Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

sobota, 7 maja 2016

Z ułańską fantazją, cz. I


słynny nagrobek przy kościele w Szczawienku



Dziś chcę opowiedzieć o jednym z pierwszych wybitnych Polaków, którego los wiąże się nierozerwalnie z podwałbrzyskim uzdrowiskiem Szczawno-Zdrój.  Znalazł się on w szczawieńskim zdroju  w latach 20-tych XIX wieku, kiedy to odnotowujemy pierwszą falę  przybywających tu kuracjuszy z Polski.

Zacznę od wierszowanej inskrypcji z cokołu jego nagrobku:

Jeżeli los w to miejsce
sprowadzi Polaka
Niech czułą łzę uroni
na grobie rodaka
Co cnoty i Ojczyzny
miłość w serce wszczepił
I dla Niej sił starganych
tutaj nie pokrzepił

A dalej:

Benedykt Józef Łączyński

Generał Brygady Wojsk Polskich
Krzyża Wojskowego Polskiego
Kawaler Legii Honorowej
Oficer Orderu Obojga Sycylii, Komandor

Umarł używając wód w Salzbrunn  7 sierpnia 1820 roku. Żył 43 lata

To wszystko wygrawerowane pięknymi literami  na piedestale z piaskowca w kształcie piramidy z cokołem z białego marmuru postawionym nad grobem, gdzie złożone zostały prochy zmarłego w Szczawnie-Zdroju na kamicę nerkową, przybyłego tu w ciężkim stanie z Wrocławia polskiego kościuszkowca i legionisty, uczestnika niemal wszystkich wojen napoleońskich.
Monument generała na cmentarzu przy kościele parafialnym pod wezwaniem Świętej Anny w  Szczawienku, obecnej dzielnicy Wałbrzycha,  jest do dziś uważany jako najbardziej warty uwagi  nagrobny pomnik napoleoński na terenie Śląska.

Kim był generał Benedykt Józef Łączyński, dlaczego winniśmy czcić jego pamięć i traktować grób generała z zabytkowym pomnikiem jako miejsce pamięci narodowej ? Co sprawiło, że jego mogiła znalazła się na małym cmentarzu przykościelnym należącym wtedy do Szczawnie-Zdroju.?

Poznajmy najważniejsze fakty z jego niezwykle bujnej biografii.

 
Urodził się w 1777 roku w Kiernozi k. Łowicza jako najstarszy syn Macieja i Ewy z Zaborowskich. W wojsku polskim  służył od 17 lat, poczynając od insurekcji kościuszkowskiej, w której dosłużył stopnia porucznika. W lipcu 1797 w Mediolanie nominowany został przez Jana Henryka Dąbrowskiego na porucznika V batalionu Legionów Polskich. Zasłużył się pod Cortoną i w otwarciu przełęczy apenińskich. Był dwukrotnie ranny w kolejnych bitwach legionów polskich u boku Napoleona. Wrzesień 1799 r. przyniósł mu awans na kapitana . W 1801 r. brał udział w oblężeniu Peschiery.

W kolejnych latach awansował na podpułkownika. W 1807 r. odznaczony został Krzyżem Kawalerskim Legii Honorowej. W dwa lata później uczestniczył w  bitwie pod Raszynem podczas wojny z Austriakami za co otrzymał Order Virtuti Militari. W lutym 1812 r. z powodu złego stanu zdrowia złożył dymisję. Wraz z dymisją otrzymał  awans na generała brygady.

Nie wyobrażał sobie pozostawania w stanie spoczynku, kiedy rozgrywały się tak ważne wydarzenia – wyprawa Napoleona na Rosję, utworzenie Księstwa Warszawskiego. Mianowany przez księcia Józefa Poniatowskiego w lutym 1813 r. objął dowództwo jazdy w zgrupowaniu gen. Edwarda Żółtowskiego. Upadek Księstwa Warszawskiego sprawił, że przeszedł na służbę francuską. Ranny pod Lützen, został odznaczony Krzyżem Oficerskim Legii Honorowej.

25 marca 1814 r. w starciu pod La Fere Champenoise jest ponownie ranny i dostaje się do niewoli pruskiej. Dopiero interwencja cara Aleksandra I powoduje jego zwolnienie. Bierze więc dymisję ze służby francuskiej, ale nie na długo. Sto dni Napoleona spędza w Paryżu, gdzie jest odpowiedzialnym za powrót polskich żołnierzy do kraju. Wykonując ten rozkaz w 1816 poważnie rozchorował się na płuca i uzyskał dymisję. Leczył się we Wrocławiu. Lekarze zalecili mu jednak wyjazd do sanatorium. Udał się do pobliskiego Bad Satzbrunn
Tu nie udało się już go uratować, zmarł na kamicę nerkową 7 sierpnia 1820.

Jak dziwne są zrządzenia losu. Jeszcze dobrze nie ostygła ułańska lanca, jeszcze nie umarły do końca nadzieje na niepodległość a tu nagła śmierć, a w jej konsekwencji pochowanie wielkiego legionisty na obcej (przynajmniej w tym czasie) ziemi, zamiast w panteonie zasłużonych dla ojczyzny. Zaiste, niezbadane są wyroki niebios.

Nagrobek wielkiego Polaka, generała Łączyńskiego w Szczawienku, to nie jest jedyny ślad związku ziemi wałbrzyskiej z historią polskich legionów. Niespełna dwa kilometry od centrum uzdrowiska po drodze ze Szczawna-Zdrój do  wsi Struga w gminie Stare Bogaczowice napotykamy kolejny obelisk na cokole z wygrawerowanym orłem polskim i tablicą pamiątkową następującej treści:

„Na tych polach polscy ułani Legii Włoskiej
Stoczyli 15 maja 1807 roku zwycięską bitwę z Prusakami”

Pomnik ufundowało rzemiosło wałbrzyskie w 1960 roku. Bitwę na podstawie pamiętników Wojciecha Dobieckiego opisał Stefan Żeromski w trzecim tomie „Popiołów” w rozdziale zatytułowanym „Szlak cesarski”.

Skąd się wzięli Polscy Legioniści tu właśnie na  Dolnym Śląsku i dlaczego walczyli z wojskami pruskimi? Co spowodowało, że na cześć tej bitwy wystawiony został po wojnie
przez władze wałbrzyskie pamiątkowy pomnik ?

Odpowiedź na te pytania znajdą Państwo w kolejnym felietonie.

czwartek, 5 maja 2016

Pokąd krągła piłka w grze...


leciał gołąb biały


No i mamy Euro 2016. Wprawdzie to jeszcze miesiąc czasu, ale już czuć oddech nadchodzących wydarzeń.  O tym co się stało cztery lata temu już dawno zapomnieliśmy. Przypomnę jednak, to nasi pobratymcy  Czesi przytarli nam nosa. Gdzie nam tam było do Kijowa, skoro nawet Praga okazała się nieosiągalna. Zrobiliśmy wielką biało-czerwoną flagę wzdłuż trybun stadionu, ale i ona nie wystarczyła by ukryć wszystkich płonących ze wstydu polskich kibiców we Wrocławiu. Nie pomogła wiara, nadzieja, a nawet miłość do wybrańców konesera Smudy. Już nasze usta się składały by głosić jakim wielkim jest trenerem, gdy okazało się, że nic z tego. Żeby wygrać, trzeba piłką trafiać w bramkę, a nie obok. Zrobili tak Czesi, choć wydawało się to niemożliwe. Na pocieszenie pozostała nam wiadomość, że pakujemy walizki w doborowym towarzystwie z promieniejącą wcześniej w meczu z Czechami  -  Rosją.

Nie ma złego, co by na dobre nie wyszło.

Ta maksyma wskazuje, że w tym roku na Euro we Francji musi być lepiej. Przynajmniej wyjdziemy z grupy eliminacyjnej. Przecież wiadomo, że piłka kopana, to jedyna szansa, by światu pokazać nasze narodowe cechy. Są nimi -  niebywała fantazja i zdolność do improwizacji, umiejętność przekształcania piętrzących się trudności w sukces.  Jak to robimy? Ano po prostu tworzymy zwarty krąg przed meczem na boisku i wołamy: jeszcze Polska nie zginęła, póki piłka w grze!  No bo jak inaczej pokazać światu, że w tym efemerycznym kraju kiedyś nad Wisłą, Bugiem i Niemnem, a teraz nad Wisłą i Odrą mamy przecież to coś, co pozwala nam wierzyć święcie, że stanie się cud i okrągły balonik będzie leciał jak po krążku, aż wyląduje w siatce bramki przeciwnika więcej razy niż w naszej. Musimy pamiętać o tym przed każdym meczem. Róbmy krąg ! Piłka jest okrągła, a bramki są dwie !

Już dawno, dawno temu ludzie wznosili kręgi z kamienia, żeby oddać cześć bogom. Dante opisywał w „Boskiej komedii” dziewięć kręgów piekła .Najważniejszym w układzie kostnym człowieka jest kręgosłup, który jak sama nazwa wskazuje składa się z kulistych kręgów. Idealną figurą geometryczną jest okrąg, znacznie doskonalszy od kanciastych wielokątów Osią przewodnią życia ZHP  jest harcerski krąg, w którym druhny i druhowie manifestują przy ognisku swą radość z tego, że jest wśród nich drużynowy. Popularne w niektórych kręgach są też  kręgi taneczne, a od czasu do czasu pojawiają się na wsi tajemnicze kręgi w zbożu. Bardziej przezorni gospodarze przekonani, że jest to sprawka „zielonych ludków”, wzywają innych do zorganizowanego opuszczenia terenu, wołając: róbmy krąg i idźmy stąd. W latach 80-tych rozczulał telewidzów brazylijski serial „W kamiennym kręgu”, nawiązujący niewątpliwie do kamiennych kręgów z czasów neolitu. W IV Rzeczpospolitej Kaczyńskich wszyscy obywatele znaleźli się nieopatrznie w kręgu podejrzanych, chyba że nie znajdowali się w żadnym kręgu układów.

 Upodobanie do krągłej kuli mamy w genach. Dało się to zaobserwować od początków państwa polskiego. Już nasz dzielny Mieszko I był tak mocno ujęty krągłościami czeskiej księżniczki Dobrawy, że ją pojął za żonę i przywiódł do swego rodzinnego, krągłego gniazda, Gniezna.
Praga stała się dla Mieszka I wzorem, bo była okrągła, otoczona murami z kulistymi basztami. Takie grody zakładał w państwie Polan, wiele z nich przetrwało do czasów współczesnych.

A na polach Grunwaldu Zawisza Czarny z lubością zbierał krzyżackie szyszaki jako trofeum bitewne, zwłaszcza ze kształtem swym przypominały kuliste stożki.

Nieco później zainteresował się krągłościami na sklepieniu niebieskim niejaki Nikolaus Copernikus z Torunia. To właśnie on stwierdził niepodważalnie, że maleńka piłeczka jaką jest ziemia krąży wobec ogromniastej kuli jaką jest słońce, a nie odwrotnie.

Późniejsi liderzy FIFA I UEFA przyjęli to odkrycie z entuzjazmem, bo skutkiem tego można było bez kontrowersji ustalić rangę poszczególnych zjawisk w piłce nożnej.  Mundial najważniejszy, a dopiero potem Euro, a nie odwrotnie jak się dotąd wydawało wszystkim Eurocentrykom.

Otóż to. Nie powiodło się na Euro 2012, ale to nie znaczy, że na tym koniec. W kręgach PZPN-u mówi się, że mamy przecież kolejną szansę Euro 2016, a jak nie to Mundial 2018.  Drużyna, która przeszła „chrzest bojowy” jest już doświadczona, a nowy trener to nieomal cudotwórca. Ile razy można nawalać? Na pewno nie w jubileuszowym roku – 1050 lat od chrztu Polski. Krąg Świątobliwych Ojców naszego Kościoła już nas namaścił w sanktuarium gnieźnieńskim. We Francji odrobimy straty,  a jak nie, to damy Ruskim nauczkę w ich własnym domu w 2018 za to, że nas wpuścili w maliny na Euro 2012, nie pozwalając strzelić sobie jeszcze jednej bramki. A Czechów też nauczymy jak się piłkę kopie. Mamy przecież to w genach – miłość do okrągłości, a piłka jest okrągła. Przecież w grach zespołowych największe sukcesy odnosimy w piłce siatkowej, a w lekkiejatletyce w kuli, młocie i dysku, bo tam się pcha lub rzuca z koła i w dodatku okrągłymi przedmiotami. Tak więc głowa do góry! Pamiętajmy - medale są okrągłe.  Piłka jest okrągła, a bramki są dwie. Nie ma złego co by na dobre nie wyszło.

I z tym optymistycznym akcentem zatapiam się w kręgu marzeń o potędze naszej krągłej piłki kopanej…

P.S.
Jest osoba, która przewidziała już wcześniej znaczenie krągłości w naszym życiu codziennym i wydała piękny tomik swoich wierszy p.t. "Krąg". To nasza głuszycka Rodaczka - Romana Więczaszek-Duda z Brzegu nad Odrą.  Pozdrawiam !

wtorek, 3 maja 2016

Ogródkowe refleksje majowe



i stało się wiosennie




„Moja poezja to noc księżycowa,
wielkie uspokojenie;
kiedy poziomki słodkie są w parowach
i słodsze cienie.

Gdy nie ma przy mnie kobiet ani dziewczyn,
gdy się uśpiło
wszystko i świerszczyk w szparze cegły trzeszczy,
że bardzo miło.

Moja poezja to są proste dziwy,
to kraj, gdzie w lecie,
stary kot usnął pod lufcikiem krzywym
na parapecie”.

Plączą mi się po głowie strofy mistrza Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, kołatają i dzwonią, gdy łopatą dotknę zagrzebanych w ziemi kamieni, by znów stać się cichymi jak pogodne baranki w chmurach, bo dzień dziś wesoły, ciepły, słoneczny. Początek maja, miesiąca nieprzewidywalnego, dla młodych -  miesiąca miłości, dla starszych – nadziei.  Ile będzie w nim uśmiechów słońca, a ile dżdżystych, pochmurnych dni, gdy nostalgia kłuje jak szpilki serce, a świat staje się ponury, obcy, niepokojący. Ale dziś jest złociście i srebrzyście, więc nie mogłem odpowiedzieć negatywnie żonie, która z promiennym uśmiechem z samego rana orzekła mimochodem: grządki trzeba  skopać, czas na zasiewy.

Niestety, tegoroczny maj nie napawa optymizmem. Pierwszomajowe święto zostało pogrzebane przez „Solidarność”, która nie potrafiła na tej tradycji zbudować czegoś nowego i lepszego. A trzeciomajowe święto Konstytucji zakrawa dziś na ironię, jeśli prezydent i premier, którzy powinni bronić jej jak źrenicy oka, zrobili sobie z niej narzędzie walki politycznej z opozycją. I to walki bezsensownej, nikomu niepotrzebnej, wyreżyserowanej przez „chorego z urojenia”  polityka.

Nie ma powodów by świętować. Jestem więc w ogródku, przekopuję w miarę pulchną ziemię, współczuję świeżym kępkom traw, które pojawiły się na ogródku mimo, że noce mroźne, a na wiosenne ciepło trzeba jeszcze trochę poczekać. Niestety, muszę je przekopać, nie pożyły zbyt długo na tym bożym świecie Świat jest zbudowany na czyimś unicestwianiu, nawet sobie z tego nie zdajemy sprawy. Na szczątkach jednych roślin spulchniających glebę rosną nowe roślinki, jedne żyjątka zjadają drugie, by stać się ofiarami trzecich. A człowiek, wielka istota myśląca, posiadająca duszę, wartości etyczne, wiedzę i doświadczenie  -  jawi się w swej istocie najbardziej okrutny. Człowiek żyje z doskonale zorganizowanego, powszechnego i wszechogarniającego unicestwiania innych istot żyjących (świata roślin i zwierząt). Postęp świata ludzkiego polega na doskonaleniu narzędzi i metod tego procederu.

Nie, dalej już nie mogę, zasypuję tę ścieżkę myślenia. Burzy ona spokój wewnętrzny. A przecież jest piękny, słoneczny dzionek. A w mej duszy zagrały strofy poezji. Tej od których rozpocząłem dzisiejsze pisanie. A poeta pisze o poezji jak o nocy księżycowej, kiedy czujemy spokój i ulgę. Pisze, że poezja to dziwy, które spotykamy wokół siebie, w przyrodzie i otoczeniu. Trzeba umieć je dostrzec i docenić.
Co to jest poezja? Do czego nam potrzebna? Czy dziś w świecie wirtualnym, w dobie techniki elektronicznej, która uczyniła świat i człowieka jeszcze mniej poznawalnym, niż dotąd, mamy czas na zabawę ze sztuką wierszowaną?

Myślę, że tak, że czas poświęcony poezji nie jest czasem straconym. Poezja to wrażliwość na ład i piękno otaczającego nas świata, to miłość do drugiego człowieka i współczucie w jego cierpieniu. To dzięki poezji stajemy się ludzcy. Poezja to zwierciadło duszy, a wiersz jest jej lustrzanym odbiciem. Dzięki poezji, a w szerszym ujęciu, dzięki sztuce, człowiek staje się lepszy. Poezja, to także najprostszy sposób na ucieczkę od świata fałszu i obłudy jaką funduje nam bez przerwy świat polityki i jego „alter ego” – współczesne media.

Chociaż jak pisał Gałczyński w innym wierszu, „sztuka jest ostro trudna”, nie trzeba się jej bać i unikać. By ją poznać, by swobodniej z nią obcować, najlepiej się jej uczyć od dziecka. W każdej szkole łatwo jest odnaleźć pokaźną gromadkę dzieci zainteresowanych sztuką poezji. Potrzebny jest tylko opiekun – nauczyciel. Przykro, że są szkoły, w których takich nauczycieli już nie ma.

niedziela, 1 maja 2016

Tajemnice Jolanty



czeluście podziemi pod Osówką



Słyszymy zewsząd :  Wrocław - Europejską Stolicą Kultury, Wrocław – Światową Stolicą Książki, Powiat Wałbrzyski – Dolnośląską Stolicą Kultury. Dolny Śląsk -  epicentrum zainteresowań  Polaków i Europejczyków. Co się stało? Myślę że to normalne. Dolny Śląsk zdobył te wysokie nominacje, bo ze swoją naturalną stolicą - Wrocławiem, przeżywa od paru lat renesans rozwojowy, sam Wrocław stał się prawdziwą metropolią, bryluje wśród miast wojewódzkich w kraju.  Ale obok Wrocławia , o dziwo! – czarny jak węgiel Wałbrzych, zaszufladkowane przez media umierające miasto „bieda- szybów” i wszystkich możliwych i wyimaginowanych nieszczęść, które spadły na jego mieszkańców w związku z upadkiem kopalń węgla kamiennego, ten właśnie szary, brudny, zaniedbany Wałbrzych – stał się stolicą kultury?

 Nikt nie pamięta, że niemiecki Waldenburg był jednym z najpiękniejszych miast pod względem położenia krajobrazowego i architektury kilku dzielnic, a z wojny wyszedł bez uszczerbku, bo uniknął bombardowań i zmasowanej obrony ze strony Niemców. Faktem jest, że rozłożenie na łopatki w latach dziewięćdziesiątych przemysłu wydobywczego  pociągnęło za sobą w miejsce rozwoju – katastrofę, z której ciężko było się podźwignąć. Potrzeba wielu lat, by się z tego upadku podnieść i odbudować. Sprzyjały temu możliwości jakie stworzyło wejście Polski do Unii Europejskiej. 

A w ogóle to stolicą kultury nie jest tylko sam Wałbrzych, ale cały powiat wałbrzyski, w nim takie perełki jak Szczawno lub Jedlina – Zdrój, Boguszów-Gorce, Mieroszów, Głuszyca.  Ale to osobny temat.


 Zanim Wrocław stał się międzynarodową kolebką kultury i książki Wałbrzych nie schodził z ust poszukiwaczy skarbów, dziennikarzy, a nawet polityków na całym ziemskim globie. A stało się to skutkiem medialnej sensacji o domniemanym odkryciu miejsca, gdzie został pod koniec wojny  ukryty przez hitlerowców „złoty pociąg” z Wrocławia.

Historia „złotego pociągu z Wrocławia” spędza sen z oczu nie tylko poszukiwaczom skarbów lub badaczom wojennej i powojennej historii. To jak się okazuje fascynujący temat do napisania książki.
Wydawałoby się – wystarczy pomysł. Reszta zrobi się sama, bo materiałów na temat „złotego pociągu” jest bez liku, aż trudno to ogarnąć, a do tego szczypta fantazji – i już mamy książkę.

Tak się może wydawać adeptowi sztuki pisarskiej. Ale żeby napisać dobrą książkę, nie wystarczy sam zamiar, trzeba się wcześniej nad tym dobrze napracować.

Mówiła o tym Jolanta Maria Kaleta, wrocławska pisarka, autorka kilkunastu książek, specjalizująca się w odkrywaniu tajemnic Dolnego Śląska, obok Joanny Lamparskiej filar niekończącego się mostu prawdy i fantazji budowanego na kanwie niezbadanych do końca i nieodkrytych tajemnic z czasów wojennych i powojennych.
 
A miało to miejsce w prawdziwym skarbcu wałbrzyskiej kultury, w Bibliotece pod Atlantami, na spotkaniu z autorką jedenastu książek obracających się w zagadkowym kręgu tego co mogłoby przeminąć bez echa, gdyby nie wnikliwe oko literata i  pasjonata historii współczesnej.

Miałem okazję uczestniczyć w tym spotkaniu na zaproszenie Agaty Czajor, co spowodowało moje jeszcze większe niż dotąd zainteresowanie twórczością Jolanty Kalety. Już wcześniej poznałem ją jako autorkę książki wydanej w 2013 roku pt. „W cieniu Olbrzyma”. Trudno się dziwić, skoro akcja tej książki toczy się w miejscach najbliższych mojemu sercu, w Jedlinie-Zdroju i Głuszycy. Książkę czytałem z zapartym tchem, bo żyję tym tematem odkąd udało nam się w Głuszycy w 1996 roku zagospodarować i uruchomić do zwiedzania podziemną trasę turystyczną pod Osówką, jedną z najciekawszych w kompleksie „Olbrzyma”, a Jedlina- Zdrój, to moja „druga ojczyzna”, gdzie było drugie miejsce mojej pracy nauczycielskiej.

Wcześniej niż „W cieniu Olbrzyma” napisała Jolanta „Testament Templariusza” rozgrywający się w magicznym klimacie starego opactwa w Henrykowie, a następnie „Duchy Inków” – barwną, pełną zagadkowych i dramatycznych zdarzeń powieść rozgrywająca się na Podhalu, w zamku  Nidzica, jak się okazuje mającym coś wspólnego z Wyspą Słońca na jeziorze Titicaca, w kolebce Inków. A potem przyszły kolejne książki, „Wrocławska Madonna”, „Kolekcja Hankego”, „Lawina”, „Obcy w Antykwariacie”, „Operacja Kustosz”, no i książka, która wydaje się nam szczególnie interesująca, bo dotyczy „Złota Wrocławia”. To jest istotnie książka szczególna, powieść sensacyjno-przygodowa świadcząca o wysokiej klasie autorki, mającej za sobą doświadczenie i dojrzały warsztat pisarski. Powieść która potrafi wzbudzić emocje wspomnień, łzy i nostalgię oraz rzecz rzadką, w miarę czytania chce się ją czytać jeszcze bardziej, bo napięcie wzrasta z każdą kartką, a przecież chcemy się dowiedzieć wreszcie, gdzie się podziało złoto Wrocławia.

Ja oczywiście nie czuję się upoważniony, by odpowiedzieć na to pytanie. Nie dam też wskazówki, gdzie szukać bursztynowej komnaty. Robi to Joanna Kaleta w kolejnej książce „Strażnik Bursztynowej Komnaty”, gdzie wątek kryminalny przeplata się z przygodą i sensacją. Tak jest zresztą we wszystkich powieściach Jolanty Kalety, bo w odróżnieniu od wspomnianej Joanny Lamparskiej nie pisze ona książek typowo popularno-naukowych, ale realistyczne wątki historyczne ubarwia konwencją fikcyjną, beletrystyczną. Jest wielu Czytelników, którzy chętniej sięgają po takie książki. 

Myślę, że z największą emocją przywitamy nową, będącą na ukończeniu książkę Jolanty Kalety, w której powrócimy do wydarzeń związanych z podziemnym kompleksem „Riese”, poznamy dalsze losy bohaterów powieści „W cieniu Olbrzyma”, a akcja tej książki pt. „Riese – śmierć ma sowie oczy” toczyć się będzie w jak się okazuje, niezwykle zagadkowym miasteczku – w Głuszycy.

Mam dla moich Czytelników dobrą wiadomość – prapremiera promocyjna tej książki będzie miała miejsce z początkiem października tego roku  - właśnie w Głuszycy ! Są już takie uzgodnienia z CK MBP w Głuszycy, a można się spodziewać, że stanie się to wielkim wydarzeniem w historii tego miasta.

Oczywiście, do tego tematu wrócę jeszcze ponownie, bo cóż może być ciekawszego jak książka wrocławskiej pisarki, której akcja rozgrywa się w naszym mieście .