Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

niedziela, 9 marca 2014

Nasze odwieczne paradoksy


kto czyta nie bładzi


Słyszymy wszędzie: świat idzie z postępem, doświadczamy żywiołowego rozwoju cywilizacyjnego, jesteśmy coraz bliżej poznania tajemnic wszechświata. Zgadzamy się z tym wszyscy. Elektronika zrewolucjonizowała nasze życie codzienne. To co obserwujemy w marketach z mediami potrafi oszołomić, tak samo jak zdumiewający postęp w budownictwie, w komunikacji, w infrastrukturze komunalnej.
Gorzej jest w sferze społecznej, w mentalności ludzkiej. Na tym polu dominuje constans, jakikolwiek ruch do przodu wydaje się nieosiągalny.

W rozdziale piętnastym książki Andrzeja Sapkowskiego „Narrenturm” czytam o średniowiecznym mieście Świdnicy, co następuje:
„Jak każde większe miasto na Śląsku, Świdnica karą grzywny groziła każdemu, kto poważyłby się wyrzucać na ulicę śmieci bądź nieczystości. Nie wyglądało jednak na to, by zakaz ten egzekwowano przesadnie surowo, wręcz przeciwnie, widać było że nikt nic sobie z tego zakazu nie robi”.
I dalej autor książki maluje szkaradny obraz miejskich ulic tonących w błocie, brudzie, odchodach ptactwa domowego, psów, kotów,a nawet kwiczących wieprzy.

Od tamtych czasów minęło circa sześćset lat, świdnickie ulice są wyasfaltowane, chodniki i place wybrukowane, ale problem śmieci wyrzucanych przez ludzi gdzie popadnie pozostał niewzruszony, tak samo jak egzekwowanie zakazów dotyczących czystości miasta i terenów podmiejskich. Oczywiście dotyczy to nie tylko Świdnicy. Nie lepiej jest w Wałbrzychu i w całym regionie wałbrzyskim, a także w innych obszarach Dolnego Śląska i całego kraju. Wydaje się, że problem zapewnienia porządku i czystości, tak samo jak ochrona środowiska naturalnego przerasta możliwości administracyjne władz państwowych i samorządowych.
Obserwuję na co dzień co się dzieje w moim mieście wokół pojemników śmieciowych w związku z wprowadzeniem segregacji śmieci. Niestety, są wszędzie bezmózgowcy, nie waham się tak ich nazwać, którzy zwożą lub znoszą wszystko co popadnie, wyrzucając to wokół pojemników. Firma wywożąca zawartość pojemników tego nie ruszy, bo taką ma umowę z gminą. Gminę nie stać na sprzątanie non stop, nie tylko zresztą wokół śmietników, bo wszelkiego rodzaju opakowania, butelki, pojemniki można spotkać porozrzucane wszędzie. Najwięcej nad rzekami, w pobliskich zagajnikach, lasach, przydrożnych kępach drzew i krzewów. Nie stać gminy na egzekwowanie zakazów, bo do tego potrzebne byłyby odpowiednie służby porządkowe, monitoring elektroniczny i jasne przepisy prawa.
Niestety, wobec masowego zalewu opakowań i zwielokrotnionej ilości zużytych mebli, sprzętów domowych, odzieży, materiałów budowlanych, itp. jesteśmy po prostu bezradni i nieprzygotowani. Nie nadążają za tym wszystkim zmiany w świadomości ludzkiej, a od tego należałoby zacząć.

Podejrzewam, że za kilka kolejnych wieków, to co napisałem powyżej może znów posłużyć za argument potwierdzający formułowaną od lat tezę, że najtrudniej jest ucywilizować człowieka

A że tak jest posłużę się przykładem kolejnego paradoksu.

W którymś tam z kolejnych linków w facebooku przeczytałem dający wiele do myślenia aforyzm:

ateista czyta Biblię i w nią nie wierzy, katolik nie czyta Biblii i w nią wierzy. Dlatego lepiej być ateistą.

Pomyślałem, że w czasach współczesnych najpewniej jest tak, że ani ateista, ani katolik nie czytają nie tylko Biblii. W ogóle z czytaniem czegokolwiek jest teraz coraz to gorzej, a jeszcze gorzej z czytaniem ze zrozumieniem. Wystarczy nam video i fonia. Po co męczyć oczy nad wolumenami Pisma Świętego, którego geneza, archaiczny język i wieloznaczność sentencji są równie zagadkowe jak życie na Marsie lub innych planetach. W telewizji nam powiedzą to co trzeba zrozumiałym językiem, albo puszczą panelową dyskusję na temat czytelnictwa Biblii z udziałem polityków, czyli ciągle tych samych, zużytych, skompromitowanych, jałowych gęb telewizyjnych, które nasycą rozmowę osobistymi aluzjami, przekrzykiwaniem się i sarkazmem.

W książce Sapkowskiego w tym samym rozdziale, o którym wspomniałem na wstępie jest opisane interesujące spotkanie w świdnickiej oficynie wydawniczej z tajemniczym przybyszem z Moguncji, bakałarzem uniwersytetu w Erfurcie, Janem Gutenbergiem. Ten będący przejazdem w Świdnicy uczony i wydawca książek, zdecydował się ujawnić zagadkę swego wynalazku. W toku rozmowy niemiecki wizjoner przekonywał, że stosując jego technikę drukarską można będzie w krótkim czasie wydrukować nawet tak olbrzymie dzieło jak Biblia:

„Bo wyobrazić sobie chciejcie, cni panowie, uczone księgi w dziesiątkach, a kiedyś, jakby śmiesznie to dziś brzmiało, może i w setkach egzemplarzy! Bez uciążliwego i wieki trwającego przepisywania! Mądrość ludzkości wydrukowana i dostępna!”

Ale wizja Gutenberga nie trafiła do przekonania świdnickich gospodarzy, a niejaki Szarlej wyraził to dobitnie:
„Cóż to, panie Gutenberg, nie wiecie co w tym względzie orzekli ojcowie soborowi? Sacra pagina winna być przywilejem duchownych, tylko oni bowiem są zdolni ją zrozumieć. Wara od niej świeckim gębom... Świeckim, nawet tym wykazującym szczątkowy rozum wystarczą kazania, lekcje, ewangelia niedzielna, wypisy, opowieści i moralitety. A ci całkiem ubodzy duchem niechaj poznają Pismo na jasełkach, miraklach, pasjach i drogach krzyżowych, śpiewając laudy i gapiąc się w kościołach na rzeźby i obrazy. A wy chcecie wydrukować i dać tej ciemnocie Pismo Święte? Może jeszcze przetłumaczone z łaciny na język ludowy? Żeby każdy mógł je czytać i interpretować po swojemu?
A dalej:
- Plunąwszy na dogmaty, doktryny i reformy – powiedział – stwierdzam, że jedno mi się podoba, jedna myśl cieszy mnie ogromnie. Jeśli waszmość swym wynalazkiem ksiąg nadrukujesz, to a nuż ludzie zaczną uczyć się czytać, wiedząc że jest co czytać. Wszak nie tylko popyt rodzi podaż lecz vice versa. Na początku było wszak słowo, in principio verbum. Warunkiem jest oczywista, by słowo, czyli księga, była tańsza jeśli nie od talii kart, to od gąsiora wódki, jako że to jest kwestia wyboru”.

I w ten oto sposób uznali wszyscy obecni w świdnickiej oficynie, że wynalazek Gutenberga może okazać się epokowy.

Był jak wiemy epokowy. Do dziś trudno sobie wyobrazić nasze życie bez drukowanej książki. Ale jeszcze jeden wniosek się nasuwa z tej rozmowy. Otóż ten, że dziś, niestety, książka jest droższa i od talii kart i od gąsiorka wódki. Czyżby to było przyczyną, że generalnie nie czytamy Biblii?

Pocieszam się, że przynajmniej parę osób po przeczytaniu tego posta w moim blogu, ruszy szturmem do ksiąg Starego i Nowego Testamentu, by pokazać, że wierzymy, bośmy je osobiście poznali. Zachęcam gorąco - czytanie nie szkodzi !

piątek, 7 marca 2014

Pamiętajcie o kobietach...


marcowe dary natury


Pamiętajcie o kobietach

przecież po te jesteśmy

byśmy mogli w litycznych duetach

tworzyć piękno co się nie śni



Pamiętajcie o dziewczynach

na ich widok serce skacze,

w każdym słowie, uśmiechu i czynach

nabierają nowych znaczeń



Pamiętajcie, bez kobiety

życie traci na wartości,

więc ten kwiatek w Dzień Kobiet, niestety,

to drobniutki akt wdzięczności...


To apel oczywiście do mężczyzn i zupełnie zrozumiały, bo przecież w kalendarzu - 8 marca i czy się to komuś podoba, czy nie, jest to okazja by naszym Paniom bliskim i dalszym w tym dniu się świątecznie pokłonić.
Ród ludzki składa się z dwóch różnych płci - kobiet i mężczyzn. I nikt tego nie zmieni. Nie da się z kobiety zrobić mężczyzny i odwrotnie. Różnice anatomiczne, psychiczne i mentalne wyznaczają tradycyjny podział ról pomiędzy kobietą i mężczyzną. Źle, że w wielu społecznościach wykształcił się model dominacji mężczyzn nad kobietami. Powoli, choć wciąż jeszcze zbyt wolno i zbyt mało skutecznie ten stereotyp ulega zmianom. Mamy coraz więcej okazji, by do tego tematu powracać i przekształcać w konkretne poczynania. Jedną z takich okazji jest Dzień Kobiet.
Dobrze, że choć raz w roku mamy okazję do głębszej refleksji nad rolą i znaczeniem kobiet w naszym życiu. A jeszcze lepiej, jeśli staramy się, mówię o mężczyznach, w tym dniu okazać swoim bliskim paniom więcej niż zwykle ciepła, miłości i poszanowania.

Ze względów politycznych i być może ideologicznych pojawiły się tendencje by 8 marca jako Dzień Kobiet wykreślić z kalendarza. Wyśmiewa się ukształtowane w czasach PRL-u zwyczaje obdarowywania w tym dniu kobiet pracujących przysłowiowym goździkiem i paczuszką z rajtuzami. Mimo wszystko tradycja obchodów Dnia Kobiet w Polsce się przyjęła. Ma ona swoje historyczne korzenie i jest uznawana w wielu krajach na świecie. Póki co nie wymyślono nic lepszego. Amerykańskie Walentynki mają zdecydowanie inny charakter, są świętem młodych, zakochanych. Ponieważ jestem mężczyzną „starej daty” nie zrezygnuję z tej okazji, by w tym pięknym dniu zwiastującym nadchodzącą Wiosnę (też płci żeńskiej) złożyć Paniom jak najsłoneczniejsze życzenia:


Życzę Wszystkim Paniom, bliskim i dalekim, by nabrały wewnętrznego przekonania, że są o wiele bardziej ważne i potrzebne od mężczyzn.
Życzę Paniom by miały jak najwięcej powodów do pogody ducha i uśmiechu, bo wtedy są o niebo bardziej urodziwe i pociągające.
Życzę by każdy mężczyzna uświadomił sobie, że świat byłby mniej ciekawy i brzydszy, gdyby nie było w nim kobiet.
Życzę by mężczyźni pogodzili się z tym, że kobieta jest na pierwszym miejscu w życiu rodzinnym, nawet gdy nie pracuje zawodowo lub mniej zarabia, bo ona strzeże ogniska domowego i dba o wychowanie dzieci.
Życzę wreszcie na koniec, by Dzień Kobiet był dniem codziennym przez cały długi rok i stało się rzeczą naturalną, że zaczyna się on od pogodnego spojrzenia i uśmiechu Panów do każdej Pani w domu, na ulicy i w pracy.


I by było uroczyściej z okazji 8 marca pozwolę sobie złożyć Paniom najserdeczniejsze życzenia wierszem:



By śnieżynki Was olśniły śnieżną bielą w marcu,
by Wam kwiecień tak zapachniał jak powietrze w Harcu,
by słoneczko Was muskało złotą smugą w maju,
a zaś czerwiec się okazał cudotwórcą z raju,
by energii Wam starczyło na wywczasy w lipcu,
by przy grillu nie zabrało likieru i chipsów,
aby sierpień błysnął brązem jak słońce na Cyprze
bo lubimy brąz na ciele, muzykę na cytrze,
wrzosowiska w piaskach Łeby, spacery we wrześniu
babie lato w październiku i sny co się nie śnią,
złote liście z drzew spadają, wieczory zbyt smętne,
tylko noce są jak w bajce, długie i namiętne,
niech listopad Was nie stłamsi, nie roztkliwi więcej,
przecież grudzień już za pasem, najlepszy z miesięcy.
Staropolska cud- tradycja nigdy się nie zmienia,
w grudniu sobie znów złożymy najlepsze życzenia !



Wszystkiego naj…naj…naj… !



niedziela, 2 marca 2014

Kroczy przez życie śpiewająco


jedlińskie muzykowanie w uzdrowisku


„Są pieśni
które się pisało
z wiarą że słowa z m i e n i a ć mogą

są pieśni
które trzeba milczeć
w zmowie milczenia
przeciw słowom”

Andrzej Garczarek




Wpadł mi do rąk maleńki rozmiarami, prawie jak książeczka do modlitwy, tomik wierszy „Krowie cieplo” Andrzeja Garczarka. Z nazwiskiem barda lat 80-tych zetknąłem się przy okazji badania środowiska literackiego tych lat w Warszawie. Tam właśnie brylował także poeta Natan Tannenbaum, który lata dzieciństwa i młodości spędził w Głuszycy. Książeczkę wydał wrocławski teatr „Kalambur” w cyklu „Poeta-pieśniarz” w 1985 roku, starając się w ten sposób ratować przed zapomnieniem teksty najlepszych spośród bardów studenckiego ruchu kulturalnego.

To właśnie o takich studentach - marzycielach pisał Andrzej w wierszu „Nocne Marki”:

gotowi ruszać w świat
od zaraz
bez zobowiązań
i bez celu
których mijałem w noc niejedną
mówiąc każdemu: „Marzycielu”

butelką mleka na ulicy
z plastikowego transportera
gaszą pragnienie
nielegalnie
kiedy nad ranem zbyt doskwiera

chleba z piekarni daj im Panie
przy degustacji z piekarzami
który dla śpiących jeszcze stygnie
i powszednieje w swojej liczbie

gotowi ruszać w świat
od zaraz
z chlebakiem tylko brezentowym
z ostatnią książką Cortazara
z jednym biletem tramwajowym


Urodzony w 1947 roku ukończył polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim. W latach siedemdziesiątych był jednym z autorów i wykonawców legendarnego magazynu radiowego "Zgryz" Macieja Zembatego. W 1981 roku brał udział w Przeglądzie Piosenki Prawdziwej w gdańskiej Hali Oliwii. Zaśpiewał tam swój song pt. Przyjaciół nikt nie będzie mi wybierał. W 1989 r. na antenie radiowej Trójki emitowane były pierwsze odcinki z trwającego blisko dziesięć lat cyklu autorskiego Literacko-muzyczny kantor wymiany myśli i wrażeń. W 1994 r. otrzymał nagrodę im. Jonasza Kofty - za twórczość radiową. Przez wiele lat współpracował z wrocławskim teatrem "Kalambur". Na początku lat dziewięćdziesiątych wg własnego projektu Kantor wymiany na ulicach kilku miast (Wrocław, Lublin, Warszawa) przeprowadził szereg akcji happeningowych. Jest autorem wielu znanych piosenek i ballad: Ballada o chłopcach z bazy Sokołowskiej, Piosenka dla Piotrowskiego poety, Taksówkarz z Pittsburga, Raskolnikow. Od początku lat 2000. mieszka na wsi na Mazurach.

O poezji wolę mówić skromnie. Wymyślam tylko sztajerki. Szybkie, wolne, smutne, wesołe... Krótkie historyjki „na fleki”, głos męski i gitarę”. Myślę, że najważniejsze w tym fachu jest to, żeby nie kłamać. Kiedy wychodzi człowiek do ludzi sam, z gitarą tylko, oświetlony bezwstydnie reflektorami, to po to, żeby im coś ważnego powiedzieć. O sobie, o nich samych. Na ględzenie szkoda cennego czasu. Na kłamstwie poznają się od razu. Zwłaszcza dzisiaj”.

I taki właśnie jest Andrzej Garczarek, dziś już rzadziej na scenie, wśród rezentuzjazmowanej widowni. No cóż, lata lecą. Jeszcze nie tak dawno koncertował gdzie się dało. O jednej z takich imprez czytam na stronie internetowej:

Andrzej Garczarek zaprosił nas wszystkich do swojego muzycznego ogródka, a tam czekało na nas całe mnóstwo atrakcji : wypielęgnowane teksty, smakowite muzyczne kawałki, chwytliwe melodie, skoczne sztajerki oraz liczne grządki z zadumą i melancholią. Ucztowaliśmy razem z gospodarzem i jego przyjaciółmi Mirkiem i Florkiem co chwilę odkrywając w kolejnych kątach muzycznego ogrodu zarówno te dobrze znane jak i te dawno zapomniane czy też zupełnie nowe smakołyki. I tak popijając co tam kto miał pod ręką, podśpiewując kolejne piosenki zasłuchani w głos Andrzeja nawet nie zauważyliśmy że czas nieubłaganie mija i trzeba kończyć. Rozeszliśmy się więc do domów za zgodą gospodarza wynosząc część owoców z ogródka ( płyty rozeszły się w trybie błyskawicznym ) do domu aby móc się nimi dalej cieszyć w domowym zaciszu.
Naprawdę chce bardzo podziękować całemu zespołowi ze ten wieczór i zapewniam że do tego muzycznego ogródka będziemy jeszcze nie raz zaglądać”. Marek Ł


W moim tomiku Andrzeja Garczarka mam całą rozmaitość jego wierszowania. Żałuję tylko, że mogę delektować się jedynie słowem, a nie muzyką. Ale tak to już jest z poezją śpiewaną. By osiągnąć zupełny efekt, potrzebne jest i jedno i drugie. Dobrze, że w internetowych goglach można obejrzeć i posłuchać niejednego sztajera w osobistym wykonaniu autentycznego barda lat 80-tych, który podobnie jak Przemysław Gintrowski, czy Jacek Kaczmarski przeszedł już do legendy.


„Obywatelu Jakubie Rousseau
powiedzcie szczerze mnie prostemu
czy jest możebne żeby człowiek
przestał być wilkiem człowiekowi


czy taki na ten przykład złodziej
dziewka uliczna
ksiądz dobrodziej
żydowin luter hugenota...
(pyta się moja was głupota)
czy jedna ich kapota grzeje
i jeden strzeże pies u płota?


Czemu wy z ludźmi
tak koniecznie
umawiać chcecie się społecznie?


To prawda, ile to mieliśmy w przeszłości umów społecznych, z których nie zostało nic. A wystarczyłoby tylko jedno, żeby człowiek nie był człowiekowi wilkiem. Są poeci którzy wciąż wierzą, że słowa mogą to zmienić. I za tę wiarę winniśmy ich czytać i cenić. 

P.S. Przeczytałem w facebooku wiadomość z "Kuriera Mieroszowskiego";

22 marca o godz. 20.00 w schronisku Andrzejówka wystąpi Lubelska Formacja Bardów. Skład zespołu: Marek Andrzejewski, Piotr Selim, Jan Kondrak i Katarzyna Wasilewska. Wstęp wolny. Po koncercie będzie okazja, aby zaakupić płyty zespołu.
Lubelska Federacja Bardów to grupa lubelskich artystów z kręgu piosenki literackiej i poezji śpiewanej, sposobem organizacji przypominająca piwnice artystyczne. Zespół prezentuje głównie swoje autorskie kompozycje pod względem tekstowym i muzycznym. Artyści sięgają również do twórczości Edwarda Stachury, Bolesława Leśmiana, Leonarda Cohena czy tekstów Kazimierza Grześkowiaka. Czerpią wzorce z folkloru Kresów, muzyki klasycznej; nawiązują do ambitnych nurtów rocka i popu. 

Warto zapamietać tę datę i wybrać si w sobotę 22 marca na "Andrzejówkę"
 

wtorek, 25 lutego 2014

Nie ma jednej Rosji

 
nie ma to jak w Sarmacji

- „Co by pani chciała powiedzieć Putinowi ? - pytam na koniec.
- Żeby był cierpliwy - podkreśla Marija. - Dzisiaj bardzo go krytykują, ale to dobrze. Bo jak atakują ciało, to oczyszcza się dusza. Pan Bóg przygotowuje Putina do wielkiego czynu.
Marija patrzy na mnie uważnie, jakby chciała sprawdzić, czy jej słowa robią na mnie wrażenie. Robią. Zwłaszcza jak pomyślę, że mówi to osoba wykształcona, przedsiębiorcza i błyskotliwa.
- Ja bardzo kocham Putina! - dodaje Marija. - I chciałabym, żeby go kochali nie tylko wszyscy Rosjanie, ale też wszyscy mieszkańcy naszej planety. I całego wszechświata”.

Zacytowałem drobny urywek z książki Barbary Włodarczyk, znanej dziennikarki TVP, realizatorki cyklu reportaży telewizyjnych „Szerokie tory”, poświęconych życiu mieszkańców byłego ZSRR. Książka nosi tytuł „Nie ma jednej Rosji”, chociaż nazwę „Jedna Rosja” nosi putinowska partia polityczna w Rosji, posiadająca zdecydowaną większość w Dumie Państwowej.
Reportaże Barbary Włodarczyk to efekt wieloletnich podróży po rosyjskiej ziemi, od Kaliningradu po Syberię, których celem było bliższe poznanie Rosjan w całej ich rozmaitości i złożoności,
a zarazem odsłonięcie cząstki „rosyjskiej duszy”.

Oto co autorka pisze we wstępie swej książki:

„Rosja to różnorodny i barwny świat. To nowobogacka Moskwa i siermiężna prowincja, czyli „głubinka”. To Europa i Azja. To marzenia o integracji z Zachodem i nostalgia za ZSRR. Spędziłam w Rosji wiele lat. Spotykałam się z milionerami i z bezdomnymi. Widziałam salony w iście carskim stylu i mroczne więzienia. Brałam udział w obrzędach odprawianych przez szamana nad Bajkałem i w treningu dziewięcioletnich kadetek, które w kilka sekund składają kałasznikowa. Obserwowałam z bliska sektę, która czci Putina jako nowe wcielenie apostoła Pawła i treningi neofaszystów. Razem z maszynistką moskiewskiego metra poznawałam tajemnice najsłynniejszej kolei podziemnej, a z czarnoskórym radnym zamiatałam ulice. Za każdym razem przekonywałam się, że NIE MA JEDNEJ ROSJI. Wbrew nazwie kremlowskiej partii...”

No dobrze. Zgadzamy się z tym, że nie ma jednolitej Rosji, bo przecież jest to kraj wielonarodowościowy, wielokulturowy, wieloreligijny. Wprawdzie już nie w takiej skali jak za czasów ZSRR, ale nadal jest państwem związkowym, imperialnym. Udaje się jak dotąd w Rosji zachować pozory demokratycznych wyborów do władz państwowych i samorządowych, co pozwala utrzymywać przyjazne stosunki z USA i Unią Europejską. O problemach wolności i demokracji w tym Imperium mówi się i pisze non stop, ale Rosja jest zbyt wielka i groźna, a także dość bogata, co pozwala jej prowadzić politykę niezależną od innych.

Pozostawiam jednak sprawy polityczne do roztrząsania politykom, wracam natomiast do wspomnianej na początku misjonarki, zakochanej w Putinie bez reszty, bo „jak można nie kochać kogoś, kto stoi wyżej od nas, w kim jest duch święty”.
Otóż okazuje się, że dawna Swietłana Frałowa z Niźnego Nowogrodu, każąca do siebie mówić „matuszka Marija”, jest właśnie założycielką sekty religijnej, która wielbi Władimira Putina, jako nowe wcielenie świętego Pawła i zbawiciela Rosji. Siedziba sekty znajduje się w wiosce Bolszaja Jelenia, czterysta kilometrów od Moskwy. Jest to solidny dwupiętrowy dom z jasnej cegły, ze złotymi kopułami i krzyżami. Moskiewski Patriarchat stanowczo odcina się od samozwańczej mniszki i jej misyjnej działalności. Sekta gromadzi kilka kobiet na wzór zakonu wykonujących wszystkie prace domowe i ogrodowe, ale na nabożeństwa ściągają „wierni” z różnych okolic. Mieszkańcy wsi odnoszą się do tego wszystkiego z rezerwą, władze nie reagują, bo rzecz odbywa się na prywatnej posesji, a w dodatku jest miejscem kultu prezydenta Putina.
Swietłana nawróciła się w więzieniu, gdzie odbywała dwuletnią karę za przekręty finansowe, wtedy przyjęła imię Marija i założyła sektę. Dziennikarce z Polski udało się wkręcić na poranne nabożeństwo, tym sposobem zobaczyła matuszkę w akcji. Są ludzie posiadający szczególny dar oddziaływania na innych, mówi się wtedy o charyźmie. Taką osobą jest Marija. Potrafi w zręczny sposób łączyć zapisy ewangelii z osobistymi wizjami. Dla niej Putin był tak samo jak św. Paweł Szawłem, kiedy pracował w KGB, ale zmienił się, bo na niego wpłynęła łaska Ducha Świętego. Teraz Putin jest zbawicielem Rosji, a o jego boskości słychać na każdym nabożeństwie. Wprawdzie nie udało się Putina zaprosić do Bolszoj Jeleni, ale i tak w jego imieniu mogą siostrzyczki zakonne zbierać ofiary w całej okolicy, a uczestnicy nabożeństw też nie przychodzą z pustymi rękami. Są przekonani, że w tym domu świętym pojawia się duch Putina. Czują jego oddziaływanie i wpadają w trans na czele z matuszką Mariją, klękają na kolanach i dotykają głowami podłogi. „Dobry dzień, moje dziatki ukochane, mówi na koniec wzruszona matuszka, niech będzie z wami światło, miłość, radość, pokój, a jeszcze do tego mądrość i harmonia”. Nabożeństwo kończy się po trzech godzinach. Na pożegnanie wszyscy śpiewają „Zawsze niech będzie słońce” Ałły Pugaczowej i składają ręce na sercu ku czci Wladimira Putina.

Czytam o tym wszystkim w książce „Nie ma jednej Rosji” i myślę sobie, że u nas też nie ma jednej Polski. Jeśli była w czasach triumfu „Solidarności”, to przecież szypciutko się skończyła. Jeszcze nie doszliśmy do samorodnego tworzenia się sekt kultywujących naszych znakomitych polityków, ale co się odwlecze, to nie uciecze. Wprawdzie mój stały komentator WRC twierdzi, że „nie mamy też silnych i wyrazistych postaci w świecie polityki, kultury, w mediach. Wszyscy pochowali się po kątach, albo poszli w"odstawkę" (patrz komentarz do postu „Ukraińskie reperkusje”), to jak mi się zdaje, wkrótce ich wymyślimy. Od czego mamy fenomenalne media – telewizję, You Tube, tabloidy itp. A nawiedzonych Mariji mamy na pęczki i „gieroi” gotowych do wielkiego czynu, obiektów na „muzeum korupcji”, podobnie jak na Ukrainie, też się parę znajdzie. Będzie miała Barbara Włodarczyk sporo do roboty, ale łatwiejszej, bo u siebie, a nie na obczyźnie. Samo życie !

sobota, 22 lutego 2014

Ukraińskie reperkusje


w hołdzie bojownikom z Majdanu



Nie zamierzam w moim maleńkim blogu rozwijać tematu ukraińskiej „wojny domowej”, jestem tak samo jak miliony ludzi na świecie duchem i sercem z tymi Ukraińcami, którzy zapragnęli wolności jak kwiat dżdżu, a spadające z cokołów posągi Wodza Rewolucji, Włodzimierza Lenina, są tego realnym i symbolicznym potwierdzeniem. Ukraina chce wreszcie być wolna. Ukraina tę wolność okupiła ofiarami milionów ofiar stalinowskich represji, które dotknęły wieś w czasie porewolucyjnej dyktatury proletariatu. Ukraina nie różni się wiele od Polski pod zaborami, a jej fikcyjna niezależność została obnażona właśnie teraz, gdy obecny prezydent, polityczny woltyżer, Janukowicz, spalił całkowicie swój numer cyrkowy jako rzekomy zwolennik wejścia Ukrainy do Unii Europejskiej. Niepodważalny dowód, to jego telefony do Putina w czasie newralgicznej nocy, z 20 na 21 lutego, kiedy ważyły się losy dalszego rozlewu krwi nie tylko na Majdanie w Kijowie, ale już w całym kraju. Ukrainie jest znacznie trudniej, niż Polsce wyzwolić się spod kurateli sąsiada, Imperium Rosyjskiego, bo z nim dzieli dziesiątki lat wspólnej historii i graniczy bezpośrednio, stanowiąc w tej chwili jego forpocztę. Wstąpienie do Unii, to jedyny skuteczny sposób, by się od Rosji uniezależnić politycznie i wkroczyć na drogę rozwoju gospodarczego.


O tym co się działo i dzieje w bliskiej nam Ukrainie jest teraz głośno we wszystkich mediach. Jak zawsze w takich przełomowych momentach są na ten temat różne opinie i prognozy. Nie mam zamiaru powielać tego, co zostało już powiedziane. Jeśli zdecydowałem się mówić o ukraińskich reperkusjach, to tylko w odniesieniu do tego, co stało się w związku z kijowską „rewolucją” u nas w Polsce.
Na początek oddam głos Natanowi Tenenbaumowi, związanemu z Głuszycą poecie i bardowi „Solidarności”. W Sztokholmie, gdzie wyemigrował w latach 80-tych, napisał on w 1990 roku, w wierszu „Impresja polska na motywach Ernesta Brylla”, co następuje:


„Stare dęby jesienne pożarem się złocą,
znów mi kurant kolejną dekadę wydzwania
i powracają do mnie jak zawsze pytania.
Zanim ogarnie wszystko zmierzch brzemienny nocą
Siebie pytam, bo kogóż, gdy dzień gaśnie w blaskach:
Czemu smutny Pan Jezus na świętych obrazkach?
Polska – czy to choroba, przekleństwo, czy łaska?


Dlaczego się nie lubią dawni przyjaciele?
Czy wolności za mało ludziom? Czy za wiele?
Kto nam znów myśli mąci i słowa koślawi?
Czemu krzyżyk na piersi, a w piersi nienawiść?


Czy kadzidło człowieka do Boga przybliża?
Czy starczy w Polsce Żydów, by rozpiąć na krzyżach?
Jak mam nazwać tę otchłań, niżej dna rozpaczy?
Czy w godzinie ostatniej człek Bogu przebaczy?
Kiedy przyjdzie ta chwila?... I co będzie później?
Czemu wątpię, miast wierzyć? … I dlaczego bluźnię ?


Przypomniałem sobie te słowa obserwując zdarzenie, które miało miejsce na naszej sali sejmowej w dzień po kijowskiej masakrze. Apel premiera D. Tuska o jedność polityczną i zgodę na zastosowanie sankcji wobec rządu Wiktora Janukowicza został przyjęty zarówno przez koalicję jak i opozycję, a prezes PiS-u, Jarosław Kaczyński wraz z innymi posłami opozycji bił Tuskowi brawo. To samo zrobił Tusk po deklaracji poparcia wypowiedzianej przez Kaczyńskiego.
To wydarzenie bez precedensu. Myślę, że dla większości Polaków, tak samo jak dla mnie wydawało się rzeczą niewiarygodną. Dwaj najwięksi na naszej scenie antagoniści biją sobie brawo. Czy nie mogło by być tak częściej. Czy taka zgoda jest możliwa tylko i wyłącznie w sytuacji wyjątkowej?
Nie będę więcej rozwijał tego wątku. Sprawa jest prosta jak drut. Zwykłych obywateli tego kraju, którzy mają dość tej wojny medialnej jest coraz to więcej. Wieczne bitwy na słowa, a w rezultacie brak zgody i wzajemnego poszanowania przynoszą Polsce dużo więcej szkody niż pożytku. Nie ma to nic wspólnego z zasadami etyki i religii Kompromituje zarówno władzę państwową jak i nasz kraj w oczach świata.
Spodziewam się, że ten wyjątek, jaki miał miejsce w Sejmie będzie niestety tylko ewenementem. Czekają nas przecież wybory. Stanie się to, co przewidywał w kolejnym wierszu „Błędne koło” Natan Tennenbaum:


„Powtarza się historia stara.
To przeciw czemu zrywasz gardziel
na dwóch opiera się filarach:
na nienawiści i pogardzie.
Błędnym się kołem toczą dzieje,
po raz kolejny - to już który?
W świetle poranka który dnieje
dojrzysz jak znowu rosną mury...”


Dodam tylko, że Natan Tennenbaum jest autorem śpiewanej m.in. przez Przemysława Gintrowskiego, „Modlitwy o wschodzie słońca”, która stała się czymś w rodzaju hymnu „Solidarności”:


„Każdy Twój wyrok przyjmę twardy
Przed mocą Twoją się ukorzę
Lecz chroń mnie, Panie, od pogardy
Przed nienawiścią strzeż mnie, Boże...”


Wszak Tyś jest niezmierzone Dobro
Którego nie wyrażą słowa
Więc mnie od nienawiści obroń
I od pogardy mnie zachowaj


Co postanowisz - niech się ziści
Niechaj się wola Twoja stanie
Ale mnie zbaw od nienawiści
Ocal mnie od pogardy Panie


Szkoda, że w naszym Sejmie, w którym z takim pietyzmem powieszono symbol wiary chrześcijańskiej, Krzyż Święty, każde z posiedzeń sejmowych nie zaczyna się od chóralnego odczytania powyższej modlitwy.


poniedziałek, 17 lutego 2014

"Życie jak w Madrycie"

Książ  - salon

„Lepiej przemilczeć” Daisy von Pless, to książka która może zachwycać, ale też zdumiewać. W najwyśmienitszych snach o życiu arystokracji nie byłem w stanie wyobrazić sobie tego, o czym opowiada w swym pamiętniku tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu, rok po roku, jego autorka.
Jest to po prostu skrupulatny rejestr setek, a może nawet tysięcy podróży po Europie i świecie, nieustannych wizyt na cesarskich, królewskich i magnackich dworach, wykwintnych przyjęć i bali, mnóstwa polowań, regat żeglarskich, wyścigów, na koniec imprez dobroczynnych, ale te ostatnie już tu na miejscu w Książu, Szczawnie-Zdroju, Wałbrzychu, bo obdarowywanie ubogich i ułomnych osób sprawiało księżnej Daisy dużą satysfakcję i przyjemność.
Na kartach książki przewija się liczna plejada najważniejszych ludzi ówczesnej Europy, a nawet i z innych kontynentów, tych wszystkich którzy czynnie uczestniczyli w europejskim życiu wyższych sfer, a udział w tym życiu był filarem arystokratycznego konwenansu. W pamiętnikach Daisy von Pless możemy odnaleźć wzmianki o nieomal wszystkich liczących się w świecie arystokratycznym i dyplomatycznym osobach, nie licząc dworów monarszych, na czele z ich głowami. Oczywiście prym wiodą dwory angielskie, niemiecko - pruskie, austriackie, francuskie, rosyjskie. Dla mniej wytrawnego czytelnika po prostu dwoi się w głowie od nazwisk, tytułów, powinowactw, zwłaszcza gdy korzystamy z pedantycznie sporządzonych przypisów.
Daisy jest osobą, która nigdzie nie może dłużej zagrzać miejsca. Gdyby sporządzić skrupulatnie harmonogram jej wojaży z każdego roku począwszy od 1902 do 1910, to uzbierałoby się na same podróże tysiące kilometrów i setki miejsc pobytu. Nie mówię o przyjęciach, balach, polowaniach, spotkaniach towarzyskich. Europę zjeździła Daisy wzdłuż i wszerz. Wszędzie gdzie się znalazła starała się jak najwięcej zwiedzić i zobaczyć. Oto fragment jej pamiętnika z 9 października 1905 roku:

Przez ostatnich kilka dni widziałam więcej Berlina, niż kiedykolwiek przedtem. Odwiedziłam kilka cudownych galerii z obrazami; podziwiałam Rubensa o wiele piękniejszego od jego płócien w Galerii Drezdeńskiej. Zatelegrafowałam do Eulenburga po specjalne pozwolenie na zwiedzanie Pałaców Królewskich: Pałacu w Berlinie (nigdy nie oglądałam jego sypialni), Charlottenburga, Nowego Pałacu, Pałacu Miejskiego oraz Sans Souci w Poczdamie. Wszędzie, podejmowani przez królewskich „zarządców”, spędzaliśmy przyjemnie czas”. 

Dopiero po 1910 roku następuje regres w światowym życiu Daisy, a jest to skutkiem zmęczenia przychodzącego z wiekiem, pogarszającej się sytuacji rodzinnej, a także politycznej przed I wojną światową.

Uwagę Czytelników chcę dzisiaj skupić na wydarzeniu z roku 1905, bowiem ilustruje ono dość wyraźnie stosunek księżnej Daisy do Polaków.
Otóż pod koniec października tego roku Daisy wybrała się do Łańcuta na zaproszenie hrabiny Elżbiety Potockiej. Po drodze zatrzymała się w swoim drugim pałacu, w Pszczynie.
Zamek Pszczyński, jedna z rezydencji zamożnej rodziny Hochbergów, stał się na wiele lat domem dla Angielki, podobnie jak podwałbrzyski Książ. W latach przed I wojną światową, Daisy i jej mąż prowadzili wystawny styl życia pełen dworskich uroczystości, przyjęć, polowań i podróży po świecie. Zarówno Książ jak i Pszczyna były miejscem gościnnym, otwartym dla osób bliskich i znajomych. Wielu przyjaciół Daisy należących do rodzin królewskich i arystokracji europejskiej, włącznie z księżną Elżbietą Potocką (z domu Radziwiłł) – małżonką ordynata łańcuckiego Romana Potockiego, odwiedzało ją na Śląsku. Księżna Elżbieta Potocka (zwana Betką) znała osobiście wielu ludzi z kręgu Daisy.
Księżna Daisy tak oto relacjonuje w swojej książce wrażenia z pobytu, najpierw w Pszczynie, a następnie w Łańcucie:


Oni tam bardzo mili i prawdziwie ich kocham, ale będąc Niemcami, nie wiedzą jak żyć... Vater zarządził specjalne strzelanie tylko dla mnie i dla siebie, aczkolwiek obecnych było na nim około tuzina Ober-Jagmeisters (nadleśniczych). Zostało tak starannie przygotowane, jakby było dla samego Cesarza. Odstrzeliliśmy dwieście zajęcy i parę innych zwierząt. Każdego ranka jeździłam konno z Anną, rozpędzając rumaki do szaleńczego galopu, z czego ona i - ku mojemu zdziwieniu – jadący za nami Ober-coś tam-rittmeister bardzo się cieszyli. Po drodze tutaj spędziłam noc w Solzie z Larischami. Robili wszystko by mnie zatrzymać, ale nie mogłam zostać, bo przyrzekłam stawić się w Łańcucie w oznaczonym dniu i nie chciałam zawiść uprzejmej Betki Potockiej, która odwiedza Książ każdego roku, podczas gdy ja byłam u niej ostatnim razem bardzo dawno temu z Shelagh i wujkiem Patem.
Abstrahując od wszystkiego innego, jest to naprawdę piękny dom ze ślicznymi przedmiotami i kwiatami. Niektórzy myślą, żę Polacy są prymitywni. Nie rozumiem dlaczego, ale tak jakoś się utarło na świecie. W rzeczywistości są błyskotliwi i inteligentni, z dobrą znajomością obcych języków, a ich kobiety są jak Austriaczki tryskające życiem, ubrane w Paryżu i szeroko podróżujące. Łańcut jest zapełniony obrazami i porcelaną przywiezioną przez hrabinę Branicką, której rodzina miała powiązania z Marią Antoniną. Miejsce to jest cudownie utrzymane przez Betkę i jej męża, którzy posiadają zarówno dobry gust jak i pieniądze.
Polowaliśmy wczoraj i dzisiaj. Jest tu około dwunastu gości...”

Już ten drobny fragment z pamiętnika Daisy jest dowodem jej pozytywnego stosunku do Polaków, czego potwierdzenie znajdziemy w innych miejscach książki, a także w losach jej synów w czasach II wojny światowej. W książce co rusz znajdujemy przykłady wydawałoby się niebywałego przepychu i komfortu życia ówczesnej arystokracji, jak się okazuje nie tylko angielskiej lub niemieckiej, ale też i polskiej. Można by o nim powiedzieć - „życie jak w Madrycie”. Jak się jednak okazuje to życie wymagało jednak ogromnego hartu i poświęcenia. Podróże wtedy były czasochłonne i męczące. Obowiązujące konwenanse życia dworskiego wymagały ustawicznej czujności i uwagi nad tym co się robi i mówi i cierpliwości w dotrzymywaniu towarzystwa. Mnóstwo czasu pochłaniały zakupy odzieży i strojów, do czego przywiązywano dużą wagę w kręgach towarzyskich. A w ogóle taki styl życia był niezwykle kosztowny. W miarę upływu lat Daisy coraz wyraźniej dostrzegała małostkowość i próżność życia arystokracji, niestety nie miała ani sił, ani możliwości, aby się z tego uwolnić.

Jest w książce Daisy na ten temat wiele zaskakujących spostrzeżeń i refleksji, ale by je poznać i docenić najlepiej zajrzeć do źródła. Gorąco polecam.

niedziela, 16 lutego 2014

Czego nam brakuje do szczęścia?

jest miejsce na wypoczynek


O, właśnie. Zastanawiałam się, czego nam do szczęścia brakuje, i już wiem: narodowo-polskich parków rozrywki. Nowoczesną sieć dróg, bezpieczne i szybkie koleje, skuteczną służbę zdrowia i posażną, wielodzietną rodzinę już nam wkrótce zapewni PiS z premierem Jarosławem Kaczyńskim, o czym dowiadujemy się z kolejnego programu wyborczego tej partii. Ale w kraju powszechnej zamożności trzeba mieć gdzie spędzać czas wolny od pracy i od myślenia. Ultranowoczesna kruchta nam nie wystarczy skoro jesteśmy wasalem Unii Europejskiej i chcąc nie chcąc ulegamy jej wpływom. Już w tej chwili corocznie ok. 150 tysięcy Polaków wyjeżdża do zagranicznych parków rozrywki. Najwięcej do Disneylandu pod Paryżem. Popularny jest też Europa-Park w Niemczech przy granicy z Francją, Heide Park między Hamburgiem a Hanowerem czy włoski Gardaland w okolicach Werony. A co będzie za parę lat jak staniemy się gospodarczą potęgą pod rządami PiS-u? Czy mamy nadal szukać frywolnej rozrywki tam, gdzie na każdym kroku grozi nam zło i zgorszenie, będące jak głosi najwyższy autorytet, ksiądz Oko, szatańskim produktem ideologii gender?
Paryski Disneyland jest z tych parków najdroższy! 1000 zł za jeden dzień dla czteroosobowej rodziny. Ludzie mimo wszystko chcą tam jeździć, bo jest najbardziej rozpoznawalny. Nasiąkli liberalną doktryną Kongresu Liberalnego Tuska, że człowiekowi wszystko wolno, zwłaszcza to, co mu sprawia przyjemność.

Polacy, którzy z natury są gotowi przyjmować bezkrytycznie zachodnie wzory, szukają więc rozrywki za granicą. Część z nich połknęła zachodniego bakcyla i chce spędzać czas wolny w takich parkach, które spełnią ich specyficzne gusty. Wiele parków bazuje na bohaterach z filmów fabularnych i animowanych oraz na postaciach popkultury. Przykładowo w parkach Disneyland czy Universal Studios można znaleźć i Harry'ego Pottera, i Indianę Jonesa, "Auta", Simpsonów, "Jurassic Park", a nawet Aerosmith. Takie atrakcje robią piorunujące wrażenie, nawet na największych malkontentach.
Trudno się dziwić, że znaleźli się inicjatorzy utworzenia naszego rodzimego parku rozrywki na stu kilkudziesięciu hektarach pięknej puszczy pod Grodziskiem Mazowieckim (park krajobrazowy!). Twierdzą oni, że w ten sposób przynajmniej las ocaleje przed wyrębem, czyli morderczą egzekucją realizowaną bezpardonowo i skutecznie przez samowładną instytucję biznesową o nazwie Lasy Państwowe.
Ideą naszego parku rozrywki winno się stać ograniczenie naśladownictwa wzorów zachodnich. To że zidiociali Francuzi mają swój kretyński park Asterixa nie znaczy że mamy ich małpować i trzeba mieć sieczkę w głowie żeby się podniecać plastikowymi krokodylami i kukłą Indiany Jonesa.
Nie wiemy dokładnie jakie pomysły wpadną do głowy inwestorom, którzy wydeptują ścieżki organów rządowych, by zdobyć koncesję na to oryginalne przedsięwzięcie. Dobrze byłoby urządzić taki park na kanwie znanej powieści dla dzieci i młodzieży, „O krasnoludkach i sierotce Marysi”, ale ostatnie odkrycia dotyczące skłonności lesbijskich jej autorki dyskwalifikują ten pomysł w zupełności. Można się spodziewać, że w tej sytuacji spróbują oni skorzystać skrzętnie z pomocy elit potencjalnej ( już za dwa lata) ekipy rządzącej. Wiele mądrego mogłaby podsunąć prawdziwa intelektualna tęcza Sejmu, wybitna posłanka PiS-u, Krystyna Pawłowicz, tylko zachodzi obawa, że może się zapamiętać i rzucić przy okazji niegrzecznymi epitetami. W odwodzie pozostaje na szczęście specjalista w zakresie samoobrony, doświadczony w boju, internacjonalista - europoseł Richard Henry Francis Czarnecki, który z niejednego pieca chleb jadł, zna się na wszystkim, bo stanowi kwintesencję partyjnego guru. On to właśnie z emfazą zaproponuje, żeby był to park pod wezwaniem Jarosława Wielkiego, żeby było w nim dziesięć karuzeli z imionami najwybitniejszych Polaków, czyli polityków z zarządu PiS-u, a dodatkowo mini-karuzelka na cześć, wszakże wyklętej, ale stojącej na czele krucjaty przeciwko gehennie gender, Beatki Kępy z SP. W całym parku zagrzmią megafony z audycjami radia Maryja, a przy karuzelach stać będą kapliczki - świątynie dumania, gdzie pobożni turyści z całymi rodzinami znajdą miejsce wytchnienia i modlitwy. To jest tylko zarzewie pomysłów na urządzenie narodowo-polskiego Parku Rozrywki jako antidotum na zło i zgniliznę moralną, którą niesie ze sobą zachodnia cywilizacja. Jest szansa, że ten projekt spotka się z aprobatą ministra kultury, bo park jest miejscem kultu najlepszych Polaków, można się więc spodziewać wsparcia pieniężnego na ten zbożny cel.
Nie będę snuł dalej rozważań nad projektem, zwłaszcza że nie chciałbym ograniczać inwencji osób kreatywnych. Myślę, że jednak trafiłem celnie w odpowiedzi na pytanie – czego nam brakuje do szczęścia? No właśnie – rodzimego, patriotycznego Parku Rozrywki.
Wiem że taki park powstaje w Wałbrzychu na bazie dawnej kopalni węgla kamiennego Julia, ale to nie to samo.


jest też miejsce na park rozrywki