Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

piątek, 23 grudnia 2016

Wiara czyni cuda



Wprawdzie miałem się nie odzywać  aż po świętach, ale  po niepokojących wieściach o postawie naszych hierarchów, oderwanych chyba od rzeczywistości i zupełnie zagubionych w interpretacji słowa Bożego zawartego w Biblii ( passus z księdzem prof. Alfredem Wierzbickim z lubelskiego KUL-u) przypomnę wierszyk napisany przeze mnie z okazji nominacji  papieża Franciszka w stolicy Piotrowej:


Śpiew motyli

tu w  biskupim pałacu jest moje królestwo
a przez okno się ścieli dal sina
dobrze jest patrzeć z góry
mieć świat u stóp niepodległy
a jednak przecież zawisły
niezdolny ulecieć w przestworza
dobrze jest być motylem

zawieszony w strzelistej framudze
rozpościeram skrzydełka motyle
było nie było polecę
bo czuję tak mocne jak nigdy
fizyczne przyciąganie ziemi
wiem, ona chce mnie przygarnąć,
przyroda umiera bez motyli

to nic, że tu jest mój azyl
siedzę sobie jak władca na tronie
pełzające po ziemi robaczki
zadzierają do góry głowy,
by się kornie mogły pokłonić
nie potrafią oderwać oczu
od mozaiki motylich kolorów

nie, nie mogę już dłużej czekać
czuję -  nadeszła pora
prosto z Rzymu od motyla Franciszka
dość bujania w obłokach pychy
zadufania w swej omnipotencji
gdy na dole zagubione kwiaty
oczekują, by je zapylić

wiem że mogę
motylem jestem !


Pomarzyłem sobie w świątecznej aurze o idei, choć wiem, że marzenia o tym, że hierarchowie  będą zdolni zbliżyć się do ludu, zacząć mówić ich językiem, potraktować jak  równorzędnych partnerów, wznieść się ponad podziały partyjne, nie dzielić wiernych na kategorie lepszego i gorszego sortu, to tak samo, jak śpiew motyla. Trzeba czekać na cud. Mówią, że wiara czyni cuda !

Fot. Zbigniew Dawidowicz

czwartek, 22 grudnia 2016

W święta jest dobry czas na wspomnienia




Od czasu do czasu odwiedzam opolską wieś, gdzie spędziłem lata dzieciństwa. Tam znajdują się groby  moich rodziców. Mam też niezwykle gościnną rodzinę, z którą miło się spotkać. Owa wieś  Trzeboszowice, ongiś gromadzka, a nawet gminna, znajduje się w pobliżu Jeziora Otmuchowskiego. Dziś należy do gminy Paczków, a mogła by też  należeć do Otmuchowa,  w obie strony jest ta sama odległość - 7 kilometrów.

Do Paczkowa jeździłem rowerem po skończeniu podstawówki, bo tam zostałem uczniem Zasadniczej Szkoły Metalowej. Tak, tak, to nie żarty. Zanosiło się, że pochodzę tam dwa lata i będę miał w ręku zawód ślusarza lub tokarza. Szkoła mieściła się w budynku położonym nieco wyżej od słynnego gotyckiego kościoła-twierdzy, umiejscowionego obok murów obronnych miasta. Ale po roku nauki w tej szkole na wakacjach pojechałem do rodziny w mieście moich urodzin -  Starym Sączu, a tam znalazłem miejsce w liceum pedagogicznym.

Ale dziś chcę napisać o bliskich mi miasteczkach z czasów dzieciństwa na Opolszczyźnie

Paczków to stare, zabytkowe miasteczko, „śląskie Carcassonne”, jak to pięknie określa się w przewodnikach. Zachował się w nim nie tylko średniowieczny rynek z ratuszem i pokaźną częścią murów obronnych z 19 basztami i 3 wieżyczkami, ale też klasyczny układ centrum miasta z ulicami równolegle prowadzącymi na wszystkie cztery strony świata. Jest w Paczkowie wiele zabytków i wiele innych atrakcji turystycznych. Od mojego kuzyna, konserwatora zabytków z Legnicy, dowiedziałem się o rewelacyjnym muzeum techniki gazowniczej w Paczkowie, ze wskazaniem, aby je koniecznie odwiedzić. Warto tutaj przyjechać i zatrzymać się na dłużej.

Szkołę w Paczkowie wspominam z sentymentem i wzruszeniem. Zimą zamieszkałem nawet tam na stałe w internacie. To było dobre przetarcie się przed późniejszą burzliwą karierą szkolną, kiedy to po roku doświadczenia postanowiłem zostać jednak nauczycielem. Nie rozwijam już dalej tego wątku biograficznego, bo nie jest celem mojego postu. Wspomnę tylko, że uczyłem się w trzech liceach pedagogicznych  -  w Starym Sączu (rok), w Brzegu nad Odrą (trzy lata) i w Limanowej (rok), akurat objął mnie pięcioletni cykl nauczania. Pokochałem wszystkie miasta, gdzie dane mi było się znaleźć w szkole i w internacie.

Do grona moich bliskich miasteczek należy też Otmuchów. Tam miałem okazję pracować rok czasu jako nauczyciel, ale nie w samym Otmuchowie, lecz obok we wsi o historycznej nazwie – Maciejowice. Było to po drugiej stronie jeziora, nad którym leży moja rodzinna wieś. Gdyby funkcjonowała przeprawa wodna, to do Maciejowic mógłbym codziennie dopływać do pracy. A tak mieszkałem na pięterku w maleńkiej szkole w Maciejowicach, a w Otmuchowie robiłem zakupy. Miałem okazję poznać zabytki tego miasteczka, ciekawy architektonicznie ratusz w rynku z unikatowym zegarem słonecznym, majestatycznie położony barokowy kościół Św. Mikołaja, a w pobliżu muzeum w starym zamku biskupim. Otmuchów słynie również  z atrakcyjnej bazy rekreacyjnej nad jeziorem oraz corocznie organizowanego na początku lata święta kwiatów.

Dziś obydwa miasteczka, Paczków i Otmuchów, to prawdziwe perełki w bogatym sznurze korali miejskich uroczej Opolszczyzny. Może nie jest to oficjalne, ale takie się odnosi wrażenie, że od dawna rywalizują ze sobą w rozwoju gospodarczym i w promocji turystycznej. Efekty tego są widoczne. To miasta niezwykle urocze, atrakcyjne i budzące podziw. Naprawdę warto je bliżej poznać, choć trudno powiedzieć, które z nich jest ładniejsze. Ja nie potrafiłbym dokonać takiego wyboru.

Darzę szczerym sentymentem Opolszczyznę, krainę moich lat dzieciństwa i młodości.  Stanowi ona wzór gospodarności i dbałości o czystość i estetykę. Widoczne to jest na każdym kroku. Każdą nieomal wsią na Opolszczyźnie można się zachwycić. Parę z nich bliżej Opola cieszy się sławą w całej Polsce, to wsie bogate, zadbane, uderzające pięknem ukwieconych zabudowań gospodarskich. W wielu z nich pielęgnowane są tradycje z czasów przedwojennych. Niewątpliwie to żywioł autochtoniczny, niemiecki, wywierał wpływ na taki, a nie inny charakter życia wiejskiego. Tak było już w PRL-u, a dziś to prawdziwy Zachód.

Kocham moją obecną „małą ojczyznę”  -  region wałbrzyski, zachwycam się krajobrazami górskimi, dostrzegam piękno zabytków architektonicznych i historycznych. Dowodów tego nie trzeba daleko szukać. Temu celowi służy od samego początku cały mój blog. Ale dziś pod wpływem nowych impulsów i reminiscencji zachęcam bardzo gorąco na wycieczkę nad Jezioro Otmuchowskie i zwiedzenie Paczkowa i Otmuchowa. Okaże się niezawodnie, że małe też może być piękne.






wtorek, 20 grudnia 2016

Z życzeniami świątecznymi !



Z okazji nadchodzących świąt wszystkim Czytelnikom dedykuję wigilijną apostrofę napisaną w formie białego wiersza z należytą powagą lecz także z odrobiną humoru :

Wigilia, to rzecz święta…

Wydawałoby się nic wielkiego,
ludowy zwyczaj, tradycja,
ludzie lubią świętować,
 uciekać od szarego dnia.
Ale tego wieczoru
nic nie zastąpi,
nawet gdybyśmy mieli nadzwyczajne powody,
by świętować kiedy indziej.

Wydawałoby się  -  zwykła choinka,
pachnąca żywicą, strojna gąszczem tysięcy zielonych igieł,
a to co na niej zawisło,
to czysta poezja
w formie wizualnej,
tylko nad nią  trzeba umieć się pochylić,

Choinka jest poezją samą w sobie, nawet ta nie ustrojona.
Proszę to zdanie podkreślić wężykiem.

A przecież choinka, to nie wszystko,
to dopiero preludium,
pomijam to co umieszczą Aniołki pod choinką.

Takiego unisono, które nastąpi,
gdy na niebie zaświeci gwiazdka betlejemska,
gdy na świeżutkiej bieli obrusa
pachnącej wciąż bukietem Vanish
zapłonie świeczka, a wokół niej pojawi się to,
co  elokwentni mieszczanie nazywają zastawą stołową,
srebrne sztućce, porcelanowe filiżanki,
a na koniec pachnąca barszczykiem waza.

To od razu zrobi się gorąco na sercu…

Na Wigilijnym stole,
na bieluchnym obrusie
pięknie ułożone w strojną harmonijkę
uśmiechają się do nas święcone  opłatki,
takie sobie śmieszne kartoniki,
okazuje się, że  jadalne…

Gdyby wieczór Wigilijny
na tym się zaczynał i kończył -
dzielimy się opłatkiem i idziemy do domu,
wiadomo,  poszlibyśmy z butami do nieba.

Ale my jesteśmy próżni,
więc zwyczajnie zaczyna się uczta,
ma swoją wdzięczną nazwę  - Wigilijna !

To przecież normalne.
człowiek jak sobie dobrze podje,
staje się religijnym,
a nasza tradycja nie pozwala
zamknąć się na jednym daniu,
jeśli jest ich dwanaście
znajdujemy się blisko nieba,
tam gdzie biesiaduje dwunastu Apostołów…

Jesteśmy całkiem w porządku,
spożywamy postne dania,
tylko na masełku, oleju,
broń Boże wieprzowiny,
jak najwięcej kapusty, grochu,
oczywiście, koniecznie karpia,
a do tego
kompot z suszonych śliwek,
no i na deser - domowe wypieki,
a kto by  coś takiego zaserwował normalnie
w powszedni dzień do obiadu?

To się zdarza tylko raz  w roku
w Wigilię


Pytam się dlaczego?

Odpowiedź jest prosta:
Wigilia, to rzecz święta !



I co by tu jeszcze wymyślić, by życzenia świąteczne składane w moim blogu  nie były zwyczajne, tuzinkowe. W jaki sposób przekonać adresatów, że płyną one z głębi serca i mieszczą w sobie to, co wydaje się nadawcy życzeń najlepsze. Myślę nad tym, myślę i myślę, i nic nadzwyczajnego nie udało mi się wymyślić.

Nie zrezygnuję jednak z utartych formułek: szczęścia, zdrowia, pomyślności, radosnych, wesołych, rozmodlonych, rozkolędowanych, pełnych czułości i miłości, Świąt Bożego Narodzenia.

Moje życzenia to zarazem żarliwa nadzieja, że w ten wieczór wigilijny, kiedy dzieją się istne cuda, zwierzęta mówią ludzkim głosem, a rzewne melodie kolęd rozpływają się jak ambrozja pod dachami domostw, że  wtedy właśnie zmięknie serce każdego Polaka i przynajmniej tego wieczoru wszystkie żale, pretensje, złorzeczenia ustąpią miejsca miłości, współczuciu i zrozumieniu.

Może Gwiazdor okaże się tak wspaniałomyślny i podrzuci pod choinkę to, co w dzisiejszej rzeczywistości okazuje się prawdziwym Eldorado. Nie powinno zresztą być inaczej. Chociaż półki z wszelkiego rodzaju zabawkami i słodyczami zostały już od św. Mikołaja poważnie nadwyrężone, to jednak skutkiem niegasnącej eksplozji zagranicznych marketów i naszego rodzimego rynku coś odpowiadającego stanowi umysłów i serc moich Czytelników na pewne się znajdzie.

A wtedy wraz z wszystkimi współbiesiadnikami przy świątecznym stole z ochotą zanucimy:

„Już się ono spełniło, co się po nocach śniło,
wesoło śpiewajcie, chwałę Panu dajcie,
hej kolęda, kolęda !

Wszystkim moim wspaniałym Czytelnikom, bliskim i dalszym , przyjaciołom, sąsiadom, znajomym, członkom Rodziny i współmieszkańcom naszej urzekającej ziemi wałbrzyskiej, tradycyjnie życzę – Wesołych Świąt !

 Fot. Zbigniew Dawidowicz

niedziela, 18 grudnia 2016

Coś dla ducha (i dla ucha) !




Niestety, czas jest nieubłagany, pędzi do przodu. Przecież to dopiero połowa grudnia. Wyglądam rano przez okno, a tu bielutko jak rok temu – zimą. No i mamy kolejny śnieg, zwiastun nadchodzącej pory roku nie dla zmarzluchów. Na szczęście jest niedziela, najgorszy dzień tygodnia, bo przecież jutro  wielu z nas musi iść do pracy.

Niedziela od zawsze nastraja mnie melancholijnie. Myślę, że warto w takim dniu napisać coś od serca dla ducha. A jeśli tak, to oczywiście o poezji. Przypomina mi się co napisał w tytułowym wierszu „Poezja i prawda” poeta międzywojenny, Mieczysław Jastrun:

Poezja, aby była sobą,
Musi dialog toczyć z prawdą.
A może jedną jest osobą,
Piękną i nieco starodawną?
Nie jest dla tych, co myśleć nie chcą
(Dla nich gotowe słońca dnieją),
I nie poddaje się pochlebcom,
I nie wybacza kaznodziejom.

To bardzo mądra strofa, dobrze świadcząca o idealistycznym widzeniu celu twórczości poetyckiej. Nawiązał do niej w stylu epickiej gawędy Mickiewiczowskiej nasz wybitny poeta współczesny, laureat nagrody Nobla, Czesław Miłosz w poemacie p.t. „Toast”:

W służbie polskiej poezji żyć postanowiłem
Choćby przyszło mi zostać nieznaczącym pyłem
Na tej górze, skąd idą nieśmiertelne błyski,
Trudniej, myślę ją zdobyć, niż paszport brytyjski.
A poezja jest prawdą. I kto ją obedrze
Z prawdy, niech jej kupuje trumnę kutą w srebrze…

Niechaj ciebie nie zmylą częstochowskie rymy:
Od nas także zależy, co w dziełach widzimy,
Zauważ mój rysunek. Umiem jedną kreską
Stworzyć kraj, miasto, potop czy panią Wiśniewską,
Bo z odkryć moich mistrzów wyciągnąłem wnioski,
Tylko do tego służy mi rym częstochowski,
Jak o poranku w górach, kiedy mgła się przetrze
I na radosne, jasne wyglądasz powietrze.
Tak wchodzisz w nowy wiersz mój, może nie ognisty,
Ale ostry, dobitny, krystalicznie czysty.
I będę go używać, chociaż oleodruk
W godność społecznej sztuki znów dzisiaj się oblókł (…)

A jeszcze w innym poemacie „Traktat poetycki” Czesław Miłosz napisał:

Mowa rodzinna niechaj będzie prosta,
Ażeby każdy, kto usłyszy słowo,
Widział jabłonie, rzekę, zakręt drogi,
Tak jak się widzi w letniej błyskawicy(…)

Właśnie, o to chodzi, by pisać prostym, zrozumiałym językiem, by wiersz, słowo pisane były jasne, czytelne, ale także piękne. To co się dzieje w naszej literaturze przekracza często wszelkie normy ideowe, logiczne i estetyczne. Młodopolskie hasło „sztuka dla sztuki” wciąż jeszcze święci triumfy w egzaltowanym świecie twórców, którzy zapominają, że pisanie ma tylko wtedy sens, gdy znajduje uznanie wielu odbiorców, a nie tylko wybranych elit.
I to właśnie taką poezją, bądź też prozą artystyczną, prostą i zrozumiałą, będę od czasu starał się zainteresować i zachęcić do jej poznania Czytelników mojego blogu.

Ale dziś na koniec klasyczny passus sztuki wierszowanej, która wywołuje zdumienie  i stanowi klasyczny przykład tego, do czego potrafił doprowadzić misternie zorganizowany, wszechogarniający, zbudowany na sprawdzonych wzorach radzieckiej propagandy komunistycznej mechanizm kultu jednostki Aż się nie chce wierzyć, że jego sukcesorem jest poeta, którego cenię i podziwiam, oczywiście za to co napisał wcześniej. Póki co nie zdradzę jego nazwiska:

Do Narodu Radzieckiego

Ludzi wielkich – nic nie uchroni
Przed poezją historii, legendą.
Już za życia zapowiedź im dzwoni
O tej pieśni, co śpiewać im będą.
Dzisiaj – cisi, strudzeni i skromni
W prozie życia pogrążeni szarej,
Ale tli się już płomyk potomny,
Co wybuchnie błękitnym pożarem...

I już tli się, czekając, ta łuna
Legend przyszłych o Wiośnie, o Wschodzie,
I zakwitniesz, zakwitniesz na strunach,
Twórco ery, radziecki narodzie!
Wieki dadzą ci rangę bajeczną,
Epos – jakąś wszechludzką Bylinę,
Z Rewolucją, krasawicą wieczną,
Z wiecznie żywym herosem Stalinem.

(1950 – Julian Tuwim)

Czy możemy mieć jakiekolwiek wątpliwości, że idee Lenina lub Stalina są wiecznie żywe. Przecież nikt nie powinien mieć wątpliwości, że naród radziecki wciąż jest żywy, aktywny i twórczy, a  Putin jest nieodrodnym dzieckiem wodzów Rewolucji Październikowej.

Czy możemy wątpić w to, że mamy równie ludzi wielkich, a  nasz patriarcha PRL-u, krzewiciel prawa i sprawiedliwości, o którym już poeci piszą nie mniej wiekopomne strofy jest tego doskonałym odzwierciedleniem. Okazuje się, że  mamy u nas w Polsce  nieodrodnych  spadkobierców tow. Wiesława. Póki co wprawdzie  nie targnęli się oni jeszcze na zamknięcie teatrów, które nie są zgodne z linią rządzących (chociaż już coś takiego ma miejsce we Wrocławiu), ale to tylko dlatego, że trzeba rozpocząć od meritum: zakneblować wymiar sprawiedliwości, w dalszej kolejności media publiczne, a potem zrobić czystkę polityczną. Początek miał miejsce w symbolicznym dniu – 13 grudnia. Eksmisja opozycji parlamentarnej i wolnych mediów. Początek został zrobiony.  Nieoficjalny stan wojenny. Ciąg dalszy nastąpi.

Póki co za Julianem Tuwimem kończę mój post parafrazą fragmentu jego wiersza „Ex Oriente”:


 Synowie Rewolucji! O sercach Trzech Wodzów najmędrszych,
( w domyśle – Jaruś , Andrzejek i Beata)
Co nas wywiedli na słońce z ciemnoty, krzywdy i jaskiń  - śpiewam
( w domyśle – Polska w ruinie)
Wznoszę tę pieśń, jak puchar: za Naród  jedyny wśród Narodów!
 ( Polska czysta etnicznie)
 O Tobie, wschodzie słońca, o tobie, słońce Wschodu – śpiewam!
( w domyśle – Jarosław Wielki Odnowiciel)

Bądź naszą Jutrznką Swobody, 

Zachód to mrok nocy, Wschód, to świt syberyjskich rozkoszy .

Myślimy Jarosław, a w domyśle - Słońce Wschodu !
Prowadź nas. W imię Świętego Rydzyka  - Amen !

Jak się okazuje poezja nie zawsze toczy dialog z prawdą i niż zawsze jest w stanie obronić się przed pochlebstwem, nie mówiąc o nie uleganiu wpływom kaznodziejów. Poezję tworzą ludzie tak samo ułomni  jak każdy z nas, ale mają ten komfort, że potrafią robić to pięknie.

Myślę, że nie odbiegam od reguły i tą końcową apostrofą  zyskałem sobie względy moich Czytelników, bo starałem się to zrobić  super estetycznie, po bożemu i patriotycznie.

Intrygujące push-pull !




Dziś przed nadchodzącymi świętami nie mam sumienia zadręczać moich wiernych Czytelników rozważaniami o starym i budzącym coraz większy niepokój nowym roku. Jak to już często mi się trafia w niedzielę proponuję coś lżejszego, tym razem nawet zabawniejszego, ze świata poezji. Ale poezji wziętej z życia. Przeczytajcie co niezwykłego udało mi się napisać dawno, dawno temu na cześć pewnej uroczej białogłowy:

Ty jesteś

Ty jesteś vox naura, vox Dei,
lotny obłok sięgający nieba,
dym kadzielny pachnący mirrą,
marsz Mozarta grany pianissimo.

Ty jesteś żelazna sprężyna,
gwałt odciskasz w dwójnasób,
nie dajesz się uformować zewnętrznie,
nie pozwalasz uścisnąć bez wzajemności.

Ty jesteś awionetką w hangarze,
mgłą, ulotną efemerydą,
która zawsze może ulecieć,
miejsca dłużej nie zagrzeje.

Ty jesteś góralską ciupagą,
lśnisz tandetnym połyskiem pozoru,
tam gdzie szukam naturalnej gładkości,
szczerzy zęby szorstkość rękojeści.

Ty jesteś głaz pustynny w tropiku,
promieniujesz energią odbitą,
każde z tobą mimowolne zetknięcie,
wabi głębią gorącego Edenu.

Ty jesteś  -   Salwatore Dali,
przezabawny mariaż purenonsensów.

Cóż dziwnego, że razem jesteśmy
układ przeciwsobny  -  push pull !


Napisałem ten wierszyk dla zabawy, by zabłysnąć swoją elokwencją.. Było to oczywiście przed laty. Spodziewałem się, że od podmiotu lirycznego tego przekornego tekściku mogę dostać po uszach. Jego adresatka miała rzeczywiście kwaśną minę, ale zachowała należyty dystans. Powiedziała, że mógłbym pisać jaśniej o co chodzi. Nie zapytała nawet, co oznacza owe push pull.  A po jakimś czasie moje dzieło sztuki poszło do szuflady. Traf chciał, że odgrzebałem je przypadkiem. Dziś ze zdumieniem odkrywam zadziwiającą trafność tych metafor. Przeżyliśmy razem szmat czasu. Jak to się stało, że ten „układ przeciwsobny” wytrzymał wszystkie próby i funkcjonuje nadal. Chyba to skutek praw fizyki, która głosi, że bieguny przeciwstawne się przyciągają. I to jest dobrze, że na tym Bożym świecie wszyscy podlegamy żelaznym prawom natury. Chyba, że są wyjątki, ale to tylko po to, by potwierdzać regułę.

P.S. W słowniku wyrazów obcych,  push-pull  -  od angielskiego push - popychać i pull -  ciągnąć, elektr. – układ przeciwsobny, układ dwóch połówek uzwojenia połączonych w taki sposób, że powstałe w obwodzie zakłócenia znoszą się wzajemnie.

I wszystko jasne! Znosimy się wzajemnie. Dlatego jesteśmy. Miłego weekendu, zwłaszcza wszystkim push-pullom!


Fot. Zbigniew Dawidowicz