Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

poniedziałek, 10 grudnia 2012

My wolimy stajenkę !




Czy ktoś z nas ma jakiekolwiek wątpliwości, gdzie się faktycznie urodziło Dzieciątko Jezus? Chyba nikt. Wszyscy wiemy, że miało to miejsce w stajence betlejemskiej. Znamy tę stajenkę  z kolorowych kartek świątecznych i z urządzanych w kościołach plastycznych szopek. Jest tam w centralnym miejscu maleńki Jezusek z lekka okryty białym płótnem w żłobie na sianku położony, obok pochylona nad nim jego matka Maryja, dalej z tyłu stojący Józef, no i niezbędne atrybuty  -  zwierzęta stajenne -  wół, osiołek, owieczki, często też pasterze, a z tyłu w tle Aniołowie. Bywa też, że w stajence są już przybyli z daleka w barwnych szatach Trzej Królowie Monarchowie.
Znamy też szopkę betlejemską z naszych nastrojowych kolęd i ustnych przekazów księży, poczynając od lekcji religii, a na uroczystościach kościelnych kończąc. Okazuje się jednak, że z faktycznym miejscem narodzenia Chrystusa mamy wiele niejasności.

Według Ewangelii Zbawiciel przyszedł na świat w Betlejem i właśnie w murach miasta pasterze zgodnie z wezwaniem Anioła mieli szukać „niemowlęcia owiniętego w pieluszki i leżącego w żłobie”  (Ewangelia Św. Łukasza). Rozszerzająca się wersja o narodzinach Jezusa w ubogiej stajence poza murami miasta nie jest zgodna z logiką i znajomością realiów historycznych, tak samo, jak to że był to drewniany żłobek, jaki zwykle oglądamy na obrazkach lub widzimy w szopkach?  Jak można sądzić z historii takim żłobem było najpewniej wykute w ścianie jaskini miejsce przeznaczone do rzucania bydłu karmy. Najczęściej zaś jaskinia stanowiła wówczas w wielu domach mieszkalnych ich część, bo były to domy parterowe, w których na noc znajdowały też schronienie zwierzęta domowe.
Józef i Maryja przybyli tu z Nazaretu w związku ze spisem ludności. Józef najprawdopodobniej wywodził się z Betlejem więc podlegał spisowi w tym mieście. Trudno wyjaśnić, dlaczego zdecydowano się na pieszą wędrówkę z Nazaretu do Betlejem akurat w tym momencie, kiedy Maryja spodziewała się dziecka. Obydwoje przybyli tu wraz z dobytkiem, najprawdopodobniej z objuczonym osłem i zamiarem pozostania tu na dłużej. Józef pukał do drzwi, prosząc o gościnę, ale nie znalazł miejsca w gospodzie. Powodem mogło być to, że miasteczko było przepełnione ludźmi, którzy przybyli tu dla spisu, a Maryja nie chciała nocować w izbie wypełnionej nieznajomymi, bo spodziewała się rozwiązania. Trudno przypuszczać, że przed Józefem i Maryją zatrzaśnięto drzwi, bowiem gościnność na Wschodzie była rzeczą świętą, a Jozef mógł mieć w Betlejem członków rodziny. Warto wiedzieć, że słowo „gospoda” nie oznacza w tym przypadku zajazdu lub domu noclegowego. Tak nazwano wówczas miejsce otoczone murem, w części zadaszone, gdzie pod dachem nocowali ludzie, a zwierzęta stały obok pod gołym niebem. A jeśli zabrakło miejsca  w gospodzie, domownicy lub przybysze nocowali razem ze zwierzętami. Jest rzeczą zrozumiałą, że miejsce wypełnione gośćmi nie było do przyjęcia dla Maryi w jej stanie brzemiennym. Potrzebowała cichego kącika, gdzie mogłaby urodzić. Józef i Maryja szukali takiego miejsca odosobnionego i w końcu je znaleźli. Niestety, niezbyt komfortowe. Nie ma tu jednak mowy o tym, iż nie otwarto im drzwi lub też wyrzucono z gospody., bo byli zbyt biedni.
Gdzie więc Maryja urodziła Boże Dziecię: w domu, jaskini, szopie, oborze ? Ewangelista Łukasz podaje, iż „porodziła swego pierworodnego Syna, owinęła Go w pieluszki i położyła w żłobie, gdyż nie było dla nich miejsca w gospodzie”. Można sądzić, że po prostu Maryja znalazła ciche miejsce w części domu, w którym na noc przymykano zwierzęta, a gdy powiła dzieciątko,  położyła je tam, gdzie był żłób wykuty w skale.
Jednak Chrystus urodził się w samym Betlejem, a nie poza miastem, w jakiejś jaskini na polu pasterskim.
Pierwszą wizytę ubogiemu Dzieciątku w Betlejem złożyli równie biedni pasterze, którym anioł  obwieścił tejże nocy narodzenie się Mesjasza.
Nie będę rozwijał tej kwestii, skąd się wziął anioł i dlaczego pasterze, a w dalszej kolejności Trzej Mędrcy byli tymi, którzy jako pierwsi oddali cześć Nowonarodzonemu, bo są to sprawy mieszczące się w sferze bardziej metafizycznej niż historycznej, realnej. W ogóle Boże Narodzenie obrosło legendą, tak że dziś trudno oddzielić prawdę od fikcji. Wiadomo, że Ewangeliści pisali o tym fakcie bardzo powściągliwie, pozostawiając wiele znaków zapytania.
Czy Rodzina Święta pozostała przez dłuższy czas w tym prymitywnym miejscu, gdzie Dzieciątko przyszło na świat ?  Na pewno nie. Józef na drugi dzień zrobił wszystko, by przenieść je do zadaszonej części gospody. W każdym razie, gdy przybyli Mędrcy, zastali Rodzinę Świętą w „domu”, a nie w jakiejś walącej się szopie czy jaskini.
Skąd więc się wzięła stajenka betlejemska ? Możemy to sobie łatwo wyjaśnić, bo jest klasycznym przykładem jak rodzą się różnego rodzaju mity. To po prostu  wytwór ludzkiej wyobraźni Nie odnoszę się do tego krytycznie, wręcz odwrotnie  -  pozytywnie, gdyż służy to dobremu celowi. Czyni misterium narodzin Jezusa Chrystusa bliższym naszej wyobraźni.
Stajenka betlejemska jest bardziej swojska, niż grota wykuta w skale, zaś szopka zadomowiła się mocno w naszej tradycji świątecznej. Nie ma powodów by to dezawuować.
O historii szopki betlejemskiej pisałem obszerniej w ubiegłym roku przed świętami w moim blogu. Zainteresowanych odsyłam do tej opowieści. Myślę, że warto w okresie świątecznym pogłębiać naszą wiedzę o istocie i nieprzemijających wartościach tradycji Bożego Narodzenia.


P.S. Na temat Świąt Bożego Narodzenia możemy przeczytać szczegółowe rozważania w „Księdze Bożonarodzeniowej” wydanej przez Kolonię Limited, Wrocław 1993.

niedziela, 9 grudnia 2012

O Betlejem - bardzo sławnym mieście.


Boże Narodzenie za pasem.Warto tej tak dla nas ważnej tradycji poświęcić chwile czasu. Dziś parę słów o tajemniczym miasteczku  -  Betlejem.

Co roku  w Wigilię Bożego Narodzenia odbywają się w Betlejem uroczystości związane z urodzinami Jezusa Chrystusa. Najpierw w przylegającym do Bazyliki Narodzenia kościele św. Katarzyny odprawiane są  Bożonarodzeniowe nieszpory, o północy zaś Pasterka. Bicie dzwonów transmitowane przez stacje radiowe obwieszcza całemu światu radosną nowinę: tu właśnie urodził się Zbawiciel, tego świata Odkupiciel!
Na wiele godzin przed północą świątynia wypełnia się wiernymi, którzy przybywają tu z różnych stron świata. O godzinie 23.00 patriarcha łaciński odczytuje proroctwo o przyjściu na świat Mesjasza w kilku językach, w tym również polskim. Pieśnią „Chwała na wysokości Bogu” rozpoczyna się Pasterka. Po jej zakończeniu patriarcha schodzi do Groty z figurką Dzieciątka i składa ją na srebrnej gwieździe  - w miejscu narodzenia Jezusa. Diakon czyta ewangelię według św. Łukasza i zatrzymuje się na słowach: „owinęła Go w pieluszki i położyła w żłobie”. Przez całą pozostałą noc i w pierwszy dzień świąt odprawiane są w grocie msze św.
Obok Groty Narodzenia, znajdują się inne groty: św. Józefa, w której ukazał się św. Jozefowi anioł nakazując mu ucieczkę do Egiptu, a także grota poświęcona pomordowanym przez siepaczy Heroda niewinnym Dzieciątkom Betlejemskim, a dalej grota św. Hieronima, który spędził w niej ostatnie lata swego życia i został pochowany.

Co więc wiemy o słynnym Betlejem – mieście ? O jakiej grocie jest tu mowa, skoro powszechnie wiadomo, że Jezus narodził się w stajence betlejemskiej poza miastem, a pierwszymi którzy oddali mu cześć byli pasterze pilnujący nieopodal swoje stada ?

Betlejem, zwane judzkim, położone jest w odległości ok. 8 km. od Jerozolimy na wysokość 770 m. npm. w sąsiedztwie Pustyni Judzkiej. Jest to stara, prehistoryczna miejscowość, której nazwę możemy tłumaczyć z hebrajskiego – Dom Chleba, nawiązując w ten sposób do tamtejszych upraw pszenicy i jęczmienia. W historii Izraela Betlejem zajmuje miejsce honorowe i w Biblii wzmiankowane jest parę razy. Tu urodził się Dawid, a na okolicznych pastwiskach wypasał trzody swego ojca Jessego. W tym mieście prorok Samuel namaścił Dawida na króla. Z biegiem lat miasto ufortyfikowane stało się twierdzą. Betlejem zawsze jednak pozostawało w cieniu pobliskiej stolicy państwa -  Jerozolimy, aczkolwiek ma chlubny przydomek „miasta Dawidowego”.

Największą sławę przyniósł Betlejem fakt narodzenia się w nim Mesjasza, Jezusa Chrystusa.  Wówczas to było małe miasteczko liczące ok. 2 tys. mieszkańców zajmujących się głównie uprawą roli, pasterstwem i rzemiosłem.
Betlejem nabiera blasku z chwilą, gdy opisy ewangelistów o narodzeniu Jezusa zyskują rozgłos, czyli poczynając od końca I w. n.e. Szczególną czcią zaczęto otaczać jaskinię, gdzie według miejscowej tradycji narodził się Mesjasz.
Decydującym był moment przyjazdu do Palestyny w 324 roku św. Heleny, matki cesarza Konstantyna Wielkiego. Za jej sprawą wybudowano w Betlejem nad Grotą Betlejemską piecionawową bazylikę, a sanktuarium to zaczęło przyciągać rzesze pielgrzymów z różnych stron świata. W 384 roku zamieszkał w sąsiedztwie Groty Narodzenia doktor Kościoła, św. Hieronim, zajmujący się przekładem Pisma Św. na ludową, łacińską wersję – Wulgatę.

Świątynia przechodziła różne koleje losu. Podczas niszczycielskiego najazdu Persów w 624 roku ocalała tylko dlatego, że na jej frontonie widniała mozaika przedstawiająca pokłon Trzech Mędrców, ubranych w stroje perskie. Wkrótce potem Palestyną zawładnęli muzułmanie. Świątynia została anektowana i zamknięta na trzy spusty. Po raz pierwszy od trzech wieków nie można było obchodzić w bazylice uroczystości Narodzenia Pańskiego. Kolejny władca Palestyny, kalif Omar, południową apsydę zwróconą w kierunku Mekki zarezerwował dla mahometan, a pozostała część bazyliki otworzył znów dla chrześcijan.
Pod koniec XI wieku władzę w Palestynie przejęli Turcy Seldżuccy, ekstremiści islamscy Wprawdzie w 1099 roku Betlejem udało się oswobodzić przez Krzyżowców, ale nie trwało to  długo. Palestyna przeszła ponownie w ręce Mahometan. Betlejem znacznie podupadło. W 1516 roku, gdy przeszło w ręce Turków Osmańskich, liczyło zaledwie 100 mieszkańców. Bazylika została opuszczona i zrujnowana. Była ogniem zapalnym ustawicznych konfliktów pomiędzy katolikami, a zwolennikami obrządku wschodniego. W miarę upływu lat Betlejem z trudem odzyskiwało swą  dawniejszą świetność. Bazylikę udało się z trudem restaurować.
Opieką nad Sanktuarium Narodzenia Pańskiego dzielą się obecnie trzy wyznania: rzymskokatolickie, prawosławne greckie i ormiańskie. Świątynia jest dokładnie wymierzona i podzielona pomiędzy spadkobierców. Katolicy opiekują się schodami do Groty Narodzenia oraz miejscem gdzie według tradycji znajdował się żłób, natomiast sama grota należy do prawosławnych Greków. Ustalony jest też kompromisowy kalendarz uroczystości w Bazylice dla poszczególnych grup wyznaniowych. Ta trójpodzielność Sanktuarium ma jedną zaletę – dzięki temu gromadzi ono znacznie szersze spektrum pielgrzymów niż można było się tego spodziewać wcześniej.

No dobrze, ale skąd się wzięła stajenka betlejemska, tak popularna u nas w wielu krajach chrześcijańskiej Europy ? O tym właśnie  w kolejnym poście  -  zapraszam.

sobota, 8 grudnia 2012

W ramionach sosny rosochatej




taka przyroda jest inspiracją dla twórczości malarskiej D. Polakowskiej

Miłą niespodziankę sprawiło nam Głuszyckie Centrum Kultury i Miejska Biblioteka Publiczna, a ponieważ zbiegło się to z  imprezą Mikołajkową dla dzieci wieczór 6 grudnia  „Pod Słońcem” był gwarny i wesoły.
Dzieci bawiły się na sali widowiskowej, zaś dla dorosłych w ramach „Spotkań ze Sztuką” urządzono  w małej galeryjce wystawę malarską Danuty Polakowskiej z Wałbrzycha. Akurat tego popołudnia popruszyło śniegiem i zrobiło się ślisko na chodnikach, co nie sprzyjało frekwencji, ale ponieważ w tym samym czasie w CK gościła też starszyzna z miejscowego Klubu Seniora w galeryjce zrobiło się tłoczno i sympatycznie. Podejrzewam, że nie wielu z obecnych osób mogło się spodziewać wcześniej takiej bliskiej sercu wystawy. A dlaczego bliskiej? Otóż z dwóch powodów:

Pierwszy to ten, że malarka jest naszą krajanką i wywodzi się z pobliskiej Sierpnicy. Tu spędziła dzieciństwo i młodość, by dopiero jako dojrzała  osoba przenieść się do Wałbrzycha.

Drugi powód ma jeszcze większe znaczenie, a mieści się w artystycznych osiągnięciach Danuty Polakowskiej.  Otóż nie tylko, że maluje pięknie, ale jej obrazy uderzają bogactwem pejzaży wziętych z bacznej obserwacji przyrody i krajobrazów  naszej okolicy.
Oczom naszym ukazały się drewniane chatynki wiejskie, biedne, osamotnione, ale w otoczeniu bujnej  górskiej przyrody, tworzące z nią nieskazitelną harmonię. W niektórych obrazach można się było doszukiwać zabudowań gospodarczych jeszcze istniejących w Sierpnicy, Zimnej Wodzie, ale są to „fotografie” ożywione osobistym duchem artystki, jej szczególną wrażliwością na piękno krajobrazów. Mamy w jej obrazach scenki rodzajowe związane z życiem wsi, mamy szerokie pejzaże pól, łąk lasów, stare wiatraki, kępy drzew i krzewów w poświacie zachodzącego słońca. Jej ekspozycja nosi tytuł „Przemijające piękno”. Rzeczywiście smutno się robiło na duszy, że ta dawna urokliwa wieś  ze studniami na korbę, zwierzętami domowymi, polnymi dróżkami i ścieżkami, że naturalna prostota życia wiejskiego, przechodzi w zapomnienie, staje się przeszłością.


Głuszycki wernisaż Danuty Polakowskiej nie jest przypadkiem. Malarka ma za sobą ponad 50 plenerów różnej rangi, zarówno ogólnopolskich, jak i międzynarodowych. Poza granicami gościła w Czechach, Francji, Rosji i Stanach Zjednoczonych, ale była też w dalekiej, południowoamerykańskiej Boliwii Zanim trafiła do nas na Dolnym Śląsku pokazała swe obrazy w Wałbrzychu, Kłodzku, Nowej Rudzie, Jedlinie-Zdroju. A ma się czym pochwalić, bo jej dorobek obejmuje ponad 300 obrazów. To co zobaczyliśmy w CK, to zaledwie garstka jej osiągnięć.

No i wreszcie wrócila „pod strzechę” do swych rodzinnych pieleszy. Wprawdzie Sierpnica nie jest już tą samą  wsią, którą opuszczała udając się do Krakowa, by znaleźć się pod opiekuńczymi skrzydłami profesora Wiktora Zina w Studium Wiedzy o Sztuce, nie maluje też jak jej promotor „piórkiem i węglem”, bo przedkłada technikę olejną i akwarele, ale aż tak wiele się nie zmieniło. Mamy więc nadzieję, że za jakiś czas pani Danuta znów nas odwiedzi i pokrzepi nowymi obrazkami, bo człowiek rośnie na duszy, gdy dostrzega, że ten maleńki świat, w którym żyje może być kanwą twórczą dla artystów malarzy lub też ludzi pióra i każdej innej dziedziny sztuki.
Bardzo ciepło się zrobiło nam na duszy, gdy pani Danuta z rozrzewnieniem wspominała swe lata młode spędzone w „kraju lat dziecięcych”, świadczy o tym jej pełna ciepła i nostalgii twórczość. Powinniśmy się szczycić tym, że mamy takich domorosłych artystów.

P.S. Kilka obrazów D. Polakowskiej do obejrzenia na stronie internetowej CK MBP w Głuszycy.
Wystawa jest do obejrzenia do końca grudnia w godzinach pracy CK.

piątek, 7 grudnia 2012

Maria Magdalena - trójduch w jednym ciele?


"Obrazoburcy wciąż w akcji"


Przeszłość poznana z Ewangelii jest i pozostanie już chyba na zawsze przedmiotem niekończących się analiz i dociekań, a także towarzyszącym im rewelacji. Jest wiele przyczyn takiego stanu rzeczy. Ewangelie stanowiące część Nowego Testamentu były pisane w latach 51-96 n.e. przez czterech uczniów Jezusa, uznanych za Świętych Apostołów ( Mateusza, Marka, Łukasza i Jana), ale przez każdego z nich oddzielnie. Teksty były pisane językiem pełnym uogólnień i metafor. Relacje nie są zbyt szczegółowe i mają charakter subiektywny. Później okazało się, że nie są jedynymi opisami życia  i nauk Jezusa Chrystusa, bo pojawiły się inne, np. w połowie XX w. ewangelie Filipa i  Tomasza. Rzeczą najbardziej bulwersującą jest odkryty w połowie XIX wieku papirus z ewangelią Marii Magdaleny.

To nie do wiary, Maria Magdalena powszechnie znana jako jawnogrzesznica, oblubienica Jezusa, której demonstracyjnie przebaczył winy, a którą kościół rzymskokatolicki w 1996 roku wpisał do oficijlanego kalendarza świętych, ona jest także autobiografem i co ciekawsze jej nieprzeciętną rolę w życiu Jezusa Chrystusa i Apostołów potwierdzają w swych apokryfach Filip i Tomasz. Magdalena  towarzyszy Jezusowi w jego misji odnowicielskiej dla Kościoła Żydowskiego, bierze udział w dyskusjach z Apostołami i poucza ich, a nawet wywołuje zazdrość Piotra, który z pretensją pyta Jezusa, dlaczego kocha ją bardziej niż innych uczniów. Słowa Jezusa nie pozostawiają żadnej wątpliwości. Nazywa Marię Magdalenę „doskonałością nad doskonałościami”, mówi: „Odwagi Mario. Jesteś błogosławiona miedzy wszystkimi niewiastami, które żyją na ziemi. Przemawiaj w imię wolności ty, której serce zwraca się prosto do królestwa niebieskiego, bardziej niż serca wszystkich twoich braci”.

Okazuje się, że ze wszystkich funkcjonujących i opublikowanych dociekań religioznawców można wnieść, iż ukształtowały się w powszechnym odbiorze co najmniej trzy wersje Marii Magdaleny. Każda z nich ma cechy wspólne i różniące je od siebie, i każda jest odbiciem pragnień i tęsknot epoki, w której malowano jej nowy obraz

Pierwsza z nich, to Maria z Magdali, a więc nie Magdalena. Magdalia to nazwa miejsca pochodzenia Marii, która przyłączyła się do grupy podążającej za Jezusem, by stać się jego najwierniejszą służebnicą. Maria z Magdali jest tą, z której Chrystus wypędził siedem duchów, przy czym niektórzy badacze Pisma Św. sądzą, że tu chodziło o epilepsję. Ta Maria odgrywa kluczową rolę w życiu Jezusa. To ona nie opuściła Go podczas męki, gdy inni przestraszeni mężczyźni uciekli. I to ona właśnie jest tą Marią Magdaleną, której Jezus po swym zmartwychwstaniu wczesnym rankiem ukazał się najpierw. U Jana ta scena opisana jest niezwykle poetycko. Przy pustym grobie Maria dostrzega jakąś postać i dopiero po Jej słowach rozpoznaje mistrza. Chce go objąć, ale padają słowa: „No li me tangere” – „Nie zatrzymuj mnie (nie dotykaj, to inne tłumaczenie tego słowa), jeszcze bowiem nie wstąpiłem do domu Ojca!”. Jezus posyła ją do uczniów, aby przekazała im wiadomość o Jego zmartwychwstaniu.
„Największa tajemnica naszej wiary, fundament i centrum Kościoła i jego przepowiednia, zostaje powierzona kobiecie” – pisze teolożka Elżbieta Adamiak  w książce „Milcząca nieobecność”.
To właśnie przez ten fakt, że Maria Magdalena była pierwszą powołaną do głoszenia ewangelii, zyskała tytuł „apostołki apostołów”. W kościele wschodnim taką pozostała . Do dziś czczona jest jako symbol wierności i miłości, której nic nie pokona.

Druga z nich, to Maria z Betanii, siostra Marty i Łazarza, w których domu Jezus często gości. Marta się krząta, a Maria siedzi u stóp Jezusa zasłuchana w jego słowa. Któregoś dnia na krótko przed ukrzyżowaniem, Maria rozbiła flakon z cennym olejkiem, by namaścić stopy Jezusa ( w niektórych wersjach – głowę i wytrzeć ją własnymi włosami). U Łukasza kobietą tą jest  skruszona jawnogrzesznica.

Trzecia z nich to Maria Egipcjanka, nierządnica z Aleksandrii, która po nawróceniu przeżyła 30 lat na pustyni, umacniając wizerunek nawróconej kurtyzany.

Papież Grzegorz Wielki utożsamił te trzy postacie. I tak właśnie narodziła się Maria Magdalena, jako jedna i ta sama oblubienica Jezusa. Dopiero w 1969 roku Kościół rzymskokatolicki wpisując Marię z Magdali w poczet świętych uznał , że są to trzy różne osoby.

Maria Magdalena, jaka by ona nie była, należy do postaci wyróżniających się wśród osób bezpośrednio towarzyszących Jezusowi Chrystusowi w jego drodze życiowej. Wprawdzie nie ma jej na obrazie „Ostatniej Wieczerzy” Leonarda da Vinci, co potwierdza bezwzględną dominację mężczyzn nie tylko zresztą w kościele katolickim, ale stała się postacią szczególnie ulubioną w dziełach wielu artystów malarzy i rzeźbiarzy. Jej wizerunki na obrazach Tycjana, Botticelliego, Fra Angelico przyciągają urodą i zmysłowością. Georges de la Tour namalował „Św. Marię Magdalenę medytującą”, nieziemsko piękną, refleksyjną i jak chcą niektórzy oczekującą narodzin dziecka. Znajdują się tacy, którzy z apokryfów Filipa i Tomasza, a także innych źródeł, podejrzewają Jezusa o trwały związek z Marią Magdaleną. Pisze się i robi filmy, których przykładem jest „Kod Leonarda da Vinci”, że  żona Chrystusa i matka jego córki, to najbardziej strzeżona tajemnica Kościoła”. Oczywiście Kościół oficjalnie uznaje te poczynania za obrazoburcze i antyreligijne. O Marii Magdalenie napisano kilka książek. Jako postać niedostatecznie udokumentowana w materiałach źródłowych pozostaje wciąż zagadką .


P.S. W poście korzystałem z obszernego artykułu Joanny Podgórskiej „Inna Maria” w „Polityce” nr 15 z 15. O4. 2006.



środa, 5 grudnia 2012

Grająca pocztówka od Św. Mikolaja






Był taki czas w PRL-u, kiedy modnymi na rynku wewnętrznym stały się grające pocztówki. Kupowało się taką usztywnioną kartkę z kolorowym obrazkiem i spiralnymi rowkami do odtworzenia muzyki na gramofonie. W ten sposób gromadziło się w domu najmodniejsze przeboje krajowe i zagraniczne, a w okresie świąt kolędy i pastorałki. Można je było wysłać bliskim osobom z życzeniami świątecznymi lub imieninowymi.
Piszę o tym, bo to już historia. Dzisiaj we współczesnym świecie elektroniki trudno uwierzyć, że coś takiego mogło funkcjonować w życiu powszednim. Tak samo trudno nam sobie wyobrazić kruszenie ziarna na mąkę na kamiennych ręcznych żarnach w czasach średniowiecza.
Z tych zamierzchłych czasów (myślę tu o latach 60-ych PRL-u) pochodzi mój wiersz, który „wypisz wymaluj” pasuje do nadchodzących impresji Mikołajowego święta. Jeśli po otrzymaniu od Mikołajki grającej pocztówki złożyło się na jej ręce taki wiersz, można było liczyć na coś więcej, niż wspólne posłuchanie plyty. A oto corpus delicti tego historycznego zdarzenia:

Święty Mikołaju,
niebo błękitne,
błyszczące obłoki
kolorowego miasta orientu
przyniosłeś mi w darze,
pnące się w górę mury
helleńskiej architektury,
labirynty ulic i placów ,
pozłacany seledyn morskiej zatoki.

Ty Święty Mikołaju,  
gdzieś z ułudnej rajskiej przestrzeni,
wiesz że ja kocham
strzeliste minarety
i baszty,
dachy płaskie,
trójkąty i trapezy,
wiesz że ja kocham
wieże .

I muzyczną sonatinę
mi darujesz
Ty Św. Mikołaju
z siwą brodą
i laską,
dźwięki wirujące
jak karuzela, jak miasto…

I cóż ja mogę
o mój Ty,
cóż ja mogę?

Kiedy
słońce się stoczy po kole
przyjść Ci do siebie pozwolę,
ugłaszczę
Twe gładkie policzki,
musnę ustami powieki,
rozjaśnię oczu blaski
i niczym nie zdziwiony,
że nie masz brody i laski
będę dla Ciebie
niebotycznym
ziemskim Aniołem.

Myślę, że nawet dzisiaj w wirtualnej rzeczywistości elektronicznej, słowo pisane może przynieść pożądane skutki. Trzeba z niego chcieć skorzystać.

niedziela, 2 grudnia 2012

Kochajmy Świętego Mokołaja !





 Przed nami świąteczny grudzień, lada dzień Św. Mikołaj, a potem gwiazdka na choince, a pod choinką w wieczór Wigilijny znów wiele radości. Jak to się stało, ze mamy takie wdzięczne tradycje obdarowywania sie prezentami?

Tradycja Św. Mikołaja jest bardzo stara. Aleksander Brückner w Encyklopedii Staropolskiej określił ją jako zwyczaj późny, miejski, niemiecki. W rzeczywistości jednak zwyczaj obdarowywania się prezentami jest znacznie starszy, archaiczny. Choć jego bezpośrednich korzeni najczęściej doszukujemy się w rzymskich Saturnaliach, to w przypadku Słowian postać świętego Mikołaja wyraźnie wywodzona jest z kultu Welesa, bóstwa związanego z ziemią, zaświatami i magią, a u Germanów analogicznie z Odyna.
 
To są jednak głębokie korzenie, które mogły mieć wpływ w średniowieczu na dostosowanie starosłowiańskiej i starogermańskiej tradycji do religijnego nurtu płynącego z południa Europy. Skąd więc wywodzi się  bliższe nam źródło tradycji Św. Mikołaja?

Otóż działo się to w Mirze Licyjskiej, prężnym miasteczku w Azji Mniejszej w połowie IV wieku naszej ery. To właśnie tam pochowano wtedy zmarłego biskupa, a jego ciało poczęło wydzielać leczniczą mirrę, stało się więc miejscem odwiedzin pątników z różnych stron świata, a zarazem miejscem kultu  biskupa Mikołaja, nazwanego Cudotwórcą.

Jedna z legend głosi, że pewien człowiek, który popadł w nędzę, postanowił sprzedać swoje trzy córki do domu publicznego. Gdy biskup dowiedział się o tym, nocą wrzucił przez komin trzy sakiewki z pieniędzmi. Wpadły one do pończoch i trzewiczków, które owe córki umieściły przy kominku dla wysuszenia. Jakież było zdziwienie i radość w całej rodzinie, gdy okazało się, że córki stały się na tyle posażne, by bez trudu znaleźć męża i zapewnić sobie przyszłość.
Od tej pory w krajach, gdzie w powszechnym użyciu były kominki, powstał zwyczaj wystawiania przy nich bucików lub skarpet na prezenty.
Okazuje się, że nie jest to jedyna legenda o biskupie Mikołaju, którego obydwa Kościoły, i rzymskokatolicki i prawosławny uznały Świętym. Zasłynął jako cudotwórca, ratując żeglarzy i miasto od głodu. Odwagą i sprawiedliwością wykazał się ratując od śmierci niesłusznie skazanych urzędników cesarskich. Przypisuje mu się jeszcze inne godne podziwu i uznania uczynki, m.in., że cały majątek rozdał biednym. W ten sposób Św. Mikołaj został pierwowzorem postaci rozdającej prezenty dzieciom. Przedstawiany jest jako starzec z okazałą brodą, często w infule i z pastorałem, no i z workiem prezentów, ale także pękiem rózg w ręce. Co roku 6 grudnia (w rocznicę śmierci świętego) grzecznym dzieciom przynosi prezenty (zwykle słodycze), a niegrzecznym (na ostrzeżenie) rózgę.
W 1087 roku relikwie Świętego przeniesiono z Turcji do włoskiego miasta Bari, gdzie znajdują się do dnia dzisiejszego w specjalnie zbudowanym ku jego czci soborze. Pomimo niewielu wiadomości na temat życia świętego, jego postać jest jedną z najbardziej barwnych w hagiografii sakralnej.
W średniowiecznym Amsterdamie Św. Mikołaj przypływał żaglowcem z dalekich ciepłych mórz, a wór z prezentami niósł ciemnoskóry sługa zwany Zwarte Piet. Człowiek z ciepłych krajów nie bardzo pasował do zaśnieżonego zimowego pejzażu. Toteż gdy w roku 1822 Clemens Clarke Moore napisał poemat, w którym św. Mikołaj przybywa saniami zaprzężonymi w renifery z bieguna północnego, wkrótce przyjęło się to w krajach północnych..
Obecnie coraz popularniejsza forma tej postaci wywodzi się z kultury brytyjskiej i amerykańskiej, gdzie jest jedną z atrakcji bożonarodzeniowych. Nadal jednak w większej części Europy, w tym w Polsce, dzień Świętego Mikołaja obchodzony jest tradycyjnie 6 grudnia jako wspomnienie świętego Mikołaja, biskupa Miry.
Na skutek przenikania do europejskiej tradycji elementów kultury anglosaskiej (w szczególności amerykańskiej) także w Europie święty Mikołaj utożsamiany jest z Bożym Narodzeniem i świątecznymi prezentami pod choinkę. Dzięki niezwykle sprawnej promocji marketingowej praktycznie zastąpił on w powszechnej świadomości tradycyjny wizerunek świętego Mikołaja biskupa. Teraz jego miejscem adresowym jest skandynawskie miasteczko Drobak na południu Norwegii. W okresie świąt Bożego Narodzenia rozwozi dzieciom prezenty saniami ciągniętymi przez zaprzęg reniferów, a zamieszkuje wraz z grupą elfów Laponię lub biegun północny.
W Rosji św. Mikołaj był również otoczony kultem jako patron uciśnionych i skrzywdzonych, ale przejętą z zachodu postać rozdającą dzieciom prezenty nazwano Dziadkiem Mrozem, ze względu na podobieństwo do bajkowej postaci nazywanej Moroz Krasnyj Nos. Zgodnie z tradycją, rozdaje on prezenty w święta wraz ze Śnieżynką .
W tradycji bizantyjskiej jego odpowiednikiem jest Święty Bazyli, który obdarowuje prezentami dzieci w dniu 1 stycznia.
U nas w Polsce mamy również lokalne odmienności wynikające z tradycji regionalnych. W Wielkopolsce, na Kujawach, na Kaszubach i na Pomorzu Zachodnim prezenty na Boże Narodzenie tradycyjnie przynosi Gwiazdor, w Małopolsce  -  Aniołek, na Górnym Śląsku – Dzieciątko utożsamiane z postacią Jezusa Chrystusa, Św. Mikołaj jest zaś wszędzie związany z dniem – 6 grudnia.


A jak to jest w naszym regionie wałbrzyskim. Myślę, że ze względu na wyraźne pomieszanie kultur i tradycji powojennych mieszkańców miasta Wałbrzycha i okolic  ukształtował się uniwersalny i najbardziej przyjazny dla dzieci i dorosłych zwyczaj obdarowywania się prezentami i 6 grudnia na Św. Mikołaja, i w wieczór wigilijny pod choinkę. W ten oto sposób Św. Mikołaj gości u nas co najmniej dwa, a bywa, że trzy razy w grudniu, bo zdarza się to także w Noc Sylwestrową. Dzieciaki kochają Św. Mikołaja, bo przynosi im w nocy coś pod poduszkę, a w przedszkolu pojawia się sam osobiście w czerwonej szacie, z długą brodą, z workiem prezentów i wszystko jest wspaniale, byle nie miał na nogach butów pana woźnego. W ogóle akceptujemy w całej rozciągłości tradycję Św. Mikołaja skoro dotyczy ona coraz powszechniej nie tylko dzieci, ale i dorosłych. Taki Św. Mikołaj wszystkim nam bardzo odpowiada. Godzimy się z tym, że przyjeżdża saniami spod koła podbiegunowego, ale nie mamy nic przeciwko temu, jeśli dotarł do nas wprost z francuskiego marketu Auchan, brytyjskiego Tesco, niemieckiego Lidla, bądź też portugalskiej „Biedronki”. Mnie osobiście Św. Mikołaj kojarzy się z zapachem dezodorantu, wody kwiatowej i kremu do golenia, ale dzięki temu nie muszę mitrężyć czasu na penetrację sklepów kosmetycznych. Św. Mikołaj jest dobry dla wszystkich ! Kochajmy Św. Mikołaja !

sobota, 1 grudnia 2012

Kłaniam się czapką do ziemi...





Pojawił się jak meteor na firmamencie głuszyckiej kultury, spadł nam po prostu z szafirowego nieba jak gwiazda kosmiczna. Trudno się dziwić, że podobnie jak do zielonych ludków, my tubylcy podchodziliśmy do tego zjawiska z odpowiednią rezerwą. Nie potrzeba było zbyt długo czekać, by się przekonać, że nasz nowy „osiedleniec” w Głuszycy, to wyjątkowa osobowość, rzadki przypadek artysty - humanisty, który miast błyszczeć w wielkim świecie chociażby Wrocławia, aspirującego do centrum europejskiej kultury, szczęśliwym zdarzeniem losu trafił do prowincjonalnego miasteczka pod Wałbrzychem. Ten epitet „szczęśliwym” odnosi się do naszego grodu nad Bystrzycą i do tego, co nazywamy jego działalnością kulturalną.
Naszego „kosmitę” poznałem rok temu w CK na „jesiennych spotkanych z poezją”. Zaszokował mnie niezwykłą broszurą swojego autorstwa „Trójwymiar umysłu”. Na odwrocie karty tytułowej przeczytałem: pytając o przestrzeń dotykamy obszaru świadomości egzystencjalnej, budującej osobniczy kosmogeniczny model świata. Łatwo stwierdzić, że nasze wewnętrzne wyobrażenie świata nigdy nie będzie pokrywać się ze światem prawdziwym.
Pomyślałem sobie, że moje wewnętrzne wyobrażenie o przestrzeni, w której się znajduję jest złudne, nieprawdziwe. Próbowałem znaleźć odpowiedź na nurtujące mnie wątpliwości w tekście broszury, ale bardzo szybko się przekonałem, ze przekracza to moje możliwości percepcji. Autor broszury umieścił mnie w przestrzeni trójwymiarowej i godząc się z ograniczonymi możliwościami mojego n-wymiarowego mózgu starał się przekonać do tego, że wszechświat jest plaski. Dopiero gdy zajrzałem do notki biograficznej autora okazało się, co jest grane. Jej autor, to zjawisko tak samo nieziemskie, jak to o czym pisze w swej broszurze. W każdym razie to, że znalazł się w Głuszycy, znamionuje spektrum astralne.

Żeby rozwiać jakiekolwiek wątpliwości przytaczam tylko fragmenty notatki biograficznej:

Urodzony w 1971 roku w Nowej Rudzie  -  poeta, animator kultury, eseista, autor publikacji z zakresu pedagogiki, tłumacz, malarz, fotografik, konceptualista, eksperymentujący artysta perdygardowy nawiązujący do idei Fluxusu
Poeta haiku. Jego utwory przełożono na kolka języków świata. Jako jeden z dwóch Polaków znalazł się wśród autorów pierwszej światowej Antologii Haiku (Kanada 1998). Obecny w wielu antologiach poezji w kraju.
Tłumacz  poetów czeskich i niemieckich. Wydał zbiór wierszy „Chlewy przywołują swoje świnie” (Szczecin 1999) i nie jest to książeczka z zakresu agronomii.
Pomijam bogatą informację o jego działalności kulturalnej w Nowej Rudzie i Radkowie, ogromne zasługi w rozwijaniu współpracy polsko- czeskiej. To wszystko zajęłoby zbyt dużo miejsca jak na potrzeby blogu.

Z bohaterem mojego postu zetknąłem się kolejny raz w okolicznościach dość „egzotycznych”.
Znany kolekcjoner zdjęć, pocztówek i pamiątek z czasów przedwojennych Głuszycy, Grzegorz Czepil, urządził wystawę swych zbiorów w jednym z pomieszczeń gospodarczych remontowanego przez siebie gospodarstwa agroturystycznego w Głuszycy Górnej. W gronie zaproszonych gości pojawił się właśnie wysoki Pan z dużym futerałem. Okazało się, że jest w nim saksofon, a jego właściciel, to uczeń rosyjskiego jazzmana Vladimira Charitonowa. Proszę sobie wyobrazić ten wieczór na łonie natury przy grillu, obok barwnej wystawy foto, urozmaicony muzyką klasyczną i jazzową solo, naszego jak się okazało  świeżo upieczonego instruktora CK w Głuszycy.
Nie mam już innego wyjścia. Najwyższa pora przedstawić bohatera mojego postu z imienia i nazwiska.
To Krzysztof Karwowski, z którym miałem okazję się później zaprzyjaźnić, uczestnicząc w imprezach kulturalnych naszego CK.
Ale to nie dlatego piszę o nim tę laudację. Bezpośrednim powodem stała się notatka na stronie internetowej wałbrzyszek.com informująca o tym, że podczas sesji Rady Powiatu Wałbrzyskiego jednym z laureatów nagrody Starosty Wałbrzyskiego za osiągnięcia w dziedzinie twórczości artystycznej, upowszechniania i ochrony kultury, został nie kto inny, tylko właśnie Krzysztof Karwowski.
Serdecznie gratuluję, Krzysztofie i nawiązując do fragmentu znanego wiersza  -  kłaniam się czapka do ziemi…