Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

piątek, 24 czerwca 2016

Okruchy wspomnień

Statys - myśliciel

Pozwolę sobie dzisiaj na zwierzenia bardzo osobiste, ale myślę że sam wątek biograficzny nie jest tu najważniejszy, lecz wypływające z niego wnioski. A ponadto mam nadzieję, że tym sposobem zyskam jeszcze większą sympatię moich Czytelników.

Przeglądając stary numer „Literatury” z lutego 2000 roku (parę numerów z tego roku udało mi się przechować z uwagi, że było to początek nowego stulecia) natknąłem na wiersz „Rada starego jogina” Łukasza Nicpana, wiersz,  który natchnął mnie do wspomnień z dzieciństwa.

Oto pełny  tekst wiersza:

Tak w telewizji radził stary jogin:
jeśli chcesz dożyć sędziwego wieku
jeszcze raz przeżyj jeden dzień z dzieciństwa
godzinę po godzinie, minutę po minucie
odgrzebując spod gruzu wspomnień

wytężam pamięć, opuszczam powieki
przygasa światło w lożach półkul obu
cichnie dyskretne kasłanie lektorów
w czyjejś lornetce ćmi połysk ostatni
następnie ciemność z wolna się rozjaśnia

rozwibrowawszy mydliny w miednicy
babka z rozmachem w gąszcz pokrzyw je chluśnie
pokrzywy zasyczą się pianą w szeleście –
i na tym scena nagle się urywa

co było dalej?
co było na obiad?
prażuchy?
zupa ta czy może tamta?

nic nie pamiętam
tylko te mydliny
i szelest pokrzyw

nie dożyję setki

Wytężam pamięć. Usiłuję przywołać obrazy z dzieciństwa. Inny poeta, Tymoteusz Karpowicz, nazwał je pięknie  -  powidoki. Niestety, znalazły się już teraz za podwójną zasłoną. Jedna zasłona to upływ lat, wielu dziesiątków lat, druga, to zużycie pamięci. Obie działają jak gruba kurtyna, której nie można ruszyć.
Ale przy wzmożonym wysiłku coś tam się wyłania.

To piękna, duża wieś na Ziemiach Odzyskanych. Nasz dom murowany, prawie że nowy, obok stodoła, obora, a za nimi ogród z drzewkami owocowymi, krzewami porzeczek i agrestu, grządkami warzyw i kwiatów. Ten powidok jest całkiem wyraźny, namacalny, nie uległ degresji czasu. Mam przed oczyma wieś nad rzeką i pola, i łąki, i pobliski lasek z boiskiem sportowym, gdzie kopaliśmy piłkę.

Moje wspomnienia, zdaję sobie z tego sprawę, są na dzisiejsze czasy tak anachroniczne, że aż wstyd o nich mówić. Jeśli  powiem, że do pierwszej klasy szkoły powszechnej w mojej wsi poszedłem „uzbrojony” w tabliczkę ebonitową do pisania i specjalny rysik, to oczywiście nikt w to nie uwierzy. A moje okruchy wspomnień wskazują, że pełny kałamarz i obsadkę z metalowym piórkiem użytkowałem dopiero w klasie trzeciej. Podłogi w szkole były pokryte tak zwanym pyłochłonem, czyli były wymoszczone czarną mazią. Wchłaniała ona nie tylko kurz, ale była też odporna na rozlewany dość obficie atrament, cieknący strumykami z dębowych ław szkolnych. Na przerwach graliśmy na podwórku „szmacianką”, czyli imitacją piłki zrobionej z mocno związanej szmaty. W ogóle prawdziwa piłka skórzana była moim niedościgłym marzeniem. Skończyłem szkołę powszechną i dalej marzyłem o tym, że może kiedyś uda mi się zaimponować kolegom prawdziwą piłką. W szkole średniej było już lepiej, bo mogliśmy na „wuefie” i na zajęciach sportowych grać prawdziwymi piłkami.

Pognaliśmy niewyobrażalnie daleko do przodu. Dziś sześciolatki idą do szkoły też z tabliczkami, tylko one noszą nazwę tablety. Zamiast „Elementarza” Falskiego MEN powinien umieścić w Internecie pierwszą książkę do nauczania informatyki. A w ogóle nasza szkoła w porównaniu do postępów techniki na Zachodzie jest tak samo zacofana jak ta tuż po wojnie, nawet jeśli to było na Ziemiach Zachodnich. 
 
Takie jak wyżej wspomnienia budzą nie tylko zdziwienie, ale i nieufność. On to chyba wymyślił, praczłowiek, nie z tego wieku. Ileż on może mieć lat, chyba ze sto, albo i więcej. Nie, nie mam jeszcze setki i jej nie osiągnę. Przecież z  cytowanego powyżej wiersza wiem już co powiedział jogin. Niestety, nie pamiętam szczegółów ani jednego całego dnia z dzieciństwa. Tylko wyrywki. 

Ale ponieważ nie pamiętam, więc przestaję się martwić tym, że nie dożyję setki. Życie bez pamięci to wegetacja. Nie chcę wegetować. Zresztą nie mam w tej sprawie nic do gadania. Będzie to, co będzie.

Moim sędziwym słuchaczom proponuje jednak, próbujcie odświeżać swoje wspomnienia z minionych lat. Nie poddawajcie się upływowi czasu i zamieraniu pamięci. Zróbcie taki test – jeden, dwa, trzy zapamiętane od początku do końca dni z dzieciństwa. Jeśli się uda, to będziecie mieli pozytywne poczucie, że jeszcze sporo lat życia przed wami. A jeśli to się działo tutaj, u nas, na ziemi wałbrzyskiej, dajcie sygnał do powiatu i  bądźcie pewni, odwiedzi was Łukasz Kazek. Ten sympatyczny entuzjasta z Walimia potrzebuje „eksponatów” do muzeum mówionego powiatu wałbrzyskiego. Podzielcie się z nim swymi wspomnieniami, utrwalicie je na taśmie. To bardzo ludzkie, nobilitujące. Pomyślcie, jeszcze za życia i już w muzeum. Miłych wspomnień i satysfakcji po spotkaniu z  interlokutorem !

czwartek, 23 czerwca 2016

Nie ma kobiety bez torebki

Statys - w gąszczu


Dla odprężenia i w związku z tym, że mamy za oknem prawdziwe lato dziś proponuję coś lżejszego, choć nie obniża to wagi i znaczenia poruszonej kwestii.

Każda z Pań nosi w torebce średnio ok. 3 kg rozmaitych przedmiotów. Według statystyk, opublikowanych przez portale Vintage Shop i Gazeta.pl, w damskiej torebce najczęściej można znaleźć: portfel (88% kobiet), błyszczyk (73%), klucze (71%) i telefon komórkowy (także 71%). Zaglądając głębiej do kobiecych torebek, możemy tam znaleźć całe mnóstwo bezcennych (choć niekoniecznie użytecznych) przedmiotów. Oprócz wyżej wymienionych mogą się w niej znaleźć: chusteczki, kremy do rąk, papierosy, książki lub czasopisma, okulary słoneczne… kobiety noszą też rajstopy, igłę z nitką, tic-taki, hipopotamka z niespodzianką znalezionego u swojego chłopaka w ogródku, scyzoryk, szyszkę, kwitki z kasy, bibułki matujące, kasztan na szczęście, parasolkę, latającą luzem kartę na aerobik, ulotki, tampony, podpaski, perfumy, kalkulator, gumy do żucia, spinki, otwieracz do butelek, słodycze, centymetr krawiecki, sporo zapisanych karteczek, bilety, mniejszą torebkę, zapałki, także gdy nie palą, a nawet… samochodowy odmrażacz do zamków… w środku lata!

Ogłaszam konkurs. Co jeszcze? Fantazja kobiet jest przecież nieograniczona, podobnie jak objętość damskiej torebki, zwłaszcza jeśli będzie ona pochodziła z odpowiedniej firmy, np. Burberry. Nazw i adresów firm – szukaj w Allegro. Powodzenia!

Wczoraj zadzwonił do mnie mój znakomity kolega XY (nie mogę zdradzić personaliów, bo nie chcę go zdekonspirować) i powiedział, że dotąd wobec damskich torebek wykazywał absolutne desinteressement. Ale ostatnio przejrzał na oczy i dostrzega w tej materii nowe pole doświadczalnych analiz.
Otóż torebka damska może nam powiedzieć o wiele więcej o kobiecie, która znajduje się w sferze naszych zainteresowań niż najlepsza jej koleżanka. Z jednej strony torebka jako dzieło artystyczne o niewątpliwych znamionach sztuki stosowanej, świadczy o wrażliwości artystycznej, gustach  i upodobaniach właścicielki,  z drugiej zawartość torebki bez wątpienia rzuca światło na  wykształcenie, inteligencję i cechy osobowe jej posiadaczki. A gdy się  w nią  z czułością zagłębić  (mowa oczywiście o torebce), poddać szczegółowej analizie każdy znaleziony w niej detal, wiedza o charakterze, temperamencie, światopoglądzie dyspozytorki torebki, jej stanowisku wobec życia seksualnego przed i po małżeńskiego, do aborcji i swobody dysponowania miękkimi twardymi narkotykami jest kompletna i niepodważalna.

Mając na uwadze nieuchronną w czasach dzisiejszych potrzebę ratowania naszej, totalnie dyskryminowanej płci męskiej, która staje się coraz bardziej zabawką w rękach zarażonych ideą zachodniej emancypacji kobiet (czytaj – gender), sprawa staje się nader poważna, stanowi swego rodzaju odkrycie egzystencjalne.

Otóż w czym tkwi sens. – kontynuuje swój wywód mój znajomy. On tkwi w bezkrytycznie spontanicznym i najczęściej wyłącznie zmysłowym podejmowaniu decyzji małżeńskich przez samców. Zanim zdążą oni poznać dogłębnie i obiektywnie swą samiczkę, zorientować się o jej autentycznych walorach ideowych, umysłowych, charakterologicznych, a nie tylko czysto fizycznych, najczęściej jest już za późno. A tymczasem, okazuje się, że była taka możliwość, ba, konieczność, by rozgryźć doszczętnie ten owoc, zanim zapuścimy w jego miąższ  przedniojęzykowo-zębową część szczęki i damy się ponieść zmysłom.

Jaka to możliwość. Oczywiście  -  gruntowna penetracja jej torebki. Tylko tym sposobem jesteśmy w stanie przekonać się eksperymentalnie o faktycznych walorach przyszłej, ewentualnej udziałowczyni naszego związku. W jej torebce tkwi sedno dalszego zgodnego współżycia bez fałszu i obłudy, bez podejrzeń, sekretów, wykrętów.

W ten oto sposób ukazuje się mężczyźnie nowa jakość konieczna do poznania u kobiety  - jej torebka. Chcesz poznać dogłębnie miłość swego życia  - poznaj jej torebkę. Ona powie ci wszystko.

Wziąłem sobie do serca ten niewątpliwie super logiczny i odkrywczy dezyderat. Zrozumiałem, że popełniłem błąd w moim życiu, nie interesując się w ogóle torebkami mojej żony, a wcześniej narzeczonej. Być może poznałbym prawdę o jej osobowości już na samym początku i miał jasność sytuacji, a tak robię to już prawie pięćdziesiąt lat i wciąż jestem u progu poznania.  Zdecydowałem więc wziąć się za jej torebkę. W pierwszej chwili wydawało mi się, że nie dało mi to nic. Znalazłem w niej tylko portmonetkę, klucze do domu, torebki foliowe, papierowe chusteczki i to wszystko. Pytam więc, czemu nie nosisz w torebce tak jak inne kobiety obfitości różnego rodzaju drobiazgów (wymieniłem kilkanaście z nich), a ona odpowiedziała: A gdzieżbym wtedy wkładała drobne zakupy z „Biedronki”. Oni tam nie dają torebek foliowych, tak jak w Auchan w Wałbrzychu?

Okazuje się, że nie tylko w torebce, ale w tej odpowiedzi tkwi cała istota mojej żony. Otóż jest to kobieta praktyczna, wiedząca czego chce, traktująca przedmioty codziennego użytku pragmatycznie, a nie efekciarsko. W jej torebce liczy się objętość, wytrzymałość, wielofunkcyjność. Ważne jest by dobrze służyła w wypełnianiu jej rodzinnego obowiązku – robienia i przynoszenia do domu zakupów. Szkoda, że tamta stara torebka już się wysłużyła i trzeba było ją dać w odstawkę, ale gdyby tak policzyć, zmierzyć i zważyć ilość towarów przytaszczonych w niej do domu, samochód ciężarowy , ba, nawet „tir” byłby za mały. I gdy sobie to wszystko uprzytomniłem, zrobiło mi się bardzo żal mojej żony. Chętnie bym jej kupił  na „gwiazdkę” nowoczesny, desingerski detal firmy Burberry, gdyby nie to, że mogła by mnie z tym cackiem odesłać do „wszystkich diabłów”. Ale żona już się urządziła, kupiła na targu dwie nowe pakowne torby, na wszelki wypadek, gdyby jedna „puściła”, to w pogotowiu będzie druga. Przecież wiadomo  -  nie ma kobiety bez torebki.

To wszystko co napisałem o torebce, to zasługa Beaty Laskowskiej, mojej dobrej znajomej z Jedliny-Zdroju. W porannym facebooku znalazłem obrazek damskiej torebki z pełnym wyposażeniem. Nosi on tytuł „Wróciłem z „Żabki” i zawiera bardzo słuszną przestrogę, że do kobiety trzeba dzwonić dwa razy, raz by znalazła komórkę w torebce, a drugi by odebrała telefon.
Myślę, że w większości przypadków trzeba to robić kilkakrotnie.

wtorek, 21 czerwca 2016

Cudze chwalicie...



„Każda ulica w mieście ma swój biogram –  tym ciekawszy, im bardziej przyprószony szronem czasu.
Królową ulic wałbrzyskich jest Aleja Wyzwolenia. Prawdziwa rusałka poczęta w toni wodnej. Baśń przemieniona w rzeczywistość. Arteria ruchliwa, gwarna, wesoła. Od wschodu wspiera tę Aleję masyw góry Parkowej o stromych zboczach i ostrych załomach, pięknym drzewostanie i walorach spacerowych. Ta pryncypialna ulica to jedyny w kraju „bulwar pod reglami” zdobiący miasto przemysłowe wymodelowane w skalistych parowach i roztańczonych jarach.

Jeden grzbiet przylegającego masywu zwał się kiedyś górą Szubieniczną, od miejsce straceń przestępców. Dziś patrzy z niej na Stare Miasto, rozpiętrzone w sercu kotliny, słoneczna Harcówka, popularna gospoda turystyczna o wystroju śląskim, usadowiona na skraju urwiska w roku 1911. Warto stąd objąć wzrokiem panoramę niecki węglowej, dymiącej bez wytchnienia – i dalekie tło wieńca gór.

Aleja Wyzwolenia była w swym zaraniu podmokłym pastwiskiem, kwietną łąką – towarzyszką Pełcznicy i dwóch kapryśnych jej odgałęzień, miejscem bielenia lnu, międlenia konopi, z brodzikiem dla dzieci i kumkaniem żab, dopóki potok górski o klarownej wodzie i obfitujący w smaczne pstrągi nie został ujęty przed wiekiem w murowany kanał i zasklepiony. Teraz pieni się ze złości i bulgocze pod ziemia, czarny jak smoła, wynurzając się z kazamatów po ostrym zakręcie grunwaldzkim i biorąc kurs na Stary Zdrój, gdzie przed laty – jeszcze czyściutki jak łza – odświeżał staw zdrojowy z gondolami dla kuracjuszy”.


To tylko drobniutki, miniaturowy skrawek przecudownie napisanej książeczki „Wałbrzych i jego zabytki”, wydanej w 1974 roku przez Wałbrzyskie Towarzystwo Kultury z okazji Dni Ziemi Wałbrzyskiej – IX Dni H. Wieniawskiego. Autorem tekstu jest Dr Alfons Szyperski.

Książka sprawia wrażenie zeszytu w skromnej okładce z kilkoma czarno-białymi fotografiami, liczy sobie 85 stron pożółkłych z uwagi na jakość papieru i dwie części: Profil Aglomeracji i Dobra Kultury Materialnej.
Niech te tytuły nikogo nie odstraszą bo książka pisana jest prostym, a zarazem pięknym, literackim językiem, zawiera mnóstwo interesujących informacji historycznych i współczesnych o samym mieście i powiecie, o tradycjach kopalnianych węgla kamiennego i innych zasobów górskich, no i o walorach turystyczno-kulturalnych.

Jest to książeczka tak napisana, że czyta się ją z zapartym tchem i wypiekami na twarzy. Dopiero po jej przeczytaniu można powiedzieć, że coś wiemy o Wałbrzychu, naszym niezwykłym, tajemniczym i magicznym mieście. 

Zastanawiam się w ilu domach wałbrzyskich znajduje się ta książeczka, kto ją miał chociażby raz w ręce, kto się nią zachwycił tak ja? A gdybyśmy zapytali w szkołach, kto z nauczycieli i uczniów słyszał o Alfonsie Szyperskim?

Znamy wszyscy tę rymowankę: cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie. Że jest to mądra sentencja przekonuję się coraz częściej obserwując  to, co się dzieje w życiu intelektualnym i kulturalnym Wałbrzycha. W ubiegłym roku minęło 70 lat, odkąd Wałbrzych stał się polskim miastem. Czy to jest dużo, czy mało, można mieć o tym różne zdania. Tak czy owak możemy już mówić o polskiej historii miasta. Gdyby znalazł się taki historyk, który podjąłby się trudu napisania historii współczesnej Wałbrzycha, miałby już sporo do napisania. Biblioteka „Pod Atlantami” dysponuje niezliczoną ilością materiałów źródłowych. W tej historii odkrylibyśmy nazwiska wielu ludzi autentycznie zasłużonych dla miasta, o których mówi się dziś bardzo niewiele lub wcale. Pamięć ludzka jest ulotna. Pamięci trzeba pomagać. Nie zrobimy tego milczeniem. A takich ludzi, którzy wiele jeszcze pamiętają jest coraz mniej. 

W mieście dominują młode pokolenia. O tym co się działo w minionym 70-leciu wielu z nich chciałoby się dowiedzieć, ale nie ma skąd. Jeśli o to nie zadbamy będzie to niedobrze  świadczyło o nas samych i naszych następcach.

Dzieje się wiele dobrego w Książu. Historyczna rezydencja byłych właścicieli miasta Wałbrzycha, magnackiego rodu Hochbergów, w ostatnich latach odzyskała swój blask, została uratowana dla turystyki i dla rozwoju życia kulturalnego ziemi wałbrzyskiej. Znakomitą działalność prowadzi Fundacja Księżnej Daisy von Pless przyczyniając  się do popularyzacji zasług  „dobrego ducha” pałacu, ale także do wzbogacenia zamku w utracone w czasie wojny i powojennym dobra kulturalne. Pozytywnym skutkiem inwencji i zapału twórczego Zarządu Fundacji stało się to, że Wałbrzych w osobie księżnej Daisy zyskał patrona, coś w rodzaju wzorca ideowego, będącego pozytywnym symbolem niemieckiej przeszłości zamku i miasta. Nie mam żadnej wątpliwości, że księżna Daisy, Angielka z pochodzenia, na to zasługuje. Cenię ją sobie wysoko jako autorkę pamiętników, które po sobie zostawiła. Miałem okazję wiele razy o tym mówić i pisać w lokalnych mediach, także w mojej książce „Wałbrzyskie powaby”.

Może właśnie dlatego odczuwam wstyd, że odchodzą w zapomnienie liczni Wałbrzyszanie i ich zasługi dla rozwoju życia społecznego i kulturalnego miasta. Brakuje pomysłów i inicjatyw by dokonać takiego przeglądu, zebrać to wszystko w formie wydawniczej, chociażby tak jak to ma miejsce w albumie „Twórcy Partnerstwa Sowiogórskiego”, o którym pisałem swego czasu w moim blogu. Należałoby się zastanowić, czy nie byłoby dobrze wznowić kilka książek Dr. Alfonsa Szyperskiego, zasłużonego dla Szczawna-Zdroju, ale i dla Wałbrzycha. Jego książki to prawdziwe klejnoty literackie i skarbnica wiedzy z przeszłości i współczesności, które już dzisiaj z uwagi na upływ czasu od ich wydania stały się historyczne. A gdyby tak udało się utworzyć Fundację DR Alfonsa Szyperskiego. Myślę, że byłby to nie gorszy bohater od Księżnej Daisy, bo jeden z pierwszych miłośników i gloryfikatorów naszej ziemi wałbrzyskiej.

Spróbujmy dokonać takiego remanentu byśmy sami wiedzieli, co posiadamy, zanim zaczniemy chwalić cudze.



poniedziałek, 20 czerwca 2016

Rowerem przez świat

Marek (z prawej) i Dominik - rowerzyści z Knurowa

„Jeszcze tam kiedyś wrócę,
którąś jesienią w listopadzie,
gdy buki liście gubią,
gdy mgła na łąkach się kładzie.

Jeszcze tam kiedyś wrócę,
choćby ostatni raz
zobaczyć taką jesień,
jakiej nie zatarł czas…”

Tak pisał w tomiku wierszy „Łowienie czasu” Marek Juszczak, który „za chlebem” powędrował z Głuszycy na Górny Śląsk, zachowując w sercu tęsknotę do swej ziemi rodzinnej. I od kilku lat dotrzymuje słowa, powraca do nas corocznie na poetyckie spotkania z młodzieżą szkolną dla której jest wzorem patrioty lokalnego.

Ale obok pisania wierszy Marek Juszczak ma jeszcze drugą pasję. Pisałem już o niej swego czasu w moim blogu relacjonując jego wyprawy rowerowe po całej Europie. A ponieważ zbliża się lato, a u Marka nic się nie zmieniło i planuje kolejną wędrówkę, warto więc powrócić do tego tematu.

Rower to jeden z najtańszych środków lokomocji. Nieco tańsze są własne nogi. Wiadomo jednak, że na nogach możemy przemierzyć dziennie znacznie mniejsze odległości. Rowerem można więcej, można śmiało wyruszyć w daleką podróż, ale do tego trzeba spełnić dwa warunki. To musi być dobry rower i doświadczony, dobrze przygotowany fizycznie, odporny na stresy rowerzysta.

Były sztygar kopalni „Szczygłowice” w Knurowie, Marek Juszczak, wraz ze swym kolegą z pracy Dominikiem, przygotowują się do wakacyjnej wyprawy po świecie przez kilka tygodni. Najpierw podejmują decyzję co do wyboru trasy, a następnie ślęcząc nad mapą i przewodnikami turystycznymi sporządzają szczegółowy harmonogram podróży. Ważnym jest by wiedzieć gdzie się jedzie, co można po drodze zobaczyć, gdzie można rozbić biwak, a gdzie trzeba będzie korzystać z pomocy dobrych ludzi. Przydatna jest znajomość języka angielskiego, ale nie jest to konieczne, bo najczęściej trzeba się dogadywać na migi z ludźmi znającymi tylko swój język.

Dla dwójki rowerzystów, którzy zaliczyli już kilka dalekich i długotrwałych letnich eskapad, m. in. na Bałkanach, na wyspie Bornholm, na Biegunie Północnym tegoroczna wyprawa może wydawać się łatwiejsza, mniej niebezpieczna, a zarazem niezwykle atrakcyjna. Będzie to ponad miesięczna wycieczka z biegiem Dunaju, drugiej co do długości, po Wołdze, rzeki europejskiej. To rzeka granic i jedności, małości i potęgi, Zachodu i Wschodu, wiosek i stolic, brzydoty i piękna. 

Nie ma drugiej takiej rzeki w Europie, jak Dunaj. Przepływa przez 10 krajów: Niemcy, Austrię, Słowację, Węgry, Chorwację, Serbię, Bułgarię, Rumunię, Mołdawię i Ukrainę, jego dorzecze sięga nawet Polski, a w jego wodach przeglądają się aż cztery stolice. Na ponad 1/3 długości swoich 2850 km jest rzeką graniczną pomiędzy państwami tak, jak przed wiekami oddzielał Imperium Rzymskie od barbarzyńców.

Dunaj dzieli i łączy, przyciąga i odpycha, jest metaforą Europy unoszącą w swej toni niemal 3000 lat historii. Tędy pływali Grecy, a Rzymianie budowali miasta. Tędy wędrowali Madziarowie, krzyżowcy i Turcy.  Dunaj był świadkiem wielkich zwycięstw i równie głośnych tragedii. To droga cesarzy i królów, szlak wędrowców i rowerzystów, robotników i artystów, którzy opiewali jego piękno.

Dunaj jest jednym z najstarszych szlaków handlowych w Europie. Dawne łodzie z drewnem, zbożem, winem i solą przemieniły się w statki wycieczkowe, na których tłoczą się turyści, by podziwiać zabytki Budapesztu i Wiednia, zamki Niemiec, winnice Austrii i dziką przyrodę.

Myślę, że już wystarczy to, co napisałem, by pokazać jakie atrakcje czekają na naszych dwóch rowerzystów, z których Marek Juszczak jest mocno związany z Głuszycą i traktuje ją jak swój drugi dom. Dlatego też będzie on promował Głuszycę, swoje miejsce urodzenia, podobnie jak Knurów, miejsce zamieszkania na specjalnych plakietkach umieszczonych na rowerze.

Jak co roku spotkamy się z Markiem i Romaną Więczaszek, autorami wierszy o Głuszycy na jesiennych spotkaniach z poezją. Marek opowie nam o swojej podróży i będzie to równie zapierająca dech opowieść, tak samo jak  relacja z jego wycieczki rowerowej na Biegun Północny, a Romana opowie nam jak było w tym roku nad Bałtykiem, gdzie corocznie udaje się na wypoczynek.

Zanim spotkamy się po wakacjach z Markiem Juszczakiem w Głuszycy napiszę wcześniej o jego wyprawie, bo Marek obiecał mi przekazać na gorąco swoje wrażenia. Mam nadzieję, że wielu z moich Czytelników zechce uczestniczyć w jesiennych spotkaniach w naszym głuszyckim Centrum Kultury, na które już dziś serdecznie zapraszam. O terminie spotkania napiszę w odpowiednim czasie.

sobota, 18 czerwca 2016

Na niedzielę




Od czwartkowego wieczoru (przypominam  -  0:0 w meczu Polska- Niemcy na Euro 2016) nie opuszcza mnie słoneczny nastrój. Nie ważne, że za oknem pochmurne niebo i siąpi deszcz, a w kościach strzyka, bo smętna pogoda tak właśnie daje o sobie znać na starte lata. Ważne, że nie przegraliśmy meczu z mistrzem świata i że możemy iść dalej z orłem na piersi, czując w sercu radość, że  mamy  takich dzielnych chłopaków. Kopią piłkę, że mucha nie siada.

Nie mogę więc zrobić nic innego, jak tylko do tego pogodnego nastroju dołożyć cegiełkę poezji i w ten sposób spowodować, by przedostatnia niedziela czerwcowa stała się dla nas „rajską dziedziną ułudy”. Jest to oczywiście wiersz liryczny o znamiennym tytule – Być szczęśliwym:

Rozszumiały się wierzby jak co dzień,
bo je wicher obudził dobrodziej
i po listkach się plątał od rana
wyśpiewując dziękczynne hosanna.

Usłyszały ten koncert poranny
lśniące rosą złociste dziewanny,
więc zwróciły się twarzą do słońca,
by nasycać się ciepłem bez końca.

Tylko łopian się skulił zaspany,
w  kroplach rosy srebrzystych skąpany,
lecz wicherek go suszył powiewem,
czemu łopian był smutny, ja nie wiem.

Wystarczyło obejrzeć się wkoło
 i od razu się poczuć wesoło,
bo oplotły źdźbła traw niczym wata
pajęczyny „babiego lata”.


Gdy tak łąką idziemy do lasu
oszronieni jedwabiem czasu,
złote słońce wychyla się z nieba,
co nam jeszcze do szczęścia potrzeba?

Napisałem ten wierszyk nie tak dawno, by zachęcić do zabawy w pisanie wierszy w internecie.  Wiem, że są wśród nas osoby którym nie wystarczy to, co oferuje nam matka-natura. Nie wystarczy im patrzeć, czuć, oddychać. One muszą o tym wszystkim napisać. No i dobrze, siadajcie przy klawiaturze (ongiś siadało się przy stole) i piszcie. To naprawdę przednia zabawa. A dziś łatwo się podzielić z internautami swoimi osiągnięciami, bo przecież mamy portale społecznościowe, chociażby facebook. Zachęcam do takiej twórczości, kosztuje trochę czasu i wysiłku intelektualnego, ale przynosi wiele satysfakcji.

Mój wiersz podnosi na duchu, nastraja optymistycznie. Myślę sobie – przy niedzieli,  po czwartkowym meczu, który przyniósł nam tyle radości, warto jeszcze poszukać czegoś równie pozytywnego, ale już u znanych poetów. Sięgam na półkę, wpada mi do ręki tomik poezji Natana Tenenbauma „Chochoły”, a w nim  czytam wierszyk:

Plebiscyt (Na melodię ballady z filmu „Ewa chce spać”)

Kłócą się w Kłaju, kłócą w Warszawie
Kłócą od Bugu do Nysy…
Kto dziś największy w Polsce szubrawiec?
Kto dziś największy skurwysyn?
                                                 … hej, największy skurwysyn…

Wszak pretendentów licznych jest grono
A zasłużeni są wszyscy
By rzecz rozstrzygnąć, postanowiono
Zorganizować plebiscyt
                                     … hej, plebiscyt

Idą kanalie, walą kołtuny  -
w równy stawiają się szereg
kwiat najprzedniejszej „endokomuny”
Kępa, Strzelecki i Gierek
                                       … hej, i Gierek

Cóż to za mendy, bodaj ich grypa
Czemu pod flek biorą słabych?
To żurnalistów liczna ekipa
Rej wiodą Gontarz i Hrabyk
                                            … stary Hrabyk

Przerywam wiersz, myślałem że to będzie humorystyczna pogodna satyra, którą można przy niedzieli ubawić Czytelnika, a tu z wiersza wyłania się ponury obraz naszej nie tak dawnej rzeczywistości. I co najgorsze - przecież od 1992 roku(data wydania tomiku wierszy) u nas nic się nie zmieniło. Wystarczy tylko do wiersza wpisać nowe nazwiska. Spójrzmy na dwie ostatnie zwrotki:

Coż to za postać, jakaż sapiencja
Coż to za skurwiel, czy wie kto?
Przecież to Jego Magnificencja
Zygmunt Rybicki, prorektor
                                            …hej, prorektor

Wtem dziad się jakiś podnosi z krzesła
Ramol i prawie łysy
Wszyscy powstali skandują: Wiesław ! Wiesław! Wiesław !
Ten jest największy skurwysyn
                                               …hej, skurwysyn

Oczywiście, możemy z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że w naszym kraju nastąpiła jednak zasadnicza dobra zmiana. Dzisiaj dwie ostatnie zwrotki brzmiałaby nieco inaczej:

Cóż to za postać, jakaż sapiencja,
Cóż to za wampir, czy wie kto
Przecież to Jego Magnificencja
Niejaki Ojciec Dyrektor
                                       … hej, dyrektor

Jakaś tam fanka wlazła na barek
Rozdarła gębę i krzyczy:
Moim idolem jest Jarek, Jarek !
Ten jest największy   -   motorniczy !                                               
                                                … hej, motorniczy !

Pilny Czytelnik dostrzegł tę dobrą zmianę, bo w mojej współczesnej wersji unikam wyrazów uznanych powszechnie za nieprzyzwoite.

A przed meczem naszej zwycięskiej husarii z Ukrainą proponuję powtarzać sobie po cichu jak zaklęcie następujący limeryk:

Na zielonej Ukrainie, dziewkom łza z oczu popłynie,
gdy po meczu jej sokoły, zaczną pakować toboły
i powtarzać będą z werwą: żegnaj Euro, żegnaj Euro…

A w Warszawie krasnolice zapalają euro - znicze,
co dzień grille, co noc bale, wnet znajdziemy się w finale !

No właśnie, udało mi się wymyślić jednak coś optymistycznego by nie zniesmaczyć niedzieli.

Wszystkim moim łaknącym pocieszenia Czytelnikom – Wesołego Euro 2016 !