Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

wtorek, 10 stycznia 2012

Hiszpańskie Toledo






Wpadł mi do ręki pielęgnowany przeze mnie jak talizman, wydany w 1992 roku tomik wierszy „Chochoły i róże”, Natana Tenenbauma. Obok drugiego tomiku wierszy tego samego autora „Imię Twoje Rzeczy Pospolitość” z 1997 roku, z dedykacją pisemną samego twórcy, stanowią ozdobę podręcznej półki i pozwalają od czasu do czasu czerpać siłę i natchnienie.
Będzie dziś nastrojowo i refleksyjnie. Już dawno tak nie było, odkąd skończyły się święta. Nie może być inaczej, gdy przychodzi mi napisać o Natanie Tenenbaumie. Ten satyryk i poeta o sławie krajowej, w latach 60-tych czynny w  życiu artystycznym Warszawy jako autor tekstów STS-u i „Hybryd”, a także wierszy publikowanych w „Szpilkach”, a po wydarzeniach marcowych, anonimowo w paryskiej „Kulturze”, stał mi się bardzo bliski, gdy odkryłem, że dzieciństwo i młodość spędził w Głuszycy, gdzie mieszkał z rodzicami, chodził do szkoły, zanim wyruszył w świat szeroki. Studiował archeologię śródziemnomorską w Warszawie, brał aktywny udział w opozycyjnym ruchu studenckim, znanym z biografii Jacka Kuronia i  Adama Michnika. W 1969 roku wyemigrował do Szwecji, gdzie w Sztokholmie prowadził kabaret literacki „Krakowskie Przedmieście”. W czasach „Solidarności” zasłynął jako autor wiersza „Modlitwa. O wschodzie słońca”, który z muzyką Przemysława Gintrowskiego i  Zbigniewa Łapińskiego w wykonaniu Jacka Kaczmarskiego, a w późniejszym czasie  Jacka Wójcickiego z krakowskiej „Piwnicy pod Baranami” stał się swego rodzaju hymnem tego ruchu:



„Każdy Twój wyrok przyjmę twardy
Przed mocą Twoją się ukorzę
Lecz chroń mnie, Panie, od pogardy
Od nienawiści chroń mnie, Boże

Wszak Tyś jest  -  niezmierzone Dobro
Którego nie wyrażą słowa
Więc mnie przed nienawiścią obroń
I od pogardy mnie zachowaj

Co postanowisz  -  niech się ziści
Niechaj się wola Twoja stanie
Ale mnie zbaw od nienawiści
Ocal mnie od pogardy, Panie !”

Poza występami w Szwecji Natan Tenenbauma wielokroć prezentował swoje wiersze i piosenki w środowiskach polskich na Zachodzie, zaś od roku 1988 również w Polsce w klubach studenckich Warszawy, w kabarecie „Pod Egidą” Jana Pietrzaka, w gdańskim Klubie „Żaczek” i krakowskiej „Piwnicy pod Baranami”.
Z tomiku „Chochoły i róże” pochodzą dwa wiersze, które wywołują moje największe wzruszenie. A dlaczego? Nietrudno się domyślić, gdy tylko je poznamy:

 

„Toledo
Widziane z Głuszycy (woj. Wałbrzyskie) przez autora urodzonego w Witebsku

Powiedz mila, jak wyjaśnić Szwedom:
Zawieszone mistycznie nad rzeką
Śniło mi się tej nocy Toledo
Jak je kiedyś oglądał El Greco

Otaczały je swojskie Sudety
Górą  -  kozy o skrzydłach motylich
I wstawało w pejzażu Kastylii
Odpomniane, dolnośląskie „sztet,ł”

Miasto w rzekę spływało ze zboczy
W trawie pary kochały się nagle

Czarny odmęt rzeki  -  Twoje oczy
Łuki Twoich brwi  -  mosty nad Tagiem”

Moja Głuszyca porównana do hiszpańskiego Toledo przez Rodaka, który wzniósłszy się na „skrzydłach motylich” na szeroką ścieżkę literatury polskiej, nie zapomniał o swoim gnieździe rodzinnym i potrafił je tak pięknie odmalować niczym wielki hiszpański El Greco, ten wiersz budzi zawsze poczucie dumy i podnosi na duchu. Podobnie zresztą jak kolejny wiersz Natana:

„Nostalgia
Pamięci Agnieszki Osieckiej

Przychodzę z cienia. Ty  -  z tkanki świtu
Z bieli na starych obrazach
Twoja nostalgia jest z aksamitu
Moja ze złomu żelaza
Tobie, dziewczyno, maj łąki ściele
Tobie się ziele zieleni
Ja, jeśli czego mam wiele
To tylko lat… zim… jesieni…
Ty życie niesiesz, ja  -   wiersze liche
Może to jedno nas zbliża?
Jestem z Głuszycy, gdzieś pod Wałbrzychem
A Ty powracasz z Paryża…
Gdy czas przystanie, rak w polu świśnie
Dojrzeją gruszki na brzozie
Może nam wtedy słońce zabłyśnie
… i księżyc ulicy Koziej”

Ogromna skromność przebija z tego wiersza, w którym „mały pisarczyk z Głuszycy” uwydatnia kontrast jaki dzieli go od wielkiej gwiazdy, Agnieszki Osieckiej, powracającej wprost z Paryża. I to jest cenne w tym wierszu, ten hołd oddany wybitnej autorce tekstów najlepszych polskich piosenek. Zastanawiałem się kiedyś, skąd się wziął w wierszu tajemniczy „księżyc ulicy Koziej”?
Sprawa się wyjaśniła, gdy trafiłem na dowcipny wierszyk autobiograficzny Natana:



„Są w Warszawie dwaj wielcy poeci,
Których wspomnieć tu sobie pozwolę:
Jeden mieszka  -  Kozia, numer 3-ci
Drugi obok stoi na cokole

Który większy? Historia niech sądzi
Obu wielkie w poezji zasługi
Lecz mawiają: kto pyta, nie błądzi
Więc zapytasz może  -  kto ten drugi?

Drugi zwie się jak, z wieszczów tej pary?
…Głowę przed nim chyl, to ci powiadam
Zwie się drugi z nich, choć nie dasz wiary,
Zwie się drugi z nich  -  Mickiewicz Adam.

Teraz już wiemy, że ten pierwszy wielki poeta, to właśnie mieszkaniec ulicy Koziej numer 3, ale wcześniej nasz Rodak z Głuszycy. Natan Tenenbaum odwiedził więc swoją  „krainę lat dziecięcych’ w 2002 roku i wtedy mieliśmy okazję poznać go bliżej i ugościć w Miejskiej Bibliotece, wtedy właśnie otrzymałem Jego tomik wierszy z dedykacją, żeby zaś nie być dłużnym zdobyłem się na odwagę napisać i odczytać na Jego cześć wiersz następującej treści:

Natanowi Tenenbaumowi do sztambucha
( z okazji wizyty w rodzinnym miasteczku  -  Głuszyca)



Gdy go matka uczyła
polskiej mowy mozolnie
nie wiedziała, że synek
będzie bardem w Sztokholmie,

Nie wiedziała, że chłopiec
z podwałbrzyskiej Głuszycy
będzie polskim tułaczem
w skandynawskiej stolicy.

Kto mógł sądzić, że w żyłach
maleńkiego Natana
płynie gorąca strużka
poety i tytana,

że los nie da mu w życiu
kroczyć drogą bez progów,
że jak inni poeci
jest wybrańcem bogów.


Cieszył matkę Natanek
wabił oczy jak brosza,
nie wiedziała, że dalej
pójdzie ścieżką Miłosza,

że od warszawskich „Hybryd”
„Szpilek „ i STS-u
zacznie się dumna droga
tułaczki i sukcesu,

jego wiersze rozsławi
pieśniarz Kaczmarski Jacek
zabrzmią „Pod Baranami”
i w gdańskim Klubie „Żaczek”.

Dziś pod głuszyckim „Słońcem”
polskiej poezji muza
nasz najsławniejszy rodak
po prostu  -  „chochoł i róża” !

Natan Tenenbauma przyjął ten wierszyk z uśmiechem i wzruszeniem. W ten sposób potwierdził piękną zasadę swego życia, zamkniętą w słowach jednego z wierszy:
„Uśmiechnij się ! Jutro będzie  -  za późno!”
Proszę więc wszystkich moich Czytelników, uśmiechnijcie się do tego wszystkiego, co tu napisałem, a warto się uśmiechnąć, kiedy pomyślimy o Głuszycy jak o promieniejącym słońcem, hiszpańskim mieście Toledo.

Fot. Viola Torbacka, Robert Janusz, A. Błaszczyk i innne

sobota, 7 stycznia 2012


A może by tak … na ryby, na grzyby?



Historyczna nazwa potoku - Rybny, podobnie jak wsi – Rybnica, wskazują na specjalny atut tego miejsca. Można się tu wybrać nie tylko dla podziwiania widoków górskich, zabytków architektury lub niezwykłych okazów przyrody. Rybny potok okazuje się atrakcyjny dla wędkarzy. Przyjeżdżają oni chętnie nad rzekę by w przyjaznym otoczeniu lasów i łąk zaczaić się z wędką na srebrzystego pstrąga. Działacze tutejszego Koła Polskiego Związku Wędkarskiego dbają o to, by w rzece były pstrągi, więc corocznie zapełniają ją narybkiem.
Ale rzeki są łowiskiem dla wytrawnych wędkarzy. Zdecydowana większość wybiera większe akweny wodne. Region Sudetów Środkowych, a więc Góry Wałbrzyskie, Suche i Sowie obfituje w rozsiane po całym terenie jeziorka i stawy rybne. Popularnym miejscem wędkowania jest Jezioro Bystrzyckie w Zagórzu Śląskim, niedaleko Wałbrzycha, jak również pięknie położone w lasach jeziorko w Grzędach, w gminie Czarny Bór, albo też zbiornik wodny w  Dobromierzu. To największe obszary wodne blisko Wałbrzycha. Wędkarze bardzo chętnie wędkują nad stawami, których jest w tym regionie bez liku. Obok pstrąga można w nich łowić karpia i inne ryby. W samym mieście i gminie Głuszyca jest takich miejsc kilkanaście. Najbardziej znane są stawy powyżej ulicy Leśnej  nad Marcowym Potokiem u podnóża masywu  Włodarza w Górach Sowich. Chętnie odwiedzanym miejscem są stawy w Sierpnicy, albo też niezwykle atrakcyjne jeziorko po kamieniołomach w Głuszycy Górnej. Podobne do głuszyckich są stawy w Starym Lesieńcu  w gminie Boguszów-Gorce.
 Coraz więcej przyjezdnych korzysta też chętnie ze świeżo smażonych ryb w „Łowiskach Pstrąga” w Łomnicy, Rybnicy Małej, Sierpnicy, Jugowicach, Zagórzu Śląskim. Takich miejsc jest coraz więcej, przybywa też barów i restauracji. Baza gastronomiczna jest już całkiem nieźle rozwinięta, mogą więc turyści ze spokojem zapuszczać się w góry, bo zawsze po drodze znajdą miejsce na posilenie się i odpoczynek.

Ale nie tylko ryby mogą przyciągać weekendowych wycieczkowiczów lub wędkarzy. Kolejnym atutem tutejszych lasów okazują się grzyby. Wprawdzie nie co roku ich wysyp jest obfity, ale  latem do późnej jesieni jak się dobrze pochodzi po lasach, zawsze można wrócić do domu z wypełnionym koszykiem. Są  prawdziwki, i kozaki, i gołąbki, i różne rodzaje podgrzybków. Po obfitych deszczach ścięte pnie drzew obrastają opieńki. Na polanach leśnych i łąkach pojawiają się kanie. Są jeszcze inne grzyby, których nie zbieram, bo trzymam się zasady  -  nie ruszać grzybów, co do których nie ma pewności, że są jadalne.

Był taki czas, że jeździliśmy z żoną na grzyby w lasy zielonogórskie. Były to zarazem całodniowe wycieczki krajoznawcze w okolice Żar, Żagania, Łagowa. Z biegiem czasu znajomi wskazali nam miejsce nieprzebranych lasów, obfitujące w grzyby, gdzie mogliśmy przekonać się wreszcie, co oznacza utarty epitet  -  zbierać grzyby. Tak do tych lasów przyjeżdżało się, by zbierać grzyby, a nie szukać grzybów. W Nowej Soli skręcaliśmy w prawo na drogę do Poznania i po minięciu dużej wsi Konotop, w Kolsku skręcaliśmy na boczną drogę do Tatarki. Zaraz za wsią otwierały się przed nami pachnące grzybami lasy. W terenie równinnym łatwo było chodzić z koszykiem i wybierać z runa leśnego najzdrowsze okazy podgrzybków. Trafiały się też prawdziwki i kozaki, kurki i maślaki, słowem „grzybów było w bród”. Któregoś roku był taki urodzaj, że już w południe mieliśmy zapełnionego grzybami całego „malucha”. Trzeba było wracać jak najszybciej do domu, by jeszcze tego dnia coś z tymi grzybami zrobić. Oczywiście, najwięcej  z nich przeznaczaliśmy do suszenia, część do słoików, a część do smażenia.

 Piszę o grzybobraniu w lasach nowosolskich, bo mam do opowiedzenia prawdziwie sensacyjną  historyjkę.
Lasy Tatarki stanowią istną szachownicę. Poprzecinane są podobnymi do siebie jak krople rosy duktami leśnymi. Idąc do lasu na grzyby trzeba dobrze uważać, by nie stracić orientacji, gdzie się pozostawiło samochód. Ale żeby być tak mądrym jak dziś musiałem o tym przekonać się na własnej skórze. Podczas którejś tram wyprawy na grzyby po prostu zabłądziłem w lesie. Zorientowałem się  dopiero wtedy, gdy idąc leśną dróżką tam gdzie miał być mój „maluch”, okazało się, że go tam nie ma. Gorączkowo zacząłem szukać wyjścia z opresji. Wołanie do moich członków rodziny nic nie dało. Jak tylko mogłem najszybciej gnałem duktem leśnym w jedną stronę i w drugą. Odnalazłem drugą podobną drogę, próbowałem się orientować po słońcu, wybierając kierunek południowo-wschodni, ale dróżki nie zawsze prowadziły prosto. Natężałem ucha, by usłyszeć jakiś głos. To trwało dobrych parę godzin. Miałem ze sobą klucz do samochodu, w nim coś do zjedzenia i picia. Wiedziałem, że żona z jej siostrą mnie też gorączkowo poszukują. W pewnym momencie usłyszałem daleki  głos szczekającego psa. Popędziłem w tym kierunku przez gąszcze leśne, wpadłem na kolejną dróżkę utwardzoną czarnym niesortem. Pies odezwał się ponownie znacznie bliżej. Jeszcze kilkaset metrów i w oddali zamajaczyły kontury zabudowań wiejskich. Już dawno nie czułem takiej ulgi, jest nadzieja że przynajmniej dowiem się gdzie jestem i gdzie mam iść. Jeszcze parę kroków. Wieś coraz bliżej, przy drodze drogowskaz z nazwą miejscowości. Patrzę… i oczom nie wierzę. Napis jak na ironię: Głuszyca. No, teraz to nie mam już żadnej wątpliwości, że jestem w domu. Tylko że w tą stronę jechałem trzy godziny autem. Nie mogłem pieszo dokonać takiego cudu.
Z najbliższej chałupy wyszła kobieta z dwojgiem dzieci, chłopcem i dziewczynką. Zapytałem, gdzie jestem. Tak ten przysiółek nazywa się Głuszyca. A jak daleko do Tatarki? O, panie, to chyba z 10 kilometrów. Skąd pan się tu wziął taki kawał drogi.
Okazało się, że trzeba wracać pieszo skąd się przyszło. Ale przez jakiś czas wracałem w towarzystwie dzieci, które tą samą drogą szły do sklepu w pobliskiej wsi. Dalej miałem iść tylko i wyłącznie tym samym duktem. Nie tylko szedłem, ale gnałem na ile starczyło sił. Wydawało mi się, że nie trwało to już tak długo. I rzeczywiście, po południu trafiłem do samochodu. Roztrzęsiona żona nie wiedziała już zupełnie co robić. W żaden sposób nie chciała się z tym pogodzić, że  pobłądziłem i znalazłem się w Głuszycy. W dodatku zamiast pełnego kosza miałem tylko trochę uzbieranych grzybów.
Odtąd przestaliśmy jeździć w lasy zielonogórskie na grzyby. Żona stwierdziła, że jak mam się gubić w lesie, to niech to będzie na obszarze właściwej gminy Głuszyca. Podjeżdżamy autem do Ustronia w pobliże Ruprechtickiego Spicaka i Granicznika. Tam są piękne lasy, tylko trzeba się wspinać pod górę. Zdarzało nam się  też błądzić i tracić orientację, ale wtedy wystarczy schodzić w dół. W najgorszej sytuacji można się znaleźć u naszych sąsiadów za granicą w Czechach. Od paru lat wspinamy się najczęściej na bliżej położonego Gomólnika. Tu są też ładne grzyby. Trzeba tylko trafić na odpowiednią porę. No i niestety, tu się grzybów nie zbiera, tylko szuka z należytą uwagą i w skupieniu. Tylko wtedy można wrócić do domu z pełnym koszykiem. Za to jaka satysfakcja  -  grzyby z naszego lasu.

Fot. R. Tarasiuk, V. Torbacka, R. Janusz





piątek, 6 stycznia 2012



Nad  potokiem Rybnej



To brzmi bardzo łagodnie  -  potok Rybnej. W Głuszycy jego ujście do Bystrzycy ma miejsce tuż przy skrzyżowaniu z boczną drogą do Mieroszowa przez Rybnicę Leśną, Unisław Śląski. Tędy dojechać możemy też do schroniska „Andrzejówka” przy Przełęczy Trzech Dolin. Tą drogą nie radzę jednak nikomu podróżować. Jedna z najatrakcyjniejszych dróg pod względem krajobrazowym znajduje się  w opłakanym stanie. Mało tego, stanowi zagrożenie dla życia, bo droga w wielu miejscach nad urwiskiem sypie się i wali. Zastanawiam się często nad tym, dlaczego u nas w kraju cywilizowanym nie można wydzielić w budżecie kwot przeznaczonych na natychmiastowe budowanie dróg, które stwarzają niebezpieczeństwo w ruchu drogowym. Dlaczego musimy czekać aż stanie się nieszczęście i zginą ludzie w wypadku drogowym. Wtedy na ogół nie ma winnych. Zarządca dróg twierdzi, że nie ma odpowiednich środków finansowych, a jak droga jest zła, to lepiej nią nie jeździć.
Tą drogą zapomnianą przez wszystkie władze (zwłaszcza zimą) jeździmy tylko i wyłącznie na własną odpowiedzialność. W czasie zimy „zarządcy drogi” znajdują zresztą od lat salomonowe rozwiązanie  -  na odcinku z Rybnicy Leśnej do Unisławia stawiają tablicę zakazu ruchu pojazdów i sprawa jest załatwiona. Odcinka drogi do Głuszycy nie da się zamknąć, bo tu mieszkają ludzie. Przy drodze znajduje się zabytkowa  "Gospoda Sudecka nad Rybną" z miejscami noclegowymi i smażalnią ryb.       
 Tragiczna droga na odcinku kilku kilometrów biegnie wzdłuż rzeczki o starej nazwie Rybna, jednym z najpiękniejszych, ale i najniebezpieczniejszych potoków górskich. O swej nieograniczonej niczym mocy dał on znać w czasie lipcowej powodzi 1997 roku. Wówczas to maleńki, wijący się wstęgą w głębokim jarze strumyczek zamienił się w potężny, rozszalały żywioł pędzący z ogromną siłą w dół, zmiatając po drodze wszystko, co stanowiło jakąkolwiek przeszkodę. A były w tym i zabudowania gospodarskie, mosty i kładki, drzewa i krzewy. Straż pożarna z największym trudem starała się w porę usuwać tworzone przez rozszalały żywioł zapory z drzew i krzewów, kłód i desek, przedmiotów użytkowych, by uchronić przed rozlaniem się wody na zewnątrz koryta. Ten kataklizm trwał przez całą dobę z 7 na 8 lipca, ale to samo działo się z wszystkimi potokami, które zbiera w obszarze gminy główna rzeka Bystrzyca. Ona też pokazała swój „lwi pazur”, podobnie jak królowa rzek na Dolnym Śląsku  -  Odra, o czym zapewne najlepiej pamiętają starsi mieszkańcy osiedla Kozanów we Wrocławiu.
Rybna, zwana też potocznie Rybnym Potokiem w swym środkowym i dolnym biegu stanowi naturalną granicę pomiędzy Górami Suchymi i Wałbrzyskimi. Wypływa w centrum Gór Suchych, u podnóża Hali pod Klinem, poniżej Przełęczy Trzech Dolin, na wysokości 790 m. npm. Dalej Rybna płynie głęboką doliną rozdzielając Graniczną i Bukowiec na zachodzie z Klinem na wschodzie. Mija kamieniołomy i dociera do górnych domów w Rybnicy Leśnej. Na końcu wsi przy skrzyżowaniu dróg do Wałbrzycha, Mieroszowa i Głuszycy, skręca gwałtownie w dół, na wschód, właśnie w kierunku Głuszycy. Potok tworzy tu głęboki przełom o stromych, często skalistych zboczach, porośnięty lasami świerkowo-bukowymi. Powyżej potoku rozpościerają się strzeliste grzbiety Jeleńca i Rogowca, gdzie znajdują się ruiny piastowskiego zamku. Tędy właśnie, powyżej krętej rzeczki, prowadzi w dół przez Rybnicę Małą wspomniana powyżej „droga śmierci”. Tak ją nie waham się nazwać, choć boję się by w ten sposób nie „wywołać wilka z lasu”. Może te słowa trafią do przemożnych urzędników powiatowych i skłonią ich do skutecznego działania, bo drogę trzeba ratować jak najszybciej, to widać w wielu miejscach gołym okiem, jeszcze trochę i może być za późno, a koszty odbudowy drogi znacznie większe.
Piszę o drodze, ale tak mimochodem, bo moim celem jest zachęcenie do zwiedzania tego zakątka ziemi wałbrzyskiej. Zwłaszcza piesza wycieczka brzegiem Rybnej może dostarczyć oczom takich widoków, że zastąpią one i Tatry i Alpy, nie mówiąc o innych osławionych trasach górskich wycieczek. Tu trzeba być i to zobaczyć. Prowadzą tędy atrakcyjne szlaki turystyczne, czerwony z Jedliny-Zdroju i niebieski z Wałbrzycha.


środa, 4 stycznia 2012


Coś co było, ale się zmyło



  Na palcach jednej ręki można by zliczyć takich mieszkańców Głuszycy, którzy byliby w stanie wskazać część gminy o nazwie  -  Nowa Głuszyca. Tymczasem Neu-Wüste Giersdorf za Niemców, a Nową Głuszycę po wojnie, można odszukać na dobrych mapach lub przeczytać o niej w słownikach, choć istnieje już tylko umownie, stanowiąc od dawna kolonię Głuszycy Górnej.
Bo istotnie jest to maleńka osada, składająca się z kilku domów, położona w górze Złotego Potoku, na granicy Gór Suchych i Wzgórz Wyrębińskich, czyli mówiąc prościej, wzdłuż drogi prowadzącej z Nowej Rudy do Głuszycy. Właściwie składa się z dwóch przysiółków: Nowej Głuszycy (po prawej stronie drogi) i Złotych Wód (po lewej stronie drogi). Ten pierwszy przysiółek znalazł się w granicach administracyjnych Głuszycy Górnej, a drugi we wsi Bartnica w gminie Nowa Ruda. Obie kolonie tworzą małą, zanikającą osadę, choć w czasach obecnych wszystko jest możliwe, a w tym miejscu wręcz właściwe, aby ten trend odwrócić, bo jest to miejsce niezwykle urokliwe krajobrazowo i przyrodniczo. Z jednej strony rozległa przestrzeń z pięknym widokiem na pola i łąki zamknięte zalesionymi zboczami Wzgórz Wyrębińskich, z drugiej zaś gęste lasy Gór Suchych z bajecznie położonymi polanami.
I znajdują się obecnie znów mądrzy inwestorzy, którzy wznieśli już nowe domy mieszkalne lub letniskowe, zaś kolejni przymierzają się do takich działań.
Piszę znów, bo był taki okres, kiedy wydawało się, że będzie tu miał miejsce boom inwestycyjny. Było to w XVIII wieku, kiedy dobra te stały się własnością rodziny von Hochbergów z Książa (Nowa Głuszyca) i barona Stillfrieda z Nowej Rudy (Złote Wody). Wówczas to wybudowanych zostało kilkanaście domów. W 1787 roku  w Nowej Głuszycy była szkoła, a we wsi mieszkało 16 chałupników. W 1825 w Nowej Głuszycy były 23 domy oraz wolne sołectwo, natomiast w 1840 roku w osadzie działało 27 krosien bawełnianych, było też pięciu innych rzemieślników. W tym czasie Złote Wody liczyły 12 domów, potem ich liczba spadła do 9.
Od połowy XIX wieku dał się zauważyć proces stopniowego wyludniania, który miał związek z upadkiem tkactwa chałupniczego. Trudno było na tym obszarze górskim utrzymać się z rolnictwa. Część mieszkańców przeniosła się do innych miejscowości, zwłaszcza do Głuszycy, gdzie z impetem powstawały nowe fabryki i rozwijał się przemysł włókienniczy. Przed 1945 rokiem Nowa Głuszyca uchodziła za najmniejszą gminę wiejską. A po wojnie straciła oficjalną nazwę i została administracyjnie wchłonięta przez Głuszycę Górną.
Podróżując samochodem z Nowej Rudy po minięciu wsi Świerki Dolne i dalej rozciągającej się po prawej stronie wsi Bartnica, dojeżdżamy do miejsca, które czeka na swoich dalszych odkrywców. Po obu stronach ruchliwej szosy, niedaleko Głuszycy Górnej, widoczne są rozległe tereny, które aż proszą się o zagospodarowanie. Od dawna nie ma tu już upraw rolnych. Był taki moment, kiedy pojawiali się w urzędzie gminnym potencjalni inwestorzy, by wybudować przy drodze, w miejscu gdzie funkcjonowała jakiś czas grillowa smażalnia, stację benzynową z hotelem, ale z powodów formalnych (błędy w mapkach geodezyjnych, które wymagały długiego czasu na ich wyprostowanie),  nie doszło do realizacji tych planów .
Czy odżyje dawna Nowa Głuszyca? Czas pokaże. Warto jednak pamiętać, że była. Że jest takie przyjazne miejsce, gdzie może się stać cud odrodzenia.


 Fot. z miejskiej strony intrnetowej. Dane źródłowe ze "Słownika geografii turystycznej Sudetów" cz. 9.

wtorek, 3 stycznia 2012


Gold Wasser  -  Złota Woda




W czasach młodości nazwa ta kojarzyła mi się ze znakomitym likierem gdańskim w kształtnej butelce i oczywiście w złotym kolorze. Dziś nie wiem, czy jeszcze funkcjonuje on na rynku w gąszczu różnorodnych innych likierów i wódek gatunkowych o równie atrakcyjnych nazwach.
Gold Wasser w czasach niemieckich, a obecnie Złota Woda, niektórzy dodają -  Łomnicka, to nazwa rzeki wijącej się w pobliżu pod oknami mojego domu. Właśnie wczoraj wracałem z miasta ulicą Częstochowską przez mostek w miejscu, gdzie wartki strumień Złotej Wody wpada z dużą mocą w nurt szerokim korytem płynącej rzeki Bystrzycy. Moją uwagę przykuł mocno brunatny, gliniasty kolor strumienia Złotej Wody, w tym momencie całkowicie uzasadniający jej nazwę. Oczywiście zdałem sobie sprawę z tego, że gdzieś tam wysoko muszą być prowadzone jakieś prace ziemne przy rzece, które spowodowały jej zabarwienie takim właśnie kolorem.
Miejsce to, o którym mówię, miejsce połączenia obu rzek, Bystrzycy i Złotej Wody, wywołuje w mojej historycznej wyobraźni głęboką refleksję. Mam to przeświadczenie, że tu właśnie jest kolebka miasta, tu właśnie  w rozwidleniu rzek bardzo, bardzo dawno temu, jakiś mądry, przedsiębiorczy kmieć postawił pierwszy tartak, by prowadzić działalność gospodarczą, korzystając z bogactwa okalających to miejsce lasów. Nie da się odgadnąć jakiej był narodowości, czy słowiańskiej, czy germańskiej, ale mogło się to stać gdzieś w XIII lub XIV wieku za czasów piastowskich Śląska.
Dla Złotej Wody, bo o niej chcę dzisiaj parę słów napisać to, kim był tartacznik nie miało żadnego znaczenia. Nie ulegała ona presji zmieniających się konfiguracji narodowościowych osób osiedlających się nad rzeką. Wytyczyła sobie znacznie, znacznie wcześniej swój naturalny szlak, kierując się elementarną zasadą prawa grawitacji, czyli zasadą ciążenia w dół.



Powstała w sposób naturalny dla tych terenów, zbierając strumienie potoków  górskich, spływających ze zboczy Gór Suchych. Jej źródła  znajdują się tam właśnie, pomiędzy Granicznikiem  na południe, a Klinem i Turzyną na północy. Jeden z głównych potoków bierze swój początek ze wschodniego zbocza Waligóry, najwyższego szczytu Gór Suchych,  pod którym znajduje się schronisko „Andrzejówka”. Drugi, także obok schroniska, pod Przełęczą Trzech Dolin. U stóp Kręska, na wysokości 615-630 m. npm. oba potoki się łączą w jedno koryto Złotej Wody. Płynie ona sobie malowniczą doliną przez Trzy Strugi do Łomnicy. Tu przy rondzie autobusowym zasila ją jeszcze jeden rwący potok z przysiółka Radosna, zwanego też Ustroniem. Dalej płynie sobie Złota Woda w głębokim jarze przełęczy górskiej, w której powstała jedna z najpiękniej położonych wsi letniskowych  -  Łomnica. Po  przecięciu linii kolejowej z Kłodzka do Wałbrzycha płynie sobie dawniej uregulowanym korytem obok zabudowań domków jednorodzinnych ul. Warszawskiej i dalej wpada do Bystrzycy w miejscu, o którym  napisałem wyżej. W dolnej części Łomnicy nad Złotą Wodą  znajduje „Łowisko Pstrąga”,  słynne nie tylko z  uroczego położenia nad rzeką i stawami rybnymi, ale także ze statusu muzeum domowego, o którym pisałem już obszernie w moim blogu.
Złota Woda, niedawno jeszcze miejsce swobodnych spacerów nad rzeką po wydeptanej, dobrze utwardzonej ścieżce, dała się poznać, niestety jako niewyobrażalnie groźny i złowieszczy żywioł. Miało to miejsce już dwa razy, pierwszy raz  -  w 1997 roku w czasie powodzi, która ogarnęła nieomal cały Dolny Śląsk ( i nie tylko), drugi raz –  1 lipca 2009 roku, kiedy to miało miejsce coś w rodzaju oberwania chmury, właśnie w obszarze, gdzie znajdują się źródła Złotej Wody.  W ciągu zaledwie paru godzin gwałtownych opadów rzeka zamieniła się w niszczycielski żywioł, zmiatając po drodze wszystko co napotkała. Z uregulowanego koryta nie pozostało prawie nic, podtopione zostały przyrzeczne łąki i pola, niektóre domy mieszkalne na ul. Warszawskiej, zrujnowane też ścieżki spacerowe nad rzeką, po jej obu stronach, bo rwąca, potężna fala rozerwała wysokie brzegi. Przy ujściu do Bystrzycy powstało jezioro, dobrze że jest to teren niezabudowany. Zniszczony został most w Łomnicy i urządzenia Łowiska Pstrąga. Najbardziej zdumiewającym było to, że natężenie żywiołu nie trwało zbyt długo. Powódź pojawiła się nagle po paru godzinach deszczu i trwała też parę godzin. Potem deszcz ustał, woda zaczęła opadać, a oczom naszym pokazał się widok przerażających zniszczeń. Miły dla oka, lśniący, szemrzący potok Złotej Wody, miejsce spokoju, ciszy i zachwytów nad pięknem przyrody, pokazał nagle swą nieprzewidywalną dotąd, groźną, drugą naturę.
Od tego czasu Złota Woda znów płynie sobie spokojnie, przybierając dość rzadko, częściej ograniczając się do małego strumyka. Jakąś tam regulację przeprowadzono po powodzi, udało się podsypać wejście na mostek prowadzący na drugą stronę rzeki. Można z niego skakać na drugi brzeg. Ścieżkę spacerową wydeptano obok na łące. Niestety, spacer tą ścieżką nie ma już  tego uroku, Złota Woda nie świeci już takim blaskiem jak dawniej. Być może jak gdańska Gold Wasser utonęła gdzieś w gąszczu różnych innych problemów gminnych:
„Dawne życie poszło w dal,
tylko ścieżki, tylko ścieżki, tylko ścieżki żal…”


niedziela, 1 stycznia 2012


Hit Nowego Roku !


Na sam koniec roku 2011 ukazała się nowa książka. To że stanie się ona hitem nowego 2012 roku nie budzi wątpliwości. Gwarancją sukcesu jest jej autor, zachodząca gwiazda na firmamencie literatury dla dzieci i młodzieży. Jego nazwisko jest być może znane Czytelnikom tego blogu. Od samego początku dawał się poznać jako nietuzinkowy bloger (nie mylić z blagierem) ziemi wałbrzyskiej. Książka  w całej swej rozciągłości dotyczy właśnie tego regionu ze szczególnym naciskiem na zupełnie nieprawdopodobną i wyjątkową  pod każdym względem miejscowość podwałbrzyską, o wdzięcznej nazwie  - Głuszyca.
Czy ktoś z Czytelników ma jeszcze jakieś wątpliwości o kim tak intrygująco, a zarazem powściągliwie starałem się  napisać?

Spróbuję jeszcze dopomóc w rozszyfrowaniu tej zagadki.
Książka nosi tytuł „Głuszyckie kontemplacje”, a podtytuł „40 opowieści o Głuszycy i okolicy”. No właśnie, teraz sprawa jest jasna, przecież mamy to wszystko na zamieszczonej obok okładce książki. Spada więc ze mnie ciężar przytaczania imienia i nazwiska autora książki. A szkoda, bo brzmi ono bardzo przyjemnie dla ucha, oczywiście w kontekście:  S. M.  - autor książki.

Nie mam zamiaru przekonywać Państwa o niezliczonych i nieprzemijających wartościach tej książki. Byłoby to przejawem nadgorliwości i nietaktu. Przecież każdy z Państwa może się o tym osobiście przekonać. Trud przeczytania książeczki jest znikomy. Liczy sobie tylko 217 stron, to bagatela wobec np. „Igrzyska Bożego” Normana Daviesa. Ale ma jeszcze kilkadziesiąt kolorowych fotografii, tak więc jest na czym zawiesić oko. Dla zachęty tylko powiem, że największym walorem tej książki jest to, że można ją czytać jak kto woli  -  od początku do końca, od końca do początku, a nawet na wyrywki. Radzę jednak zacząć od wstępu, a w dalszej kolejności zajrzeć do spisu treści i wybiórczo „zaliczać” kolejne rozdziały według zainteresowań. Kiedy zaś okaże się, że ta kolejność (od najlepszych kęsów do mniej smakowitych) się nie sprawdziła, można dalej eksperymentować. Wcześniej czy później okaże się, że nie ma wyjścia, trzeba ją przeczytać od deski do deski.

W książce znajdziecie Państwo wiadomości z historii wojennej i powojennej Głuszycy, próby wyjaśnienia zagadki podziemnej, militarnej inwestycji wojennej III Rzeszy w Górach Sowich, żywo napisane, interesujące historie dotyczące szlaku zamków piastowskich, ciekawostki związane z rozwojem turystyki, rekreacji i wypoczynku w Głuszycy i całym regionie wałbrzyskim oraz jeszcze inne współczesne  tematy związane z Głuszycą i najbliższą okolicą.
Mogę Państwa zapewnić z całą odpowiedzialnością, że to jest najlepsza książka o Głuszycy. Dlaczego? Bo innej nie ma. Nikt jeszcze żadnej grubszej książki o Głuszycy nie napisał. Wcześniej pojawiły się moje broszury  o historii miasta i o niezwykłości Osówki. Tak więc „Głuszyckie kontemplacje” to swego rodzaju "biały kruk".


Jest to też pierwsza książka, której wydawcą jest Stowarzyszenie Przyjaciół Głuszycy, organizacja pozarządowa, która się chce bardziej pokazać, uaktywnić. Wydanie książki okazało się możliwe dzięki temu, że kasę Stowarzyszenia zasilił nie byle jaki sponsor. A jest nim Fundusz Regionu Wałbrzyskiego, a rady i pomocy w tej sprawie udzielił Andrzej Indrian. Skutkiem zgodnej współpracy tych instytucji i osób książka mogła ujrzeć światło dzienne.
No i jeszcze jedna ważna informacja. Książka jest produktem Drukarni POLDRUK w Wałbrzychu.
To są, jak sądzę, wszystkie ważne informacje o książce poza jeszcze jedną, najważniejszą  -  gdzie ją można zakupić?
Otóż to. Książka jest jeszcze w magazynie drukarni wałbrzyskiej. Postaramy się jak najszybciej ją przywieźć i prezes Stowarzyszenia, Grzegorz Czepil wraz z członkami Zarządu, Grzegorzem Walczakiem i Januszem Pawłowskim zadecydują o sposobie jej rozpowszechnienia. Wcześniej być może odbędzie się spotkanie promocyjne książki.

Postaram się oczywiście o tym natychmiast napisać w moim blogu.
Na początek jubileuszowego roku 2012  (50-leie uzyskania praw miejskich)  mam więc dobrą wiadomość.

piątek, 30 grudnia 2011


Na Nowy Rok  -  życzenie niekonwencjonalne


Lekkości, uroku
w Nowym Roku!
Niech się dobrze dzieje,
bo nam dowcip zaśniedzieje.
Bez humoru więdnie dusza,
zmieniasz się w kaktusa.
Bez uśmiechu tracisz wszystko
jesteś jak wykopalisko.
Niech twój uśmiech nas ogarnia
jak morska latarnia.
Twe oczy się śmieją,
najbliżsi szaleją,
są w zapale zrobić wiele
by było weselej.
No i wtedy rok upłynie
jak Wieprz w Szczebrzeszynie !



To mój drobniutki dodatek do wszystkich innych, znacznie ważniejszych i piękniejszych życzeń noworocznych, które padną z ust najbliższych  w noc Sylwestrową przy lampce szampana, czy też w niedzielę 1 stycznia, albo przy każdej innej okazji. Moim wspaniałym Czytelnikom, wszystkim bliskim i dalekim znajomym, wszystkim życzliwym i wyrozumiałym osobom życzę w Nowym Roku dobrego humoru. Wtedy będzie nam łatwiej żyć:
A życie nam popłynie w romantycznej niszy, jak Bystrzyca w Głuszycy.