Blog to miejsce do podzielenia się na piśmie z innymi internautami moimi fascynacjami. Dotyczą one głównie regionu wałbrzyskiego, w którym przeżyłem już ponad pół wieku Będę o nim pisał, dzieląc się z Czytelnikami moimi refleksjami z przeczytanych książek i osobistych doświadczeń związanymi z poznawaniem jego historii i piękna krajobrazów.

wtorek, 14 lutego 2012


Prezent Walentynkowy


Życie jest pełne  niespodzianek. Zupełnie bezwiednie otwieram rano pocztę mailową, a tu coś zaskakującego. Pisze do mnie tajemnicza „Emporia”. Ma dla mnie z okazji święta Walentynkowy prezent. Co to za nadzwyczajny gadżet? W pierwszej chwili byłem pewien, że chodzi o pluszowe serduszko, jakich pełno we wszystkich marketach. Ale nie. To aktualny hit telefonii komórkowej -  Nowa emporiaELEGANCEplus, jeden z najładniejszych telefonów na rynku. Prosta i łatwa obsługa, dyskretny przycisk alarmowy, radio FM i Bluetooth spełniają potrzeby każdego, kto oczekuje łatwych i prostych połączeń z bliskimi. Bezpiecznie i w dobrym stylu. Dostępna w sklepach sieci T-Mobile.
I zaraz poczułem się lepiej. To rozumiem. Moja Walentynka jak to cudo zobaczy, pęknie z radości. A gdy dowie się, że w tym cacku jest radio FM i Bluetooth, a w dodatku spełnia ona wszystkie potrzeby, od razu zmięknie i pozwoli mi raz w miesiącu odwiedzić wesołą  „Oberżę PRL-u”. Od razu poczułem się lepiej. Nigdy by mi do głowy nie przyszło, że można z okazji tego amerykańskiego święta zakochanych sprawić żonie taką przyjemność.
Sprawa jest prosta jak drut. Wsiadam zaraz do samochodu i gnam do Plusa po nową emporię ELEGANCE.
Aby zaś wypełnić pustkę jaka nastąpi w domu w czasie mojej nieobecności rozkładam otwarty tomik poezji K.I. Gałczyńskiego, a w nim przecudowna „Rozmowa liryczna”:


„Powiedz mi, jak mnie kochasz
Powiem.
Więc?
Kocham cię w słońcu. I przy blasku świec.
Kocham cię w kapeluszu i w berecie.
W wielkim wietrze na szosie. I na koncercie.
W bzach, i w brzozach, i w malinach, i w klonach.
I gdy spisz. I gdy pracujesz skupiona.
I gdy jajko roztłukujesz ładnie –
Nawet wtedy, gdy ci łyżka spadnie.
W taksówce. I w samochodzie. Bez wyjątku.
I na końcu ulicy, i na początku.
I gdy włosy grzebieniem rozdzielisz.
W niebezpieczeństwie, i na karuzeli.
W morzu. W górach. W kaloszach i boso.
Dzisiaj. Wczoraj. I jutro. Dniem i nocą.
I wiosną, kiedy jaskółka przylata.
A latem jak mnie kochasz?
Jak treść lata.

A jesienią, gdy chmurki i humorki?
Nawet wtedy, gdy gubisz parasolki.
A gdy zima posrebrzy ramy okien?
Zimą kocham cię jak wesoły ogień.
Blisko przy twoim sercu. Koło niego.
A za oknem śnieg. Wrony na śniegu.

Nie zdążyłem wsiąść do samochodu. Moja dama przejrzała otwartą książkę i powiedziała: Zostań w domu, to mi wystarczy i moja stara komórka też.
Niestety, Walentynki w dojrzałym wieku są odporne na jakiekolwiek nowinki techniki, wystarczy im dobre słowo.

Fot. z domowego albumu.

niedziela, 12 lutego 2012


Siódme niebo


  Sobotnie popołudnie. W domu przejmująca cisza.  Domownicy wylegli za sprawunkami, wzięli ze sobą psa. Jestem sam w dużym pokoju, gdzie można pospacerować wokół stołu. W kominku buszują płomienie ognia, pryskają iskrami po szkle. Za oknem cudowna zima, taka o jakiej marzą poeci. Bieluśko od śniegu, mroźno, ale słonecznie. W kącie martwy ekran telewizora.
Unikam go jak ognia. Nie mogę słuchać wrzeszczących, sztucznie nadętych głosów z reklam.
Nie mogę patrzeć na gęby skaczących sobie do gardła tych samych, "zgranych" polityków. Co się stało z tym światem, w którym tak bardzo potrzeba spokoju, rozwagi, taktu i mądrości, bo przecież tam podejmowane są decyzje, od których zależy nasz los? Świat polityki, świat mediów TVN 24, świat pełnej zakłamania, upolitycznionej religii chrześcijańskiej widocznej z ekranu TV „Trwam” lub Radia „Maryja”? Mam dość. Lepiej o tym nie myśleć.
Na szczęście nie muszę. Mam wolną wolę. Mogę w każdej chwili sięgnąć na półkę z książkami. Tam jest świat, w którym można odetchnąć świeżym powietrzem, takim samym jak dzisiejsze rześkie muśnięcia mrozu  przy otwartym oknie.
Więc sięgam. Mam w ręku tomik wierszy K.I. Gałczyńskiego „Poezje”, a w nim „Siódme niebo. Z wierszy do Natalii”:


„Zima była, gdy wysiadłem z autobusu
i rzuciłem się w twoje ramiona,
i twych włosów, twych wieczornych włosów
ogarnęła mnie woń niezmożona.

Księżyc zniżył się, błysnął nad klamką,
potem odszedł i wplątał się w drzewo.
Pierścień nocy nad nami się zamknął
i otwarło się siódme niebo.


Choć godzina trochę późna,
jeszcze świecą twoje okna,
więc wołamy:  - Hola, wpuść nas,
wpuść nas pochmurnooka  -

nie będziemy spać na dachu,
otwórz drzwi i wprowadź w nocy
w twe mieszkanie pełne kwiatów,
instrumentów, świec płonących.

Przelecimy przez pokoje
wiatrem, walcem, tłumem szumnym,
ozłocimy loki twoje
dźwiękiem gitar siedmiostrunnym..”


Ty jesteś najpiękniejsze zwierzęta,
włosy twoje o świcie są modre,
tyś wysoko jak światła na okrętach,
do oddechu twojego się modlę.

Tobiem wszystkie zbudował instrumenty
wszystkie owoce zniósł, wszystkie kwiaty,
Ciebie ścigam przez wszystkie firmamenty,
wszystkie światy, wszystkie klimaty…”


Jest świat, w którym można odnaleźć to co w człowieku najcenniejsze, jest świat wolny od pruderii, fałszu obłudy, nienawiści, zła. Jest świat miłości nieskrępowanej, żarliwej, gorącej. I tak jak u mnie, pokrytego szronem czasu emeryta, jest świat dawnych, pełnych czaru wspomnień. Odnajduję w nich swoje, niestety już byłe, ale pełne nostalgii „siódme niebo”.

Fot. Viola Torbacka, Ania Błaszczyk

sobota, 11 lutego 2012


Miejsca niezwykłe  - Przełęcz Walimska



Czy można coś ciekawego napisać o przełęczy górskiej, przecież jest ich w górach „na pęczki”, co jedna to ładniejsza, wiele z nich znakomicie zagospodarowanych? Ale prawdą jest, że przełęcz przełęczy nierówna. Ta przełęcz, o której piszę ma szczególne przymioty. Przede wszystkim jest miejscem położonym przy drodze, skąd prowadzi  pieszy szlak górski na nieodległą Wielką Sowę. Ta droga to osobny temat, o którym za chwilę.. Sama zaś Przełęcz zwana Walimską zasługuje na uwagę ze względu na rolę, jaką pełni dzięki swemu położeniu w ruchu turystycznym, a także  walorom widokowym .
Przełęcz Walimska znajduje się na wysokim siodle, odchodzącym od północno-zachodniego zbocza Wielkiej Sowy (755 m. npm.) przy drodze z Walimia przez Rościszów, Pieszyce do Dzierżoniowa. Już w drugiej połowie XIX wieku Wielka Sowa zaczęła przyciągać turystów, a ścieżki górskie zaroiły się pieszymi spacerowiczami. Rozwój komunikacji omnibusowej i kolejowej spowodował napływ turystów z Wrocławia , Świdnicy i całego Dolnego Śląska. Z Przełęczy Walimskiej można było bez pośpiechu odbyć spacer na Wielką Sowę i z powrotem w ciągu jednodniowej wycieczki. Stanowiła ona wówczas, tak jak i obecnie miejsce biwakowe.
W okresie wielkiego głodu na Śląsku w ramach tak zwanych robót publicznych (lata 1847-49) wybudowano drogę przejezdną z Walimia do Pieszyc przez Przełęcz Walimską, za przysłowiową „łyżkę zupy”. Nazwano tę drogę – Hungerstrasse – „droga głodu”. Wiodła ona wijąc się serpentynami częściowo przez las, a częściowo odkrytymi zboczami gór, z których widok przyprawiał przejezdnych o zawrót głowy. Mało jest takich dróg, zwłaszcza kiedy jedziemy z Przełęczy w kierunku Walimia, które nieomal wymuszają zatrzymanie się choć na chwilę, by oczy nacieszyć rozległą panoramą rozciągającej się u stóp kotliny, w której z gąszcza drzew i krzewów przebłyskują kolorowe dachy budynków. To jedna z najpiękniej położonych miejscowości w Sudetach  -  Walim - ongiś ośrodek przemysłu włókienniczego, dziś odradzająca się na nowo  baza turystyki, rekreacji i wypoczynku górskiego

Możliwość bezpośredniego dotarcia pojazdami konnymi lub mechanicznymi spowodowała masowy ruch turystyczny na Wielką Sowę. Trudno się dziwić, że już w latach 1865-70 wybudowano tu gospodę, nazwaną od siedmiu olbrzymich świerków, rosnących  na polanie „Sieben- Kurfürsten- Baude”. Z końcem XIX wieku ciesząca się popularnością gospoda wzbogaciła się o 18 miejsc noclegowych w 10 pokojach i pełniła funkcję schroniska turystycznego. Obok budynku utwardzono grunt dla parkowania pojazdów. Obiekt schroniska tonął w kwiatach, obsadzony ligustrem, śnieguliczką, dereniem białym i bzem.  Podobne schroniska wybudowano przy innych szlakach prowadzących na Wielką Sowę: „Orzeł”  -  na Przełęczy Sokolej , a nieco wyżej „Marysieńkę”(obecnie „Sowa”). 

schronisko "Orzeł"
wieża na Wielkiej Sowie
Na początku XX wieku  w niewielkiej odległości od „Siedmiu Elektorów” pobudowano z cegły i drewna mały pawilon gastronomiczny z miejscem widokowym na całą panoramę gór. Można z niego było obserwować wieżę na Wielkiej Sowie,  wierzchołki Gór Kamiennych, Wałbrzyskich, a przy sprzyjającej pogodzie także Karkonosze ze Śnieżką. Rzecz oczywista, że stanowiło to dodatkowy magnes przyciągający turystów z różnych stron Dolnego Śląska i całej Rzeszy. W okresie międzywojennym ugruntowała się wysoka pozycja tego miejsca na mapach turystycznych „Sieben Kurfürsten”, bo taką nazwę nosiła wtedy Przełęcz Walimska była wymieniana w niemieckich baedekerach. Niemieccy turyści lubili zatrzymywać się we wszystkich napotkanych po drodze schroniskach dla „odświeżenia i ochłody”, to był rytuał mocno zakorzeniony. Ambicją gospodarzy podyktowaną zresztą zdrową konkurencją było przyciągać wędrowców coraz to innymi atrakcjami. Schronisko „Siedmiu Elektorów” wiodło w tej materii prym.
Kres wszystkiemu położyła wojna, a zwłaszcza całkowita likwidacja ruchu turystycznego w tym rejonie w związku z tajemniczą militarną inwestycją III Rzeszy w Górach Sowich znaną pod kryptonimem „Riese”, czyli „Olbrzym”. Cały ten obszar stanowił teren wojskowy z zakazem poruszania się dla całej ludności i to znacznie wcześniej, zanim rozpoczęto pod koniec 1943 roku drążenie podziemnych sztolni i wznoszenie wojskowych obiektów naziemnych. Ruch turystyczny zamarł w Górach Sowich na wiele lat, bo i po wojnie sytuacja nie przedstawiała się lepiej.
Po roku 1945 restauracja funkcjonowała jeszcze z górą trzy lata. Wobec zahamowania ruchu turystycznego nie tylko z powodu powojennej biedy, ale i zagrożenia, jakim była niezidentyfikowana do końca niemiecka inwestycja, obiekt został zdewastowany i rozebrany, pozostały po nim jedynie fundamenty. W roku 1979 na polance Przełęczy Walimskiej uporządkowano teren parkingowy, a w latach następnych wzniesiono drewniane wiaty z  rzeźbą  Światowida. Kilkanaście lat temu gmina Walim postawiła tam obszerny pawilon gastronomiczny, funkcjonujący z przerwami w zależności od nasilenia ruchu turystycznego.




Przełęcz Walimska jest warta odwiedzenia. Przejazd serpentynami z Walimia do Rościszowa, to jedna z najbardziej malowniczych, choć zarazem niebezpiecznych wycieczek. Zimową porą lepiej jej unikać. Wiosną, latem, jesienią  warto się tu wybrać w celach turystycznych. Polanka na Przełęczy Walimskiej jest w pół drogi pomiędzy Walimiem , a Pieszycami. W sam raz by się tu zatrzymać i nacieszyć przyrodą. A najlepiej stąd właśnie wybrać się na półtoragodzinny spacer na Wielką Sowę, „królową Gór Sowich”, o której napisano już wiele..


Fot. z internetu.
.

środa, 8 lutego 2012


 Nic dwa razy

Odeszła z tego świata, w którym chciała pokazać, jak można żyć w miłości, wzajemnym zrozumieniu, tolerancji. Niestety, poezja to nie jest oręż wobec tych, dla których sensem życia jest gniew, zemsta i nienawiść. Doprawdy, to trudno pojąć, skąd się bierze w kraju katolickim tyle zła. Bo nienawiść, to zło, a najwyższym dobrem według sakramentalnej zasady chrześcijan jest „miłuj bliźniego swego jak siebie samego”. Z przerażeniem czytam o tym, co piszą gazety prawicowe, uznające się za katolickie o zmarłej parę dni temu, naszej znakomitej poetce, zdobywczyni nagrody Nobla, Wisławie Szymborskiej. Nawet teraz kiedy już jest na tamtym świecie, nie pozostawiają na niej suchej nitki, a to dlatego że gdy była młodą napisała parę wierszy sławiących „reżim komunistyczny”. Zostawmy ten temat swojemu biegowi. Znana sentencja głosi, że ci co sieją nienawiść, będą ją zbierać jako żniwo.  
Wisława Szymborska ma za sobą ogromną rzeszę  miłośników jej poezji, zarówno w kraju, jak i za granicą. Była to jedna z przyczyn przyznania Jej nagrody Nobla. A ta nagroda to tytuł do chwały, to świadectwo naszych słusznych aspiracji do liczenia się na świecie. Wisława Szymborska obok Czesława Miłosza, to nasi współcześni koryfeusze na polu literatury, którzy dowodzą mądrości i talentu polskiego narodu.
Nie mam zamiaru rozpisywać się o twórczości Wisławy Szymborskiej, o tym jaką była skromną i dobroduszną istotą. Piszą o tym wszystkie ważne gazety, słyszymy w radiu i telewizji.  Poprzez obraz medialny będziemy świadkami Jej uroczystości pogrzebowych.Będą one godne wielkości Jej sławy i talentu. A ja przytoczę tylko trzy fragmenty wierszy, które są moją odpowiedzią na pytanie, dlaczego lubię i cenię poezję Wisławy Szymborskiej:


„Ziemio ojczysta, ziemio jasna,
nie będę powalonym  drzewem.
Codziennie mocniej w ciebie wrastam
radością, smutkiem, dumą, gniewem.
Nie będę jak zerwana nić,
odrzucam pusto brzmiące słowa.
Można nie kochać cię  -  i żyć,
ale nie można owocować…”


„By na twej twarzy spokój był
i dobroć, i rozumny uśmiech,
naród mój nie żałuje sił,
walczy i tworzy, i nie uśnie …”

"Nic dwa raz się nie zdarza
i nie zdarzy. Z tej przyczyny
zrodziliśmy się bez wprawy
i pomrzemy bez rutyny.

Choćbyśmy uczniami byli
najtępszymi w szkole świata
nie będziemy repetować
żadnej zimy ani lata.

Żaden dzień się nie powtórzy,
nie ma dwóch tych samych nocy,
dwóch tych samych pocałunków,
dwóch jednakich spojrzeń w oczy.



Wczoraj, kiedy twoje imię
ktoś wymówił przy mnie głośno,
tak mi było, jakby róża
przez otwarte wpadła okno.

Dziś, kiedy jesteśmy razem,
odwróciłam twarz ku ścianie.
Róża ? Jak wygląda róża?
Czy to kwiat ? A może kamień ?

Czemu ty się, zła godzino,
z niepotrzebnym mieszasz lękiem ?
Jesteś - a więc musisz minąć.
Miniesz - a więc to jest piękne.

Uśmiechnięci, wpółobjęci
spróbujemy szukać zgody,
choć różnimy się od siebie
jak dwie krople czystej wody."

Fot. Violetta Torbacka., dwa ostatnie Stasysa Eidrigeviciusa.

wtorek, 7 lutego 2012


Zagubione miasteczko


  Nie, to nie będzie o Miedziance, której tragiczne losy wzbudziły nasze zdumienie, z chwilą  wydobycia ich na światło dzienne przez Filipa Springera, dziennikarza „Polityki”, a następnie autora książki, „Miedzianka. Historia znikania”. Nie będzie o zagładzie miasta, ongiś błyszczącego świetnością, a dziś skazanego na to, że nawet pamięć historyczna o nim zaginęła  Akurat jestem pod wrażeniem książki Normana Daviesa „Zaginione Królestwa”, w której wybitny historyk z niezwykłą wiedzą i talentem odsłania dzieje niektórych potęg terytorialnych i wojskowych.  Z takich czy innych powodów ich rola i znaczenie prysły jak bańka mydlana. Wystarczy przywołać tu obraz Polski Jagiellonów, sięgającej od Morza Bałtyckiego do Morza Czarnego, potęgi która w ciągu dwóch wieków rozleciała się na kawałki i zniknęła z mapy Europy.
Ale co innego są państwa, które kiedyś były wielkie, a potem wskutek różnych splotów wydarzeń straciły swe znaczenie, a co innego losy miast, narażonych zdecydowanie bardziej na utratę swej wielkości, choćby z powodu zniszczeń wojennych.
Moja opowieść dotyczy miejscowości znacznie mniejszego kalibru, ale jej losy historyczne są bardzo symptomatyczne dla wielu innych miasteczek na Dolnym Śląsku .

 Po niemiecku nazywa się Schömberg, dawniej miasto, dziś wieś nad rzeką Żadrną, pomiędzy Górami Kruczymi od zachodu i Zaworami od wschodu. Jest największą wsią w Kotlinie Kamiennogórskiej, ale od innych wsi różni ją to, że w jej centrum znajduje się pochyły ryneczek z miejską zabudową i królującym nad miasto-wsią monumentalnym kościołem parafialnym. Do 1988 roku z pracy na roli utrzymywało się tu tylko 1% ludności zawodowo czynnej. A cała reszta, czyli 99% , to ludzie zatrudnienie w przemyśle, rzemiośle, handlu i usługach, a więc w dziedzinach wybitnie miejskich.
Jak na wieś wygląda całkiem nieźle. Jest szkoła, przedszkole, przychodnia zdrowia, poczta, dom kultury, biblioteka, kawiarnia, a także dom zakonny Elżbietanek. Są też liczne zabytki, o których za chwilę. Kiedyś funkcjonowała linia kolejowa z Kamiennej Góry do Okrzeszyna, gdzie znajduje się przejście graniczne z Czechami. Do czeskiego Adrspachu jest tu blisko i  przez Wójtowo (Przełęcz Chełmska) i przez Łączną pod Mieroszowem. Jest blisko też do siedziby gminy  -   Lubawki.
No i zrobiło się ciepło, najwyższa pora by zdradzić nazwę tej miejscowości. Oczywiście, jest to - Chełmsko Śląskie, miejscowość której nie można pominąć w kalendarzu wycieczek weekendowych nadchodzącego lata. 

To rzecz dość osobliwa, ale w tym momencie uzmysłowiłem sobie, że gdy znalazłem się tam dawno, dawno temu, to maleńkie miasteczko, bo tak wtedy myślałem o Chełmsku Śląskim, wywarło na mnie ponure wrażenie. Wydało mi się wówczas, że życie stanęło tu w miejscu. Ze wszystkich stron, gdzie się człowiek nie odwrócił wyzierała bieda, brud, zaniedbanie. Lata mijały, a tu nikt nie ruszył palcem by odnowić sypiące się tynki, naprawić zniszczone chodniki i drogi, posprzątać ryneczek, wydzielić rabaty, posadzić trawniki i kwiaty. Ale to wrażenie umierającego miasta całkiem umknęło uwadze, gdy znalazłem się na bocznej ulicy prowadzącej z rynku i nagle moim oczom ukazał się widok tego właśnie, co mnie tu przywiodło, atrakcji, która z Chełmska Śląskiego czyni unikalne miejsce, konieczne do odwiedzenia. To słynny w całej Polsce zespół drewnianych budynków tkaczy śląskich zwany „Dwunastu Apostołów”.


Prawdziwe cudo zabytkowej architektury pochodzi z 1707 roku. Była to swoista manufaktura przeznaczona do produkcji płótna. Zwarty ciąg jednakowych budynków z podcieniami o charakterystycznej architekturze spełniał jednocześnie funkcję mieszkalną  i produkcyjną.  To że ten skansen budownictwa użytkowego zachował się do naszych czasów stanowi wartość samą w sobie.. Jest to zarazem materialne źródło wiedzy historycznej o mieście.
Najciekawszym jest to, że Chełmsko Śląskie jako miasto istniało już w 1289 roku, bo z tego roku pochodzi dokument króla Wacława II Luksemburskiego o przekazaniu Chełmska Śląskiego księciu świdnickiemu Bolkowi I Surowemu. Szczęśliwym trafem  dobra te stały się  wkrótce, bo w roku 1343 własnością  opactwa krzeszowskich cystersów i w tej strukturze przetrwały aż do ich kasacji w 1810 roku. Pod rządami  znakomitych gospodarzy, cystersów, Chełmsko rozwijało się szybko, aż do wojen husyckich w 1426 roku, kiedy to  miasto pozbawione obwarowań stało się łatwym łupem husytów, którzy je doszczętnie ograbili i spustoszyli. Dopiero w XVI wieku popierana przez cystersów uprawa lnu i rozwój sukiennictwa i płóciennictwa uczyniły z Chełmska Śląskiego liczący się na Śląsku ośrodek rzemiosła i handlu. Kolejny kryzys miał miejsce w okresie wojny trzydziestoletniej, w związku z napływem protestantów. W 1620 roku zastrzelili oni opata krzeszowskiego M. Clavego, co spowodowało w ramach represji pozbawienie Chełmska praw miejskich. Doszedł do tego pożar, który strawił połowę miasta.
Ale w II połowie XVII wieku miasto Chełmsko odzyskało statut miejski, a dzięki rozwojowi tkactwa chałupniczego, powróciło do dawnej świetności. To właśnie wtedy wzniesiono okazałe kamienice mieszczańskie z podcieniami w rynku, a cystersi w 1707 roku zbudowali oryginalny zespół  drewnianych domków tkaczy, zwany „Dwunastu Apostołami”. W 1763 roku  powstał u wjazdu ze strony Olszyn drugi zespół drewniano-murowanych domów, zwany „Siedmiu Braćmi”. Zasiedlili go bawarscy tkacze adamaszku.. Niestety, z tego zespołu do naszych czasów zachował się tylko jeden dom z wybudowaną obok kolumienką Św. Anny.
I połowa wieku XVIII,  to najlepszy okres w rozwoju miasta. Liczyło ono 285 tkaczy, 273 domy, w tym 11 budynków publicznych, m. in. kościół, plebanię, szkołę, szpital-przytułek, magiel, młyn wodny, cegielnię i kilka karczm. Miasto miało targ płótna, , zbożowy, bydlęcy i 3 jarmarki. Ciekawostką jest to, że w 63 domach warzono piwo.
Regres nastąpił po wojnach śląskich w związku z upadkiem tkactwa chałupniczego. Odbiło się to na zarobkach tkaczy i doprowadziło do wrzenia. Bunt tkaczy w Chełmsku rozprzestrzenił się na całe Podsudecie (Kamienna Góra, Lubawka, a nawet Bolków). Późniejsze represje i aresztowania spowodowały bankructwa i masowe ucieczki tkaczy za granicę. W 1810 roku miała miejsce sekularyzacja dóbr klasztornych w Krzeszowie. Chełmsko straciło swych mecenasów z zakonu cysterskiego i zupełnie podupadło. Doszły do tego kolejne pożary i zamieszki na tle głodowym.
Dopiero na przełomie XIX i XX wieku miasteczko odżyło, stało się popularnym letniskiem,  cieszyło się opinią malowniczego „barokowego cacka”. Największa atrakcja miejska,  „Dwunastu Apostołów” przyciągała turystów. Otwarto w niej muzeum tkactwa, przeniesione później w 1932 roku do Kamiennej Góry. Pojawiło się kilka restauracji i hotelików. Powszechnym uznaniem cieszył się miejscowy specjał: wędzone kiełbaski, polecany w drukowanych przewodnikach. Warto zwrócić uwagę na piękne położenie krajobrazowe Chełmska Śląskiego w rozległej kotlinie górskiej, pomiędzy Kamienną Górą i Krzeszowem, a czeskim Adrspachem.

 W 1945 roku z nieznanych bliżej powodów Chełmsko Śląskie utraciło prawa miejskie Czas PRL-u, to czas zastoju, degradacji i postępującej dewastacji dawnego „barokowego cacka”. Władze gminne Lubawki miały dość własnych problemów, by zadbać o restaurację  i odpowiednią promocję turystyczną  wsi gromadzkiej. Od pewnego czasu Chełmsko Śląskie powraca do dawnej świetności, jego przyszłość zależy nie tylko od samoistnego ruchu mieszkańców, ale potrzebne jest wsparcie z zewnątrz, m. in. przywrócenie ponowne statusu miejskiego.
Czy tak być powinno, czy są wystarczające racje do ratowania Chełmska Śląskiego, dawnego miasteczka o tak bogatej przeszłości, sięgającego czasów Piastów Śląskich?  Zachęcam, przyjeżdżajcie tu, by się o tym osobiście przekonać.

Fot. z internetu.

sobota, 4 lutego 2012



 Łomnicka „Wysoka Droga”


  Na przykładzie maleńkiej Radosnej i nie większej Łomnicy widać wyraźnie jak kolejne wojny odciskały swoje piętno nawet na tych zaszytych w górach i lasach osadach. W 1756 roku miał miejsce początek wojny siedmioletniej, kolejnego etapu prusko-austriackiej rywalizacji o Śląsk. Obydwie wsie nie zdołały jeszcze okrzepnąć po dotkliwych grabieżach i zniszczeniach z wcześniejszych wojen. W Radosnej z trudem udało się przywrócić produkcję  w hucie szkła, ale nie na długo. W Łomnicy ruszyła znowu kuźnia, uruchomiono bielniki płótna. Mimo wszystko nie sprzyjało to rozwojowi wsi, bowiem nałożono na nią kontrybucję. 15 grudnia 1760 roku sołtys Łomnicy musiał n.p. dostarczyć na biesiadę komendanta austriackiego w Friedland (Mieroszowie) pstrągi za 20 talarów. To tylko drobny przykład obciążeń jakie ponosili mieszkańcy wsi. Przytaczam ten szczegół z innego powodu. Okazuje się, że Łomnica słynęła z pstrąga już bardzo dawno. Dziś Łowisko Pstrąga w Łomnicy Jerzego Rudnickiego stało się nieomal symbolem  powrotu wsi do dawnych tradycji letniskowych. Ale dziś mamy nieco inną technikę hodowli pstrąga, wówczas trzeba go było wyłowić w bystrych nurtach potoku, co nie było rzeczą tak łatwą.
Zakończona sukcesem Prus wojna siedmioletnia zapoczątkowała czas rozwoju gospodarczego na Śląsku. Na obszarze dzisiejszej gminy Głuszyca rozwinęło się w II połowie XVIII wieku  tkactwo i bielarstwo płótna systemem chałupniczym. Już w 1756 roku notujemy tutaj 56 bielarni.  
Jest to moment przełomowy dla obu wsi, Radosnej i Łomnicy.
Radosna upada, bo Hochbergowie wstrzymali działalność huty, ludzie stracili podstawę egzystencji. Natomiast w niżej położonej Łomnicy daje się zauważyć postępujący rozwój. Przybywa budynków mieszkalnych. Dużym powodzeniem cieszy się karczma z pokojami noclegowymi, jako że ruch „Wysoką Drogą”  do Czech jest nadal intensywny. Wprawdzie budynek karczmy spłonął w 1783 roku , ale grube mury wytrzymały siłę ognia i karczma została odbudowana. Na pamiątkę tego na kolumnie w środkowej części gospody umieszczono datę 1788 z monogramem właściciela  - G.F.R. (Gottfried Ferdynand Rosemann). Kiedy w 1783 roku okręg wałbrzyski został wydzielony ze świdnickiego jako samodzielna jednostka administracyjna Łomnica liczyła 82 domy z 421 mieszkańcami, a Radosna 36 domów i 134 mieszkańców.
Kolejna fala kryzysu miała miejsce na początku XIX wieku. Wiąże się to z wojnami napoleońskimi, zwłaszcza tej z 1806-1807 roku, w której bezpośrednio uczestniczyły Prusy.
Pruskie korpusy patrolowe używały wielokrotnie krętej  górskiej drogi przez Łomnicę, plądrując przy okazji napotkane dobra, a 12 lutego 1807 roku wieś została spustoszona przez Bawarczyków sprzymierzonych z Francuzami.
 Wzmocnienie gospodarcze Łomnicy, podobnie jak i sąsiednich miejscowości wiąże się z rozwojem tkactwa lnianego. W I połowie XIX wieku w Łomnicy były 34 poziome krosna tkackie, które działały w sposób ciągły, 20 pionowych krosien, wykorzystywanych okresowo, 11 bielników, suszarnie i folusze. Działały też dwa młyny wodne, trzy tartaki i gorzelnia. Nic dziwnego, że w sprawozdaniu radcy okręgu wałbrzyskiego Bittera, określa się Łomnicę jako wieś tkacką I taką przez jakiś czas pozostawała, pokąd w II połowie XIX wieku nie rozpowszechniło się  tkactwo mechaniczne, a sąsiednia Głuszyca nie weszła z całym impetem na ścieżki rozwoju przemysłu włókienniczego.
Łomniccy chałupnicy stracili rację bytu. Łomnica jako wieś tkacka przeszła do historii. I byłaby niechybnie podzieliła los Radosnej, gdyby pod koniec XIX i na początku XX wieku nie rozwinął się na Śląsku i w całej Rzeszy ożywiony ruch turystyczny. Sprzyjał temu rozwój komunikacji koleją żelazną i drogowy. Łomnica ze względu na swe malownicze położenie, w dodatku na atrakcyjnym szlaku turystycznym na Waligórę i Przełęcz Trzech  Dolin, zaczyna powoli przekształcać się w wieś letniskową. W okresie międzywojennym stała się najatrakcyjniejszą wsią letniskową w Górach Suchych, cieszyła się rosnącą popularnością na całym Dolnym Śląsku.
Na koniec oddam jeszcze głos Heinrichowi Bartachowi, niemieckiemu przesiedleńcowi, który z taką skrupulatnością i emocjonalnym zaangażowaniem spisał historię swego „gniazda rodzinnego” :
„Po drugiej wojnie światowej i w jej wyniku również mieszkańcy Łomnicy jak i Radosnej musieli opuścić swoją ojczyznę.  Pozostałe małe drewniane domy tkaczy w Trzech Strugach opowiadają o czasie tkaczy, lipa, która od dawna chroniona była jako pomnik przyrody opowiada o ciężkich wojennych czasach, gdy hordy żołdaków plądrowały wieś, pomnik na leśnym cmentarzu w Radosnej wspomina tych, którzy oddali życie za ojczyznę. Samotnie ale świadoma swego znaczenia wije się Wysoka Droga przez góry, ta, która wcześniej tak często wpływała na losy obu wsi granicznych. Ci którzy opuścili swoja ojczyznę, pozostawili tu swoje serce”.

P.S. .Dzisiejszy weekendowy post ozdobiłem przepięknymi fotogramami Krzysztofa Kotowicza za jego przyzwoleniem. Nie ukrywam że chcę w ten sposób zachęcić do poznania ciekawej, choć nieco smutnej historii naszych głuszyckich perełek krajobrazowych – Łomnicy i Radosnej, ale także zaprosić Państwa do blogu Krzysztofa, a dlaczego? Bo jest tam wiele interesujących refleksji o Głuszycy, a przede wszystkim znakomite galerie fotograficzne z różnych wydarzeń i z różnych miejsc.

Adres blogu: www.kotowicz.pl

piątek, 3 lutego 2012

Nieco smutniej o Radosnej



Mam w ręku interesujący materiał. Są to historyczne zapiski byłego mieszkańca Łomnicy, Niemca, Heinricha Bartacha. Dzięki uprzejmości Marka Seelera z łomnickiej „Dziupli” oraz znakomitemu przetłumaczeniu niemieckiego tekstu przez Magdalenę Bajor z „Pogranicznej” w Głuszycy Górnej, czytam z zapartym tchem o przeszłości wsi, która o czym już nie raz pisałem, ze względu na swe położenie, stanowi ozdobę gminy Głuszyca. Już na samym wstępie niemiecki kronikarz pisze:
„Na granicy z Czechami leży  -  z dala od hałasów i zgiełku nowoczesnego przemysłu  -  w idyllicznym ustroniu, wieś Łomnica z doliną Trzech Strug i Radosną. Z dwóch wymienionych części  wsi, szczególnie Radosna ma swoją interesującą przeszłość”.
Radosna (zwana też Ustroniem), to dziś maleńki przysiółek położony w samym sercu Gór Suchych u stóp Granicznej i Ruprechtickiego Szpicaka, oddalony z górą dwa kilometry od centrum wsi. Liczy sobie zaledwie pięć domów (w tym jeden to nowo zbudowana dacza słynnego lekarza z Wrocławia).Jeszcze do niedawna w największym zabudowaniu była leśniczówka, teraz jest to już prywatna własność. Do Radosnej prowadzi wijąca się pod górę droga asfaltowa nad rzeką, dopływem Złotej Wody. Zimą nie jest tu łatwo się poruszać, gdy śnieg pokryje obejścia i trzeba torować sobie dojście do drogi.
Latem i jesienią Radosna jest miejscem przyciągającym grzybiarzy. W miejscu gdzie kończy się asfalt i zaczynają dukty leśne parkuje się samochód i można iść do lasu na grzyby.
Górna część Radosnej, jak pisze Heinrich Bartach, nazwana była „Wysoką Drogą”, która prowadziła przez las w stronę Sokołowska, w znacznej części wzdłuż granicy z Czechami.
Najpierw była tu osada „Olbersdorf”, która w 1511 roku stała się własnością  Conrada von Hochberga z Książa. Posiadała 13 gospodarstw chłopskich i `6 ogrodniczych, więc jak na średniowieczne warunki górskie była to wieś dość duża. Wieś ta uległa zniszczeniu, a ponowne zasiedlenie nastąpiło po wojnie trzydziestoletniej (1618-1648). Wtedy też powstaje wieś Łomnica. Według kroniki Wustegiersdorf (Głuszycy) niejakiego Georga Vogta rok 1655 jest datą założenia Łomnicy, której najważniejszą budowlą był dom mieszkalny i tartak Grossera. Prawie w tym samym czasie w górnej części Łomnicy na gruzach Olbersdorf powstaje kolonia Radosna. Johann George Preussler, z zawodu mistrz szklarski, otrzymuje od pana na Książu zgodę na założenie huty szkła. Wokół było surowca w bród, w postaci skał kwarcowych i drewna na zabudowania. Obok huty powstaje wieś, w której zamieszkują pracownicy . Zakład rozpoczął działalność w roku 1656, a osada nosiła potoczną nazwę  -  Huta Szkła.
Okazało się, że Preussler wyemigrował z Czech w obawie przed prześladowaniami religijnymi. Tutaj w kolonii leśnej, oddalonej od większych skupisk ludzkich, prowadził działalność duszpasterską. Zbudował nawet salę modlitw przystrojoną kościelnymi malowidłami. Miejsce to stało się ostoją protestantyzmu.
O losach huty szkła, jak również jej właścicielu, mamy sporo informacji. Sam George Preussler prowadził skrzętnie pamiętnik, w którym opisał wydarzenia związane z wojnami austriacko-pruskimi. Z pamiętnika dowiadujemy się, że Preussler obok huty szkła posiadał również browar, gorzelnię, piekarnię, szynk i dwa młyny (do mielenia maki i drzewny).



Przejście Śląska z austriackiego pod panowanie pruskie w 1740 roku przyniosło korzystne zmiany. Przede wszystkim na tle religijnym. Dominującą staje się religia ewangelicka. W krótkim czasie wzniesiono nowe kościoły ewangelickie w Unisławiu Śląskim,  Mieroszowie i w Głuszycy , otwarte uroczyście  w 1742 roku. W tym samym roku Łomnica otrzymała ewangelicką szkołę. Głuszyca była największą z siedmiu nowych gmin ewangelickich. Niestety, nowa wojna śląska w 1744 roku okazała się tragiczna w skutkach. Wojska austriackie splądrowały Łomnicę, najechały też na hutę szkła w Radosnej. Jej właściciel ukrył się w lesie, a jego dobytek został zrujnowany. Na pamiątkę tych okrutnych grabieży przed gospodą w Radosnej zasadzono lipę, z której rozwinęło się potężne drzewo, chronione jako pomnik przyrody.
Po śmierci właściciela huty Georga Friedricha Preusslera, jego syn sprzedał hutę Panom z Książa. Dotychczasowa huta Radosna stała się teraz wsią Radosna. Ustanowiono sołectwo. Hrabia Hochberg dbał o rozwój wsi, pobudował nowe domy, w których osiedlał kolejnych mieszkańców.
Huta szkła działała jeszcze przez parę lat do 1756, będąc jedną z czterech na Śląsku hut produkujących cienkie, luksusowe szkło.

O dalszych losach Radosnej, niestety, nie mniej smutnych, jak również o ciekawostkach związanych z przeszłością Łomnicy  -  w następnym poście.

A przy okazji zachęcam do skorzystania z gościnności gospodarzy "Pogranicznej" w Głuszycy Górnej, gdzie mozna znaleźć pokoje goscinne i miłą atmosferę. Patrz: http://gluszycagorna.cpm.pl



Fot. Violetta Torbacka, Robert Janusz