska przyrody i krajobrazów i to zarówno te wywołujące zachwyt w czasie poznawania wielkiego świata, jak i te w najbliższym otoczeniu Książa:

Lubię swój ogród, ponieważ przypomina mi dzieciństwo, a poza tym wiem doskonale gdzie rośnie w nim każdy kwiatek. Ale ku prawdziwej radości i upojeniu, proszę mi dać przestrzeń i nieskończoność; nie płoty, lecz wolność, w jakiej moje myśli zabłądzą do przepięknych ogrodów wyobraźni”.

„Najbardziej ulubionym artykułem, który napisała w kilka lat po ślubie i przesiedleniu się z rodzinnej Walii do zamku Hochbergów, był „Mój ogród w Książu”, opublikowany w „Księdze Piękna” z 1902 roku. Oto próbka jej talentu literackiego, a zarazem autentyczny dowód bystrej obserwacji i jej podziwu dla piękna przyrody:

Potem przychodziła jesień, z cudownymi odcieniami złota. Każda ściana i każdy balkon pokryte były liśćmi dzikiego wina: żółtymi,purpurowymi i brązowymi, harmonizującymi z czerwienią zachodzącego słońca i pomarszczoną poświatą, jaką rzucało ono na dolinę poniżej. Zamek wyglądał wtedy jak zbudowany ze ścian ognia, z jarzącymi się niczym małe, jasne płomienie oknami”.

A oto próbka refleksji na temat przyrody o charakterze filozoficznym:

Kiedykolwiek żywię jakieś wątpliwości, mam w zwyczaju zwracać się do natury po pomoc i wskazówki i prawie zawsze je tam znajduję. Drzewa i kwiaty mają swoje korzenie głęboko w ziemi, ale żeby przeżyć muszą posiadać własną wrodzoną siłę, bez względu na pochodzenie. Wyskakują z gruntu i natychmiast odwracają się w kierunku słońca po światło i życie tego dnia i tej godziny nie oczekując, że dawne promienie słoneczne, które grzały ich gatunek, będą częścią ich pokarmu.

Przytaczam urywki z książki Daisy von Pless „Lepiej przemilczeć” z cichą nadzieją, że potrafią one zachęcić do jej nabycia i przeczytania znacznie bardziej, niż jakiekolwiek moje osobiste peany. A jest to książka wyjątkowa na naszym lokalnym rynku wydawniczym, bo wciąż mamy za mało książek tak mocno związanych z historią ziemi wałbrzyskiej. I dlatego tej książki nie wolno przemilczeć.

P.S. Książka jest do nabycia na zamku „Książ”.


środa, 5 lutego 2014

Zamiast zapłaty opłaty wpłata kwoty tytułem opłaty


wieża nie do zdobycia


Powracam jeszcze do tematu z ostatniego postu, bowiem mój stały komentator WRC podrzucił mi adres ciekawego artykułu na stronie internetowej „wyborcza. biz”.

Od kilku tygodni w ramach prowadzonej akcji "Polska czyta umowy" przeglądane są urzędnicze knoty przesyłane przez czytelników.  Czytelnicy dzielą się z redakcją ciekawymi zapisami w umowach, narzekając na urzędniczy bełkot.

  Oto jeden z ciekawszych przykładów "czarnego humoru umów".
Czytelniczka z Krakowa przesłała pismo, jakie dostała z Urzędu Miasta. Wyjaśnia ono (ale czy to najlepsze określenie?) zasady dokonywania opłat za wywóz odpadów komunalnych:




Podmiot wpłacający (zwany posłańcem czy wyręczycielem) działa w tym przypadku jako podmiot umocowany do zapłaty zobowiązanego (w sensie technicznym). Podmiot ten nie dokonuje wówczas zapłaty opłaty, lecz wpłaty kwoty tytułem opłaty. Zapłata kwoty opłaty ma w tym przypadku wyłącznie wymiar techniczny".

A dalej czytam na stronie internetowej :

„Mamy jednak i głos z drugiej strony "barykady". Napisała do nas pani Katarzyna, która pracuje w urzędzie i przyznaje, że próby przygotowywania urzędowych pism zgodnie z zasadami zdrowego rozsądku i poprawnej polszczyzny spełzają na niczym. Przełożeni wymagają patosu, archaizmów i skomplikowanych struktur składniowych”.

Przełożeni wymagają języka urzędniczego, zapominając o tym, że został on stworzony tylko przez urzędników i dla urzędników, a nie dla prostego człowieka. Podobnie jest, gdy mamy do czynienia z językiem bankowym. Można z dużą dozą prawdopodobieństwa podejrzewać, że język ten został stworzony po to, by przeciętny klient bankowy nie był w stanie się do reszty zorientować ile faktycznie będzie go kosztowała usługa bankowa i jakie czyhają na niego „haczyki”. Dotyczy to zresztą wielu innych umów, także tych z telekomunikacją lub innymi świadczeniodawcami usług w gospodarstwie domowym.
Wciąż rodzi się więc pytanie, czy w naszym kraju istnieje siła, które jest w stanie wyeliminować te perfidne praktyki urzędnicze z naszego codziennego życia ?


niedziela, 2 lutego 2014

Bajkowy świat RP


żyję w wolnym kraju

A teraz zdecydowałem się trochę ponarzekać, ale przecież nie można dalej biernie przechodzić obok zjawisk, które staja się nagminne i potrafią coraz dotkliwiej uprzykrzyć nasze codzienne bytowanie.

W połowie stycznia nowego 2014 roku otrzymałem z PGNiG plik pism urzędowych, które postanowiłem, jak to w dawnej szkole uczono, przeczytać ze zrozumieniem. Z pierwszego z nich udało mi się wywnioskować, że uległy zmianie postanowienia „ogólnych warunków umowy kompleksowej dostarczania paliwa gazowego” i że nastąpiło to z dniem 1 listopada 2013 roku. Jeżeli w terminie 14 dni nie złożę wypowiedzenia umowy, to znaczy że godzę się na jej obowiązywanie już od dnia 1 listopada ubiegłego roku.
Następne pismo informuje mnie, że Prezes Urzędu Regulacji Energetyki wprowadził zmiany w taryfie dla paliw gazowych, a dalej są podane numery i daty trzech decyzji Prezesa w tej sprawie z września i października 2013 roku.
Kolejny druczek drobniutkim pismem zawiera nowe taryfy w zakresie dostarczania paliw gazowych, z których normalny śmiertelnik nie zrozumie nic, jeśli nie wie, w jakich znajduje się grupach taryfowych i z jaką stawką akcyzy, czy jest odbiorcą gazu ziemnego wysokometanowego, czy zaazotowanego, czy gazu propan – butan rozprężonego, czy propan-butan powietrza.
Na koniec PGNiG załącza czterostronicowy druczek ogólnych warunków umowy kompleksowej do stosowania z dniem 1 listopada 2013, druczek tak drobniutki, że jego odcyfrowanie wymaga zastosowania dobrej lupy nie mówiąc o zdrowych nerwach. Te nerwy, to z tego powodu, że zrozumienie czegokolwiek jest możliwe jedynie przez porównanie nowej umowy ze starą, a na to trzeba spokoju i czasu, jeśli w ogóle stara umowa zachowała się w domu.
Podejrzewam, że podobne pliki urzędowe otrzymali wszyscy inni odbiorcy gazu i to w tym samym terminie – w połowie stycznia br., czyli w dwa miesiące po terminie wprowadzenia nowej taryfy w życie. Ciekaw jestem jak wielu z nich potrafiło się zorientować w wydawałoby się najprostszej sprawie, o ile wzrosła cena za użytkowany gaz w ich domu lub zakładzie i co się jeszcze zmieniło w przepisach w porównaniu do dotychczasowej sytuacji. Ja w każdym razie nie dowiedziałem się tego. Może dowiem się dopiero wtedy, gdy otrzymam rachunki. Niestety, rachunki, to kolejna czarna magia, rzecz do rozszyfrowania tylko dla stałych odbiorców. Rzadki wyjątek stanowi moja żona, która śledzi to od paru lat i okazuje się, że coś z nich potrafi wydedukować.
Ale to jeszcze nie wszystko. Czytam ten straszliwy bełkot urzędowy i nadziwić się nie mogę, że wszystko to odbywa się w pozornie cywilizowanym kraju europejskim, w drugiej dekadzie XXI wieku. Wiem od osób mieszkających w różnych krajach na świecie, że jednak nigdzie nie jest tak, by nie można było zrozumieć faktur za gaz i za prąd, i nie wiedzieć ile i za co się płaci. Wszelkie zmiany wprowadzane są ze znacznym wyprzedzeniem Jedyne miejsce, gdzie jest inaczej, to Polska!!!
PGNiG daje mi szansę na 14-dniowe wypowiedzenie umowy i oświadcza, że oznacza to zaprzestanie świadczenia usług przez PGNiG SA po upływie terminu wypowiedzenia. Oczywiście monopolista nie jest skłonny poinformować, co w takiej sytuacji można zrobić, czy są inni dostawcy lub inne możliwości, czy ludzie biedni mogą się jakoś ratować przed utratą dostępu do tak ważnego nośnika energii jak gaz. Ale przecież zanim wypowiem umowę, muszę wiedzieć o ile wzrosła cena gazu i czy będę w stanie z niego korzystać dalej czy nie. Muszę więc czekać na rachunek. A rachunek uwzględni nowe ceny od 1 listopada 2013 roku, bo przecież wcześniej nie wypowiedziałem umowy. To jest istna pułapka, błędne koło, idem per idem !

Przesłany przez PGNiG plik pism dla zwykłego odbiorcy to klasyczna tabula raza, normalny śmiertelnik nie wiele z tego zrozumie. Do takiego odbiorcy wystarczyło napisać, o ile wzrosła cena gazu w porównaniu do ceny dotychczasowej i jakich rachunków może się teraz spodziewać oraz co robić by się ratować, jeśli nowa cena przekroczy możliwości finansowe odbiorcy. Niestety, takie luksusy przekraczają ramy kultury urzędniczej w naszym systemie, w którym chlubą większości urzędów jest system jakości ISSO. Koń by się uśmiał, gdyby był w stanie pojąć skalę naszych nonsensów.
Podobne sytuacje jak ta w opisywanym przeze mnie przypadku są u nas w kraju nagminne i dotyczą wielu innych instytucji. Z takim samym sposobem załatwiania interesantów spotykamy się w urzędach, sądach, bankach, telekomunikacji, telefonii komórkowej, w rachunkach za energię elektryczną, wodę, wywóz nieczystości, itp. A ile kłopotów mają u nas podatnicy przy corocznym wypełnianiu PIT-ów ?
Jakże nudny byłby świat, gdyby przepisy były jasne, proste i przejrzyste, gdyby nikt nie musiał korzystać z usług doradców prawnych czy podatkowych, gdyby nie było potrzeby ani nikomu nie chciało się w żaden sposób kombinować jak te przepisy obejść, gdyby nie trzeba było wystawiać osobno prognozy, osobno wyliczenia faktycznego zużycia, osobno faktury, osobno potwierdzenia zapłaty, osobno potwierdzenia wykonania usługi czy dostarczenia towaru... Nie mielibyśmy wtedy komfortu oglądania w „Polsacie” audycji „Państwo w państwie” i wielu innych podobnych audycji w radiu i telewizji.
Tak, to prawda. Są tacy, dla których ten zawoalowany świat administracyjnej fikcji jest konieczny, by w nim robić dobre interesy. Po co zaprzątać sobie głowę szarym człowiekiem, a zwłaszcza martwić się tym, czy on coś zrozumie. Tak czy owak zapłaci, bo jest postawiony pod ścianą. A jak nie chce, to nie musi. Żyjemy w wolnym kraju. Każdy ma prawo wyboru, czy chce mieć dostęp do gazu, czy nie.
Jestem człowiekiem „starej daty”, dlatego pamiętam „mroczne” czasy PRL-u. Przynajmniej w rachunkach za energię, wodę, telefony, czynsze mieszkaniowe, podatki, nie było takich sytuacji stresowych jak obecnie. Ale pozwólcie, że ja to między bajki włożę.
Dziś zamiast bajki mamy science fikcion, stąd też wiadomo, że nasz najwyższy organ władzy państwowej - Sejm i tak nie zajmie się sprawami, które nękają prostych ludzi, bo jego najważniejszym problemem są teraz zbliżające się wybory. Trzeba więc wyruszyć w Polskę i potencjalnym wyborcom, obiecać któryś tam raz z kolei: kochani, jak my dojdziemy do władzy, to wszystkie urzędy zaczną mówić ludzkim głosem. Wyobraźmy sobie pismo z PGNiG, napisane ludzkim głosem. To jest możliwe ale chyba w świecie fantasmagorii !



środa, 29 stycznia 2014

Samorządna gmina - humoreska o Głuszycy


co się może mieścić w stawie ?

Po całej gminie gruchnęła wieść mrożąca krew w żyłach i rozniosła się lotem błyskawicy. Pani burmistrz odkopała w leśnym stawie prawdziwy arsenał poniemieckiej broni i niewypałów. W ostatniej chwili pod koniec wojny zrzutu do stawu dokonały straże zakładowe „EMK”-i , by ukryć broń przed zbliżającymi się do miasta radzieckimi oddziałami. Potrzeba było prawie 70 lat, aby ten potencjał ujrzał znów światło dzienne.

W przekazywanej z ust do ust plotce była mowa o tym, że pani burmistrz znalazła wreszcie prawdziwy oręż by skarcić organizatorów kolejnych już dwóch referendów gminnych o jej odwołanie ze stanowiska burmistrza. Referenda się nie powiodły, bo za każdym razem nie było do końca wiadomo, kto za nimi stoi. Była mowa, że stoi część radnych, ale listy komitetów referendalnych tego nie potwierdzały. Głównym opozycjonistą miał być przewodniczący rady, ale gdy zbliżały się referenda w niego jakby piorun trzasł. Wszystkie agitki wyborcze podpisywał kto inny. Wieść gminna głosiła, że są to tylko teatralne kukiełki, a za sznurki pociąga doświadczony inspicjent. W domyśle – były burmistrz, który utracił władzę w mieście. Teraz ma sporo czasu więc jeździ sobie po mieście wierzchem na koniu i ma ten komfort, że na wszystkich może nadal patrzeć z góry.
Jak dotąd do urn wyborczych przychodziła niespełna połowa uprawnionych do głosowania i to wtedy, gdy były to wybory ogólnokrajowe. Trudno się dziwić, że głuszyckie referenda zostały olane i za każdym razem brakowało wymaganej liczby głosujących, decydującej o ich ważności. Gdyby jeszcze była pewność, kto będzie następcą i czy będzie lepszy. Gdyby ten odważny się ujawnił, gdyby spotkał się z potencjalnymi wyborcami i obiecał im „gruszki na wierzbie”. Może wtedy dali by się skusić. Niestety, brakło odwagi by zagłosować na kRechę.

Ale dobrze zrobił, że się nie ujawnił, teraz nie musi trząść portkami. Pani burmistrz ma atrybut władzy – arsenał broni. Jest władna czynić to, co monarcha absolutny, czyli wystrychnąć radnych na dudka. Niech sobie uchwalają co chcą, a decyzje i tak należą do niej. Jak będzie trzeba, to zastawi całą gminę w parabanku. Kredyty wykorzysta na niezbędne wydatki, a komornik niech spróbuje jaki to miód – licytacja wierzytelności. Sprzedać gminę zadłużoną po uszy - koń by się uśmiał !

Niemieccy porządkowi nie mogli przewidzieć takiego biegu zdarzeń, że ich potencjał zbrojny utopiony w stawie może się jeszcze komuś przydać. A już zupełnie nie zdawali sobie sprawy z tego, że może posłużyć kiedyś w celach politycznych.

Najważniejszym w polityce mieć intuicję. To dzięki niej pani burmistrz zgłębiła wiedzę o stawie. A mówi ona, że kto się stawia, może być wystawiony - do wiatru!

Fot. Ania Błaszczyk

wtorek, 28 stycznia 2014

To wszystko przez El Nino


tegoroczna zima

Na jednej ze stron internetowych przeczytałem informację, która zburzyła mój pogodny nastrój.
Cieszyłem się dotąd, że zima jest tak łaskawa, nie nęka nas obfitymi opadami śniegu i syberyjskimi mrozami. Myślałem sobie, to dobrze dla wielu ludzi, którzy z trudem wiążą koniec z końcem, bo będą mogli zaoszczędzić na opale i łatwiej im będzie radzić sobie z utrzymaniem rodziny. Zjawisko cieplejszej zimy tłumaczyłem najprościej. To skutek globalnego ocieplenia ziemi. Ale autor internetowego newsa okazał się bardziej dociekliwy ode mnie. Poszedł tropem najnowszych odkryć naukowych, a więc wydawało się, że wyjaśni w sposób rzeczowy, co się wokół nas dzieje. Niestety, jego deliberacje wzbudziły tylko mój niepokój, potwierdzając po raz któryś tezę o zupełnej nieprzewidywalności zjawisk przyrody. A oto kwintesencja dociekań dziennikarza:

Wiemy już skąd się biorą anomalie pogody występujące na całym świecie, a zwłaszcza w Australii i Indonezji (susze), w Peru i Ekwadorze (powodzie), ale także ekstremalne zdarzenia pogodowe w Europie i w Polsce. Sprawca tak ciepłej zimy jak u nas w tym roku to - El Nino.
Odkrywcą tego niezwykłego zjawiska jest naukowiec chińskiego pochodzenia dr Wenju Cai, z australijskiego Instytutu Morskiego i Atmosferycznego w Hobart, autor publikacji zamieszczonej w najnowszym numerze „Nature Climate Change”. Jego zdaniem El Nino, to skutek globalnego ocieplenia, o czym mówi się obecnie na całym świecie, a skutki tego zjawiska mają bezpośredni wpływ na zmiany w pogodzie. Ale w swej pracy naukowej stara się opisać bardziej szczegółowo mechanizmy wpływające bezpośrednio na zmiany klimatyczne. Co to jest, to tajemnicze El Nino?

El Nino, to po prostu zahamowanie „upwellingu”, czyli pompowania zimnych wód z dna oceanu ku górze, co powoduje gwałtowne zmiany kierunku przypływów prądów morskich, które przemieszczają się z Oceanii ku Ameryce Południowej.
Potem następuje efekt domina. Jedne masy powietrza wpływają na drugie, w związku z czym pogoda przez cały sezon zaczyna się zmieniać na całym świecie. Największy wpływ "El Nino" posiada zimą na Kanadę i południowo-wschodnią Azję, gdzie robi się nadzwyczaj ciepło. Zimno jest natomiast na południu Stanów Zjednoczonych, gdzie z kolei zwykle temperatury nawet o tej porze roku są dość wysokie. To nawet kilkustopniowe różnice.
Wpływ El Nino na pogodę w Europie nie jest tak wielki, ale naukowcy są aktualnie skłonni sądzić, że istnieje i jest zauważalny. Ponieważ niegdyś anomalia pojawiała się zaledwie co około 10 lat, nie dopatrywano się w niej seryjności i nie uznawano za kluczową. Sytuacja jednak się zmieniła i "dzieciątko" gościmy coraz częściej. Jaki wpływ ma na zimową pogodę w Polsce?
Tego chyba nie trzeba w tym roku opisywać, zwłaszcza u nas na Dolnym Śląsku. Tak ciepłej zimy już dawno nie było, chociaż zima 1997/1998 była niezwykle ciepła, a luty był o prawie pięć stopni cieplejszy niż zwykle w Polsce. Tak było choćby w sezonie 2006/2007, kiedy zima w naszym kraju pokazała swoje najłagodniejsze oblicze. Z drugiej strony podczas znacznie słabszego "El Nino" podczas zimy 2009/2010, było u nas dość chłodno, nawet jak na zimę. Pełnej pewności nigdy w takich sytuacjach mieć nie będziemy, ale wnioski Caia i jego współpracowników mogą sugerować, że coraz częściej w Polsce będziemy mieli do czynienia z zimami bardzo ciepłymi.

Tymczasem klimatolodzy i meteorolodzy wciąż mają poważny problem z możliwością przewidywania tych anomalii. Jest to możliwe zaledwie na kilka miesięcy przed ich wystąpieniem. Cai podejrzewa jednak, że kolejny "El Nino" może być jeszcze silniejszy. A w ogóle możemy liczyć się z pojawieniem się La Nina, które działa zupełnie odwrotnie. Niestety, „nie ma spokoju pod oliwkami”, a odkrycia Caia dają pole do rozsnuwania przed naszymi oczyma ekstremalnych wizji pogodowych, co niewątpliwie ucieszy naszych bezkonkurencyjnych prezenterów pogodowych.

Już sobie wyobrażam telewizyjnego „Krecika” jak z rozpostartymi ramionami kreuje przed naszymi oczyma zderzenia prądów morskich na dalekim oceanie i stara się przerażającą mimiką twarzy wyrazić, co z tego wyniknie. A niezwykle sugestywna „pogodynka” telewizyjnej stacji „Super” pojawia się w stroju bikini i w seksownym tańcu disco polo na tle mapy pogodowej świata uzmysławia nam dlaczego w najbliższej przyszłości będziemy zimą ubierać się tak jak ona, by udać się z nartami na stoki pokryte igelitem.
I co by nie powiedzieć, to dzięki naszym telewizyjnym kabareciarzom pogodowym wszelkiego rodzaju kataklizmy klimatyczne El Nino lub La Nina staną się mniej groźne i nie wpłyną zbyt destrukcyjnie na naszą psychikę.


poniedziałek, 27 stycznia 2014

Stąd można Wałbrzych pooglądać z góry


Jest wiele takich miejsc, z których można nasz Wałbrzych pooglądać z góry. Myślę że nie tylko na osobach wrażliwych na piękno krajobrazów górskich, rozciągające się w dole skupisko miejskie , otoczone zewsząd wierzchołkami gór, zrobi duże wrażenie. Wałbrzych jest jednym z najpiękniej położonych w górach miast w Polsce. Znane powszechnie w Wałbrzychu są takie miejsca widokowe, jak Chełmiec, Wzgórze Giedymina, czy Ptasia Kopa. Ale Wałbrzych możemy pooglądać z góry w miejscach, niekoniecznie wymagających wspinaczki górskiej. Takich włąśnie miejsc znajdziemy sporo w jednej z najstarszych dzielnic Wałbrzych. Nosi ona nazwę - Podgórze.

To bardzo charakterystyczna dzielnica Wałbrzycha. Utopiona w bujnej przyrodzie leśnej, otoczona górskimi krajobrazami jakich mógłby jej pozazdrościć niejeden góral z Podhala, jest nie tylko najwyżej położona częścią Wałbrzycha, ale też spełniającą ważną rolę gospodarczą i mieszkalną.
Otwiera Wałbrzych od południa zajmując górny odcinek doliny Pełcznicy, zwanej też czasami Ogorzelcem. Leży na wysokości 475-540 m. n.p.m. po obu stronach rzeki, która nieopodal pod Rybnickim Grzbietem rozpoczyna swój podziemny bieg. Tu i ówdzie spotykamy się z inną nazwą dzielnicy – Podzamcze, później ograniczającą się do części południowej od strony Nowego Dworu. Urzędowo dla całej dzielnicy funkcjonuje jednak nazwa Podgórze. Otaczają Podgórze najwyższe szczyty Gór Wałbrzyskich, od wschodu – Borowa z Wołowcem i Dłużyną, a nieco bliżej Niedźwiadki, od południowego – wschodu Zamkowa Góra z ruinami średniowiecznego zamku Nowy Dwór, od południowego-zachodu Barbarka i Gliniczek.
Całkiem na południe sąsiadują z Podgórzem dawne wsie, obecnie włączone do miasta, Glinik Stary i Glinik Nowy. Razem stanowią południową bramę do „rajskiego dziedzictwa ułudy” jaką jest niezwykłe miasto Wałbrzych.

Osią komunikacyjną dzielnicy jest ulica Niepodległości, z którą łączy się świeżo wyasfaltowana ulica Świdnicka. Warto tu obejrzeć ciekawe architektonicznie wielomieszkaniowe budynki w stylu włoskim, w tzw. Dolinie Szwajcarskiej. Nie mniejsze zainteresowanie budzi górnicze osiedle domków jednorodzinnych na zboczach górskich, wkomponowane w poszycie leśne Niedźwiadków. To najbardziej urokliwa część Podgórza, szczególnie majestatyczna, gdy jest oglądana z oddali. Blaskiem nowoczesności uderza Osiedle Kolorowe od strony Rusinowej, kompleks jedno i wielorodzinnych domów mieszkalnych z zapleczem handlowo-usługowym.
Na terenie Podgórza znajduje się Dworzec Główny PKP, nie tak dawno jeszcze spełniający newralgiczną rolę w komunikacji miejskiej. Biegnie tędy linia kolejowa z Wrocławia do Jeleniej Góry, a jej boczny odcinek z najdłuższym w Polsce tunelem pod Małym Wołowcem (1600 m. długości) do Jedliny-Zdroju i Kłodzka.

Tradycja wiąże Podgórze z dawnym grodem na Zamkowej Górze. On to przyczynił się do powstania wsi, najprawdopodobniej równie starej jak pobliski Leśny Gród (Waldenburg). Znaczący rozwój Podgórza miał miejsce w XV wieku, zwłaszcza, gdy w 1426 roku właścicielem Nowego Dworu i niżej położonej wsi stał się protoplasta rodu Czettritzów, Hans von Libenthal. Wprawdzie i gród i podegrodzie zostały spalone w czasie wojen husyckich, ale uratował się położony nieco niżej folwark, którym zarządzał Sigmunt von Czettritz. Pozostali członkowie rodu przenieśli się do rozwijającego się Waldenburga, gdzie zakupili włości i rozpoczęli budowę dużego folwarku z pałacem (dzisiejszy pałac Czettritzów przy ul. Zamkowej).
Podgórze rozrastało się w miarę spokojnie jako wieś rolnicza, stając się z biegiem czasu ośrodkiem tkactwa chłupniczego. W 1649 roku von Czettritz podjął eksploatację węgla kamiennego na zboczach Niedźwiadków. Węgiel wydobywano wówczas metodą powierzchniową. W 1765 roku we wsi mieszkało 9 kmieci, 65 zagrodników, 38 chałupników i 30 rzemieślników. Nie była to wieś ani duża, ani zamożna. Ok. połowy XVIII wieku powstała kopalnia węgla „Ernestine” w rejonie dzisiejszego dworca kolejowego. Była własnością Czettritzów, przeżywała momenty wzlotów i upadków. Dalszy rozwój wsi miał miejsce w pierwszej połowie XIX wieku. Przybyło sporo nowych domów, a obok tego szkoła ewangelicka, szpital-przytułek, bielnik, młyn wodny, tartak, folusz płócienniczy. Do wsi należał Nowy Dwór, Dolina Szwajcarska, i Heinrichsgrund (w półn. części wsi). W 1840 roku powstała nowa kopalnia „Melchior”, połączona w 1909 roku z dawną kopalnią „Ernestine”. W 1867 roku dotarła tu linia kolejowa ze Szczawienka, przedłużona następnie do Jeleniej Góry. Umożliwiała ona wywóz dużych ilości węgla nie tylko z Podgórza, ale z licznych już wtedy kopalni Sobięcina i Gaju. W 1880 roku uruchomiona została wyjątkowo atrakcyjna linia kolejowa do Kłodzka, z trzema tunelami i licznymi wiaduktami, znaczące osiągnięcie budownictwa kolejowego w całej Rzeszy. Miało to duże znaczenie gospodarcze, ale także dla rozwoju turystyki zarówno Podgórza jak i całego Wałbrzycha. Bardzo ważną stała się wówczas stacja kolejowa na Podgórzu, stąd też wybudowano nowoczesny dworzec kolejowy, uchodzący z początkiem XX wieku za największy w Sudetach.
Na przełomie XIX i XX wieku Podgórze należało do najszybciej rozwijających się osiedli w gminie Wałbrzych. Choć liczyło ponad 15 tysięcy mieszkańców, nadal było wsią. W 1899 do Podgórza dotarła linia tramwajowa z Wałbrzycha, co było pierwszym sygnałem bliskich związków z rozwijającym się miastem. W obręb Podgórza włączona została w 1920 roku Dolina Szwajcarska, a nieco później część Gaju, obecnie Glinik Stary, by w 1934 roku włączyć całe Podgórze do Wałbrzycha. Już wcześniej w 1928 roku tutejsza kopalnia „Kulmitz”weszła w skład wałbrzyskiego koncernu „Niederschleisiche Bergabeu”. Po 1945 roku kopalnię przemianowano na „Mieszko”. A w 1964 połączono z KWK „Bolesław Chrobry”, tworząc KWK „Wałbrzych”.Na terenie Podgórza wybudowano nowy szyb „Staszic”.
Obok górnictwa rozwinęły się inne gałęzie przemysłu. W pobliżu centrum Wałbrzycha powstały Zakłady Przemysłu Lniarskiego, przekształcone na Fabrykę Wkładów Odzieżowych „Camela”.

Po likwidacji kopalń węgla i znacznym ograniczeniu transportu kolejowego gospodarcze znaczenie Podgórza znacznie podupadło. Jest Podgórze nadal pięknie położoną i urozmaiconą dzielnicą mieszkaniową i jest ważną częścią wielkiego Wałbrzycha.