Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

piątek, 6 stycznia 2017

Ratujmy nasz dom !


 

„Dom chyli się do końca, dąb schnie od wierzchołka,
Ogród w las się zamienił, a woda w szuwary,
Gdzie dawniej staw szeroki, dziś wilgotna łąka,
Każdy kąt teraz cichszy, obcy, bardziej szary.

Woda płynąca rzeczki uniosła widoki
Dawniejsze na swej szklistej powłoce odbite,
Nic nie zostało z tego  -  tylko te obłoki
Zawsze w stado pierzaste i pierzchliwe zbite.”

Tak oto wyraził swe wrażenia Jarosław Iwaszkiewicz w wierszu „Odwiedziny miejsc ulubionych w młodości”, kiedy przyszło mu po latach zobaczyć utracony swój kraj lat dziecięcych na dalekich kresach wschodnich. Pamiętamy to z historii. Nie powiodła się akcja zbrojna Naczelnika rodzącego się państwa polskiego, Jozefa Piłsudskiego w 1920 roku, której celem było przyłączenie do Polski rubieży wschodnich, niegdyś przed rozbiorami stanowiących integralną część Rzeczpospolitej. W wynegocjowanym z Rosją Bolszewicką traktacie ryskim, Polska musiała się zadowolić tylko częścią ziem wschodnich. Podpisanie 18 marca 1921 roku pokoju ryskiego, acz przyjętego w Polsce przez większą część społeczeństwa z euforią, oznaczało jednak rezygnację z odzyskania Kresów w ich dawnym, historycznym wymiarze. To co jawiło się korzystne dla polskiej racji stanu, oznaczało jednak tragedię dla Polaków, którzy stali się wbrew ich wili mieszkańcami radzieckiej Rosji. „Uczestnicy wyprawy kijowskiej w 1920 roku byli, jak pisał Stanisław Uliasz, ostatnimi Polakami, którym dane było oglądać ziemie Polski Jagiellońskiej” Obszar państwa polskiego skurczył się z 734 000 km2 przed rozbiorami do 388 000 km2 po traktacie ryskim i to głównie skutkiem utraty ziem wschodnich. Dla setek tysięcy Polaków oznaczało to utratę ojczyzny.
Podobnie jak na Śląsku represje ze strony zaborców w okresie niewoli zaborczej nie zlikwidowały poczucia wspólnoty z całością. Choć nie istniało państwo polskie fizycznie, to pozostawało ono w świadomości Polaków jako idea.

Oto bardzo znamienny fragment wielkiego dramatu Stanisława Wyspiańskiego „Wesele”:

Poeta
- Po całym świecie
Możesz szukać Polski, panno młoda
I nigdzie jej nie najdziecie,

Panna Młoda
- To może i szukać szkoda.

Poeta
- A jest jedna mała klatka  - 
O, niech tak Jagusia przymknie
Rękę na pierś,

Panna Młoda
- To zakładka
Gorseta, zeszyta trochę przyciśnie

Poeta
- A tam puka?

Panna Młoda
- I cóż za tako nauka?
Serce - ! - ?

Poeta
- A to Polska właśnie.


Dopiero teraz po traktacie ryskim okazało się, że ta głęboko zakorzeniona idea, skryta w sercu Kresowiaków do reszty umarła. Polacy w Rosji Bolszewickiej stali się celem jeszcze większej eksterminacji, niż wszystkie inne narodowości. Dla nich nie było ratunku. Polska przepadła jak można się było o tym przekonać na zawsze, a życie w bolszewickim więzieniu oznaczało tylko jedno – utratę narodowości polskiej.

„Prześlicznie położony nad Smotryczą Kamieniec Podolski - pisze w  swej przejmującej książce ”Kresy” Jacek Kolbuszowski  -  do Polski należał od 1430 roku. Turcy zajęli go w 1672, ale w 1699 musieli go Polsce zwrócić. W 1793 r. zajęty przez Rosję nie powrócił już do Polski, zostało w nim jednak wiele cennych pamiątek, świadczących o jego polskości”.
Pozostali tam też Polacy mieszkający tam z dziada pradziada. Dla nich idea powrotu do ojczyzny, jak już wspomniałem, stała się mrzonką.

Jak się potem okazało to jeszcze nie było wszystko. Po II wojnie światowej straciliśmy dalszą pokaźną część Kresów z  Wilnem i Lwowem do granicznej rzeki Bug. Jako rekompensatę darowano nam Ziemie Odzyskane, które jak nas zapewniała proradziecka propaganda  -  powróciły do Macierzy. Cieszymy się, że przynajmniej odzyskaliśmy niegdyś polski Śląsk i pozostałe ziemie zachodnie nad Odrą i  Nysą Łużycką. Ale musimy mieć tę świadomość, że tak samo jak Polacy nie mogą się do dziś pogodzić z utratą ziem wschodnich, gdzie znajdowała się ich kolebka rodzinna, tak samo Niemcy z nostalgią powracają do wspomnień z lat swego dzieciństwa i młodości na dawnych ziemiach przynależnych przed wojną do Rzeszy Niemieckiej.

Po co ja o tym wszystkim piszę? Co znaczy fragment wiersza Jarosława Iwaszkiewicza zamieszczony na samym początku dzisiejszego postu? Otóż czytając ten wiersz obrazujący wrażenia wywodzącego się z kresów wschodnich Polaka, który po latach odwiedził swoje rodzinne strony na wschodzie, pomyślałem, że takie same wrażenie, a może jeszcze gorsze, mogą mieć niemieccy przesiedleńcy, którzy przyjeżdżają do nas, by obejrzeć swoją ojcowiznę. Niestety, nie potrafiliśmy zagospodarować tych ziem tak, aby nie zniszczyć dorobku wielu pokoleń dawnych niemieckich gospodarzy.

Wiadomo, nie da się odwrócić biegu wydarzeń. Mieliśmy taki, a nie inny ustrój, a politycznie pozostawaliśmy nadal, przez całe dziesięciolecia powojenne w „niewoli zaborczej”. W ten sposób możemy się tłumaczyć i rozgrzeszać własne zaniedbania. Od prawie trzydziestu lat sytuacja się jednak zmieniła. Mamy obecnie szanse by powstrzymać ten proces degradacji i przywrócić dawną świetność Ziem Zachodnich. Trzeba zrobić wszystko by nie było nam wstyd, by kraj tak szary przez całe pół wieku nabrał więcej krasy. 

 
Jesteśmy na takiej drodze od czasu, gdy znaleźliśmy się w Unii Europejskiej. Niestety, nad całą Unią, a zwłaszcza nad przynależnością do niej Polski roztoczyły się od niedawna czarne chmury. Nie piszę dlaczego, bo wielu z nas odczuwa to na każdym kroku śledząc to, co się dzieje w Europie i na świecie oraz poczynania PiS-owskiego rządu

W historii mamy okazję obserwować różnego rodzaju paradoksy. Poświęcił temu tematowi  obszerną księgę wybitny historyk Norman Dawies. Nosi ona tytuł „Zaginione Królestwa”. Ważne rozdziały w tej książce zajmują blisko związane z Polską losy Galicji, czy Wielkiego Księstwa Litewskiego. O samej Rzeczpospolitej od Morza Bałtyckiego do Morza Czarnego pisze Norman Dawies w innych książkach. Wynika z nich jedna przestroga. Jak łatwo jest skutkiem zatracenia rozwagi i poczucia odpowiedzialności za państwo utracić to co najcenniejsze - jego wolność i niepodległość!

Żyjemy w wolnym i niepodległym kraju, ale coraz dotkliwiej zaczynamy odczuwać niepokój, jak długo jeszcze. I co najbardziej absurdalne, to że sami sobie  możemy zgotować ten los.

Nie mogę spokojne czytać  książki Dawiesa, dostrzegam przerażające analogie do tego, co się dzieje w Polsce. Wcale nie tylko za rządów PiS. To jest fatalny proces, który zapoczątkowały rządy AWS-u, ale rozwija się i rośnie w siłę. Najkrócej, to kpina z demokracji w związku z takim upartyjnieniem kraju, że społeczeństwo nie ma żadnego znaczenia. W ślad za tym idzie bezwzględna walka o władzę, korupcja, nepotyzm, zatrata elementarnych wartości moralnych, kompromitacja władzy, a zwłaszcza jej najwyższych reprezentantów, no i na koniec – zagłada organów prawa i sprawiedliwości. A dalej może tylko mieć miejsce anarchia i rozprzężenie, degradacja podstaw ustrojowych państwa i wszelkich wartości. Wystarczy jakikolwiek ruch ze strony Rosji Putinowskiej i znów staniemy wobec faktu, że sami nie damy rady, a  najbliżsi sojusznicy wystawią nas do wiatru.

Chyba, że poprowadzi nas drogą „dobrej zmiany” nowy Mesjasz - Zbawiciel, Fuhrer i Prestidigitator, uświęcony przez Ojca Rydzyka, który porwie za sobą masy, gotowe przelać swą krew w imię Chrześcijańskiej Rzeczpospolitej od morza do morza. To jest wizja, aż ręce składają się do oklasków!

Pomyślą Czytelnicy, że to są androny. A ja im często ulegam w swoich snach. Śni mi się Polska jako Rzeczpospolita z XVII, XVIII wieku, potęga Europy, obszar który trudno nawet sobie wyobrazić. Ale rano się budzę i powoli dochodzę do siebie. Wiem, że cudem uratowaliśmy po II wojnie światowej swą niepodległość, że straciliśmy ziemie wschodnie, ale mamy za to Śląsk, Ziemię Lubuską, Wielkopolskę i Ziemie Północne. Sięgamy do Morza Bałtyckiego. Jesteśmy średniej wielkości krajem w Europie, z którym trzeba się liczyć. I co nam więcej potrzeba. Tylko to, by chronić, to co mamy.

Ale  coraz wyraźniej  nasz dom chyli się ku upadkowi. Dlatego wołam: Ratujmy to co mamy!



czwartek, 5 stycznia 2017

Noworoczna jeremiada



Rozśpiewałabym się w głos,
Jak ta wilga, jak ten kos,

W bożej pustce, w bożej ciszy
I niech jeno las mnie słyszy.

Rozśpiewałabym się w głos,
Pośród sosen, pośród brzoz,

Po zielonej mchów rozścieli,
Byle ludzie nie słyszeli…

Śpiewałabym także im,
To co czuję, to co wiem,

Gdyby ludzie byli tacy,
Jako drzewa, jako ptacy,

Rozśpiewałabym się w głos
Jak ta wilga, jak ten kos…


Niestety, nie dane było nikomu usłyszeć z głębi serca płynącego wokalu niejakiej Marii Wolskiej, młodopolskiej poetki, autorki stylizowanych na wzór poezji ludowej liryków, zebranych w tomiku „Dzbanek malin”. A przyczyną była niewiara w ludzi, w ich otwartość i szczerość, w ich wyrozumiałość i tolerancję.

Tak już jest na świecie, że od kolebki jesteśmy poddawani różnego rodzaju wpływom i naciskom ograniczającym naturalne impulsy i skłonności. To się nazywa wychowaniem. W miarę upływu lat jest tych ograniczeń coraz więcej. Ubywa bliskich nam osób, wobec których możemy się otworzyć.

A może właśnie trzeba wybrać się w miejsce odludne, zaszyć się w gęstwinie drzew i krzewów i tam bez ogródek wyśpiewać na cały głos, co nam w duszy gra. Bo przecież zawsze możemy liczyć, że:

W bożej pustce, w głuchej ciszy  - 
może jednak ktoś usłyszy,
może śpiew mu serce skruszy
i nie będziesz sam w tej głuszy .


Ale te moje  naiwne dywagacje nie są na miarę czasów, w których żyjemy. Dziś możemy w każdej chwili wyrzucić z siebie wszystko co tylko nam dyktuje potrzeba chwili i nie musimy szukać w tym celu zacisznego miejsca. Wystarczy dostęp do internetu. Siadamy sobie spokojnie przed ekranem monitora i dajemy upust swym emocjom. Możemy przecież robić to anonimowo, jeśli nie stać nas na odwagę.

Nie jestem w porządku wobec siebie wykorzystując mój blog do spraw, które tak czy owak dotykają spraw politycznych. Zakładałem, że będę się starał tego unikać. Moją ideą fix jest region wałbrzyski i to, co się w nim dzieje w turystyce, kulturze, gospodarce. Często nawiązuję do historii tego skrawka naszej ojczyzny, zdając sobie sprawę z tego, że tej historii nie wyssaliśmy z mlekiem matki (przynajmniej tacy jak ja powojenni osiedleńcy na tej ziemi), musimy ją poznawać i akceptować w całej swej istocie, nawet kiedy nie jest dla nas zbyt budująca. Lubię sięgać do skarbca naszej literatury lub dzielić się Czytelnikami moimi fascynacjami z przeczytanych książek lub gazet. Ale właśnie gazety, telewizja lub portale internetowe, a zwłaszcza takie jak facebook inspirują do reagowania na to wszystko, co się w naszej polityce dzieje.

Są sytuacje w życiu politycznym kraju, wobec których nie można przejść obojętnie,  zamknąć usta, odłożyć je ad acta. Niech się tym zajmują inni. Pisałem już kiedyś o  przejmującym songu „Solidarności” – „Modlitwa o wschodzie słońca” Natana Tennebauma. Jesteśmy w świecie polityki zarażeni ciężką chorobą, w tej chwili – epidemią Ona się nazywa nienawiść i pogarda.  Ta zaraza odbiera rozum, dewastuje wszystkie wartości ideowe i etyczne, burzy to, co zwykliśmy nazywać etosem „Solidarności” Gdzie się zgubiła ta solidarność, która rozsławiła nasz kraj na całym świecie, otworzyła drogę do wyzwolenia się z totalitaryzmu komunistycznego innym krajom i narodom Europy Wschodniej?

Co się stało z ludźmi, którzy ściskali ręce Lecha Wałęsy, naszej nadziei i  chluby, albo papieża Jana Pawła II? Dlaczego zdeptaliśmy wszystkie nasze autorytety, mógłbym wymieniać po kolei – Kuroń, Michnik, Geremek,  Bartoszewski, Mazowiecki, tę listę można rozszerzać nawet o prezydentów z drugiej strony „okrągłego stołu” - Jaruzelskiego i Kwaśniewskiego. Nie da się zważyć i wymierzyć zasług jednych i drugich. Mądry naród unika takich prób. Czy można ich wymazać z historii?

Przytaczałem już kiedyś wiersz  Natana Tennenbauma pt. „Listopad”, napisany w Sztokholmie w 1990 roku. Oto jego końcowy fragment:

I dzisiaj, gdy chcę uciec od kłótni i sporów
myśląc o kraju – widzę Łancut i Nieborów
Stare dęby jesiennym pożarem się złocą
Znów kolejną dekadę kurant mi wydzwania
Wracają do mnie ciągle te same pytania
Powracają pytania ze zdwojoną mocą
Pytam siebie – bo kogóż – gdy dzień gaśnie w blaskach –
Czemu smutny Pan Jezus na świętych obrazkach?
Polskość – czy to choroba, przekleństwo, czy łaska?
Dlaczego się nie lubią dawni przyjaciele
Czy wolności za mało ludziom? Czy za wiele?
Kto nam znów myśli maci i słowa koślawi?
Czemu krzyżyk na piersi, a w sercu nienawiść?
Czy kadzidło człowieka do Boga przybliża?
Czy starczy w Polsce Żydów by wieszać na krzyżach?
Jak mam nazwać tę otchłań -  niżej dna rozpaczy?
Czy w godzinie ostatniej człek Bogu przebaczy?

Jest miła, w listopadzie czasem taka chwila
Gdy wiatr liście jesienne rozrzuca w badylach
Wiatr zamorski, zaduszny, wiatr z Polski mnie dopadł
Gdy za oknem november, a w sercu listopad

Nie trzeba więcej słów. Od momentu, w którym Natan pisał ten wiersz minęło ćwierćwiecze, a w tym czasie w Polsce stało się to, że jesteśmy podzieleni jeszcze bardziej, gotowi skoczyć sobie do gardła. Płynące zewsząd głosy wołające o rozwagę, o kompromis, o przerwanie bezsensownej, przynoszącej nam wstyd za granicą wojny politycznej, o liczenie się z głosem opozycji, bo żadna siła polityczna w tym kraju nie może powiedzieć ze ma za sobą większość narodu, głosy wybitnych ludzi, mężów stanu, naukowców są traktowane jak piąte koło u wozu. Liczy się tylko jeden człowieczek, który uwierzył w siebie, że jest dla Polski Chrystusem. Ma zresztą poparcie ( o zgrozo!)  największych autorytetów naszego Kościoła.

Wydaje się oczywiste, że nie powinienem o tym pisać, bo co mogą znaczyć skargi jakiegoś tam podrzędnego blogera. Ale ja nie jestem tak pesymistycznie nastawiony do człowieka jak autorka wiersza cytowanego we wstępie i wierzę w to, że są ludzie „jako drzewa, albo ptacy”, że jest nas coraz to więcej. I tylko wtedy, gdy na każdym kroku będziemy manifestować naszą siłę, jesteśmy w stanie przezwyciężyć zło, które zagraża Polsce.

Fot. Zbigniew Dawidowicz



środa, 4 stycznia 2017

Zimowa sanna drogą przez las



Pojutrze piątek, dzień jak co dzień, ale jednak inny, bo świąteczny. Kolejne święto państwowe, tym razem trzech tajemniczych, betlejemskich króli, dla wierzących dzień szczególnie uroczysty. Za oknami bielusieńko, posypało pierwszym śniegiem. W bliskości las, niezliczona ilość iglaków pokrytych śnieżnymi czapami. I srebrzący się w poświacie księżycowej, tonący w czeluści drzew dukt leśny. W takich dniach warto się dać unieść wodzom fantazji.

Jeśli znajdzie się pod ręką, tak jak w moim przypadku, tomik poezji K.I. Gałczyńskiego, to podróż ta może się okazać równie  bajeczna co i pożyteczna.

Zapraszam na pierwszy, noworoczny, wirtualny kulig. Ale nie taki standardowy jak współcześnie. To ma być kulig jak za dawnych, dobrych, dworskich czasów. Duże drewniane sanie bogato zdobione, wyścielone wołową skórą, trójka koni w złoconej uprzęży,  na przedzie woźnica w czapie baranicy i bojarskim kożuchu sięgającym ziemi, zaś na tylnym siedzeniu … to już zostawiam własnej fantazji, z kim chcielibyśmy zagłębić się w fotelu. Jest półmrok zimowego wieczoru.

Wyruszamy z lśniącego światłami dworku pod lasem:

„Noc jak bas.
Księżyc wysoko jak sopran,
gość u chmur ośnieżających drzewa  -
zima, zima,
jaka tam zima,
skoro jak majowy słowik śpiewa.

Gdzieś wysoko ciemny wiatr przeleciał,
księżyc wszystkie drogi porozświecał,
wszystkie czernie w chmurach, szparach, wronach,
a tu droga przez las, przez noc, przez księżyc
i trzy dzwonki z końskiej uprzęży
dzwonią jak zapomniane imiona.

Srebrną drogę przebiegł srebrny zając,
srebrny promień podkradł się pod sowę
sowa patrzy  -  a tu płatki śniegowe
z nieba na ziemię spadają…

Twarz. Cienie. Oczy. Z moimi zgasną.
To moja ręka. To twoja.
Rozłąka  -  ciemność. Twarz  -  jasność.
Twarz  -  twoja.

Twarz twoja. Dzwonki. Ze srebrnych łez.
Dzwonią. Daleko. Ciężko.
Twarz twoja mała. Twarz twoja jest,
Twarz twoja jest jak słoneczko. . .

Atramentem z serca mojego,
literą rzymską i grecką
wypiszę trzciną na śniegu:
twarz twoja jest jak słoneczko.

A wiosną  -  jaskrem wzdłuż drogi,
a w lecie  -  chmurami w lecie.
Przeczytają pisanie ptaki.
I rozniosą po całym świecie.

A może w inny czas,
w inne serca i w inne okna,
w czyjąś noc sierpniową brzmiącą jak bas,
w księżyc, w księżyc, rozśpiewany jak sopran.”

To koniec wiersza, ale nie koniec tej sanny wyśnionej, wymarzonej, pięknej. Może ona jeszcze trwać znacznie dłużej. Warto ją powtarzać w naszej bujnej wyobraźni zimą każdego wieczoru  przy kominku i gorącej herbacie, najlepiej z tomikiem wierszy w ręce. I za każdym razem „twarz twoja” zaświeci nowym blaskiem, już nie księżycowym, lecz domowym, blaskiem świeczek choinkowych, migających światełek i kolorowych bombek na świątecznej choince, albo też płomykami ognia.  Bo poezja ma to do siebie, że potrafi w takich chwilach przenosić w mistyczny świat fantasmagorii i podobnie jak  święta jest spełnieniem tych wszystkich nadziei, które pokładał w nich ten co je wymyślił.

Ale nie był to zwykły człowiek. Nikt nie jest w stanie wymyślić coś tak niezwykłego. Na całym świecie, już setki lat w te dni świąteczne rozpala się w sercach milionów ludzi płomyk dobroci, serdeczności, miłości.

 Czy znamy lepszy, bardziej genialny wynalazek?

wtorek, 3 stycznia 2017

Gdzie my jesteśmy, w jakim kraju żyjemy ?



Zacznę od motta,  majstersztyku poetyckiego, który wyszedł spod pióra wybitnego Polaka - emigranta z czasów Romantyzmu, Cypriana Kamila-Norwida:

Moja Piosenka
           
Do kraju tego, gdzie kruszynę chleba
Podnoszą z ziemi przez uszanowanie
Dla darów nieba…
Tęskno mi Panie…
     
Do kraju, gdzie winą jest dużą
Popsować  gniazdo na gruszy bocianie
Bo wszystkim służą
Tęskno mi Panie…
   
Do kraju tego, gdzie pierwsze ukłony
Są jak odwieczne Chrystusa wyznanie
„Bądź pochwalony”
Tęskno mi Panie…

Gdyby żył poeta, wielki patriota i myśliciel i usłyszał o tym, co się dzieje z Puszczą Białowieską, obawiam się, że jego tęsknota za krajem ojczystym uległa by znacznemu ochłodzeniu.

Możemy się  też spodziewać, co na ten temat powiedziałby nasz wybitny powieściopisarz i patriota, Stefan Żeromski. Oto fragment z jego opowiadania pt. „Puszcza Jodłowa”:

Żyj wiecznie, świątnico, serce lasów!
Przeminęły nad tobą czasy złe, zalane ludzką krwią.
Ciągną inne, inne.
Lecz któż może wiedzieć, czy z plemienia ludzi, gdzie wszystko jeszcze zmienne i niewiadome, nie wyjdą drwale z siekierami, ażeby ściąć do korzenia macierz leśną na podstawie  nowego prawa, w interesie jakiegoś handlu lub czyjegoś niezbędnego zysku.
Jakie bądź byłoby prawo, czyjekolwiek by było, do tych przyszłych barbarzyńców, poprzez wszystkie czasy wołam z krzykiem: - nie pozwalam !
Puszcza królewska, książęca, chłopska ma zostać na wieki wieków jako las nietykalny, jako oddech ziemi i pieśni wieczności.
Puszcza jest niczyja, nie moja, nie twoja, ani nasza, jeno Boża święta !

Oddaje teraz głos największemu z naszych piewców piękna przyrody, poecie i patriocie, Adamowi Mickiewiczowi:

„Któż zbadał puszcz litewskich przepastne krainy
Aż do samego środka, do jądra gęstwiny?
Rybak ledwie u brzegów nawiedza dno morza;
Myśliwiec krąży koło puszcz litewskich łoża,
Zna je ledwie p[o wierzchu, ich postać , ich lice,
Lecz obce mu ich wnętrzne serca tajemnice:
Wieść tylko, albo bajka wie, co się w nich dzieje,
Bo gdybyś przeszedł bory i  podszyte knieje,
Trafisz w głębi na wielki wał pniów, kłód, korzeni,
Obronny trzęsawicą, tysiącem strumieni
I siecią zielsk zielonych i kopcami mrowisk,
Gniazdami os, szeszeniów, kłębami wężowisk.
Gdybyś i te zapory zmógł nadludzkim męstwem,
Dalej spotkać się z większym masz niebezpieczeństwem:
Dalej co krok czyhają, niby wilcze doły,
Małe jeziorka, trawą zarosłe na poły,
Tak głębokie, że ludzie dna ich nie dośledzą
(Wielkie jest podobieństwo, że tam diabły siedzą).
Za tymi jeziorkami już nie tylko krokiem.
Ale daremnie nawet zapuszczać się okiem.

I jeszcze jeden drobniutki cytat z „Pochwały Puszczy” Juliana Ejsmonda:

Puszczo! Kocham gorąco twe wiosenne ranki, gdy spod śniegu liliowe wykwitną sasanki i na błotnistym moczarze głuszec, pieśniarz boru, pocznie grać…
Kocham czary twojego wieczoru, kiedy słonko usypia chrapiąc nad olszyną…
Kocham południe twoje, dziewicza gęstwino, gdy dusza od nadmiaru radości omdlewa, a każda myśl tak prosta jest, jak leśne drzewa, a serce każdym swoim uderzeniem – śpiewa !


Obserwuję z przerażeniem i rozpaczą to. co się dzieje w naszych lasach w Górach Kamiennych i Sowich. Teraz docierają do nas mrożące krew w żyłach wieści o metodycznym wycinaniu lasów w wydawało się nietykalnej Puszczy Białowieskiej.

Znamy z historii, że ongiś na przełomie starożytności i średniowiecza w czasie wielkiej wędrówki ludów zawładnęły cesarstwem rzymskim plemiona Wandalów. Do dziś pozostało po nich określenie, wandalizm - jako rozmyślne niszczenie dóbr i wartości, czyli inaczej mówiąc – barbarzyństwo.

U progu nowego roku 2017, kiedy od tamtych czasów minęło ponad półtora tysiąca lat na wieść o poczynaniach barbarzyńców w zielonych mundurkach pod skrzydłami ministra ochrony środowiska w PiS-owskim rządzie  zadaję sobie to pytanie: gdzie my żyjemy?  Co się z nami dzieje? Co się dzieje z Polską?


Niestety, nie znajduję na to pytanie odpowiedzi.

Fot. Marzena Michalik

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Zagadka Magów ze Wschodu



Co by w ogóle nie powiedzieć o nowym roku, to wszystko będzie się mieścić w kategorii podnoszących na duchu nadziei optymistów lub dołujących  prognoz malkontentów. Tymczasem już sam początek roku powinien dodać nam wiary, że  będzie lepiej. Rok 2017 rozpoczyna się przecież w niedzielę. Mamy więc podwójne święto. To bardzo dobry prognostyk dla całego roku.

By zaś nie być gołosłownym, zwracam uwagę, że już na samym początku roku w piątek mamy kolejne święto - Trzech Króli, a po nim wolna sobota i niedziela. Czy nie zawróci nam się w głowach od tego świętowania?

 Nie, oczywiście że nie. Pobieżna analiza kalendarza wskazuje na to, że będziemy mieli w tym roku jeszcze więcej okazji do dłuższego świętowania. I to jest powód byśmy nie upadali na duchu słuchając pesymistów wieszczących zagrożenia dla naszej gospodarki. Ludzie jak sobie poświętują, to palą się do pracy. Są wypoczęci i pełni entuzjazmu. A ponieważ nasze święta są prawie wszystkie religijne, to można wnosić, że – wiara uczyni cudo, efektem którego będzie wzrost gospodarczy i wzmocnienie religijności narodu, którego przecież hasłem przewodnim jest: Bóg, Honor i Ojczyzna !

Ale to co napisałem, to jest tylko maleńka dygresja, bo głównym wątkiem chcę właśnie uczynić genezę najbliższego święta Trzech Króli. Myślę, że warto się nad tym zastanowić, a myślenie ma swoją przyszłość. Dobrze jest mieć świadomość dlaczego świętujemy. A tak się składa, że święto Trzech Króli jest szczególnym przypadkiem swego rodzaju pomieszania z poplątaniem, podobnie zresztą jak pochodzenie Świętego Mikołaja.

O tym, że nowonarodzonemu Dzieciątku Jezus w Betlejem przybyli się pokłonić Trzej Mędrcy z dalekich stron, dowiadujemy się głównie z Ewangelii św. Mateusza. Przyprowadziła ich do Betlejem tajemnicza gwiazda. Ewangelista podaje, że byli to „magoi”, czyli Magowie i przybyli oni ze Wschodu. Są to określenia dość enigmatyczne, można snuć przypuszczenia, że ten Wschód,  to Babilonia lub Persja, które właśnie uchodziły za ojczyznę Magów, zwolenników zaratusztrianizmu, ale są na ten temat różne inne przypuszczenia.

Jeśli jacyś przybysze z obcych stron zaryzykowali podróż do Betlejem i wyszli z tego cało, to nosi to znamiona cudu, bowiem władca Judei, Herod, był znany z okrucieństwa i chorobliwej wręcz podejrzliwości, nie cofał się przed żadną zbrodnią, gdy widział w kimś choćby potencjonalnego pretendenta do tronu. Jeszcze krótko przed przybyciem Mędrców zgładził swą żonę, szwagra i teściową, a także dwóch synów. Przy okazji kazał zabić 300 żołnierzy wraz z ich dowódcą, podejrzanych o sympatyzowanie z jego synami. Miał też swoich wiernych zauszników, którzy węszyli na każdym miejscu ewentualne zagrożenia, a Betlejem znajdowało się bardzo blisko Jerozolimy, stolicy Judei.

Kim byli składający hołd Jezusowi przybysze ze Wschodu? Czy byli królami, mędrcami, astrologami, czarnoksiężnikami, magami? Pozostaje to wciąż zagadką.

Według Herodota Magowie stanowili jedno z plemion medyjskich. Byli wśród nich jasnowidzowie i doradcy królewscy. Odgrywali wielką rolę na dworze perskim zarówno przed, jak i po narodzeniu Chrystusa. Ówcześni dziejopisarze widzieli w nich przede wszystkim mistrzów tajemnych sztuk. Magowie byli zwolennikami nauk Zaratusztry, przekazanych w Aweście, zwłaszcza w jej najstarszej części – Gotach, spisanej na 12 tysiącach wolowych skór, które jednak uległy zniszczeniu podczas podboju Persji za Aleksandra Wielkiego.

Według wierzeń Magów między Dobrem i Złem zachodzi odwieczna walka. Jednakże przed końcem świata pojawić się ma „Astawat ereta”  -  Prawda wcielona. Doprowadzi on do triumfu dobra nad złem, a ludzkość do stanu pierwotnej szczęśliwości. Według niektórych tekstów  ma się on urodzić z dziewicy, choć żaden mężczyzna do niej się nie zbliży. Dokona on wskrzeszenia zmarłych i sądu ostatecznego, umieszczając sprawiedliwych w niebie, a złych w piekle.

Wierzenia religijne Magów były Żydom znane. Niektórzy badacze wysuwają przypuszczenie, że wiele z nich zostało przejętych przez proroków i ewangelistów i wykorzystane w Piśmie Świętym. Tajemniczymi Mędrcami ze Wschodu mogli być uczeni-astronomowie żydowscy, którzy po ujrzeniu „gwiazdy Mesjasza” wybrali się do ziemi swych ojców, by uczestniczyć w  wiekopomnym wydarzeniu narodzin Mesjasza. Tekst etiopski Protoewangelii Jakuba wymienia nawet ich imiona: Tanisuram, Malik, Siseba.

Na jednej z babilońskich tabliczek glinianych znajduje się napis: „gdy wielki król powstanie na Zachodzie, zapanuje sprawiedliwość, pokój i radość w każdej krainie: on uszczęśliwi wszystkie ludy”. Jego nadejście miał zapowiedzieć „szczególny znak” na niebie.

Nasuwa się więc kolejne pytanie o zjawisko niebieskie, które zaprowadziło Mędrców do Betlejem. Z tekstu ewangelicznego wynika, że Magowie wybrali się w kierunku Jerozolimy, by „oddać pokłon nowo narodzonemu królowi żydowskiemu, gdy ujrzeli Jego Gwiazdę na Wschodzie”. Czy była to rzeczywiście gwiazda, czy też kometa, a może meteor, czy specjalna koniunkcja planet? Na ten temat pojawiło się mnóstwo dociekań . Czy warto jednak nimi zaprzątać sobie głowę, skoro całą „historię” dotycząca rzekomych nawiedzin Jezusa przez Mędrców ze Wschodu, lepiej przyjąć jako „prawdę objawioną”, a więc „na wiarę”, aniżeli doszukiwać się w niej racjonalnych uzasadnień?

Ważne jest co napisane jest w Ewangelii, że Magowie, jak pisze Św. Mateusz: ”zobaczyli Dziecię z Matką Jego Maryją, upadli na twarz i oddali mu pokłon. I otworzywszy swe skarby ofiarowali mu dary: kadzidło, i mirrę”. Nie ma tu mowy o złocie, tak samo jak o tym, ilu było tych Magów. Od IX wieku n.e. mówi się, że było ich trzech i wymienia  imiona: Kasper, Melchior i Baltazar. Według Bedy byli przedstawicielami trzech kontynentów – Europy, Azji i Afryki, toteż Kasper miał być czarnoskóry.

Wydaje się, że wokół tego ewangelicznego zapisu z biegiem czasu powstała zupełnie nowa mitologia. Mistyfikacja jest cechą immanentną ludów Bliskiego i Dalekiego Wschodu, nie jest ona obca starożytnym Grekom i Rzymianom, ale też Słowianom.  Wystarczy przypomnieć nasze legendy u zarania państwa polskiego, choćby o Popielu i Mysiej Wieży, o Lechu, Rusie i Czechu, bądź też o szewczyku Skubie i Smoku Wawelskim. Trudno się więc dziwić, że Magowie z czasem stali się królami i mędrcami, a jeszcze dalej uznanymi przez Kościół Świętymi. Dziś obchodzimy święto Trzech Króli, przy czym Kościół nadaje mu symboliczny charakter  Święta Objawienia Pańskiego.

Przypomina nam, kim jest Chrystus i potwierdza jego boskość - tłumaczy profesor teologii i biblista ks. Waldemar Chrostowski. Dziś przyjmuje się, że za panowania króla Heroda w Judei do miejsca narodzin Jezusa przybyli ze Wschodu mędrcy, obecnie nazywani królami, którzy złożyli mu dary. Kacper ofiarował kadzidło - symbol boskości, Melchior złoto - symbol władzy królewskiej, a Baltazar mirrę (używaną do balsamowania ciała) - zapowiedź męczeńskiej śmierci. W Polsce święto Trzech Króli do 1960 roku było dniem wolnym od pracy. Jednak za czasów Władysława Gomułki, w listopadzie 1960 r., zostało zniesione. Od 6 stycznia 2011 r. możemy znowu je obchodzić, ku zadowoleniu wiernych Kościoła Katolickiego.

Myślę, że warto przy okazji tego święta, znaleźć choć chwilkę czasu na głębszą refleksję religijną i filozoficzną. Gorąco do tego zachęcam. Znacznie obszerniejszy materiał faktograficzny znajdziemy w Księdze Bożonarodzeniowej” wydanej w 1993 roku przez Kolonię Limited we Wrocławiu.