Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

piątek, 22 kwietnia 2016

Rower jest dobry na wszystko



Mamy wiosnę w całej swej okazałości, po śniegu już ani śladu, a wkrótce zaświeci jeszcze mocniej niż dotąd słońce. A co to oznacza dla naszego regionu wałbrzyskiego ?

Rozpocznę od cytatu dotyczącego Głuszycy, a jest to fragment tekstu z portalu internetowego MTB pod nazwą „Kolarzyki”:

„Niezwykła gmina, Głuszyca, wciśnięta w kotlinę między Górami Suchymi i Sowimi, raczej nie powali nas na kolana piękną zabudową. Ale bardziej, niż sensowne, jest spędzenie tu czasu z rowerem MTB. Kto myśli o ściganiu, i tak tu zajrzy. Do 2011 roku właśnie tu rozgrywano najtrudniejszy wyścig w cyklu MTB Marathon. Od ubiegłego roku kolarzy ściąga tu Bikemaraton. Oba wyścigi prowadzą przez królową gór tego regionu: Wielką Sowę.
Głuszyca ma szczęście do ludzi. Nie tylko kolarskich turystów, którzy lubią tu wracać. Ma szczęście także do mieszkańców. Od ubiegłego roku Stowarzyszenie Przyjaciół Głuszycy opiekuje się miejscową Strefą MTB. To wręcz unikat na skalę kraju. 6 oznakowanych tras stworzonych z myślą o kolarstwie górskim to coś, czego na próżno szukać w wielu innych górskich regionach. Tu trasa rowerowa nie oznacza tego, co zwykle: nie, nie znajdziecie długich, nudnych ścieżek asfaltowych, nie wywiedzie was także na ruchliwe obwodnice. Krwiste MTB bez konieczności błądzenia z mapą w kieszeni – sny kolarzy czasem się spełniają. Kto startował w którymś ze wspomnianych maratonów, zapewne wie, czego się spodziewać. Ludzie ze Strefy pomagali w wytyczaniu tras, więc można mieć pewność, że wiedzą, czego kolarzowi potrzeba. Kamienisty wjazd i soczysty zjazd z Wielkiej Sowy, słynna droga po Rybnickim Grzbiecie, Rogowiec i Andrzejówka to zwięzła lista powodów, dla których Góry Sowie można nazwać Górami MTB.
Od 2012 stowarzyszenie odnawia miejscami zaniedbane trasy. To, co robią ci ludzie, naprawdę imponuje. Na stronie Strefy sukcesywnie pojawiają się komunikaty o zakończonej właśnie akcji odbudowa ścieżki. Ostatnio znaleźli nawet sponsora jednej z tras: do reaktywacji szlaku żółtego przyczynił się kompleks Osówka – tajemnicza pozostałość po obecności hitlerowców w Górach Sowich...”


Stowarzyszenie Przyjaciół Głuszycy jest nadal organizatorem corocznych maratonów rowerowych BIKE Maraton, a także licznych własnych imprez rowerowych na trasie MTB. Będziemy mieli się okazję o tym przekonać już wkrótce, bo sezon rowerowy właśnie się zaczyna.


Ale ja myślę nie tylko o imprezach rowerowych typu sportowego, właściwych głównie dla ludzi młodych i w sile wieku. Wydaje mi się, że rower jest najlepszym środkiem lokomocji dla ludzi starszych. Umożliwia pożyteczne spędzanie wolnego czasu i pozwala na bliższe poznanie naszych gór i atrakcji turystycznych regionu. Kupno roweru górskiego nie jest wielkim wydatkiem, chyba że pokusimy się o pojazd wysokiej klasy sportowej. Wskazany jest rower górski, gdyż tylko takim rowerem łatwiej jest pokonywać wzniesienia i wdrapywać się na wierzchołki. Najlepiej podróżować szlakami górskimi, są one wyznaczone w Wałbrzychu i  także w Głuszycy dla całego regionu górskiego.  Okazuje się, że rowerem można wszędzie dojechać nawet na Wielką Sowę.


Wielka Sowa – to najwyższy szczyt (1015 m.) w Górach Sowich, a zarazem jeden z najwyższych w polskich Sudetach Środkowych. Wierzchołek góry jest wspaniałym punktem widokowym z racji położenia w środkowej części Sudetów. Roztacza się stąd jedna z najrozleglejszych panoram górskich, obejmująca praktycznie całe Sudety, część Przedgórza Sudeckiego i Niziny Śląskiej. Maurycy Karasowski, polski kompozytor, wiolonczelista, który osiadł na stałe w Dreźnie, po wycieczce na Wielką Sowę w 1858 r. napisał: „Jest to góra wysoka, z której prześliczny widok na przeciwległe góry, na miasto Waldenburg (Wałbrzych), posiadające wielką i ciekawą fabrykę porcelany, na Fürstenstein (Książ), zamek należący do rodziny Hochbergów, właścicieli uzdrowiska Salzbrunn (Szczawna Zdroju), a nawet z wieży, która się tu znajduje, w dzień pogodny można dojrzeć mury miasta Wrocławia”. Okazuje się, że już wtedy była na górze wieża, najpewniej drewniana, bo inaczej trudno byłoby coś zobaczyć, gdyż Wielka Sowa, zarówno na szczycie jak i na zboczach, pokryta jest gęstym lasem świerkowo-bukowym, a niższe partie masywu zachwycają całą rozmaitością lasów mieszanych. Drugą wieżę znacznej wysokości postawiono w roku 1885 z inicjatywy dr Winklera. U stóp tej konstrukcji z czterema pomostami na poszczególnych wysokościach, stał bufet. Wieża przetrwała do roku 1905. Wówczas pojawiła się inicjatywa prezesa jednego z towarzystw turystycznych z Dzierżoniowa, dr Tamma, postawienia trwałej kamienno-żelbetonowej baszty. Jej budowa trwała niecały rok. Uroczyste otwarcie miało miejsce 24 maja 1906 r. i zgromadziło tłumy ludzi wraz z przedstawicielami władz z całej okolicy. Uroczystość uświetniła orkiestra strażacka z Walimia. Wieży nadano imię „żelaznego kanclerza” Ottona von Bismarcka. Stała się ona ogromną atrakcją turystyczną. Na szczycie nie postawiono nigdy schroniska. Był tylko bufet w dolnej kondygnacji wieży, a na jej zwieńczeniu okrągła galeryjka, z której można było nasycić wzrok panoramą Sudetów. Baza gastronomiczno-noclegowa znajdowała się poniżej szczytu. Ówcześni wędrowcy zaglądali chętnie do gospód, które napotykali po drodze. Największym powodzeniem cieszyła się gospoda-schronisko „Siedmiu Elektorów” na Przełęczy Walimskiej. Dziś już nie ma po niej ani śladu. Dobrze się więc stało, że władze Walimia uruchomiły w tym miejscu obszerną wiatę turystyczną dla wycieczek i indywidualnych podróżników. Jest to początek a zarazem punkt zwrotny łagodnej trasy pieszej na Wielką Sowę.

Z dawnych schronisk zachowały się jeszcze położone tuż nad Przełęczą Sokolą (754 m.) schronisko „Orzeł”, dawniej „Bismarck Baude” oraz „Marysieńka”, obecnie „Sowa”, najbliżej szczytu Wielkiej Sowy. Po wielu ówczesnych gospodach zaginął ślad, ale pojawiają się nowe w Rzeczce, Sokolcu, Sierpnicy, nie mówiąc o rejonie Pieszyc, Bielawy, Dzierżoniowa, Nowej Rudy. Z tego właśnie kierunku wyszła, podobnie jak dawniej, inicjatywa ratowania kruszejących murów historycznej już wieży na Wielkiej Sowie. Jej renowacja  miała miejsce w 2006 roku, to okrągła rocznica 100 lat od oddania jej do użytku.
Ale to jeszcze nie wszystko, bo od niedawna Wielka Sowa przyciąga też pobożnych turystów do nowo zbudowanej kaplicy, gdzie można się pomodlić i oddać medytacjom nad tym niepojętym cudem jakim jest człowiek i otaczająca go przyroda.

Mapki górskich tras rowerowych są dostępne w biurach turystycznych Wałbrzycha i Głuszycy, można je znaleźć w internecie.

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Słodkiego, miłego życia...





Jeszcze w uszach mam te dzwony, jeszcze czuję serca bicie, kiedy słyszę uniesiony, że przed  nami słodkie życie  - taka właśnie rymowanka układała się w mojej głowie, gdy wracałem do domu cały w skowronkach wciąż jeszcze pod trudnym do opisania wrażeniem tego wszystkiego co zobaczyłem i usłyszałem z okazji tegorocznych obchodów w naszym CK MBP – Święta Włokiennika.


„Słodkiego, miłego życia, jest tyle gór do zdobycia”  - śpiewała na koniec koncertu pełna żywiołu i temperamentu piosenkarka prezentując we własnej aranżacji i wykonaniu czołowy przebój  Sławomira Łosowskiego, lidera zespołu „Kombi”.  Aby zaś nie było to gołosłowne na wszystkich obecnych czekał przy drzwiach wyjściowych przeogromny tort ufundowany na tę szczególną uroczystość przez organizatorów.


To był wieczór, którego długo nie zapomnę. Myślę, że to samo odczuli liczni goście i uczestnicy tej uroczystości. Trudno otrząsnąć się, czując ciarki od stóp po czubek głowy ze wzruszenia tym wszystkim, co się działo tej niedzieli 17 kwietnia na sali głuszyckiego Centrum Kultury. 

Najpierw pełne serdeczności powitanie wszystkich obecnych przez burmistrza miasta i sympatyczna ceremonia wręczania statuetek „Zasłużony dla włókiennictwa w Głuszycy”. Komu, otóż właśnie -  oszronionym jedwabiem czasu paniom i panom, wieloletnim pracownikom fabryk włókienniczych, fabryk których już nie ma, bo stały się ofiarą tzw. restrukturyzacji przemysłowej w Polsce posierpniowej.  Ze łzami w oczach i trzęsącym się w ręku mikrofonem dziękował burmistrzowi jeden z obdarowanych, mówiąc że nie spodziewał się tego, ze ktoś jeszcze w tym mieście będzie o nich pamiętał. 

A zaraz potem stała się rzecz nieprzewidywalna, absolutnie nadzwyczajna w naszej Głuszycy, bo do przeciętności przy okazji podobnych świąt przyzwyczaili nas w ostatnich latach włodarze miasta, a mianowicie – znakomity, na wysokim poziomie artystycznym koncert dwojga, nie waham się określić -  wrocławskich wirtuozów: wokalistki, Aleksandry Turoń i jej akompaniatora.

Już samo to – zobaczyć na naszej scenie w Głuszycy niezwykle utalentowaną wokalistkę, która zaskarbiła sobie podziw i sympatię milionów słuchaczy telewizyjnego konkursu „The Voice of Poland”, już samo to było wydarzeniem ponadprzeciętnym. O laureatce programu TV czytam w internetowych goglach:

Absolwentka Państwowej Szkoły Muzycznej im. Fryderyka Chopina w Oleśnicy. Ukończyła klasę skrzypiec, perkusji oraz pianina. Na scenie występuje od 4 roku życia. Laureatka polskich konkursów i festiwali. Zaczynała od śpiewania w szkolnych zespołach i chórach. Była solistką wrocławskiego chóru gospel "Hand of God", śpiewała również w "Karczmie śpiewających kelnerów". Użyczyła głosu w chórkach zespołów Kabu&Majk i Funk'n tronic. Była liderem i wokalistką wrocławskiego kwartetu jazzowego Ale Jazz Band. Swoje umiejętności wokalne szkoliła u Radosława Kota oraz Jacka Zameckiego, u którego uczy się do dziś. Gościnnie występowała w różnych projektach (np. Fuckoffski, "Antykabaret-Dobry wieczór we Wrocławiu"). Aktualnie pracuje nad swoim autorskim projektem...

Osiągnięcia:

II miejsce na V Festiwalu Pieśni Patriotycznej w Oleśnicy (2007)
I miejsce na V Dolnośląskim Konkursie Karaoke we Wrocławiu (2007)
I miejsce na konkursie "Nasz idol" w Oleśnicy (2008)
Grand Prix na Ogólnopolskim Festiwalu Piosenki Angielskiej w Brzegu (2012)
II miejsce na Ogólnopolskim Festiwalu Piosenki Francuskiej w Brzegu (2012)

Ola jest rodowitą oleśniczanką. Kilka lat temu wybrała Wrocław na miejsce, gdzie ukończy studia. I ukończyła – ma magisterium z dziennikarstwa. – Nie ukrywa jednak, że trochę żałuje… Żałuje, że nie startowała od razu na Akademię Muzyczną albo inne studia artystyczne. Ale gdy przyszedł czas, żeby decydować o swojej przyszłości, stwierdziła, że muzyka, która towarzyszy jej „od zawsze”, może okazać się w którymś momencie „nie na zawsze”, więc trzeba mieć na życie jakiś plan B.
Na razie jednak to muzyka jest tym, w czym widzi swoją najbliższą przyszłość. By móc opłacać prywatne lekcje śpiewu i po prostu utrzymać się w mieście, podjęła pracę w… salonie fryzjerskim. Ma więc wprawę w myciu, farbowaniu i pielęgnowaniu włosów klientek. Zapytana, czy podczas tych czynności czasami sobie podśpiewuje, Ola odpowiada, że raczej „w duchu”, natomiast lubi uciąć sobie miłą pogawędkę z odwiedzającymi salon.

Ola Turoń nie zawiodła obecnych na Sali, nie dość że zafascynowała głosem, sympatycznym uśmiechem i luzem perfekcjonistki w każdym calu, to jeszcze potrafiła z wyczuciem dobrać repertuar do poziomu słuchaczy i charakteru uroczystości. Były więc w tym koncercie piosenki liryczne, ale był też rock i piosenki w stylu retro.

 Okazało się, że dodatkowo prawdziwą klasą dla siebie był człowiek – orkiestra, akompaniator na nowoczesnym, nieznanym chyba większości widzów instrumencie, no i to co się rzadko zdarza  -  doskonałym sprzęcie audio, co czyniło, że z każdą piosenką sala stawała się aktywnym współuczestnikiem koncertu. Wokalistka zachęcała do tego śpiewając znane przeboje Krystyny Prońko, Maryli Rodowicz, a pod koniec „cichą wodę” Zbigniewa Kurtycza. Podchwyciła tę znaną piosenkę cała sala.

Pisałem o tym już w ubiegłym roku i powtarzam to dziś, że obecnie w naszym mieście w Dzień Włokniarza warto wybrać się z całą rodziną do Centrum Kultury, jestem pewien, że ci co przyszli tego nie żałują.

sobota, 16 kwietnia 2016

Zamek "Książ" - wciąż "ściśle tajny" !

do odkrycia tajemnic Książa wciąż "wysokie schody"
  
Na temat tego, co się działo w Książu, a zwłaszcza w jego podziemiach w czasie II wojny światowej wiemy już sporo, ale wciąż zbyt mało, by nie stanowiło to frapującej zagadki i pozwalało spokojnie przejść nad tym do porządku dziennego. Mam tu na uwadze zwłaszcza osoby zainteresowane odkryciem tajemnic, pozwalających nie tylko wzbogacić naszą wiedzę o przedsięwzięciach militarnych Adolfa Hitlera pod koniec wojny, ale też przyczynić się do promocji turystycznej samego zamku i  całego regionu wałbrzyskiego.

Jak się okazuje wojenna sygnatura niemiecka „streng geheim” mimo upływu lat nie straciła swej mocy w podziemiach zamku „Książ”. W 1945 roku niemieckie dowództwo zamku tuż przed wkroczeniem wojsk radzieckich zdołało ukryć i zamaskować to co najważniejsze, pozostawiając mało istotną część podziemnej inwestycji jako element uwiarygodniający rzekomą budowę w tym miejscu kolejnej kwatery Hitlera. Polacy przyjęli z łatwością hipotezę, zwłaszcza że wzmacniała ona atrakcyjność zabytku, a publikacje książkowe i prasowe polskie i niemieckie poszły z zapałem tym tropem, snując rozważania o znakomitym usytuowaniu kwatery wodza III Rzeszy w majestatycznej rezydencji  Hochbergów, a zwłaszcza w  przepastnych podziemiach zamkowych. Tymczasem dla bardziej wnikliwych badaczy teza o nowej kwaterze Hitlera zarówno w Górach Sowich jak i w zamku „Książ” wydaje się mocno naciągana. Znany już wiele publikacji prasowych wskazujących na to, że utajnione tak skrupulatnie przez Niemców dokumenty związane z zamkiem Książ i kompleksem „Riese” w Górach Sowich dotyczyły zupełnie innej, znacznie większej  inwestycji militarnej, najprawdopodobniej eksperymentalnej fabryki najnowocześniejszej broni rakietowej, a może nawet - atomowej, słowem niemieckiej Wunderwaffe (cudownej broni), która miała odwrócić losy wojny.

Przyjrzyjmy się niektórym z nich:

Po pierwsze - rzekomą kwaterę Hitlera w Książu budowano z wielkim rozmachem znacznie wcześniej niż podziemia w Górach Sowich. Już w 1942 roku do Książa sprowadzono robotników z Włoch, a następnie 400 górników z Donbasu. W pobliżu starego cisa nad Pełcznicą powstał obóz Organizacji Todta. W maju 1944 roku utworzono dodatkowo Arbeitslager Fürstenstein jako oddział roboczy podobozu w Głuszycy należącego do obozu koncentracyjnego Gross Rosen. Przebywali w nim Żydzi z Polski, Węgier, Grecji i innych krajów europejskich. W 1944 roku liczba robotników przymusowych i więźniów w samym Książu wynosiła około 3000. Specjalne biuro budowlane zatrudniało 35 architektów. Gdzie się podziały ich projekty przechodzące w tony papieru? Gdzie przepadły wszelkie dokumenty wojskowe związane z tą olbrzymią i kosztowną budową? Praca w podziemiach trwała na dwie zmiany. W literaturze naukowej i popularno-naukowej jest mowa o ogromnych ilościach materiałów budowlanych - żelbetonu, stali, cementu, piasku, transportowanych wagonami do Wałbrzycha  z całej Rzeszy. Są to takie ilości, że nie dałoby się ich zmieścić w kubaturze odkrytych dotąd podziemi Książa. To co tam możemy oglądać dziś  nie uzasadnia tak ogromnego zaangażowania sił i środków w ciągu prawie trzy i pół roku trwającej budowy. Na domiar wszystkiego warto zauważyć, że budowa w Książu odbywała się pod nadzorem Luftwaffe.  Do żadnej z kwater Hitlera nie angażowano jak dotąd kierownictwa wojsk lotniczych.


Po drugie - w obliczu przewidywanych zmian na froncie i rychłego wkroczenia na Dolny Śląsk wojsk radzieckich na wiosnę 1945 roku dokonano pośpiesznej ewakuacji przeszło 800 więźniów komanda roboczego Fürstenstein, na ich miejsce sprowadzając nowych. Tak więc nie  przerwano robót, natomiast można się spodziewać, jaką rolę mieli do spełnienia nowoprzybyli więźniowie. Gruntowne zacieranie śladów budowy w odniesieniu do kwatery Hitlera nie było konieczne, zwłaszcza że wciąż funkcjonowała wiara w powstrzymanie ofensywy na froncie wschodnim i powrotu Niemców w Góry Sowie jak i na cały Dolny Śląsk. Natomiast zamaskowanie budowy podziemnego przedsięwzięcia zbrojeniowego na tak wielką skalę, bądź też ukrycie w podziemiach skrzyń z tajnymi dokumentami lub cennymi dobrami kultury, było potrzebą ewidentną.

Wiemy o tym, że intensywne prace w podziemiach zamku Książ trwały nieprzerwanie do końca, tj. do 10 maja, mimo że Hitler już wcześniej popełnił samobójstwo, Festung Breslau skapitulowała, a dowództwo niemieckie dzień wcześniej podpisało kapitulację. Dopiero wkroczenie do Wałbrzycha wojsk radzieckich 10 maja 1945 roku przerwało roboty w Książu.

Co robili Niemcy w podziemiach Książa w sytuacji, kiedy front wschodni przesunął się do Berlina, a zachodni alianci dotarli nad Łabę? Skąd się brało takie natężenie robót ?

Niemcy już  w 1944 roku rozpoczęli ukrywanie w podziemnych obiektach, kopalniach, sztolniach, dóbr kultury. Pisał o tym Bogusław Wróbel w książce „Ukryte skarby”. Bogusław Wołoszański w trzecim odcinku audycji telewizyjnej w marcu 2000 roku mówił, że według dokumentów Archiwum w Koblencji od  lata 1943 r. Książ  miał się stać składnicą akt SS i Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy. Akcja ta nosiła kryptonim Brabant I. Józef Kłyszejko przesłuchiwany w Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich we Wrocławiu stwierdził do protokółu, że pod koniec wojny do Książa zaczęły napływać transporty dużych skrzyń wypełnionych nieznanymi przedmiotami (Anna Sukmanowska, Taniec na wulkanie, s. 9, Lech Zatorski, Nie odkryte skarby na terenach Polski, s. 58).

W literaturze popularno-naukowej dotyczącej poszukiwania skarbów pojawiło kilka wątków dotyczących transportów kolejowych z Wrocławia załadowanych skrzyniami, które po rozładowaniu w okolicach Lubiechowa zostały ukryte w podziemnych sztolniach Książa. Mowa jest nawet o zamaskowanym tunelu zdolnym pomieścić całe składy pociągów. Pasjonujący się tym tematem poszukiwacze podejmowali bezskutecznie próby odnalezienia podziemnej trasy kolejowej prowadzącej pod zamek, ale takie akcje wymagałyby skoncentrowanych działań wyspecjalizowanych jednostek z użyciem maszyn i sprzętu. Niemcy wykonali rzetelnie „zadanie bojowe”, nie żałowali betonu i dynamitu.

Po trzecie - w podziemiach Książa znajdujemy do dziś liczne ślady wskazujące ewidentnie na celowe zablokowanie ciągów tunelowych, a także górnych i dolnych kondygnacji. To co nam pozostawili Niemcy, to zaledwie przedsionek do właściwej części inwestycji. Zwrócił na to uwagę świadek o niepodważalnej renomie, a mianowicie sam Jan Weiss, były więzień filii KL Gross Rosen w Książu, któremu udało się uniknąć zagłady i schronić w Ameryce. W kwietniu 1985 roku zwiedził podziemia Książa i stwierdził, że 26 lutego 1945 roku „żaden z chodników nie był obetonowany”. Weiss wchodząc do podziemi powiedział, że nie widać dużej komory, która znajdowała się po prawej stronie naprzeciw bocznego korytarza, w tym miejscu jest teraz obetonowana ściana. Idąc dalej powiedział, „że coś mu się w układzie tych korytarzy nie zgadza, były jeszcze inne, których teraz nie widać”. Informacje Weissa były publikowane w książkach i prasie. Trudno wątpić w ich wiarygodność, skoro pochodzą od bezpośredniego świadka. Przedsiębiorstwo Robót Górniczych w Wałbrzychu dokonało odwiertu w betonie na ok. 1.20 m., ale wiertło „udusiło się” i wtedy roboty przerwano. Trudno zrozumieć decyzję o zaprzestaniu wierceń, bo mogło to być typowe zakleszczenie się wiertła w dotarciu do stalowej belki, co pozwala sądzić, że dalej za tą ścianą jest sztolnia. Górnicy chcieli kontynuować wiercenia, ale decyzja była jednoznaczna, roboty więc przerwano. Istnienie innych korytarzy i komór potwierdzają widoczne zamurowania w tunelach i  biegnące poziomo pod sufitem rury utopione w betonowych ścianach na końcu tuneli. Rozmiar rur i materiał, z którego są wykonane, świadczą o ich przeznaczeniu do celów produkcyjnych.

Są także inni świadkowie potwierdzający zabudowanie lub zawalenie dalszych ciągów sztolni i hal. Sztolnie na niższym poziomie (-40 m) budzą ciekawość, bo nie zostały do końca spenetrowane. Między sztolniami wejściowymi znajduje się tunel położony niżej 2,50 m od poziomu innych chodników, dotąd nie sprawdzany. O tunelu znajdującym się powyżej poziomu chodników mówią świadkowie, których relacje są dość wiarygodne. Zawałem kończy się tunel sztolni położonej na poziomie wyższym (-15 m). Prawdopodobnie był to ciąg komunikacyjny.
 
 Tajemnice Zamku Książ do dziś nie zostały odkryte. Z historii jest wiadomo, że zniszczenie w nocy z 17 na 18 sierpnia 1943 roku przez lotnictwo alianckie niemieckiego ośrodka badań rakietowych w Peenemünde na wyspie Uznam, potwierdziło w całej okazałości konieczność usytuowania ośrodka doświadczalnego w takim miejscu, aby był on nie tylko ściśle tajny, ale także odporny na naloty bombowe. Niemieccy konstruktorzy i naukowcy pracowali wówczas nie tylko nad doskonaleniem bezpilotowych samolotów odrzutowych, znanych jako V1 i V2, ale nad jeszcze nowszą generacją rakiety międzykontynentalnej A-9 i A-10. Takimi rakietami można było jednocześnie zaatakować Nowy Jork, Londyn i Moskwę. Jeżeli faktem jest, że pierwsze próby testowano w tunelu aerodynamicznym w podziemiach jednego z kompleksów Riese, a także w podziemiach zamku Książ, to jest oczywiste, że musiały tu być wydrążone i zabudowane tunele o długości kilkunastu kilometrów każdy. Igor Witkowski rozważa możliwość badań nad nową generacją broni elektronicznej, tzw. dzwonem, emitującym wokół siebie pole magnetyczne o niespotykanej mocy, a także nad konstrukcją śmiercionośnych obiektów latających, zwanych umownie UFO. Jaką rolę odgrywały w tym wszystkim obiekty podziemne na Zamku Książ, pod Osówką, czy Włodarzem - oto frapująca zagadka wciąż jeszcze „ściśle tajna”, bo potrzebująca odkrywców na miarę tych, co ją kryli przed oczyma przyszłych pokoleń.


Czy stać nas na takie ryzyko? To co się dzieje z mnożeniem przeszkód w próbie odsłonięcia tunelu kolejowego z tzw. „złotym pociągiem”, potwierdza domniemanie, że niemiecka sygnatura „streng geheim” nie straciła dotąd na swej aktualności.

czwartek, 14 kwietnia 2016

Co ma wspólnego zamek Książ z klasztorem na Monte Cassino ?


fasada wschodnia książańskiego pałacu


Barbarzyńskie losy gromadzonego przez lata księgozbioru w biblioteki pałacowej Książa, to tylko jedna z tajemnic jakie kryją się w niewyjaśnionej do końca historii  posiadłości rodziny Hochbergów. Jest tych tajemnic znacznie więcej, a każda z nich może być sensacyjnym tematem sama w sobie. Dowiadujemy się o nich z różnych źródeł. Faktem jest, że dopiero dziś po wielu latach ciszy i milczenia. By pobudzić wyobraźnię moich Czytelników i zachęcić do zainteresowania przeszłością Książa opowiem dziś o niewykluczonych i dalece prawdopodobnych związkach wałbrzyskiego zamku z historycznym klasztorem w Monte Cassino.


A napisał o tym dość szczegółowo i przekonywująco Jerzy Rostkowski, autor  interesującej książki „Podziemia III Rzeszy. Tajemnice Książa, Wałbrzycha i Szczawna-Zdroj”.


Ukazanie się tej książki na rynku wydawniczym z początkiem roku 2011 można uznać za przełomowe wydarzenie dla Wałbrzycha i regionu. W czynionych już od  lat przez wielu badaczy próbach ujawnienia wojennych tajemnic Wałbrzycha, Książa, Szczawna-Zdrój, Gór Sowich posunęliśmy się o dobrych parę mil do przodu. Uważna lektura tej książki pozwala dokonać rozsądnej weryfikacji nagromadzonych dotąd z różnych źródeł wiadomości i stworzyć obraz tego co się działo w  ostatnich latach wojny w naszym regionie w miarę przejrzystym, wiarygodnym i przekonywującym. 

Ale nie o całej książce i jej autorze będę dziś pisać, bo jest to temat na osobną redenzję. Tak jak wspomniałem wyżej chciałbym skupić uwagę Czytelników na  frapującej, wręcz sensacyjnej hipotezie, której urzeczywistnienie mogłoby uczynić Wałbrzych i Książ sławnymi na całym świecie, nie mniej niż domniemanie odkrycia „złotego pociągu”.

Oto co  pisze o tym na ten temat we wstępie rozdziału 17-tego autor książki, Jerzy Rostkowski :

„Pora teraz napisać o największym, najcenniejszym i najbardziej skrywanym sekrecie zamku Książ. Wydawać by się mogło, że to, o czym za chwilę opowiem, nie mogło się wydarzyć, że związek z Polską jednego z największych depozytów w dziejach pogrążonej w mrokach wojny Europy musi być bzdurą. I jeszcze tytułowy zamek Książ wskazywany jako działający do dziś tajny magazyn dzieł sztuki  -  wielu zapewne uzna za kompletny absurd. A jednak…”

„Ostatnia tajemnica – zamek Książ i depozyt z Monte Cassino”  -  tak zatytułował ten rozdział autor książki i od razu wzbudził dreszcz emocji. Co może mieć wspólnego majestatyczny zamek Książ nad urwistym przełomem Pełcznicy w Górach Wałbrzyskich z zabytkowym, słynnym na całym świecie klasztorem Benedyktynów  Monte Cassino nad rzeką Liri na Półwyspie Apenińskim?  O jaki depozyt dzieł sztuki może tutaj chodzić? I gdzie w Książu mógłby się on znajdować?

Pytania rodzą się jak grzyby po deszczu. Ale ponieważ w poprzedzających 16-tu rozdziałach tej książki równie zaskakujących sensacji nie brakowało i autor doskonale sobie z nimi radził, spróbujmy poznać jego argumenty i prześledzić tok rozumowania.

Z początkiem II wojny światowej muzealnicy wielu krajów szukali miejsc, w których można byłoby ukryć najcenniejsze zbiory przed ewentualnością rabunku lub bombardowania. Miało to miejsce także  w południowych Włoszech, gdzie w kilkunastu muzeach Neapolu i innych miast Sycylii i Sardynii znajdowały się prawdziwe skarby sięgające czasów starożytnych. Postanowiono je schronić w bezpiecznym miejscu To nie był taki sobie zwykły ładunek na kilka samochodów ciężarowych, bo dotyczył ponad 60 tysięcy przedmiotów, w tym 37 tysięcy dzieł sztuki  pałacu królewskiego, muzeów i kolekcji prywatnych. 

Niedaleko, bo około 80 kilometrów od Neapolu znajdował się olbrzymi klasztor na Monte Cassino, a w nim rozległe piwnice i ukryte pomieszczenia. Szybko podjęto decyzję. Przewieziono tu 187 potężnych skrzyń z najcenniejszymi archiwaliami, dziełami sztuki, obrazami, księgami i zbiorami monet. Wydawało się, że w tym zabytkowym i dobrze chronionym przez braci zakonnych miejscu nic im nie zagrozi.

Latem 1943 roku ofensywa aliantów niosąca ze sobą wyzwolenie Włoch napotkała opór niemieckiej obrony na tzw. Linii Gustawa. Punktem zapalnym okazało się Monte Cassino, zamienione przez oddziały niemieckie w twierdzę. Aby ocalić skarby zgromadzone w klasztorze zdecydowano się je wywieź pod ochroną  wyspecjalizowanej dywizji „Hermann Gőring.”. Łącznie przetransportowano 127 ciężarówek Niewielką część zbiorów przeznaczono do zwrotu, większość łącznie ze zbiorami z muzeów Neapolu i Syrakuz została przewieziona koleją do magazynów głównych dywizji  pod Berlinem, a następnie przekazana w prezencie z okazji urodzin 12 stycznia 1944 roku, „wielkiemu kolekcjonerowi sztuki”, marszałkowi Hermanowi Gőreingowi w jego rezydencji w Carinhall.

W rok potem, w lutym 1945 roku, gdy sytuacja na froncie stawała się coraz trudniejsza, a do Carinhall zbliżało się natarcie wojsk sowieckich,  marszałek Gőring zdecydował się ratować swoje zdobycze. Wybór padł na zamek Książ, z którego przeniesiono wcześniej w lipcu 1944 roku do klasztoru w Krzeszowie zbiory Pruskiej Biblioteki Państwowej. W to samo miejsce w Książu przewieziono pociągiem specjalnym i umieszczono większość depozytu z Monte Cassino. Akcja transportowa była eskortowana przez oddziały specjalne Obersturmbanführera SS Ottona Korzennego.

Decyzja o ukryciu „skarbów Gőringa” w Książu była dobrze przemyślana Miał on pełną świadomość tego, co się tutaj dzieje, zwłaszcza że odbywało się pod eskortą dowództwa Luftwaffe. Wiedział, że podziemny Książ stał się fortecą nie do zdobycia, że istniała zawsze możliwość zablokowania wejść zawałami i uchronienia w ten sposób bezcennych zbiorów. Liczył się z tym, że Książ uniknie takich bombardowań, jakie spotkały klasztor na Monte Cassino w lutym 1944 roku, w wyniku których „ta średniowieczna budowla została wypalona i obrócona w ruinę”. I trzeba przyznać, że w tych rachubach się wcale nie pomylił. W kwietniu 1945 roku Rosjanie wysadzili w powietrze rezydencję marszałka w Carinhall, ale Wałbrzych i Książ pozostawały nietknięte. 


8 maja 1945 roku wojska radzieckie 21 armii bez użycia broni wkroczyły do Wałbrzycha, zajęły też  zamek Książ. Jest rzeczą dość znamienną,  że Wojskowym Komendantem Miasta został dowódca 65 armii w bitwie pod Stalingradem, Kurskiem, na Białorusi oraz wschodnich i północnych ziemiach polskich, generał armii Paweł Iwanowicz Batow, a więc postać nietuzinkowa. Łatwo się domyślić, że jego powołanie na komendanta Wałbrzycha wiązało się ze znacznie poważniejszymi zadaniami niż przejęcie władzy.  W Książu wojska radzieckie stacjonowały 13 miesięcy. Czy tak bardzo spodobał im się zamek ze względów architektonicznych i krajobrazowych? Sprawowanie funkcji ochronnych i zabezpieczających dla nowo powołanej już 28 maja 1945 roku polskiej grupy operacyjnej nie wymagało ich obecności w starym, zabytkowym zamku aż ponad rok czasu. Czego Rosjanie szukali w murach i podziemiach zamkowych, tego dokładnie nie wiemy. Możemy się tylko domyślać, że nie chodziło tu tylko i wyłącznie o mające wartość luksusową wyposażenie zamku  Udało im się odkryć bibliotekę zamkową liczącą ponad 65 tysięcy tomów, w tym zbiory rękopisów i to zostało wywiezione w całości do ZSRR. To czego nie dało się splądrować zostało spalone. O archiwum Monte Cassino i zbiorach z Neapolu i Syrakuz nie mamy żadnej informacji. Rosjanie nie zdołali dotrzeć do dobrze ukrytych skarbów. Gdyby tak się stało nie dałoby się to ukryć przed oczami świadków, bo przecież nie byli oni na zamku sami. Wiadomo, że pod koniec kwietnia Niemcy wzmacniali część murów zamku Książ. Właśnie wtedy mogli dobrze ukryć i  zamaskować  depozyt z Monte Cassino.

Z chwilą objęcia zarządu zamkiem przez Polaków latem 1946 roku zastano ograbione, zdewastowane wnętrza i szczątki wywiezionej biblioteki. Jerzy Rostkowski przytacza w książce fragment raportu delegata Ministerstwa Kultury i Sztuki w Warszawie, Stefana Styczyńskiego  z  20 sierpnia 1946 roku :

„W styczniu 1946 roku były tam jeszcze gobeliny, dywany, obrazy, a po wyjeździe komisji złożonej z wyższych oficerów radzieckich, z kwatery marszałka Rokossowskiego rozpoczął się zorganizowany wywóz na wielką skalę, który w lutym objął bibliotekę, w marcu i kwietniu resztę ruchomości: dokładnie połamano wszelkie meble, powyrąbywano drzwi, okna, powyrywano tu i ówdzie parkiety, wszystkie boazerie, zniszczono malowidła ścienne, tak że wnętrza kompletnie spustoszone przedstawiają obraz całkowitej ruiny”.

Rosjanie traktowali wyzwalane ziemie jako trofeum, grabili i plądrowali to wszystko co się dało, co stanowiło jakąkolwiek wartość. Dolny Śląsk to było dla nich  terytorium niemieckie. Sprawa przynależności Wałbrzycha nie była jeszcze wtedy do końca przesądzona. Konferencja Poczdamska zakończyła obrady 2 sierpnia 1945 roku. Dopiero wtedy stało się pewne, że granicą zachodnią Polski jest Nysa Łużycka. Ale i to nie przeszkodziło w masowej grabieży mienia.

Od połowy 1946 roku w Książu nie było już Rosjan. Było jednak mnóstwo śladów po niedokończonej inwestycji niemieckiej pod koniec wojny i to inwestycji budzącej zdumienie. Nie wszyscy uwierzyli w budowę kwatery Hitlera. Dlaczego nie podjęto od samego początku prób wyjaśnienia zagadkowej sprawy? Co stało na przeszkodzie, aby tego nie czynić w sposób konsekwentny przez całe lata PRL-u ? To są kolejne pytania, na które stara się znaleźć odpowiedź autor znakomitej książki. Ale o tym nie napiszę w moim poście. Trzeba koniecznie dotrzeć i przeczytać o tym wszystkim w książce znakomitego Jerzego Rostkowskiego.

 W książce nie dało się wszystkiego do końca wyjaśnić. Wiele wniosków i  domysłów  wymaga  dalszych poszukiwań i potwierdzeń empirycznych, a nie tylko racjonalnych. Potrzebne jest przekonanie do celowości przedsięwzięć, odpowiednie wsparcie poszukiwaczy przez decydentów i jak zwykle upór i poświęcenie. Duże nadzieje wiążą się z planami dyrekcji zamku Książ zdeterminowanej do podjęcia poszukiwań w podziemiach zamkowych we własnym zakresie 

Książka Jerzego Rostkowskiego pojawiła się w dobrym momencie, może stać się iskrą, z której wybuchnie płomień. Jest „dobry klimat” do wszelkiego rodzaju poszukiwań, skoro już samym domniemaniem „złotego pociągu” interesuje się cały świat.  Nie śmiem nawet myśleć o tym, że nagle pojawia się w mediach informacja o odkryciu w podziemiach zamku „skarbu Gőringa”. Obiegłaby ona świat podobnie jak wiadomość o „złotym pociągu”, a może jeszcze bardziej, bo Wałbrzych jest teraz na ustach całego świata.  Tylko, że news o odkryciu depozytu z Monte Cassino w Książu może przynieść za sobą  wyłącznie pozytywne skutki, bo dotyczy skarbów kultury i sztuki, które w przeciwieństwie do złota są bezcenne. 

Uwierzmy w to, do czego nas zachęca całym sercem autor książki o podziemiach III Rzeszy w Wałbrzychu. Mówią, że wiara czyni cuda.