Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

czwartek, 14 lipca 2016

Dzień Kobiet powinniśmy świętować codziennie...




„Niebo to jest małe miasteczko w niedzielę,

gwiazdy gapią się na ziemię z okien,

a wiadomo, że gwiazd jest wiele

i że wszystkie są niebieskookie.



A tam w rogu, w mieszkaniu z balkonem,

w jednym oknie, gdzie kwiat czerwony,

i to drugie okno z drugim kwiatem…



Tam ty mieszkasz. I pogrzebaczem

fajerki przesuwasz i płaczesz,

bo tak długo czekasz mnie z obiadem



Idę do ciebie. W twoją zieleń,

I w twoje śniegi. I w twój wiatr.

W twój niezmierzony idę świat,

gdzie pory roku na twej dłoni

trojaka jak Ślązaczki tańczą

i kurz się wzbija, skrzypi wóz,

odyniec biegnie przez mokradła

i jeleń rośnie pośród światła,

co dzwoniąc, bębniąc, tarabaniąc

zaspane gwiazdy strząsa z brzóz.



Jesień to skrzypce potłuczone,

bezradna myśl nad ćwiercią smyczka,

zima to plecy twoje białe,

lato  -  jak złota rękawiczka,

którą porzucił w sadzie Jan,

ten Kochanowski, co mu łyżką

wystarczy stuknąć, a już wszystko

tańcuje, niebo się otwiera

niebo niebieskich pełne piór,

truchleje wilk, basuje bór

głosem Szekspira i Homera…”


To oczywiście Konstanty Ildefons Gałczyński. Nikt tak jak On  nie potrafił pisać pięknie o kobietach, oddawać im cześć i uszanowanie, poczynając od matki, poprzez inne kobiety, które wywarły na nim wrażenie, a kończąc na żonie.

Ród ludzki składa się z dwóch różnych płci  -  kobiet i mężczyzn. I nikt tego nie zmieni. Nie da się z kobiety zrobić mężczyzny i odwrotnie. Różnice anatomiczne, psychiczne i mentalne wyznaczają tradycyjny podział ról pomiędzy kobietą i mężczyzną. Źle, że w wielu społecznościach wykształcił się model dominacji mężczyzn nad kobietami. Powoli, choć wciąż jeszcze zbyt wolno i zbyt mało skutecznie ten stereotyp podlega przeobrażeniom. Mamy coraz więcej okazji, by do tego tematu powracać i przekształcać w konkretne poczynania. Jedną z takich okazji jest Dzień Kobiet.

Ze względów politycznych i być może ideologicznych pojawiły się tendencje by 8 marca jako Dzień Kobiet wykreślić z kalendarza. Wyśmiewa się ukształtowane w czasach PRL-u zwyczaje obdarowywania w tym dniu kobiet pracujących przysłowiowym goździkiem i paczuszką z rajtuzami. Mimo wszystko tradycja obchodów Dnia Kobiet w Polsce nie zagasła. Ma ona swoje historyczne korzenie i jest uznawana w wielu krajach na świecie. Póki co nie wymyślono nic lepszego. Amerykańskie Walentynki mają zdecydowanie inny charakter, są świętem młodych, zakochanych. Dobrze, że choć raz w roku mamy okazję do głębszej refleksji nad rolą i znaczeniem kobiet w naszym życiu. A jeszcze lepiej, jeśli staramy się, mówię o mężczyznach, w tym dniu okazać swoim bliskim paniom więcej niż zwykle ciepła, miłości i uszanowania.

Ponieważ jestem mężczyzną „starej daty” nie zrezygnuję z tej okazji, by w tym pięknym dniu
zwiastującym nadchodzącą Wiosnę (też płci żeńskiej) złożyć Paniom jak najsłoneczniejsze życzenia:

Życzę Wszystkim Paniom, bliskim i dalekim, by nabrały wewnętrznego przekonania, że są o wiele bardziej ważne i potrzebne od mężczyzn.
Życzę Paniom by miały jak najwięcej powodów do pogody ducha i uśmiechu, bo wtedy są o niebo bardziej urodziwe i pociągające.
Życzę by każdy mężczyzna uświadomił sobie, że świat byłby mniej ciekawy i brzydszy, gdyby nie było w nim kobiet.
Życzę by mężczyźni pogodzili się z tym, że kobieta jest na pierwszym miejscu w życiu rodzinnym, nawet gdy nie pracuje zawodowo lub mniej zarabia, bo ona przede wszystkim strzeże ogniska domowego i dba o  wychowanie dzieci.
Życzę wreszcie na koniec, by Dzień Kobiet był dniem codziennym przez cały długi rok i stało się rzeczą naturalną, że zaczyna się on od pogodnego spojrzenia i uśmiechu Panów  do każdej Pani w domu, na ulicy i w pracy.

Czegóż jeszcze więcej można życzyć Paniom z okazji ich święta?

Oto moja wierszowana laurka życzeń płynąca prosto z serca:


By śnieżynki Was olśniły śnieżną bielą w marcu,
by Wam kwiecień tak zapachniał jak powietrze w Harcu,
by słoneczko Was muskało złotą smugą w maju,
a zaś czerwiec się okazał cudotwórcą z raju,
by energii Wam starczyło na wywczasy w lipcu,
by przy grillu  nie zabrało  likieru i chipsów,
aby sierpień błysnął brązem jak słońce na Cyprze
bo lubimy brąz na ciele, muzykę na cytrze,
wrzosowiska w piaskach Łeby, spacery we wrześniu
babie lato w październiku i sny co się nie śnią,
złote liście z drzew spadają, wieczory zbyt smętne,
tylko noce są jak w bajce, długie i namiętne,
niech listopad Was nie stłamsi, nie roztkliwi więcej,
przecież grudzień już za pasem,  najlepszy z miesięcy.
Staropolska cud- tradycja nigdy się nie zmienia,
w grudniu sobie znów złożymy najlepsze życzenia !

Wszystkiego naj…naj…naj… !

Stąd właśnie moja sugestia co do tego, że powinniśmy nasze Panie obdarzać kwiatuszkiem, a przynajmniej dobrym słowem nie tylko raz w roku.

I zapraszam tym serdeczniej i Panie, i Panów do mojego blogu !

środa, 13 lipca 2016

Prawdziwe cudo w Rybnicy Małej






Motto:   „bo nie jest światło, by pod korcem stało,
              ani sól ziemi do przypraw kuchennych,
              bo piękno na to jest, by zachwycało
              do pracy  -  praca, by się zmartwychwstało...”
                                            Cyprian Kamil Norwid


Wciąż jeszcze „droga krzyżowa”, krzycząca o ratunek do władz powiatu wałbrzyskiego, historyczny szlak handlowy ze Świdnicy przez Głuszycę, Mieroszów do Czech, „oczko w głowie” rycerzy - rabusiów z Rogowca, którzy nękali karawany kupieckie w XIV i XV wieku, wąska,  wijąca się wstęgą przez przełęcz górską wzdłuż Rybnego Potoku, przepiękna droga z Głuszycy do Rybnicy Leśnej i dalej do Unisławia Śląskiego, to jedyny trakt komunikacyjny wiodący do posiadłości Waleriana Urbaniaka. Każdy kto z takich czy innych powodów zdecyduje się jechać tą trasą, mimo całej uwagi skoncentrowanej na tym, by nie złamać koła lub stoczyć się w przepaść, dostrzeże jednak w pół drogi niezwykłej urody i architektury, zabytkową budowlę, z rzucającym się w oczy, kolorowym napisem „Gospoda Sudecka Doliny Rybnej”. Naprawdę warto się tu zatrzymać. Jeśli nie będzie nam dane spotkać się bezpośrednio z „człowiekiem pozytywnie zakręconym”, kamieniarzem, a jednocześnie restauratorem zabytku, zbieraczem staroci, pamiątek rzemiosła użytkowego tych ziem, właścicielem niezwykłego pensjonatu i rewelacyjnie położonego „Łowiska Ryb”, czyli w jednej osobie z Walerianem Urbaniakiem, to na pewno można będzie odpocząć na chwilę w atrakcyjnej salce barowej, zobaczyć urządzenie wnętrz gospody – skansenu, odbudowanej na bazie poniemieckiego gościńca, a później tartaku  z charakterystycznym murem pruskim na zewnątrz, znakomicie wkomponowanej w krajobraz wąskiej przełęczy śródgórskiej. Zaś smakosze świeżego pstrąga lub karpia mogą skorzystać z pięknie położonej na zewnątrz  i nowocześnie zagospodarowanej smażalni nad majestatycznym stawem, w dole urwistego zbocza góry.

Osoby zainteresowane turystyką regionu wałbrzyskiego znają Rybnicę Leśną, wieś położoną wzdłuż drogi do „Andrzejówki”. Do Rybnicy Leśnej przyjeżdżało się na dobre jedzenie w gościnnej restauracji „Darz Bór”, albo po to by pozachwycać się zabytkowym, drewnianym kościółkiem i czarującymi krajobrazami wokół. Tylko bardziej wytrawni turyści wiedzą, że nieco niżej po drodze z Rybnicy Leśnej do Głuszycy jest jeszcze druga Rybnica, zwana Małą. Być może nikt by o tym nie pamiętał, bo jest tam zaledwie kilka zagubionych domków, gdyby nie zabytkowa, odremontowana i gościnna „Gospoda Sudecka” z plenerową smażalnią ryb – jedno z najcudowniejszych miejsc ziemi wałbrzyskiej.

Tego się nie da opisać, to trzeba zobaczyć. Smażalnia jest obok gospody w niezwykle uroczym miejscu nad stawem, w otoczeniu niebotycznych drzew i krzewów. Miejsce jest świetnie zagospodarowane z atrakcjami dla dzieci i młodzieży. Bywalcy mówią, że jest tu najsmaczniejszy pstrąg, przyrządzany specjalnym sposobem. A w gospodzie są miejsca noclegowe latem zwykle wykorzystywane przez przyjezdnych wczasowiczów z Niemiec.



Swego czasu przeprowadziłem rozmowę z Walerianem Urbaniakiem, twórcą tego wszystkiego. Oto w całości wywiad dla gazety „Głos Głuszycy” myślę, że warty przytoczenia, bo  jak się okaże z niezwykle interesującym człowiekiem.

Sam bohater tego wywiadu jest osobą nadzwyczaj skromną. Nie dba o sławę i zaszczyty. To co osiągnął z mozołem i  wieloletnim samozaparciem jest skutkiem jego osobistej pasji czynienia rzeczy dobrych nie tylko dla siebie, ale i przyszłych pokoleń. Kim jest Walerian Urbaniak, jak do tego doszło, że został kamieniarzem, rozwinął działalność gospodarczą, a następnie zdecydował się uratować chylący się ku upadkowi zabytek, by w nim urządzić stylowy, nowoczesny hotelik  do przyjęcia gości krajowych i zagranicznych, by wypełnić pensjonat zabytkowymi meblami, staroświeckimi eksponatami, ozdobami, świecidełkami. O tym wszystkim dowiemy się z interesującej rozmowy:

S.M.  Podobnie jak zdecydowana większość dojrzałych mieszkańców tych ziem jest Pan osobą z zewnątrz, proszę nam powiedzieć jak to się stało, że trafił Pan do Rybnicy Małej, stał się właścicielem zabytkowej posiadłości  nad Rybnym Potokiem i zajął się kamieniarstwem ?

W.U.  Co do określenia „osoba z zewnątrz” mam zastrzeżenia. Kiedy moi rodzice, repatrianci z Francji, w 1946 roku osiedlili się w Głuszycy Górnej, miałem dwa lata. Mogę więc chyba uważać się za rodowitego Głuszyczanina, chociaż z zagranicznym miejscem urodzenia . Moi rodzice, Antoni i Maria, poznali się we Francji. Ojciec pochodził z Poznańskiego, a matka zza Buga. Po osiedleniu się na Ziemiach Odzyskanych, ojciec chętnie porzucił zawód górnika i  z akceptacją matki zajął się o wiele bezpieczniejszą i zdrowszą pracą na roli, najpierw w Głuszycy Górnej, potem w Grzmiącej, a następnie od 1952 roku tutaj w Rybnicy Małej. Tradycję rodzinną starałem się podtrzymać kończąc Technikum Górnicze w Wałbrzychu, ale los sprawił, że w 1965 roku zamiast do kopalni trafiłem do pracy w Kamieniołomach w Bartnicy. Stąd właśnie się wzięła moja obecna profesja – kamieniarstwo. Od 1974 roku prowadzę działalność gospodarczą jako kamieniarz, najpierw w Głuszycy wspólnie z kolegą, Zenonem Chwostkiem, a od 1976 roku tutaj w Rybnicy już samodzielnie.

S.M.  Działalność rzemieślniczo – usługowa w zakresie kamieniarstwa, to osobna sprawa. Wiem, że miałby Pan na ten temat wiele do powiedzenia. Ale nas interesuje w tej rozmowie to wszystko, co towarzyszyło rozwojowi firmy, a stanowiło jej dopełnienie, pozwalało realizować dodatkowe zainteresowania i pasje, można by to określić mianem hobby. Chodzi oczywiście o odnowę zabytkowego budynku, w którym urządził pan ekskluzywny pensjonat i zgromadził eksponaty kultury i  sztuki użytkowej tych ziem, które obecnie zdobią pomieszczenia gościnne, a nawet wypełniają osobny spichlerz, swego rodzaju mini – skansen do oglądania przez zainteresowanych gości.

W.U.  Nie wiem, czy jest to typowe hobby. Widzę w tym zdecydowanie więcej pragmatyzmu. Odziedziczyłem po rodzicach zniszczony, poniemiecki budynek o ciekawej architekturze i położony w najpiękniejszym miejscu na ziemi. Od samego początku kiełkowała we mnie potrzeba odbudowy domu z zachowaniem wszystkich elementów stylu sudeckiego. Obiecałem to Rodzicom. Zacząłem się interesować architekturą i sztuką użytkową tych ziem, korzystałem ze źródeł niemieckich. Na gzymsie budynku znalazłem wyrytą datę budowy obiektu  -  1713. Dowiedziałem się, że za Niemców był tu swego czasu gościniec zbudowany przy szlaku turystycznym na Rogowiec  i w Góry Suche,  że nocowali tu turyści, że byli częstowani świeżym pieczywem, masłem i mlekiem prosto od krowy, a później gdy po drugiej stronie gościńca na miejscu starego młyna powstał duży zajazd z promenadą nad stawem, ozdobioną tonącymi w kwiatach pergolami, gdy więc pojawiła się konkurencja, trzeba było zmienić zajęcie, uruchomiono więc w tym miejscu tartak. Moi rodzice prowadzili tu gospodarstwo hodowlane, ale z czasem stawało się to coraz to mniej opłacalne. Uruchomiłem więc tutaj zakład kamieniarski, ale wykorzystując do tego celu zabudowania gospodarcze. Główny budynek czekał na lepsze czasy.

S.M.  Interesującym jest, skąd się wzięła ta pasja ratowania budynku i reliktów techniki użytkowej tego regionu.  Kiedy zrodził się pomysł urządzenia w zabytkowym młynie nowoczesnego pensjonatu z zachowaniem maksymalnie, jak to tylko możliwe, dawnego stylu budownictwa ? I czy była to inicjatywa pragmatyczna, merkantylna, obliczona na uzyskanie nowego źródła dochodów, czy też przyświecał jej inny cel?

W.U.  Decyzja o restauracji obiektu zapadła z początkiem lat 90-tych. Duży wpływ na jej podjęcie wywarła znana w Wałbrzychu osobistość dr Euzebiusza Gila, kustosza skansenu kultury sudeckiej w Pstrążnej koło Kudowy-Zdroju.. On był inspiratorem, udzielił mi rad, wskazówek i zapalił do czynu. Ogromny szacunek mam do ówczesnego konserwatora zabytków w Wałbrzychu, Andrzeja Kubika, który dał mi dużo swobody w rekonstrukcji domu, czuwając nad zachowaniem zasadniczych elementów stylu. Koncentracja robót miała miejsce pod koniec lat 90-tych. Przez cały ten czas czyniłem intensywne poszukiwania w całym regionie eksponatów sztuki użytkowej, zabytkowych mebli, obrazów,  naczyń, urządzeń, fotografii, map, książek. I wreszcie rzecz najważniejsza. Bez niej nie byłoby pensjonatu, a przynajmniej nie o takim standardzie. Chodzi o agroturystykę,  możliwość uruchomienia gospodarstwa agroturystycznego, a następnie uzyskania kredytu na dogodnych warunkach . To był element decydujący. Aktualnie kamieniarstwo stanowi działalność dodatkową w ramach prowadzonego przeze mnie gospodarstwa agroturystycznego.

S.M.  Mówimy cały czas o odnowie zabytkowego budynku ,urządzeniu w nim atrakcyjnych pokoi gościnnych, wypełnieniu ich oryginalnymi meblami i ozdobami przypominającymi czas miniony. Ale na tym się to wszystko nie kończy. Obok budynku po drugiej stronie drogi wyrosło coś w rodzaju pola campingowego ze smażalnią ryb, osobną wędzarnią, estetycznymi  miejscami do spożywania potraw w plenerze, a to wszystko tuż przy stawie rybnym, z kaskadami i placem zabaw dla dzieci. Po co to wszystko ?

W.U.  To wszystko jest wpisane w ideę gospodarstwa agroturystycznego. Rzecz w tym, aby służyło ono jak najszerzej urozmaiconym gustom klientów, aby świadczyło jak najwięcej atrakcyjnych form rekreacji i wypoczynku, aby gości przyciągnąć czymś oryginalnym, zainteresować i zabawić. Moimi gośćmi są najczęściej Niemcy, wielu z nich jest związanych z tymi stronami (przesiedleńcy lub ich potomkowie), przyjeżdżają tu jak do siebie i proszę się nie obawiać,  nie myślą o powrocie, nie roszczą pretensji do skutków przegranej wojny. U nas jest taniej i gościnniej, a pewne resentymenty rodzinne być może odgrywają też swoją rolę.


Myślę, że warto było przytoczyć  tę rozmowę, wyjaśnia nam ona wiele o samym właścicielu posiadłości jak również o tym jak do tego doszło. Zachęcam więc, aby tu przyjechać i doświadczyć wszystkiego na własnej skórze. Jestem przekonany, że warto.


wtorek, 12 lipca 2016

PRL cudami słynący


cuda natury


To nie żart, ani żadna kpina z wiary w cuda i z możliwości ich występowania nawet w takiej formacji społeczno-ekonomicznej, jaką była demokracja ludowa PRL-u. Cuda są ponad ustrojowe, są immanentnym zjawiskiem zbiorowisk ludzkich bez względu na ich pochodzenie, rasę, wyznanie, kolor skóry. Mówi się niesłusznie, że ktoś wierzy lub nie wierzy w cuda. Przecież cuda, to nie kwestia wiary. Wystarczy tylko rozejrzeć się wokół siebie, by przekonać się o ich realnym, materialnym, niepodważalnym funkcjonowaniu. 

Przekonałem się o tym na własnej skórze, bo należę do wcześnie urodzonych i dane mi było posmakować jakości życia w PRL-u od samego początku do końca jego istnienia. Dziś kiedy wspomnę tamte czasy wracając z wałbrzyskiego marketu Auchan własnym samochodem nie mogę zrozumieć, jak to było możliwe przeżyć tyle lat w PRL-u i nie popaść w schizofrenię. Okazuje się, że to wszystko jest sprawą cudu, nawet nie jednego, a siedmiu cudów PRL-u.

Przeczytałem o tych cudach swego czasu na ścianie sali bufetowej przydrożnej restauracyjki nazwanej „Oberżą PRL-u”, położonej na przedmieściach Jedliny-Zdroju po drodze do Głuszycy. Zapraszała ona wszystkich przechodniów i przejezdnych czerwoną planszą z napisem: „Towarzyszu, musisz jeść i pić”, a po wejściu do drewnianej  gospody można było się zachwycić wiejskimi koszami kwiatów i uciesznymi meblami, pamiętającymi czasy wczesnego Gomułki oraz obrazkami przypominającymi zdobnictwo ówczesnej gastronomii.

Jak przystało na starą karczmę można w niej było docenić walory wiejskiej kuchni serwującej  żurek, barszczyk lub grochówkę, do tego „hepe schab z jajem sadzonym, pieprzowniki lub dorsze w sosie własnym”, a także dania domowe, takie jak pierożki, naleśniki, kluski śląskie, tudzież ciasta i inne wypieki. W oczekiwaniu na te przysmaki można było podziwiać dowcipne wyposażenie sal , swego rodzaju rupieciarnię, oddającą w całej swej rozmaitości i krasie specyfikę tamtych lat. Można było w tym otoczeniu spędzić mile czas, oglądając ze wzruszeniem „najnowszy i najbardziej zaawansowany produkt na naszym rynku” – telewizor „topaz” z lat 70-tych, a przy tej okazji odświeżyć pamięć lekturą starych numerów „Trybuny Ludu” lub „Przyjaciółki”, albo kolorowych magazynów reklamowych, delektując się obrazkami  osiągnięć polskiej motoryzacji od „syrenki” do „fiata 126p”. Można też było przekartkować omszałe tomy „Encyklopedii PWN” lub poczytać „Dzieła Stalina”.

Tę lekturę polecam szczególnie jako że mamy właśnie „nową Polskę”, wytwór chorej wyobraźni Jarusia Kaczyńskiego, wypisz, wymaluj kopię demokracji w wydaniu rosyjskiego wodza rewolucji, a tam właśnie w części III na stronach 77 – 87 można przeczytać o tym, że bezpartyjni i kadeci, to największy wróg klasowy, trzeba im się  przeciwstawić wszelkimi sposobami z publicznym napiętnowaniem włącznie i dalej mamy precyzyjną wykładnię, w jaki sposób rozprawić się z opozycją używając do tego prasy i radia, a także aparatu ścigania i innych odpowiedzialnych służb.

Jak przystało na „oberżę PRL-u”  mieliśmy w niej krocie czarno-białych fotografii i obrazków z tamtych czasów, a wśród nich w „loży VIP-ów” znane twarze przywódców politycznych PRL-u, Bieruta, Gomułki, Cyrankiewicza. Ale największe wzruszenie wzbudzał znany z filmu Barei stolik barowy z blaszanymi talerzami na łańcuchu, tak by nie mogły stać się łupem jakiegoś złodzieja. Na ściance barowej znajdował się niezwykle inteligentny slogan: „Klient w krawacie jest mniej awanturujący się”. Ale awantury w tym lokalu nie miały miejsca nie tylko ze względu na łagodny, sielski klimat tamtych czasów, ale również z powodów kurtuazyjnych. Oberżę obsługiwał „klan rodzinny” sióstr Kasi, Justyny i Weroniki  pod opiekuńczymi skrzydłami mamy Romy Lewkuń. Trudno się było oprzeć urokowi osobistemu i gościnności każdej z nich z osobna, a cóż dopiero w pełnym kwartecie.

Warto było się wybrać na maleńki fajfoklok do dowcipnej „Oberży PRL-u”, bo tam czekała na nas jeszcze jedna niezwykła niespodzianka. Do niej nawiązuje tytuł dzisiejszego felietonu i mój wstęp o wierze w cuda. Na dużej planszy w oberży mogliśmy poznać  tajemnicę „Siedmiu cudów PRL-u”.

Oto cuda PRL-owskiej natury:

1         Każdy miał pracę,
2         Mimo, że każdy miał pracę, nikt nie pracował,
3         Nawet mimo tego, że nikt nie pracował, plan był zawsze wykonany w 100%
4         Nawet mimo tego, ze plan był wykonany w 100% nie można było niczego kupić
5         Nawet mimo tego, że nie można było niczego kupić, wszyscy mieli wszystko,
6         Nawet mimo tego, ze wszyscy mieli wszystko, wszyscy kradli,
7         Nawet mimo tego, że wszyscy kradli, ostatecznie nigdy niczego nie brakowało, bo każdy miał pracę !!!

Czy jasnym dla Państwa stało się to, dlaczego cała rodzinka pani Romy zatrudniła się w „Oberży PRL-u”. Liczyła na cud.

Dziś możemy powiedzieć z pełnym przekonaniem, że cud się spełnił. Oberża zmieniła lokum na znacznie większy i powabniejszy. Pozostała w Jedlinie-Zdroju, ale na jej drugim końcu, w Kamieńsku, przy drodze do Wałbrzycha. Coś tam jeszcze pozostało z antycznego wyposażenia dawnej oberży, ale świat idzie do przodu, trzeba sprostać wymogom nowoczesności. O wstrętnym PRL-u winniśmy jak najszybciej zapomnieć. Dziś mamy ponownie super demokratyczną IV Rzeczpospolitą Kaczyńskich, mówią że także, podobnie jak w PRL-u, cudami słynącą.                                                                                                            

niedziela, 10 lipca 2016

Inwokacja po nowemu





Proponuję dziś moim Czytelnikom nową, współczesną wersję słynnej Inwokacji z "Pana Tadeusza".
No cóż, czasy się zmieniają, trzeba więc dokonać pewnych innowacji w niezapomnianych strofach epopei narodowej:

Polsko, ojczyzno wolna, Ty jesteś jak zdrowie,
ile Cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto Cię stracił.
Dziś zalety  Twe widzę codziennie od nowa
i nie zatrze ich Jaruś, ani Częstochowa.

Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy
i widzisz co się dzieje, miast wielkiej odnowy,
Pozwól bym mógł stroskany do Twych świątyń progów,
Przyjść i się pożalić przed Tobą  -  i Bogu!

Żyłem w kraju, gdzie wolność kwitła niezmącona,
gdzie ojczyzna  kroczyła w przyszłość rozmodlona,
gdzie bursztynowy świerzop, gryka ja śnieg biała
wołały bym się cieszył, bo kraj jest jak skała.

Nie zgniotą go wrogowie gdzieś tam z zagranicy,
zawarliśmy sojusze, to się teraz liczy,
nie groźni są sąsiedzi z Wschodu i Zachodu.

Kraj nasz  cieszył się passą  i szliśmy do przodu.

Dziś ta idylla tylko po nocach śni mi się,
w dzień czuję wielką trwogę, gdy myślę o PiS-ie.
Nie znajduję w tych ludziach żadnych słusznych racji,
kiedy burzą podstawy naszej demokracji.

Panno Święta co Jasnej bronisz Częstochowy
spróbuj nasz kraj powrócić do dawnej odnowy,
przerwij żałosny spektakl Jarusia Mądrego,
ratuj Polskę, błagamy, w Imię Syna Twego !

Tak nas powrócisz cudem na ojczyzny łono.

Tymczasem przenoś moją duszę utęsknioną
do kraju, gdzie nie rządzi prywata i chciwość,
 a prawo znaczy prawość , ład i sprawiedliwość!



sobota, 9 lipca 2016

Mój poranny pacierz

światełko w tunelu

Modlę się do Boga o grzechów odpuszczenie choć wiem, że jest to wołanie maleńkiej mrówki o kroplę wody na piaszczystych wydmach pomiędzy Chechłem, Kluczem i Błędowem, zwanych od tej ostatniej wsi Pustynią Błędowską. Bóg stwórca wszechrzeczy, gdzie on ma czas na to, by wysłuchać drobniutkiego mikroba, który najpierw grzeszy, a potem prosi o przebaczenie. Miałeś wolną wolę, trzeba było nie grzeszyć, a jeśli dopuściłeś się wiarołomstwa, to nie licz na szczęśliwy traf, że Wielki Bóg cię usłyszy. „Miałeś chamie złoty róg, został ci się jeno… wór”, wór pełen wątpliwości. Taka jest materia rzeczy, a jednak modlę się, bo wierzę w moc modlitwy, tak samo jak wypełniając kupon totolotka. W coś trzeba wierzyć, bo inaczej życie traci sens.

 Przekonują mnie do wiary ojcowie Kościoła, głoszący z ambony słowo Boże. Robią to z taką maestrią, że człowieczek  niemy, pokorny, czołobitny, wobec wystrojonego w komżę i ornat duchownego (o tak, to jest właściwe słowo – duchownego), jest tylko pyłkiem, niewidoczną cząstką materii, drobinką, po prostu niczym. Wystarczy dmuchnąć i już go nie ma, rozprzestrzeni się w nicości, jak puch przekwitającego mlecza. Ale nic w przyrodzie nie ginie, umiera tylko to co materialne, a duch unosi się w przestworza i tam w przestworzach Nieba będzie oczekiwał na Sąd Ostateczny.

Teorie naukowe są bezwzględne, nie liczą się ze słowami bożymi głoszonymi przez protagonistów duchownych, jeśli jednak  są bardzo mocne, to z biegiem czasu znajdują furtkę w doktrynie Kościoła, tak jak to miało miejsce z odkryciem Kopernika, że Ziemia krąży wokół Słońca, a nie odwrotnie jak głosił Kościół, albo z teorią ewolucji, sprzecznej w rzeczy samej z Pismem Świętym. Sam jej twórca, Karol Darwin jest osobą wyklętą przez Kościół, znajduje się na liście ekskomunikowanych, ale ewolucyjny rozwój natury trzeba było przyjąć za prawdziwy. Tak więc prawda w Kościele jest taka, jak ją widzą w danej chwili Ojcowie Kościoła. Ważne jest by pod tym kątem odpowiednio zinterpretować teksty Starego Testamentu, które o stworzeniu świata mówią diametralnie coś innego.

No właśnie, rozpocząłem od  modlitwy o odpuszczenie grzechów, wątpiąc w to, że zostanę wysłuchany, co już stanowi grzech. I zamiast skruchy i pokory brnę dalej w wiarołomstwie wolnomyślicielstwa. Zapominam, że według niektórych Ojców duchownych już samo myślenie jest grzechem. O Boże, chyba się zapędziłem gdzieś tam w kozi róg!

Któryś z filozofów greckich powiedział: myślę, więc jestem. Próbuję myśleć, żeby być pewnym, że istnieję. Chciałbym to robić na chwałę bożą, tylko mam wciąż wątpliwości, czy to co myślę jest dobre? Czy mogę sobie pozwolić na odrobinę swobody myślenia, czy też mam dać spokój medytacjom przyjmując, że za mnie myślą o niebo mądrzejsi hierarchowie, a ja ich owieczka jaką jestem winna się zadowolić słowem  Wielebnego.
Nie wiem tylko którego Wielebnego. Oto czytam wywiad Ludwika Wiśniewskiego, dominikanina, znanego działacza opozycji antykomunistycznej w „Tygodniku Powszechnym”, który mówi dobitnie o biernej postawie Kościoła wobec wydarzeń w kraju.
Potępia mowę nienawiści, która sączy się z ust polityków, głównie partii obecnie rządzącej.

Krytykuje także zaangażowanie polityczne części duchownych: W ciągu sześciu lat wygłoszono z ambony setki dzielących naród i niegodnych Kościoła kazań - zauważa dominikanin. Przypomina, że głównym celem Kościoła jest jednoczenie ludzi oraz łączenie ich z Bogiem.

Zdaniem o. Wiśniewskiego najważniejsze czynniki, które przykładają się do umacniania muru między Polakami to eskalowanie konfliktu związanego z Trybunałem Konstytucyjnym, tworzenie absurdalnych tez na temat zamachu w Smoleńsku oraz niszczenie autorytetów. Kościół w tym konflikcie odgrywa istotną rolę.


Jego zdaniem do podstawowych zadań biskupów należy przypominanie podstawowych zasad nauki społecznej Kościoła oraz nawoływanie do dialogu. - Ktoś musi powiedzieć, jak buduje się wspólnotę, na czym polega przebaczenie i pojednanie, czym jest prawdziwy patriotyzm. Ktoś musi powiedzieć, że wielkim grzechem jest dzielenie ludzi i niesprawiedliwe ich oskarżanie. Być może trzeba także powiedzieć, jakie są warunki prawdziwej demokracji – mówi w "TP" o. Wiśniewski.

Zakonnik uważa, że jesteśmy świadkami tego, jak obecna władza "zawłaszcza" sobie Boga, by zyskać jak największe poparcie społeczne.

Niestety, ze złocistych ust wielu pomazańców bożych, biskupów i kaznodziejów słyszymy zgoła coś innego. Jeden z nich, o pięknie brzmiącym dla mojego ucha nazwisku, określił rodzący się w kraju ruch obrony demokracji mianem Targowicy. Nie wiem z jakiej książki uczył się ten biskup historii Polski, ale dzieci ze szkoły podstawowej to wiedzą, że Targowica była ruchem skierowanym przeciwko Konstytucji 3-go Maja, Konstytucji nota bene wychwalanej teraz przez Kościół, który wówczas poparł targowiczan korzystających z pomocy militarnej rosyjskiej carowej Katarzyny II, a skutkiem tej konfederacji był II rozbiór Polski. W obronie niepodległości Polski wybuchło  później powstanie kościuszkowskie.
Takie są fakty, ale biskup wie swoje, dla niego dzisiejsi obrońcy konstytucji  są zdrajcami.

No i mam problem, komu wierzyć? Jestem pewien, że Ojciec Wiśniewski ma rację. Czy w ten sposób popełniam grzech?

Muszę to wszystko jeszcze raz przemyśleć, któryś kolejny raz. Ale błagam Ojca Dyrektora i Jego podwładnych Biskupów, i niżej postawionych funkcjonariuszy w służbie bożej nie wyklinajcie mnie, ja naprawdę jestem wierzący. Wierzę w to, że nie jestem w stanie pojąć wszystkiego rozumem. Amen !