Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

czwartek, 6 października 2016

Przydałby się na dziś Tadeusz Żeleński-Boy



 najważniejsze - nie bać się pokazać siły swego ogona


„Gdy chodzi o kreację mitów, przewiduję dzień, w którym nowoczesne ludy będą miały boga przyrządzonego z amerykańska, boga który istniał i który zostanie potwierdzony świadectwami gazet. Będzie figurował w kościołach, a obraz jego nie będzie zdany na kaprys artysty, ale utrwali się go fotograficznie. W tym dniu cywilizacja dosięgnie swego szczytu, wówczas będą pływały po Wenecji parowe gondole”.

Oto zdanie wypowiedziane przez Teofila Gautiera w rozmowie na „obiedzie literackim u Magny” w Paryżu, w drugim dziesiątku lat Cesarstwa. Obiady organizowali bracia Goncourt, rysownik Gavarni, pisarz Sainte-Beuve, Saint-Victor, Berthelot i inni. Schodzili się co sobotę. Przetrwał ten obiad aż do katastrofy roku 1870.

W tym obiedzie, z którego pochodzi cytowany fragment padło jeszcze wiele niezwykle trafnych, ciekawych sentencji, oddających ducha epoki. Obiady literackie w Paryżu, to coś podobnego jak „obiady czwartkowe” w  Warszawie na dworze króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, tylko że paryskie obiady nie były inspirowane przez żadnego reprezentanta władzy, były wolnym, niezależnym zgromadzeniem ludzi nauki i kultury, swobodną wymianą myśli, poglądów, opinii .

-Byliście na Wystawie? (Mowa o słynnej Wystawie Paryskiej nowoczesnej techniki) To ostatni cios zadany przeszłości: amerykanizacja Francji, przemysł bijący sztukę, parowa wyżymaczka rozpierająca się kosztem obrazu, kontynuuje Gautier,

-Ja widziałem na Wystawie rzecz straszliwą: porcelanowe wieńce z nieśmiertelników. Wspomnienia i żale zamienione w jednorazowy wydatek -  dołączył się do rozmowy Berthelot,

-Znałem pewnego ateistę. Poszedł z przyjacielem na ryby. Przyjaciel zarzucił wędkę i wyciągnął kamień, na którym było napisane: „Nie istnieję”. Podpisane: „Bóg”. Na to ateista mówi: „A widzisz!”. Kiedy niedowiarstwo staje się wiarą, głupsze jest od religii – powiedział Flaubert.

Saint-Beuve wtrąca, że pogaństwo było zrazu ładną rzeczą, ale potem zmieniło się w istną zgniliznę, syfilis. Chrystianizm był rtęcią na ten syfilis, ale za dużo jej użyto, a teraz trzeba, żeby ludzkość leczyła się z lekarstwa.

Widzicie – ciągnie Gautier – nieśmiertelność duszy, wolna wola, to bardzo zabawne zajmować się tym do dwudziestego roku życia, ale potem to nie uchodzi. Trzeba postarać się mieć kochankę, urządzić wygodnie u siebie, mieć ładne obrazy, a zwłaszcza dobrze pisać. Szczególnie metafory, to ozdoba egzystencji. Religie starożytne to były religie radości, uczty życia. To jest różnica taka jak między wieńcem z róż a chustką do nosa. Religia chrześcijańska jest akceptowalna, kiedy się płacze. A u kobiety religia jest częścią płci.

-Och ten spleen – włącza się Taine – to choroba naszego wieku. Trzeba zwalczać spleen wszystkimi środkami higieny, moralności, metody!

Przytoczyłem urywki niezwykłych rozmów toczonych w atmosferze często bardzo gorącej, emocjonalnej przez francuską plejadę najwybitniejszych umysłów tej epoki. To jest prawdziwa uczta duchowa, śledzić tok dysputy, delektować się zaskakującymi pointami, poznawać poglądy i temperamenty uczestniczących w tej zabawie luminarzy.

Komu to wszystko zawdzięczamy? Powinienem to zrobić na samym początku. Wymienić znakomite nazwisko autora i tytuł jego książki, którą  cenię sobie jak drogocenny skarb. To zasłużony dla Krakowa poeta, krytyk literacki i tłumacz literatury francuskiej okresu Młodej Polski, filar osławionego kabaretu „Zielony Balonik” związanego z wyjątkową cukiernią artystyczną w Krakowie, niemniej słynną „Jamą Michalikową”. Już chyba wszystkim jest wiadome, nie może być inaczej, chodzi o Tadeusza Boya Żeleńskiego, z zawodu lekarza, który przypadkowo stał  się literatem.

Moim skarbem jest 13-sty tomik serii wydawniczej Państwowego Instytutu Wydawniczego dzieł wszystkich Tadeusza Boya Żeleńskiego z 1958 roku, p. t. „Obiad Literacki. Proust i jego świat”. Piszę z sentymentem o tej książce, która wywarła na mnie ogromne wrażenie, bo relacja z paryskich obiadów jest zręcznie sporządzoną kompilacją „Dzienników Goncourtów”, dwóch braci, Edmunda i Juliusza, zaliczanych do awangardy literatury i sztuki drugiej połowy XIX wieku we Francji. Boy Żeleński zrobił to po mistrzowsku, wybrał prawdziwe klejnoty myśli, powiedzeń, anegdot, dowcipów z obszernych notatek Goncourtów i wzbogacił je własnymi uwagami i komentarzami. Nie jest moim zamiarem rozpisywać się szerzej o Boyu Żeleńskim. Dla wielu  Czytelników jest wiadomo, że był on osobą dość kontrowersyjną, trudną do zaakceptowania dla konserwatywnej części klerykalnego Krakowa, a później także zacofanych środowisk całej porozbiorowej Polski. Z bogatej literatury francuskiej, której był admiratorem przemycał idee i poglądy laickie, tropił w swych wierszach i artykułach obłudę i zakłamanie mieszczaństwa i kleru kryjące się pod pozorami dostojeństwa i patriotyzmu.

Nasuwa się pytanie, po co o tym wszystkim piszę?  Co to ma wspólnego z tytułem blogu?  Przechodzę do konkluzji.

Przypomniał mi się dwuwiersz, nie pamiętam już kogo (czy to  był  Kern, czy Załuski ?):

„Człek chciałby czasem w ślad iść Boya,
Ale nie może, bo ma boja !”

Otóż to, całe życie mam boja. Dziś, tak samo jak dawniej wolę nie pisać nic złego o obecnej władzy mojego miasta, by się jej nie narazić. Nie mogę napisać nic dobrego o opozycji, bo będzie to wyglądało, że się jej podlizuję. A przecież nie mam pewności, czy obecna opozycja nie  sięgnie po władzę w kolejnych wyborach, a obecna władza stanie się znów opozycją. Na dwoje babka wróżyła. Trzeba więc być przezornym. Tymczasem lata lecą. Z niepokojem obserwuję jak wypełnia się cmentarz komunalny pięknie położony na górce w pobliżu kościoła Najświętszej Marii Królowej Polski. Wszystkie miejsca widokowe już prawie zajęte. A ja chciałbym znaleźć przynajmniej miejsce pod płotem, ale po właściwej, wewnętrznej stronie cmentarza. Wprawdzie zakładam, że to nie nastąpi jeszcze w tej kadencji, ale „przezorny zawsze ubezpieczony”.  Podobnie jak Lew Tołstoj w Jasnej Polanie, nie chcę żadnych kamiennych nagrobków. Nie dość, że cię zasypią ciężkim gruzem, to jeszcze przycisną granitowymi płytami, ciężko oddychać. Nie chcę też porcelanowych wieńców z nieśmiertelników, wystarczą wiosenne bratki i jesienne liście. Czy to nie pięknie, skromnie i oszczędnie. Tym co zmarli wystarczy ludzka pamięć, byle była to dobra pamięć, ale tak zwykle bywa, że o zmarłych mówi się lepiej niż za życia, co pozwala mi myśleć o śmierci optymistycznie.

 Ale zanim to jeszcze nastąpi chciałbym poczytać od nowa „Obiad Literacki” Tadeusza Boya Żeleńskiego, dodając koniecznie do tego jego „Słówka” i jeszcze kilka innych tytułów, np. Jolanty Marii Kalety, bo liczę się z tym, że jak już trafiła ze swymi książkami do Głuszycy, to tak szybko z niej nie wyjdzie.  Niestety mogę spotkać  się z anatemą części fanatycznej kościoła za apoteozę Tadeusza Żeleńskiego,  tak jak to ongiś bywało, mogą mnie wyzwać od heretyka lub Żyda. Trzeba naprawdę wielkiej odwagi, by iść w ślad Boya, ale nie mogę, bo mam boja.

Fot. Wiesław Jaranowski

wtorek, 4 października 2016

O prawdziwym cudzie w Sierpnicy

portyk i wieża kościoła MB KP w Głuszycy. Fot. Robert Janusz

Najnowsza wieść o planach remontowych zabytkowego kościoła Matki Boskiej  Królowej Polski w Głuszycy, a w tym także wieży tego kościła, która równocześnie będzie przystosowana do zwiedzania przez turystów, bo rozpościera się z niej wspaniały widok na miasto otoczone panoramą gór, spotkała się z aprobatą wielu mieszkańców miasta. Zarówno kościół jak i wieża czekają na to od wielu lat. Ostatni remont miał miejsce w roku 1862. Kościół ten zbudowany w 1741 roku początkowo jako ewangelicki wzbogacił się w 1809 roku w dobudowaną wieżę z dołu kwadratową, u góry okrągłą, z zawieszoną latarnią i hełmem. Razem z kościołem w stylu klasycznym stanowią jeden z najcenniejszych zabytków w mieście. Remont zostanie przeprowadzony z finansową pomocą Aglomeracji Wałbrzyskiej, a więc nie obciąży zbyt mocno zadłużonej kasy miejskiej.

Wiadomość ta przywróciła wspomnienie wydarzenia, które miało miejsce nie tak dawno z wieżą zabytkowego kościółka Matki Boskiej Śnieżnej w Sierpnicy Pisałem o tym w moim blogu latem 2012 roku, uznając to za prawdziwy cud, że udało się uratować murowaną wieżyczkę  kościółka. Oto treść tego postu:

 
kościółek w Sierpnicy z odremontowaną wieżyczką
  
Dzieją są wokół nas prawdziwe cuda, których nie dostrzegamy lub pomijamy milczeniem. Cichutko, bez rozgłosu, bez fanfar i werbli remontowana jest wieżyczka z dzwonnicą w zabytkowym kościółku Matki Boskiej Śnieżnej w Sierpnicy. Nie słychać o tym wydarzeniu w środkach masowego przekazu, nie pisze się w gazetach, nie ogłasza w radiu,. nie chwali się tym miasto i gmina Głuszyca na swej stronie internetowej. Może dlatego, że cała rzecz odbywa się bez jej  udziału. Nawet w samej Sierpnicy nie wzbudza to szczególnego zainteresowania wiernych. Być może po cichu cieszą się, że znalazły się krasnoludki, które wzniosły rusztowania wokół kamiennej wieży i coś tam grzebią w górnych partiach kopuły.

O tym kościółku  pisałem już parę razy w moim blogu. Kościółek MB Śnieżnej w Sierpnicy należy do najcenniejszych zabytkowych obiektów w Górach Sowich. Jest to jedyny na tym terenie i jeden z nielicznych w Sudetach kościołów drewnianych. Wzniesiony w latach 1548-1564 dla ewangelików, od 1654 roku służył i służy katolikom do chwili obecnej.

Kościółek przynależny do parafii w Głuszycy Górnej od dawna był zmartwieniem księży proboszczów, którzy zdawali sobie sprawę z potrzeby ratowania sypiącej się wieży, niektórych elementów konstrukcyjnych i elewacyjnych świątyni, ale brakowało na to pieniędzy, sami zaś parafianie nie byliby w stanie ponieść tych ciężarów.
Co więc takiego się stało, że mogę dzisiaj pisać z optymizmem o tym, co się dzieje w kościółku? Otóż stał się prawdziwy cud. Zaznaczam wyraźnie  -   cud prawdziwy, cud na jawie, a nie we śnie.

Takim nadzwyczajnym zdarzeniem stało się to, że pojawił się we wsi Andrzej Indrian, były właściciel fabryki, znanej w kraju i na Zachodzie firmy „Indriana”. Tu właśnie w Sierpnicy stawiał on przed laty pierwsze kroki w  branży włókienniczej. Swego czasu zakupił w gminie  grunty i budynek dawnej świetlicy wiejskiej, gdzie uruchomił produkcję kołder i poduszek. Zakład się rozwijał, popyt na produkty rósł, trzeba było szukać większej powierzchni produkcyjnej. Andrzej Indrian przeniósł fabrykę do Kolc, a następnie do Głuszycy, gdzie funkcjonuje do dziś, ale już pod skrzydłami angielskiego producenta.

Obok budynku dawnej fabryczki, gdzie już wcześniej zagospodarował teren pod stawy rybne Andrzej Indrian postanowił teraz wybudować pensjonat. W tym celu założył własną firmę budowlaną. Buduje więc od dwóch lat okazały obiekt wypoczynkowy, jeszcze trochę czasu i zostanie on oddany do użytku.

Andrzej Indrian należy do ludzi, którzy nie zamykają się tylko i wyłącznie w kręgu własnych interesów. Już wcześnie zwrócił uwagę na starzejący się kościółek w Sierpnicy. Własnym sumptem wykonał kilka koniecznych robót budowlanych przy kościółku, a po drugiej stronie drogi, uzyskując pomoc Funduszu Regionu Wałbrzyskiego, utwardził i zagospodarował teren pod parking dla przyjeżdżających tu turystów i wiernych na niedzielne nabożeństwa. Zdawał sobie sprawę, że to jest tylko kropla w morzu potrzeb dla ratowania bezcennego zabytku. W najgorszym stanie znajdowała się wieżyczka bezpośrednio przynależna do nawy kościelnej, a nawet stanowiąca przedsionek wejściowy do kościoła. 

W porozumieniu z księdzem proboszczem Janem Syrylakiem udało się przedeptać wszystkie ścieżki formalne w gminie, powiecie i u konserwatora zabytków, by móc przystąpić do remontu wieży. Oczywiście, teraz trzeba było zabiegać o pieniądze. Część środków udało się pozyskać z Urzędu Marszałkowskiego, z wydatną pomocą pośpieszył  Prezes Funduszu Regionu Wałbrzyskiego, Józef Gruszka, który przyjechał tu osobiście, obejrzał kościółek i zdecydował się przekonać Zarząd do celowości wsparcia finansowego tej inwestycji. Trzeba było poszukać i wyłonić wykonawcę z uprawnieniami do prowadzenia robót wysokościowych. Roboty szacowane na kwotę. 60 tys. zł. wykonała Legnicka Spółka „Elios”.

Tak więć udało się skutkiem dobrej woli i ofiarności paru osób uratować wieżyczkę  kościoła, a w jej platfonie złożony został odpowiedni list pamiątkowy dla potomnych,. którzy być może po latach przeprowadzą kolejny remont tej wieży.

poniedziałek, 3 października 2016

Zabytkowy kościółek w Sierpnicy



Świat pędzi do przodu, rozwój cywilizacji i techniki przewraca wszystko do góry nogami. Mało jest wytworów ludzkiej ręki, które od lat zachowują constans. Jeśli są, jeśli udało im się przetrwać, nazywamy je zabytkami klasy zerowej.

Chcę w paru kolejnych postach opowiedzieć o takich zabytkowych budowlach, które z wielu względów stanowią prawdziwe, nieocenione skarby. Myślę że większe niż „złoty pociąg”, który w gruncie rzeczy jest niczym innym jak przykładem niezmożonego pociągu ludzi do mamony. Wyobraźmy sobie co by się działo, gdyby rzeczywiście udało się odnaleźć skarby wywiezione z Wrocławia pod koniec wojny, tuż przed wkroczeniem do miasta wojsk radzieckich.

Mamy w naszym regionie wałbrzyskim kilka takich zabytkowych budowli. Naszą uwagę skupia przede wszystkim Książ, gigantyczny pałac z zabudowaniami gospodarczymi i ogromnym parkiem, położony nad przełomem rzeki Pełcznicy.

Ale ja nie o takich monumentalnych budowlach chcę mówić. Wolę skupić uwagę moich słuchaczy na zabytkach mniejszej wagi, które najczęściej pozostaję w oddali od medialnych i reklamowych fleszy, a może właśnie i dzięki temu są autentycznymi cackami architektury i dawnej sztuki budowlanej.

Zacznę od zabytkowych obiektów sakralnych, zwłaszcza niezwykle cennych, bo drewnianych kościółków, którym udało się cudem przetrwać całe wieki, czasy wojen i zawieruchy, czasy pomoru i przemian ustrojowych. Mamy wokół nas kilka takich budowli.

 Oto pierwsza z nich.

Kościółek Matki Bożej Śnieżnej w Sierpnicy w gminie Głuszyca należy do najcenniejszych zabytkowych obiektów w Górach Sowich. Jest to jedyny na tym terenie i jeden z nielicznych w Sudetach kościołów drewnianych. Wzniesiony w latach 1548-1564 dla ewangelików, od 1654 roku do chwili obecnej służący wiernym kościoła rzymskokatolickiego.

Kościółek, podobnie jak cała wieś przechodził różne koleje losu. W latach 1782-1785 dobudowano kamienną wieżę w miejsce drewnianej być może licząc się z możliwością przebudowy całej świątyni. Jakoż drewniana, jednonawowa, zrębowa budowla z emporą  obiegającą trzy ściany, połączoną z chórem, przetrwała do dzisiaj. Kościół nakrywa dwuspadowy dach kryty gontem, z okienkami w połaciach. W sumie jest to obiekt ciekawy pod względem architektonicznym i bardzo cenny jako zabytek sztuki sakralnej. Wewnątrz kościoła warto zwrócić uwagę na skromną barokową, drewnianą ambonę, ujmujący w swej prostocie ołtarz z wizerunkiem Matki Bożej Śnieżnej i  bogato zdobioną chrzcielnicę, a także na pozostałe akcesoria i obrazy.
Wieża kamienna, masywna, dołem kwadratowa, wyżej zaś ośmioboczna, trochę przytłaczająca całokształt świątyni,  jest zwieńczona ozdobnym, barokowym hełmem. Ta wieża nadaje kościołowi powagi i dostojeństwa.

Sama zaś wieś Sierpnica, podobnie jak cały Dolny Śląsk, ma swoją brzemienną w wydarzenia historię. Prawdopodobnie już za czasów piastowskich w XIII i XIV wieku miały tu miejsce pierwsze osiedlenia niemieckich kolonizatorów, smolarzy i drwali, a także górników wydobywających rudy srebra i ołowiu.
Nie ominęły wsi wojny husyckie w latach 1419-1463, pozostawiając za sobą ruiny i zgliszcza.

Pierwsza zapisana nazwa wsi pochodzi z 1548 r. kiedy sędzia dworski ze Świdnicy odbudował wioskę  i nadał jej nazwę Rudolfswald. W tym okresie w okolicy prężnie rozwijało się tartacznictwo, handel i tkactwo. Spowodowało to jej rozbudowę w XVI wieku. Obok kilkudziesięciu domów wieś posiadała własną gospodę, piekarnię, rzeźnię i kuźnię. Wiek XVII to dla Sierpnicy czas kataklizmów, wojen i nieszczęść. W latach 1618-1648 przez wieś przetoczyła się wojna trzydziestoletnia. W 1631 wojska cesarskie splądrowały i ograbiły okolicę. W 1633 epidemia dżumy zabrała wielu mieszkańców. W latach 1639-1642 teren okupowały wojska szwedzkie. Po pokoju westfalskim w 1648, kończącym wojnę 30-letnią, prześladowani protestanci osiedlali się w górach – kilku z nich zaszyło się w  Sierpnicy. 

W wieku XVIII w związku z rozwojem chałupnictwa na Dolnym Śląsku, także w Sierpnicy założono warsztaty tkackie, o czym świadczą  poddasza domostw, w których przechowywano materiał przędzalniczy. W latach 1719-1722 Sierpnicę i okolice nawiedzały susza i głód. W 1740 podczas wojny austriacko-pruskiej wieś została doszczętnie ograbiona i nałożono na ludność wysokie kontrybucje. W październiku 1745 pod Głuszycą rozegrała się bitwa wojsk austriackich z pruskimi, skutkiem czego ponownie splądrowano wioskę i okolice. W latach 1756-1763 wojna 7-letnia ściągnęła na wioskę kolejne kontrybucje. Jakby tego nie było dosyć w 1767 mieszkańców zdziesiątkowała epidemia czarnej ospy.

W latach 1804-1805 okolice nawiedziła powódź, klęska nieurodzaju i głód. W 1807 wojna francusko-pruska dołożyła kolejną niszczącą kartę. Rok 1841 to burzliwy początek chałupnictwa bawełnianego w Głuszycy, dzięki czemu rozwinęła się wieś, dotąd przede wszystkim rolnicza. W 1847 wioskę nawiedziła kolejna fala nieurodzaju i głodu Dopiero w II połowie XIX i na początku XX wieku nastąpiła stabilizacja.

Spokojny rozwój wsi, także w kierunku turystyki i wypoczynku trwał do II wojny światowej. W tej wojnie Sierpnica objęta była hitlerowskim projektem „Riese”.  W pobliskiej Osówce drążono siłami jeńców wojennych, a potem więźniów obozu Gross-Rosen podziemne sztolnie jednego z wielu tajemniczych obiektów militarnych specjalnego przeznaczenia. Całe Góry Sowie otoczone były strefą bezpieczeństwa z wieżami wartowniczymi, a okoliczne miejscowości (w tym Sierpnicę) zamieszkiwali zaufani Niemcy. Czasy wojny są nam lepiej znane, niestety nie jest to okres, który zapisał się pozytywnie w historii tych ziem.

Także lata powojenne w całym pięćdziesięcioleciu PRL-u okazały się dla wsi niepomyślne. Gospodarka rolna w warunkach górskich okazała się z biegiem czasu całkowicie nieopłacalna. O rozwoju turystyki nie było co marzyć. Jedno z najpiękniejszych miejsc w Sudetach pod względem krajobrazowym umierało śmiercią naturalną. Wieś zubożała wyludniła się,  podupadła gospodarczo i kulturalnie Dopiero otwarcie turystyczne Osówki w 1996 roku przyniosło ze sobą ożywienie wsi. W ostatnich latach widać zmiany, które pozwalają mieć nadzieję, że Sierpnica otworzy się na świat i wykorzysta w pełni możliwości jakie daje przyroda i wyjątkowo malownicze krajobrazy górskie. Wieś liczy sobie w tym momencie 135 mieszkańców, ale staje się coraz bardziej wsią letniskową. Pobudowano lub przebudowano domy mieszkalne na pensjonaty. Rośnie ilość gospodarstw agroturystycznych, budowane są nowe domki mieszkalne i letniskowe. Można się spodziewać, że Sierpnica wkroczyła na drogę rozwoju.

To tyle o Sierpnicy. A w następnych postach zainteresuję Państwa kolejnymi cacakami budownictwa sakralnego na ziemi wałbrzyskiej.

sobota, 1 października 2016

Pierwszo październikowe refleksje






Październik, kto mógł wymyślić taką ponurą nazwę.  Próbuję odgadnąć  źródłosłów słowa październik. Zaglądam  do słownika,  paździerz    zdrewniałe części suchych łodyg lnu lub konopi odpadające z włókien przy międleniu. I to miałoby stanowić o nazwie miesiąca?

Październik bywa miesiącem kapryśnym, od czasu do czasu oszałamiającym przy słonecznej pogodzie, zwłaszcza w górach lub w otoczeniu lasów, a zdarza się, że zimnym, deszczowym, mglistym, kiedy niebo zasnute bywa czarnymi chmurami.

Z październikiem u nas w kraju wiąże się nieodłącznie określenie „złotej polskiej jesieni”. Bywa, że przesuwa się ono w czasie sięgając połowy listopada. To jest czas, kiedy w obszarach górskich doświadczamy tego, co moglibyśmy sobie  wyobrazić jako niebiańskie rozkosze raju. Świat wokół nas staje się przecudowną mozaiką kolorów. W blasku słońca lub wieczornych zórz staje się on niepojęty, nieogarniony. Wobec tego, co nas otacza nie ma żadnych egzystencjonalnych lub badawczo-naukowych  interpretacji. I właśnie dlatego myśl o Bogu, niepojętym stwórcy tego wszystkiego co nas otacza  jest absolutnie na miejscu. Ktoś to musiał stworzyć. Próby wytłumaczenia, że stworzyła to natura w drodze ewolucji są tak samo abstrakcyjne jak zapisy Pisma Świętego, że Wielki Bóg załatwił to wszystko w ciągu sześciu dni, a siódmy przeznaczył na odpoczynek.

Pomijmy wytwory żydowskich mędrców, rzekomo natchnionych przez Boga, którzy spisali dzieje narodu żydowskiego w Piśmie Świętym, a  przy okazji pokusili się o wytłumaczenie, skąd się wziął świat  i człowiek na ziemi, komu  i czemu ma służyć. Trudno traktować poważnie opowieść o grzechu Adama i Ewy, którzy pokusili się mimo zakazu zerwać jabłko z drzewa  mądrości.  Skutkiem tego zostali oni ukarani zesłaniem  na ziemię, stali się pierwszymi ludźmi na tym padole płaczu, a na ich potomstwie, czyli całej ludzkości  aż do dziś ciąży ten grzech pierworodny, za który musimy pokutować. Nawet będąc człowiekiem dobrej wiary nie jesteśmy w stanie z tym się zgodzić.

 Jest jedna zagadka, której nie jest w stanie rozwiązać jak dotąd nikt. Nosi ona nazwę – sens istnienia. Inaczej  mówić – po co człowiek żyje na ziemi, skoro to wszystko co doświadczymy i osiągniemy kończy się tak samo, nieodwracalnie  - śmiercią . Dla wielu z nas wiara w Boga jest ratunkiem, ona pozwala wytłumaczyć  wszystkie absurdy Pisma Świętego, bo przecież wiara nie potrzebuje naukowych uzasadnień. Po prostu, to czego nie potrafimy zrozumieć przyjmujemy na wiarę.

Przypominam sobie anegdotę z książki młodopolskiego pisarza Tadeusza  Boya Żeleńskiego „Obiad literacki. Proust”:  spotkali się nad jeziorem dwaj wędkarze, wierzący i ateista. Ten pierwszy zarzucił wędkę i po chwili wyciągnął ją, ale zamiast ryby na haczyku wisiała kartka z napisem: Nie istnieję. Bóg. A na to ateista mówi: A widzisz ! Zapamiętał się ateista w przeświadczeniu, że przekonać wierzącego  może tylko za pomocą materialnych dowodów. Kiedy niedowiarstwo staje się wiarą, głupsze jest od religii.

W dalszej części dyskusji  przy literackim, stole z udziałem kilku wybitnych paryskich pisarzy i myślicieli, jeden z braci Goncourt oświadcza: Największa siła religii chrześcijańskiej tkwi w tym, że ona jest religią smutków, nieszczęść, zgryzot, chorób, wszystkiego, co utrapia duszę, serce, ciało… Zwraca się do tych, co cierpią. Przyrzeka pociechę tym , co jej potrzebują, nadzieję tym, co są zrozpaczeni. Religie starożytne to były religie radości człowieka, uczty życia. To jest różnica taka, jak między wieńcem z róż, a chustką do nosa.  Dlaczego więc najbardziej religijne są kobiety. A dlatego, że religia jest u kobiety częścią płci.
Religia dowartościowuje kobiety, jest dla nich miejscem spełniania się ukrytych, mistycznych ciągot.

 Nie znam nic piękniejszego, mówi Saint Victor, niż wielkie święto w Katedrze Sw. Piotra w Rzymie : kardynałowie czytający swe brewiarze, rozwaleni w fotelach. Tak, religia katolicka to w gruncie rzeczy bajeczna mitologia. Spektakl teatralny najwyższej wody. Aktorzy – doświadczeni mistrzowie sceny. W świetle jupiterów stanowią doskonałe uosobienie mądrości i pokory. A do tego poprzebierani ministranci, kadzidła, muzyka organowa, śpiew  i modlitwy. Nikt nie roztrząsa kim są w rzeczy samej kardynałowie. Dla nich dogmaty wiary, to jak reguły w wiście, trzeba im się poddać, ale nie przywiązują do nich wagi. Dogmaty są dla wiernych, a rolą kardynałów jest umieć przekonać wiernych do ich przestrzegania.

Zapędziłem się trochę w tym pierwszo październikowym rozmyślaniu. Ktoś może się zadziwić dlaczego akurat teraz. Za niecały miesiąc będzie lepsza okazja, bo będziemy 1 listopada prawie wszyscy obchodzić uroczyście Dzień Wszystkich Świętych -  na cmentarzu. Niestety, taką mamy tradycję. Trudno pojąć dlaczego na cmentarzu z okazji Wszystkich Świętych, ale nie jest to najważniejsze. Idziemy na cmentarz z zupełnie innych powodów. I przy tej okazji skupiamy się mimo woli nad sensem życia ludzkiego.

Moje zaś dzisiejsze  refleksje wiążą się z  pierwszą tego rodzaju akcją strajkową kobiet w proteście przeciw PiS-owskim próbom absolutnego zakazu aborcji i stosowania środków antykoncepcyjnych. To, że PiS zdecydował się rozpętać tę burzę jest skutkiem nacisku hierarchów naszego kościoła katolickiego i toruńskiego możnowładcy, zwanego Ojcem Rydzykiem. Trudno godzić się z taką ingerencją kościoła w państwie różnowyznaniowym, które konstytucyjnie zapewnia świeckość, a w ślad za tym oddzielenie Kościoła od państwa.

Nasuwa mi się skojarzenie nazwy października od paździerzy, czyli jak wspomniałem na wstępie od „zdrętwiałych części suchych łodyg, odpadających przy międleniu”. Tak mi się wydaje, że wcześniej czy później to co próbują narzucić społeczeństwu tzw. stróże moralności,  niekoniecznie swojej, ale cudzej, ulegnie wkrótce zmiędleniu.
  

Fot. Zbigniew Dawidowicz

Kim byli rodzice Laury - oto jest pytanie ?




Mam niebywały komfort, zdarzenie nadzwyczaj rzadkie. Dysponuję maszynopisem powieści Jolanty Marii Kalety „Riese. Tam gdzie śmierć ma sowie oczy”. Mogę więc pisać o książce, a nawet cytować jej fragmenty zanim się ona ukazała. Nie ukrywam, że sprawia mi to satysfakcję, bo czuje się jednym z pierwszych jej pochłaniaczy i pierwszym, który może zdradzić coś niecoś moim Czytelnikom, by ich zachęcić do spotkania z pisarką i nabycia tej wyjątkowej książki.

Pozwalam sobie to robić bez pytania autorki o zgodę, bo myślę, że mam do tego prawo jako jedna z osób, które znalazły się na kartach książki jako ówczesny burmistrz Głuszycy, czyli w drugiej połowie lat 90-tych, kiedy to rozgrywała się jej akcja. Pojawiam się w książce oczywiście pod innym imieniem i nazwiskiem. Powieściopisarka przyznaje w posłowiu książki, że kilka prawdziwych osób posłużyło jej do skonstruowania wątku fabularnego, by uczynić  go bardziej autentycznym.

Główny bohater książki, sędzia Laura Szeliga, jak się okazuje urodzona tuż po wojnie w Głuszycy, usiłuje rozwikłać skomplikowaną historię swego pochodzenia, kiedy do jej rąk dotarły materiały śledcze UB z pierwszych lat powojennych, z których wynikało, że jej ojciec był niemieckim agentem powiązanym z odwetową działalnością Wehrwolfu w regionie wałbrzyskim. Jak się okaże jest to sprawa niezwykle skomplikowana, a jej ostateczne wyjaśnienie wymaga ogromnej determinacji i samozaparcia ze strony Laury i wspomagających ją przyjaciół.

Rozwiązanie zagadki ma miejsce pod koniec książki, a dzieje się to na plebanii kościoła MB Królowej Polski w Głuszycy, gdzie trafiła Laura, odnajdując księdza, który sporządził przed laty metrykę jej urodzenia. Cytuję:

„W kącie pokoju stało nakryte kapą, wąskie łóżko. Nad którym wisiał krucyfiks, a miejsce pod oknem zajmował stół i dwa krzesła. Jelonek z książką w ręce siedział obok, w głębi fotelu. Gdy Laura podeszła bliżej, przekonała się, że była to Biblia. Duchowny, choć na emeryturze, ubrany był w sutannę. Wydawał się bardzo stary i zasuszony. Garstka siwych włosów niczym puch pisklęcia pokrywała jego okrągłą jak piłka czaszkę, obsypaną starczymi plamami. Natomiast brwi, jakby chciały wyrównać te niedostatki z wiekiem stały się krzaczaste i sterczały nad grubymi oprawkami okularów niczym wiechcie jasnej słomy. Jego drobną jak u dziecka twarz pokrywała siateczka delikatnych zmarszczek. Jednak oczy emerytowanego duchownego zachowały żywy blask i z zainteresowaniem spojrzały na Laurę.
- Szczęść Boże – wydusiła z trudem przez ściśnięta gardło. Postawiła na szczerość. W tym miejscu przed człowiekiem odgrywanie komedii nie wchodziło w grę. – Nazywam się Laura Zaręba.
Celowo użyła takiego określenia. Tak się nazywała, ale czy naprawdę była Laurą Zarębą czy kimś innym?
- Jezusie Nazareński… szepnął Jelonek, a Biblia wymsknęła mu się z rąk i upadła na podłogę. Laura rzuciła się zbierać. – Więc ty już wiesz…
- Nie wiem, proszę księdza!  - wybuchła płaczem. – Nic nie wiem! A to co podejrzewam, to straszne!
Stała przed nim niczym ofiara przed katem, czekająca na wyrok z opuszczoną głową, z twarzą zalaną łzami. Nie wiedziała, czy może liczyć na łaskę, bo grzechów swych nie znała.
- Siadaj moje dziecko. .. Wskazał jej krzesło stojące przy stole. – Tutaj, blisko mnie. Prawda jest straszna. Jest tylko prawdziwa”.

Nie mogę cytować więcej. Nie chcę zdradzać rozwiązania zagadki, bo wówczas śledzenie fabuły książki mającej w sobie charakter sensacyjny, byłoby mniej frapujące. Zapewniam, że Laura nie zrezygnuje z tego, aby usłyszeć prawdę o tym kim byli jej rodzice, kierując się zasadą, że najgorsza prawda jest lepsza od najpiękniejszego kłamstwa. Myślę, że ta maksyma odnosi się do całej książki, w której poznamy prawdę m. in. o barbarzyństwie polskich służb bezpieczeństwa w realizacji politycznego celu „umocnienia władzy ludowej” na Ziemiach Odzyskanych. Dowiemy się też o złowieszczej wróżbie mówiącej o tym, że w Górach Sowich śmierć ma sowie oczy. 

Najnowszą książkę Jolanty Marii Kalety można będzie nabyć z jej autografem na spotkaniu z pisarką w niedzielne popołudnie 9 października o godz. 17.00 w CK MBP w Głuszycy, na które zapraszamy wszystkich miłośników książki.

Fot. Zbigniew Dawidowicz