Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

czwartek, 7 lipca 2016

Legenda o Osówce w Górach Sowich, górze wewnątrz której zamieszkały wojenne duchy





Działo się to wtedy, gdy nikt jeszcze nie słyszał o Wolkmenach Sony, przenośnych odtwarzaczach kaset magnetofonowych, które biją na łeb i szyję produkty Apple i Samsunga. Nikt nie marzył wówczas o MP 3 lub 4, choć to dziś nie stanowi już prestiżu i nobilitacji w konfrontacji z komórką Phone 5,  czy Google Nexus 4 lub HTC Windows Phone 8x. Wszystkie one zresztą nie dają tyle satysfakcji, co wcześniejszy „sonik” wielkości cegły na cztery paluszki z przewijaniem do przodu.

Ale pozostawmy na boku te cuda współczesnej techniki, bo jak się za chwilę okaże, można bez nich było żyć równie bujnie i komfortowo w takim chociażby miejscu, jak rzeczka Kłobia, prawy dopływ Bystrzycy, znajdująca swoje rozliczne źródła m. in.  na zboczach Osówki. A cuda mają to do siebie, że trafiają się wszędzie.

To tutaj w poniemieckim przysiółku zagubionym w lasach, o polskiej nazwie Modrzewki,  w opuszczonej chałupie krytej gontem, położonej na odkrytym wzgórku z rozległym widokiem na okoliczne wierzchołki, zamieszkała rodzina polskich przesiedleńców zza Buga. Jakie wichry ją tu przywiały, jakie siły nadprzyrodzone, trudno byłoby to opisać. Ale stało się. I z biegiem czasu znalazła tu swoje miejsce na ziemi, wymarzone warunki do życia, spokój, bezpieczeństwo i  tak pożądany od lat bliski kontakt z przyrodą.

Rodzinka była jak Bóg przykazał  -  tato, mama i dwoje dzieci. Przeszli ciężką, wojenną szkołę, tam daleko pod Drohobyczem. Cudem uszli z życiem i kiedy pojawiła się sposobność, jak legendarni Argonauci wyruszyli w podróż po „złote runo”. Znaleźli je tu właśnie na Ziemiach Odzyskanych.  Kiedy decyzją wójta położonego nieopodal miasteczka Gieszcze Puste stali się właścicielami poniemieckiego domostwa i leżących wokół łąk i pól, wydawało im się, że to już koniec z tułaczką po świecie. Nie wiedzieli wówczas, że czeka ich jeszcze jedna tajemnicza podróż. Tym razem w świat niepojęty,  magiczny, demoniczny. Wyprawa do wnętrza Osówki.

Zdarzyło się, że pewnego lipcowego ranka, syn i córka poszli do lasu na grzyby. Chłopak był jak na schwał, liczył sobie już czternaście wiosen, a po ojcu, zabużańskim gospodarzu, odziedziczył zainteresowanie przyrodą. Młodsza o dwa lata siostra chętnie mu towarzyszyła, bo zawsze gdy wyprawili się gdzieś razem, odnajdywali różne dziwy natury. Tego dnia zdarzyło się to samo. Na zboczu pnącej się wzwyż góry dostrzegli zarośnięte gęstą krzewiną wejście do podziemnej jaskini. Nie sposób było by z tego zaproszenia nie skorzystać.

Początkowo dość odważnie podążyli w głąb czeluści, ale gdy zrobiło się ciemno i ponuro, ogarnął ich niepokój. Wydrążony w litej skale kręty korytarz wydawał się nie mieć końca. Mało tego, miał rozgałęzienia po obu stronach. Nie wiadomo było gdzie iść dalej i co się może zdarzyć. Po pewnym czasie dziewczyna okazała się rozsądniejsza od brata. Zawołała:  Boję się! Nie idę dalej! Wracamy!


Gdy jednak młodzi poszukiwacze sensacji odwrócili się, nie było już widać nawet światełka  od wejścia do tunelu. Wtedy ogarnęło ich mrożące krew w żyłach przerażenie. Chłopak przypomniał sobie, że ma w kieszeni zapałki. Było ich niewiele, ale pozwoliły rozjaśnić ciemności i odszukać kierunek powrotu. Tylko dzięki temu udało się dotrzeć szczęśliwie na zewnątrz. Wtedy to chłopak zwierzył się swej siostrze i opowiedział swój dziwny sen.

Śniło mu się, że zagubił się nocą w lesie. Tato z mamą ruszyli na poszukiwania. Trzeba było dać sygnał, gdzie jest. I wtedy zapalił ognisko. Jakim cudem? Po prostu jakiś duch wyłonił się z wnętrza góry i podał mu ogień. Może to właśnie ten sam duch kazał mu dziś rano zabrać ze sobą pudełko zapałek?

Wtedy jeszcze młodzi grzybiarze nie wiedzieli, że podziemne miasto pod Osówką to fragment potężnej inwestycji militarnej III Rzeszy Niemieckiej pod koniec wojny znanej pod kryptonimem – „Riese”, to znaczy „Olbrzym”



Niestety, nie było jeszcze na rynku księgarskim znakomitej książki Jolanty Kalety „W cieniu Olbrzyma”, w której możemy przeczytać o mrożących krew w żyłach przeżyciach bohaterki tej książki Antoniny. Znalazła się ona podobnie jak dwójka bohaterów mojej legendy w tajemniczych podziemiach Osówki, aby dotrzeć do kryjówki stabsfrontfuehrera SS Otto Hoffmana, dowódcy grasującego w okolicy oddziału Wehrwolfu. O tym co ją tam spotkało i jakim nadzwyczajnym sposobem udało się jej uratować życie możemy się dowiedzieć w sensacyjnej książce.

Gdyby taka książka pojawiła się wcześniej, nie byłoby mojej legendy, bo młodzi ludzie nie odważyliby się penetrować podziemnych sztolni.

Ale dziś możemy już śmiało powędrować trasą turystyczną „podziemnego miasta Osówka” pod opieką przewodnika, a jeśli do tego jesteśmy po lekturze książki Jolanty Kalety, to zapewniam, że zrobimy to z duszą na ramieniu. Ale przecież nie ma nic lepszego jak wycieczka trzymająca w napięciu.

Gorąco zachęcam moich sympatyków do jednego i drugiego, to znaczy – do przeczytania książki i zwiedzenia podziemi Osówki. Kolejny weekend przed nami.


P.S.

1 -  Książka jest do nabycia w księgarniach lub do wypożyczenia w bibliotekach.

2 – Moje pisanie w porównaniu do Jolanty Kalety, to jak dziesiąta woda po kisielu, ale zrobiłem to jak umiałem, by zachęcić do Jej książek !

Fot. Robert Janusz


środa, 6 lipca 2016

Legitymizacja władzy

przydałby się gołąbek pokoju

Jeszcze raz wracam do polityki, choć czynię to z oporem wewnętrznym, bo to co dzieje się w polskiej polityce budzi wstręt i zażenowanie. Przypominam zdanie Orwela: Polityka została wymyślona po to żeby KŁAMSTWO brzmiało jak PRAWDA.

Elektryzujące wiadomości o tym co się dzieje w sejmie, buńczuczne przemówienie premier rządu i równie ostre w tonie wystąpienia posłów opozycji wskazują wyraźnie, że „wojna domowa”, na razie na szczęście „zimna”, nie traci na sile. Ta wojna się zaognia. Władza w sposób bezmyślny pogrąża się w alienacji od większości społeczeństwa. Mówię to wyraźnie -  od zdecydowanej większości społeczeństwa. I niech nas nie mylą wskaźniki badania opinii publicznej, które dotyczą poparcia dla partii politycznych.


Ważna uwaga - nie posługujmy się nadmiernymi uproszczeniami .... nie jest prawdą, że "PIS wybrała większość Polaków", nawet nie jest prawdą, że "większość wyborców wybrała PIS" natomiast prawdą jest, że "w wyborach PIS uzyskał największą liczbę głosów, wystarczającą do uzyskania większości miejsc w parlamencie".

Innymi słowy. Gdyby podział mandatów poselskich był proporcjonalny do liczby głosów oddanych na poszczególne listy wyborcze, to PiS nie miałby takiej przewagi w parlamencie, jaką zyskał  na skutek preferowania w ordynacji wyborczej zwycięskiej partii. Najprawdopodobniej w ogóle nie doszedłby do władzy.

Ustawiczne twierdzenie przez PiS, że reprezentuje interesy większości społeczeństwa, bo taki jest wynik wyborów, to po prostu robienie ludziom wody z mózgu. 

PiS reprezentuje w kraju zaledwie 18% ogółu społeczeństwa. Warto pamiętać, że w wyborach nie uczestniczyło ponad 40% uprawnionych do głosowania. Wśród nich jest wielu ludzi, którzy nie chodzą na wybory, bo nie mają przekonania, że ich głos może mieć jakiekolwiek znaczenie. Obowiązujące obecnie prawo wyborcze preferujące partie i pozycje na listach wyborczych zniechęca do uczestniczenia w wyborach, podważając też demokratyczną zasadę samorządności.

Poważne zastrzeżenia można mieć do zachowania konstytucyjnej zasady rozdzielenia Kościoła i państwa. Katolickie media prowadziły oficjalną kampanię wyborczą, a biskupi i księża robili to samo wykorzystując ambony i osobiste wpływy w parafiach. Sukces wyborczy PiS-u jest w dużej mierze skutkiem tego rodzaju agitacji wyborczej.

Nieliczenie się przez PiS z rosnącą coraz wyraźniej falą niezadowolenia społeczeństwa i protestami organizowanymi przez KOD, a zwłaszcza obrzucanie tych ludzi inwektywami typu komuniści i złodzieje, uznanie ich za „drugą kategorię”, to po prostu igranie z ogniem.

PiS-owska władza i jej hunwejbini w opanowanych przez rządzących mediach zapomnieli, że nieomal z takich samych powodów urodził się ćwierć wieku temu ruch „Solidarności”, który zmiótł z ziemi komunizm nie tylko w Polsce, ale i w innych krajach tzw. demokracji ludowej.


Wówczas komunistyczna władza w Polsce też twierdziła, że piastuje tę władzę z woli narodu.


Żyje jeszcze przywódca tego ruchu, późniejszy prezydent odrodzonej Rzeczpospolitej Lech Wałęsa. I mimo sędziwego wieku zastanawia się coraz poważniej, czy nie nadszedł czas, by wezwać naród ponownie do pokazania rządzącym, gdzie jest miejsce dla tych, którzy uzurpują sobie prawo do łamania  konstytucji, do lekceważenia zasad przyjętych traktatem z  Unia Europejską  i tworzenia państwa o charakterze totalitarnym. 

Niestety, rządzący nie spuszczają z tonu. Z dnia na dzień staje się coraz pewniejsze, że z partią rządzącą nie ma mowy o kompromisie. Nie mamy też prezydenta, który mógłby stać się rozjemcą w tym sporze. Coraz bardziej pojawiają się czarne chmury nad naszą gospodarką i naszą przyszłością. Co z tego wyniknie – czas pokaże. Doświadczenia wynikające z historii są bardzo niepokojące.

wtorek, 5 lipca 2016

Myślenie o Polsce


W Polsce możemy mówić tylko o piramidach głupoty

Spotykamy się często z refleksyjnym stwierdzeniem, że Polska, to kraj paradoksów. Oczywiście coś w tym jest, choć chcielibyśmy pocieszać się tym, że w innych krajach nie jest lepiej. Nasi wytrawni obserwatorzy tego co się dzieje u naszego wschodniego sąsiada – Rosji, są gotowi zasypać nas stertami fotek obrazujących paradoksy życia w putinowskim imperium. 

Zdajemy sobie sprawę, że próba porównywania obu krajów nie jest zbyt sensowna. Rosja to kraj ogromny, wielonarodowościowy, wielokulturowy, a ponadto jak wynika z książki Barbary Włodarczyk „Nie ma jednej Rosji”, faktycznie jej nie ma. Jest ona tylko w nazwie putinowskiej partii „Jedna Rosja”, tak samo złudnej i kłamliwej jak Kaczyńskiego „Prawo i Sprawiedliwość”.

Polska to kraj średniej wielkości mający za sobą ponad wiekową niewolę zaborczą, kiedy to przestała istnieć na mapach Europy. Po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku musieliśmy budować naszą państwowość nieomal od początku, a w 20 lat później znaleźliśmy się znów pod okupacją niemiecko-rosyjską, ponosząc niepowetowane straty w ludziach i gospodarce, nie mówiąc o sferze kultury.

Skąd się więc biorą te anomalie, które zdumiewają, a niejednokrotnie budzą zgrozę?

Czytam na stonie internetowej: Polska to kraj, w którym sprzedano 2 mln. kijów baseballowych i ani jednej piłeczki. A dalej czytam, że władze Przemyśla musiały się ugiąć przed żądaniami rozwydrzonej rzeszy kiboli, którzy zaatakowali organizatorów i uczestników święta pojednania Polaków z Ukraińcami.

Janusz Głowacki, bardzo błyskotliwy dramaturg napisał kiedyś kilka zdań, które idealnie oddają ducha naszego narodu:

„Bo coś takiego jest nad Wisłą, że bardzo lubimy kogoś podrzucać do góry, a potem upuścić i wdeptać w ziemię, ale po ludzku, tak żeby włosy wystawały (…). Bo ogólnie jesteśmy narodem łagodnym, szlachetnym i dobrodusznym. I to nie jest nawet nasza zasługa. Po prostu taką naturę otrzymaliśmy od Boga. Najlepszy dowód, że powiesiliśmy tylko dwóch biskupów, zamordowaliśmy tylko jednego prezydenta i spaliliśmy tylko jedną stodołę pełną ludzi. Mogą nam wiele zarzucić, ale jesteśmy wyrozumiali jak mało kto. W naszym kraju można okraść, ukraść, zdradzić, oszukać, ostatecznie zamordować i jakoś tam zrozumiemy i wybaczymy (…) Tylko jednego wybaczyć nie możemy. Sukcesu.”

Jeśli w Polsce ktoś się stara i, nie daj Boże, odnosi sukces, to musi być wyjątkowo odporny psychicznie. Bo od razu usłyszy: „To po znajomości”. „Ukradł.” „Dorobił się, ciekawe jakim sposobem?” Skąd więc bierze się w nas ta potrzeba deprecjonowania innych. To nasza staropolska, sarmacka zazdrość, zawiść, niechęć do kogoś, komu się powiodło. Wymówka, którą tłumaczymy sobie swoje niepowodzenia. Nie chcemy przyznać, że ktoś  był mądrzejszy, że ciężko pracował, że znalazł uznanie. Najłatwiej zarzucić mu nieuczciwość, korupcję, nepotyzm.
Tym to sposobem zdeptaliśmy wszystkie autorytety. Nie ma już nikogo z ludzi świeckich, kto mógłby być wzorem do naśladowania, kim moglibyśmy się szczycić i stawiać pomniki. Nie ostał się nawet Kościuszko. Nie potrafimy szanować ludzi mądrych, ludzi, którzy wyrastają ponad przeciętność.

O paradoksach naszego życia politycznego moglibyśmy napisać całą książkę znacznie obszerniejszą niż Olgi Tokarczuk „Księgi Jakubowe”. Sama Krystyna Pawłowicz, sztandarowa poseł PiS-u, nazywana z uporem profesor, kiedy wiadomo że tego tytułu naukowego nie posiada, nadaje się na osobny rozdział. Takich osobliwości mamy w naszym sejmie więcej, uzbierałoby się na sążnisty pamflet        - Dzieje głupoty w polskim sejmie.

Niestety, nie uczymy się historii, poznajemy niektóre fakty (nie mówię o ich dowolnej interpretacji, zależnej od politycznych celów), mniej więcej zdajemy sobie sprawę z przebiegu wydarzeń i wielkości ofiar, jakie ponieśliśmy w dalszej i nie tak znów odległej przeszłości. Lata mijają, świat się zmienia, a my wciąż wracamy do zgranej, abstrakcyjnej, nieadekwatnej już zupełnie do współczesnej rzeczywistości, nuty znanej np. z pieśni bojowej:

„Patrz Kościuszko na nas z nieba,
jak w krwi wrogów będziem brodzić,
twego miecza nam potrzeba,
by Ojczyznę oswobodzić.
Wolność droga w białej szacie
złotym skrzydłem w górę leci,
na jej czole, patrzaj bracie,
jak swobody gwiazda świeci.

Refren: Oto jest wolności śpiew, śpiew, śpiew
My za nią przelejem krew, krew, krew !

Z naszym duchem i orężem
Polak ziemię oswobodzi,
Zdrajca pierzchnie, my zwyciężym,
Bo wódz śmiały nam przewodzi.
Tylko razem, tylko w zgodzie,
a powstańców bedziem wzorem.

Wszak dyktator przy narodzie,
cały naród z dyktatorem!

Ref. Oto jest wolności…

(Słowa: Rajnold Suchodolski, tempo poloneza)

I jeszcze jeden fragment kolejnej pieśni patriotycznej  z przeszłości przywołam, a jest to „Warszawianka” z roku 1831, slowa (żeby było dowcipniej) Francuza, Casimira Delavigne, w tłumaczeniu Karola Sienkiewicza:

Oto dziś dzień krwi i chwały,
Oby dniem wskrzeszenia był!
W gwiazdę Francji Orzeł Biały
Patrząc, lot swój w niebo wzbił.
A nadzieją podniecony
woła do nas z różnych stron:
Powstań Polsko, rzuć kajdany,
dziś Twój triumf, albo zgon!

Ref. Hej kto Polak na bagnety!
Żyj swobodo, Polsko żyj!
Takim hasłem cnej podniety
trąbo nasza, wrogom grzmij! (bis)…

Grzmijcie bębny, ryczcie działa,
dalej dzieci w gęsty szyk.
Wiedzie hufce wolność, chwała,
triumf błyska w ostrzu pik.
Leć nasz Orle w górnym pędzie
sławie, Polsce, światu służ.
Kto przeżyje  -  wolnym będzie.
Kto umiera  wolnym już.

Ref. Hej kto Polak …

Pieśni patriotyczne powstawały w przeszłości w warunkach niewoli zaborczej. To są piękne pieśni, słuchamy je i śpiewamy ze wzruszeniem. Ale to są pieśni historyczne. Pamiętamy je częściej z powodu wpadającej w ucho melodii, mniej zaś ze względu na treść. A ich treść budzi dziś refleksję. Nie wolno nam używać ich jako idei przewodniej politycznych programów, jako celów wychowawczych społeczeństwa. Co z nich wynika?

Nie ma większej wartości jak to, by za ojczyznę przelać krew. To żeby dla niej żyć i pracować się nie liczy. To żeby dbać o jej dobre imię też. To żeby pokazać innym, ze jesteśmy narodem  gościnnym, przyjaznym dla innych, nowoczesnym, że mamy już za sobą sanacyjną i komunistyczną przeszłość, nie ma znaczenia.

Myślę, ze nie muszę kontynuować tego wywodu, bo jest on jasny i zrozumiały. Są takie siły polityczne i środowiska, które ideę patriotyzmu traktują instrumentalnie po to, by w ten sposób pozyskiwać poparcie w wyborach. A skutki. Mamy coraz częściej okazję o nich słyszeć lub oglądać je jeśli nie osobiście, to w środkach przekazu. Przemyśl nie jest wyjątkiem. Podobne „zadymy” miały miejsce i w Warszawie, i  we Wrocławiu, i w innych miastach w Polsce.

Bandy „kiboli”, czyli naszej kochanej młodzieży nie spadają z nieba. One wyrastają na naszej glebie, są karmione odpowiednio dobraną strawą ideologiczną i duchową.. Agresja też nie wyrasta znikąd. Rodzi się szybko i obficie, jeśli nie spotyka się z powszechną dezaprobatą i przeciwdziałaniem.

Winnych oczywiście nie ma (poza osobami zatrzymanymi przez policję). Wszystkie siły polityczne obarczają się wzajemnie winą. A może to wina historii, bo historia, jak to stwierdzają mądrzy ludzie mimo ciężkich doświadczeń, wciąż jeszcze nie wiele nas nauczyła. Nie potrafimy cenić pokoju i wolności. A przedwojenne hasło przewodnie: Bóg, Honor i Ojczyzna - można dziś sobie między bajki włożyć.

poniedziałek, 4 lipca 2016

Podróż sentymentalana


W ostatnim poście starałem się zachęcić wszystkich  do czytania książek. Wiem, że ta zachęta nie dotyczy Czytelników mojego blogu, bo jestem przekonany, że oni to czynią na bieżąco. Mam więc nadzieję, że z zainteresowaniem przeczytają trochę dłuższy niż zwykle tekst wyróżniony w konkursie „Moja pierwsza praca zawodowa. Wspomnienia Dolnośląskich Seniorów”, ogłoszonym w 2012 roku przez Bibliotekę Wojewódzką we Wrocławiu. A ponieważ rzecz dotyczy bliskiej nam ziemi wałbrzyskiej, tudzież mojej skromnej osoby, może się to okazać interesujące

Drogę z Głuszycy przez Rybnicę Małą i Leśną, Unisław Śląski, Kowalową do Mieroszowa, mogę powiedzieć, znam jak własną kieszeń. Zjeździłem ją wzdłuż i wszerz powoli utwierdzając się w miarę upływu czasu, że jest to jedna z najpiękniejszych dróg w powiecie. Oczywiście, myślę o tym, co można zobaczyć po drodze, a nie o samej drodze. O stanie jezdni lepiej nie wspominać. Na szczęście część drogi jest wyremontowana, więc i podróżowanie nią stało się bezpieczniejsze.

Tą drogą jechałem nie tak dawno temu modląc się w duchu, by nie było wielkiego ruchu. I na szczęście nie było. Mogłem więc kątem oka obserwować co się dzieje w przyrodzie, gdy nastąpi gwałtowna odwilż, jak zmieniają się przydrożne potoki w rozszalałe żywioły. W Unisławiu spojrzałem na pędzącą z zawrotną szybkością, wzburzoną wodę wiosennej Ścinawki i uzmysłowiłem sobie, że tu właśnie, nieco wyżej w kierunku Wałbrzycha, znajdują się źródła Leśnej Wody, która później zamienia się w Lesk. Ta sama rzeka płynie dalej przez Kuźnice Świdnickie, Stary Lesieniec, gdzie kiedyś moczyłem w niej nogi, bo płynęła w bezpośredniej bliskości mojego ówczesnego miejsca zakwaterowania w lesienieckiej starej szkole. Nie wiedziałem wtedy, że jej źródła znajdują się w pobliżu Unisławia Śląskiego, o którym myślałem, że jest zupełnie na  końcu świata. Nie miałem też zielonego pojęcia o tym, że w niedalekiej przyszłości przyjdzie mi przez parę lat cotygodniowo dojeżdżać niezawodną „ładą” z Głuszycy do Mieroszowa, mijając po drodze tajemnicze Pasmo Lesistej w Unisławiu. Kto mógł przewidzieć, że kiedyś będę dodatkowo zatrudnionym nauczycielem w mieroszowskiej szkole dla dorosłych, filii Zespołu Szkół Rolniczych w Mokrzeszowie k. Świdnicy.

„Rzeka tak samo jak obłoki przepływa przez miejsce, gdzie kiedyś było nam dobrze” – napisał w swej książce „Śmierć pięknych saren” czeski pisarz Ota Pavel. Zapamiętałem tę sentencję tak samo, jak dowcipną dedykację jego książki: „Mamusi, która miała za męża mojego tatusia”, a także parę innych znakomitych stylistycznie i myślowo paradoksów.

Właśnie Lesk jest tą rzeką, którą wspominam dobrze. W górnym biegu rozdziela ona Pasmo Lesistej od Gór Wałbrzyskich, a dalej płynie przez Stary Lesieniec, Czarny Bór, Witków, Jaczków w  Kotlinie Kamiennogórskiej, topiąc swe wody w rzece Bóbr w Dębrzniku koło Sędzisławia. Rzeka ma 23 kilometry długości. Odwadnia znaczną część Gór Kamiennych.

Dolina Lesku jest jednym ze starszych ciągów komunikacyjnych w Sudetach, prowadził nią trakt handlowy z Czech przez Kamienną Górę, Bolków, Jawor, Legnicę do Wrocławia. Prawie na całej jej długości rozpościerają się stare wsie z licznymi zabytkami, pozostałościami młynów wodnych, tartaków i innych urządzeń wodnych.

Podróż turystyczna doliną Lesku może dostarczyć wielu wrażeń, bo każda miejscowość wzdłuż jej biegu kryje w sobie atrakcje turystyczne, znajdujemy tu jednocześnie prawdziwe  bogactwo rozmaitości krajobrazów i przyrody.

To właśnie wyjazd do Mieroszowa przywołał wspomnienia z lat młodości i skłonił mnie do kolejnej eskapady, tym razem do Boguszowa-Gorc, a ściślej do małego przysiółku na jego peryferiach. Tam właśnie, gdzie płynie sobie beztrosko wzburzony w tym czasie Lesk. Okazało się, że była to moja wzruszająca podróż sentymentalna.

Jest takie miejsce pod Wałbrzychem, o którego istnieniu wie tylko garstka osób, a o którym może coś ciekawego powiedzieć jeszcze mniejsza garstka. Zresztą takich miejsc jest wszędzie sporo. Zdecydowałem się napisać o nim z bardzo ważnego powodu. Tam właśnie było moje pierwsze miejsce pracy w regionie wałbrzyskim, z którym związałem się na stałe aż do dziś, a podejrzewam, że już do końca życia. A od tego momentu minęło, bagatela, pół wieku. Na falach reminiscencji powracam więc do tego roku szkolnego, który przeżyłem tam jako młody nauczyciel.
To miejsce, to Stary Lesieniec, maleńkie osiedle mieszkaniowe po drugiej stronie trakcji kolejowej, u stóp Boguszowa-Gorc, odrębny przysiółek z własnym kościółkiem, szkołą, pałacem, włączony administracyjnie w 1973 roku do miasta Boguszów-Gorce. Wcześniej za Niemców i zaraz po wojnie był osobną wsią, przez jakiś czas w gromadzie Gorce. Z równym powodzeniem mógł przynależeć do Kuźnic Świdnickich, które jednak same przeżywały stan przejściowy nie mogąc odseparować się od prób wcielenia bądź do Wałbrzycha, bądź do Boguszowa.
Stary Lesieniec, ni to miasto, ni wieś, bez względu na formalne związki z tym, czy owym organizmem administracyjnym, żyje sobie własnym życiem. Położony w dolinie Lesku, pomiędzy Gorcami i Czarnym Borem na północy,  a Kuźnicami Świdnickimi na wschodzie, stanowi malowniczo położoną enklawę, otoczoną górami. Od północy góruje nad nim Mniszek w Górach Wałbrzyskich, a od południa Masyw Dzikowca w Paśmie Lesistej Gór Kamiennych. Wąskim przesmykiem u podnóża Dzikowca wzdłuż górskiego potoku prowadzi nad kolejno położonymi pięcioma stawami leśna dróżka do Grzęd. Możemy tu odszukać dawne sztolnie po kopalni srebra, a następnie ruiny zamku Konradów i dotrzeć do pięknie położonego ośrodka rekreacyjnego nad leśnym jeziorkiem w Grzędach. To jeden z najbliżej położonych od Wałbrzycha akwenów wodnych.

Stary Lesieniec to nic innego jak typowe osiedle górnicze. Pokłady węgla kamiennego w jego rejonie należą do najlepszych w zagłębiu wałbrzyskim. Zawartość węgla koksującego sięga w nich 40%, a najlepszy zalega w górnych warstwach ziemi. Eksploatowane były przez kopalnię Victoria w pobliskich Kuźnicach Świdnickich. W okresie intensywnego rozwoju kopalni węgla, na początku XIX wieku, wybudowano we wsi ciąg domków jednorodzinnych zasiedlonych przez górników. Stary Lesieniec, wbrew temu co sugeruje nazwa, nie należy do najstarszych w tym rejonie. Wieś powstała w dobrach von Czettritzów dopiero w początkach XVI wieku, co miało związek z rozwijającym się górnictwem rud srebra. Prawdopodobnie w 1586 roku St. Lesieniec stał się własnością hrabiego von Hochberga z Książa. Eksploatacja rud srebra upadła pod koniec XVI wieku, gdyż stała się nieopłacalna. Na to miejsce wkroczyło górnictwo węgla kamiennego. Ale wyraźny postęp w jego rozwoju nastąpił w II połowie XVIII wieku, gdy właścicielem tych ziem stał się baron von Seheer-Thoss, pan z pałacu w Jedlince, ogromnie zasłużony dla rozwoju kopalnictwa węgla w regionie wałbrzyskim i noworudzkim, założyciel uzdrowiska w Jedlinie-Zdroju. Połączone kopalnie „Neue Gemeindegrube” w Starym Lesieńcu i „Gemeindegrube” w Gorcach, ok. 1770 roku dawały średnio 900 ton węgla rocznie. Ale dopiero początek XIX wieku przyniósł poważny i trwały rozwój górnictwa węgla. W 1838 roku uruchomiono kopalnię „Elise”, która potem połączyła się z kopalnią „Abendröthe” w Gorcach (po wojnie szyb „Klara”).

W 1825 roku wieś liczyła już 80 domów, w tym pałac, 2 folwarki, wolne sołectwo, szkołę ewangelicką, browar, bielnik, folusz, młyn wodny, wapiennik i gorzelnię. Miała więc wszystko, co pozwala na samodzielny byt.
Rozwój kopalń spowodował, że z początkiem XX wieku wieś przekroczyła 2 tys. mieszkańców. Równocześnie w jej otoczeniu zachodziły daleko idące zmiany w krajobrazie. Pojawiły się hałdy, przełożono koryto Lesku na długości około pół kilometra, pojawiły się zapadliska terenu.
W 1827 roku wzniesiono kościółek Św. Barbary z monumentalną wieżą nad bramą wejściową. Potwierdził on znaczenie Starego Lesieńca jako odrębnej jednostki administracyjnej.

Po II wojnie światowej wieś zachowała swój charakter osiedla mieszkaniowego górników pracujących w pobliskich szybach kopalni „Victoria” w Kuźnicach Świdnickich, w Boguszowie i w Gorcach. W folwarku funkcjonowała spółdzielnia rolnicza, a w dawnym pałacu umieszczono archiwum.

Stary Lesieniec przez wszystkie lata PRL-u nie znalazł dróg rozwoju, żył własnym życiem podmiejskiej wsi, skazanej na stagnację. Nie wybudowano nowych domów, nie powstały nowe zakłady przemysłowe, rzemieślnicze lub usługowe. Ktoś napisał o nim, że jest to miejsce z lekka senne. Ożywienie nastąpiło po przemianach sierpniowych, kiedy dawna wieś jako część Boguszowa-Gorc zaczęła się liczyć w planach rozwojowych miasta, a upadek przemysłu węglowego spowodował konieczność poszukiwania przez mieszkańców osiedla nowych form zarobkowania.

W Starym Lesieńcu pod koniec lat 50-tych przeżyłem jeden piękny rok jako początkujący nauczyciel polonista. Mieszkałem w starym budynki szkolnym. Bezpośrednio z okna oglądałem Mniszka, osamotnione wzgórze, na które robiłem piesze spacery, by usiąść na skalnej półce i rozkoszować się widokami, jak Mickiewicz na Judahu skale. Nowy budynek szkoły w pobliżu górniczego osiedla domków jednorodzinnych wystarczał na zapewnienie nauki w siedmiu klasach szkoły podstawowej. W Lesieńcu czułem się dobrze, ceniłem sobie swoją pracę z młodzieżą, a także kontakty z dorosłymi. Dziś patrzę na ten przysiółek innymi oczyma. Nie dostrzegałem wtedy uroków przyrody i krajobrazów tak mocno jak obecnie. A Stary Lesieniec, dzięki swemu położeniu w otoczeniu górskim, może dostarczać wielu estetycznych wrażeń. Jest też znakomitą bazą wypadową na wycieczki w góry. Im więcej upływa lat, tym bardziej żal mi Starego Lesieńca, żal że nie zdążyłem poznać dokładniej okolicznych terenów górskich. A może właśnie to także żal minionych, młodych lat.

Stary Lesieniec – moje pierwsze miejsce pracy. Jaka szkoda, że tak wiele szczegółów zatarło się w pamięci. Pozostało ogólne wrażenie udanego startu w dorosłe życie. Szkoła była dla mnie wszystkim. Więź z dziećmi, ich rodzicami stała się wartością ponad wszystko. W szkole tej pracowało kilka starszych ode mnie nauczycielek, na czele z panią dyrektor. Byli bardzo uczynni i mili, ale każdy miał swoje rodzinne problemy. Ja byłem wolny, miałem dużo czasu. Mogłem z dziećmi spotykać się po lekcjach. I tak się działo. Graliśmy w piłkę na boisku szkolnym, bawiliśmy się w harcerskie podchody, chodziliśmy na wycieczki. Utworzyłem kółko teatralne. Na deskach Wiejskiego Domu Kultury, rzadko zresztą uruchamianego, wystawiliśmy wesołą sztukę Benedykta Hertza „Trzewiczki szczęścia”. Było to rzadkie wydarzenie, ogromnie ważne dla dzieci przemienionych w aktorów i dla ich rodziców. 

Pani dyrektor załatwiła mi obiady w pobliskim domu. Gospodyni, wdowa po niedawno zmarłym górniku była bardzo gościnna. Mówiła, że przez całe lata gotowała mężowi i we Francji i teraz w Polsce, bo byli typową rodziną górniczych przesiedleńców. Takich rodzin było tu więcej. To określenie – przesiedleńców – bardzo mi pasuje, bo przecież wcześniej Polacy w poszukiwaniu pracy wyemigrowali do Francji, a teraz przesiedlili się, ale już w inne strony, na Ziemie Odzyskane, tutaj w region wałbrzyski, bo tu były poniemieckie kopalnie i miejsca pracy. Obiady jadałem w towarzystwie jej córki, pracującej w biurze dyrektora kopalni „Victoria”, ale często się spóźniała, albo wracała do domu wieczorem, bo jak mówiła, musiała być dla szefów dyspozycyjna. Dziewczyna była bardzo wesoła, pozytywnie nastawiona do życia, dobrze się ubierała, pachniała francuskimi perfumami. Nie przypadliśmy sobie do gustu, byłem dla niej młokosem, ale lubiła się ze mną przekomarzać. Bardziej chyba polubiła mnie jej Mama, miała się przed kim użalić i ponarzekać na niezbyt udane życie.

W Starym Lesieńcu poznałem inne rodziny górnicze. Późną jesienią i w zimowe wieczory spotykaliśmy się w jednym z domów jednorodzinnych górniczej rodziny z Francji. Były to wieczory muzyczne. Gospodarz i jego synowie grali na akordeonie, trąbce i perkusji, ja wtórowałem na skrzypcach, bo tę umiejętność wyniosłem z liceum pedagogicznego. Graliśmy znane piosenki górnicze, „Starzyk”, „Szła dzieweczka”, „Od Siewierza”, „Poszła Karolinka do Gogolina”, „Gdybym to ja miała”, ale pani domu najlepiej lubiła piosenkę o Karliku:

„Karliku, Karliku, co tam niesiesz w koszyku,
Karliku, Karliku, co w koszyku masz?
Mam tam pyrlik stalowy, stalowy,
Do roboty gotowy, hej, hej, gotowy…”

Bardzo jej się podobał ten pyrlik gotowy do roboty, więc zawsze włączała się do muzyki ze śpiewem. Wtórowali jej inni uczestnicy wieczorów z sąsiednich domów. Córka gospodarzy, uczennica czwartej klasy, patrzyła we mnie jak w obraz, a jej mama żartowała, że chyba się zakochała w swoim nauczycielu.
Te wieczory utkwiły mi w pamięci także z innego powodu. Podawano tam znakomitą, prawdziwą kawę. Dotąd nie doświadczyłem takiego luksusu. Czarna kawa była trudno dostępna na rynku i wtedy jeszcze mało popularna. Ale to byli polscy górnicy z Francji i w dodatku mieli kawę francuską, przysyłaną paczkami przez znajomych. Pani domu przynosiła ją na posrebrzanej tacy, tak gorącej, że musiała ją otoczyć ściereczką. Kawa była „po turecku” w dużych szklankach przykrytych podstawkami. Do kawy podawano słodkości: ciasta, pączki, racuchy.

Któregoś wieczoru rozmowa dotyczyła pobliskich stawów. Znajdowały się one przy leśnej dróżce na szlaku turystycznym do Czarnego Boru. To piękne miejsce na wycieczkę. Umawialiśmy się, że pójdziemy tam jesienią, rozpalimy ognisko, przysmażymy kiełbaski i zrobimy piknik. Cieszyłem się na samą myśl o tym pikniku.

Niestety, jesienią nie było mnie już w Starym Lesieńcu. Z nowym rokiem szkolnym zostałem przeniesiony do „jedynki” w Głuszycy. Był to dla mnie pewnego rodzaju awans, praca w dużej, miejskiej szkole podstawowej. Pozostawiłem Stary Lesieniec jak niegodziwiec, który nie potrafił docenić wdzięczności mieszkańców maleńkiego osiedla. Żal było stąd odjeżdżać, ale stało się. Dopiero po jakimś czasie zdałem sobie sprawę z tego, że przez cały rok szkolny nie znalazłem czasu, by się wybrać nad lesienieckie stawy.

O tamtych stawach przypomniałem sobie w Głuszycy, bo tu też są kaskadowo położone pod górę, w otoczeniu leśnym, cudowne stawy. Podobnie jak w Lesieńcu jest ich pięć. Stanowiły rezerwuar wodny dla miejscowych zakładów bawełnianych. Piszę w czasie przeszłym, bo po wielkiej fabryce o czysto słowiańskiej nazwie „Piast” już nie ma śladu. Nad stawami spacerowałem z moją przyszłą żoną, a potem wiele razy sam i z dziećmi, bo stawy są blisko centrum miasta, w dodatku owiane tajemnicą i zawsze, o każdej porze roku, stanowią okazję do zachwytów nad pięknem przyrody.

Wspomnienia z lat młodości mają swą siłę potęgującą się w miarę upływu lat. Wtedy dopiero dostrzega się, jak wiele można było zrobić, aby lepiej poznać i docenić miejsce pracy. Po latach człowiek uświadamia sobie, jak wiele rzeczy zaniedbał, jak mało wiedział o istocie młodości i potrzebie jej pożytecznego wykorzystania.

„Nie wiedziałem wtedy, że te zioła,
będą w wierszach słowami po latach,
i że kwiaty z daleka po imieniu przywołam,
zamiast leżeć zwyczajnie nad wodą na kwiatach.

Nie wiedziałem, że się będę tak męczył,
słów szukając dla żywego świata,
nie wiedziałem, że gdy się tak nad wodą klęczy,
to potem trzeba cierpieć długie lata…”

(Julian Tuwim, „Sitowie”)

Nie wiedziałem wielu jeszcze innych rzeczy. Dziś mogę śmiało powtórzyć za starożytnymi greckimi myślicielami: Sokratesem – „wiem, że nic nie wiem”, i Heraklitem – „panta rei” (wszystko płynie… mija). Stoję w Starym Lesieńcu nad bystrym strumieniem Lesku. Niestety… już nie mogę wejść do tej samej wody, tamta woda popłynęła. Panta rei…

niedziela, 3 lipca 2016

Niezwyczajne rozterki młodego Hłaski




Już któryś raz zachęcam wspaniałomyślnych Czytelników mojego blogu  do bliższego kontaktu z dobrą książką. Użyłem tutaj epitetu -”wspaniałomyślnych” - i nie jest to żaden komplement. Jeśli są jeszcze tacy wyjątkowi pasjonaci czytania, których stać na kliknięcie strony „tu jest mój dom”, dowodzi to trafności tego sformułowania. W dzisiejszym wirtualnym świecie  dominacji mediów  foto i fono -wizyjnych wszystko co pisane schodzi na plan dalszy. Wiem, że większość  z Czytelników, to moi bliscy znajomi, dawne i teraźniejsze przyjazne dusze. Czytają teksty blogowe, bo mają to we krwi. A to że mnie znają pozwala im coraz częściej przycisnąć na facebooku pod linkiem postu - „to lubię”. I wtedy moja dusza rwie się w obłoki na skrzydłach głuszca.

Ale tak było dotąd. Dziś właśnie coś we mnie zadrżało, poczułem sygnał ostrzegawczy, czy robię dobrze agitując moich bliskich do czytania mojego blogu, zamiast klasyków.

A wszystko to z powodu Marka Hłaski (1934-1969)  i jego kontrowersyjnej książki „Piękni dwudziestoletni”. Myślę, że o Marku i jego książce nie muszę wiele pisać. „Piękni dwudziestoletni” od dawna znajdują się w gronie najwybitniejszych bestsellerów naszej literatury powojennej, a jej autor stał się postacią legendarną, bo rzadko się zdarza by przeżywszy zaledwie 35 lat odegrać tak ważną rolę w historii literatury polskiej. „Piękni dwudziestoletni” (1966 r.), to rodzaj autobiografii, a zarazem manifestu pokolenia młodzieży z połowy lat pięćdziesiątych. Pokolenia październikowego, do którego też mam powody się zaliczać. Rok 1956, kiedy to byłem uczniem IV klasy Liceum Pedagogicznego w Brzegu nad Odrą, zakotwiczył się w mojej pamięci, choć patrzę dziś po wielu latach na to wszystko z przymrużeniem oka. Chyba warto będzie o tym napisać, ale to innym razem.

Oto co pisze Marek Hłasko o swym nadzwyczajnym wyjeździe do Wrocławia w 1954 roku, wkrótce po ukazaniu się jego głośnej książki „Baza Sokołowska” (miał wtedy 20 lat), a tuż przed awansem na redaktora pisma „Po prostu”, które w październikowych wydarzeniach  1956 roku w Warszawie odegrało tak wielką rolę:

„Wyjechałem więc do Wrocławia, gdzie zamieszkałem u wuja. Miałem trzymiesięczne stypendium i trochę pieniędzy, które dostałem ze „Sztandaru Młodych” za moje opowiadanie „Baza Sokołowska”. Był to piękny czas, byłem nareszcie sam, mogłem czytać, pisać, chodzić do teatru – ale nie wiedziałem co mam robić najpierw. Kiedy zaczynałem pisać - zdawało mi się, że powinienem czytać, gdyż pomoże mi to w pisaniu, kiedy czytałem, zrywałem się i wybiegałem na miasto, gdyż wydawało mi się, że powinienem podglądać ludzi i wtedy znów wydawało mi się, że tracę czas na rozmowy, a przecież powinienem pisać  -  Chryste Panie, myślałem że zwariuję. Czytałem jednego dnia Misia Czeszkę; drugiego  -  Balzaka; potem odrywałem się do Dostojewskiego, aby czytać słownik Lindego; nocami szukałem wuja i znów wracałem do moich książek. Nie wiem, ile książek przeczytałem tego roku we Wrocławiu; przypuszczam że kilkaset. I z każdym dniem wiedziałem mniej; i z każdym dniem popadałem w rozpacz, że nigdy nie przeczytam tego co powinienem przeczytać. Wreszcie dano mi Gombrowicza do czytania i wtedy już oszalałem zupełnie”.

Boję się, że coś podobnego może spotkać tych, którzy poważnie potraktują moją zachętę do czytania wielkich dzieł literatury polskiej i światowej. Takie spontaniczne, żarłoczne rzucenie się w świat literackiej fikcji i fantasmagorii może przynieść nieodwracalne skutki. Odlecimy z euforią w  krainę imaginacji  i fantazji, gdy tymczasem trzeba w domu posprzątać, pozmywać naczynia, pomyśleć o zakupach, nie mówiąc o innych obowiązkach rodzinnych i służbowych. Przeczytanie „Chłopów” Reymonta, albo też „Wojny i pokoju” Tołstoja, albo wszystkich trzech części trylogii Sienkiewicza, nie mówiąc o „Księgach Jakubowych” Olgi Tokarczuk owszem jest potrzebne, ale róbmy to rozsądnie i z umiarem. A jeśli już, to zalecam by nie czynić tak jak Hłasko, to znaczy skakać z kwiatka na kwiatek, dziś Balzac, a jutro Dostojewski, a do tego jeszcze Linde z alfabetycznym indeksem języka polskiego. I nie należy wtedy myśleć o problemach dnia powszedniego. Oddajemy się fabularnej treści książki  i jej artystycznej oprawie całą swą osobowością.

Póki co proponuję na rozgrzewkę Marka Hłaskę i jego epos „Piękni dwudziestoletni”. Przeniesie on nas w krainę równie magiczną i  mistyczną, choć przecież nie tak odległą, ale dla wielu z Państwa zupełnie nieprawdopodobną, bo rozgrywającą się w egzotycznym dziś dla nas kraju nad Wisłą i Odrą. Nie do wiary, że działo się to niespełna sześćdziesiąt lat temu i że w tej fałszywej, zakłamanej, absurdalnej grze zwanej demokracją ludową uczestniczyła elita życia kulturalnego i literackiego stolicy. Marek Hłasko był jednym z pierwszych pisarzy, którzy potrafili dostrzec niedorzeczność propagandy ówczesnych mediów i mieli odwagę  o tym napisać. Zapłacił za to wysoką cenę, jaką stało się życie na emigracji. Nie trwało ono zbyt długo, o pierwszych latach tułaczki czytamy w jego książce. Warto do niej zajrzeć do czego zachęcam w przeświadczeniu, że jej przeczytanie nie zabierze nam zbyt wiele czasu i nie spowoduje takiej reakcji, jak u Hłaski „Ferdydurke” Gombrowicza.

Proponuję też dla odprężenia moją książkę „Wałbrzyskie powaby”. Ma ona tę zaletę, że można ją czytać na wyrywki. Każdy rozdział jest zamkniętą całością, a w sumie poznajemy lepiej nie tylko Wałbrzych, ale całą naszą urodziwą ziemię wałbrzyską, jej historię i walory krajobrazowe. Niestety, książki tej nie można kupić w księgarni, bo nie znalazła się na rynku, traktowana przez wydawców (prezydenta Wałbrzycha i starostę powiatu wałbrzyskiego) jako gadżet promocyjny i udostępniona tylko w formie e-booku na stronie internetowej powiatu wałbrzyskiego. Można ją wypożyczyć w bibliotekach lub prywatnie od tych, którym udało się ja „zdobyć” tak zwanym „psim swędem”.

Może uda się jeszcze wznowić wydanie tej książki tak, by się mogła znaleźć na rynku, ale to jest na razie „łabędzi śpiew”.




sobota, 2 lipca 2016

Walimskie niespodzianki na początek lipca


 
Walim w swojej krasie

Motto:

Temat to fascynujący  -  Walim lochami słynący,
i na Śląsku i w Europie, Walim ciągle jest na topie...

Dziś do tego dodać muszę  -  Walim słynny „Hubertusem”,
chyba się nie mylę wcale, świadczą o tym festiwale.

Na nich jadło prosto z gara, receptura jak za cara,
miast czas trwonić na parnasie, dziś „Hubertus” jest na czasie.

Drapiesz się z podziwu w głowę, to przez te kuchnie polowe,
drzwi do nieba są otwarte, czujesz się jak Bonaparte.

Rzuć atrakcje Kłaja, Pcimia, przyjedź chłopie do Walimia,
tu znajdziesz spełnienie marzeń...

Tak zapewnia  -  Łukasz Kazek !


Co się rzekło, to nie kpina,
mówię to tuż spod Walimia...

Głuszyca, sobota, 2 lipca 2016


I znów mamy w Walimiu tradycyjny „chrzest bojowy”. Szturm Rodaków na wojskowe kuchnie polowe rozpocznie się od wczesnych godzin południowych i trwać będzie nieprzerwanie do późnego wieczora. Serwowane mają być w odstępach dwugodzinnych zupy wprost z kuchni polowych. Za każdym razem inna zupa, poczynając od sowieckiej grochówki, a w dalszej kolejności niemiecka - gulaszową, carska -  solianka i napoleońska  - „le bouilli”, czyli bulionowa. Kuchni polowych z różnych epok będzie kilka, a zupa darmowa i można  stać w kolejce parę razy, pokąd kucharze nie dotkną dna w sążnistym kotle. 

Historyczny klimat roztaczać będą przebrani w wojskowe mundury z różnych epok panowie i panie z obsługi, a także niezmordowany komentator z mikrofonem ukryty w mansardzie zajazdu. Czynić on będzie cuda, aby podgrzać atmosferę i dolewać oliwy do ognia, tak że poczujemy ponury oddech wojny, trudy frontowej mordęgi i grożące niebezpieczeństwo ze strony wroga. Pogoda dostosuje się do sytuacji i nie będzie częstowała zgromadzonych frontowców garściami dżdżu, zasłaniając skutecznie słońce. Gdyby zaś było inaczej to na całe szczęście w odwodzie mamy gorącą zupę i schronienie w sali konsumpcyjnej „Hubertusa”.

Wygląda na to, że Jedlina-Zdrój znalazła w Walimiu groźnego konkurenta i dlatego swój Festiwal Zupy w tym roku urządziła już w czerwcu z wyprzedzeniem.

Walimski frontowy „Hubertus” to inicjatywa Łukasza Kazka i pisma „Inne Oblicza Historii” oraz gminy Walim i Zajazdu „Hubertus”. Trzymając się nomenklatury wojskowej jest to przysłowiowy strzał w dziesiątkę. W tym roku już po raz trzeci i mam nadzieję, że nie ostatni.

Kto nie wierzy, to może się właśnie dziś przekonać osobiście. Trzeba po prostu dowolnym środkiem transportu albo pieszo spacerkiem dotrzeć do Walimia. Jest szansa na miłe spędzenie czasu.

A w Walimiu można się dziś jeszcze „załapać” na plenerowe panele dyskusyjne w Centrum Muzealno-Turystycznym „Włodarz” od godziny 12.00. Tam to właśnie będzie miała miejsce druga część Sejmiku Regionalistów zorganizowanego przez Powiat Wałbrzyski w ramach obfitego w wydarzenia kulturalne rocznego programu jako stolicy dolnośląskiej kultury. Spodziewane jest sensacyjne otwarcie nowo odkrytego wejścia do podziemnej sztolni  pod Włodarzem w Jugowicach Górnych.

Oj! Będzie się działo coś wyjątkowego w weekendową sobotę właśnie dziś 2 lipca, ale by się o tym przekonać, zachęcam na wycieczkę do Walimia.